Автор : Forsyth Frederick Название книги: Diabelska Alternatywa Читать на сайте: https://mir-knigi.org/author/forsyth-frederick/diabelska-alternatywa Przelozyl: Witold Kalinowski Fryderykowi Stuartowi, ktory jeszcze nie wie Prolog Gdyby nie doskonaly wzrok wloskiego marynarza, Mario, rozbitek nie dozylby zapewne zmierzchu. Kiedy go dostrzezono, byl nieprzytomny. Pod wplywem bezlitosnego slonca jego niemal nagie cialo pokryte bylo oparzeniami drugiego stopnia. Ta jego czesc, ktora znajdowala sie pod woda, zmiekla i zbielala od soli. Pokryla sie liszajami i nabrzmiala, jak dlugo moczona skora oskubanej gesi, zaczynajaca sie juz rozkladac. Mario Curcio byl kucharzem stewardem na “Garibaldim”, starej, poczciwej i zardzewialej krypie z Brindisi, odbywajacej rejs na wschod w strone przyladka Ince i dalej do Trapezuntu – na polnocno-wschodnim krancu wybrzeza Turcji. Mario nie potrafilby powiedziec, dlaczego wlasnie tego dnia – gdzies pod koniec kwietnia 1982 roku – postanowil oproznic wiadro pelne ziemniaczanych obierzyn wyrzucajac je prosto za burte, zamiast, jak zwykle, do zsypu na rufie. Zreszta nikt go o to nie pytal. Byc moze, po dlugim przebywaniu w dusznym i ciasnym kambuzie, chcial po prostu przez chwile odetchnac swiezym czarnomorskim powietrzem. Wyszedl wiec na poklad. Podszedl wolno do prawej burty i cisnal smieci w obojetne, spokojne tego dnia morze. Po czym zawrocil, by podjac przerwane obowiazki. Zrobiwszy dwa kroki stanal i zmarszczyl brwi. A potem raz jeszcze zawrocil i ponownie podszedl do relingu. Patrzyl, mocno czyms zaintrygowany. Jakby nie dowierzajac wlasnym oczom. Statek plynal polnocno-wschodnim kursem, by ominac przyladek Ince. Totez gdy Mario, oslaniajac oczy, patrzyl wzdluz relingu ku rufie, poludniowe slonce swiecilo mu niemal prosto w twarz. Mimo to byl pewien, ze przed chwila zobaczyl cos kolyszacego sie na szmaragdowych falach rozleglej przestrzeni miedzy statkiem a odleglym od niego o dwadziescia mil morskich na poludnie brzegiem Turcji. Nie mogl juz teraz z tego miejsca dostrzec ponownie widzianego przed chwila obiektu. Przebiegl przez poklad rufowy i wspial sie po zewnetrznej drabinie na galeryjke mostku kapitanskiego. Stamtad spojrzal jeszcze raz. I wtedy zobaczyl to znowu. Calkiem wyraznie. Choc tylko przez ulamek sekundy, miedzy przelewajacymi sie spokojnie gorami wody. Odwrocil sie i wpadl w znajdujace sie tuz za nim otwarte drzwi sterowki z okrzykiem: – Capitano! Kapitan Vittorio Ingrao nie od razu dal sie przekonac, bo Mario byl prostym chlopakiem i nie potrafil zbyt jasno mowic. Ingrao mial jednak dosc marynarskiej wiedzy i doswiadczenia, by zdac sobie w koncu sprawe, ze na dostrzezonej przez Maria lodzi, ktorej obecnosc na morzu potwierdzalo echo na ekranie radaru nawigacyjnego, mogl znajdowac sie jakis czlowiek. Jego bezwzglednym obowiazkiem bylo w tej sytuacji natychmiast zawrocic statek i sprawdzic. Pol godziny zajelo kapitanowi wykonanie zwrotu i doprowadzenie “Garibaldiego” do lodzi dostrzezonej wczesniej przez Maria. Teraz zobaczyl ja takze kapitan. Niewielka lodka nie okreslonego typu miala niespelna dwa metry dlugosci. Niezbyt szeroka, lekka, mogla z powodzeniem byc jolka z jakiegos statku. W jej przedniej czesci znajdowala sie lawka, a w niej otwor na maszt. Ale masztu albo tam nigdy nie bylo, albo, zle zamocowany, wypadl za burte. Podczas gdy “Garibaldi” z zastopowanymi maszynami, kolysal sie ciezko na fali, kapitan Ingrao oparl sie o porecz galeryjki okalajacej mostek kapitanski i obserwowal, jak Mario z bosmanem Paolo Longhim wyruszyli w strone lodzi motorowa szalupa ratunkowa. Ze swej wysokosci mogl zajrzec do wnetrza lodki, gdy tylko zostala przyholowana blizej statku. Na jej dnie, w kilkucentymetrowej warstwie morskiej wody, lezal na plecach mezczyzna. Byl wychudzony i wycienczony. Zarosniety i nieprzytomny. Glowe mial odwrocona na bok. Oddychal krotko, nierowno, z wyraznym trudem. Kiedy wciagano go na poklad i dlonie marynarzy dotknely jego piersi i ramion, ktorych nie chronila spalona i zerwana skora, jeknal kilkakrotnie. Na “Garibaldim” byla stale jedna wolna kabina – pozostawiona na cos w rodzaju izolatki, na wypadek choroby. Tam tez umieszczono rozbitka. Prosba Maria, by mogl opiekowac sie odnalezionym przez siebie czlowiekiem, zostala spelniona. Natychmiast uznal rozbitka za swa osobista wlasnosc. Zupelnie jak maly chlopiec, troszczacy sie o szczeniaka, ktorego uratowal od smierci. Poswiecil mu caly, uzyskany w tym celu, wolny od obowiazkow czas. Bosman Longhi zrobil mezczyznie zastrzyk morfiny, znajdujacej sie w apteczce wsrod lekow pierwszej pomocy, aby oszczedzic mu bolu. Po czym obaj zajeli sie oparzeniami. Jako Kalabryjczycy mieli sporo do czynienia z poparzeniami slonecznymi. Totez przygotowany przez nich balsam mogl konkurowac z najlepszymi na swiecie. Mario przyniosl ze swego kambuza miednice pelna mieszaniny sporzadzonej w rownych proporcjach ze swiezego soku cytryn i octu winnego. Przyniosl tez cienka bawelniana szmatke wyrwana ze swej poszewki i mise kostek lodu. Namoczywszy szmatke w mieszaninie, owijal nia kilkanascie kostek lodu i taki zimny oklad przykladal delikatnie do najbardziej poparzonych miejsc, w ktorych promienie ultrafioletowe przeniknely najglebiej, powodujac oparzenia prawie do kosci. Cialo nieprzytomnego mezczyzny bylo tak rozgrzane, ze w widoczny sposob parowalo przy zetknieciu sie z lodowata lecznicza mieszanina, ktora ochladzala najbardziej spalone sloncem miejsca. Mezczyzna dostal dreszczy. – Lepsza goraczka i dreszcze niz smierc od udaru slonecznego – powiedzial do niego Mario po wlosku. Poparzony i nadal nieprzytomny czlowiek nie mogl go slyszec. A gdyby nawet mogl, zapewne by go nie zrozumial. Tymczasem Longhi dolaczyl do swego kapitana, ktory na tylnym pokladzie ogladal wyciagnieta z morza lodke. – Jest cos? – zapytal bosman. Kapitan Ingrao pokrecil przeczaco glowa. – Przy tym facecie tez nic nie ma. Ani zegarka, ani plakietki z nazwiskiem. Tylko para tanich gaci bez firmy. A brode ma taka, jakby sie dziesiec dni nie golil. – Tu tez nic nie ma – powiedzial Ingrao. – Ani masztu, ani zagla, ani wiosel. Sladu zywnosci. I ani sladu pojemnika na wode. Nawet na lodce nie ma zadnej nazwy. Ale napis mogl sie zluszczyc. – Moze to turysta z jakiegos nadmorskiego kurortu, ktorego znioslo na pelne morze? – spytal Longhi. Ingrao wzruszyl ramionami: – Albo rozbitek z jakiegos malego frachtowca. Pojutrze bedziemy w Trapezuncie. Wladze tureckie beda mogly to wyjasnic, kiedy facet odzyska przytomnosc i zacznie mowic. Na razie ruszamy dalej. Aha, trzeba jeszcze zadepeszowac do naszego agenta w porcie i zawiadomic go o tym, co sie stalo. Zaraz po zacumowaniu, na nabrzezu, powinna na nas czekac karetka pogotowia. Dwa dni pozniej rozbitek, jeszcze ciagle nie calkiem przytomny i niezdolny do mowienia, znalazl sie pod dobra opieka w malym miejskim szpitalu w Trapezuncie. W drodze z nabrzeza do szpitala marynarz Mario towarzyszyl w karetce swemu rozbitkowi wraz z miejscowym agentem armatora i inspektorem portowej sluzby medycznej, ktory domagal sie zbadania, czy trawiony goraczka mezczyzna nie jest zakaznie chory. Po godzinie czuwania przy jego lozku, Mario pozegnal swego wciaz nieprzytomnego podopiecznego i powrocil na poklad “Garibaldiego”, zeby przygotowac obiad dla zalogi. Wszystko to dzialo sie poprzedniego dnia. Wieczorem zas, w dzien potem, stary wloski parowy tramp wyplynal z portu w dalsza droge. Nazajutrz przy lozku rozbitka zjawil sie mezczyzna w towarzystwie oficera policji i lekarza w bialym fartuchu. Wszyscy trzej byli Turkami. Ale tylko jeden z nich – niski i krepy, ubrany po cywilnemu, mowil jako tako po angielsku. – Wygrzebie sie z tego – powiedzial lekarz – jednak na razie jego stan jest nadal bardzo ciezki. Udar sloneczny. Oparzenia drugiego stopnia. Ogolne wycienczenie i oslabienie ze wzgledu na zbyt dlugie przebywanie w ekstremalnych warunkach. No i wyglada na to, ze od kilku dni nie jadl. – Co mu podajecie? – spytal cywil, wskazujac na podlaczone do obu rak chorego przewody kroplowek. – Roztwor soli fizjologicznej i roztwor glukozy o wysokim stezeniu, zeby usunac skutki wstrzasu i wzmocnic organizm – odparl lekarz. – Marynarze prawdopodobnie uratowali mu zycie, robiac zimne oklady oparzonych miejsc. My wykapalismy go jeszcze w kalominie. zeby przyspieszyc proces leczenia. Reszta zalezy teraz juz tylko od Allacha i od niego samego. Umit Erdal, wspolnik w Spolce Zeglugowo-Handlowej Erdala i Sermita, byl przedstawicielem Lloyda w porcie trapezunckim. Jemu wlasnie przekazal z ulga sprawe rozbitka agent armatora “Garibaldiego”. W spalonej na ciemny orzech, zarosnietej twarzy chorego nastapila nagla zmiana. Poruszyl powiekami. Erdal odchrzaknal, pochylil sie nad lezacym i odezwal sie do niego swoja najlepsza angielszczyzna. – Jak… sie… pan… nazywa? – spytal wolno i wyraznie. Zapytany jeknal i kilkakrotnie poruszyl glowa. Agent Lloyda pochylil sie jeszcze nizej nad lezacym, zeby moc go uslyszec. – _Zdradzenyj _ - wymamrotal polprzytomnie chory – _zdradzenyj… _ Erdal wyprostowal sie. – To nie Turek – powiedzial z mina ostatecznej wyroczni – ale zdaje mi sie, ze nazywa sie Zdradzenyj. To chyba jakies slowianskie nazwisko. Obaj towarzyszacy mu mezczyzni wzruszyli tylko ramionami. – Poinformuje o tym centrale Lloyda w Londynie – stwierdzil Erdal. – Moze oni beda cos wiedzieli o jakims statku zaginionym na Morzu Czarnym? “Lloyd's List” jest czyms w rodzaju codziennie czytanego brewiarza i Pisma swietego swiatowego bractwa marynarki handlowej. Ukazuje sie od poniedzialku do soboty wlacznie. Zawiera redakcyjne wstepniaki i inne artykuly, wiadomosci i komentarze na jeden tylko temat – zeglugi. Drugim cugantem, chodzacym takze od lat w pierwszej parze najbardziej reprezentacyjnego zaprzegu sluzby informacyjnej tej szacownej firmy, jest “Lloyd's Shipping Index”. Podaje biezace dane o ruchach ponad trzydziestu tysiecy statkow marynarki handlowej, plywajacych stale po wszystkich morzach swiata. A wsrod nich: nazwe statku, wlasciciela, bandere, rok budowy, tonaz oraz port wyjsciowy i port docelowy ostatniego rejsu, o ktorym poinformowano Lloyda. Oba te organy prasowe towarzystwa sa redagowane i wydawane w kompleksie jego budynkow przy Sheepen Place w Colchester, na terenie angielskiego hrabstwa Essex. Wlasnie do tego osrodka firmy Umit Erdal skierowal swoj codzienny teleksowy raport o ruchu statkow, wchodzacych i wychodzacych z portu w Trapezuncie. Tym razem dodal do niego jeszcze niewielka notatke dla mieszczacego sie w tym zespole budynkow Dzialu Informacji Zeglugowej Lloyda. Dzial sprawdzil w swoich rejestrach wypadkow morskich, ze w ostatnim okresie nie bylo doniesien o statkach zaginionych, zatopionych, ani chocby opoznionych na planowanych trasach po Morzu Czarnym i przekazal otrzymana notatke sekretariatowi redakcji “Lloyd's List”. Tutaj jeden z dyzurnych redaktorow wydania polecil zamiescic ja na tytulowej kolumnie, w rubryce krotkich doniesien ze swiata, wraz z podanym przez rozbitka nazwiskiem. Informacja ukazala sie juz nastepnego dnia rano. Wiekszosc czytajacych “Lloyd's List” owego dnia, gdzies pod koniec kwietnia, ledwie rzucila okiem na zamieszczona w niej krotka notatke o nie zidentyfikowanym czlowieku w Trapezuncie. Ale wlasnie ta informacja przyciagnela bystry wzrok i uwage pewnego mezczyzny w wieku okolo trzydziestu lat, zatrudnionego na kierowniczym stanowisku w jednej z zajmujacych sie frachtami firm maklerskich. Mezczyzna ow cieszyl sie duzym uznaniem i zaufaniem pracodawcow. Jego firma miescila sie przy malej uliczce Crutched Friars w samym centrum londynskiego City, nazywanym “kwadratowa mila” – mieszczaca najwazniejsze instytucje brytyjskiego kapitalu. Koledzy znali go pod nazwiskiem Andrew Drake. Przeczytawszy z wyraznym zainteresowaniem tresc notatki, Drake wstal zza swego biurka. Opuscil gabinet i przeszedl do sali obrad zarzadu firmy, gdzie wisiala oprawiona w ramy mapa swiata z zaznaczona cyrkulacja najwazniejszych wiatrow i pradow morskich. Studiowal ja uwaznie. Okazalo sie, ze wiosna i latem na Morzu Czarnym wieja przewaznie polnocne wiatry. A prady utrzymuja najczesciej kierunek przeciwny do ruchu wskazowek zegara, oplywajac wokol ten maly basen morski. Poczawszy od poludniowego wybrzeza Ukrainy, lezacego nad najbardziej na polnocny zachod wysunieta czescia tego morza, plyna nastepnie w dol, wzdluz wybrzezy Rumunii i Bulgarii, by na wysokosci Istambulu skrecic znowu w kierunku wschodnim, prowadzac prosto na szlak zeglugowy, laczacy Istambul z przyladkiem Ince. Drake wykonal kilka obliczen na kartce podrecznego notatnika. Mala lodka, wyruszajaca z bagnistych obszarow ujscia Dniestru, mogla, przy sprzyjajacym wietrze i korzystnym pradzie morskim, plynac w kierunku poludniowym z szybkoscia okolo czterech, pieciu wezlow, przeplywajac wzdluz wybrzezy Rumunii i Bulgarii ku Turcji. Ale po trzech dniach zaczeloby ja zapewne znosic w kierunku wschodnim coraz dalej od Bosforu, ku wschodnim krancom Morza Czarnego. Rubryka meteorologiczna i nawigacyjna “Lloyd's List”, ktora potem starannie przestudiowal, potwierdzila przypuszczenia Drake'a, ze przed dziewiecioma dniami panowala w tym rejonie zla pogoda. Akurat taka pogoda, ktora mogla sprawic, ze mala lodz, prowadzona rekami niedoswiadczonego zeglarza, przewrocila sie na fali. Stracila maszt i cala zawartosc. Usilujacy plynac nia czlowiek, jesli nawet zdolal ja odwrocic i dostac sie do niej z powrotem, zostal wowczas zdany calkowicie na laske slonca i wiatru. Dwie godziny pozniej Andrew Drake poprosil o wolny tydzien na poczet naleznego mu urlopu. Wyrazono na to zgode, ale pod warunkiem, ze rozpocznie urlop dopiero w nastepny poniedzialek, 3 maja. Przez caly tydzien zyl w stanie lagodnej ekscytacji, niecierpliwie oczekujac, by dobiegl on konca. Tymczasem w pobliskiej agencji lotniczej kupil sobie powrotny bilet z Londynu do Istambulu. Postanowil rowniez, ze bilet na krajowa linie Istambul – Trapezunt kupi na miejscu, za gotowke. Upewnil sie takze, iz posiadacz brytyjskiego paszportu nie potrzebuje wizy tureckiej. A po wyjsciu z biura zalatwil sobie swiadectwo szczepienia ospy w osrodku medycznym British Airways, na Dworcu Victoria. Byl podekscytowany, bo mial nadzieje, ze jest to wlasnie szansa, na ktora czekal od lat. Moze udalo mu sie nareszcie znalezc czlowieka, jakiego od dawna szukal. W odroznieniu od trzech mezczyzn, ktorzy dwa dni wczesniej stali przy lozku rozbitka, on wiedzial, z jakiego jezyka pochodzi i co naprawde oznacza ukrainski wyraz _zdradzenyj. _ Wiedzial wiec, iz nie jest to nazwisko tajemniczego mezczyzny, ze polprzytomnie wymowil on w swoim ojczystym zapewne jezyku slowo: “zdradzony”. Rozumial tez, ze w opisanej sytuacji moglo to oznaczac, iz ow czlowiek jest zbieglym dysydentem ukrainskim. A Andrew Drake, mimo swego angielsko brzmiacego nazwiska, byl takze Ukraincem – i to fanatycznym. Po przybyciu do Trapezuntu Drake zadzwonil natychmiast do biura Umita Erdala, ktorego nazwisko zdobyl od jednego z przyjaciol pracujacego u Lloyda. Powiedzial mu, ze wybiera sie na urlop na tureckie wybrzeze, a nie znajac ani slowa w tym jezyku moze potrzebowac pomocy. Erdal, zobaczywszy list polecajacy, w ktory Drake sie zaopatrzyl, nie pytal go juz, na szczescie, w jakim celu chce sie zobaczyc z nieznanym rozbitkiem, przebywajacym w miejscowym szpitalu. Teraz on z kolei napisal list polecajacy do doktora szpitala. Dzieki temu wkrotce po obiedzie Drake zostal wprowadzony do malej, mieszczacej tylko jedno lozko separatki, w ktorej lezal nieznajomy. Miejscowy agent Lloyda zdazyl go wczesniej uprzedzic, ze rozbitek, chociaz odzyskal juz przytomnosc, jest jeszcze nadal bardzo oslabiony i glownie spi. A w krotkich chwilach kontaktu z otoczeniem nie powiedzial jak dotad ani slowa. Kiedy Drake wszedl do pokoju, chory lezal na wznak, z zamknietymi oczami. Adrew Drake przysunal sobie krzeslo i usiadl przy lozku. Przez jakis czas wpatrywal sie w wynedzniala twarz mezczyzny. Po kilku minutach powieki rozbitka drgnely. Uniosly sie nieco i opadly z powrotem. Czy spostrzegl wpatrujacego sie wen uwaznie goscia – Drake nie wiedzial. Zdawal sobie jedynie sprawe, ze interesujacy go czlowiek jest juz bliski ponownego przebudzenia sie. Powoli pochylil sie nad nim i powiedzial wyraznie, prosto do ucha chorego: – Szcze nie wmerla Ukraina. Slowa te znacza doslownie: “Jeszcze Ukraina nie umarla”, ale w wolnym przekladzie oznaczaja raczej, ze “Ukraina zyje nadal”. Sa to pierwsze slowa ukrainskiego hymnu narodowego, zakazanego przez rosyjskich wladcow, ktore rozpozna natychmiast kazdy swiadomy swej tozsamosci narodowej Ukrainiec. Chory otworzyl szeroko oczy i popatrzyl uwaznie na Drake'a. Po kilku sekundach zapytal go po ukrainsku: – Kim jestes? – Ukraincem, jak ty – odpowiedzial Drake. W oczach nieznajomego pojawil sie cien nieufnosci. – Zdrajca? – zapytal podejrzliwie. Drake potrzasnal przeczaco glowa. – Nie – stwierdzil spokojnie. – Mam brytyjskie obywatelstwo. Urodzilem sie tam i wychowalem. Jestem synem Ukrainca i Angielki. Ale w glebi serca czuje sie Ukraincem, tak samo jak ty. Lezacy w lozku mezczyzna patrzyl z uporem w sufit. – Moglbym pokazac ci moj paszport wydany w Londynie, ale to by niczego nie dowodzilo. Jakis czekista moglby wylegitymowac sie takim paszportem, gdyby chcial cie podejsc. – Drake rozmyslnie uzyl starego okreslenia funkcjonariuszy radzieckiej policji politycznej, do dzis uzywanego potocznie wobec pracownikow KGB. – Ale nie jestes juz na Ukrainie. I czekistow tu nie ma – przekonywal go dalej Drake. – Nie znioslo cie na wybrzeze Krymu ani poludniowej Rosji czy Gruzji. Nie wyladowales takze w Rumunii ani w Bulgarii. Wylowil cie wloski statek i wysadzil na lad tutaj, w Trapezuncie. Jestes w Turcji. Jestes na Zachodzie. Udalo ci sie. Oczy nieznajomego zwrocily sie teraz znowu ku jego twarzy, ozywione i blyszczace. Po ich wyrazie widac bylo, ze bardzo chce uwierzyc w to, co uslyszal. – Czy mozesz sie podniesc i wstac? – spytal Drake. – Nie wiem – odrzekl mezczyzna. Drake wskazal glowa na okno, znajdujace sie po przeciwnej stronie malego szpitalnego pokoiku, skad slychac bylo odglosy ruchu ulicznego. – Sprobuj podejsc do okna i wyjrzec – powiedzial do chorego. – KGB mogloby przebrac caly personel szpitalny za Turkow. Ale nie mogloby przeciez zmienic wygladu calego miasta tylko po to, by oszukac jednego czlowieka. Zreszta wystarczyloby troche tortur, zeby wydobyc z ciebie zeznania, gdyby o to chodzilo. No wiec, dasz rade? Z pomoca Drake'a rozbitek dowlokl sie z trudem do okna i wyjrzal na ulice. – Samochody, ktore widzisz, to austiny i morrisy, importowane z Anglii – wyjasnial Drake – peugeoty z Francji, a volkswageny z Niemiec Zachodnich. Napisy na tablicach informacyjnych, szyldach i ogloszeniach sa w jezyku tureckim. Na wprost masz reklame coca-coli. Mezczyzna przycisnal wierzch dloni do ust nerwowym ruchem, bezwiednie przygryzajac kostki palcow. Gwaltownie, niedowierzajaco, zamrugal oczami. – Udalo mi sie – powiedzial. – Tak, to prawdziwy cud, ale udalo ci sie. – Nazywam sie Myroslaw Kamynski – zaczal mowic rozbitek po powrocie do lozka. – Pochodze z Tarnopola. Bylem przywodca siedmioosobowej grupy ukrainskich bojowcow. Przez cala nastepna godzine plynela jego opowiesc. Kamynski, wraz z szescioma kolegami z rejonu Tarnopola, niegdys jednego z ognisk ukrainskiego nacjonalizmu, gdzie jeszcze do dzis zarza sie jego niewygasle zarzewia, postanowili podjac akcje odwetowe przeciwko bezwzglednemu programowi rusyfikacji. Nasilila sie ona w latach szescdziesiatych. A w siedemdziesiatych i na poczatku nastepnej dekady zaczela wkraczac w faze ostatecznej likwidacji calych dziedzin kultury, jezyka i swiadomosci narodowej. W ciagu szesciu miesiecy, za pomoca przemyslnie zastawionych pulapek, wyeliminowali dwoch sekretarzy partii nizszego szczebla, Rosjan narzuconych Tarnopolowi przez Moskwe. I jednego tajnego agenta KGB. Potem doszlo do zdrady. Ten, kto zdradzil, zginal tak samo jak pozostali, pod gradem kul, gdy oddzial specjalny KGB z zielonymi naszywkami na mundurach otoczyl wiejska chate, w ktorej grupa zebrala sie, by zaplanowac nastepna akcje. Uratowal sie tylko Kamynski. Uciekal, niczym zwierze, przez okoliczne zarosla. Za dnia kryl sie w stodolach i lasach. Noca zas szedl coraz dalej na poludniowy wschod, w kierunku wybrzeza. Z mglista nadzieja, ze uda mu sie dostac na jakis zachodni statek. Ale dotarcie w poblize portu w Odessie okazalo sie niemozliwe. Zywiac sie surowymi ziemniakami i rzepa prosto z pol, Kamynski ukrywal sie na bagnistym obszarze ujscia Dniestru, na poludniowy zachod od Odessy w kierunku granicy rumunskiej. W koncu, przechodzac w nocy przez jakas mala wioske rybacka, lezaca nad samym rozlewiskiem rzeki, znalazl i ukradl mala lodke z masztem i niewielkim zaglem. Nigdy przedtem nie zeglowal i nie mial pojecia o morzu. Probowal poradzic sobie rownoczesnie z zaglem i sterem – trzymajac sie ich kurczowo i modlac sie przez caly czas. Zdolal jednak poprowadzic lodz z wiatrem, na poludnie, kierujac sie polozeniem gwiazd i slonca. Tylko, dzieki niewiarygodnemu szczesciu i czystemu przypadkowi udalo mu sie uniknac spotkania z kutrami patrolowymi, przemierzajacymi regularnie caly obszar przybrzeznej strefy granicznej ZSRR i z licznymi w tym rejonie lodziami rybackimi. Mala lupinka, ktora plynal, przeslizgnela sie nie zauwazona przez jakas luke w gestej sieci namiarow sluzby radarowej ochrony wybrzeza jak cienka drewniana drzazga, przedostajac sie w ten sposob przez przyslowiowe ucho igielne. A potem wydostal sie calkowicie poza pas wod terytorialnych i zagubil gdzies pomiedzy Rumunia a Krymem. Na pelnym morzu, z dala od szlakow zeglugowych, o ktorych istnieniu i polozeniu nic zreszta nie wiedzial. Sztorm nadszedl nieoczekiwanie i zaskoczyl go calkowicie. Nie umiejac w pore zrefowac zagla, nie potrafil zapobiec wywroceniu sie lodzi. Ostatkiem sil trzymal sie kurczowo przez cala noc jej odwroconego kadluba. Dopiero gdzies nad ranem udalo mu sie ja z powrotem postawic i wczolgac sie do srodka. Stracil wszystko, co bylo w lodzi. Swoje ubranie, ktore zdjal przed wieczorem, zeby sie nieco ochlodzic nocnym wiatrem po upalnym dniu. Zaledwie pare surowych ziemniakow i nie zamknieta butelke po lemoniadzie, zawierajaca nieco slodkiej wody – caly zapas zywnosci. Zagiel i ster. Prawdziwe cierpienia nadeszly jednak dopiero rano. Wkrotce po swicie, kiedy zaczal mu doskwierac narastajacy coraz bardziej upal. Dopiero na trzeci dzien po pamietnym sztormie przyszla zbawienna utrata przytomnosci. Kiedy ja odzyskal, lezal w jakims szpitalnym lozku. W calkowitym milczeniu znosil bol oparzen. Sluchal uwaznie rozmow, prowadzonych, jak mu sie zdawalo, po bulgarsku. Przez szesc dni nie otwieral oczu ani ust. Drake sluchal go z rosnacym sercem. Po wysluchaniu rozbitka mial juz absolutna pewnosc, ze udalo mu sie znalezc wlasnie takiego czlowieka, na jakiego czekal przez cale lata. Widzac, ze Kamynski zdradza objawy wyczerpania, powiedzial mu: – Pojade do Istambulu, zeby spotkac sie z konsulem szwajcarskim. Sprobuje uzyskac od niego dla ciebie tymczasowe dokumenty podrozne, wystawiane przez Czerwony Krzyz. Jesli uda mi sie to zalatwic, bede prawdopodobnie mogl zabrac cie do Anglii. Na razie przynajmniej z wiza pozwalajaca na tymczasowy pobyt. A potem bedziemy mogli starac sie o przyznanie ci azylu. Wroce za kilka dni. Juz przy drzwiach zatrzymal sie jeszcze na chwile – Zdajesz sobie chyba sprawe z tego, ze me mozesz tam teraz wrocic – powiedzial do Kamynskiego. _- _ Ale ja. przy twojej pomocy, bede mogl to zrobic. A o to wlasnie mi chodzi. Tego zawsze chcialem. Andrew Drake musial pozostac w Istambule dluzej, niz poczatkowo planowal. Dopiero 16 maja mogl powrocie do Trapezuntu z dokumentami podroznymi dla Kaminskiego. Przedluzyl sobie urlop. Wymagalo to jednak dlugiej rozmowy telefonicznej z Londynem A nawet klotni z mlodszym wspolnikiem brokerskiej solki, w ktorej pracowal. Ale sprawa. ktora sie zajmowal, byla tego warta. Byl juz bowiem pewien, ze przy pomocy Kamynskiego zrealizuje swoj jedyny wielki zyciowy plan. Zwiazek Socjalistycznych Republik Radzieckich, podobnie jak przedtem carskie imperium, mimo imponujacego, monolitycznego wrazenia, jakie robi, widziany z zewnatrz ma dwie bardzo czule piety achillesowe Jedna z nich stanowi problem wyzywienia 250 milionow obywateli. Druga jest eufemistycznie nazywana “kwestia narodowosciowa'“ W pietnastu republikach zwiazkowych, ktorymi rzadzi Moskwa, stolica ZSRR i Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej (RFSRR), zyje kilkadziesiat dajacych sie wyodrebnic narodowosci nierosyjskich. Najliczniejszym sposrod tych nierosyjskich narodow i prawdopodobnie najbardziej swiadomym swej odrebnosci sa Ukraincy W 1982 roku ludnosc RFSRR liczyla tylko 120 z 250 milionow mieszkancow ZSRR Na drugim miejscu pod wzgledem znaczenia ekonomicznego i liczebnosci znajdowala sie Ukrainska SRR. z 70 milionami mieszkancow Jest to jeden z powodow, dla ktorych zarowno pod rzadami carow, jak tez pozniej pod rzadami kolejnych Biur Politycznych, Ukraina byla przedmiotem szczegolnej uwagi i przemyslanej polityki rusyfikacyjnej Dawna i najnowsza historia i losy Ukrainy sa takze niezwykle powiklane. Kiedy w 1939 roku wojska Hitlera zaatakowaly Polske, Stalin wkroczyl ze swa Armia Czerwona i zajal jej wschodnie tereny, zamieszkane w czesci przez Ukraincow. W 1941 roku Ukraina zostala zajeta przez Niemcow. Nastapilo wowczas gwaltowne i szalone pomieszanie nadziei, obaw i lojalnosci. Czesc, lojalna wobec Moskwy, liczyla na ustepstwa i liberalizacje polityki narodowej za cene podjecia walki przeciwko Niemcom. Inni rownie naiwnie i nieslusznie sadzili, ze szansa na utworzenie wolnej Ukrainy jest porazka Moskwy przy poparciu Berlina i wstepowali do Dywizji Ukrainskiej, ktora w niemieckich mundurach walczyla przeciwko Armii Czerwonej Jeszcze mm, jak ojciec Kamynskiego, uciekali w Karpaty i jako partyzanci walczyli najpierw z jednym, potem z drugim najezdzca. Potem znowu z tym pierwszym Wszyscy jednak przegrali Wygral jedynie Stalin. I przesunal granice swego imperium na zachod az po rzeke Bug, ktora stala sie nowa wschodnia granica Polski. Cala Ukraina znalazla sie pod rzadami nowych wladcow – Biura Politycznego KPZR Ale stare marzenia przetrwaly i zyly nadal Poza krotkim okresem odwilzy w ostatnim okresie rzadow Chruszczowa program zmierzajacy do zupelnego zdlawienia tendencji narodowowyzwolenczych ulegal stalej stopniowej intensyfikacji. Stepan Dracz, student z Rownego, zaciagnal sie do Dywizji Ukrainskiej. Nalezal do nielicznych szczesliwcow. Przezyl wojne, a w 1945 roku dostal sie w Austrii do niewoli brytyjskiej. Wyslany do pracy na farmie w Norfolk, jako przymusowy robotnik, zostalby z pewnoscia odeslany do ZSRR i rozstrzelany przez NKWD w 1946, zaraz po powrocie. Zgodnie z potajemnym porozumieniem zawartym przez brytyjskie Foreign Office i amerykanski Departament Stanu w sprawie wydania na laske i nielaske Stalina dwoch milionow znajdujacych sie w rekach zachodnich aliantow “ofiar Jalty”. Ale Dracz i tym razem mial szczescie. W stogu siana, gdzies w hrabstwie Norfolk, dopadl dziewczyne z pomocniczej sluzby rolnej, ktora zaszla w ciaze. Potem nastapil slub Dzieki temu w szesc miesiecy pozniej, ze wzgledu na “szczegolne okolicznosci” losowe, Stepanowi oszczedzono obowiazkowej repatriacji i pozwolono pozostac w Anglii. Zwolniony z przymusowej pracy na farmie, wykorzystal swe umiejetnosci i wiedze radiooperatora, nabyte w czasie sluzby w wojsku, i otworzyl maly radiowy warsztat naprawczy w Bradford, bedacym skupiskiem trzydziestu tysiecy Ukraincow mieszkajacych w Wielkiej Brytanii Pierwsze dziecko zmarlo tuz po urodzeniu. Drugie urodzilo sie w 1950 roku. Byl to syn, ktoremu dano na chrzcie imie Andrij. Andrij uczyl sie ukrainskiego na kolanach ojca. Ale uczyl sie od niego me tylko jezyka Ojciec opowiadal synowi o swojej ziemi, o rozleglych, przepastnych przestrzeniach i o widokach Karpat i Podola Wsrod tych opowiesci wchlanial tez ojcowska nienawisc do Rosjan. Ojciec zginal w wypadku samochodowym, kiedy chlopiec mial dwanascie lat Matka, zmeczona ciagnacymi sie w nieskonczonosc wieczorami wspomnien przy kominku, spedzanymi w towarzystwie meza i jego przyjaciol – wygnancow, mowiacych wylacznie o przeszlosci w jezyku, ktorego me potrafila nigdy zrozumiec, zmienila wkrotce ich nazwisko na calkiem angielsko brzmiace, Drake. A nadane chlopcu imie Andrij na Andrew W szkole i na uniwersytecie chlopak wystepowal juz jako Andrew Drake Na nazwisko Drake wystawiono tez jego pierwszy paszport. Jego uczucia patriotyczne odzyly, gdy dobiegl dwudziestki Studiowal wowczas na uniwersytecie wraz z wieloma innymi Ukraincami i szybko odzyskal biegla znajomosc ojcowskiego jezyka. Bylo to w koncu lat szescdziesiatych. Krotki renesans ukrainskiej literatury i sztuki w kraju dawno juz minal Liczni ukrainscy tworcy narodowi wykonywali wowczas niewolnicza prace w obozach Gulagu. Z opoznieniem przyswajal sobie wiec Andrew wiedze o tych wydarzeniach i o tym, co sie potem stalo z pisarzami tamtego okresu. Na poczatku lat siedemdziesiatych znal juz wlasciwie cala literature ukrainska. Klasyke Tarasa Szewczenki i tych. ktorzy pisali w krotkim okresie rozkwitu kultury ukrainskiej za czasow Lenina, stlumionym potem i wymazanym z oficjalnego obiegu w czasach stalinowskich. Przede wszystkim czytal jednak tworcow z lat szescdziesiatych, nazywanych _tzestydesjatnyky, _ dlatego ze wlasnie w tym okresie doprowadzili do ponownego, trwajacego zaledwie kilka krotkich lat, lecz znaczacego rozkwitu tej literatury, dopoki Brezniew me uderzyl znowu, by zdeptac rosnaca narodowa dume, o ktora walczyli. Czytal Osadczego, Czornowila i Dziube – i bolal nad ich losem A kiedy jeszcze przeczytal wiersze i sekretny dziennik Pawla Symonenki, mlodego zapalenca, ktory zmarl na raka w wieku dwudziestu osmiu lat i stal sie obiektem kultu ukrainskich studentow w ZSRR, postanowil oddac sie bez reszty sprawie swego kraju, ktorego dotad nigdy nawet nie widzial. Glebokiej milosci do kraju niezyjacego ojca towarzyszyla rosnaca niechec i nienawisc do tych, ktorych uwazal za jego ciermezycieli. Z zapartym tchem pochlanial podziemne pisma wydawane przez ukrainskich dysydentow i przemycane za granice Zwlaszcza,.Glos Ukrainy”, przynoszacy relacje o losach wielu nieznanych, zyjacych w ciezkich warunkach i zapomnieniu dzialaczy, ktorzy me zdobyli takiego rozglosu, jak bohaterowie wielkich moskiewskich procesow; Daniel, Smiawski, Orlow i Szczaranski. Wraz z kazdym nowym szczegolem, wyczytanym w tych relacjach, roslo w nim uczucie nienawisci. Az w koncu cale zlo swiata utozsamilo sie w swiadomosci Andrija Dracza ze zlowrogim skrotem KGB. Mial jednak dosc poczucia realizmu, zeby uniknac popadania w prymitywny, skrajny nacjonalizm starszych uchodzcow oraz istniejace wsrod nich podzialy i animozje miedzy Ukraincami wschodnimi i zachodnimi. Odrzucal tez zaszczepiony gleboko w ich swiadomosci antysemityzm. Wolal uznawac dziela Gluzmana, syjonisty i ukrainskiego nacjonalisty zarazem, za prace swego rodaka – Ukrainca. Przygladajac sie uwaznie spolecznosci ukrainskich uchodzcow mieszkajacych w Wielkiej Brytanii i w Europie, wyroznial w niej cztery grupy: oredownikow jezykowego nacjonalizmu, ktorym wystarcza, ze mowia i pisza w ojczystym jezyku, kawiarnianych nacjonalistow – wiecznych dyskutantow, gadajacych calymi dniami, ale nie robiacych absolutnie nic dla sprawy kraju; malarzy narodowych hasel, ktorych dzialalnosc irytowala tylko gospodarzy wszedzie tam, gdzie mieszkali emigranci, ale nie szkodzila zupelnie “imperium zla”, i wreszcie aktywistow, urzadzajacych demonstracje podczas wizyt moskiewskich dygnitarzy, starannie fotografowanych i notowanych w “archiwach specjalnych” odpowiednich sluzb, cieszacych sie z tego powodu specyficzna, krotkotrwala popularnoscia. Drake odrzucal wszystkie te grupy i postawy. Trzymal sie od nich z daleka. Pozostawal spokojnym, lojalnym obywatelem brytyjskim. Przybyl na poludnie Anglii, do Londynu, i podjal prace jako makler. Jak wielu ludzi wykonujacych ten zawod, i on mial swoja wielka pasje, starannie skrywana przed kolegami. Pochlaniala ona wszystkie jego oszczednosci, caly wolny czas, kazdy urlop. Powoli skupil wokol siebie male grono ludzi, ktorzy zywili podobne uczucia. Wyszukiwal ich starannie. Potem dlugo obserwowal. Spotykal sie z nimi i zaprzyjaznial stopniowo. Skladal wspolne przysiegi i przyrzeczenia. Zalecal cierpliwe czekanie na odpowiednia chwile. Andrij Dracz mial bowiem swoje ukryte marzenie i, jak mawial T. E. Lawrence, byl niebezpieczny, gdyz “snil na jawie – z otwartymi oczami”. Marzyl, ze ktoregos dnia on wlasnie wymierzy moskiewskim wladcom Ukrainy cios, ktory wstrzasnie nimi tak, jak nic dotychczas. Spelnienie tego marzenia stawalo sie o jeden krok blizsze dzieki Kamynskiemu. Kiedy jego samolot ladowal ponownie w Trapezuncie, Drake byl juz zdecydowany. Myroslaw Kamynski spogladal na Drake'a z wyrazem niezdecydowania na twarzy. – Naprawde nie wiem, Andrij. Po prostu nie wiem. Pomimo tego, co dla mnie zrobiles. A zrobiles przeciez tak wiele. Nadal nie wiem jednak, czy moge ci az tak bardzo zaufac. Przepraszam, ale juz chyba nie potrafie inaczej. Zylem przeciez dotad przez caly czas w takich warunkach, ze rozumiesz chyba, dlaczego nie mam do nikogo zaufania. – Posluchaj, Myroslaw. Moglbys znac mnie przez nastepne dwadziescia lat i nie wiedziec o mnie nic wiecej ponad to, co wiesz juz dzisiaj. Wszystko, co ci o sobie powiedzialem, jest prawda. Jest tez oczywiste, ze skoro ty nie mozesz wrocic do kraju, powinienes pozwolic mi tam wrocic zamiast ciebie. Ale musze miec tam jakies oparcie, kontakty. I jesli tylko znasz kogos, kogokolwiek, kto moglby, kto chcialby… Kamynski w koncu zgodzil sie mu pomoc. – Jest jeszcze tam dwoch moich ludzi. Nie wpadli razem z innymi, kiedy rozbito moja grupe, bo tylko ja o nich wiedzialem. Poznalem ich dopiero kilka miesiecy wczesniej. – Ale czy to na pewno Ukraincy i bojownicy naszej narodowej sprawy? – dopytywal sie niecierpliwie Drake. – Tak, to Ukraincy. Ale nasza narodowa sprawa nie stanowi dla nich najwazniejszej motywacji do walki. Naleza tez do innego narodu, ktory takze wiele wycierpial. Ich ojcowie, podobnie jak moj, siedzieli przez dziesiec lat w lagrach, chociaz z innego powodu. Sa Zydami. Ale rownoczesnie sa tez ukrainskimi nacjonalistami. – Ale… czy naprawde nienawidza Moskwy? Czy pomogliby mi zorganizowac uderzenie przeciwko Kremlowi? – Tak, nienawidza Moskwy – odpowiedzial Kamynsky. – Tak samo, jak ty czy ja. Ich glowna inspiracja jest, jak sadze, program Ligi Obrony Zydow. Duzo o niej slyszeli przez radio. Ich koncepcja walki jest chyba tez podobna do naszej. Nie chca dluzej biernie znosic przesladowan i przewiduja podjecie akcji odwetowych. – Pozwol mi wiec koniecznie nawiazac z nimi kontakt – nalegal Drake. Nastepnego dnia rano lecial juz do Londynu z nazwiskami dwoch mlodych bojownikow zydowskich ze Lwowa. W ciagu nastepnych dwoch tygodni zapisal sie na wycieczke turystyczna do Kijowa, Tarnopola i Lwowa. Porzucil takze prace i wycofal w gotowce cale zyciowe oszczednosci ze swego konta w banku. Nikt nie wiedzial jeszcze, ze Andrew Drake alias Andrij Dracz wyrusza wlasnie na swoja prywatna wojne przeciwko Kremlowi. 1. Tego majowego dnia nad Waszyngtonem swiecilo lagodnie grzejace slonce. Po raz pierwszy tego roku w polowie maja na ulicach pojawili sie ludzie w letnich strojach. A pierwsze wspaniale czerwone roze pojawily sie w ogrodzie widocznym za francuskimi oknami Owalnego Gabinetu Bialego Domu. Jednak, mimo ze przez otwarte okna do prywatnego biura najpotezniejszego dostojnika tej czesci swiata przenikal swiezy aromat kwiatow i trawy, uwage czterech obecnych tu mezczyzn przyciagnely zupelnie inne rosliny, rosnace w pewnym odleglym, obcym kraju. William Matthews siedzial w miejscu, w ktorym siadywali tradycyjnie wszyscy amerykanscy prezydenci, za szerokim biurkiem, zwrocony tylem do poludniowej sciany gabinetu. Jego fotel znajdowal sie dokladnie na wprost klasycznego, marmurowego kominka bedacego centralna ozdoba pomocnej sciany pomieszczenia. Fotel ten byl typowym, seryjnym meblem, jakie mozna spotkac w wielu gabinetach szefow korporacji lub innych wysokich urzednikow. Nie mial nic, co odroznialoby go od podobnych mebli, zgodnie z indywidualnymi upodobaniami uzytkownika, lub nadawalo mu osobisty charakter. Nie byl robiony na specjalne zamowienie prezydenta. Ani dostosowany do jego wymiarow czy przyzwyczajen. Nie byl tez luksusowy. Byl w tym ukryty swiadomy _zamiar. _ Bowiem “Bili” Matthews – jak, zgodnie z jego osobistym zyczeniem, nazywano go na plakatach wyborczych – podkreslal zawsze, przede wszystkim w trakcie swych kolejnych zwycieskich kampanii wyborczych, swoje przecietne i zwyczajne, wyniesione z prostego domu gusta i nawyki w sposobie ubierania sie i w doborze przedmiotow, jakimi sie otaczal i jakich uzywal na co dzien. Dlatego i jego fotel, ktory mogli ogladac liczni przyjmowani przez niego w Owalnym Gabinecie przedstawiciele roznych srodowisk, ktorych zechcial osobiscie do siebie zaprosic, nie byl ani troche luksusowy. Jedynie wspaniale antyczne biurko, za ktorym stal fotel, bylo meblem odziedziczonym po poprzednikach i przypominalo o szacownej tradycji Bialego Domu – co prezydent zawsze z naciskiem podkreslal, gdy zamierzal wywrzec odpowiednie wrazenie na jakiejs grupie gosci z glebi kraju. Na ogol mu sie to zreszta niezle udawalo. Ale Bili Matthews umial wyraznie zakreslac granice miedzy propaganda wyborcza a zyciem. Podczas scisle poufnych narad z czolowymi doradcami nigdy nie pojawial sie poufaly zwrot “Bili”, na ktorego uzycie mogl sobie pozwolic nawet najskromniejszy wyborca, zwracajac sie bezposrednio do prezydenta. Tutaj wszyscy mowili do niego oficjalnie, tytulujac go “Panem Prezydentem”. Sam prezydent takze pozbywal sie tu sztucznego, wystudiowanego sposobu mowienia i przylepionego do ust przymilnego usmiechu wyranzerowanego wyzla, dzieki ktorym udalo mu sie wczesniej naklonic wyborcow do wprowadzenia “swojego chlopa” do Bialego Domu. Tu juz nie byl “swoim chlopem”, o czym doradcy swietnie wiedzieli. Byl czlowiekiem u szczytu wladzy. Po drugiej stronie biurka siedzieli sztywno w fotelach z wysokimi oparciami trzej mezczyzni, ktorzy tego rana poprosili prezydenta o poufne spotkanie. Sposrod tego grona najwieksza zazylosc i najblizsze osobiste wiezy laczyly prezydenta z doradca do spraw bezpieczenstwa narodowego. W zachodnim skrzydle Bialego Domu i w roznych kregach personelu nazywano go krotko: “Doktorkiem” lub dluzej i dosadniej “Cholernym Polaczkiem”. Nie wszyscy tu lubili Stanislawa Poklewskiego. Nikt jednak nie lekcewazyl tego mezczyzny o ostrej, zdecydowanej twarzy. Obaj mezczyzni tworzyli nieco dziwna pare przyjaciol. Byli tak rozni od siebie, ze ich bliskosc mogla wydawac sie wrecz niezwykla: halasliwy blondyn, protestant z amerykanskiego Poludnia, i ciemnowlosy, zamkniety w sobie, malomowny katolik, ktory jako maly chlopiec przywedrowal tu z dalekiego Krakowa. Istota tej bliskiej przyjazni i wspolpracy tkwila zapewne w tym, ze umysl Poklewskiego – komputer zaprogramowany w jezuickich szkolach – okazywal sie niezawodny tam, gdzie Bili Matthews gubil sie lub byl calkowicie bezradny. Zwlaszcza gdy chodzilo o zawilosci psychologii Europejczykow w ogole, a Slowian w szczegolnosci. Dlatego doradca mial zawsze swobodny dostep do Prezydenta i byl chetnie i uwaznie wysluchiwany przez niego. Wspolpraca z Poklewskim odpowiadala mu jeszcze z dwoch innych powodow: “Doktorek” odznaczal sie zelazna lojalnoscia i nie mial zadnych osobistych ambicji politycznych ponad to, by byc nieodlacznym cieniem Billa Matthewsa. Prezydent mial wobec niego tylko jedno zastrzezenie. Poklewski zbyt otwarcie manifestowal swoja pelna podejrzliwosci wrogosc wobec Moskwy i jej ludzi i Matthews musial go wciaz przywolywac do porzadku w tych sprawach, przy pomocy majacego znacznie bardziej wywazone poglady sekretarza stanu, bedacego typowym bostonczykiem. Ale sekretarza stanu nie bylo na tym naglym porannym spotkaniu, zwolanym na osobista prosbe Poklewskiego. Pozostalymi dwoma mezczyznami siedzacymi naprzeciw biurka prezydenta byli: dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej, Robert Benson, i niejaki Carl Taylor. Powszechnie uwaza sie i czesto takze mylnie sie pisze, ze calym amerykanskim wywiadem elektronicznym kieruje Agencja Bezpieczenstwa Narodowego (NSA). Jest to niezgodne ze stanem faktycznym. W istocie NSA kieruje jedynie ta czescia wywiadu elektronicznego, ktora ma cokolwiek wspolnego z roznymi technikami audialnymi – podsluchem telefonow, nasluchem radiowym, wychwytywaniem z eteru miliardow slow dziennie w setkach jezykow i dialektow. Nagrywaniem ich, dekodowaniem, tlumaczeniem i analiza. Ale nie zajmuje sie ona satelitami szpiegowskimi. Obserwacja globu za pomoca technik wizualnych i kamer zainstalowanych na samolotach i co wazniejsze na krazacych w kosmosie satelitach nalezala zawsze do zadan Krajowego Biura Rozpoznania (NRO), ktore jest wspolna agenda Sil Powietrznych i CIA. Carl Taylor, w randze dwugwiazdkowego generala Wywiadu Sil Powietrznych, byl dyrektorem tego wlasnie Biura. Prezydent zgarnal stos lezacych przed nim na biurku zdjec o najwyzszej ostrosci i oddal je Taylorowi, ktory wstal, zeby odebrac je i schowac z powrotem do swojej teczki. – No dobrze, panowie – powiedzial wolno Matthews – pokazaliscie mi, ze w jakiejs czesci Zwiazku Radzieckiego, byc moze tylko na tych paru hektarach, ktore widac na zdjeciach, pszenica rozwija sie nieprawidlowo. Ale czego to dowodzi? Poklewski porozumial sie wzrokiem z Taylorem i skinieniem glowy dal mu znak, zeby tamten zabral glos. Taylor odchrzaknal i powiedzial: – Panie prezydencie, pozwolilem sobie przygotowac podglad bezposredniej transmisji zdjec przekazywanych przez jednego z naszych satelitow systemu Kondor. Czy zechcialby pan popatrzec? Matthews skinal glowa i obserwowal, jak Taylor podchodzi szybko ku baterii monitorow telewizyjnych, umieszczonych w zachodniej, owalnej scianie gabinetu, pod regalami, ktore specjalnie przebudowano, by pomiescic konsole z odbiornikami TV. Kiedy Owalny Gabinet odwiedzaja zwykli obywatele lub goscie, nie majacy dostepu do tajemnic panstwowych, ten razaco nowoczesny w stylowym wnetrzu rzad ekranow znika za rozsuwana sciana z tekowej boazerii. Taylor wlaczyl pierwszy odbiornik z lewej strony i wrocil do biurka prezydenta. Podniosl sluchawke jednego z szesciu stojacych na nim telefonow i powiedzial krotko: – Pokazcie nam to. Prezydent Matthews wiedzial, ze satelity systemu Kondor byly najnowszym osiagnieciem techniki obserwacyjnej i szpiegowskiej. Majac pulap lotu wyzszy od wszystkich dotychczas stosowanych, uzywaly kamer o tak wielkiej precyzji i zlozonosci, ze- pozwalaly pokazac _i _ wysokosci dwustu mil zblizenie obiektu wielkosci ludzkiego paznokcia, i to poprzez mgle, deszcz, grad, snieg, chmury i ciemnosci nocy. Kondory byly naprawde najnowsze i najlepsze. Wczesniej, w latach siedemdziesiatych, zdjecia z kosmosu, choc dobre, docieraly z opoznieniem. Kazda kasete z naswietlonym filmem trzeba bylo w odpowiednim punkcie orbity wystrzelic w specjalnej kapsule ochronnej w kierunku Ziemi. Nastepnie odnalezc ja. Dostarczyc samolotem do centralnego laboratorium NRO. Wywolac i dopiero wowczas obejrzec na ekranie. Tylko wtedy, gdy satelita znajdowal sie na odcinku orbity, z ktorym mozna bylo uzyskac bezposrednie polaczenie z USA lub ktorejs z amerykanskich stacji kontrolnych poza granicami Stanow Zjednoczonych, mozliwa byla bezposrednia transmisja telewizyjna. Kiedy jednak satelita przelatywal dokladnie nad terytorium ZSRR, od pewnego odcinka lotu krzywa powierzchni globu uniemozliwiala bezposredni odbior sygnalow. Trzeba bylo czekac na ponowne pojawienie sie satelity na odpowiednim odcinku orbity, by mozna wznowic bezposrednia obserwacje powierzchni Ziemi. Dopiero w lecie 1978 roku naukowcy rozgryzli ten problem przy pomocy specjalnego Parabolicznego Programu Symulacyjnego. Ich komputery wykreslily wokol calej kuli ziemskiej nieslychanie zawila siec orbit dla szesciu satelitow systemu, wyposazonych w kamery kosmiczne, ktora miala sluzyc tylko jednemu celowi. Jesli Bialy Dom zyczy sobie od tej chwili otrzymac natychmiast obraz rejestrowany przez ktoregos z satelitow systemu, nawet jesli znajdowalby sie on gdzies daleko za horyzontem, wywolany podniebny szpieg przesyla rejestrowany przez siebie obraz do sasiedniego Kondora. A ten z kolei do nastepnego – po niskich parabolicznych torach – jak koszykarze kozlujacy pilke reka i podajacy ja sobie podczas biegu. Na koniec, z satelity znajdujacego sie akurat nad USA, sygnal kierowany jest wprost na Ziemie, do centrali Krajowego Biura Rozpoznania, a stamtad przekazywany specjalnym laczem do Owalnego Gabinetu. Satelity poruszaja sie po swych orbitach z predkoscia ponad 60000 km na godzine. Nalezy jeszcze uwzglednic stale obroty Ziemi i zmiane polozenia jej osi wzgledem Slonca w kolejnych porach roku. Laczna ilosc obliczen niezbednych do funkcjonowania systemu jest astronomiczna. Tylko komputery sa w stanie sobie z nimi poradzic. Juz w 1980 roku prezydent Stanow Zjednoczonych, po nacisnieciu odpowiedniego guzika, mogl przez dwadziescia cztery godziny na dobe obserwowac kazdy centymetr kwadratowy powierzchni Ziemi. Matthews czasami czul sie tym zazenowany w przeciwienstwie do Poklewskiego, ktorego specyficzne wychowanie nauczylo ujawniania najskrytszych, nawet najbardziej osobistych mysli i uczynkow przed konfesjonalem. Teraz ten konfesjonal zastapily Kondory, spowiednikiem byl zas on sam – czlowiek, ktory kiedys naprawde omal nie zostal ksiedzem. Ekran zamigotal i ozyl. General Taylor rozlozyl mape ZSRR na biurku prezydenta i wskazal palcem odpowiedni obszar. – Obraz, ktory pan w tej chwili oglada, panie prezydencie, jest przekazywany z Kondora numer piec. Satelita porusza sie w kierunku polnocno-wschodnim nad wskazanym przeze mnie obszarem miedzy Saratowem i Permem. Matthews przeniosl wzrok na ekran. Bylo na nim widac przesuwajace sie powoli, zgodnie z kierunkiem lotu satelity, wielkie polacie Ziemi, ktorej okolo trzydziestokilometrowe pasmo obejmowala swym zasiegiem kamera. Widziana z satelity Ziemia__ wydawala sie pusta, jak jesienia po zniwach. Taylor powiedzial kilka slow do telefonu. Chwile pozniej na ekranie pojawilo sie wieksze zblizenie obrazu rejestrowanego przez kamere satelity. Widoczne teraz pasmo terenu mialo juz tylko okolo osmiu kilometrow szerokosci. Niewielkie skupisko chalup chlopskich bylo widac przez chwile po lewej stronie ekranu – byly to niewatpliwie zwykle drewniane chaty – zagubione gdzies w bezkresnym stepie. I one zniknely po jakims czasie z pola widzenia kamery i z ekranu, na ktorym w gornej czesci pojawila sie teraz linia szosy. Przesuwala sie powoli ku jego srodkowej czesci, zeby pozostac tam przez kilka sekund, a potem znalazla sie znowu poza zasiegiem kamery i poza ekranem. Taylor przekazal ponownie jakies polecenia przez telefon. Na ekranie pojawilo sie teraz nowe zblizenie. Obejmowalo pas nie szerszy niz sto metrow. Zwiekszyla sie ostrosc obrazu. W zasiegu kamery _znalazl _ sie na chwile czlowiek prowadzacy przez step konia, ale zaraz zniknal. – Wolniej – powiedzial Taylor do telefonu. Obraz wycinka terenu widoczny na ekranie _zaczal _ sie przesuwac z mniejsza szybkoscia. Gdzies w przestrzeni kosmicznej satelita Kondor kontynuowal swoj lot po niezmiennej trajektorii bez jakichkolwiek zmian kierunku, wysokosci i predkosci. Kadrowanie i zmniejszanie szybkosci odtwarzania rejestrowanego przez kamery obrazu odbywalo sie na Ziemi, w laboratorium NRO. Teraz na ekranie bylo widac, jak jakis rosyjski chlop, stojacy przy pniu samotnego drzewa, rozpina powoli rozporek. Prezydent nie byl znawca nauk scislych ani technicznych i nigdy nie przestal odczuwac pewnego naboznego zdziwienia stykajac sie z mozliwosciami, jakie stwarzaly najnowsze osiagniecia techniki. Teraz tez zdal sobie sprawe, ze siedzac sobie rano wygodnie w swoim cieplym gabinecie, w ten poznowiosenny dzien w Waszyngtonie, obserwuje jakiegos nieznanego chlopa, ktory gdzies daleko w odleglym zakatku Ziemi, u stop Uralu, przystanal, by zalatwic fizjologiczna potrzebe. Sylwetka chlopa powoli przesuwala sie ku dolowi ekranu, az zniknela calkiem z pola widzenia. Ekran wypelnily teraz lany pszenicy zajmujace wiele setek hektarow tej obcej ziemi uprawnej. – Zatrzymac – polecil Taylor. – I dajcie maksymalne zblizenie. Obraz powoli przestawal sie przesuwac, az wreszcie zatrzymal sie zupelnie. Po zatrzymaniu obrazu w kadrze, widocznym na ekranie, obserwowali kolejne zblizenia. W koncu wielki ekran monitora wypelnilo calkowicie dwadziescia klosow mlodej pszenicy. Wszystkie byly watle, anemiczne. Pol wieku temu, kiedy Matthews byl jeszcze dzieckiem, widywal podobne po burzach piaskowych na Srodkowym Zachodzie. Spojrzal na swego doradce. – Stan? – powiedzial pytajaco prezydent. Poklewski, ktory byl inicjatorem spotkania i pokazu materialu zarejestrowanego przez satelite, teraz starannie dobieral slowa: – Panie prezydencie, Zwiazek Radziecki planowal w tym roku zbiory wszystkich zboz na dwiescie czterdziesci milionow ton. W tym sto dwadziescia milionow ton pszenicy, szescdziesiat jeczmienia, po czternascie owsa i kukurydzy, dwanascie zyta, a pozostale dwadziescia to ryz, proso, gryka i rosliny straczkowe. Podstawowe uprawy stanowia wiec pszenica i jeczmien. Wstal i obszedl dokola biurko, na ktorym wciaz jeszcze rozlozona byla mapa ZSRR. Tymczasem Taylor wylaczyl telewizor i wrocil na swoje miejsce. – Okolo czterdziestu procent ich upraw zbozowych znajduje sie tutaj, na Ukrainie i Kubaniu, w poludniowej czesci RFSRR – ciagnal Poklewski pokazujac odpowiednie obszary na mapie. – Sa to wszystko oziminy. Pola obsiewa sie we wrzesniu i pazdzierniku, w listopadzie pojawiaja sie mlode pedy, i wtedy spada pierwszy snieg. Pokrywa on zasiew i chroni je przed ostrymi zimowymi mrozami. Poklewski odwrocil sie i skierowal w strone wysokich lukowatych okien za fotelem prezydenta. Mial zwyczaj chodzic, gdy mowil. Owalny Gabinet nie jest widoczny z Pennsylwania Avenue, gdyz zaslania go od tej strony niski budynek Zachodniego Skrzydla Bialego Domu. Poniewaz jednak szczyty jego wysokich, wychodzacych na poludnie okien widac z oddalonego o tysiac jardow pomnika Waszyngtona, zaopatrzono je juz dawno temu w szesciocalowe, kuloodporne, zielonkawe szyby – na wypadek, gdyby jakis snajper probowal strzelac z okolic pomnika. Ilekroc Poklewski zblizal sie do okien, padajace na niego zielonkawe swiatlo poglebialo bladosc jego twarzy. Matthews chcial juz obrocic fotel, by moc patrzec na mowiacego, gdy Poklewski ruszyl z powrotem ku polnocnej scianie pokoju. – W pierwszych dniach grudnia ubieglego roku nastapila na Ukrainie i Kubaniu niespodziewana odwilz. _Zdarzalo _ sie to i dawniej, ale nigdy nie bywalo o tej porze tak cieplo. Z okolic Bosforu i Morza Czarnego naplynely masy cieplego powietrza i przez tydzien utrzymywaly sie nad Ukraina i Kubaniem. Pietnastocentymetrowa warstwa sniegu stopniala, odslaniajac mlode pedy pszenicy i jeczmienia. Po dziesieciu dniach, jakby dla zrownowazenia tej naglej zmiany pogody, przyszla nastepna, rownie gwaltowna. Na caly obszar wrocila fala mrozow, dochodzacych do pietnastu, a nawet dwudziestu stopni ponizej zera. – I to, jak sadze, nie pomoglo zbozu – powiedzial prezydent. – Nasi eksperci – wtracil dyrektor CIA, Robert Benson – nasi najlepsi eksperci od rolnictwa oceniaja, ze Rosjanie beda mogli mowic o wielkim szczesciu, jesli uratuja polowe planowanych zbiorow z Ukrainy i Kubania. Szkody sa rozlegle i nieodwracalne. – Czy wlasnie to pokazaliscie mi przed chwila? – Nie – odpowiedzial Poklewski. – Tym razem chodzi o cos zupelnie innego. Pozostale szescdziesiat procent ich zbiorow zboz, jesli nie liczyc stosunkowo nieznacznych ilosci z Syberii, pochodzi w calosci z dziewiczych ziem Kazachstanu, po raz pierwszy obsianych w drugiej polowie lat piecdziesiatych za czasow Chruszczowa i Celinnego, i czarnoziemow rozciagajacych sie na przedmurzu Uralu. Wlasnie te tereny pokazalismy panu. – A co tam sie dzieje? – Cos dziwnego, panie prezydencie. Cos dziwnego stalo sie z ta czescia ich upraw zbozowych. Pszenica jara, siana wiosna, na przelomie marca i kwietnia, po stopnieniu sniegow, dzis powinna byc juz bujna i gesta. Tymczasem ta, ktora pan widzial, jest karlowata, rzadka, jak porazona rdza zbozowa. – Znowu sprawa pogody? – spytal Matthews. – Nie. Wprawdzie zima i wiosna na tych terenach byly wilgotne. Ale to nic powaznego. Teraz swieci tam slonce. Pogoda jest doskonala, ciepla i sucha. – Czy to porazenie rdza… ma duzy zasieg? Ponownie wlaczyl sie Benson: – Tego dokladnie jeszcze nie wiemy, panie prezydencie. Mamy jakies piecdziesiat zestawow zdjec filmowych, pokazujacych efekty tego porazenia. Nasze sluzby sa przeciez nastawione w zasadzie na co innego: na obserwowanie ruchow koncentracji wojsk, nowe bazy rakietowe, fabryki broni. Ale to, czym dysponujemy na podstawie fragmentarycznych zdjec wskazuje na bardzo duzy zasieg. – Co proponujecie? – Chcielibysmy – podjal na nowo Poklewski – aby podjal pan szybko decyzje, zeby zbadano te sprawe szczegolowo. I aby zechcial pan sam poswiecic jej jak najwiecej uwagi. Musimy przede wszystkim dowiedziec sie, jak ten problem jest wazny dla Rosjan. Trzeba wyslac tam na rekonesans jakies delegacje, na przyklad handlowcow. A takze tymczasowo zmienic program obserwacji satelitarnej, zrezygnowac z mniej waznych obecnie obserwacji wojskowych i skupic sie glownie na tym problemie. Uwazamy, ze uzyskanie przez nas informacji, co ma zamiar w tej kwestii zrobic Moskwa, jest dla nas sprawa wielkiej wagi panstwowej. Matthews zastanawial sie przez chwile. Potem spojrzal na zegarek. Za dziesiec minut mial spotkac sie z grupa dzialaczy ruchu ochrony srodowiska i otrzymac od nich kolejna pamiatkowa plakietke. Potem, jeszcze przed obiadem, mial odwiedzic go prokurator generalny w sprawie nowego ustawodawstwa pracy. Wstal. – Dobrze, panowie, macie moja zgode. Zaraz wydam odpowiednie polecenia. Mysle, ze rzeczywiscie powinnismy zbadac i wyjasnic te sprawe. Ale oczekuje od was szczegolowych informacji w ciagu miesiaca. Dziesiec dni pozniej, na siodmym pietrze budynku CIA w Langley, general Carl Taylor siedzial przy niskim stoliku do kawy w gabinecie generalnego dyrektora agencji, okreslanego kryptonimem roboczym DCI, Roberta Bensona, i spogladal na swoj wlasny raport z podpietym do niego grubym plikiem zdjec satelitarnych wykadrowanych z zarejestrowanych filmow. – To niezwykle, Bob, ale nie potrafimy tego w zaden sposob wyjasnic. Benson odwrocil sie od wielkiego panoramicznego okna, wypelniajacego cala sciane gabinetu DCI. Wychodzilo ono na polnocny wschod – na dluga lesna aleje biegnaca ku niewidocznej stad rzece Potomac. Podobnie jak wszyscy jego poprzednicy, bardzo lubil ten widok, zwlaszcza na przelomie wiosny i lata, kiedy tutejsze lasy zamienialy sie w morze delikatnej zieleni. Usiadl na niskiej kanapie przy stoliku Taylora. – Nie potrafia tego rowniez moi eksperci, Carl. A nie chce zwracac sie z tym do Departamentu Rolnictwa. Niezaleznie od tego, co naprawde dzieje sie w tej chwili ze zbiorami zboza w Zwiazku Radzieckim. Nie powinnismy z cala pewnoscia nadawac sprawie rozglosu. A jesli dopuszcze do niej ludzi z zewnatrz, za tydzien wszystko bedzie w prasie. No wiec, co tam masz? – Zdjecia wykazuja, ze ta rzekoma rdza, czy cokolwiek to naprawde jest, nie jest wynikiem zarazy – powiedzial Taylor. – Nie atakuje calych upraw. I to jest najdziwniejsze. Gdyby to byla sprawa zalaman pogody, musielibysmy miec o tym jakies informacje. Nie mamy zadnych. Gdyby to bylo zwykle porazenie upraw _zaraza, _ wystepowaloby na wiekszych polaciach, na calych obszarach zasiewow. Tak samo w przypadku pasozytow. Rozrzut tego jest jednak zupelnie chaotyczny. Na niektorych polach rosnie silna, zdrowa pszenica. Inne, polozone tuz obok, dotkniete sa zaraza. Nie ma w tym zadnej prawidlowosci. Tak przynajmniej wynika z analizy zdjec satelitarnych systemu Kondor. No i co o tym sadzisz? – To rzeczywiscie nie ma zadnego sensu – zgodzil sie Benson. – Wyslalem na miejsce paru naszych agentow, ale nie mam od nich jeszcze zadnego raportu. Prasa radziecka milczy na ten temat jak grob. Moi spece od rolnictwa wielokrotnie przegladali twoje zdjecia na wszystkie strony. Ale i oni nie potrafia wytlumaczyc, dlaczego to wszystko uklada sie tak przypadkowo. Zadne rozsadne wyjasnienie tu nie pasuje. A ja, jak wiesz, musze dostarczyc prezydentowi szacunkowych danych na temat przypuszczalnej wielkosci tegorocznych zbiorow w ZSRR. I musze to zrobic szybko. – Nie bede przeciez fotografowal wszystkich pol pszenicy i jeczmienia w calym Zwiazku Radzieckim – zaprotestowal Taylor. – Caly system Kondor musialby pracowac nad tym przez wiele miesiecy, a przeciez nie dostane go do wylacznej dyspozycji. – Tak, to niemozliwe – przyznal Benson. – Potrzebuje ciagle informacji o ruchach wojsk wzdluz granicy chinskiej, o garnizonach w poblizu Turcji i Iranu. Musze nieustannie obserwowac dyslokacje oddzialow Armii Czerwonej w Niemczech Wschodnich i nowe rakiety SS-20 za Uralem. – A wiec moge sie opierac jedynie na procentowym obliczeniu szkod, widocznych na tych zdjeciach, ktore juz mamy, i ekstrapolowac te dane na caly kraj – podsumowal Taylor. – Tylko trzeba to zrobic madrze – mruknal Benson. – Wolalbym, zeby nie powtorzyla sie sytuacja z siedemdziesiatego siodmego roku. Taylor az skrzywil sie na to wspomnienie, choc w tamtym fatalnym roku nie byl jeszcze szefem Krajowego Biura Rozpoznania. W 1977 roku amerykanska machina wywiadowcza dala sie nabrac na gigantyczna mistyfikacje. Przez cale lato eksperci CIA i Departamentu Rolnictwa zgodnie zapewniali prezydenta, ze zbiory zboz w ZSRR wyniosa 215 milionow ton. Delegacjom rolnikow odwiedzajacym Rosje pokazywano pola, na ktorych rosla piekna, zdrowa pszenica; w rzeczywistosci pola takie nalezaly do wyjatkow. Rozpoznanie fotograficzne tez okazalo sie bledne. Jesienia owczesny sekretarz generalny, Brezniew, spokojnie oznajmil, ze w ZSRR zebrano tylko 194 miliony ton ziarna roznych upraw zbozowych. W rezultacie cena amerykanskiej nadwyzki zbozowej oczywiscie podskoczyla. Wszyscy byli pewni, ze Rosjanie beda musieli teraz kupic okolo 20 milionow ton. Nic z tego! Jak sie okazalo, juz w ciagu lata Moskwa, dzialajac przez podstawione firmy, glownie francuskie, wykupila na pniu dostatecznie duzo zboza, by po starej, niskiej cenie pokryc przewidywany deficyt. Przez tych samych posrednikow wynajeto tez statki, a kiedy, zaladowane w Stanach, byly juz w drodze powrotnej do Europy Zachodniej, skierowano je do radzieckich portow. Sprawe pod kryptonimem “Afera Zadlo” pamietano w Langley do dzis. Carl Taylor wstal. – Dobrze, Bob, wracam do roboty. Moze trafia sie nam jakies lepsze zdjecia. – Carl! – glos DCI zatrzymal go w drzwiach. – Ladne zdjecia to nie wszystko. Od pierwszego lipca chce miec Kondory z powrotem do obserwacji wojskowych. Sprobuj do konca miesiaca oszacowac przewidywane zbiory. Przy wszelkich watpliwosciach liczcie raczej _in minus. _ A jesli twoi chlopcy znajda cos ciekawego – cokolwiek by to bylo, rozumiesz? – niech wracaja w to samo miejsce i fotografuja od nowa. Musimy, do cholery, dowiedziec sie w jakis sposob, co sie wlasciwie dzieje z ta ich pszenica. Satelity prezydenta Matthewsa mogly widziec prawie wszystko, co dzialo sie w ZSRR – nie mogly jednak widziec Harolda Lessinga, jednego z trzech pierwszych sekretarzy w biurze radcy handlowego Ambasady Brytyjskiej w Moskwie, siedzacego tego ranka przy swoim biurku. Moze i dobrze, bo nie byl to widok budujacy, a on pierwszy zgodzilby sie z taka opinia. Byl blady jak sciana i czul sie bardzo podle. Misja brytyjska w stolicy ZSRR miescila sie w pieknym, starym, przedrewolucyjnym palacyku przy Nabrzezu Maurice'a Thoreza, z ktorego polnocnych okien, ponad rzeka Moskwa, mozna ogladac poludniowa sciane Kremla. Kiedys, w czasach carskich, nalezal do kupca, ktory na handlu cukrem dorobil sie byl milionow; po rewolucji kupili go Brytyjczycy. Od tej pory az po dzien dzisiejszy rzad radziecki probuje go odzyskac. Lokalizacja ambasady nie podobala sie zwlaszcza Stalinowi. Codziennie, gdy wstawal, z okien swego prywatnego apartamentu musial ogladac nienawistna flage Union Jack, trzepoczaca na porannym wietrze. Wprawialo go to we wscieklosc. Ale dla biura radcy handlowego zabraklo miejsca w tym eleganckim, kremowozlotym palacyku. Znalazlo sie ono w ponurym kompleksie tandetnych powojennych biurowcow, dwie mile od ambasady, przy Prospekcie Kutuzowa, niemal naprzeciwko hotelu “Ukraina”, przypominajacego tort weselny. W tym samym kompleksie, ze wspolna brama, zawsze strzezona przez kilku czujnych milicjantow, znajduje sie pare ponurych blokow mieszkalnych przeznaczonych dla personelu dyplomatycznego co najmniej dwudziestu ambasad. Caly ten obiekt nazywany jest osiedlem dla dyplomatow albo bardziej oficjalnie dla korpusu dyplomatycznego. Gabinet Harolda Lessinga znajdowal sie na ostatnim pietrze bloku biura radcy handlowego. Kiedy w pewnym momencie Lessing stracil przytomnosc (byla godzina dziesiata trzydziesci rano w piekny majowy dzien), halas rozbijanego telefonu, ktory sciagnal z biurka osuwajac sie na dywan, zaalarmowal pracujaca w sasiednim pokoju sekretarke. Spokojnie i bez paniki wezwala radce handlowego, ktory przy pomocy dwoch mlodych attache odprowadzil Lessinga, juz prawie zupelnie przytomnego, ale chwiejacego sie jeszcze na nogach, do jego mieszkania na szostym pietrze w oddalonym o sto krokow bloku numer 6. Zaraz tez zadzwonil do glownego budynku ambasady na Nabrzezu Maurice'a Thoreza i powiadomil szefa kancelarii o tym, co zaszlo. Poprosil tez o przyslanie lekarza ambasady. W poludnie, po zbadaniu Lessinga w jego wlasnym lozku, lekarz poszedl porozmawiac z radca handlowym. Radca przerwal mu jednak gwaltownie i zaproponowal, wspolna jazde do ambasady i narade z udzialem szefa kancelarii. Dopiero znacznie pozniej poczatkowo zaskoczony doktor, zwykly brytyjski lekarz, zatrudniony na trzyletnim kontrakcie w ambasadzie w randze pierwszego sekretarza, zrozumial, dlaczego takie zachowanie bylo konieczne. Szef kancelarii zabral ich obu do specjalnego zabezpieczonego przed podsluchem pomieszczenia w gmachu ambasady. Budynek biura radcy handlowego takich zabezpieczen nie mial. – To krwawiacy wrzod zoladka – wyjasnil medyk dwom dyplomatom, gdy znalezli sie juz w podziemiu. – Ten stan trwa prawdopodobnie od paru tygodni, a moze nawet miesiecy, ale pacjent myslal, ze to tylko nadkwasota. Przypisywal to ogolnemu przemeczeniu i lykal tony tabletek przeciw nadkwasocie. Co za glupota! Powinien byl przeciez przyjsc do mnie. – Czy to wymaga hospitalizacji? – spytal szef kancelarii, patrzac w sufit. – Tak, oczywiscie. Mysle, ze bede mogl mu to zalatwic w ciagu paru godzin. Tutejsi lekarze sa w tym calkiem dobrzy. Zapanowalo milczenie. Dyplomaci wymienili znaczace spojrzenia. Obaj mysleli o tym samym. Obaj w przeciwienstwie do lekarza wiedzieli, bo musieli ze wzgledu na swe obowiazki to wiedziec, jaka naprawde funkcje pelnil Lessing w ambasadzie. Radca pokrecil przeczaco glowa. – To niemozliwe – powiedzial cicho szef kancelarii. – Nie w przypadku Lessinga. Musimy wyprawic go do Helsinek najblizszym popoludniowym lotem. Czy zagwarantuje pan, ze wytrzyma te podroz? – Alez z pewnoscia… – zaczal lekarz i zawahal sie. Dopiero teraz zrozumial, dlaczego musieli jechac trzy kilometry, aby przeprowadzic te rozmowe. Najwidoczniej Lessing byl rezydentem Intelligence Seryice w Moskwie. – Tak, oczywiscie. Ale… pacjent jest nadal pod wplywem przebytego wstrzasu i przypuszczalnie utracil sporo krwi. Podalem mu sto miligramow pethidyny w celu usmierzenia bolu. Moge wstrzyknac nastepna taka dawke o trzeciej po poludniu. Jesli zostanie odwieziony na lotnisko i bedzie mial odpowiednia opieke w podrozy, wowczas moze leciec do Helsinek. Ale natychmiast po przylocie musi sie znalezc w szpitalu. Najlepiej bedzie, jesli sam z nim polece, zeby tego dopilnowac. Jutro bede z powrotem. Szef kancelarii uniosl glowe. – Doskonale. Dam panu na to nawet dwa dni. I, jesli bylby pan laskaw, moja zona ma liste drobiazgow do kupienia. Zgoda? Dziekuje pieknie. Zaraz zalatwie wszystkie formalnosci. Prasa codzienna, magazyny ilustrowane i ksiazki sensacyjne od wielu lat donosza, ze centrala tajnej brytyjskiej sluzby wywiadowczej (SIS albo MI 6) znajduje sie w pewnym biurowcu w londynskiej dzielnicy Lambeth. Informacje te wywoluja ciche rozbawienie i ironiczne usmiechy na twarzach pracownikow “Firmy” – takiego roboczego, nieoficjalnego kryptonimu wywiadu brytyjskiego uzywa sie w miedzynarodowym zargonie sluzb wywiadowczych, poniewaz podawanie adresu w Lambeth jest tylko jedna z form dzialan dezinformacyjnych. W podobny sposob wyglada sprawa budynku Leconfield House przy ulicy Curzona, majacego rzekomo byc siedziba kontrwywiadu bardziej znanego pod kryptonimem MI 5. W rzeczywistosci ci niezmordowani angielscy lowcy szpiegow juz od lat nie sa sasiadami Klubu Playboya. Prawdziwa siedziba najtajniejszej z tajnych sluzb na swiecie, Secret Intelligence Service, jest nowoczesny stalowo-betonowy gmach, sasiadujacy z Departamentem Ochrony Srodowiska, w poblizu jednej z glownych stolecznych stacji lokalnej dojazdowej kolei, obslugujacej caly poludniowy region Anglii. Wywiad wprowadzil sie tutaj na poczatku lat siedemdziesiatych. W swoim apartamencie na najwyzszym pietrze tego budynku, ktorego przyciemnione okna wychodza na iglice Big Bena i budynki Parlamentu za rzeka, dyrektor generalny SIS wysluchal tuz po obiedzie informacji o chorobie Lessinga. Przekazal ja wewnetrzna linia telefoniczna szef kadr. On z kolei otrzymal ja z centrali odbioru szyfrogramow, mieszczacej sie w podziemiu. Dyrektor SIS sluchal uwaznie. – Jak dlugo bedzie wylaczony? – zapytal w koncu. – Co najmniej kilka miesiecy – odparl szef kadr. – Trzeba liczyc sie z kilkutygodniowym leczeniem w szpitalu w Helsinkach i dodac jeszcze do tego drugie tyle w domu. No i przypuszczalnie jeszcze pare tygodni rekonwalescencji. – Szkoda… – dyrektor generalny zamyslil sie. – Ktos go bedzie wiec musial raczej szybko zastapic. Przypomnial sobie w tym momencie, ze Lessing “prowadzil” osobiscie dwoch agentow, Rosjan, nizszych funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Zagranicznych ZSRR i Armii Czerwonej. Obaj nie wymysliliby byc moze prochu, ale byli uzyteczni. – Jak tylko Lessing dotrze bezpiecznie do Helsinek, prosze mnie o tym powiadomic. I prosze mi dostarczyc krotka liste ewentualnych kandydatow. Prosze to zrobic jeszcze dzisiaj, przed wieczorem. Sir Nigel Irvine byl trzecim z kolei kadrowym pracownikiem wywiadu pelniacym funkcje dyrektora generalnego SIS. Znacznie wieksza amerykanska CIA, zalozona i doprowadzona do rozkwitu przez Allena Dullesa, na skutek wielokrotnego przekraczania swych uprawnien i braku zewnetrznej kontroli, na poczatku lat siedemdziesiatych zostala podporzadkowana czlowiekowi z zewnatrz, admiralowi Stansfieldowi Turnerowi. Jakby przez przekore, rzad brytyjski dokladnie w tym samym czasie zdecydowal sie na krok przeciwny, zrywajac z tradycja prowadzenia Firmy przez jednego z zasluzonych dyplomatow z Foreign Office, i powierzyl pelnienie tej funkcji kadrowym pracownikom wywiadu. Oplacilo sie. Znane grzechy i bledy Firmy z dawnych lat – afery Burgessa, MacLeana, Philby'ego – zostaly z nawiazka odkupione i odrobione. Totez Sir Nigel Irvine byl przekonany, ze tradycja zatrudniania na czele Firmy kadrowego oficera wywiadu bedzie kontynuowana rowniez po jego odejsciu. Aby to zapewnic, rownie energicznie jak jego bezposredni poprzednicy zwalczal w swojej instytucji wszelka samowole i niesubordynowanych “samotnych strzelcow”. – To jest sluzba, a nie popisy cyrkowe na trapezie – zwykl byl mawiac nowicjuszom w osrodku szkoleniowym w Beaconsfield. – Nie jestescie tu po to, zeby zbierac oklaski. Robilo sie juz ciemno, kiedy na biurko Sir Nigela zgodnie z wczesniejszym rozkazem dotarly trzy teczki. Chcial jednak jak najszybciej dokonac wyboru, wiec z gory nastawil sie na to, ze bedzie musial tego dnia zostac dluzej w pracy. Dobra godzine sleczal nad dostarczonymi mu dokumentami, choc wybor od poczatku wydawal sie niemal oczywisty. W koncu siegnal po sluchawke i poprosil do siebie szefa kadr, ktory oczekiwal na miejscu na decyzje. Dwie minuty pozniej sekretarka zameldowala jego przybycie. Sir Nigel nalal gosciowi whisky z woda sodowa; jego wlasna szklanka byla juz pelna. Nie widzial powodu, by odmawiac sobie drobnych przyjemnosci zyciowych, totez swoj gabinet urzadzil przytulnie, jakby chcac sobie powetowac odor okopow w latach 1944-45 i obskurne hoteliki w Wiedniu po wojnie, kiedy jako poczatkujacy agent Firmy werbowal dla niej ludzi z radzieckiego personelu okupacyjnego w Austrii. Dwaj z nich, mogl sobie tego pogratulowac, po dlugich latach “uspienia” znow pracowali teraz dla Firmy. Choc budynek SIS na zewnatrz byl nowoczesna konstrukcja ze stali, chromu i betonu, gabinet dyrektorski na jego najwyzszym pietrze urzadzono ze staroswiecka elegancja. Tapety w neutralizujacym zmeczenie kolorze kawy z mlekiem, ciemnopomaranczowy dywan przykrywajacy cala podloge. Biurko, stojacy za nim fotel, a przed biurkiem dwa wysokie krzesla oraz skorzana kanapa Chesterfield – wszystko to byly prawdziwe antyki. W magazynie obrazow Ministerstwa Srodowiska, z ktorego moga korzystac przy dekoracji swych gabinetow mandaryni brytyjskiej sluzby panstwowej, Sir Nigel upatrzyl sobie Dufy'ego, Vlamincka i cokolwiek watpliwego Brueghla. Mial tez chrapke na malego, rozkosznego Fragonarda, ale ubiegl go jakis sprytny dostojnik z Ministerstwa Skarbu. Inaczej niz Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Wspolnoty, gdzie sciany obwieszone sa konterfektami bylych ministrow, na przyklad Canninga czy Greya, Firma zawsze stronila od obwieszania sie portretami poprzednich szefow. Zreszta nikomu nie przyszloby nawet do glowy uwieczniac na portretach podobizn ludzi ukrywajacych sie tak starannie w cieniu innych, jak kolejni arcyszpiedzy Wielkiej Brytanii. Nie przepadano tu tez za portretami krolowej w pelnej gali, w odroznieniu od biur Bialego Domu czy Langley, gdzie sciany wytapetowane sa zdjeciami urzedujacego prezydenta z saznistymi autografami. “Nasza ofiarnosc w sluzbie krolowej i kraju nie wymaga zadnej dodatkowej reklamy – powiedziano kiedys zdumionemu tym stanem rzeczy gosciowi z CIA. – W przeciwnym razie nie pracowalibysmy tutaj”. Sir Nigel zaprzestal obserwacji swiatel West Endu za rzeka i odwrocil sie od okna. – Wyglada na to, ze Munro? – ni to stwierdzil, ni spytal. – Ja tez tak uwazam – odparl szef personelu. – Jaki on jest? Przeczytalem dossier, no i znam go troche. Ale moze doda pan cos osobistego. – Jest skryty. – To dobrze. – I troche indywidualista. – To juz gorzej. – Szczegolnie cenna jest jego znajomosc jezyka. Dwaj pozostali tez mowia dobrym potocznym jezykiem rosyjskim, ale Munro moglby uchodzic wrecz za Rosjanina. Zazwyczaj zwraca sie do Rosjan jezykiem poprawnym, z silnym obcym akcentem, ale kiedy sie “przelaczy”, moze sie pomiedzy nich wmieszac jak swoj. To moze byc bardzo pomocne w szybkim nawiazaniu kontaktu z “Perkozem” i “Rarogiem”. “Perkoz” i “Rarog” byly to pseudonimy dwoch szeregowych agentow zwerbowanych i prowadzonych osobiscie przez Lessinga. Agenci – Rosjanie, pracujacy dla Firmy w ZSRR, otrzymywali kryptonimy od nazw gatunkow ptakow, w kolejnosci alfabetycznej odpowiadajacej kolejnosci werbunku. Ci dwaj byli najnowszymi nabytkami. Sir Nigel chrzaknal. – Dobrze. A wiec Munro. Gdzie on teraz jest? – Wyklada w Beaconsfield. Uczy podstaw naszego fachu. – Prosze go tu przyprowadzic jutro po poludniu. Nie jest zonaty, wiec pewnie bedzie mogl szybko wyjechac. Nie powinien sie tu obijac. Rano zalatwie dla niego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych nominacje na miejsce Lessinga w biurze radcy handlowego. Beaconsfield, dzieki latwemu polaczeniu z centrum Londynu, uznano przed laty za dogodna lokalizacje dla eleganckich rezydencji wiejskich; budowali je ludzie zamozni, zajmujacy w stolicy raczej wysoka pozycje. Ale juz na poczatku lat siedemdziesiatych wiekszosc tych domow dawala schronienie seminariom naukowym, kursom zarzadzania i marketingu, a nawet rekolekcjom religijnym. W jednym z nich – czego wcale nie ukrywano – miescila sie Wojskowa Szkola Jezyka Rosyjskiego, w sasiedztwie dzialal osrodek szkoleniowy Secret Intelligence Service – co juz ukrywano jak najstaranniej. Wyklad Adama Munro z praktyki szpiegowskiego rzemiosla cieszyl sie duzym powodzeniem, po czesci chociazby dlatego, ze dawal oddech od zmudnej rutyny ciaglego szyfrowania i deszyfrowania. Grupa sluchala wykladu z uwaga – i Munro zdawal sobie z tego sprawe. – Dzisiaj – zaczal swoj wyklad w ostatni wtorek maja – bedzie mowa o roznych pulapkach i o tym, jak sie z nich wydostawac. Grupa zastygla w oczekiwaniu. Typowe procedury szpiegowskie byly rzecza interesujaca, ale jeszcze bardziej frapujace wydawaly sie starcia z “opozycja”. – Mam odebrac przesylke od lacznika – rzucil pierwszy przyklad Munro – ale miejscowy opiekun depcze mi po pietach. Ja mam papiery dyplomatyczne, ale moj lacznik ich nie ma. Czyli jest narazony. Idzie na umowione spotkanie, a ja nie mam sposobu, by temu zapobiec. On z kolei wie, ze jesli bedzie sie tam krecil zbyt dlugo, zwroci na siebie uwage, bedzie wiec czekal tylko dziesiec minut. Co mam zrobic? – Zgubic opiekuna – zaproponowal ktos. Munro pokrecil glowa. – Po pierwsze, uchodze tu za niewinnego dyplomate, a nie za jakiegos Houdiniego. Jesli zgubie opiekuna, zdemaskuje sie jako wyszkolony agent. Po drugie, moze sie to nie udac. Jesli ogon jest z KGB, zwlaszcza z pierwszej druzyny, nie uda sie na pewno. Moge co najwyzej uciec z powrotem do ambasady. Sa inne pomysly? – Zrezygnowac – rzucil inny sluchacz. – Nie pokazywac sie. Bezpieczenstwo nie chronionego wspolpracownika jest najwazniejsze. – Slusznie – odparl Munro. – Ale nasz czlowiek zostaje z przesylka, ktorej nie moze przeciez trzymac wiecznie, i nie jest ze mna w ogole umowiony… – zrobil krotka pauze. – A moze jednak jest? – Tak, jest jeszcze rezerwowy wariant na wszelki wypadek – zasugerowal trzeci sluchacz. – Doskonale – podchwycil Munro. – Otoz podczas wczesniejszych spotkan w tym wygodnym okresie, kiedy jeszcze sam nie bylem sledzony, ustalilismy szereg schematow rezerwowych na wypadek niepowodzenia. A wiec teraz on czeka dziesiec minut, ja sie nie pokazuje, on odchodzi nie rozpoznany i idzie na nastepny punkt. Jak ten schemat sie nazywa? – Odwrot – zaryzykowal ten sam gorliwiec, ktory przedtem proponowal zgubic ogon. – Pierwszy odwrot – poprawil Munro. – Za kilka miesiecy bedziemy to przerabiac na ulicach Londynu, wiec zapamietajcie dobrze. Wszyscy pilnie notowali. – OK. Mamy wiec drugi umowiony punkt w miescie, ale ja nadal nie gubie opiekuna. Co mam zrobic w punkcie pierwszego odwrotu? Zapadla cisza. Po trzydziestu sekundach milczenia Munro podjal wyklad: – W tym punkcie nie spotykamy sie. Zgodnie _z _ instrukcja, jaka przekazalem lacznikowi, jest to zawsze miejsce, w ktorym on moze mnie obserwowac, ale ja trzymam sie od niego z daleka. Kiedy juz wiem, ze on mnie widzi – na przyklad z jakiegos tarasu czy z kawiarni, ale zawsze z daleka – daje mu znak. To moze byc cokolwiek: drapie sie w ucho, wycieram nos, upuszczam gazete i podnosze ja. Co to oznacza dla lacznika? – Ze kierujesz go na trzeci punkt, zgodnie z ustalonym wczesniej schematem – powiedzial gorliwy. – Swietnie. Ale przeciez nadal jestem sledzony. Gdzie powinno sie odbyc trzecie spotkanie? W jakim miejscu? Tym razem nikt nie podjal tematu. – Otoz w dowolnym lokalu – w barze, klubie, restauracji i tak dalej – w ktorym, kiedy juz zamkniesz za soba drzwi, nikt nie moze cie _zobaczyc _ z ulicy. Dlaczego wlasnie takie miejsce wybieramy na przekazanie towaru? W tym momencie ktos zapukal do drzwi, po czym pojawila sie w nich glowa szefa programu szkolenia. Skinal na Munro, ten wstal od stolika i podszedl do drzwi. Zwierzchnik wyciagnal go na korytarz. – Wzywaja cie – powiedzial cicho. – Mistrz chce sie z toba widziec. W jego biurze, o trzeciej. Wyjedziesz podczas przerwy obiadowej. Zajecia popoludniowe przejmie Bailey. Munro wrocil do grupy cokolwiek zaskoczony. “Mistrz” bylo poufalym, a _zarazem _ pelnym szacunku okresleniem samego dyrektora generalnego Firmy. A wiec… Ktos ze sluchaczy przerwal tok jego mysli, odpowiadajac na zadane przed minuta pytanie: – Chodzi o to, zebys mogl podejsc do lacznika i wziac towar poza zasiegiem wzroku ogona. Munro pokrecil glowa. – Niezupelnie. Po moim wyjsciu z lokalu mozna wziac na spytki kelnerow. Jesli podszedlbym od drzwi wprost do lacznika, ktos moglby zapamietac jego twarz i latwo byloby go odnalezc, chocby na podstawie opisu. Inne pomysly? – Zguba albo posterestante w lokalu – zaproponowal gorliwy. Munro znow pokrecil glowa. – Nie bedzie na to czasu. Ogon wejdzie do lokalu kilka sekund po mnie. Mozliwe tez, ze lacznik, ktory zgodnie z umowa byl tu wczesniej, nie znalazl odpowiedniej wolnej kabiny w toalecie albo odpowiedniego stolika. Za duzo w tym loterii. Nie, tym razem zastosujemy mijanke. Wiecie, jak to sie robi? Wiec notujcie: Po odebraniu w punkcie pierwszego odwrotu sygnalu, ze jestem pod obserwacja, moj lacznik przystepuje do uzgodnionej przedtem procedury. _Zaczyna _ od tego, ze synchronizuje z dokladnoscia do jednej sekundy swoj zegarek z wiarygodnym zegarem publicznym, a jeszcze lepiej z zegarynka telefoniczna. Ja robie to samo. Tuz przed umowiona godzina on siedzi juz w danym barze czy kawiarni. Ja w tym momencie zblizam sie do drzwi. Jesli przyszedlem za wczesnie, zwlekam z wejsciem, na przyklad zawiazujac sobie sznurowadlo albo ogladajac sasiednia wystawe. Nalezy jednak unikac ostentacyjnego patrzenia na zegarek. Punktualnie, co do sekundy, wchodze do lokalu. Drzwi zamykaja sie za mna. W tej samej sekundzie lacznik, juz z zaplaconym rachunkiem, wstaje od stolika czy baru i rusza w strone drzwi. Mamy co najmniej piec sekund, zanim drzwi otworza sie ponownie i wejdzie ogon. Kiedy po zrobieniu paru krokow mijamy sie z lacznikiem, upewniam sie jeszcze raz, czy drzwi sa zamkniete i czy nas nie widac z ulicy, nie zatrzymujac sie odbieram towar i siadam przy jakims wolnym stoliku lub przy bufecie. Po chwili wchodzi ogon. Lacznik mija go w drzwiach, wychodzi i znika. Pozniej personel baru potwierdzi, ze z nikim nie rozmawialem, z nikim sie nie kontaktowalem. Nie zatrzymalem sie przy zadnym stoliku ani nikt nie zatrzymal sie przy moim. A tymczasem towar mam juz w kieszeni. Dopijam swojego drinka i wracam do ambasady. Oni tymczasem z satysfakcja zloza raport, ze w czasie calej mojej przechadzki zadnych kontaktow nie bylo. To wlasnie jest mijanka… a to dzwonek na przerwe obiadowa. No dobrze, dosyc na dzisiaj. Poznym popoludniem Adam Munro zamknal sie w tajnym archiwum pod glowna kwatera Firmy i zaczal przekopywac sie przez stos pozolklych teczek. Mial tylko piec dni, by poznac i utrwalic w pamieci caly material niezbedny do przejecia od Harolda Lessinga funkcji glownego rezydenta Firmy w Moskwie. 31 maja odlecial z Londynu do Moskwy, by objac nowa posade. Przez pierwszy tydzien Munro oswajal sie z nowym otoczeniem. Dla wszystkich pracownikow ambasady, z wyjatkiem paru wtajemniczonych, byl po prostu zawodowym dyplomata, sciagnietym tu pospiesznie na miejsce Harolda Lessinga. Tylko ambasador, szef kancelarii, glowny szyfrant i radca handlowy wiedzieli, jakie jest jego prawdziwe zadanie. Fakt, ze w stosunkowo powaznym wieku 46 lat jest tylko pierwszym sekretarzem radcy biura handlowego, tlumaczono poznym wstapieniem do sluzby dyplomatycznej. Kierownik biura zatroszczyl sie o to, by trafiajace na biurko nowego pracownika sprawy handlowe zabieraly mu jak najmniej czasu. Odbylo sie krotkie, formalne powitanie w prywatnym gabinecie ambasadora i drugie, mniej oficjalne, u szefa kancelarii. Munro szybko zaznajomil sie z wiekszoscia personelu ambasady, zaliczyl tez cala ture przyjec oficjalnych, gdzie poznal wielu dyplomatow z zachodnich ambasad. Odbyl tez robocza konferencje w cztery oczy ze swoim odpowiednikiem w ambasadzie amerykanskiej; jak to okreslil czlowiek z CIA, w “interesach” panowal spokoj. Pracownik ambasady brytyjskiej w Moskwie nie mowiacy w ogole po rosyjsku niebezpiecznie by sie wyroznial; totez Munro uzywal rosyjskiego, ale tylko w topornej wersji, z cudzoziemskim akcentem – zarowno wobec swych kolegow, jak na oficjalnych przyjeciach u Rosjan. Na jednym z takich przyjec dwaj urzednicy tamtejszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych rozmawiali o dwa kroki od niego szybkim, potocznym rosyjskim. Zrozumial wszystko, a poniewaz rozmowa byla w jakiejs mierze interesujaca, przekablowal jej tresc do Londynu. Dziesiatego dnia swego pobytu siedzial na lawce w bardzo rozleglym parku Wystawy Osiagniec Gospodarki Narodowej, na polnocnych peryferiach rosyjskiej stolicy. Czekal na pierwsze spotkanie z agentem z Armii Czerwonej, ktorego przejal po Lessingu. Munro urodzil sie w 1936 roku w rodzinie edynburskiego lekarza. Jego dziecinstwo, mimo toczacej sie wojny, bylo spokojne i szczesliwe – typowe dziecinstwo chlopca z brytyjskiej klasy sredniej. Do trzynastego roku zycia uczyl sie w miejscowej szkole powszechnej; nastepne piec lat spedzil w Fettes College, jednej z najlepszych szkockich srednich szkol. Tutaj wlasnie po raz pierwszy nauczyciele stwierdzili, ze chlopak ma niezwykly talent do jezykow. W roku 1954 – sluzba wojskowa byla wciaz jeszcze obowiazkowa – stanal do poboru i po krotkim szkoleniu zapewnil sobie miejsce w dawnym pulku swojego ojca, First Gordon Regiment. Wyslany na Cypr, tego samego lata wzial udzial w akcjach przeciwko partyzantom EOKA w gorach Troodos. To bylo dawno – ale jeszcze teraz, siedzac w moskiewskim parku, wyraznie widzial oczami duszy tamten wiejski dom. Niemal pol nocy czolgal sie wtedy przez wrzosy, by okrazyc farme, na ktora skierowal ich donos konfidenta. O swicie Munro czuwal samotnie pod stroma skarpa na tylach domu, wzniesionego na pagorku. Glowna czesc plutonu zaatakowala farme od frontu, wspinajac sie po lagodniejszym stoku od strony wschodzacego slonca. Gdzies spoza wzgorza uslyszal Munro terkot stenow. Oslaniajac oczy przed pierwszymi promieniami slonca, dojrzal dwie postaci, ktore wyskoczyly z tylnych okien domu i popedzily na zlamanie karku w dol skarpy. Biegli wprost na niego, zaczajonego za zlamanym drzewkiem oliwnym, w cieniu galezi. Biegli smiesznie przebierajac nogami jak czlowiek balansujacy na linie. Kiedy zblizyli sie, dostrzegl w reku jednego z nich cos w rodzaju krotkiej czarnej laski. Nawet gdyby krzyknal, nie zdolalby ich zatrzymac – tak mowil sobie pozniej. Ale wtedy wcale o tym nie myslal: zadzialal po prostu nabyty w trakcie szkolenia odruch. Gdy znalezli sie pietnascie jardow od niego, wstal i oddal dwie krotkie smiertelne serie. Impet pociskow zatrzymal ich w biegu, poderwal w powietrze i odrzucil na mur okalajacy wzgorze. Kiedy z lufy stena wydobywala sie juz tylko smuga dymu prochowego, Munro podszedl, by przyjrzec sie im z bliska. Spodziewal sie, ze dostanie torsji lub zemdleje. Nic z tych rzeczy; byla tylko chlodna ciekawosc. Zajrzal im w twarze. To byli chlopcy, mlodsi od niego – a on mial osiemnascie lat. Jego dowodca, sierzant, przedzieral sie z trzaskiem przez gaj oliwny. – Dobra robota, moj chlopcze! – krzyknal. – Zalatwiles ich. Munro popatrzyl jeszcze raz na ciala chlopcow, ktorzy nigdy juz nie ozenia sie i nie beda mieli dzieci, nigdy nie _zatancza _ buzuki, nie poczuja slonecznego ciepla ani smaku wina. Jeden nadal sciskal w reku ow ciemny, podluzny przedmiot: to byla kielbasa. Jej kawalek zwisal jeszcze z ust ofiary. Zaskoczyli ich przy sniadaniu. Munro odwrocil sie do sierzanta w naglym wybuchu: – Nie jestem zadnym twoim chlopcem! Jestem tylko i wylacznie swoj, rozumiesz? Naleze tylko do siebie! Sierzant wytlumaczyl sobie ten wybuch jako zrozumiala reakcje nerwowa kogos, kto pierwszy raz zabil – i nie zlozyl raportu o tym zdarzeniu. Byc moze zle zrobil. Bo przelozeni nie dowiedzieli sie juz wtedy, ze posluszenstwo Adama Munro nie jest bezgraniczne. Szesc miesiecy pozniej przekonano go, ze jest dobrym materialem na oficera i ze powinien przedluzyc swoj pobyt w armii do trzech lat w celu uzyskania patentu. Zmeczony Cyprem, przyjal te propozycje i wrocil do Anglii, do korpusu kadetow w Eaton Hali. Trzy miesiace pozniej dostal gwiazdke podporucznika. Wypelniajac kwestionariusze w Eaton Hali, wpisal biegla znajomosc francuskiego i niemieckiego. Ktoregos dnia zrobili mu wyrywkowy test z obu jezykow i okazalo sie to zgodne z prawda. Tuz po uzyskaniu patentu zaproponowali mu nauke w Wojskowej Szkole Jezyka Rosyjskiego, w Bodmin w Kornwalii. A poniewaz alternatywa byly nudne obowiazki garnizonowe w Szkocji – latwo sie zgodzil. Po szesciu miesiacach nie tylko biegle opanowal rosyjski, ale mogl wrecz uchodzic za Rosjanina. W roku 1957, mimo silnych oporow ze strony pulku, ktory pragnal go zatrzymac, Munro porzucil armie. Doszedl bowiem do wniosku, ze wolalby byc korespondentem zagranicznym. Spotkal przedtem paru takich na Cyprze i doszedl do wniosku, ze to ciekawsze zajecie niz praca oficera. W wieku 21 lat zostal mlodszym reporterem “Scotsmana” w rodzinnym Edynburgu. Dwa lata pozniej przeniosl sie do Londynu, do Reutera – miedzynarodowej agencji prasowej, rezydujacej przy Fleet Street 85. Latem roku 1960 dobra znajomosc jezykow obcych okazala sie bardzo potrzebna. Majac 24 lata otrzymal w biurze Reutera w Berlinie Zachodnim stanowisko zastepcy szefa, samego Alfreda Kluehsa. Bylo to ostatnie berlinskie lato przed ustawieniem Muru. Po trzech miesiacach pobytu Munro spotkal Walentyne – jedyna (teraz widzial to jasno) kobiete, ktora kiedykolwiek naprawde kochal. Ktos usiadl obok niego i odkaszlnal. Munro zostal wyrwany z marzen. “Wykladam podstawy rzemiosla dla nowicjuszy – pomyslal – a dwa tygodnie pozniej zapominam o elementarnej zasadzie: nigdy nie rozpraszac uwagi przed spotkaniem”. Sasiad zerkal nan niepewnie, a przeciez Munro mial umowiony krawat w groszki. Rosjanin wlozyl powoli papierosa do ust i ponownie spojrzal na sasiada. Staromodny trik, ale wciaz przydatny. Munro wyjal zapalniczke i podal sasiadowi ogien. – Ronald ciezko sie rozchorowal dwa tygodnie temu – powiedzial cicho. – Choroba wrzodowa. Ja jestem Michael. Polecono mi przejac jego sprawy. Aha, moze pan moglby mi powiedziec, czy to prawda, ze wieza telewizyjna Ostankino jest najwyzsza budowla w Moskwie? Rosyjski oficer w cywilu odetchnal z ulga, wypuszczajac przy tym z pluc klab dymu. To wlasnie bylo haslo, uzgodnione niegdys z Lessingiem, ktorego on znal tylko jako Ronalda. Teraz wystarczylo prawidlowo, choc niezgodnie z prawda, odpowiedziec: – Tak, ma czterysta piecdziesiat metrow wysokosci. Zlozyl gazete, ktora trzymal w reku, i umiescil ja na lawce miedzy nimi. Zwiniety plaszcz deszczowy Munro zsunal sie z jego kolan na ziemie. Munro podniosl go, zwinal ponownie i polozyl na gazecie. Przez nastepne dziesiec minut dwaj mezczyzni nie zwracali na siebie uwagi. Rosjanin z luboscia _zaciagal _ sie papierosem. Wreszcie wstal i wdeptal w ziemie niedopalek, pochylajac sie przy tym. – Za dwa tygodnie – mruknal Munro. – Toaleta meska pod sektorem G w nowym Cyrku Panstwowym. Podczas wystepu klowna Popowa. Przedstawienie _zaczyna _ sie o siodmej trzydziesci. Rosjanin oddalil sie i ponownie _zaczal _ spacerowac po pobliskich alejkach. Munro obserwowal go spokojnie jeszcze przez pare minut. Nikt nie zwracal na nich uwagi. Szkot zagarnal z lawki plaszcz, gazete i ukryta w niej brazowa koperte, po czym powrocil metrem na Prospekt Kutuzowa. Koperta zawierala aktualna liste ludzi zajmujacych najwyzsze stanowiska w Armii Czerwonej. 2. Pare minut przed jedenasta 10 czerwca Adam Munro przesiadal sie na stacji metra przy placu Rewolucji. W tym samym czasie, jakies trzydziesci metrow wyzej i prawie pol kilometra na poludniowy zachod, kawalkada zlozona z dwunastu lsniacych, czarnych limuzyn wtoczyla sie przez Brame Borowiecka na dziedziniec Kremla. Zaczynalo sie posiedzenie Biura Politycznego KPZR, ktore mialo odmienic bieg dziejow. Kreml jest duzym trojkatem, zwienczonym w waskim polnocnym narozniku potezna Wieza Sobakina. Ze wszystkich stron chroni go bardzo wysoki mur, w ktorym naliczyc mozna az osiemnascie wiez i tylko cztery bramy. Poludniowe dwie trzecie owego trojkata to teren turystyczny: przemierzaja go grzeczne grupy wycieczkowe zwiedzajac katedry, dwory i palace dawno zmarlych carow. Przez srodek trojkata przebiega pusty pas asfaltu, patrolowany przez straze – niewidzialna zapora, ktorej turysci nie moga przekroczyc. Ale kawalkada ciezkich, wykonanych na zamowienie limuzyn przetoczyla sie przez ten pusty pas w strone trzech budynkow polnocnej czesci Kremla. Najmniejszym z nich jest polozony od wschodu Teatr Kremlowski. Za teatrem kryje sie czesciowo budynek Rady Ministrow – na pozor siedziba rzadu, skoro tu wlasnie spotykaja sie ministrowie. Jednak prawdziwym osrodkiem decyzyjnym ZSRR jest nie gabinet ministrow, ale Biuro Polityczne, czyli tak zwane Politbiuro, stanowiace faktyczne kierownictwo Komunistycznej Partii Zwiazku Radzieckiego. Najwiekszy jest trzeci budynek, usytuowany wzdluz zachodniego muru, sasiadujacy poprzez blanki z Ogrodem Aleksandrowskim. Jego plan przypomina ksztaltem dlugi, waski prostokat. Poludniowa czesc prostokata zajmuje Stary Arsenal, muzeum dawnej broni. Ale amfilada sal muzeum szybko konczy sie grubym wewnetrznym murem. Aby dostac sie do dalszych, polnocnych czesci budynku, trzeba wyjsc na zewnatrz i pokonac wysoki parkan z kutego zelaza, rozpiety miedzy budynkami Rady Ministrow i Arsenalu. Tego ranka czarne limuzyny przemknely przez brame w zelaznym ogrodzeniu i zatrzymaly sie przed wejsciem do sekretnej czesci budynku. Prostokatny budynek Arsenalu miesci w sobie waskie wewnetrzne podworze, oddzielajace od siebie dwa jeszcze wezsze bloki mieszkan i biur. Ma cztery pietra, jesli liczyc strych. Mniej wiecej w polowie dlugosci wschodniego, wewnetrznego bloku, na trzecim pietrze, z oknami wychodzacymi tylko na podworze – oslonieta przed niepozadanymi obserwatorami – znajduje sie sala, w ktorej co czwartek zbiera sie Biuro Polityczne, by sprawowac wladze nad 250 milionami obywateli radzieckich i nad dziesiatkami milionow dalszych, ktorym tylko wydaje sie, ze zyja, poza granicami rosyjskiego imperium. Bo tez jest to prawdziwe imperium. Chociaz teoretycznie Republika Rosyjska jest tylko jednym z pietnastu panstw skladajacych sie na ZSRR, w istocie ta Rosja carow, dawnych i nowych, panuje zelazna reka nad pozostalymi czternastoma, nierosyjskimi republikami. Swoje panowanie Rosja urzeczywistnia z pomoca trzech wielkich sil: Armii Czerwonej, obejmujacej tez flote i lotnictwo; Komitetu Bezpieczenstwa Panstwowego, czyli KGB, ze stoma tysiacami jego agentow, 300 tysiacami zolnierzy i 600 tysiacami konfidentow; wreszcie Wydzialu Organizacyjnego Partii przy sekretariacie generalnym Komitetu Centralnego, ktory kieruje kadrami partyjnymi – ich praca, mysleniem, zyciem rodzinnym, nauka i wypoczynkiem – od lodow Arktyki po wzgorza Persji i brzegi Morza Japonskiego. Takie sa rozmiary imperium. Sala w kremlowskim Arsenale, w ktorej zbiera sie Politbiuro, ma jakies szesnascie metrow dlugosci i osiem metrow szerokosci – nic wielkiego, jak na skupiona tu wladze. Jej sciany zdobia ciezkie marmury – ulubiony material dekoracyjny komunistycznych bossow. Nad wszystkim dominuje dlugi stol w ksztalcie litery “T”, nakryty zielonym rypsem. Poranne zebranie 10 czerwca 1982 roku bylo niezwykle – czlonkowie Biura dostali zaproszenia, ale nie otrzymali porzadku obrad. Totez ci, ktorzy mieli dzis zasiasc przy podluznym stole, wyczuwali jakims szczegolnym szostym zmyslem – bez ktorego nigdy nie wspieliby sie tak wysoko – ze zanosi sie na cos powaznego i groznego. U szczytu stolu na centralnym miejscu siedzial, jak zwykle, najwyzszy zwierzchnik wszystkich tych ludzi, Maksym Rudin. Oficjalnie jego wladza wynikala ze stanowiska przewodniczacego Prezydium Rady Najwyzszej ZSRR. Ale w Rosji nic – moze z wyjatkiem pogody – nie jest nigdy tym, czym sie wydaje. W istocie wladza Rudina brala sie z funkcji 40 sekretarza generalnego KPZR. Jako tak zwany gensek byl on zarazem przewodniczacym Komitetu Centralnego i Biura Politycznego. Ten siedemdziesieciojednoletni czlowiek byl nieprzenikniony, zamkniety w sobie i niezwykle przebiegly. Gdyby nie ta ostatnia cecha, nigdy nie zajalby fotela, na ktorym przedtem siedzieli: Stalin (ten zreszta raczej rzadko zwolywal zebrania Politbiura), Malenkow, Chruszczow i Brezniew. Po jego bokach zajmowali miejsca czterej sekretarze KC, ludzie bezgranicznie wobec Rudina lojalni. Za nim, w obu polnocnych naroznikach pokoju, znajdowaly sie dwa nieduze stoliki. Przy jednym siedziala para stenografow, mezczyzna i kobieta, ktorzy przenosili na papier kazde wypowiedziane slowo. Na drugim dublowaly ten zapis wolno przesuwajace sie tasmy magnetofonow, obslugiwanych przez dwoch mezczyzn. Pozostalych dwunastu czlonkow Biura zajmowalo miejsca wzdluz podstawy litery “T”, po szesciu z kazdej strony, majac przed oczami notatniki, karafki z woda, popielniczki. Przy odleglym koncu stolu, naprzeciw fotela sekretarza, stalo jeszcze jedno krzeslo, puste. Czlonkowie Biura spojrzeli po sobie, by sprawdzic, czy nikogo nie brakuje. Puste krzeslo bylo bowiem w istocie lawa oskarzonych, przeznaczona wylacznie dla kogos, kto pojawia sie w tej sali po raz ostatni i kto musi wysluchac oskarzen pod wlasnym adresem, wypowiadanych przez dotychczasowych kolegow, skazany na nielaske, a kiedys – nie tak znowu dawno – na smierc pod “czarnym murem” Lubianki. Przyjal sie zwyczaj, ze takiego potepionego zatrzymywano dluzej za drzwiami, by wchodzac zastawal juz wszystkie krzesla zajete – z wyjatkiem lawy oskarzonych. Wtedy wiedzial juz wszystko. Ale tego czerwcowego ranka owo krzeslo bylo puste. I nikogo nie brakowalo. Rudin wyprostowal sie i przez przymruzone powieki obserwowal cala dwunastke. W jego wargach tkwil nieodlaczny papieros, spowijajac twarz chmura dymu. Rudin gustowal wciaz w papierosach w starym rosyjskim stylu – z cienkiego kartonika, w polowie tylko wypelnionego tytoniem. Te tutke nalezalo jeszcze zacisnac palcami w dwoch miejscach, tworzac w ten sposob swoisty filtr. Wspolpracownicy Rudina juz dawno nauczyli sie podsuwac mu owe papierosy jeden po drugim, a jego lekarze – milczec w tej sprawie. Po lewej rece przywodcy, przy podluznej czesci stolu, pierwszy siedzial protegowany Rudina, Wasyl Pietrow, lat czterdziesci dziewiec – a wiec mlody jak na zajmowane stanowisko – kierownik wydzialu organizacyjnego Partii w generalnym sekretariacie KC. W trudnej sprawie, w ktorej mieli sie dzis rozmowic, Rudin mogl liczyc na poparcie Pietrowa. Miejsce obok niego zajmowal weteran Biura Politycznego, minister spraw zagranicznych Dymitr Rykow – ten rowniez bedzie trzymal z Rudinem, bo po prostu nie ma wyboru. Jeszcze dalej po lewej siedzial szczuply jak na swoje 53 lata Jurij Iwanienko, okrutnik, wyrozniajacy sie w tym gronie eleganckim, szytym w Londynie garniturem, i jakby nawet pyszniacy sie ta elegancja wobec grona ludzi z zasady nienawidzacych wszystkiego, co zachodnie. Wywindowany przez samego Rudina na stanowisko szefa KGB, Iwanienko tez bedzie jego stronnikiem, chocby dlatego, ze wszelka mozliwa opozycja nie cierpi Iwanienki i pragnie go zniszczyc. Po drugiej stronie stolu pierwsze miejsce zajmowal Jefrem Wiszniajew, czlowiek rowniez mlody jak na zajmowane stanowisko – podobnie zreszta jak polowa pobrezniewowskiego Biura Politycznego. W wieku 55 lat byl juz glownym teoretykiem Partii. Surowy, ascetyczny i krytyczny. Istny bicz bozy na dysydentow i rewizjonistow, straznik czystosci marksistowskiej idei, _zzerany _ chorobliwa nienawiscia do kapitalistycznego Zachodu. Rudin wiedzial, ze opor moze pojawic sie wlasnie z tej strony. Obok Wiszniajewa siedzial szescdziesieciotrzyletni marszalek Nikolaj Kierenski, minister obrony i naczelny dowodca Armii Czerwonej; ten bedzie zapewne kierowal sie aktualnym interesem armii. Pozostawalo jeszcze siedmiu, w tym odpowiedzialny za rolnictwo Komarow. Byl dzis szczegolnie blady. Podobnie jak Rudin i Iwanienko, a w odroznieniu od reszty, wiedzial juz, o czym bedzie mowa. Jednak twarz szefa KGB nie _zdradzala _ cienia emocji, a reszta nic jeszcze o “tym” nie wiedziala. “To” pojawilo sie na sali dopiero wtedy, gdy Rudin skinal na straznika z kremlowskiej gwardii pretorianskiej, by przez drzwi w przeciwleglym krancu pokoju wprowadzil czekajacego za nimi z obawa i drzeniem osobnika. – Pozwolcie, towarzysze, ze przedstawie profesora Iwana Iwanowicza Jakowlewa – zagrzmial Rudin, podczas gdy mezczyzna zblizal sie bojazliwie do stolu, po czym stanal w oczekiwaniu, sciskajac w dloniach wilgotny od potu plik papierow. – Profesor jest naszym czolowym agronomem, specjalista upraw zboz w Ministerstwie Rolnictwa i czlonkiem Akademii Nauk. Przyniosl nam pewien raport. Prosze mowic, profesorze. Rudin, ktory znal ten raport juz od paru dni, teraz oparl sie wygodnie i patrzyl w sufit nad glowa profesora. Iwanienko pedantycznie i z celebra zapalal zachodniego papierosa. Komarow otarl czolo i _zaczal _ przygladac sie wlasnym dloniom. Profesor tymczasem odchrzaknal pare razy. – Towarzysze… – _zaczal _ niepewnie. Nikt nie zaprotestowal przeciwko tej formule. Uczony wzial gleboki oddech i zanurzyl sie w raporcie. – Na przelomie grudnia i stycznia tego roku nasze satelitarne prognozy pogody zapowiadaly niezwykle wilgotna zime i wczesna wiosne. Uwzgledniajac te prognozy i zgodnie ze sprawdzona naukowo praktyka, postanowilismy w Ministerstwie Rolnictwa, ze ziarno przeznaczone na wiosenny siew nalezy wzbogacic dodatkiem profilaktycznym powstrzymujacym zagrzybienie, ktore prawdopodobnie wystapiloby na wielka skale pod wplywem wilgoci. Robilismy to juz przedtem niejednokrotnie. Tym razem wybrano nawoz, spelniajacy dwie funkcje, dzieki dwom glownym skladnikom. Pierwszy to skladnik rteciowo-organiczny, zapobiegajacy grzybicom w fazie kielkowania ziarna; drugi jest rodzajem pestycydu pod nazwa Lindan, odstraszajacego zarazem ptaki. W komitecie naukowym Ministerstwa uzgodniono, ze wobec strat, jakie ponieslismy w tym roku wskutek wymarzniecia _zboza _ ozimego, nalezalo zwiekszyc przewidywany zbior zboz jarych co najmniej do stu czterdziestu ton, a to oznacza, ze trzeba bylo wysiac szesc i cwierc miliona ton ziarna. Wszyscy patrzyli na profesora. Ustaly szmery. Czlonkowie Biura potrafia z daleka wyczuwac prawdziwe niebezpieczenstwo. Tylko Komarow – czlowiek odpowiedzialny za rolnictwo – wpatrywal sie z udreka w blat stolu. Niektorzy rzucali nan przelotne spojrzenia, weszac krew. Profesor przelknal z trudem sline i kontynuowal: – Poniewaz na tone ziarna bierze sie szescdziesiat gramow mieszanki, w sumie potrzebowalismy jej trzysta piecdziesiat ton. W magazynach bylo tylko siedemdziesiat ton. Natychmiast przekazano wiec do fabryki w Kujbyszewie polecenie podjecia produkcji brakujacych jeszcze dwustu osiemdziesieciu ton. – Czy to jedyna tego rodzaju fabryka? – spytal Pietrow. – Tak, towarzyszu. Nie trzeba wiecej fabryk, by produkowac te ilosc mieszanki. Fabryka w Kujbyszewie jest wielkim zakladem chemicznym, wytwarzajacym rozne srodki owadobojcze i chwastobojcze, nawozy itd. Na wyprodukowanie dwustu osiemdziesieciu ton tej mieszanki potrzebuje ona nie wiecej niz czterdziesci godzin. – Wracajmy do rzeczy – przerwal te rozwazania Rudin. – Zbiegiem okolicznosci fabryka przechodzila wlasnie coroczny przeglad konserwacyjny, a czasu bylo malo, zwazywszy, ze mieszanke nalezalo jeszcze dostarczyc do stu dwudziestu siedmiu stacji nawozowo-nasiennych w calym Zwiazku, tam dodac ja do ziarna przeznaczonego na siew, a wreszcie rozwiezc to wzbogacone ziarno do tysiecy sowchozow i kolchozow. Wyslalismy wiec z Moskwy do Kujbyszewa naszego funkcjonariusza, mlodego, energicznego dzialacza, by przyspieszyl cala sprawe. Jak sadze, zarzadzil on natychmiastowe przerwanie robot konserwacyjnych, przywrocenie sprawnosci operacyjnej zakladu i podjecie produkcji. – I co, nie zdazyl? – odezwal sie chrapliwym glosem marszalek Kierenski. – Nie, towarzyszu marszalku, fabryka ruszyla w odpowiednim terminie, mimo ze ekipy konserwacyjne nie dokonczyly przegladu. Cos jednak zle dzialalo, a konkretnie: zawor zbiornika z Lindanem. Lindan jest bardzo silnym srodkiem, i jego udzial w mieszance rteciowo-organicznej powinien byc scisle przestrzegany. Otoz zawor zbiornika Lindanu zacial sie w pozycji calkowicie otwartej… choc wskaznik na tablicy kontrolnej wskazywal otwarcie na jedna trzecia. W rezultacie cale dwiescie osiemdziesiat ton mieszanki uleglo skazeniu. – A gdzie byla kontrola jakosci? – spytal ktorys z czlonkow Biura pochodzacy ze wsi. Profesor jeszcze raz przelknal sline; stanowczo wolalby powedrowac pieszo na Syberie, niz przezyc jeszcze raz te torture. – To byl zbieg nieszczesliwych przypadkow i bledow – wyznal. – Kierownik dzialu analizy chemicznej i kontroli jakosci wyjechal wlasnie na urlop do Soczi, korzystajac z przerwy w pracy zakladu. Wezwano go telegraficznie. Ale z powodu mgly w rejonie Kujbyszewa jego samolot musial zawrocic i glowny chemik kontynuowal podroz pociagiem. Kiedy przyjechal, produkcja mieszanki byla juz zakonczona. – Wiec nie poddano mieszanki zadnym probom? – zapytal Pietrow z niedowierzaniem. Profesor wydawal sie teraz jeszcze bardziej zmaltretowany niz przedtem. – Glowny chemik nalegal na przeprowadzenie testow jakosciowych. Natomiast ten mlody funkcjonariusz z Moskwy chcial, zeby od razu wyekspediowac caly produkt. Zaczely sie przetargi. W koncu doszlo do kompromisu. Chemik chcial przetestowac co dziesiaty pojemnik mieszanki – w sumie dwadziescia osiem. Nasz funkcjonariusz zgodzil sie tylko na jeden. I wtedy wlasnie doszlo do trzeciego bledu. Nowe pojemniki ustawiono razem z zeszloroczna rezerwa siedemdziesieciu ton. W magazynie ladowacz, ktoremu polecono przywiezc jeden worek do laboratorium, napelnil go zawartoscia ze starego pojemnika. Oczywiscie testy wykazaly doskonala jakosc mieszanki, po czym caly ladunek wyekspediowano. Profesor zlozyl swoje notatki. Nie bylo juz o czym mowic. Mogl oczywiscie jeszcze raz powtorzyc, ze to koincydencja trzech bledow – defektu mechanicznego, falszywej decyzji ludzi dzialajacych pod presja czasu oraz lekkomyslnosci magazyniera – doprowadzila do katastrofy. Ale to nie byla jego sprawa i wcale nie mial zamiaru wymyslac kiepskich usprawiedliwien dla innych. W pokoju _zapadla _ grobowa cisza. Przerwal ja lodowaty glos Wiszniajewa: – Jaki konkretnie bedzie skutek nadmiaru Lindanu w tej mieszance? – Bedzie ona dzialac toksycznie na kielkujace w ziemi ziarno, zamiast je chronic. Mlode pedy, jesli w ogole sie pojawia, beda karlowate, rzadkie i pokryte brunatnymi plamami. I nie bedzie z nich ani jednego ziarna. – A jaka czesc wiosennych zasiewow jest skazona? – spytal Wiszniajew chlodno. – Mniej wiecej cztery piate, towarzyszu. Siedemdziesiat ton zeszlorocznej rezerwy mieszanki bylo calkowicie w porzadku. Natomiast cale dwiescie osiemdziesiat ton z nowej produkcji zostalo zatrute wskutek awarii zaworu. – I cala te toksyczna substancje dodano do ziarna, ktore nastepnie wysiano? – Tak jest, towarzyszu. Dwie minuty pozniej profesorowi pozwolono odejsc. W prywatnosc i zapomnienie. Wiszniajew zwrocil sie do Komarowa. – Wybaczcie, jesli sie myle, towarzyszu, ale wy chyba wiecie juz nieco wiecej o tej aferze. Co sie stalo z funkcjonariuszem, ktory zrobil ten… koktajl? – Ledwo powstrzymal sie przed uzyciem wulgarnego slowa, oznaczajacego sterte psich odchodow na trotuarze. Zanim Komarow zdazyl otworzyc usta, odezwal sie Iwanienko. – Jest w naszych rekach – powiedzial – podobnie jak ten chemik, ktory opuscil stanowisko pracy, magazynier, ktory jest po prostu wyjatkowym tepakiem, i inzynierowie z ekipy remontowej, ktorzy twierdza, ze zazadali pisemnego polecenia… i dostali je… by zwijac manatki przed ukonczeniem roboty. – A ten funkcjonariusz? Powiedzial cos? – spytal Wiszniajew. Iwanience przemknal przez glowe obraz tamtego kompletnie zalamanego czlowieka w lochach Lubianki. – Nawet duzo – odparl. – To sabotazysta? Agent faszystowski? – Nie – powiedzial Iwanienko biorac gleboki oddech. – Po prostu duren. Ambitny aparatczyk, nadgorliwy w wykonywaniu zadan. Mozecie mi zaufac, towarzysze. Dzis znamy juz cala zawartosc czaszki tego czlowieka. – Jeszcze jedno, ostatnie pytanie, zebysmy mieli jasnosc co do rozmiarow tej sprawy – Wiszniajew obrocil sie znowu w strone Komarowa. – Wiem juz, ze z oczekiwanych stu milionow ton pszenicy ozimej uratujemy zaledwie polowe. A ile bedziemy mieli w pazdzierniku pszenicy z siewow wiosennych? Komarow spojrzal na Rudina. Ten nieznacznie skinal glowa. – Z zaplanowanych stu czterdziestu milionow ton jarej pszenicy i innych zboz nie mozemy powaznie liczyc na wiecej niz piecdziesiat milionow – odparl cicho. Na sali powialo groza. – A wiec w sumie plony z obu zbiorow nie przekrocza stu milionow – podjal sie komentarza Pietrow. – Deficyt w skali krajowej wyniesie sto czterdziesci milionow ton! Gdyby to bylo piecdziesiat czy nawet siedemdziesiat milionow… To sie juz zdarzalo i jakos dawalismy sobie rade. Troche zaciskalismy pasa, duzo kupowalismy za granica. No, ale _przeciez _ nie az tyle… Rudin postanowil zakonczyc zebranie. – To niewatpliwie najpowazniejszy problem, z jakim mielismy do czynienia kiedykolwiek… wiekszy nawet niz imperializm chinski czy amerykanski. Proponuje odlozyc nasze obrady na pozniej, a na razie niech kazdy z osobna zastanowi sie nad mozliwymi rozwiazaniami. Rzecz jasna, ta wiadomosc nie moze w zadnym razie przedostac sie poza krag osob obecnych na tej sali. Nastepne spotkanie jak zwykle za tydzien. Kiedy trzynastu czlonkow Politbiura i czterej sekretarze KC wstawali od stolu, Pietrow mruknal do Iwanienki: – To juz nie niedostatek. To kleska glodowa. Najwyzsze gremium Zwiazku Radzieckiego rozeszlo sie do swych limuzyn marki ZIL, w ktorych cierpliwie czekali kierowcy; rozeszlo sie w silnym poczuciu, ze oto jakis nedzny profesorek agronomii podlozyl bombe zegarowa pod jedno z dwu supermocarstw swiata. Nie o uprawach zboz, ale o milosci myslal Adam Munro, kiedy tydzien pozniej siedzial w lozy Teatru Wielkiego przy Prospekcie Karola Marksa. Mysli te nie kierowaly sie bynajmniej ku siedzacej obok, skadinad atrakcyjnej sekretarce ambasady, ktora wymogla na nim, by zabral ja na ten balet. Munro nie byl wielkim milosnikiem baletu, chociaz dosyc lubil muzyke. Ale czar baletowych _entrechats _ i _fouettes _ albo, jak sam to nazywal, “podskokow” – zupelnie nan nie dzialal. Podczas drugiego aktu “Giselle” – bo to wlasnie bylo w programie owego wieczoru – jego mysli powracaly wciaz do Berlina. To byla piekna przygoda. Nie, nie przygoda, ale milosc, jaka zdarza sie tylko raz w zyciu. On mial niespelna 25 lat, ona dziewietnascie. Miala ciemne wlosy i byla sliczna. Ze wzgledu na prace, jaka tam wykonywala, musieli utrzymywac swoj zwiazek w tajemnicy. Spotykali sie niby to przypadkiem w mrocznych ulicach, on porywal ja do swego samochodu i uwozil do malego mieszkanka na zachodnich krancach Charlottenburga, gdzie nikt nie mogl ich widziec. Kochali sie, rozmawiali, potem ona robila kolacje i znow sie kochali. Poczatkowo tajemny charakter ich zwiazku – podobnie jak w przypadku ludzi, ktorzy na milosne spotkania wymykaja sie chylkiem z domu slubnego malzonka – dodawal ich zblizeniom szczegolnego smaku i pikanterii. Ale latem 1961 roku, kiedy podberlinskie lasy eksplodowaly zielenia i kwiatami, kiedy mozna bylo zeglowac po jeziorach i opalac sie na plazach, ta koniecznosc pozostawania w ukryciu zaczela ich meczyc i draznic. Wtedy wlasnie poprosil, by zostala jego zona, a ona prawie sie zgodzila. Wciaz jeszcze mogla sie zgodzic – choc wlasnie wtedy zaczal rosnac Mur. Ukonczono go 14 sierpnia, ale jego budowa byla tajemnica poliszynela juz wczesniej. Wowczas podjela decyzje i kochali sie po raz ostatni. Powiedziala, ze nie moze zostawic swoich bliskich: skazac ojca na nielaske i degradacje w pracy, matke na utrate ulubionego mieszkania, na ktore czekala tyle dlugich, mrocznych lat. Nie moze zniszczyc nadziei na wyksztalcenie i kariere mlodszego brata. A wreszcie nie moze zniesc mysli, ze nigdy juz nie zobaczylaby ukochanych rodzinnych stron. Odeszla wiec – a on patrzyl, ukryty w cieniu, jak przekradala sie do wschodniego Berlina przez ostatni nie ukonczony jeszcze odcinek Muru: smutna, samotna, ze zlamanym sercem i bardzo, bardzo piekna. Nigdy wiecej jej nie spotkal, nigdy tez nikomu o niej nie powiedzial, kryjac ja w glebinach pamieci z iscie szkockim talentem zachowywania tajemnicy. Nigdy nie zdradzil, ze kochal kiedys – i nadal kocha – rosyjska dziewczyne imieniem Walentyna, ktora byla sekretarka-stenotypistka radzieckiej delegacji na konferencje czterech mocarstw w Berlinie. Dobrze zdawal sobie sprawe, ze nie pasuje to do obowiazujacych w Firmie regul gry. Po odejsciu Walentyny Berlin calkiem mu obrzydl. Po roku zostal przeniesiony do biura Reutera w Paryzu. Dwa lata pozniej, juz z powrotem w Londynie, gdzie nudzil sie niemilosiernie w centrali Reutera na Fleet Street, odwiedzil go pewien znajomy _z _ czasow berlinskich. Ow znajomy, cywil pracujacy w berlinskim dowodztwie wojsk brytyjskich na zbudowanym przez Hitlera stadionie olimpijskim, zaproponowal odnowienie znajomosci. Wynikla z tego wspolna kolacja, w ktorej uczestniczyl jeszcze trzeci mezczyzna. Przy kawie znajomy z Berlina grzecznie przeprosil i odszedl. Ten trzeci zachowywal sie przyjaznie i nienatarczywie. Niemal juz po drugim koniaku wylozyl swoja sprawe. – Ktos z moich kolegow z Firmy – rzekl z rozbrajajaca niesmialoscia – zastanawial sie, czy nie wyswiadczylby pan nam malej przyslugi. Po raz pierwszy uslyszal wtedy Munro okreslenie: “Firma”. Pozniej nauczyl sie calego tego zargonu. Ludzie pracujacy w anglo-amerykanskim porozumieniu wywiadowczym – porozumieniu malo znanym i scisle tajnym, ale przeciez istniejacym – o Secret Intelligence Service mowili zawsze “Firma”. Pracownikow wydzialow kontrwywiadu, MI 5, nazywano tu “kolegami”. Kwatere CIA w Langley w Virginii okreslano mianem “Kompanii”, o jej personelu zas mowiono jako o “kuzynach”. Po przeciwnej stronie pracowali przeciwnicy; ich kwatera glowna byl dom nr 2 przy placu Dzierzynskiego w Moskwie; plac nosi imie zalozyciela pierwszej “czerezwyczajki” – czyli policji leninowskiej. Ten budynek nazywano w zargonie Firmy “osrodkiem”, a cale terytorium na wschod od Zelaznej Kurtyny – “blokiem”. Spotkanie w londynskiej restauracji odbylo sie w grudniu roku 1964, a propozycja, potwierdzona pozniej w pewnym mieszkaniu w Chelsea, dotyczyla “malej wycieczki do bloku”. Munro odbyl ja wiosna roku 1965, oficjalnie jako klient Targow Lipskich. Paskudna to byla wycieczka. Opusciwszy Lipsk pojechal na spotkanie w Dreznie, tuz obok muzeum Albertinum. Pakiet w wewnetrznej kieszeni ciazyl niczym piec egzemplarzy Biblii, i zdawalo mu sie, ze wszyscy sie na niego gapia. Oficer wschodnioniemieckiej armii, ktory znal rozlokowanie radzieckich rakiet taktycznych posrod wzgorz Saksonii, przyszedl z polgodzinnym opoznieniem. Przez caly czas – Munro mial wtedy niemal pewnosc – obserwowali go dwaj funkcjonariusze Policji Ludowej. Jednak wymiana towaru w krzakach pobliskiego parku przebiegla bez zaklocen. Munro wrocil do samochodu i ruszyl na poludniowy zachod, w strone Gery i przejscia granicznego do Bawarii. Ale juz na przedmiesciach Drezna jakis miejscowy kierowca wjechal nan z boku, mimo iz Munro mial pierwszenstwo. Nie _zdazyl _ nawet jeszcze przelozyc towaru do kryjowki miedzy bagaznikiem i tylnym siedzeniem; pakiet tkwil ciagle w kieszeni jego kurtki. Nastapily dwie szarpiace nerwy godziny na lokalnym posterunku policji; w kazdej chwili moglo pasc polecenie: “Prosze oproznic kieszenie, Mein Herr”. A to, co ukrywal w okolicach serca, wystarczalo na dwadziescia piec lat ciezkich robot na Kolymie. W koncu pozwolono mu odjechac. Wtedy okazalo sie, ze akumulator jest rozladowany: czterej policjanci musieli pchac samochod, by go uruchomic. Niemilosiernie przy tym skrzypialo prawe przednie kolo – pekniete bylo lozysko w piascie. Policjanci proponowali wiec, by zostal do jutra i dal woz do naprawy. Oswiadczyl jednak, zgodnie z prawda, ze o polnocy konczy sie waznosc jego wizy, i pojechal. Most graniczny na Solawie, miedzy Plauen w Niemczech Wschodnich i Hof w Zachodnich, osiagnal dziesiec minut przed polnoca, jadac cala dobe z szybkoscia dwudziestu mil na godzine i rozdzierajac cisze nocy przerazliwym zgrzytem przedniego kola. Kiedy minal wreszcie posterunek graniczny po bawarskiej stronie rzeki, byl caly mokry od potu. Rok pozniej opuscil agencje Reutera i poddal sie egzaminowi kwalifikacyjnemu do sluzby panstwowej jako tzw. spozniony debiutant (mial juz 29 lat). Przejscie takiego egzaminu jest nieodzownym warunkiem przyjecia do pracy w brytyjskiej sluzbie panstwowej. Wyniki egzaminow sa podstawa zatrudnienia w instytucjach rzadowych, a pierwszenstwo wyboru ma tu Ministerstwo Skarbu. Ono zbiera cala smietanke, co w kazdym razie zapewnia brytyjskiej ekonomii najlepsze referencje akademickie. Nastepne w kolejnosci jest Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Wspolnoty. Munro, ktory swietnie zdal egzaminy, bez trudu dostal sie do sluzby zagranicznej, ktora stanowi typowy parawan dla pracownikow Firmy. Przez nastepne szesnascie lat specjalizowal sie w wywiadzie gospodarczym, a takze w sprawach ZSRR; ale nigdy dotad tam nie byl. Owszem, pracowal na placowkach zagranicznych w Turcji, Austrii i Meksyku. W roku 1967 – wlasnie stuknelo mu trzydziesci jeden lat – ozenil sie. Jednak zaraz po miodowym miesiacu malzenstwo zaczelo sie psuc – okazalo sie pomylka; w koncu, po szesciu latach, nastapil rozwod. Od tej pory Munro pozostawal samotny, choc zdarzaly sie oczywiscie rozne przygody, wszystkie dobrze znane szefom Firmy. I tylko o jednym romansie nigdy w Firmie nie wspomnial – gdyby wydalo sie, ze istnial, i ze go ukrywal, wyrzucono by go natychmiast. Kazdy bowiem, kto wstepuje do tej sluzby, musi przedstawic na pismie obszerny i wyczerpujacy zyciorys, uzupelniany nastepnie drobiazgowym wywiadem, jaki z kandydatem przeprowadza wysoki funkcjonariusz Firmy. Cala te procedure powtarza sie co piec lat. Przedmiotem zainteresowania sa tez zawsze – miedzy innymi – zwiazki uczuciowe i towarzyskie, zwlaszcza z osobami zza Zelaznej Kurtyny. Kiedy spytali go o to po raz pierwszy, cos zbuntowalo sie w nim w srodku, dokladnie tak samo jak wtedy, w oliwnym gaju na Cyprze. Byl pewien swojej lojalnosci, wiedzial, ze nigdy nie da sie przekupic ze wzgledu na sprawe Walentyny, nawet jesli przeciwnicy wiedza o niej – w co jednak zupelnie nie wierzyl. Gdyby ktos kiedys probowal go szantazowac, przyzna sie po prostu i zrezygnuje z pracy w Firmie, ale szantazowi sie nie podda. Tymczasem jednak nie zyczyl sobie, aby obcy ludzie – jacys archiwisci! – grzebali w jego najbardziej prywatnych przezyciach. “Naleze tylko do siebie”. Na drazliwe pytanie odpowiedzial wiec: “nie” i tym samym zlamal przyjete tu reguly gry. A wpadlszy raz w pulapke klamstwa, tkwil w niej stale. Juz trzy razy w ciagu tych szesnastu lat musial powtarzac to klamstwo. Nic sie z tego powodu nie zdarzylo – i nic sie nie zdarzy. Byl pewien: cala sprawa jest dawno zamknieta i pogrzebana. I tak juz zostanie. Gdyby byl mniej pograzony w marzeniach, a zarazem nie ulegl – jak siedzaca obok dziewczyna – magii baletu, dostrzeglby moze cos ciekawego. Z gornej lozy w lewym skrzydle teatru ktos go obserwowal. Ten ktos zniknal, zanim na widowni zapalily sie swiatla na przerwe. Czlonkowie Biura Politycznego, zgromadzeni nastepnego ranka na Kremlu, byli przygaszeni i zarazem czujni. Zdawali sobie sprawe, ze raport profesora agronomii moze rozniecic takie walki frakcyjne, jakich nie widziano od czasu upadku Chruszczowa. Rudin jak zwykle najpierw przyjrzal sie wszystkim bacznie przez otaczajacy go oblok papierosowego dymu. Pietrow, szef wydzialu organizacyjnego, siedzial tradycyjnie po lewej stronie stolu, za nim Iwanienko z KGB. Minister spraw zagranicznych Rykow szural papierami; po prawej ideolog Wiszniajew i Kierenski z Armii Czerwonej trwali w kamiennym bezruchu. Rudin przyjrzal sie tez pozostalym siedmiu, zastanawiajac sie, ktora strone wybiora, jesli dojdzie do walki. Trzej nie byli Rosjanami: Balt Yitautas z Wilna, Gruzin Czawadze z Tbilisi i Tadzyk Muhamed, Azjata wychowany w wierze muzulmanskiej. Obecnosc kazdego z nich w tym gronie byla gestem pod adresem mniejszosci, w istocie jednak kazdy musial za te obecnosc zaplacic slona cene. Wszyscy – Rudin nie mial watpliwosci – byli juz kompletnie zruszczeni: cena, jaka zaplacili, byla wysoka, _znacznie _ wyzsza niz ta, ktora musial zaplacic kazdy z obecnych tu Wielkorusow. Ci trzej byli przedtem pierwszymi sekretarzami w swoich republikach, dwaj zreszta pozostawali na tych stanowiskach nadal. Kazdy stosowal polityke represji przeciw swoim rodakom, niszczac tych dysydentow, patriotow, poetow, pisarzy, artystow, inteligencje i robotnikow, ktorzy chocby w najmniejszym stopniu kwestionowali rzady rosyjskie we wlasnym kraju. Zaden nie mogl powrocic w ojczyste strony bez moskiewskiej obstawy. Totez wszyscy – gdyby do czegos doszlo – dolaczyliby do frakcji zapewniajacej ich przetrwanie, czyli frakcji zwycieskiej. Rudinowi nie usmiechala sie perspektywa takiej walki frakcyjnej, ale bral pod uwage jej mozliwosc, odkad w zaciszu wlasnego gabinetu przeczytal raport profesora Jakowlewa. Nie mial przy tym pewnosci co do ewentualnej postawy czterech pozostalych Rosjan. Byli to: Komarow od rolnictwa (wciaz z bardzo kiepska mina), szef zwiazkow zawodowych Stiepanow, dalej Szuszkin, zajmujacy sie kontaktami z partiami komunistycznymi za granica, i wreszcie Petrianow, odpowiedzialny za gospodarke i plan przemyslowy. – Towarzysze – zaczal Rudin niespiesznie – wszyscy przeczytaliscie w spokoju raport Jakowlewa. Wszyscy tez slyszeliscie wypowiedz towarzysza Komarowa, z ktorej wynika, ze we wrzesniu-pazdzierniku nasz deficyt zboz w porownaniu z planem wyniesie okolo stu czterdziestu milionow ton. Zacznijmy od najwazniejszego pytania: czy wyzywimy sie przez rok niespelna stu milionami ton zboza? Dyskusja ciagnela sie godzine. Wypowiedzi byly ostre, pelne goryczy, ale wlasciwie jednomyslne. Taki deficyt zboz spowoduje nedze, jakiej nie bylo od czasow II wojny swiatowej. Jesli panstwo zabierze ze wsi chocby tyle, ile trzeba dla minimalnego zaopatrzenia miast w chleb, na wsi nie zostanie juz prawie nic. Masowa rzez inwentarza, gdy zimowe sniegi przykryja pastwiska, a paszy dla zwierzat nie bedzie – doszczetnie ogoloci Zwiazek z czworonogow. Trzeba bedzie co najmniej pokolenia, by odtworzyc stado podstawowe. Jesli natomiast pozostawic na wsi choc troche ziarna, glodowac beda miasta. W koncu Rudin przerwal te kalkulacje: – No dobrze. Jesli zgodzimy sie na kleske glodowa, na wyczerpanie zapasow zboza, a w konsekwencji pare miesiecy pozniej takze i miesa, co z tego wyniknie dla dyscypliny spolecznej? Po chwili ciszy odezwal sie Pietrow. Przyznal, ze juz teraz wyczuwa sie podskorna fale niepokojow wsrod szerokich mas, czego swiadectwem moga byc mnozace sie akty niesubordynacji w szeregach partyjnych, a nawet wystepowanie z Partii. Liczne wiadomosci na ten temat istotnie docieraly don, do Komitetu Centralnego, milionami wlokien nerwowych partyjnej machiny. A wiec w razie rzeczywistej kleski glodowej wielu dzialaczy partyjnych opowie sie z pewnoscia przeciwko aparatowi, po stronie glodujacego proletariatu. Obecni na sali nie-Rosjanie przytakneli. W ich republikach wladza centralna nigdy nie byla tak silna jak w Rosji. – Moglibysmy sciagnac wiecej z szesciu europejskich satelitow – zaproponowal Petrianow, nie zadajac sobie nawet trudu, by nazywac wschodnich Europejczykow “bratnimi narodami”. – Polska i Rumunia stana natychmiast w ogniu – sprzeciwil sie Szuszkin, czlowiek odpowiedzialny za kontakty z Europa Wschodnia. – A przypuszczalnie w ich slady pojda zaraz Wegry. – Armia Czerwona potrafi sobie z nimi poradzic – warknal marszalek Kierenski. – Nie ze wszystkimi trzema naraz i nie w dzisiejszej sytuacji – ostudzil go Rudin. – Zreszta nie uzyskalibysmy w ten sposob wiecej niz dziesiec milionow ton – dodal Komarow. – A to nie wystarczy. – Towarzyszu Stiepanow? – Rudin zwrocil sie do czlowieka, ktory dotychczas milczal. Przewodniczacy sterowanych przez panstwo zwiazkow zawodowych starannie dobieral slow. – W razie rzeczywistej kleski glodowej – zaczal, uwaznie przy tym ogladajac swoj olowek – nie moge gwarantowac, ze nie dojdzie do zaklocen porzadku, byc moze na wielka skale. Iwanienko, ktory siedzial dotad cicho, skupiajac cala uwage na wcisnietym miedzy palce amerykanskim papierosie, poczul nagle w nozdrzach cos wiecej niz zapach dymu. Nieraz juz w swoim zyciu czul w powietrzu won leku: w toku procedur sledczych, w pokojach przesluchan, w korytarzach swego ponurego przedsiebiorstwa. Teraz poczul go znowu. I on sam, i otaczajacy go ludzie byli potezni, uprzywilejowani, chronieni. Ale znal ich wszystkich dobrze, mial ich teczki. I wiedzial, ze wszyscy boja sie czegos bardziej nawet niz wojny. Gdyby proletariat, cierpiacy, ale cierpliwy, jak znoszacy wszelka niedole wol – kiedys nagle wpadl w szal… Wszyscy patrzyli teraz na niego. “Zaklocenia porzadku” i walka z nimi – to byla jego dzialka. – Moge poradzic sobie z jednym Nowoczerkaskiem – powiedzial spokojnie. W sali daly sie slyszec tlumione westchnienia. – Moge poradzic sobie z dziesiecioma czy nawet z dwudziestoma. Ale wszystkie sily KGB razem wziete nie _dadza _ sobie rady, jesli takich zrewoltowanych miast bedzie piecdziesiat. Wspomnienie Nowoczerkaska wywolalo w pokoju widmo, ktorego Iwanienko sie spodziewal. Rozruchy robotnicze w tym wielkim przemyslowym miescie wybuchly prawie dwadziescia lat temu, 2 czerwca 1962. Ale i dwadziescia lat nie zatarlo ich sladu w pamieci. Zaczely sie na skutek glupiego, przypadkowego zbiegu wydarzen: jedno ministerstwo podnioslo cene miesa i masla, a jednoczesnie inne obnizylo zarobki pracownikow wielkiej fabryki lokomotyw NEWZ o trzydziesci procent. Protestujacy w demonstracjach ulicznych robotnicy przez trzy dni panowali w miescie – rzecz w Zwiazku Radzieckim nieslychana. Rownie niezwykle bylo to, ze wygwizdali miejscowych liderow partyjnych, zmuszajac ich do ucieczki w mury komitetow; przepedzili tez wielogwiazdkowego generala i zaatakowali jego uzbrojonych zolnierzy, a czolgi obrzucili blotem, zalepiajac szczeliny obserwacyjne tak, ze maszyny musialy stanac. Reakcja Moskwy byla miazdzaca. Zablokowano wszystkie drogi, wszystkie tory, wszystkie linie telefoniczne i telegraficzne. Wokol miasta stworzono proznie, by nie przedostala sie na zewnatrz ani jedna wiadomosc. Akcje zakonczyly dwie sprowadzone specjalne dywizje KGB, ktore wyrznely buntownikow. Osiemdziesieciu szesciu cywilow padlo od kul na ulicach, ponad trzystu odnioslo rany. Zaden nie wrocil juz do domu, zadnego nie pogrzebano w miescie. Nie tylko ranni, ale doslownie wszyscy czlonkowie ich rodzin – mezczyzni, kobiety, dzieci – zostali wywiezieni do Gulagow; pozostawieni w miescie z pewnoscia szukaliby swoich krewnych, podtrzymujac w ten sposob zywa pamiec o rozruchach. Zatarto wszelkie slady tej sprawy – a jednak nawet po dwudziestu latach ludzie na Kremlu wciaz dobrze ja pamietali. Kiedy Iwanienko wyplul swoja bombe, wokol stolu zapanowala cisza. Przerwal ja Rudin: – No coz, wydaje sie, ze wniosek jest oczywisty. Bedziemy musieli kupic za granica wiecej niz kiedykolwiek przedtem. Towarzyszu Komarow, ile zboza bedziemy musieli zakupic, aby uniknac katastrofy? – Towarzyszu sekretarzu generalny, jesli pozostawimy na wsi niezbedne minimum i wybierzemy do ostatniego ziarna trzydziesci milionow ton rezerwy panstwowej, to bedziemy potrzebowali jeszcze piecdziesiat piec milionow ton zboza z zagranicy. A to oznacza cala nadwyzke produkcyjna USA i Kanady w latach szczegolnego urodzaju. – Nie sprzedadza nam! – zawolal Kierenski. – Nie sa tacy glupi, towarzyszu marszalku – odparowal spokojnie Iwanienko. – Ich satelity Kondor z pewnoscia dostrzegly juz, ze cos zlego dzieje sie z nasza pszenica. Na razie nie wiedza co, ani jakie to ma rozmiary. Ale jesienia beda sie juz w tym orientowac calkiem dobrze. A sa chciwi, cholernie chciwi na kazdy dodatkowy grosz. Co do mnie, to moge zwiekszyc produkcje w kopalniach zlota Syberii i Kolymy, moge wyslac tam wiecej sily roboczej z obozow Mordowii. A wiec pieniedzy nam wystarczy. – Zgadzam sie z wami, towarzyszu Iwanienko – oswiadczyl Rudin – ale nie do konca. Oni zapewne maja to zboze, a my mozemy miec dosc zlota, zeby je kupic. Ale jest tez prawdopodobne, po prostu prawdopodobne, ze tym razem zazadaja koncesji. Na sam dzwiek slowa “koncesja” wszyscy zesztywnieli. – Jakiego rodzaju koncesji? – spytal marszalek Kierenski podejrzliwie. – Tego nikt nie wie, zanim nie zacznie sie negocjacji – odparl Rudin. – Ale musimy sie liczyc z taka mozliwoscia. Moga zazadac ustepstw w dziedzinie militarnej. – Nigdy! – wrzasnal Kierenski, zrywajac sie na rowne nogi, purpurowy na twarzy. – Wielkiego wyboru nie mamy – przyhamowal go Rudin. – Chyba zgodzilismy sie tutaj, ze nie mozemy sobie pozwolic na powszechny, katastrofalny glod. Cofneloby to rozwoj Zwiazku Radzieckiego, a tym samym opoznilo swiatowe panowanie marksizmu-leninizmu o cala dekade, moze o wiecej. Potrzebujemy tego zboza. Innego wyjscia nie ma. A przeciez, jesli imperialisci zazadaja ustepstw w dziedzinie militarnej, mozemy sie na nie zgodzic… na dwa, trzy lata… po to tylko, aby pozniej w przyspieszonym tempie odrobic zaleglosci. Ogolny pomruk byl wyrazem aprobaty. Rudin juz niemal przekonal zebranych, kiedy do ataku przystapil Wiszniajew. Wstawal powoli, gdy szmery juz przygasaly. – Towarzysze, stojace przed nami problemy – zaczal gladko i z pozornym umiarem – sa ogromnej wagi, a ich konsekwencje moga byc nieobliczalne. Dlatego uwazam, ze za wczesnie jest na jakiekolwiek konkluzje. I proponuje odlozyc te sprawe na dwa tygodnie. Przez ten czas przemyslimy dokladnie wszystko, co tu powiedziano i zaproponowano. Jego trud nie poszedl na marne. Chcial zyskac na czasie – a tego wlasnie Rudin mial powody sie obawiac. Zebrani zgodzili sie, dziesiecioma glosami przeciwko trzem, by odlozyc dyskusje. Jurij Iwanienko byl juz na parterze i szedl do czekajacej go limuzyny, gdy poczul, ze ktos chwyta go delikatnie za lokiec. Za nim stal wysoki, pieknie zbudowany major gwardii kremlowskiej. – Towarzysz sekretarz generalny prosi was do siebie na chwile rozmowy, towarzyszu przewodniczacy – odwrocil sie w milczeniu i ruszyl pierwszy korytarzem biegnacym wzdluz budynku, coraz dalej od glownego wejscia. Iwanienko szedl za nim. Obserwowal swietnie skrojony mundur majora, jego plowe prazkowane spodnie i blyszczace oficerki – i nagle przyszlo mu do glowy, ze jesli ktoregos dnia znowu ktorys z czlonkow Politbiura zasiadzie na “lawie oskarzonych”, to zaraz po wyjsciu z sali obrad aresztuja go chlopcy Iwanienki, zolnierze z oddzialow specjalnych KGB, zwanych dla niepoznaki “straza graniczna”, z jaskrawozielonymi otokami na czapkach i oznakami KGB w ksztalcie miecza i tarczy. Gdyby to jednak on sam, Iwanienko, mial byc aresztowany, robote wykona ktos inny, bo ludziom z KGB nie bedzie mozna zaufac, tak jak nie mozna bylo zaufac bez mala trzydziesci lat temu, kiedy aresztowano Laurentego Berie. Zadanie wykona ta elegancka, wyniosla gwardia kremlowska, ci pretorianie strzegacy siedziby najwyzszej wladzy. Byc moze bedzie to wlasnie ten piekny, pewny siebie major, idacy teraz przed nim, i nie bedzie mial cienia skrupulow. Weszli do windy. Po chwili Iwanienko _znalazl _ sie ponownie na trzecim pietrze, tym razem jednak w osobistym apartamencie Maksyma Rudina. Stalin upodobal sobie mieszkanie w kremlowskiej pustelni. Ale juz Malenkow i Chruszczow zerwali z ta praktyka; zamieszkali, podobnie jak wiekszosc ich najblizszych wspolpracownikow, w luksusowym (choc niczym nie wyrozniajacym sie z zewnatrz) kompleksie budynkow na odleglym krancu Prospektu Kutuzowa. Rudin tez tam kiedys mieszkal, ale od dwoch lat, to _znaczy _ od smierci zony, przeniosl sie z powrotem na Kreml. Jak na czlowieka dzierzacego najwyzsza wladze, bylo to mieszkanie stosunkowo skromne: szesc pomieszczen, w tym kuchnia, wylozona marmurem lazienka, prywatny gabinet, salon, pokoj stolowy i sypialnia. Rudin zyl sam, jadal skromnie, obywajac sie bez wielkich luksusow. Opiekowali sie nim stara gosposia i nieodlaczny Misza – niedzwiedzio-waty, ale nadzwyczaj cicho poruszajacy sie byly zolnierz, ktory nigdy sie nie odzywal, ale zawsze byl blisko. Kiedy Iwanienko wszedl do gabinetu, zaproszony niemym gestem Miszy, byli tam juz Rudin i Pietrow. Rudin wskazal mu wolne krzeslo i od razu przystapil do sedna sprawy. – Poprosilem was tutaj, bo szykuja sie klopoty, o ktorych wszyscy wiemy. Jestem stary i za duzo pale. Dwa tygodnie temu wybralem sie do tych konowalow w Kuncewie. Zrobili mi troche badan. No i chca, zebym znow do nich przyjechal. Pietrow rzucil Iwanience niespokojne spojrzenie. Ale szef KGB siedzial nieporuszony. Wiedzial juz o wizycie w superekskluzywnej klinice ukrytej w lasach na poludniowy wschod od Moskwy. Doniosl mu o niej jeden z tamtejszych lekarzy. – W powietrzu wisi sprawa sukcesji – ciagnal Rudin – a jak wiemy, a w kazdym razie powinnismy wiedziec, ma na nia ochote Wiszniajew. Rudin odwrocil sie w strone Iwanienki. – Jesli ja dostanie, a jest na to dostatecznie mlody, bedzie to oznaczalo twoj koniec, Juriju Aleksandrowiczu. Wiszniajew nigdy nie zaakceptuje zawodowca na stanowisku szefa KGB. Mianuje na to miejsce swojego czlowieka, Kriwoja. Iwanienko splotl dlonie i popatrzyl na Rudina. Trzy lata temu Rudin zlamal radziecka tradycje, by stanowisko przewodniczacego KGB powierzac ktoremus z zasluzonych dostojnikow partyjnych. Szelepin, Semiszczastnyj, Andropow – wszystko to byli ludzie Partii, osadzeni na szczycie KGB przez sily zewnetrzne tej instytucji. Tymczasem Rudin upatrzyl sobie wsrod zastepcow Andropowa zawodowca Iwanienke i jego wlasnie wylansowal na nowego szefa. Nie byl to jedyny grzech wobec tradycji. Iwanienko byl bardzo mlody jak na stanowisko najpotezniejszego w swiecie szefa policji i wywiadu. Nadto dwadziescia lat temu pracowal jako agent w Waszyngtonie, co zawsze bedzie powodem do podejrzliwosci ze strony ksenofobow z Biura. W zyciu prywatnym gustowal w zachodniej elegancji. Uwazano tez – choc nikt nie smial powiedziec tego glosno – ze ma prywatne watpliwosci w kwestii niektorych dogmatow. A to, przynajmniej dla Wiszniajewa, bylo czyms absolutnie niewybaczalnym. – Jesli on przejmie wladze, teraz czy kiedykolwiek, popsuje to rowniez tobie karty, Wasylu Aleksiewiczu – rzekl Rudin do Pietrowa. Prywatnie sklonny byl zwracac sie po imieniu i “otczestwie” do obydwu swoich ulubiencow; nigdy jednak nie czynil tego publicznie. Pietrow skinal glowa ze zrozumieniem. On i Anatol Kriwoj pracowali kiedys razem w wydziale organizacyjnym Partii w sekretariacie KC. Kriwoj byl starszy i mial wiekszy staz. Oczekiwal wiec, ze to on zostanie szefem wydzialu, ale gdy odszedl poprzedni kierownik, Rudin wyznaczyl Pietrowa na to stanowisko, ktore predzej czy pozniej musi przyniesc najwyzsza nobilitacje; krzeslo we wszechwladnym Biurze Politycznym. Rozgoryczony Kriwoj przyjal awanse ze strony Wiszniajewa i zostal szefem sztabu glownego ideologa Partii, jego prawa reka. Ale wciaz jeszcze marzylo mu sie stanowisko okupowane przez Pietrowa. Iwanienko i Pietrow dobrze pamietali, ze to wlasnie poprzednik Wiszniajewa, teoretyk Partii Michail Suslow, zorganizowal wiekszosc, ktora obalila w 1963 roku Chruszczowa. Rudin czekal tylko, az jego slowa wywra odpowiednie wrazenie. – Ty, Jurij, wiesz, ze nie mozesz zostac moim nastepca… nie z twoim zyciorysem… Iwanienko pochylil glowe. Nie mial co do tego zadnych zludzen. – Ale – podjal Rudin – ty i Wasyl razem moglibyscie utrzymac ten kraj na solidnym kursie. Co do mnie, to w przyszlym roku odejde… w ten czy inny sposob. A kiedy odejde, chce, abys ty, Wasylu, zajal moje miejsce. To wyznanie zelektryzowalo obu sluchaczy. _Zaden _ nie pamietal, by ktorykolwiek z poprzednikow Rudina snul takie plany. Stalin doznal ataku serca i zostal prawdopodobnie dorzniety przez wlasne Biuro, w chwili, gdy sam zamierzal ich wykonczyc. Probowal siegnac po wladze Beria – smiertelnie przerazeni koledzy kazali go uwiezic i rozstrzelac. Malenkow popadl w nielaske, zanim zdazyl pomyslec o swoich nastepcach. Podobnie Chruszczow. Brezniew trzymal wszystkich w niepewnosci az do ostatniej minuty swego zycia. Rudin wstal, dajac do zrozumienia, ze rozmowa skonczona. – Jeszcze jedno – powiedzial. – Wiszniajew szykuje jakis bigos. Probuje wyciac mi sztuczke w stylu Suslowa w zwiazku z tym spaskudzonym zbozem. Jesli mu sie uda, wszyscy bedziemy skonczeni… a byc moze cala Rosja takze. Bo to ekstremista. Znakomity w teorii, ale beznadziejny w praktyce. Teraz musze dokladnie wiedziec, co robi, jaki numer szykuje, kogo bedzie chcial skaptowac. Zajmijcie sie tym. Macie czternascie dni. Na Kwatere Glowna KGB, czyli w zargonie szpiegow anglosaskich Osrodek, sklada sie ogromny, kamienny kompleks biurowcow, zajmujacy cala polnocno-wschodnia strone placu Dzierzynskiego, na koncu Prospektu Karola Marksa. W srodku kompleksu znajduje sie wielki dziedziniec. Budynek frontowy i obydwa skrzydla zajmuje KGB. Blok na zapleczu to Lubianka – biura sledcze i wiezienie. Bliskosc tych placowek, polaczonych wewnetrznymi korytarzami, pozwala oficerom sledczym pracowac nadzwyczaj sprawnie. Gabinet przewodniczacego znajduje sie na trzecim pietrze, na lewo od glownego wejscia. On sam jednak z tego wejscia nie korzysta. Wjezdza zawsze – a raczej czyni to jego kierowca – na dziedziniec przez boczna brame. Jego wielki gabinet z mahoniowa boazeria, i luksusowymi orientalnymi dywanami jest przeladowany ozdobami. Na jednej scianie wisi nieodzowny portret Lenina, na innej – Feliksa Dzierzynskiego. Przez cztery wysokie kuloodporne okna z ciezkimi zaslonami mozna dostrzec jeszcze jedna podobizne zalozyciela Czeki, ogromny posag z brazu stojacy posrodku placu i patrzacy na Prospekt Marksa, w strone Placu Rewolucji. Iwanienko nie lubil ciezkich, napuszonych, kapiacych zlotem ozdob radzieckich urzedow, ale w swoim gabinecie zdzialal niewiele. Samo biurko, odziedziczone po jego poprzedniku Andropowie, podobalo mu sie. Bylo ogromne i miescilo sie na nim az siedem telefonow. Najwazniejszym z nich byla tzw. kremlowka, laczaca bezposrednio z Kremlem i samym Rudinem. Nastepna wedle waznosci byla “wiertuszka”, w KGB zielona, umozliwiajaca porozumienie z innymi czlonkami Politbiura i Komitetu Centralnego. Inne telefony laczyly droga radiowa z glownymi placowkami KGB w calym Zwiazku Radzieckim i wschodnioeuropejskich krajach satelickich. Jeszcze inne dawaly Iwanience bezposredni kontakt z Ministerstwem Obrony i z wywiadem wojskowym GRU. Wlasnie przez ten ostatni dotarla don tego popoludnia – na trzy dni przed koncem czerwca – wiadomosc, na ktora czekal poltora tygodnia. Czlowiek, ktory dzwonil, przedstawil sie jako Arkadij. Iwanienko juz przedtem zawiadomil centrale, zeby Arkadija laczyc z nim natychmiast. Rozmowa byla krotka. – Lepiej osobiscie – zakonczyl ja Iwanienko. – Nie, nie teraz i nie tutaj. Dzis wieczor u mnie w domu. Malo kto z glownych przywodcow ZSRR zabiera robote do domu. Wlasciwie niemal wszyscy Rosjanie maja dzis podwojna osobowosc: zycie oficjalne i zycie prywatne. I jesli to tylko mozliwe, staraja sie nie laczyc tych dwoch sfer. Im wyzej ktos sie znajduje, tym ostrzejszy jest ten podzial. Tak jak szefowie mafii, do ktorych zreszta czlonkowie Biura Politycznego sa zdumiewajaco podobni, odsuwaja swe zony i rodziny od interesow zawodowych, nawet od rozmow na temat tych interesow, zwykle niezbyt czystych. Iwanienko postepowal inaczej – i glownie dlatego nie ufali mu aparatczycy z Biura, wyniesieni tam typowa droga awansu partyjnego. Z powodow starych jak swiat Iwanienko nie mial zony ani wlasnej rodziny. Nie chcial tez mieszkac w sasiedztwie innych dygnitarzy, ktorym na ogol odpowiadalo zycie stadne. W dni robocze na Prospekcie Kutuzowa, a podczas weekendow – w kolonii dacz wokol Zukowki i Usowa. Czlonkowie elity nie lubia zbytnio oddalac sie od siebie. Wkrotce po objeciu rzadow w KGB Iwanienko znalazl sobie ladny stary dom na Arbacie – w centrum Moskwy, w dzielnicy pelnej niegdys wspanialych rezydencji, cenionej przed rewolucja zwlaszcza przez kupcow. Ekipy budowlane KGB, malarze i dekoratorzy wyremontowali budynek w ciagu szesciu miesiecy – wyczyn normalnie niewiarygodny, chyba ze idzie o czlonka Biura Politycznego. Przywrociwszy budynkowi pierwotna elegancje, choc z najnowoczesniejszymi srodkami bezpieczenstwa i systemami alarmowymi, Iwanienko bez trudnosci wyposazyl go rowniez w najwyzsze w skali kraju symbole statusu – sprowadzone z Zachodu meble. Kuchnia byla ostatnim krzykiem kalifornijskiego komfortu, cale wyposazenie pokojow przyplynelo kontenerem od Searsa. Salon i sypialnia mialy boazerie z sosny szwedzkiej, sprowadzonej przez Finlandie, a lazienka lsnila marmurami i kaflami holenderskimi. Sam Iwanienko zajmowal tylko gorne pietro. Stanowilo ono niezalezny apartament, w ktorym byl miedzy innymi specjalny pokoj muzyczny, z potezna aparatura stereofoniczna Philipsa, oraz biblioteka pelna ksiazek zagranicznych i zakazanych, po angielsku, francusku i niemiecku; wladal bowiem wszystkimi tymi jezykami. Poza tym na pietrze byly jeszcze: pokoj stolowy, salon, sypialnia i sasiadujaca z nia sauna. Personel, skladajacy sie z szofera, agenta ochrony osobistej i ordynansa (wszyscy byli pracownikami KGB), mieszkal na parterze, gdzie miescil sie takze wewnetrzny garaz. Tak wygladal dom, do ktorego Iwanienko wrocil tego wieczoru i w ktorym czekal na swego telefonicznego rozmowce. Arkadij, ktory wkrotce przyszedl, krepy i czerwony na gebie, mial na sobie cywilne ubranie, choc zapewne lepiej by sie czul w swoim zwyklym mundurze generala Armii Czerwonej. Byl jednym z wielu agentow Iwanienki w wojsku. Kiedy mowil, pochylal sie caly do przodu, balansujac na krawedzi krzesla. Szczuply szef KGB sluchal swobodnie rozparty w fotelu, zadajac od czasu do czasu pytania i robiac drobne uwagi w notatniku. Kiedy general skonczyl, Iwanienko podziekowal mu i nacisnal guzik w scianie. Po paru sekundach drzwi sie otwarly i stanal w nich ordynans, mlody zolnierz o jasnych wlosach i olsniewajacej urodzie, by odprowadzic goscia do tylnego wyjscia. Iwanienko dlugo rozmyslal nad otrzymanymi nowinami. Czul sie coraz bardziej zmeczony i zniechecony. A wiec takie sa zamiary Wiszniajewa. Trzeba o tym juz jutro powiedziec Rudinowi. Wzial kapiel z dodatkiem drogich aromatycznych olejkow, sprowadzonych z Londynu. Potem zawinal sie w jedwabny szlafrok i lyknal odrobine starego francuskiego koniaku. W koncu wrocil do sypialni, zgasil swiatla, pozostawiajac jedynie mala lampke w narozniku pokoju, i wyciagnal sie na szerokim poslaniu. Podniosl sluchawke stojacego przy lozku telefonu. Nacisnal jeden z guzikow. Wezwany zglosil sie natychmiast. – Wolodia – zwrocil sie don Iwanienko zdrobniale, cicho i z uczuciem. – Przyjdz tu, prosze. 3. Dwusilnikowy odrzutowiec Polskich Linii Lotniczych “LOT” pochylil sie na skrzydlo nad szerokim lukiem Dniepru, szykujac sie do ladowania na lotnisku Borispil w Kijowie, stolicy Ukrainy. Ze swego miejsca przy oknie Andrew Drake patrzyl niecierpliwie na rozciagajace sie pod nim miasto. Drzal z podniecenia. Wraz z ponad setka uczestnikow wycieczki z Londynu, z ktora od rana podrozowal przez Warszawe, stanal w kolejce do kontroli paszportowej i celnej. Po godzinie dotarl do okienka. Podal swoj paszport przez szczeline pod gruba szyba i czekal. Czlowiek za szyba ubrany byl w mundur strazy granicznej, z zielonym otokiem na czapce i emblematem KGB. Czlowiek spojrzal na fotografie w paszporcie, potem surowo popatrzyl na Drake'a. – An-dref… Dra-ke? – wysylabizowal. Drake usmiechnal sie i pokrecil glowa. – Endru Drejk – poprawil grzecznie. Czlowiek w mundurze znow popatrzyl nan groznie. Obejrzal starannie wize, wystawiona w Londynie, oddarl polowke wjazdowa, a czesc wyjazdowa przypial spinaczem do paszportu. Wreszcie oddal go wlascicielowi. Drake mogl przejsc dalej. W autokarze Inturistu, w drodze z lotniska do siedemnastopietrowego hotelu “Lybid”, jeszcze raz przyjrzal sie wspoltowarzyszom wycieczki. Jak sie zdaje, wszyscy mieli brytyjskie paszporty, ale mniej wiecej polowe stanowili ludzie pochodzenia ukrainskiego, odwiedzajacy kraj swoich przodkow. Na ich twarzach malowalo sie niewinne wzruszenie. Na pozostalych byla tylko typowa, przecietna ciekawosc brytyjskiego turysty. Drake ze swoim angielskim nazwiskiem musial byc zaliczony do tej drugiej grupy. Niczym nie zdradzil, ze biegle mowi po ukrainsku i poprawnie po rosyjsku. Podczas jazdy autokarem poznali Ludmile, przewodniczke z Inturistu, ktora miala dalej prowadzic wycieczke. Byla Rosjanka i rozmawiala po rosyjsku z kierowca, ktory – choc Ukrainiec – odpowiadal rowniez po rosyjsku. Ledwie autokar ruszyl z lotniska, Ludmila usmiechnela sie promiennie i niezla angielszczyzna przedstawila program wycieczki. Drake zajrzal do wlasnych notatek: dwa dni w Kijowie, najpierw klusem wokol katedry sw. Sofii (“wspanialy przyklad architektury Rusi Kijowskiej, gdzie pochowany jest ksiaze Jaroslaw Madry” – szczebiotala Ludmila), potem Zlota Brama z dziesiatego wieku i Wzgorze Wlodzimierskie, i oczywiscie Uniwersytet, Akademia Nauk, ogrod botaniczny. Z pewnoscia jednak, pomyslal Drake, nie bedzie mowy o pozarze biblioteki akademickiej w 1964 roku, w ktorym splonely bezcenne manuskrypty, ksiazki i dokumenty ukrainskiej literatury narodowej kultury, ani o tym, ze straz pozarna przybyla na miejsce dopiero po trzech godzinach, ani wreszcie o tym, ze ogien podlozyli agenci KGB, w odwecie za patriotyczne publikacje ukrainskich “szestydesjatnykow”. Po obejrzeniu Kijowa – jednodniowa wycieczka wodolotem do Kaniewa, potem jeden dzien w Tarnopolu, gdzie przedmiotem dyskusji z pewnoscia nie bedzie niejaki Myroslaw Kamynski, wreszcie Lwow. Tak jak sie spodziewal, na ulicach totalnie zruszczonego stolecznego miasta Kijowa slyszal wylacznie jezyk rosyjski. Dopiero w Kaniewie i Tarnopolu ludzie, ktorych mijal, mowili po ukrainsku. Jego serce przepelnione bylo radoscia. Zalowal jedynie, ze sam moze tylko powtarzac w kolko: “I'm sorry, do you speak English?” Tak jednak musi byc, az do momentu, gdy odwiedzi dwa adresy, ktore wbil sobie w pamiec tak mocno, ze w kazdej chwili potrafilby je powtorzyc wspak. Piec tysiecy mil stamtad prezydent Stanow Zjednoczonych rozmawial ze swym doradca do spraw bezpieczenstwa Poklewskim, z Robertem Bensonem z CIA i z Myronem Fletcherem, glownym ekspertem do spraw radzieckiej produkcji zbozowej w amerykanskim Departamencie Rolnictwa. – Bob, czy jest pan absolutnie pewien, ze dane z Kondorow generala Taylora i z panskich raportow terenowych potwierdzaja te liczby? – spytal prezydent, spogladajac jeszcze raz na dlugie kolumny cyfr. Ten raport, dostarczony piec dni temu przez szefa wywiadu za posrednictwem Poklewskiego, dzielil caly Zwiazek Radziecki na sto rejonow uprawy zboz. W kazdym z nich sfotografowano kwadrat 10 x 10 mil, zdjecia powiekszono i przeprowadzono drobiazgowa analize. Z tej setki monografii eksperci wyprowadzili ogolna prognoze zbioru zboz w calym ZSRR. – Panie prezydencie – wyjasnil Benson – jesli popelnilismy jakis blad, to tylko z nadmiaru ostroznosci, przewidujac lepsze zbiory, niz sami Rosjanie mieliby prawo tego oczekiwac. Prezydent przeniosl wzrok na czlowieka z Departamentu Rolnictwa. – Doktorze Fletcher, czy moglby pan nam strescic te dane jezykiem dostepnym dla laikow? – Otoz, panie prezydencie, na wstepie trzeba ze zbiorow brutto odliczyc co najmniej dziesiec procent, aby ocenic mase ziarna naprawde uzytecznego. Niektorzy twierdza, ze powinnismy odliczac nawet dwadziescia procent, ale zostanmy juz przy tych dziesieciu. Sklada sie na to: zawartosc wody w swiezych zbiorach, zanieczyszczenia – kamienie, piasek, ziemia, ubytki w transporcie i marnotrawstwo wskutek niewlasciwego magazynowania. To ostatnie, jak wiemy, jest ich nagminna bolaczka. Podstawa do dalszych obliczen jest zatem dziewiecdziesiat procent zbiorow brutto. Z tego musza oni znaczna czesc pozostawic na wsi, a dopiero reszte moga przeznaczyc na wyzywienie miast. Na drugiej stronie mojego raportu znajdzie pan syntetyczna tabele na ten temat. Matthews rzucil okiem na rozlozone przed nim arkusze i obejrzal tabele, o ktorej mowil Fletcher. Wymieniala ona: 1. Ziarno siewne, ktore Rosjanie musza odlozyc na przyszloroczne zasiewy, zarowno zboz ozimych, jak jarych – 10 mln ton. 2. Wyzywienie ludnosci. To, co trzeba zostawic na wsi, by wyzywic ludnosc tych regionow, to znaczy gospodarstw panstwowych i spoldzielczych, a takze wsi i miasteczek nie przekraczajacych liczby 5000 mieszkancow – 28 mln ton. 3. Pasze dla zwierzat trzeba zachowac dla wyzywienia inwentarza podczas zimy – 52 mln ton. 4. Lacznie (p. 1 + 2 + 3), minimum – 90 mln ton. 5. Minimum brutto, to znaczy wraz z odliczonymi 10% na nieuniknione straty – 100 mln ton. – Chcialbym podkreslic, panie prezydencie – kontynuowal Fletcher – ze te liczby wcale nie sa zbyt wygorowane. To naprawde minimum tego, co musza miec, zanim w ogole pomysla o wyzywieniu miast. Jezeli zmniejsza ponizej tych limitow racje dla ludzi, chlopi zaczna po prostu zjadac bydlo, z pozwoleniem czy bez pozwolenia wladz. Jesli natomiast zmniejsza przydzial pasz, rzez inwentarza, ktorego nie bedzie juz czym zywic, zacznie sie niemal natychmiast i bedzie masowa. Beda mieli ogromny nadmiar miesa zima… i zupelny brak miesa przez nastepne trzy, cztery lata. – OK, doktorze, rozumiem. Przejdzmy teraz do ich rezerw. – Oceniamy ich rezerwe panstwowa na jakies trzydziesci milionow ton. Nie zdarzylo sie dotad, aby wyczerpali cala rezerwe, ale powiedzmy, ze tym razem to zrobia. Beda wiec mieli trzydziesci milionow ton ekstra. Nadto powinni miec jeszcze dwadziescia milionow ton nadwyzki z zeszlorocznych zapasow dla miast. Prezydent odwrocil sie w strone Bensona. – Bob, ile oni musza kupic, zeby wyzywic te miliony ludzi w miastach? – Ich najgorszym od wielu lat rokiem byl 1977, kiedy rabneli nas “Zadlem”. Calkowity zbior wyniosl u nich wtedy 194 miliony ton. Z tego do miast poszlo szescdziesiat osiem milionow i musieli jeszcze dokupic u nas dwadziescia milionow. W roku 1975, ktory przyniosl zbiory gorsze niz jakikolwiek rok w ostatnim pietnastoleciu, musieli mimo to dac miastom siedemdziesiat milionow ton… co juz spowodowalo powazne niedostatki na wsi. Dzisiaj, kiedy ludnosci jest znacznie wiecej niz wtedy, trzeba to minimum dla miast oceniac na osiemdziesiat piec milionow. – Z tych danych wynika – podsumowal prezydent – ze nawet jesli zuzyja cala rezerwe panstwowa, beda jeszcze potrzebowali trzydziesci, trzydziesci piec milionow ton zboza z zagranicy? – Zgadza sie, panie prezydencie – wlaczyl sie do rozmowy Poklewski. – Moze nawet wiecej. I tylko my i Kanadyjczycy mozemy miec dla nich to zboze. Prawda, doktorze Fletcher? Przedstawiciel Departamentu Rolnictwa przytaknal. – Wyglada na to, ze Ameryka Polnocna bedzie miala w tym roku rekordowe zbiory. Byc moze nawet piecdziesiat milionow ton nadwyzki ponad potrzeby wlasne USA i Kanady. Pare minut pozniej, po wyjsciu Fletchera, dyskusja rozgorzala na nowo. Poklewski przekonywal z naciskiem: – Tym razem nie mozemy zmarnowac szansy. Musimy _zagrac z _ nimi w “cos za cos”. – Uklady wiazane? – spytal prezydent podejrzliwie. – Wiem, ze o tym myslisz, Stan. Ale ostatnim razem to nie wypalilo. A nawet zaszkodzilo. A ja nie chce miec swojej “Poprawki Jacksona”. Wszyscy trzej bez specjalnego entuzjazmu wspominali ow epizod z dziejow amerykanskiej legislacji. Pod koniec 1974 roku uchwalono Poprawke Jacksona do konstytucji USA, z ktorej wynikalo, ze jesli Rosjanie nie zezwola na swobodniejsza emigracje rosyjskich Zydow do Izraela, zablokowane zostana amerykanskie kredyty dla ZSRR na zakup technologii i artykulow przemyslowych. Politbiuro pod kierownictwem Brezniewa ze wzgarda odrzucilo amerykanskie naciski, zorganizowalo nawet serie pokazowych procesow antydysydenckich, glownie przeciwko Zydom, a niezbednych zakupow dokonalo, tez na kredyt, w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Japonii. “Warunkiem udanego szantazu – powiedzial wtedy Bensonowi w Waszyngtonie Sir Nigel Irvine – jest pewnosc, ze ofiara absolutnie nie moze sie obejsc bez tego, czym ty dysponujesz, i nie moze zdobyc tego nigdzie indziej”. Benson powtorzyl pozniej te stara prawde Poklewskiemu, teraz z kolei on przypomnial ja Matthewsowi, unikajac jednak slowa “szantaz”. – Panie prezydencie, tym razem oni naprawde nie dostana tego _zboza _ nigdzie indziej. Dlatego nasza nadwyzka zbozowa to juz nie zwykly towar. To bron strategiczna. Warta tyle, co dziesiec eskadr bombowcow nuklearnych. A przeciez naszej technologii nuklearnej w zadnym razie bysmy Moskwie nie sprzedali. Nalegam, aby zastosowal pan Ustawe Shannona. W nastepstwie radzieckiej operacji “Zadlo” w 1977 rzad USA doprowadzil w 1980 – z grubym opoznieniem – do uchwalenia Ustawy Shannona. Stanowila ona, ze w kazdym roku rzad federalny ma prawo pierwokupu amerykanskiej nadwyzki zbozowej po cenie obowiazujacej w dniu ogloszenia, ze Waszyngton chce skorzystac z tego prawa. Projekt ustawy zwalczali przez lata cale spekulanci zbozowi, ale popierali go farmerzy. Ustawa lagodzila bowiem fluktuacje swiatowych cen zboza. Przedtem w latach wielkiego urodzaju farmerzy dostawali za swoje zboze smiesznie niska cene; w latach nieurodzajnych cena skakala gwaltownie w gore. Kazde zastosowanie Ustawy Shannona gwarantowalo farmerom godziwa cene, zarazem zas eliminowalo z gry spekulantow. Przy tym ustawa dawala rzadowi nowa, potezna bron w rozmowach z nabywcami-panstwami, tymi pokornymi i biednymi – i tymi agresywnymi. – Dobrze – powiedzial Matthews – uruchomie Ustawe Shannona. Wydani zgode na zakup z funduszu federalnego calej przewidywanej nadwyzki piecdziesieciu milionow ton ziarna. Poklewski mial powody do satysfakcji. – Nie bedzie pan tego zalowal, panie prezydencie. Tym razem mamy ich na widelcu. Nie beda mieli wyjscia. Inaczej myslal Jefrem Wiszniajew. Ledwie zaczelo sie kolejne posiedzenie Politbiura, poprosil o glos. – Nikt z nas, towarzysze, nie przeczy, ze glod, jaki nam grozi, bylby czyms niedopuszczalnym. Nikt tez nie przeczy, ze ten zdegenerowany kapitalistyczny Zachod ma jednak w tym roku nadwyzki zywnosciowe. Sugerowano tutaj, ze nie pozostaje nam nic innego, jak ukorzyc sie, byc moze pojsc nawet na ustepstwa w dziedzinie militarnej, a tym samym wstrzymac zwycieski marsz marksizmu-leninizmu, byle tylko te nadwyzki przeplynely do nas. Towarzysze! Nie zgadzam sie z ta sugestia. Apeluje, bysmy zgodnie odrzucili linie ustepstw wobec szantazu i zdrady idealow naszego wielkiego przewodnika, Wlodzimierza Iljicza Lenina. Istnieje inna droga. Istnieje inny sposob, by zagwarantowac akceptacje przez caly nasz narod zelaznego rezimu reglamentacji na poziomie minimalnym. To ogolnonarodowy zryw patriotyzmu i ofiarnosci, poddanie sie dyscyplinie, bez ktorej nie przetrwamy glodu, jaki nas nieuchronnie czeka. Otoz trzeba wykorzystac wszystko, co zbierzemy do jesieni, chociaz bedzie tego malo. Nastepnie zuzyc takze cala rezerwe panstwowa. Obliczam, ze nastapi to przed wiosna. Kiedy zabraknie juz _zboza, _ jesc zamiast niego mieso, nawet kosztem naszych stad podstawowych. A kiedy zjemy juz wszystko, obrocic wzrok na Europe Zachodnia, gdzie sa jeziora mleka, gory wolowiny i masla, wielkie rezerwy panstwowe dziesieciu bogatych narodow. – I kupic to wszystko? – spytal z ironia minister spraw zagranicznych Rykow. – Nie, towarzyszu – odparl Wiszniajew spokojnie. – Zabrac. Oddaje teraz glos towarzyszowi marszalkowi Kierenskiemu. Ma on tu dokumentacje, z ktora wszyscy powinnismy sie zapoznac. Na stole przed kazdym z nich znalazla sie gruba teczka. Kierenski otworzyl swoja i zaczal czytac. Rudin nie spojrzal nawet na swoja teczke: palil zaciekle, niczym lokomotywa. Takze Iwanienko pozostawil swoja teczke zamknieta i spokojnie przygladal sie mowiacemu Kierenskiemu. I on, i Rudin znali juz od czterech dni jej zawartosc. Dzialajac w porozumieniu z Wiszniajewem, Kierenski wyciagnal z pancernej szafy sztabu generalnego plan pod kryptonimem “Borys”, nazwany tak na czesc cara Borysa Godunowa. Teraz ow plan stawal sie aktualny. Opracowanie, ktore Kierenski czytal przez bite dwie godziny, robilo wielkie wrazenie. W maju nastepnego roku tradycyjne coroczne manewry Armii Czerwonej w NRD beda nie tylko wieksze niz kiedykolwiek, ale i nieco inne. Bo tez nie bedzie to gra wojenna, ale rzeczywistosc. Na rozkaz z Moskwy 30000 czolgow i dzial samobieznych, opancerzonych transporterow i amfibii ruszy na zachod, przekroczy Labe, wedrze sie do Niemiec Zachodnich i dalej do Francji, az do portow nad kanalem La Manche. Na przedpolu tego frontu wyladuja w ponad piecdziesieciu miejscach spadochroniarze, by zajac glowne bazy taktycznej broni jadrowej: francuskiej we Francji, amerykanskiej i brytyjskiej w Niemczech. Dalsze tysiace spadochroniarzy wyladuje w czterech krajach skandynawskich, by opanowac glowne miasta i arterie komunikacyjne. Dostana oni silne wsparcie marynarki wojennej. Uderzenie wojskowe ominie Wlochy i Polwysep Iberyjski. Tamtejsze rzady, w ktorych uczestnicza eurokomunisci, otrzymaja od ambasadorow ZSRR wyrazne ostrzezenie, by trzymac sie z dala od walk, pod grozba unicestwienia. Najdalej za piec lat i tak wpadna nam w rece jak dojrzale sliwki. To samo dotyczy Grecji, Turcji, Jugoslawii. Oszczedzona bedzie Szwajcaria, Austria wykorzystana jedynie jako droga przemarszu. Obie beda pozniej niegroznymi wyspami w naszym morzu – choc i to nie potrwa dlugo. Glowna strefa ataku i okupacji beda trzy kraje Beneluksu, Francja i Niemcy Zachodnie. Wielka Brytanie sparalizuje sie na razie fala strajkow i zamieszek organizowanych przez lewice, ktora na dany z Moskwy znak podniesie natychmiast wielki krzyk na rzecz nieinterwencji. Londyn zostanie poinformowany, ze jesli uzyje swoich sil uderzeniowych przeciwko celom polozonym na wschod od Laby, Brytania zostanie starta z mapy. W czasie calej tej operacji Zwiazek Radziecki bedzie glosno domagal sie – we wszystkich stolicach swiata i Organizacji Narodow Zjednoczonych – natychmiastowego przerwania ognia, utrzymujac, ze walki maja charakter lokalny i chwilowy, i ze zostaly sprowokowane calkowicie przez RFN, ktora wyslala swoje wojska na Berlin. Wiekszosc europejskiej lewicy poza Niemcami latwo uwierzy w te twierdzenia, a nawet bedzie je rozpowszechniac. – No a Stany Zjednoczone? – przerwal Pietrow. Kierenski byl najwyrazniej wsciekly, ze po dziewiecdziesieciu minutach referatu, kiedy wlasnie wzniosl sie na szczyty elokwencji, ktos psuje mu robote. Kontynuowal jednak: – Nie mozna oczywiscie wykluczyc uzycia taktycznej broni nuklearnej nad Niemcami. Ale wiekszosc tych bomb zniszczy Zachodnie i Wschodnie Niemcy oraz Polske, nie czyniac zadnej szkody Zwiazkowi. Dzieki niezdecydowaniu Waszyngtonu nie ma w Europie jeszcze pociskow Cruise ani bomb neutronowych. Nasze straty wojskowe oceniamy na maksimum sto do dwustu tysiecy, co stanowi calkiem dopuszczalny procent, zwazywszy, ze w akcji we wszystkich rodzajach broni wezmie udzial dwa miliony zolnierzy. – Ile czasu zabierze operacja? – spytal Iwanienko. – Czolowki pierwszych zmotoryzowanych armii wejda do portow nad Kanalem w sto godzin po sforsowaniu Laby. W tym momencie mozemy sobie pozwolic na zawieszenie broni. Akcje mozna wykonczyc juz w trakcie rozejmu. – Czy te plany czasowe sa realne? – odezwal sie Petrianow. Tym razem niespodziewanie odpowiedzial Rudin: – Owszem, sa realne. Wiszniajew popatrzyl nan podejrzliwie. – Nie uzyskalem nadal odpowiedzi na moje pytanie – zwrocil uwage Pietrow. – A Stany Zjednoczone, ich sily uderzeniowe? Nie taktyczne, ale strategiczne? Ladunki wodorowe w miedzykontynentalnych rakietach balistycznych, w samolotach i w pociskach sterowanych na lodziach podwodnych? Oczy wszystkich zebranych spoczely na Wiszniajewie. Wstal ponownie i przemowil: – Amerykanski prezydent powinien od samego poczatku wiedziec trzy rzeczy. Po pierwsze, musi miec bezwzglednie wiarygodna gwarancje, ze ZSRR nie uzyje pierwszy broni termojadrowej. Po drugie, musi miec jasnosc, ze jesli trzysta tysiecy zolnierzy amerykanskich rozlokowanych w Europie Zachodniej podejmie walke, beda skazani na konfrontacje swoich sil konwencjonalnych i taktyczno-nuklearnych z naszymi duzo liczniejszymi silami. Po trzecie, musi wiedziec, ze jesli Stany Zjednoczone uzyja swoich rakiet balistycznych wycelowanych w ZSRR, sto najwiekszych miast USA przestanie istniec. Towarzysze! Prezydent Matthews nie ' przehandluje Nowego Jorku za jakis nedzny Paryz ani Los Angeles za Frankfurt. Nie bedzie amerykanskiego odwetu termojadrowego. Cisza gestniala, w miare jak zebrani upajali sie ta perspektywa: Europa Zachodnia, wielki magazyn zywnosci, w tym takze zboza, pelen dobr przemyslowych i technologii, nareszcie otwarty. Rychly upadek Wloch, Hiszpanii, Portugalii, Austrii, Grecji i Jugoslawii. Rozbite skarbce pod ulicami szwajcarskich miast. Coraz wieksze osamotnienie Brytanii i Irlandii w sasiedztwie imperium; wreszcie pelna dominacja nad Arabami i Trzecim Swiatem. I to bez jednego wystrzalu. Ten koktajl mogl uderzyc do glowy. – To swietny scenariusz – odezwal sie w koncu Rudin – tyle ze, jak sie zdaje, oparty w calosci na jednym zalozeniu. Na tym mianowicie, ze USA nie zasypia nas swoimi glowicami nuklearnymi, jesli tylko obiecamy nie uzyc swoich. Bardzo bylbym wdzieczny towarzyszowi Wiszniajewowi, gdyby powiedzial nam, na czym opiera te swoja niezlomna nadzieje: na faktach czy na poboznych zyczeniach? – To cos wiecej niz nadzieja – odpowiedzial natychmiast Wiszniajew – to realistyczna kalkulacja. Amerykanie to kapitalisci i nacjonalistyczni burzuje, i zawsze mysla przede wszystkim o wlasnej skorze. To papierowe tygrysy, slabe i niezdecydowane. A co najwazniejsze, kiedy w gre wchodzi ryzyko utraty zycia, okazuja sie tchorzami. – Naprawde? – Rudin zawiesil glos. – No coz, towarzysze, pozwolcie, ze sprobuje to skomentowac. Scenariusz towarzysza Wiszniajewa jest pod kazdym wzgledem realistyczny, ale w calosci opiera sie na nadziei… przepraszam, na kalkulacji… ze Amerykanie nie uzyja “w odwecie swojej najciezszej broni termonuklearnej. Szkoda, ze nie wierzylismy w to wczesniej, bo z pewnoscia juz dawno zakonczylibysmy proces wyzwalania uciemiezonych mas Europy Zachodniej z pet faszyzmu i kapitalizmu. Niestety, osobiscie nie widze zadnego nowego elementu, ktory uzasadnialby kalkulacje towarzysza Wiszniajewa. Poza tym on sam i towarzysz marszalek nie mieli nigdy osobistych kontaktow z Amerykanami ani tez nie byli na Zachodzie. A ja bylem i troche ich znam. Ale posluchajmy lepiej, co ma do powiedzenia na ten temat towarzysz Rykow. Sedziwy weteran dyplomacji, odwieczny minister spraw zagranicznych, byl blady jak sciana. – Wszystko to traci chruszczowizmem, takim samym jak w przypadku Kuby. Spedzilem w sluzbie dyplomatycznej ponad trzydziesci lat. To mnie, a nie towarzyszowi Wiszniajewowi, skladaja raporty wszyscy nasi ambasadorowie. I wszyscy oni, wszyscy co do jednego… podobnie jak wszyscy eksperci z mojego ministerstwa i wreszcie ja sam… nie maja najmniejszych watpliwosci, ze prezydent USA uzylby w odwecie przeciw nam broni termojadrowej. Tutaj, towarzysze, gra nie idzie juz o takie czy inne miasto. Przeciez takze Matthews doskonale wie, ze wojna przeprowadzona wedlug tego scenariusza dalaby nam panowanie nad calym niemal swiatem. I bylby to koniec Ameryki… jako supermocarstwa, jako mocarstwa, jako bytu historycznego. Totez zanim Amerykanie zgodza sie oddac Europe Zachodnia, a tym samym caly swiat, zniszcza Zwiazek Radziecki. – A my, co warto podkreslic – dodal Rudin – nie potrafimy im w tym na razie przeszkodzic. Nasze lasery, rozmieszczone w kosmosie, nie osiagnely jeszcze sprawnosci operacyjnej. W przyszlosci bedziemy mogli zamienic w pare ich rakiety, zanim doleca do nas. Ale jeszcze nie dzis. Najnowsze oceny naszych ekspertow… ekspertow, towarzyszu Wiszniajew, a nie optymistow… wskazuja, ze zmasowany anglo-amerykanski atak termojadrowy zabilby sto milionow naszych obywateli, w wiekszosci Rosjan, i zamienil w perzyne szescdziesiat procent terytorium miedzy Polska a Uralem. Towarzyszu Iwanienko, wy przeciez takze znacie Zachod. Jakie jest wasze zdanie na ten temat? – W odroznieniu od towarzyszy Wiszniajewa i Kierenskiego – zauwazyl Iwanienko – ja kieruje setkami agentow rozrzuconych po calym kapitalistycznym Zachodzie. Ich raporty w tej kwestii sa niezmienne. Totez i ja nie mam watpliwosci, ze Amerykanie zastosuja odwet. – A wiec sprobujmy podsumowac to wszystko – odezwal sie Rudin twardo. Czas zartow i przekomarzan najwyrazniej juz minal. – Jesli podejmiemy negocjacje zbozowe z Amerykanami, mozemy zostac zmuszeni do ustepstw, ktore cofna nas o piec lat. Jesli zgodzimy sie na powszechny glod w kraju, cofniemy sie przypuszczalnie o dziesiec lat. Jesli rozpetamy wojne w Europie, mozemy zostac unicestwieni, a jesli nawet przetrwamy, cofniemy sie o dwadziescia-czterdziesci lat. Nie jestem tak wybitnym teoretykiem jak towarzysz Wiszniajew. Ale chyba dobrze pamietam, ze w tej kwestii wskazania Marksa i Lenina sa zupelnie jednoznaczne: walke o panowanie marksizmu w swiecie nalezy toczyc nieustannie i wszelkimi srodkami, ale nie wolno tego postepu narazac przez podejmowanie bezmyslnego ryzyka. Ja uwazam, ze caly ten plan stanowi wlasnie bezmyslne ryzyko. Dlatego proponuje… – Ja proponuje glosowanie – przerwal mu Wiszniajew cichym glosem. A wiec o to chodzilo! – pomyslal Rudin. Jeszcze nie o wotum nieufnosci dla niego, na to przyjdzie czas pozniej, jesli przegra te pierwsza runde. Zaczela sie otwarta walka frakcyjna. Juz od lat nie czul tak wyraznie jak dzis, ze walczy o zycie. Jesli przegra – nie bedzie zadnej wygodnej emerytury, zadnych zachowanych dobr i przywilejow, jak w przypadku Mikojana. Bedzie ruina, wygnanie, moze nawet kula w tyl glowy. Ale zachowal spokoj. Najpierw poddal pod glosowanie swoj wniosek. Powoli wznosily sie w gore rece. Rykow, Iwanienko i Pietrow glosowali oczywiscie za nim i za polityka negocjacji. Na odleglym koncu stolu byly pewne wahania. Kogo zdolal juz skaptowac Wiszniajew? Co im obiecal? Podniesli rece Stiepanow i Szuszkin. Na koncu, jakby z ociaganiem, dolaczyl do nich Gruzin Czawadze. Teraz Rudin poddal pod glosowanie wniosek konkurencyjny: wojna na wiosne. Poparli go natychmiast, rzecz jasna, Wiszniajew i Kierenski. Potem dolaczyl do nich Komarow. Ty gnido! – pomyslal Rudin. – To przeciez twoje zasrane ministerstwo wpakowalo nas w ten bigos. Najwidoczniej Wiszniajew przekonal tego gnojka, ze Rudin wykonczy go tak czy owak, wiec nie ma juz nic do stracenia. Mylisz sie, kochanenki – mowil do siebie Rudin, choc jego twarz nie zdradzala zadnych uczuc – dopiero teraz, dopiero za to glosowanie flaki z ciebie wypruje. Chwile pozniej podniosl reke Petrianow. “Pewnie obiecali mu fotel premiera” – pomyslal Rudin. Na wojne wybierali sie rowniez Balt Yitautas i Tadzyk Muhamed. Tadzyk liczyl, byc moze, na to, ze jesli dojdzie do wojny nuklearnej, to na ruinach rzadzic beda oni, Azjaci. A Litwin byl po prostu przekupiony. – Szesc glosow za kazdym wnioskiem – rzekl Rudin cicho. – Decyduje wiec moj glos. A ja glosuje za negocjacjami. Krucho – pomyslal – oj, krucho. Zapadl juz zmierzch, kiedy zebranie wreszcie sie skonczylo. Ale wszyscy wiedzieli, ze rozpetana na nim walka frakcyjna bedzie sie teraz toczyc az do ostatecznego rozstrzygniecia. Teraz nikt nie moze sie juz wycofac, nikt nie moze pozostac neutralny. * * * Dopiero piatego dnia wycieczka dotarla do Lwowa i zatrzymala sie w tamtejszym hotelu “Inturist”. Drake, ktory do tej pory sumiennie zaliczal wszystkie punkty wspolnego programu, tym razem wymowil sie bolem glowy i oswiadczyl, ze woli pozostac w swoim pokoju. Ledwie autokar uwiozl jego grupe do kosciola sw. Mikolaja, Drake przebral sie w stosowniejszy stroj i wymknal sie z hotelu. Kamynski poinstruowal go dokladnie, jak ma sie ubrac, zeby nie zwracac na siebie uwagi: wiec sandaly, jasne spodnie – ale niezbyt eleganckie – i tania koszula z rozpietym kolnierzykiem. Z planem miasta w kieszeni ruszyl pieszo w strone brudnego, ubogiego robotniczego przedmiescia Lewandowka. Nie mial najmniejszych watpliwosci, ze dwaj ludzie, ktorych szuka, potraktuja go zrazu z najwieksza nieufnoscia. I trudno sie temu dziwic, jesli wziac pod uwage ich pochodzenie i warunki, w jakich sie wychowali. Przypomnial sobie teraz wszystko to, co mowil mu w tureckim szpitalu Myroslaw Kamynski. 29 wrzesnia 1966 roku w poblizu Kijowa, w wawozie zwanym Babi Jar, gdzie dwadziescia piec lat wczesniej okupujacy Ukraine hitlerowcy wymordowali 50000 Zydow, najwiekszy wspolczesny poeta Ukrainy, Iwan Dziuba, wyglosil pelne pasji przemowienie przeciwko antysemityzmowi. Antysemityzm zawsze znajdowal podatny grunt na Ukrainie, a kolejni jej wladcy – carowie, bolszewicy, hitlerowcy, stalinisci i wreszcie wspolczesni spadkobiercy Stalina – skwapliwie go podsycali. Dlugie przemowienie Dziuby zaczelo sie od zlozenia holdu pamieci Zydow wymordowanych w Babim Jarze, jednoznacznego potepienia hitleryzmu i faszyzmu. Ale w miare jak mowil, temat rozrosl sie i objal wszelkie tyranie, ktore – mimo sukcesow technicznych i cywilizacyjnych – gwalca ducha ludzkiego, probujac przy tym przekonac nawet swoje ofiary, ze to jest normalne. “Winnismy zatem – mowil – osadzac kazde spoleczenstwo nie wedle jego efektownych osiagniec technicznych, lecz wedle roli i znaczenia, jakie przypisuje ono czlowiekowi, wedle tego, jak wysoko ceni ono ludzka godnosc i ludzkie sumienie”. Sluchajac tych slow agenci, wmieszani w tlum, zdali sobie nagle sprawe, ze poeta nie mowi juz bynajmniej o hitlerowskich Niemczech; mowi o radzieckim systemie. Zaraz po przemowieniu zostal aresztowany. W podziemiach miejscowego garnizonu KGB przesluchiwal go wtedy – majac do pomocy dwoch goryli, kazdy z dlugim na metr wezem gumowym w reku – mlody, robiacy blyskawiczna kariere pulkownik, przyslany tu specjalnie z Moskwy, z departamentu drugiego. Nazywal sie Jurij Iwanienko. Na wiecu w Babim Jarze, w pierwszym rzedzie sluchaczy, znalazlo sie tez dwoch dziesiecioletnich chlopcow; obaj przyszli tu ze swymi ojcami. Nie znali sie jeszcze wtedy – mieli sie poznac i nawiazac serdeczna przyjazn dopiero szesc lat pozniej, przy pracy na budowie. Jeden nazywal sie Lew Miszkin, drugi – Dawid Lazariew. Obecnosc ojcow Miszkina i Lazariewa na wiecu zostala odnotowana. Pare lat pozniej, kiedy obaj ubiegali sie o pozwolenie na wyjazd do Izraela, oskarzono ich a potem skazano za dzialalnosc antyradziecka i zeslano na dlugie lata do obozow pracy. Ich rodziny utracily mieszkania, a synowie – wszelka nadzieje na wyzsze studia. Choc obaj bardzo zdolni, byli odtad skazani na prace przy lopacie. Teraz mieli po 26 lat i ich to wlasnie szukal Andrew Drake w dusznych, pelnych kurzu uliczkach Lewandowki. Znalazl dopiero pod drugim adresem. Jak sie mozna bylo spodziewac, Dawid Lazariew potraktowal przybysza z najwieksza podejrzliwoscia. Mimo to zgodzil sie przyprowadzic swojego przyjaciela Miszkina na wspolne spotkanie, bo przeciez Drake i tak znal nazwisko i adres jego przyjaciela. Jeszcze tego samego wieczoru spotkali sie we trzech. Dwaj, mlodzi ludzie patrzyli nan nieomal wrogo. Opowiedzial im cala historie ( ucieczki i uratowania Kamynskiego, a takze swoj wlasny zyciorys. Jedynym dowodem, jaki mogl przedstawic, byla wspolna fotografia z Kamynskim, zrobiona polaroidem w pokoju szpitalnym w Trapezuncie przez dyzurna pielegniarke. Na zdjeciu trzymaja przed soba lokalna turecka gazete z wyeksponowana data. Ta sama gazeta Drake wymoscil dno swojej walizki; przyniosl ja ze soba na spotkanie jako dowod prawdy. – Sluchajcie – przekonywal ich – gdyby Myroslaw wyladowal gdzies na radzieckim brzegu, gdyby dostal sie w rece KGB, gdyby sypal i ujawnil wasze nazwiska, gdybym wreszcie ja sam byl agentem bezpieki, to czy szukalbym waszej pomocy? Dwaj zydowscy robotnicy zgodzili sie w koncu rozwazyc w ciagu nocy jego propozycje. Calkiem niezaleznie od Drake'a od dawna holubili w duszy idee podobna do tej, z ktora on przyjechal: wymierzyc w najwyzsza, kremlowska wladze cios odwetu. Ale przytloczeni beznadziejnoscia wszelkich tego rodzaju prob bez pomocy z zewnatrz byli juz bliscy rezygnacji. Teraz, widzac szanse takiej pomocy, doszli nad ranem do wniosku, ze trzeba tego Anglo-Ukrainca dopuscic do spolki. Z tym postanowieniem sie rozstali. Tegoz popoludnia odbylo sie nastepne spotkanie z Drake'em, ktory w tym celu urwal sie z drugiej juz wycieczki. Dla bezpieczenstwa wybrali sie na spacer szerokimi, niebrukowanymi alejami podmiejskiego parku, gdzie mogli swobodnie rozmawiac po ukrainsku. Tutaj dopiero Drake dowiedzial sie o ich zamiarach wobec Moskwy. – Macie jakis konkretny pomysl? – zapytal. Odpowiedzial Lazariew, cichszy, ale najwyrazniej przewodzacy w tym duecie: – Iwanienko… To najbardziej znienawidzony czlowiek na Ukrainie. – Co chcecie _z _ nim zrobic? – Zabic. Drake zatrzymal sie w pol kroku i popatrzyl na silnie zbudowanego, ciemnowlosego chlopaka, ktory wypowiedzial te slowa. – Przeciez nigdy nie zdolacie nawet sie do niego zblizyc – wykrztusil w koncu. – W zeszlym roku – powiedzial Lazariew – mialem tu, we Lwowie, jedna fuche. Jestem przeciez malarzem pokojowym, nie? Odnawialismy mieszkanie pewnej grubej ryby partyjnej. Byla tam u nich z wizyta jakas staruszka z Kijowa. Kiedy wyjechala, zona tego dygnitarza powiedziala nam, kto to byl. Pare dni pozniej dostrzeglem w ich poczcie list z Kijowa. Obejrzalem go sobie, byl na nim jej adres… – A co ona ma do rzeczy”? – zniecierpliwil sie Drake. – To matka Iwanienki. Drake zastanawial sie przez chwile nad wartoscia tej informacji. – Nigdy bym nie pomyslal, ze tacy ludzie maja matki. Ale co z tego? Mozecie wystawac pod jej domem do sadnego dnia i pewnie nigdy go tam nie zobaczycie. Lazariew pokrecil glowa. – Potraktujemy ja jako przynete – powiedzial i wylozyl swoj plan. Drake potrafil natychmiast docenic jego genialna prostote. Juz przed przybyciem na Ukraine ukladal sobie rozne wersje zadania ciosu godzacego w potege Kremla – ale to nie przyszlo mu do glowy. Zabojstwo szefa KGB byloby ciosem w sam srodek Biura Politycznego, dziura, od ktorej rozbieglyby sie cienkie jak wlos pekniecia do najdalszych zakatkow struktury wladzy. – To by bylo dobre – zgodzil sie. Jesli to sie uda – pomyslal – Kreml zrobi wszystko, zeby sprawe zatuszowac. Jesli mimo to wyjdzie ona na jaw, jej wplyw na nastroje spoleczne, zwlaszcza na Ukrainie, bedzie wprost szokujacy. – To mogloby wywolac nawet wielkie powstanie – powiedzial glosno. Lazariew przytaknal bez namyslu. Nie musial sie zastanawiac – przeciez zastanawiali sie nad tym tyle razy i od tak dawna. Teraz pojawila sie szansa przejscia do czynow. – Jakiego sprzetu byscie potrzebowali? Lazariew wymienil niezbedne rzeczy. Drake powiedzial, ze wszystko to mozna dostac na Zachodzie. – Ale – dodal – jak to dostarczyc tutaj? – Odessa – rzucil lakonicznie Miszkin. – Pracowalem tam kiedys w porcie. To kompletnie skorumpowana banda. Kwitnie czarny rynek. Marynarze z kazdego zachodniego statku przywoza miejscowym handlarzom skorzane kurtki, plaszcze zamszowe, dzinsy. Tam moglibysmy sie spotkac. To takze Ukraina, nie potrzebujemy paszportow na podroz. Zanim sie rozstali, plan byl dograny w szczegolach. Drake zdobedzie sprzet i przywiezie go statkiem do Odessy. Odpowiednio wczesniej listem, wyslanym z ZSRR, zawiadomi Miszkina i Lazariewa o dacie swojego przyjazdu. Bedzie tam jakis niewinny tekst. W Odessie spotkaja sie w kawiarni, ktora Miszkin zna z czasow, kiedy – jeszcze jako nieletni – byl dokerem w porcie. – O dwoch sprawach musimy pamietac – powiedzial przed rozstaniem Drake. – Po wykonaniu akcji trzeba jeszcze rozglosic ja na caly swiat. Bez tego akcja traci sens. I musicie to zrobic osobiscie. Tylko wy bedziecie znac szczegoly, ktore przekonaja wszystkich, ze to prawda. A to _znaczy _ takze, ze najpierw musicie uciec stad na Zachod. – Jasne – mruknal Lazariew. – Obaj jestesmy “otkazniki”. Probowalismy, tak jak przedtem nasi ojcowie, wyjechac legalnie do Izraela, ale nasze wnioski odrzucono. No to wyjedziemy bez pytania o pozwolenie. Zreszta po takiej akcji nie mamy tu juz na co czekac. Tylko w Izraelu bedziemy bezpieczni. A jak juz tam bedziemy, opowiemy swiatu, co zrobilismy, i skompromitujemy tych bydlakow z Kremla i KGB. – Druga sprawa wynika z pierwszej – wrocil do przerwanego watku Drake. – Po zakonczeniu akcji musicie mnie zawiadomic, zaszyfrowanym listem lub kartka. Gdyby cos nie wyszlo z wasza ucieczka, bede sam probowal puscic te nowine w swiat. Doszli do wniosku, ze odpowiednia bedzie jakas niewinna pocztowka, wyslana ze Lwowa na poste restante w Londynie. Uzgodniwszy ostatnie szczegoly pozegnali sie; Drake powrocil do swojej grupy wycieczkowej. Dwa dni pozniej byl juz w Londynie. Pierwsza rzecza, jaka tam zrobil, bylo kupno mozliwie najgrubszego katalogu lekkiej broni. Druga byl telegram do przyjaciela mieszkajacego w Kanadzie, jednego z najlepszych na tajemnej liscie, jaka Drake od lat prowadzil. Zawierala ona nazwiska emigrantow, podobnie jak on sklonnych wprowadzic w czyn swoja nienawisc do wspolnego wroga. Trzecia sprawa bylo zdobycie odpowiednich funduszy; nalezalo zrealizowac dawno juz ulozony plan napadu na bank. * * * Kierowca, ktory na koncu Prospektu Kutuzowa, na peryferiach Moskwy skreci w prawo w szose Rublowska, dojedzie po jakichs dwudziestu kilometrach do osady Uspienskoje, polozonej w samym sercu regionu niedzielnego wypoczynku. W rozleglych lasach otaczajacych Uspienskoje kryja sie tez willowe osiedla Zukowka i Usowo, z letnimi rezydencjami radzieckiej elity. Tuz za mostem Uspienskim na rzece Moskwie rozciaga sie piaszczysta plaza, na ktorej latem opalaja sie mniej od tamtych zasluzeni, ale raczej zamozni (maja samochody) mieszkancy Moskwy. Przyjezdzaja tu takze zachodni dyplomaci, i jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie czlowiek z Zachodu moze nawiazac blizsze kontakty ze zwyklymi moskiewskimi rodzinami. Nawet rutynowa inwigilacja zachodnich dyplomatow, prowadzona wciaz przez KGB, tutaj jakby slabnie w skwarze letnich niedziel. Adam Munro przyjechal tu wczesnym niedzielnym popoludniem 11 lipca 1982, w licznym towarzystwie pracownikow ambasady brytyjskiej. Byly w tej grupie malzenstwa, byly tez osoby samotne, przewaznie mlodsze od niego. Dochodzila trzecia, gdy cale towarzystwo porzucilo wsrod drzew swoje reczniki i piknikowe kosze i zbieglo z niskiej skarpy przez piaszczysta plaze, by troche poplywac. Kiedy po powrocie Munro siegnal po swoj recznik, cos z niego wypadlo. Schylil sie i podniosl bialy kartonik wielkosci polowy pocztowki. Na jednej stronie wypisane bylo na maszynie, po rosyjsku: “Trzy kilometry na polnoc od tego miejsca jest w lesie opuszczona cerkiewka. Czekam tam na ciebie za pol godziny. Prosze – to bardzo pilne”. Zachowal na twarzy konwencjonalny usmiech, kiedy jedna z sekretarek ambasady zblizyla sie, proszac o papierosa. Kiedy podawal jej ogien, jego umysl pracowal goraczkowo, ale systematycznie. Czy to jakis dysydent pragnie przekazac mu nielegalna bibule? Moze byc z tego masa klopotow. A moze jakas grupa religijna szuka azylu w jego ambasadzie? Cos takiego zdarzylo sie Amerykanom w 1978 i tez wywolalo nieslychane problemy. A jesli to ordynarna pulapka, zastawiona przez KGB, aby rozszyfrowac agenta SIS w ambasadzie? To tez mozliwe. Przeciez zaden prawdziwy radca handlowy nie przyjalby podobnego zaproszenia – wsunietego w recznik przez kogos, kto z pewnoscia sledzil go i obserwowal z otaczajacych zarosli. A jednak jak na KGB bylo to zbyt prymitywne. Raczej podsuneliby mu rzekomego zdrajce gdzies w miescie, zapewniwszy sobie mozliwosc sfotografowania z ukrycia momentu przekazania towaru. Kim zatem byl tajemniczy autor listu? Ubral sie szybko, wciaz niezdecydowany. W koncu wciagnal buty i powzial decyzje. Jesli to pulapka, to nie dostal zadnej kartki i po prostu spaceruje sobie po lesie. Ku rozczarowaniu sekretarki zostawil ja sama. Po kilkudziesieciu krokach zatrzymal sie i podpalil kartonik zapalniczka, a popiol zagrzebal w grubej sciolce igliwia. Kierujac sie polozeniem slonca i wskazaniami zegarka, pomaszerowal ku polnocy. Po dziesieciu minutach, wspiawszy sie na niewielki pagorek, dostrzegl przed soba, po drugiej stronie doliny, podobna do cebuli kopule cerkwi, oddalona mniej wiecej o mile. Natychmiast ruszyl miedzy drzewami w tamta strone. W lasach otaczajacych Moskwe sa dziesiatki takich cerkiewek, niegdys miejsc kultu dla mieszkancow okolicznych wiosek, dzis przewaznie zaniedbanych, zabitych deskami, opuszczonych. Ta, do ktorej sie teraz zblizal, stala na duzej srodlesnej polanie. Zatrzymal sie na skraju i obserwowal sasiedztwo cerkwi. Nie dostrzegl jednak nikogo. Ostroznie wysunal sie na otwarta przestrzen. Dopiero kiedy znalazl sie o kilka krokow od opieczetowanych drzwi frontowych, zauwazyl postac stojaca w glebokim cieniu lukow sklepienia. Zastygl w bezruchu – i przez dlugie minuty patrzyli na siebie w milczeniu. Coz zreszta mozna bylo powiedziec? Bezwiednie wyszeptal tylko jej imie: – Walentyna… Wysunela sie z cienia i odpowiedziala w ten sam sposob: – Adam… Dwadziescia jeden lat – pomyslal ze zdumieniem. A wiec przekroczyla juz czterdziestke. Ale wygladala najwyzej na trzydziesci, nadal kruczowlosa, piekna i niezwykle smutna. Przysiedli na plycie grobowca i cicho rozmawiali o dawnych czasach. Dowiedzial sie, ze w kilka miesiecy po rozstaniu wrocila do Moskwy i nadal pracowala jako stenotypistka w instytucjach partyjnych. Majac dwadziescia trzy lata wyszla za mlodego, dobrze zapowiadajacego sie oficera Armii Czerwonej. Siedem lat pozniej przyszlo na swiat dziecko i zyli szczesliwie we troje. Kariera jej meza rozwijala sie swietnie, mial bowiem wujka na wysokim stanowisku w armii – a miejscowy nepotyzm nie rozni sie specjalnie od innych. Synek ma teraz dziesiec lat. Piec lat temu jej maz, mimo mlodego wieku juz w randze pulkownika, zginal w katastrofie smiglowca, w locie zwiadowczym nad graniczna rzeka Ussuri, gdzie obserwowal ruchy wojsk chinskich. Aby jakos zagluszyc bol, wrocila do pracy. Wuj uzyl swoich wplywow, chcial zapewnic jej dobra prace, na wysokim szczeblu, dajaca takie przywileje, jak specjalne sklepy zywnosciowe, specjalne restauracje, lepsze mieszkanie, prywatny samochod – slowem wszystko, co przysluguje wysokim funkcjonariuszom aparatu partyjnego. W koncu, dwa lata temu, po przejsciu specjalnej procedury weryfikacyjnej, zostala wlaczona do malego zespolu stenografow i maszynistek, stanowiacego odrebna komorke uslugowa sekretariatu generalnego KC, zwana sekretariatem Biura Politycznego. Munro prawie oniemial z wrazenia. Byla wiec az tak wysoko, tak diabelnie wysoko; nalezala do grona najbardziej zaufanych. – Jak nazywa sie wuj twojego meza? – Kierenski – wyszeptala tak cicho, ze ledwie doslyszal. – Marszalek Kierenski? – spytal z niedowierzaniem. Skinela glowa. Munro musial wziac gleboki oddech. Kierenski, ten ultrajastrzab! Spojrzal znowu na nia i nagle dostrzegl, ze jej oczy sa wilgotne. Trzepotala gwaltownie rzesami, powstrzymujac lzy. W naglym, nie kontrolowanym odruchu objal ja ramieniem, a ona przytulila sie bez oporu. Poczul zapach jej wlosow, ten sam slodki zapach, ktory dwadziescia lat temu zarazem go rozczulal i podniecal. – Co ci jest? – spytal lagodnie. – Och, Adamie, jestem taka nieszczesliwa… – Nieszczesliwa? Dlaczego, na litosc boska? Masz przeciez wszystko, co mozna miec w tym kraju. Pokrecila powoli glowa, potem odsunela sie od niego. Zaczela unikac jego wzroku, wpatrzona w las otaczajacy polane. – Widzisz, ja przez cale zycie, od malego dziecka, wierzylam w to wszystko. Naprawde wierzylam. Nawet w czasach, kiedy bylismy razem, wierzylam, ze socjalizm jest najlepszy i najsprawiedliwszy. Nawet w najtrudniejszych latach, w latach nedzy, kiedy Zachod oplywal w dobra, a my nie mielismy nic, wierzylam w slusznosc komunistycznego idealu, ktory Rosja kiedys osiagnie i podaruje swiatu. To ideal swiata wolnego od faszyzmu, od pogoni za pieniadzem, od wyzysku, od wojny. Tego mnie uczyli i naprawde w to wierzylam. To bylo mi drozsze niz ty, niz nasza milosc, niz moj maz i dziecko. I co najmniej rownie drogie jak ten kraj, jak Rosja, ktora jest czescia mojej duszy. Tak, Munro znal juz ten rosyjski patriotyzm, ten dziki plomien, ktory pozwala Rosjanom znosic wszelkie wyrzeczenia, godzic sie na wszelkie ofiary i ktory zrecznie podsycany kaze im sluchac kremlowskich wladcow ze slepym posluszenstwem. – Wiec dlaczego…? – powtorzyl cicho. – Bo zdradzili. Zdradzaja go na kazdym kroku: moj ideal, moj narod, moj kraj. – Oni? – spytal. Zalamywala palce tak silnie, ze az zaczal bac sie o ich calosc. – Przywodcy partii – rzekla z gorycza. – Naczalstwo, jesli wolisz – powtorzyla zargonowym okresleniem rosyjskim. Munro nie byl specjalnie zdziwiony; juz pare razy byl swiadkiem takiej konwersji. Kiedy szczery wyznawca traci nagle wiare, jego odwrocony fanatyzm moze przybrac niezwykle rozmiary. – Ja ich czcilam, Adamie. Szanowalam ich, wielbilam. Teraz od lat moge obserwowac ich wszystkich z bliska. Zyje w ich cieniu, przyjmuje od nich prezenty, korzystam obficie z ich przywilejow. Widze ich w sytuacjach prywatnych i slysze to, co mowia miedzy soba – o spoleczenstwie, ktorym gardza. Sa zepsuci, bezgranicznie zli i okrutni. Wszystko, czego dotkna, zmieniaja w popiol. Munro przesunal sie na kamiennej lawie grobowca w strone Walentyny. Teraz znowu mogl ja wziac w ramiona. Zaplakala cichutko w jego rekaw. – Nie moge juz, Adamie, nie moge dluzej. – Kochanie… jesli tylko chcesz, zrobie wszystko, zeby cie stad wyrwac. Dobrze wiedzial, ze bedzie go to kosztowalo kariere – ale wiedzial tez, ze nie pozwoli jej odejsc po raz drugi. Dla niej warto poswiecic wszystko. Odsunela sie znowu, ze smugami lez na twarzy. – Ja… nie moge wyjechac. Musze przeciez myslec o Saszy. Przytrzymal ja lagodnie w ramionach. – Skad wiedzialas, ze jestem w Moskwie? – spytal ostroznie. Nie wydawala sie ani troche zaskoczona tym pytaniem. – W zeszlym miesiacu – powiedziala pociagajac nosem – kolezanka z biura zabrala mnie na balet. Bylysmy w lozy. Przy zgaszonych swiatlach na widowni myslalam, ze sie myle. Ale kiedy zapalily sie na przerwe, bylam juz pewna, ze to ty. Nie moglam wytrzymac. Wymowilam sie bolem glowy i ucieklam z teatru. Otarla oczy, juz nie plakala. – A ty – spytala po chwili – ozeniles sie? – Tak, wiele lat po Berlinie. Ale nic z tego nie wyszlo. Rozeszlismy sie juz dawno. Usmiechnela sie z trudem. – Smieszne – powiedziala – ale ciesze sie, ze nie ma zadnej innej. To niezbyt logiczne, prawda? W rewanzu i on sie usmiechnal. – No, niezbyt – przyznal. – Ale milo to slyszec. Czy… bedziemy sie spotykac? Jej usmiech zgasl, a w oczach pojawil sie lek. Gwaltownie potrzasnela glowa. – Nie, Adamie, w kazdym razie nieczesto. Naleze do kregu zaufanych, uprzywilejowanych, i gdyby odwiedzal mnie jakis cudzoziemiec, oni szybko by sie o tym dowiedzieli. To samo dotyczy twojego mieszkania, wiesz _przeciez, _ ze dyplomaci sa sledzeni. Hotele tez sa pod obserwacja, i nie wynajmiesz tu zadnego mieszkania bez formalnosci. To niemozliwe, Adamie, po prostu niemozliwe. – A jednak to ty zorganizowalas to spotkanie, zrobilas pierwszy krok. Czy tylko po to, zeby pomowic o dawnych czasach? Mowisz, ze nie lubisz swojego zycia tutaj, nie cierpisz ludzi, dla ktorych pracujesz… Jesli jednak ze wzgledu na Sasze nie chcesz i nie mozesz wyjechac, to czego wlasciwie oczekujesz ode mnie? Przez chwile zbierala mysli. Kiedy wreszcie sie odezwala, jej glos byl juz calkiem spokojny. – Chce sprobowac ich powstrzymac. Chce jakos przeciwdzialac temu, co robia. Mysle o tym od ladnych paru lat, ale dopiero ostatnio, odkad zobaczylam cie w teatrze i przypomnialam sobie Berlin, przypomnialam sobie tez, jak smakuje wolnosc… i te mysli zaczely mnie coraz bardziej pochlaniac. Teraz wiem juz, co robic. Powiedz mi… jesli mozesz: czy jest w twojej ambasadzie oficer wywiadu? Munro byl wstrzasniety. W swojej karierze juz dwa razy mial do czynienia ze szpiegami ochotnikami. Jeden pracowal w ambasadzie sowieckiej w Mexico City, drugi w Wiedniu. Pierwszy dzialal z przekonania: jego uprzednie uwielbienie dla rezimu przemienilo sie w smiertelna nienawisc, tak wlasnie jak w przypadku Walentyny. Drugi byl po prostu rozczarowany brakiem awansu; pracowalo sie z nim rownie latwo jak z pierwszym. – Mysle, ze tak – odparl bez pospiechu. – Sadze, ze musi byc. Walentyna zaczela szperac w torbie lezacej na igliwiu u jej stop. Podjela decyzje – i teraz juz bez wahania brnela w zdrade. Wyjela z torby grubo wypchana koperte. – Chce ci to dac. Ale przyrzeknij, ze nigdy mu nie powiesz, od kogo to dostales. Zrozum, Adam, robie rzecz straszna. I nie moge zaufac nikomu, naprawde nikomu procz ciebie. – Przyrzekam… ale i ty musisz mi cos obiecac. Musimy sie znowu spotkac. Ja po prostu nie moge juz sobie pozwolic na drugie rozstanie, takie jak wtedy, w Berlinie… na zawsze, bez zadnej nadziei, na druga strone Muru. – Ja tez tego nie chce. Ale nie probuj nawet odwiedzac mnie w domu. Mieszkam w bloku dla wysokich funkcjonariuszy. Dom jest ogrodzony, bramy pilnuje milicja. I nie dzwon. Wszystkie telefony sa na podsluchu. I pamietaj: nigdy nie zgodze sie na spotkanie z kimkolwiek innym z ambasady, nawet z samym szefem wywiadu. – Rozumiem – powiedzial Munro z niejaka ulga. – Wiec kiedy spotkamy sie znowu? Namyslala sie przez chwile. – Nielatwo mi sie wyrwac. Wiekszosc wolnego czasu poswiecam Saszy. Ale mam wlasny samochod i nikt mnie nie sledzi. Jutro musze wyjechac na kilkanascie dni, ale mozemy spotkac sie za cztery tygodnie tutaj. – Spojrzala na zegarek. – Musze juz isc, jestem tu dzisiaj w wiekszym towarzystwie, na daczy, pare kilometrow stad. Pocalowal ja na pozegnanie w usta, jak niegdys. I doznal tej samej co zawsze rozkoszy. Wstala i poszla szybko przez polane. Kiedy byla juz na skraju lasu, zawolal: – Walentyno, co to wlasciwie jest? – podniosl w gore pakiet. Zatrzymala sie, potem wrocila do niego. – Moja praca – rzekla – to sporzadzanie protokolow z posiedzen Politbiura: kompletny tekst dla czlonkow, streszczenie dla zastepcow. Robie to na podstawie tasmy magnetofonowej. Tutaj jest tasma z dziesiatego czerwca. Odeszla i zniknela miedzy drzewami. Munro usiadl na plycie grobowca i spojrzal jeszcze raz na koperte, ktora trzymal w reku. – Niech to diabli! – mruknal. 4. Adam Munro siedzial w zamknietym pokoju glownego budynku ambasady brytyjskiej na Nabrzezu Maurice'a Thoreza i sluchal ostatnich zdan z tasmy przesuwajacej sie na magnetofonie. Ten pokoj byl zabezpieczony przed wszelkim rosyjskim podsluchem i wlasnie dlatego Munro pozyczyl go sobie na kilka godzin od szefa kancelarii. “(…) rzecz jasna, ta wiadomosc nie moze w zadnym razie przedostac sie poza krag osob obecnych na tej sali. Nastepne spotkanie, jak zwykle, za tydzien”. Glos Maksyma Rudina ucichl, tasma wysunela sie z aparatury, potem stanela. Munro wylaczyl magnetofon. Rozparl sie wygodnie w fotelu i cicho, przeciagle gwizdnal. A wiec to rzeczywiscie cos wielkiego; to nawet wiecej niz wszystko, co dwadziescia lat temu dostarczyl slawny Oleg Pienkowski. A przeciez sprawa Pienkowskiego obrosla wielka legenda w SIS, w CIA, a najbardziej w KGB, gdzie kojarzyly sie z nia najczarniejsze wspomnienia. Pienkowski byl generalem brygady GRU, wywiadu wojskowego ZSRR, z dostepem do informacji najwyzszej wagi i tajnosci, czlowiekiem, ktory – rozczarowany postepowaniem kremlowskiej hierarchii – z wlasnej inicjatywy nawiazal kontakt najpierw z Amerykanami, potem Brytyjczykami, oferujac swoje uslugi jako dostarczyciel informacji. Amerykanie odrzucili oferte, wietrzac jakis podstep. Brytyjczycy przyjeli ja, po czym przez dwa i pol roku “prowadzili” Pienkowskiego – zanim wpadl w pulapke zastawiona przez KGB, zostal zdemaskowany, osadzony i rozstrzelany. Do tego czasu jednak zniwo jego dzialalnosci bylo nadzwyczaj obfite, a zdobywane przezen konkretne wiadomosci okazaly sie szczegolnie przydatne w okresie kubanskiego “kryzysu rakietowego”, w pazdzierniku 1962. Swiat podziwial wtedy wielka zrecznosc prezydenta Kennedy'ego w bezposredniej konfrontacji z Nikita Chruszczowem, ktory zamierzal zainstalowac na Kubie sowieckie rakiety. Swiat nie wiedzial jednak, ze Amerykanie znali wtedy dokladnie wszystkie atuty i wszystkie slabosci Rosjan – wlasnie dzieki Pienkowskiemu. W koncu sporne rakiety zabrano z Kuby, Chruszczow zostal upokorzony, a Kennedy okrzykniety bohaterem, na Pienkowskiego zas padly pierwsze podejrzenia. Aresztowano go w listopadzie. Rok pozniej, po pokazowym procesie, zostal stracony. W ciagu tego roku jednak dokonal sie takze upadek Chruszczowa, obalonego przez wlasnych kolegow; oficjalnie z powodu bledow w polityce rolnej – w rzeczywistosci dlatego, ze jego awanturnictwo odbieralo im jakiekolwiek pole manewru. Jeszcze tej samej jesieni 1963 roku zakonczyl zycie Kennedy – zaledwie trzynascie miesiecy po swym wielkim tryumfie. Tak oto znikneli ze sceny wielki demokrata, wielki tyran i wielki szpieg. Ale nawet Pienkowski nie mial nigdy informacji wprost z Biura Politycznego. Munro zdjal szpule z aparatu i starannie ja zapakowal. Oczywiscie glos profesora Jakowlewa byl mu nie znany, a wlasnie ten glos, odczytujacy raport, zajmowal wieksza czesc tasmy. Ale w dyskusji, jaka nastapila po slowach profesora, pojawilo sie dziesiec innych glosow, i co najmniej trzy sposrod nich Munro potrafil rozpoznac. Niski pomruk Rudina znany byl powszechnie; Munro znal rowniez wysoki timbre Wiszniajewa, z jego wystapien na zjazdach partii, transmitowanych przez telewizje; a takze szczekliwy glos marszalka Kierenskiego – z ostatnich obchodow pierwszomajowych, a takze z nagran radiowych i filmow. Wysylajac tasme do Londynu, co bylo jego obowiazkiem, nie mial watpliwosci, ze analiza laboratoryjna potwierdzi jej autentycznosc; mial natomiast inny problem – jak zamaskowac zrodlo, z ktorego otrzymal tasme. Gdyby przyznal sie do potajemnego spotkania w lesie, na ktore zostal zaproszony kartka wcisnieta w recznik kapielowy, zadano by mu natychmiast pytanie: “Dlaczego wlasnie pan, Munro? Skad ona pana znala?” Takiego pytania nie zdolalby uniknac, a jednoczesnie nie mogl na nie w zaden rozsadny sposob odpowiedziec. Jedynym rozwiazaniem bylo wymyslic jakies inne zrodlo: zarazem wiarygodne i nie do sprawdzenia. Byl w Moskwie zaledwie od szesciu tygodni, ale niezwykle opanowanie rosyjskiego (takze kolokwialnego) szybko procentowalo. Dwa tygodnie wczesniej, podczas przyjecia dyplomatycznego w ambasadzie Czechoslowacji, rozmawial z jakims hinduskim attache, gdy nagle uslyszal tuz za soba przyciszona rozmowe dwoch Rosjan. “Ten drar jest rozczarowany – mowil jeden. – Uwaza, ze to on powinien byl dostac glowny klucz”. Podazyl za spojrzeniami tych dwoch i doszedl do wniosku, ze mowia zapewne o Rosjaninie stojacym po przeciwnej, stronie pokoju. Z listy gosci dowiedzial sie pozniej, ze to Anatolij Kriwoj, osobisty sekretarz i prawa reka glownego teoretyka partii, Wiszniajewa. Czym jednak mial ow czlowiek byc rozczarowany? Munro przejrzal swoje akta i zapoznal sie z zyciorysem Kriwoja. Pracowal, on przedtem w wydziale organizacyjnym Komitetu Centralnego; krotko po nominacji Pietrowa na stanowisko szefa tego wydzialu Kriwoj pojawil sie w swicie Wiszniajewa. Czy w gre wchodzily jakies urazy? Czy odszedl w wyniku konfliktu z Pietrowem? Czy byl rozgoryczony, bo pominieto go w awansie? Wszystko to jest calkiem mozliwe – i bardzo ciekawe dla szefa obcej siatki szpiegowskiej. Kriwoj – pomyslal teraz. – Tak, to moglby byc on. On takze ma dostep co najmniej do pisemnej kopii, ktora otrzymuje Wiszniajew, a moze rowniez do tasmy. I przypuszczalnie jest teraz w Moskwie – w kazdym razie jest jego szef. Wczoraj wital na lotnisku delegacje rzadowa z Niemiec Wschodnich. “Przykro mi, Anatolu, ale wyglada na to, ze przeszedles na nasza strone” – powiedzial do siebie, wsuwajac gruba koperte do wewnetrznej kieszeni marynarki, i poszedl na gore, do szefa kancelarii. – Bede musial wyjechac do Londynu ze srodowa poczta – poinformowal dyplomate. – To sprawa nie cierpiaca zwloki. Szef nie zadawal zadnych pytan. Wiedzial, czym zajmuje sie Munro, i obiecal zalatwic formalnosci. Poczta dyplomatyczna – w istocie jest to torba lub kilka plociennych workow – leci z Moskwy do Londynu w kazda srode, zawsze samolotem British Airways, nigdy Aeroflotu. Przybywa po nia z Londynu krolewski kurier, jeden z wielu, jacy codziennie przemierzaja swiat samolotami, chronieni pieczecia z korona i chartem. Szczegolnie tajne materialy kurier przewozi w twardej teczce, przypietej lancuchem do lewego nadgarstka; materialy biezace, mniejszej wagi – w zapieczetowanych workach, ktore osobiscie dostarcza do ladowni samolotu. Na terytorium brytyjskim pracuje sam. W Moskwie towarzyszy mu zawsze ktorys z pracownikow ambasady. Wielu jest chetnych do takiej eskorty, bo pozwala ona wyskoczyc na chwile do Londynu, zrobic troche zakupow i spedzic przyjemny wieczor w miescie. Totez drugi sekretarz ambasady, ktory w tym tygodniu musial zrezygnowac na rzecz Munro ze swej kolejki, byl wsciekly, ale i on nie zadawal zadnych pytan. W srode z lotniska Szeremietiewo 2, zbudowanego z okazji Igrzysk Olimpijskich 1980, wystartowal Airbus 300-B Brytyjskich Linii Lotniczych i skierowal sie w strone Londynu. Siedzacy obok Munro kurier dyplomatyczny, krepy, starannie ubrany byly wojskowy, oddal sie natychmiast swojemu hobby: ukladal krzyzowki dla pewnej znanej gazety. – Trzeba cos robic dla zabicia czasu – tlumaczyl nieco zazenowany. – Kazdy z nas, kurierow, ma jakies swoje samolotowe hobby. Munro mruknal cos w odpowiedzi i popatrzyl ponad krawedzia skrzydla na pozostajace w tyle miasto. Gdzies tam, w dole, wsrod zalanych sloncem ulic, zyla i pracowala kobieta, ktora kochal. Pracowala wsrod ludzi, ktorych zamierzala zdradzic. Pozostawala teraz sama, wystawiona na wszelkie niebezpieczenstwa. Kontur Norwegii przypomina wielka prehistoryczna skamieniala ludzka reke, siegajaca z Arktyki ku Danii i Anglii. Przyjmijmy, ze to prawa reka; dlon przykrywa jakby lezace pod nia morze, a krotki kciuk, czesciowo docisniety do palca wskazujacego, odchyla sie koncem ku wschodowi. Na styku palca wskazujacego i kciuka lezy Oslo, stolica kraju. Dalej ku polnocy, w glab Arktyki, ciagnie sie dlugie przedramie, w okolicach Tromso i Hammerfest jakby zlamane, a tak cienkie, ze w niektorych miejscach odleglosc od morza do granicy szwedzkiej nie przekracza 60 kilometrow. Na mapach plastycznych ta reka wyglada jak zmiazdzona mlotem boskiego kowala, ktory rozszczepil kosci na tysiace odlamkow. Efekty tych straszliwych ciosow najbardziej sa widoczne na zewnetrznej krawedzi “dloni”. Tutaj pomiedzy owe odlamki i okruchy skalne wdziera sie morze, tworzac niezliczone zatoki i kanaly, zalewy i ciesniny. Woda wciska sie w krete, ciasne wawozy, gdzie zbocza gor opadaja stromo w gladka, lustrzana ton. To fiordy; z nich wlasnie poltora tysiaca lat temu wyruszali najlepsi zeglarze, jakich zna historia, najlepsi, jacy kiedykolwiek trzymali w reku ster. Zanim skonczyla sie ich epoka, doplyneli do Grenlandii i do Ameryki, podbili Irlandie, zasiedlili Bretanie i Normandie, lowili u brzegow Hiszpanii i Maroka, i wciaz niezmordowanie zeglowali – od Islandii po Morze Srodziemne. Tak zyli wikingowie. Dzis wzdluz fiordow Norwegii zyja i lowia ryby ich godni spadkobiercy. Takim wlasnie czlowiekiem byl Thor Larsen, kapitan zeglugi wielkiej, ktory tego lipcowego popoludnia szedl ogromnymi krokami wzdluz palacu krolewskiego w Sztokholmie, wracajac do hotelu z biura zarzadu swojej kompanii. Ludzie instynktownie ustepowali mu z drogi: mial 190 centymetrow wzrostu i zajmowal cala szerokosc staromiejskiego chodnika; mial tez niebieskie oczy i wielka brode. Pozostajac chwilowo bez przydzialu nosil cywilne ubranie, ale po wizycie w biurze Nordia Line mial powody sadzic, ze byc moze juz niedlugo dostanie nowy statek pod swoja komende. Po szesciomiesiecznym szkoleniu (na koszt firmy) w najnowszych tajnikach radarow, nawigacji komputerowej i technologii supertankowcow – umieral wprost z tesknoty za morzem. Wczoraj wezwano go do centrali, gdzie z rak osobistego sekretarza wlasciciela Nordia Line – zarazem jej prezesa i naczelnego dyrektora – otrzymal zaproszenie na kolacje. Zaproszenie dotyczylo rowniez zony Larsena; zawiadomiono ja o tym telefonicznie, i wlasnie leciala do Sztokholmu z Norwegii, takze na koszt firmy. Stary jest dziwnie rozrzutny – pomyslal Larsen. – Musi sie za tym kryc cos szczegolnego. Wzial z parkingu hotelowego wynajety wczesniej samochod i przez most Nybroviken pojechal na oddalone o trzydziesci siedem kilometrow lotnisko. Liza Larsen przyjechala tylko z podrecznym bagazem; powital ja z delikatnoscia oswojonego niedzwiedzia, unoszac w powietrze jak mala dziewczynke. Istotnie byla mala i drobnej budowy, miala czarne, blyszczace oczy, kasztanowe loki i dziewczeca sylwetke, ktora stanowczo klocila sie z jej rzeczywistym wiekiem: 38 lat. Larsen uwielbial ja. Dwadziescia lat temu – byl wtedy poczatkujacym, nieustabilizowanym jeszcze drugim oficerem – spotkal ja pewnego mroznego, zimowego dnia na ulicy w Oslo. Posliznela sie na lodzie i upadla, a on podniosl ja jak lalke i postawil z powrotem na nogach. Miala wtedy na glowie futrzany kaptur, ktory niemal calkiem zakrywal jej drobna twarz z zaczerwienionym nosem; i kiedy dziekowala mu za pomoc, mogl widziec tylko jej oczy, wygladajace spod kaptura jak oczy susla polyskujace spod gestwiny futra. Od tej pory, przez caly okres narzeczenstwa i malzenstwa, przez wszystkie wspolnie spedzone lata nazywal ja Suselkiem. Kiedy jechali z powrotem do centrum Sztokholmu, przez cala droge wypytywal ja o dom w Alesund, miasteczku na zachodnim wybrzezu Norwegii, i o dzieci, dzis juz kilkunastoletnie. Gdzies daleko na poludnie od nich Airbus brytyjskich linii lotniczych zataczal wielki luk na drodze z Moskwy do Londynu – ale o tym Thor Larsen nie wiedzial i nic go to nie obchodzilo. Dzisiejsza kolacja miala sie odbyc w slawnej piwnicy “Aurora”, restauracji urzadzonej w starym podziemnym magazynie w sredniowiecznej dzielnicy miasta. Kiedy Thor i Liza zeszli waskimi schodkami do piwnicy, na dole czekal juz na nich sam wlasciciel, pan Leonard. – Pan Wennerstrom juz jest – oswiadczyl i wskazal im jeden z gabinetow, mieszczacy sie w malej lukowatej niszy z piecsetletniej cegly. Krolowal tu potezny stol ze starego, wygladzonego do polysku drewna, a wnetrze oswietlaly swiece osadzone w lichtarzach z lanego zelaza. Na widok Larsenow Wennerstrom podniosl sie nieco ociezale, ucalowal Lize i uscisnal dlon jej meza. Harald “Harry” Wennerstrom byl dla skandynawskich ludzi morza czyms w rodzaju zywej legendy. Mial teraz 75 lat, a jego geste wciaz wlosy i krzaczaste brwi byly niemal calkiem siwe. Jego kariera zaczela sie tuz po II wojnie swiatowej, kiedy to odziedziczyl po ojcu szesc malych statkow handlowych. W ciagu tych trzydziestu pieciu lat zbudowal najwieksza – po Grekach i Chinczykach z Hongkongu – prywatna flotylle tankowcow. Nordia Line byla calkowicie jego dzielem: w polowie lat piecdziesiatych zamienil drobnicowce na tankowce i zainwestowal ogromne pieniadze w budowe nowych, wiekszych jednostek w okresie boomu naftowego lat szescdziesiatych. Zawsze kierowal sie wlasna ocena sytuacji, czesto wbrew powszechnym przewidywaniom. Usiedli i zabrali sie do jedzenia; Wennerstrom mowil tylko o drobiazgach, pytal o sprawy rodzinne. Jego wlasny, czterdziestoletni zwiazek malzenski zakonczyl sie cztery lata temu smiercia zony. Nie mieli dzieci; ale gdyby mial syna, chcialby, zeby byl podobny do tego wysokiego Norwega, ktory teraz siedzial z nim przy stole, zeglarza nad zeglarze. Lize lubil Wennerstrom jeszcze bardziej. Losos marynowany na sposob skandynawski, w soli i koprze, byl przepyszny; mloda kaczka upolowana na slonych sztokholmskich bagnach – wprost wspaniala. Jednak dopiero przy ostatnich lykach wina (niepocieszony Wennerstrom pil jedynie wode z pekatej szklanki: “To wszystko, na co pozwalaja ci cholerni lekarze”) przeszli do spraw zawodowych. – Moze pamietasz, Thor, ze juz pare lat temu, w siedemdziesiatym dziewiatym, przepowiedzialem trzy rzeczy. Po pierwsze, ze najdalej do konca osiemdziesiatego drugiego zalamie sie solidarnosc krajow OPEC. Po drugie, ze kampania prezydenta USA na rzecz ograniczenia zuzycia ropy naftowej i jej przetworow w Ameryce zakonczy sie fiaskiem. I po trzecie, ze Zwiazek Radziecki przeksztalci sie z eksportera w importera surowej ropy. Ludzie mowili, ze zwariowalem… ale mialem racje. Larsen przytaknal. Utworzenie Organizacji Eksporterow Ropy Naftowej i narzucona przez nia zima 1973 roku czterokrotna podwyzka swiatowych cen ropy spowodowaly kryzys, ktory omal nie doprowadzil do upadku gospodarki krajow Zachodu. Firmy produkujace i eksploatujace tankowce przezyly siedem chudych lat. Przerwano w polowie budowe tankowcow o lacznej wypornosci wielu milionow ton, inne, juz gotowe, uznano za bezuzyteczne, nieekonomiczne, wrecz deficytowe. Trzeba bylo wielkiej odwagi ducha, by w 1979 roku przewidywac to, co istotnie nastapilo w ciagu nastepnych trzech lat: rozlam w OPEC wskutek rozpadu swiata arabskiego na walczace miedzy soba frakcje, drugiej rewolucji w Iranie, secesji w Nigerii i rozpaczliwych wysilkow krajow producentow, by sprzedawac rope za kazda cene, byle tylko Uzyskac srodki na szalencze zbrojenia. A Wennerstrom przewidzial rowniez dalszy systematyczny wzrost zuzycia ropy w USA, zwiazany z glebokim przekonaniem przecietnego Amerykanina, ze sam Bog dal mu prawo zuzyc do szczetu wszelkie bogactwa planety dla wlasnego komfortu. Przewidzial takze spadek wydobycia ropy w Zwiazku Radzieckim (na przekor planom, a za sprawa marnej technologii) do tak niskiego poziomu, ze Rosjanie beda musieli wznowic import tego surowca. Te trzy czynniki spowodowaly ponowne ozywienie w branzy tankowcow, ktore teraz, latem 1982 roku, przeksztalcalo sie w prawdziwy boom. – Jak wiesz – kontynuowal Wennerstrom – we wrzesniu ubieglego roku podpisalem z Japonczykami kontrakt na budowe nowego tankowca. Ludzie z branzy twierdzili zgodnie, ze oszalalem: polowa mojej floty stoi bezczynnie w Stromstad Sound, a ja zamawiam nowy statek. Ale ja bynajmniej nie stracilem rozumu. Znasz pewnie historie East Shore Oil Company? Larsen ponownie kiwnal glowa. Dziesiec lat temu ta mala amerykanska firma naftowa z Luizjany przeszla w rece dynamicznego przedsiebiorcy, Clinta Blake'a. W ciagu dziesieciu lat rozrosla sie i zwiekszyla swoje obroty tak, ze bliska juz byla dogonienia slawnych “siedmiu siostr” – siedmiu gigantycznych karteli wiodacych prym w swiatowym przemysle naftowym. – Otoz latem przyszlego roku Clint Blake ma zamiar podbic Europe. To trudny, zatloczony rynek, ale on uwaza, ze zdola sie przebic. Instaluje pare tysiecy stacji benzynowych przy szosach europejskich, bedzie tam sprzedawal paliwa i oleje wlasnej produkcji. I bedzie do tego potrzebowal wielu tankowcow. Mam juz z nim siedmioletni kontrakt na transport ropy z Bliskiego Wschodu do Europy Zachodniej. Blake buduje w Rotterdamie wlasna rafinerie – w sasiedztwie rafinerii Esso, Mobil i Chevron. I tu wlasnie przyda mi sie ten nowy tankowiec. Jest wielki, ultranowoczesny i strasznie drogi… ale oplaci sie. Bedzie robil w ciagu roku piec, szesc rejsow miedzy Zatoka Perska i Rotterdamem, i w ten sposob zamortyzuje sie calkowicie juz po pieciu latach. Ale nie jest to glowny powod, dla ktorego go buduje. Dla mnie wazne jest to, ze bedzie najwiekszy i najlepszy: moj okret flagowy i zarazem moj pomnik. A ty, Thor, bedziesz jego dowodca. Larsen siedzial w milczeniu. Dlon Lizy powedrowala po stole i leciutko uscisnela jego reke. Jeszcze dwa lata temu Norweg nie moglby zostac kapitanem statku plywajacego pod szwedzka bandera. Ale od czasu Porozumienia Goteborskiego, do ktorego zawarcia sam Wennerstrom walnie sie przyczynil, szwedzki armator mogl sie ubiegac o honorowe obywatelstwo Szwecji dla wyrozniajacych sie oficerow Skandynawow, dzieki czemu mogli oni otrzymywac dowodztwo statkow. Taki wniosek w sprawie Larsena zostal juz zlozony – i przyjety. Przyszla pora na kawe; pili ja ze smakiem. – Budowe zlecilem stoczni Isikawadzima-Harima – ciagnal Wennerstrom. – Nie mialem zreszta wyboru. To jedyna stocznia w swiecie dysponujaca tak duzym suchym dokiem. Czasy budowania statkow na pochylniach, skad nastepnie spuszczano je na wode, nalezaly juz do przeszlosci. Zbyt wielkie staly sie rozmiary i ciezar statkow. Wspolczesne giganty buduje sie w ogromnych suchych dokach; gdy kadlub jest gotow, otwiera sie sluzy i statek sam odrywa sie od dna, w miare jak podnosi sie wplywajaca do doku woda. – Prace rozpoczeto czwartego listopada – mowil dalej Wennerstrom – stepke polozono trzydziestego stycznia. Robota idzie szybko. Kadlub splynie z blokow pierwszego listopada tego roku, potem trzy miesiace prac wyposazeniowych i prob morskich, i drugiego lutego bedzie mozna ruszyc w pierwszy rejs. I to ty bedziesz na mostku, Thor. – Dziekuje – odezwal sie wreszcie Larsen. – A jak chcesz nazwac statek? – Myslalem o tym, oczywiscie. Czy dobrze pamietasz sagi? Wiec nazwiemy go tak, by sprawic przyjemnosc Niornowi, bogowi morza. – Wennerstrom podniosl swoja szklanke z woda i popatrzyl przez nia na plomien swiecy, tkwiacej w zelaznym kandelabrze. – Niorn bowiem rzadzi i ogniem, i woda, dwoma najwiekszymi wrogami kazdego kapitana tankowcow: niebezpieczenstwem eksplozji i okrutnym morzem. Plomien swiecy i woda w szklance rzucaly na twarz starego czlowieka refleksy; tak samo musialy odbijac sie w jego oczach ogien i woda czterdziesci lat temu, kiedy tkwil bezradnie w lodzi ratunkowej, zaledwie cztery kable od plonacego tankowca, pierwszego statku, jakim dowodzil, patrzac, jak jego zaloga smazy sie w gorejacym morzu. Larsen mocno watpil, czy stary rzeczywiscie wierzy w te mity; ale Liza jakims szostym zmyslem, wlasciwym tylko kobietom, wyczuwala, ze Wennerstrom wierzy w kazde slowo. Nagle starzec niecierpliwym gestem odsunal od siebie szklanke i napelnil swoj pusty dotad kieliszek czerwonym winem. – A wiec damy statkowi imie corki Niorna, najpiekniejszej z bogin. Bedzie sie nazywal “Freya”! – podniosl wysoko kieliszek. – Za pomyslnosc “Freyi”! Wypili do dna. – Takiego statku swiat jeszcze nie widzial – mowil Wennerstrom w rozmarzeniu. – A kiedy przestanie plywac, niczego podobnego juz nigdy swiat nie zobaczy. Larsen dobrze pamietal, ze dwa najwieksze dotad tankowce swiata, “Bellamya i “Batillus”, oba nalezace do francuskiego oddzialu Shella, maja nieco ponad 500000 ton. – Jaka bedzie wypornosc statku? – spytal. – Ile ropy bedzie mogl przewiezc? – Och, zupelnie o tym zapomnialem – usmiechnal sie figlarnie stary armator. – No wiec, milion ton. Larsen uslyszal glebokie westchnienie siedzacej obok zony. Przez dluzsza chwile milczal. – Wielki – powiedzial w koncu. – Bardzo wielki. – Najwiekszy, jaki kiedykolwiek plywal po morzach – dodal Wennerstrom z emfaza. Dwa dni pozniej na londynskim lotnisku Heathrow wyladowal jumbo-jet z Toronto. Wsrod pasazerow byl niejaki Azamat Krim, urodzony w Kanadzie syn imigranta. Podobnie jak Andrij Dracz, rowniez Azamat zanglicyzowal swoje nazwisko: teraz nazywal sie Arthur Crimmins. Byl jednym z tych, ktorych Drake zanotowal sobie przed laty jako ludzi calkowicie podzielajacych jego poglady. Dzisiaj Drake czekal na niego na lotnisku. Kiedy Azamat wylonil sie wreszcie z sali kontroli celnej, wsiedli do samochodu i pojechali prosto do mieszkania Drake'a, w poblizu Bayswater Road. Azamat Krim, z pochodzenia Tatar krymski, byl krepy, smagly i zylasty. Jego ojciec, w przeciwienstwie do Stefana Dracza, podczas II wojny swiatowej nie walczyl przeciwko Armii Czerwonej, ale w jej szeregach. Ta lojalnosc wobec Rosji nic mu jednak nie pomogla. Pojmany w walce, juz w niewoli niemieckiej dowiedzial sie, ze Stalin oskarza caly jego narod o kolaboracje z Niemcami. Zarzut pozbawiony byl jakichkolwiek podstaw, ale Stalinowi wystarczylo to, by deportowac wszystkich Tatarow krymskich na pustkowia wschodu. Dziesiatki tysiecy zginely juz w podrozy, w nie opalanych bydlecych wagonach, tysiace dalszych w lodowatych ostepach Kazachstanu i Syberii. O smierci calej swej rodziny dowiedzial sie Czyngiz Krim jeszcze w niemieckim obozie pracy. Uwolniony w 1945 roku przez Kanadyjczykow, szczesliwie uniknal “repatriacji” do Stalina – na rozwalke lub do lagru. W austriackiej stadninie, gdzie pracowal po wyzwoleniu obozu, wypatrzyl go ktoregos dnia kanadyjski oficer, zawodowy jezdziec rodeo z Calgary. Kanadyjczyk tak zachwycil sie mistrzowskim opanowaniem koni i talentem jezdzieckim tatarskiego zolnierza, ze zaprzyjaznil sie z nim, a w koncu zalatwil mu legalna imigracje do Kanady. Tutaj Krim ozenil sie i doczekal syna. Azamat, dzis juz trzydziestoletni, byl rownie jak Drake zazartym wrogiem Kremla. Zyl pragnieniem pomsty za cierpienia swojego narodu. W domu Drake przedstawil Tatarowi swoj plan. Krim nie mial zadnych zastrzezen. Razem juz opracowali ostatnie szczegoly skoku na bank w polnocnej Anglii, skoku, ktory mial im zapewnic niezbedne fundusze. * * * Czlowiekiem, ktoremu Adam Munro zlozyl raport w glownej kwaterze Firmy, byl jego bezposredni przelozony Barry Ferndale, szef sekcji radzieckiej SIS. Rowniez Ferndale zasluzyl sie przed laty w pracy w terenie”; uczestniczyl miedzy innymi w “wysysaniu” Pienkowskiego, ilekroc ten rosyjski informator odwiedzal Wielka Brytanie w delegacjach handlowych. Ferndale byl niski i okragly, mial rumiane policzki i wesole usposobienie. Za manierami dobrodusznego wesolka i za pozorna naiwnoscia ukrywal jednak bystry umysl i gleboka wiedze o sprawach ZSRR. W swoim gabinecie na trzecim pietrze sztabu Firmy najpierw przesluchal od poczatku do konca tasme przywieziona z Moskwy. Potem zaczal nerwowo przecierac okulary, podskakujac niemal z podniecenia. – Na litosc boska, Adam, chlopie! Coz to za niebywala historia! To przeciez wprost bezcenne. – Jesli prawdziwe – rzucil ostroznie Munro. Ferndale zachnal sie, jak gdyby ta mysl nie przyszla mu dotad do glowy. – Och, oczywiscie, jesli prawdziwe… A propos, jak to wlasciwie zdobyles? Munro starannie wyrecytowal swoja historyjke. Byla zreszta prawdziwa w najdrobniejszych szczegolach, z wyjatkiem jednego: jako dostarczyciela tasmy wymienil Anatola Kriwoja. – Kriwoj… tak, tak, slyszalem o nim, oczywiscie – powiedzial Ferndale. – Dobrze, teraz kaze to przelozyc na angielski i przedstawie Mistrzowi. To moze byc naprawde wielki numer. Rozumiesz oczywiscie, ze nie bedziesz mogl wrocic od razu do Moskwy? Masz sie gdzie zatrzymac? W twoim klubie? Znakomicie. Pierwszorzednie. No wiec, rozerwij sie teraz troche, zjedz dobry obiad i posiedz w tym swoim klubie przez pare dni. Odprawiwszy swojego moskiewskiego pracownika, Ferndale zatelefonowal do zony, by powiedziec, ze nie wroci wieczorem do ich malego domku w peryferyjnej dzielnicy Pinner, ale pozostanie na noc w miescie. Zona znala jego zawod i byla juz do takich zdarzen przyzwyczajona. Przez cala noc pracowal nad przekladem tekstu z tasmy, w zupelnej samotnosci. Wladal rosyjskim biegle. Moze bez tego nadzwyczajnego wyczucia niuansow, jakie mial Munro i jakie cechuje ludzi prawdziwie dwujezycznych, ale wystarczajaco, by przetlumaczyc kazdy tekst. Nie opuscil ani slowa z raportu Jakowlewa ani z nastepujacej po nim krotkiej, lecz donioslej dyskusji trzynastu czlonkow Politbiura. Nastepnego ranka o dziesiatej, niewyspany, ale tak samo rozowy i swiezy jak zawsze, Ferndale zadzwonil przez wewnetrzna linie do sekretarki Sir Nigela Irvine'a i zapowiedzial swoja wizyte. Juz po dziesieciu minutach byl u naczelnego dyrektora Firmy. Sir Nigel przeczytal maszynopis w milczeniu, potem odlozyl go i spojrzal na lezaca na biurku tasme. – Czy to autentyczne? Ferndale zrezygnowal tym razem ze zwyklej jowialnosci, choc od lat byl bliskim kolega Irvine'a, a jego awans na najwyzsze stanowisko oraz nobilitacja nic nie zmienily w ich wzajemnych stosunkach. – Czy ja wiem? – rzekl z namyslem. – Trzeba by sprawdzic mase rzeczy. Adam mowi, ze spotkal przelotnie tego Kriwoja na przyjeciu w ambasadzie czeskiej, przeszlo dwa tygodnie temu. Jesli Kriwoj istotnie myslal o przejsciu na nasza strone, bylaby to dla niego dobra okazja. Dokladnie tak samo postapil w swoim czasie Pienkowski: poznal jakiegos dyplomate na neutralnym gruncie i zaproponowal sekretne spotkanie f w pozniejszym terminie. Oczywiscie traktowalismy go z najwieksza podejrzliwoscia, poki nie sprawdzilismy jego informacji. I tak samo chce postapic tutaj. – A konkretnie? – spytal Sir Nigel. Ferndale znow _zaczal _ przecierac okulary. Fama glosila, ze predkosc z jaka polerowal szklo odpowiada szybkosci jego mysli. Tym razem robil to z prawdziwa furia. – Po pierwsze: sam Munro – powiedzial. – Jesli to pulapka, to moze zatrzasnac sie juz przy najblizszym spotkaniu. Dlatego lepiej bedzie zatrzymac go tu na urlopie, zanim nie skonczymy prac nad tasma. Nie wykluczone… po prostu nie wykluczone… ze tamci probuja wywolac jakis incydent dyplomatyczny. – A czy nalezy mu sie urlop? – Tak, szczesliwie wlasnie tak. Zostal przeniesiony do Moskwy w takim pospiechu, ze nie zdazyl wykorzystac naleznego dwutygodniowego urlopu. – No to niech go wykorzysta. Ale powinien pozostawac w kontakcie z nami. I niech nie opuszcza Wyspy. Zadnego wloczenia sie za granice, dopoki nie wyjasnimy tej sprawy. – Nastepnie tasma – ciagnal Ferndale. – To jakby dwie rozne sprawy: raport Jakowlewa i glosy ludzi z Biura Politycznego. O ile wiem, nigdy dotad nie slyszelismy glosu Jakowlewa. Nie wchodzi wiec w gre analiza jego autentycznosci. Korzystne jest jednak to, ze on mowi o zawilych sprawach technicznych. Byle kto nie moglby tego wymyslic. Dlatego chcialbym skonsultowac to z paroma ekspertami od chemicznego wzbogacania ziarna. W Ministerstwie Rolnictwa jest caly wydzial zajmujacy sie tymi sprawami. Nie musimy oczywiscie nikogo informowac, na co potrzebne nam te wiadomosci, ale musze miec pewnosc, ze ten wypadek z zaworem Lindanu jest w ogole mozliwy… – Pamietasz dokumentacje, jaka miesiac temu pozyczyli nam kuzyni? – przerwal mu nieoczekiwanie Irvine. – Te zdjecia z satelitow Kondor? – Pamietam, oczywiscie. – Mysle, ze trzeba porownac te zdjecia z wyjasnieniem zawartym na tasmie. Co dalej? – Druga czesc nagrania poddamy analizie autentycznosci glosow. Potne tasme na krotkie kawalki, tak zeby nikt nie zorientowal sie, o czym wlasciwie mowa. Laboratorium jezykowe w Beaconsfield zbada frazeologie, skladnie, wyrazenia kolokwialne, osobliwosci dialektow regionalnych, itd. Ale decydujaca bedzie oczywiscie analiza porownawcza samych glosow. Sir Nigel skinal glowa ze zrozumieniem. Dobrze wiedzial, ze glos ludzki, rozlozony elektronicznie na pojedyncze impulsy, jest czyms rownie indywidualnym jak odciski palcow. Nie ma dwoch takich samych glosow. – Doskonale, Barry – powiedzial – ale zalezy mi jeszcze na dwoch rzeczach. Po pierwsze, oprocz mnie, ciebie i Munro na razie nikt nie moze o tym wiedziec. Jezeli to falszywka, nie warto niepotrzebnie rozbudzac nadziei, jesli nie – to mamy do czynienia z niebezpiecznym materialem wybuchowym. Po drugie, nie chce wiecej slyszec nazwiska Anatola Kriwoja. Wymyslcie dla niego jakis pseudonim, jak dla kazdego agenta. W przyszlosci uzywajcie tylko tego pseudonimu. Dwie godziny pozniej Ferndale dodzwonil sie do Munro, ktory jadl wlasnie lunch w swoim klubie. Poniewaz rozmowa odbywala sie przez siec publiczna, mowili potocznym jezykiem swiata biznesu. – Dyrektor jest bardzo zadowolony z twojego bilansu – powiedzial Ferndale. – W nagrode postanowil dac ci teraz urlop na jakies dwa tygodnie. My tymczasem zorientujemy sie w tym wszystkim i postanowimy, co robic dalej. Masz jakies upatrzone miejsce na wakacje? Munro nie mial, ale ton Ferndale'a dawal mu wiele do myslenia. To nie byla propozycja – to byl rozkaz. – Chetnie pojechalbym do Szkocji – odpowiedzial. – Zawsze marzylem, aby powedrowac latem wzdluz wybrzeza, od Lochaber az do Sutherland. Ferndale wyraznie sie ucieszyl i rozmarzyl. – Taaak… Gory Kaledonskie, doliny starej kochanej Szkocji. O tej porze roku musi tam byc pieknie. Co prawda, znam to wszystko tylko _z _ opowiesci, ale jestem pewien, ze bedziesz zachwycony. Dzwon do mnie, powiedzmy, co drugi dzien. Masz moj domowy numer, prawda? * * * Tydzien pozniej Myroslaw Kamynski, z dokumentami wystawionymi przez Czerwony Krzyz, przyjechal do Anglii. Cala Europe przejechal pociagiem. Bilet kupil mu Drake, ktorego zasoby finansowe byly juz jednak bliskie wyczerpania. W Londynie Kamynski poznal Krima, a od Drake'a otrzymal pierwsze zadanie. – Bedziesz sie uczyl angielskiego: rano, w poludnie i wieczorem, z ksiazek i z plyt. W takim tempie pewnie jeszcze nigdy sie nie uczyles, ale tylko w ten sposob szybko opanujesz jezyk. Tymczasem wyrobie ci solidniejsze papiery. Z dokumentami Czerwonego Krzyza nie moglbys swobodnie podrozowac. Dopoki tego nie zalatwie, a ty nie zaczniesz rozumiec po angielsku, nie wychodz z domu. Munro juz od dziesieciu dni wedrowal przez Gory Kaledonskie: z Inverness przez Ross, Cromarty i Sutherland. Dotarl w koncu do Lochinver, malego miasteczka nad brzegiem Morza Szkockiego, ktore rozciaga sie stad az po wyspe Lewis. Z Lochinver wykonal szosty juz telefon do domu Barry'ego Ferndale'a na przedmiesciu Londynu. – Dobrze, ze dzwonisz – ucieszyl sie Ferndale. – Czy moglbys szybko wrocic do biura? Dyrektor naczelny chce z toba pogadac. Munro obiecal wyruszyc w ciagu godziny. I rzeczywiscie powrocil do Inverness najszybciej jak mogl. Stad mial juz samolot do Londynu. Byl piekny lipcowy poranek. W swoim domu na przedmiesciu Sheffield, wielkiego osrodka przemyslu stalowego w hrabstwie Yorkshire, pan Norman Pickering pocalowal jak co dzien na pozegnanie zone i corke, po czym odjechal samochodem do banku, ktorego byl szefem. Dwadziescia minut pozniej przed domem stanela mala furgonetka; napis na karoserii byl nazwa pewnej wytworni sprzetu elektrycznego. Z auta wysiedli dwaj mezczyzni w bialych fartuchach i ruszyli w strone drzwi frontowych. Ten, ktory szedl pierwszy, mial w reku tylko notes; drugi niosl duze tekturowe pudlo. Pani Pickering otworzyla drzwi i obaj mezczyzni weszli do srodka. Nikt z sasiadow nie zwrocil na to uwagi. Po dziesieciu minutach czlowiek z notesem wyszedl, wsiadl do furgonetki i odjechal. Jego kolega pozostal w domu, najpewniej po to, aby zainstalowac przywiezione urzadzenie i sprawdzic jego dzialanie. Pol godziny pozniej ta sama furgonetka zatrzymala sie w odleglosci dwoch ulic od banku Pickeringa. Kierowca, juz bez bialego fartucha, w ciemnoszarym garniturze typowego biznesmena, z walizeczka dyplomatyczna w reku, wszedl do banku i pierwszej z brzegu urzedniczce wreczyl biala koperte. Kobieta spojrzala na list, a poniewaz byl zaadresowany do pana Pickeringa, zaniosla go do gabinetu szefa. Biznesmen czekal cierpliwie. Po jakichs dwoch minutach dyrektor uchylil drzwi i rozejrzal sie po sali. Jego wzrok zatrzymal sie na oczekujacym biznesmenie. – Pan Partington? – spytal. – Prosze wejsc. Andrew Drake nie odezwal sie, dopoki nie zamknely sie za nim drzwi gabinetu. A kiedy przemowil, w jego glosie nie bylo ani sladu akcentu z rodzinnego Yorkshire; byl to glos gardlowy i twardy, znamionujacy raczej przybysza z kontynentu. Jego wlosy byly teraz marchewkoworude, a oczy ukryte za ciemnymi szklami w grubej oprawie. – Chcialbym otworzyc konto – powiedzial – i podjac natychmiast czesc w gotowce. Pickering wyrazil zdziwienie. Taka transakcje mogl rownie dobrze zalatwic kierownik dzialu. – Chodzi o duze konto i duza transakcje – wyjasnil Drake i podsunal dyrektorowi czek. Byl to zwykly czek bankowy, wystawiony przez oddzial banku Pickeringa w londynskiej dzielnicy Holborn; opiewal na sume 30 000 funtow. – Ach tak – rzekl Pickering. Takie pieniadze to juz rzeczywiscie byla transakcja na poziomie dyrektora. – A ile chce pan podjac? – Dwadziescia tysiecy w gotowce. – Dwadziescia tysiecy funtow w gotowce? – upewnil sie Pickering i siegnal po sluchawke. – Dobrze, ale bede musial oczywiscie zadzwonic do filii w Holborn i… – Mysle, ze to nie bedzie potrzebne – przerwal Drake i podsunal mu londynska edycje “Timesa” z dzisiejsza data. Pickering tylko przez chwile patrzyl na gazete. Jego uwage przykulo natomiast cos innego, co podal mu Drake. Bylo to zdjecie, zrobione kamera polaroid. Na fotografii Pickering rozpoznal swoja zone, z szeroko rozwartymi z przerazenia, oczami, siedzaca w jego ulubionym fotelu przy kominku. Rozpoznawal tez fragmenty wlasnego salonu. Zona przytulala do siebie coreczke. Na jej kolanach lezal ten sam dzisiejszy egzemplarz “Timesa”. – Zrobione godzine temu – wyjasnil Drake. Pickeringowi zoladek podjechal do gardla. Zdjecie, ktore mial przed soba, nie bylo na pewno najwyzszej jakosci, ale wystarczajaco wyraznie pokazywalo na pierwszym planie reke mezczyzny trzymajaca karabin z obcieta lufa, wymierzona wprost w jego bliskich. – Jesli podniesie pan alarm – powiedzial spokojnie Drake – policja przyjedzie tutaj, a nie do panskiego domu. Zanim tu wejda, zabije pana. A dokladnie za godzine… jesli wczesniej nie zadzwonie z wiadomoscia, ze jestem bezpieczny i mam pieniadze… tamten czlowiek pociagnie za spust. I niech pan nie mysli, ze to zarty. Jestesmy gotowi umrzec, jesli bedzie trzeba. Nalezymy do Frakcji Czerwonej Armii. Pickering z trudem przelknal sline. Pod biurkiem, w zasiegu jego kolana, ukryty byl przycisk uruchamiajacy alarm. Spojrzal jeszcze raz na fotografie – i odsunal kolano jak najdalej od przycisku. – Niech pan tu wezwie kierownika filii – mowil dalej Drake – i zleci mu otwarcie konta, zdeponowanie tego czeku i podjecie z kasy dwudziestu tysiecy funtow. Gdyby kierownik byl zdziwiony wysokoscia wyplaty, powie mu pan, ze to suma przeznaczona na wielka impreze reklamowa, w ktorej beda konkursy z nagrodami pienieznymi. Niech pan sie wezmie w garsc i dobrze to zagra. Oczywiscie kierownik filii byl zdziwiony, ale jego pracodawca zachowywal sie przeciez calkiem normalnie: spokojny, moze tylko troche przygaszony. A i klient, mezczyzna w ciemnym garniturze, sprawial sympatyczne wrazenie. Przed oboma staly nawet szklanki napelnione dyrektorska sherry, i tylko rekawiczki na dloniach biznesmena mogly nieco dziwic przy tak cieplej pogodzie. Po trzydziestu minutach kierownik przyniosl pieniadze z podziemnego skarbca, polozyl je na biurku dyrektora i wyszedl. Drake powoli pakowal je do walizeczki. – Zostalo jeszcze pol godziny – odezwal sie do Pickeringa. – Za dwadziescia piec minut zadzwonie do mego kolegi. Wtedy opusci on panski dom, nie czyniac nic zlego zonie i dziecku. Jesli jednak podniesie pan alarm wczesniej, bedzie strzelal najpierw do nich, a dopiero pozniej poprobuje swych sil z policja. Po wyjsciu Drake'a pan Pickering siedzial jak skamienialy przez pol godziny. W rzeczywistosci Drake juz po pieciu minutach zadzwonil do jego domu z pobliskiej budki telefonicznej. Telefon odebral Krim. Usmiechnal sie do kobiety, lezacej na podlodze z rekami i nogami skrepowanymi tasma, i wyszedl. Zaden z nich nie uzyl juz furgonetki, skradzionej poprzedniego dnia. Krim odjechal motocyklem, zaparkowanym niedaleko przy szosie. Drake wzial z furgonetki kask, aby ukryc pod nim plomiennie rude wlosy, po czym wsiadl na inny motocykl, przygotowany w poblizu. Po polgodzinie obaj wyjechali z Sheffield. Porzucili swoje wehikuly na polnocnych przedmiesciach Londynu i spotkali sie ponownie dopiero w mieszkaniu Drake'a. Tutaj Andrew zmyl z wlosow czerwona farbe, a okulary potlukl na drobne kawalki. Nastepne sniadanie Munro zjadl w samolocie lecacym z Inverness na poludnie. Kiedy plastikowe tacki byly juz puste, stewardesa zaczela roznosic swieza londynska prase. Siedzac w ogonie samolotu Munro nie mial szans na “Timesa” czy “Telegraph”, dostal jednak egzemplarz “Daily Express”. Na tytulowej stronie pisano o dwoch mezczyznach, zapewne Niemcach z Frakcji Czerwonej Armii, ktorzy z banku w Sheffield zrabowali 20 000 funtow. – Skurwysyny! – skomentowal angielski nafciarz z Morza Polnocnego, ktory zajmowal miejsce obok Munro, uderzajac palcami w naglowek w “Expressie”. – Cholerne komuchy. Powywieszalbym ich wszystkich. Munro zgodzil sie w duchu, ze istotnie predzej czy pozniej trzeba bedzie pomyslec o wieszaniu. Na lotnisku Heathrow wzial taksowke, ktora zawiozla go w okolice Firmy. Wszedl do budynku i skierowal sie prosto do pokoju Ferndale'a. – No, stary, ta podroz zupelnie cie odmienila! – zawolal z nieklamanym podziwem Ferndale. Podsunal mu krzeslo i zrobil kawe. – Ale pogadajmy lepiej o tej tasmie. Pewnie umierasz juz z ciekawosci. A wiec tak, chlopie, jest najzupelniej autentyczna. Nie ma cienia watpliwosci. Wszystko sie zgadza. Byla straszna rozroba w ich Ministerstwie Rolnictwa. Wyrzucono szesciu lub siedmiu dygnitarzy. W tej liczbie jest pewnie rowniez ten nieszczesnik z Lubianki. To oczywiscie potwierdza dane z tasmy – kontynuowal Ferndale. – Ale nie tylko to. Glosy tez sa autentyczne. Chlopcy z laboratorium stwierdzili to z cala pewnoscia. No i najwieksza bomba: jednemu z naszych ludzi, ktory pracuje w Leningradzie, udalo sie zrobic mala wycieczke na wies. Tam na polnocy nie uprawia sie wiele pszenicy, ale zawsze troche jest. Zatrzymal samochod na siusiu i wyrwal jeden klos takiego porazonego zboza. Trzy dni temu klos przyjechal tutaj w bagazu dyplomatycznym, a wczoraj wieczorem dostalem raport z laboratorium. Potwierdzili znaczny nadmiar tego Lindanu w korzeniu i w kielku. Tak sie sprawy maja – podsumowal. – Trafiles na cos, co nasi amerykanscy kuzyni z wlasciwym sobie wdziekiem nazywaja cennym smieciem. W rzeczywistosci to szczere zloto, dwadziescia cztery karaty… Teraz Mistrz chce z toba pogadac osobiscie. A wieczorem wracasz do Moskwy. Spotkanie z Sir Nigelem bylo przyjazne, ale utrzymane w tonie sluzbowego pospiechu. – Dobra robota – powiedzial Mistrz. – O ile dobrze zrozumialem, ma pan nastepne spotkanie za dwa tygodnie. Munro przytaknal. – Ta operacja moze potrwac dlugo – kontynuowal Sir Nigel – dlatego lepiej, zeby znalazl sie pan znowu w Moskwie. Wcale sie nie zdziwie, jesli bedzie pan tam musial pozostac pare lat. A gdyby ten facet zaczal sie wykrecac, musi go pan przydusic. Chcemy z niego wycisnac wszystko, co sie da. Czy potrzebuje pan jakiejs pomocy, jakiegos zaplecza? – Nie, dziekuje – odparl Munro. – Juz przy pierwszym spotkaniu informator oswiadczyl, ze bedzie rozmawiac tylko ze mna. Raczej nie chcialbym go _zrazac _ w tej fazie przez wprowadzanie innych osob. Nie tez, zeby on sam mogl podrozowac tak, jak kiedys Pienkowski. Wiszniajew nigdy nie wyjezdza za granice, wiec i Kriwoj nie bedzie mial powodow do wyjazdu. Bede musial poprowadzic to sam. Sir Nigel skinal glowa. – Zgoda, powierzam to panu. Ledwie Munro wyszedl, Sir Nigel otworzyl lezaca na biurku teczke; zawierala osobiste dossier Adama Munro. I nagle ogarnely go zle przeczucia. Ten Munro byl przeciez samotnikiem, zle czujacym sie w pracy zespolowej. Byl typem czlowieka, ktory urlop spedza samotnie, wloczac sie po gorach Szkocji. W Firmie krazylo powiedzenie: sa agenci starzy, sa agenci jarzy, ale nie ma agentow starych i jarych. Irvine byl starym agentem i bardzo cenil ostroznosc. A ta sprawa pojawiala sie z zewnatrz, nagle i z impetem, bez ostrzezenia i przygotowania. I rozwijala sie piekielnie szybko. Ale, z drugiej strony, tasma byla przeciez autentyczna; co do tego nie moglo byc zadnych watpliwosci. Rownie autentyczne bylo lezace na biurku wezwanie do siedziby premiera na Downing Street – na dzis wieczor. Oczywiscie natychmiast po weryfikacji tasmy Sir Nigel zlozyl krotki meldunek ministrowi spraw zagranicznych. Dzisiejsze wezwanie bylo naturalna tego konsekwencja. Czarne drzwi domu nr 10 przy Downing Street, rezydencji brytyjskiego premiera, sa byc moze najbardziej znanymi drzwiami swiata. Znajduja sie po prawej stronie tego zaulka – wbrew nazwie nie jest to wlasciwie ulica, lecz tylko waski zaulek odchodzacy od Whitehall, wcisniety miedzy okazale gmachy Gabinet Office i Foreign Office. Przed tymi bowiem drzwiami, z prostym bialym numerem “10” i z mosiezna kolatka, strzezonymi przez jednego, nie uzbrojonego policjanta, gromadza sie wciaz turysci, by fotografowac sie nawzajem i obserwowac wchodzacych i wychodzacych poslancow, a takze znane osobistosci. W gruncie _rzeczy _ jednak frontowymi drzwiami wchodza glownie ci, ktorzy duzo mowia. Ci, co duzo moga, korzystaja raczej z tylnego wejscia. “ Dom oznaczony numerem 10 stoi pod katem prostym do gmachu urzedu premiera, a tylne narozniki obu budynkow niemal sie stykaja. Waskie przejscie miedzy nimi zamyka furtka, przez ktora mozna przejsc do tylnych drzwi siedziby premiera. Tedy wlasnie wszedl wieczorem 31 lipca dyrektor naczelny SIS w towarzystwie Sir Juliana Flannery'ego, sekretarza gabinetu. Skierowano ich natychmiast na pierwsze pietro. Mineli sale posiedzen rzadu i weszli do prywatnego apartamentu premiera. Pani premier przeczytala juz tekst spisany z tasmy, dostarczony jej przez ministra spraw zagranicznych. – Czy zawiadomil pan o tym Amerykanow? – zapytala bez zadnych wstepow. – Jeszcze nie – odparl Sir Nigel. – Sami uzyskalismy potwierdzenie autentycznosci tej sprawy zaledwie trzy dni temu. – Wiec prosze to zrobic jak najszybciej, najlepiej osobiscie. Perspektywa wielkiego deficytu zbozowego w ZSRR ma oczywiscie ogromne znaczenie polityczne. Sadze, ze Stany Zjednoczone, jako najwiekszy swiatowy producent pszenicy, powinny znac sprawe od samego poczatku. – Oczywiscie. Wolalbym tylko, zeby kuzyni nie podlaczali sie do naszego agenta – wtracil Sir Nigel. – Wspolpraca z nim moze byc wyjatkowo trudna i delikatna. Uwazam, ze powinnismy prowadzic go sami. – Mysli pan, ze oni beda probowali sie podlaczyc? – To mozliwe, bardzo mozliwe. Pienkowskiego na przyklad prowadzilismy wspolnie, choc to mysmy go zwerbowali. Ale wtedy byly po temu specjalne powody. Sadze, ze tym razem winnismy dzialac sami. Pani premier potrafila ocenic polityczne zalety samodzielnego kontrolowania agenta, ktory ma dostep do protokolow Politbiura. – Gdyby naciskali – rzekla – niech pan sie zwroci ponownie do mnie, a wtedy porozmawiam o tym osobiscie z prezydentem Matthewsem. Na razie chcialabym, aby polecial pan juz jutro do Waszyngtonu i dostarczyl im tasme lub przynajmniej jej pisemna kopie. Ja zreszta zadzwonie do prezydenta Matthewsa juz dzisiaj. Sir Nigel i Sir Julian wstali i ruszyli do wyjscia. – Jeszcze jedno – zatrzymal ich glos pani premier. – Doskonale rozumiem, ze nie powinnam znac tozsamosci tego agenta. Ale mam nadzieje, ze nie powie pan tego rowniez panu Bensonowi? – Oczywiscie nie, madame. Ani wlasnemu premierowi, ani ministrowi spraw zagranicznych dyrektor generalny SIS nie mial zamiaru ujawniac nie tylko tozsamosci owego Rosjanina, ale takze tozsamosci prowadzacego sprawe wlasnego pracownika. Amerykanie wiedza oczywiscie, kto kieruje brytyjska siatka w Moskwie, ale nie znaja jego rosyjskich agentow. Kuzyni mogliby oczywiscie sledzic Munro w Moskwie, ale temu Sir Nigel postanowil osobiscie zapobiec, i mial juz na to sposob. – W takim razie ten rosyjski informator ma pewnie jakis pseudonim. Czy moge go znac? – spytala pani premier. – Oczywiscie. We wszystkich raportach ten informator bedzie wymieniany jako “Slowik”. Czysty przypadek sprawil, ze na liscie kryptonimow przeznaczonych dla agentow, obywateli radzieckich, pierwsze miejsce na “S” (a taka wlasnie wypadala pierwsza litera) zajmowal “Slowik”. Pani premier oczywiscie tego wszystkiego nie wiedziala. – Bardzo trafne okreslenie – usmiechnela sie do wlasnych skojarzen. 5. Pierwszy dzien sierpnia byl wilgotny i deszczowy. Juz po dziesiatej rano nieco przestarzaly, ale komfortowy czterosilnikowy odrzutowiec VC-10, nalezacy do dowodztwa Krolewskich Sil Lotniczych, wystartowal z bazy Lyneham w Wiltshire i skierowal sie na zachod, w strone Irlandii i Atlantyku. Grono pasazerow nie bylo liczne: jeden general lotnictwa, ktorego poprzedniego wieczora poinformowano, ze ze wszystkich mozliwych terminow wlasnie ten jest najlepszy na rozmowy w Pentagonie w sprawie przyszlych prob bombowca strategicznego, prowadzonych wspolnie przez USAF i RAF, oraz jeden cywil w wytartym prochowcu. General lotnictwa przedstawil sie cywilowi, ktorego obecnosci tutaj bynajmniej sie nie spodziewal, i uslyszal w odpowiedzi, ze jego towarzysz podrozy, pan Barrett z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ma pilna sprawe w ambasadzie brytyjskiej przy Massachusetts Avenue w Waszyngtonie, a polecono mu skorzystac z tego wlasnie lotu VC-10, by oszczedzic brytyjskim podatnikom wydatku na kosztowny badz co badz na tej trasie bilet. Oficer RAF nigdy nie dowiedzial sie, ze w istocie bylo dokladnie odwrotnie. Na poludnie od VC-10 rownoleglym transatlantyckim korytarzem powietrznym lecial z Heathrow do Nowego Jorku rejsowy Boeing 747. Na jego pokladzie, posrod ponad trzystu innych pasazerow, znajdowal sie Azamat Krim alias Arthur Crimmins, obywatel kanadyjski. Krim lecial do Ameryki z pelna kieszenia forsy, mial tam bowiem dokonac szczegolnych zakupow. Osiem godzin pozniej VC-10 ladowal miekko w bazie lotniczej Andrews w stanie Maryland, dziesiec mil na poludniowy wschod od Waszyngtonu. Zaledwie pilot dokolowal w poblize hangaru i wylaczyl silniki, pod przysuniete w pospiechu schodki zajechal z fasonem reprezentacyjny samochod z Pentagonu, ktory wyrzucil z siebie dwugwiazdkowego generala US Air Forces. Dwaj zandarmi z sil lotniczych wyprezyli sie na bacznosc, gdy brytyjski general schodzil ku oczekujacemu go “komitetowi powitalnemu”. Cala uroczystosc nie trwala dluzej niz piec minut; reprezentacyjna limuzyna odjechala do Waszyngtonu, zandarmi odmaszerowali, a ciekawscy z bazy lotniczej powrocili do swoich zajec. Nikt nie zauwazyl samochodu z prywatnymi numerami rejestracyjnymi, ktory dziesiec minut pozniej podjechal do stojacego VC-10. W kazdym razie nikt, kto rozpoznalby specyficzna antene na dachu, zdradzajaca pojazdy Centralnej Agencji Wywiadowczej. Nikt tez nie zwrocil uwagi na bezbarwnego cywila, ktory zszedl po schodkach wprost do oczekujacego go samochodu. Nikt nie przygladal sie, gdy samochod opuszczal baze. Przedstawiciel Kompanii w ambasadzie amerykanskiej przy Grosvenor Square w Londynie, zaalarmowany poprzedniego wieczora, wyslal natychmiast zaszyfrowany telegram do Langley; ten telegram lezal teraz obok kierowcy. Kierowca, w cywilnym ubraniu, byl funkcjonariuszem dosc niskiego szczebla, natomiast pasazer na tylnym siedzeniu, ktory powital goscia z Londynu, byl szefem sekcji zachodnioeuropejskiej, jednym z bezposrednich podwladnych wicedyrektora operacyjnego Kompanii. Wyslano go na powitanie Anglika glownie dlatego, ze jako byly szef komorki CIA w Londynie dobrze go znal. A nikt nie lubi falsyfikatow, zwlaszcza w takich sytuacjach. – Ciesze sie, ze znow pana widze, Nigel – powiedzial, upewniwszy sie przedtem, ze przybysz jest rzeczywiscie tym, ktorego oczekiwal. – To ladnie, ze osobiscie wyjechal pan po mnie, Lance – odparl Irvine, choc dobrze wiedzial, ze nie bylo to spowodowane uprzejmoscia. W samochodzie rozmawiali o Londynie, o dzieciach, o pogodzie. Zadnych pytan w rodzaju: “Co tez tu pana sprowadza?”. Samochod sunal Stoleczna Autostrada Okrezna w kierunku zachodnim, potem przez most Woodrowa Wilsona na Potomaku wjechal do stanu Wirginia. Na przedmiesciach Alexandrii kierowca skrecil w prawo, na autostrade im. George'a Washingtona, biegnaca wzdluz zachodniego brzegu rzeki. Kiedy mijali lotnisko krajowe i cmentarz Arlington, Sir Nigel obserwowal panorame Waszyngtonu. Wiele lat temu byl tutaj lacznikiem SIS przy Kompanii, rezydujacym w ambasadzie brytyjskiej. Ciezkie to byly czasy: w nastepstwie afery Philby'ego nawet stan pogody uwazany byl za informacje tajna, jesli rozmowca byl Anglik. W tym momencie Sir Nigel przypomnial sobie jednak, co wiezie w swojej teczce, i nieco sie rozchmurzyl. Po trzydziestu minutach zjechali z autostrady w prawo, potem przemkneli nad nia i wjechali w las. Irvine zauwazyl maly drogowskaz z napisem: BPR – CIA. No i po co to pisza? – zastanawial sie. Albo wiesz, gdzie to jest, albo nie wiesz – a jak nie wiesz, to znaczy, ze nikt cie tu nie prosil. Zatrzymali sie na chwile przy strzezonej pilnie bramie znajdujacej sie w masywnym siedmiostopowym plocie, ktory otacza cale Langley, Lance okazal przepustke; ruszyli i pojechali w lewo. Pierwszym budynkiem, jaki mineli, byla paskudna kopulasta sala konferencyjna, zwana tutaj z powodu swego ksztaltu “Igloo”. Kwatere glowna Kompanii stanowi zespol pieciu blokow: cztery zewnetrzne wyrastaja z naroznikow centralnego, co z lotu ptaka przypomina krzyz sw. Andrzeja.,,Igloo” przylepione jest do budynku stojacego najblizej glownej bramy. Dopiero gdy go mineli, Irvin dostrzegl ukryty w glebi gmach centralny, z imponujacym portalem. Wielka granitowa mozaika przed glownym wejsciem ukladala sie w herb Stanow Zjednoczonych. Irvine wiedzial jednak, ze jest to wejscie dla kongresmanow, senatorow i innych niezbyt mile widzianych gosci. Jego samochod jechal dalej, minal caly kompleks, skrecil w prawo i w koncu znalazl sie na tylach budynku centralnego. Jest tutaj stroma pochylnia, zamykana ruchoma metalowa krata. Tedy prowadzi droga na ekskluzywny parking podziemny, mieszczacy nie wiecej niz dziesiec samochodow. Czarna limuzyna zatrzymala sie i czlowiek imieniem Lance przekazal goscia w rece swego przelozonego. Charles “Chip” Allen, wicedyrektor operacyjny Kompanii, tez dobrze znal Sir Nigela. W tylnej scianie parkingu znajduja sie stalowe drzwi, strzezone przez dwu uzbrojonych ludzi i prowadzace do malej windy. Chip Allen wpisal dane identyfikacyjne swego goscia na plastikowy kartonik. Byl on namagnesowany i sluzyl do otwierania drzwi windy. Po pokonaniu siedmiu kondygnacji winda zatrzymala sie przy mieszkaniu dyrektora generalnego. Inna plastikowa kartka – z innym kodem magnetycznym – pozwolila im dostac sie do przedpokoju: mieli teraz przed soba troje drzwi. Chip Allen zastukal w srodkowe. Zawiadomiony chwile wczesniej o przyjezdzie brytyjskiego goscia, Bob Benson przywital go w swoim apartamencie. Przeszli od razu do salonu i usiedli przy podluznym stoliku przed kominkiem z marmuru. Benson lubil widok plonacych i trzaskajacych drew, ale w sierpniu Waszyngton nie jest wlasciwym miejscem na palenie w kominku; na stale za to wlaczona byla klimatyzacja. Gospodarz zasunal pergaminowy ekran w stylu japonskim, odgradzajacy “gabinetowa” czesc salonu. Podano kawe i dopiero gdy zostali sami, Benson zapytal wreszcie: – Co pana sprowadza do Langley? Sir Nigel lyknal troche kawy, potem rozparl sie wygodnie w fotelu. – Zaproponowal nam swoje uslugi pewien nowy informator – odparl, starajac sie unikac jakiejkolwiek egzaltacji. Mowil dalej przez dobre dziesiec minut, zanim dyrektor CIA przerwal mu po raz pierwszy: – W Biurze Politycznym, mowi pan? W samym Biurze? – Scisle biorac ktos, kto ma staly dostep do protokolow Biura. – Czy nie ma pan nic przeciwko temu, ze zaprosze tu od razu Chipa Allena i Bena Kahna? – Absolutnie nic, Bob. Przeciez i tak dowiedza sie o wszystkim za godzine czy dwie. Oszczedzmy sobie powtorek. Benson wstal, podszedl do bufetu, na ktorym stal telefon, i polaczyl sie z sekretarka. Odkladajac sluchawke popatrzyl przez panoramiczne okno na rozlegly, zielony las. – O Boze… – westchnal gleboko. Sir Nigel byl nawet zadowolony, ze ci dwaj starzy znajomi z CIA beda od samego poczatku uczestniczyc w rozmowach. Kazda organizacja czysto wywiadowcza (w odroznieniu od takich, ktore jak KGB sa zarazem tajna policja) ma dwa glowne dzialy. Pierwszy to dzial operacyjny, zajmujacy sie zbieraniem informacji; drugi to dzial analizy, w ktorym te informacje sie porownuje, uzupelnia i interpretuje. Oba musza dzialac dobrze. Jesli informacje sa bledne, najlepsza nawet analiza doprowadzi tylko do absurdu. Jesli analiza jest nieudolna, wszelkie wysilki zbieraczy informacji ida na marne. Politycy chca wiedziec, co robia inne panstwa, zarowno potencjalnie wrogie, jak przyjazne, a takze to, co zamierzaja one zrobic. To, co robia inni, mozna w naszych czasach coraz czesciej po prostu podejrzec; nie mozna jednak w ten sposob dowiedziec sie, co zamierzaja. Wlasnie dlatego zadne kosmiczne kamery nie zastapia nigdy inteligentnego analityka, badajacego materialy z sekretnych narad w innych krajach. W CIA dyrektora generalnego – ktory czesto zajmuje to stanowisko w wyniku nominacji politycznej – wyreczaja w praktyce wicedyrektor do spraw operacji (DDO) i wicedyrektor do spraw analizy (DDI). Praca Dzialu Operacyjnego inspiruje autorow ksiazek sensacyjnych; Dzial Analiz to praca na zapleczu, zmudna, powolna, metodyczna, czesto nawet nudna – ale zawsze bezcenna. Niczym bracia syjamscy, DDO i DDI musza pracowac reka w reke; musza tez sobie nawzajem ufac. Benson, ktory przyszedl tu z prezydenckiej nominacji, mial duzo szczescia. Jego zastepca do spraw operacyjnych byl Chip Allen, klasyczny WASP, byly mistrz amerykanskiego futbolu. Funkcje DDI pelnil Ben Kahn, Zyd, byly mistrz szachow; pasowali do siebie jak para rekawiczek. Po pieciu minutach obaj byli juz w apartamencie Bensona i z uwaga sluchali Sir Nigela. Kawa stygla w zapomnieniu. Mistrz szpiegow brytyjskich mowil tym razem prawie godzine. Nikt mu nie przerywal. Potem trzej Amerykanie czytali protokol dostarczony przez “Slowika”, rzucajac od czasu do czasu lakome spojrzenia na lezaca na stole tasme. Gleboka cisze przerwal wreszcie Chip Allen. – Nowy Pienkowski… – skomentowal krotko. – Na pewno bedziecie chcieli wszystko to sprawdzic – powiedzial spokojnie Sir Nigel. Nikt nie zaprzeczyl. – Przyjazn jest przyjaznia, ale… Nam zajelo to okolo dziesieciu dni, za to mamy juz pewnosc. Glosy sprawdzone co do jednego. O czystce w sowieckim Ministerstwie Rolnictwa juz mowilem. No i sa oczywiscie wasze zdjecia z Kondora. A na koniec mam jeszcze to… Wydobyl z teczki mala foliowa torebke zawierajaca mlody ped pszenicy. – Jeden z naszych chlopcow zwedzil to z pola pod Leningradem. – Damy to do zbadania naszemu Departamentowi Rolnictwa – ucieszyl sie Benson. – Czy ma pan jakies inne sprawy, Nigel? – O, nic wielkiego… Moze pare drobiazgow… – No, niechze pan mowi – naciskal Benson. Sir Nigel nabral powietrza w pluca. – Chodzi o rosyjskie oddzialy w Afganistanie. Podejrzewamy, ze przemykaja sie dolinami w strone Pakistanu i Indii. A poniewaz uwazamy ten teren za swoja strefe wplywow, wiec gdybyscie chcieli rzucic na to okiem z Kondora… – Zalatwione – rzekl Benson bez wahania. – A poza tym – ciagnal Sir Nigel – ten sowiecki informator, ktorego wywiezliscie z Genewy dwa tygodnie temu… On chyba sporo wie o wtyczkach KGB w naszym ruchu zwiazkowym. – Wyslalismy wam protokoly przesluchan – rzucil Allen pospiesznie. – Tak, ale chcielibysmy miec do niego bezposredni dostep. Allen spojrzal na Kahna, ten tylko wzruszyl ramionami. – OK – powiedzial Benson. – A czy my mozemy miec dostep do “Slowika”? – Niestety nie – odparl Sir Nigel. – To calkiem inna sprawa. “Slowik” dziala w piekielnie trudnych warunkach, jest wystawiony na najwieksze ryzyko. A ja nie chce ploszyc ryby, zanim na dobre nie polknie haczyka. Zreszta bedziecie dostawac wszystko to, co my, i rownie szybko. Ale nie wlaczajcie sie w to. Postaram sie zwiekszyc czestotliwosc i objetosc dostaw, ale to wymaga czasu i wielkiej ostroznosci. – Na kiedy przewidziana jest nastepna dostawa? – spytal Allen. – Od dzis za tydzien. W kazdym razie wtedy ma byc spotkanie, ale mam nadzieje, ze rowniez towar. Noc spedzil Sir Nigel w nalezacym do CIA domku wiejskim w Wirginii; nastepnego dnia “pan Barrett” odlecial z powrotem do Londynu, t ym samym samolotem, w towarzystwie tego samego generala lotnictwa. Trzy dni pozniej Azamat Krim odplywal na pokladzie starej “Queen Elizabeth II” od nabrzeza 49 w porcie nowojorskim – do Southampton. Zdecydowal sie na podroz morska zamiast lotniczej, bo to stwarzalo wieksza szanse, ze jego bagaz nie bedzie przeswietlany aparatura rentgenowska. Zakupy udaly sie w calej pelni. Wsrod jego bagazy byla typowa, przewieszana przez ramie aluminiowa skrzynka, jakiej zwykli uzywac zawodowi fotografowie do przewozu swoich kamer i obiektywow. Nie mozna jej bylo przeswietlic – mozna bylo jednak recznie sprawdzic zawartosc. Rzecz w tym, ze wymodelowana gabka, wypelniajaca skrzynke i chroniaca aparaty i obiektywy przed wzajemnym obijaniem, przyklejona byla dolem do falszywego dna, umieszczonego dwa cale nad prawdziwym. W powstalej w ten sposob przestrzeni zmiescily sie dwa rewolwery i kilka magazynkow z amunicja. Inny bagaz, ukryty gleboko na dnie malego kufra z ubraniami, stanowila aluminiowa tuba z nakretka, zawierajaca cos, co przypominalo dlugi teleobiektyw, okolo 4 cali srednicy. Krim zakladal, ze tylko najbardziej podejrzliwy celnik moglby rozpoznac w tym przedmiocie cos innego niz rodzaj obiektywu stosowanego przez fanatykow fotografii do zdjec z bardzo duzej odleglosci; umieszczone w tym samym kuferku albumy zdjec dzikich zwierzat i ptakow mialy potwierdzac te interpretacje. W istocie ow “obiektyw” byl wzmacniaczem obrazu – zwanym tez noktowizorem – jaki mozna swobodnie, bez specjalnego zezwolenia, kupic w Stanach Zjednoczonych, ale nie w Wielkiej Brytanii. W niedziele, 8 sierpnia upal lal sie z nieba na Moskwe, totez wszyscy, ktorzy nie wyjechali na podstoleczne plaze, tloczyli sie na licznych tutaj plywalniach, zwlaszcza na nowym zespole basenow, zbudowanym na Olimpiade 1980. Ale pracownicy ambasady brytyjskiej, podobnie jak kilkunastu innych przedstawicielstw zagranicznych, spedzali ten dzien na nadrzecznej plazy powyzej mostu Uspienskiego. Byl wsrod nich Adam Munro. Probowal zachowywac sie rownie beztrosko jak inni, ale przychodzilo mu to z trudem. Stanowczo za czesto spogladal na zegarek, w koncu zaczal sie ubierac. – Hej, Adam, chyba nie masz zamiaru wracac? Jeszcze kawal dnia przed nami! – zawolala don jedna z sekretarek. Zmusil sie do grymasu niezadowolenia. – Niestety, obowiazki wzywaja! – odkrzyknal. – Musze przygotowac te cholerna wizyte Izby Handlowej z Manchesteru. Poszedl przez zarosla do samochodu, wrzucil do srodka swoj plazowy ekwipunek, rozejrzal sie ukradkiem, czy nikt go nie obserwuje, i zamknal samochod. Dokola krecilo sie zbyt wielu mezczyzn w sandalach, luznych spodniach i rozpietych koszulach; gdyby nawet jeden z nich byl szpiclem, nie mozna by go bylo rozpoznac. Munro przyjal optymistyczne zalozenie, ze ludzie z KGB nigdy nie zdejmuja marynarek; a ze w zasiegu jego wzroku nie bylo nikogo, kto by mial na sobie ten nieodlaczny rekwizyt, ruszyl smialo przez las na polnoc. Walentyna czekala juz na niego ukryta w cieniu drzew za polana. Mimo calej radosci, jakiej doznawal na jej widok, poczul nerwowy skurcz zoladka. Nie miala przeciez zadnego doswiadczenia w tej zabawie w chowanego ze szpiclami, nie mozna wiec bylo wykluczyc, ze jest sledzona. Jesli tak – jemu samemu, jako dyplomacie, grozi co najwyzej wydalenie z kraju, tyle ze reperkusje miedzynarodowe tego wydalenia moga byc ogromne. Ale i to nie bylo jego glownym zmartwieniem – najbardziej przerazalo go to, co stanie sie z Walentyna, jesli ja schwytaja. Bez wzgledu na motywy, jakimi sie kierowala, jej czyn mial tylko jedna kwalifikacje prawna: zdrada stanu. Objal ja i pocalowal. Odwzajemnila pocalunek, ale drzala w jego ramionach. – Boisz sie? – spytal. – Troche – przytaknela. – Sluchales tego nagrania? – Tak, zanim przekazalem je dalej. Moze nie powinienem byl tego robic, ale zrobilem. – A wiec wiesz juz, ze czeka nas glod. Widzisz, ja juz doswiadczylam glodu w tym kraju, tuz po wojnie. Bylam malym dzieckiem. To bylo straszne… ale wtedy wiedzielismy, ze przyczyna jest wojna, Niemcy. I jakos to znosilismy. Nasi przywodcy byli z nami, dazyli do poprawy sytuacji. – Moze i tym razem jakos sobie poradza – odezwal sie Munro bez przekonania. Walentyne tylko to zirytowalo. – Alez oni nawet nie probuja! Siedze tam, slucham ich glosow, przepisuje tasmy. Ciagle tylko sie kloca, kazdy probuje ratowac wlasna glowe. – A ten… wuj twojego meza, marszalek Kierenski? – spytal ostroznie. – Nie lepszy od innych. Kiedy wychodzilam za maz, wuj Nikolaj przyszedl na nasze wesele. Pomyslalam wtedy: jaki to wesoly, sympatyczny czlowiek. Ale to, oczywiscie, bylo jego zycie prywatne. Dzisiaj slucham go w zyciu publicznym. Jest taki sam jak inni, bezwzgledny i cyniczny. Kazdy z nich kombinuje tylko, jak zyskac przewage nad innymi, jak zdobyc wladze… a narod niechaj diabli biora. Czasami mysle, ze powinnam byc taka jak oni. Ale nie potrafie. Ani teraz, ani juz nigdy w zyciu. Munro patrzyl na sosny po drugiej stronie polany, ale widzial drzewka oliwne i mlodego zolnierza wykrzykujacego: “Nie jestem zadnym twoim chlopcem!”. Zdumiewajace – pomyslal -jak latwo rzady traca kontrole nad poddanymi przez zwykle naduzycie wladzy. Nie zawsze tak jest, moze nawet nieczesto – ale jednak… – Moglbym cie wyrwac z tego bagna, naprawde. Musialbym potem odejsc z dyplomacji, ale to wlasciwie i tak juz postanowione. A Sasza jest jeszcze tak maly, ze z latwoscia zaadaptowalby sie gdzie indziej. – Nie, Adamie. To silna pokusa, ale nie moge. Cokolwiek sie zdarzy, czuje, ze tu jest moj kraj i tu musze zostac – zawahala sie przez chwile. – Moze zreszta kiedys… nie wiem. Siedzieli dluzszy czas w ciszy, trzymajac sie za rece. Ona pierwsza przerwala milczenie. – Czy twoi… ludzie z wywiadu zabrali tasme do Londynu? – Mysle, ze tak. Oddalem ja czlowiekowi, ktory, jak sadze, reprezentuje Secret Service w ambasadzie. Pytal mnie, czy bedzie nastepna?. Walentyna ruchem glowy wskazala na swoja sportowa torbe. – Jest tylko kopia pisemna. Nie bede juz mogla przynosic tasm. Po przepisaniu zamyka sie je w kasie pancernej, a ja nie mam klucza. Te papiery w torbie to nastepne posiedzenie Biura. – Jak to zdobywasz? – Po kazdym zebraniu tasmy i stenogramy przenoszone sa pod straza do budynku Komitetu Centralnego. Jest tam zamkniety wydzial, w ktorym pracuje z piecioma kolezankami. Kierownikiem jest mezczyzna. Po przepisaniu tasmy zamyka sie w sejfie. – To w jaki sposob wynioslas te pierwsza? – Ten kierownik jest nowy, przyszedl dopiero w zeszlym miesiacu. Poprzedni zostawial nam wiecej swobody. Obok naszego pokoju jest studio nagran, w ktorym kopiujemy tasmy przed zamknieciem w sejfie. Miesiac temu robilam to ja. Bylam tam sama dostatecznie dlugo, zeby ukrasc kopie i zastapic ja czysta tasma. – Czysta? – przerazil sie Munro. – Jesli beda chcieli ja przesluchac, natychmiast zauwaza zamiane! – To nieprawdopodobne – uspokoila go. – Po kontroli zgodnosci protokolu pisemnego z tasma matka nikt juz tasm nie slucha, i tylko protokol jest do wgladu w archiwum. Z ta tasma mialam duzo szczescia. A wynioslam ja w torbie z zakupami, pod zywnoscia kupiona w kantynie KC. – Nie rewiduja cie? – Prawie nigdy. My, elita Nowej Rosji, cieszymy sie zaufaniem – dodala z sarkazmem. – Az papierami jest jeszcze latwiej. Protokol z ostatniego posiedzenia czerwcowego odbilam na kopiarce. Zrobilam po prostu jedna kopie za duzo, potem cofnelam licznik o jedna pozycje. Potem ten dodatkowy egzemplarz wetknelam pod taki staroswiecki pas do ponczoch… nosze czasem cos takiego do pracy. Troche od tego bylam grubsza, ale jakos nikt nie zauwazyl. Adamowi robilo sie slabo na mysl o jej nieostroznosci. – O czym mowili na tym zebraniu? – spytal wskazujac na torbe. – O mozliwych konsekwencjach. O tym, co bedzie, kiedy zacznie sie glod. Jak zareaguje ludnosc. Najgorsze, ze potem, na poczatku lipca, bylo jeszcze jedno zebranie, a ja nie znam jego tresci, bo bylam na urlopie. Nie moglam przeciez zrezygnowac z urlopu… to wzbudziloby podejrzenia. Po powrocie rozmawialam z dziewczyna, ktora przepisywala tamten protokol. Byla blada z przerazenia i nic nie chciala powiedziec. – Czy mozesz go jakos zdobyc? – Sprobuje. Moge to zrobic tylko wtedy, kiedy jestem sama w biurze i mam dostep do kopiarki. Potem oczywiscie cofam licznik i nie ma sladu, ze jej ktos uzywal. Ale wszystko to nie wczesniej niz na poczatku przyszlego miesiaca. Dopiero wtedy bede pracowac na drugiej zmianie, a tylko na drugiej zmianie zostaje w biurze sama. – Nie powinnismy wiecej spotykac sie w tym miejscu – zmienil temat Munro. – Takie nawyki bywaja niebezpieczne. Przez cala nastepna godzine wykladal jej elementarne reguly obowiazujace w tej robocie; bylo to absolutnie niezbedne, jesli mieli sie nadal spotykac. W koncu podal jej plik gesto zadrukowanych karteczek, zatkniety dotad za paskiem pod luzna koszula. – Tu jest wszystko, co musisz wiedziec. Naucz sie tego na pamiec, potem spal. Popiol najlepiej spusc z woda w toalecie. Pare minut pozniej ona z kolei wyjela z torby i dala mu plik cienkich kartek, pokrytych czystym pismem maszynowym, cyrylica. Potem zniknela w lesie, by niespelna kilometr od tego miejsca wsiasc do wlasnego samochodu, zaparkowanego na piaszczystej drodze. Munro cofnal sie w gleboki cien sklepienia nad bocznym wejsciem do cerkwi. Wyciagnal z kieszeni rolke tasmy klejacej, zsunal spodnie do kolan i przymocowal otrzymany przed chwila pakiet do uda. Podciagnawszy z powrotem spodnie i zapiawszy pasek ruszyl w droge; papiery uwieraly go co prawda w udo, ale workowate spodnie “made in USSR” calkowicie maskowaly ich obecnosc. Do polnocy w zaciszu swego mieszkania przeczytal te papiery co najmniej dziesiec razy. W najblizsza srode odlecialy do Londynu: w walizeczce, przykutej lancuchem do reki kuriera, w grubej zapieczetowanej kopercie, zaadresowanej do rak wlasnych lacznika SIS w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Szklane drzwi prowadzace do ogrodu pelnego roz byly szczelnie zamkniete i tylko szum powietrza z aparatury klimatyzacyjnej zaklocal cisze Owalnego Gabinetu w Bialym Domu. Lagodne dni czerwca dawno sie skonczyly; duszny, wilgotny upal waszyngtonskiego sierpnia nie pozwalal nawet myslec o otwarciu drzwi i okien. Liczni jak zwykle na Pennsylvania Avenue turysci, spoceni i zziajani, podziwiali znany obrazek frontowego wejscia Bialego Domu, z kolumnada, flaga i lukowatym podjazdem, albo czekali cierpliwie na swoja kolej, by pod opieka przewodnikow obejrzec od srodka te najswietsza z amerykanskich swietosci. Ale zaden z nich nie dotrze nigdy do niskiej, zachodniej czesci budynku. A wlasnie tu spotkal sie dzis prezydent Matthews ze swymi najblizszymi doradcami. Naprzeciw prezydenckiego biurka siedzieli Stanislaw Poklewski i Robert Benson. Towarzyszyl im tym razem sekretarz stanu David Lawrence – prawnik z Bostonu, jeden z filarow establishmentu wschodniego wybrzeza. Matthews zatrzasnal lezaca przed nim teczke. Juz dawno pochlonal i przetrawil pierwszy protokol Politbiura, a raczej jego angielski przeklad; teraz zapoznal sie z opiniami wlasnych ekspertow na ten temat. – Tak sie upierales, Bob, przy wlasnej prognozie tego deficytu na trzydziesci milionow ton. Teraz okazuje sie, ze zabraknie im piecdziesiat do piecdziesieciu pieciu milionow. Czy masz pewnosc, ze ten protokol z Politbiura jest autentyczny? – Sprawdzilismy wszystko, wszelkimi mozliwymi sposobami. Glosy sa prawdziwe. Nadmiar Lindanu w korzeniu jest prawda. Czystka w ich Ministerstwie Rolnictwa tez jest prawda. Naszym zdaniem nie moze byc zadnych watpliwosci, ze to nagranie pochodzi z obrad Biura Politycznego. – Musimy miec stuprocentowa pewnosc – myslal glosno prezydent. – Nie mozemy sobie pozwolic na zaden blad. Nigdy jeszcze nie mielismy tak wielkiej szansy. – Panie prezydencie – odezwal sie Poklewski – wszystko to oznacza, ze Rosjanie maja przed soba juz nie powazny deficyt, jak sadzilismy miesiac temu, w chwili uruchomienia Ustawy Shannona, ale powszechny glod. Nie wiedzial, ze powtarza w ten sposob slowa Wasyla Pietrowa, wypowiedziane dwa miesiace temu na Kremlu; tasma nie zarejestrowala ich jednak – Pietrow rzucil je byl polglosem do siedzacego obok Iwanienki. Matthews wolno pokiwal glowa. – Trudno sie z tym nie zgodzic, Stan. Pytanie tylko, co m y mamy z tym zrobic? – Niech gloduja – odpowiedzial Poklewski – To ich najwiekszy blad od czasu, gdy Stalin zlekcewazyl nasze ostrzezenia o ruchach wojsk niemieckich przy ich granicy wiosna 1941. Tym razem wrog jest wewnetrzny. Niech wiec radza sobie z nim sami. – David? – zwrocil sie prezydent do sekretarza stanu. Lawrence nieufnie pokrecil glowa. Na temat sporow miedzy wojowniczym Poklewskim a ostroznym bostonczykiem krazyly juz legendy. Rowniez tym razem David Lawrence mial odmienne zdanie. – Po pierwsze sadze, ze nie rozpatrzylismy jeszcze dosc wnikliwie wszystkiego, co moze sie zdarzyc, jesli wiosna przyszlego roku ZSRR pograzy sie w chaosie. Moim zdaniem chodzi tu o cos wiecej, niz tylko o skazanie Sowietow na wypicie piwa, jakiego nawarzyli. Takie zdarzenie musi wywolac rozlegle i powazne nastepstwa miedzynarodowe… – Bob? – prezydentowi nie starczylo cierpliwosci, by wysluchac, co Lawrence ma do powiedzenia “po drugie”. Szef centrali wywiadowczej krotko przedstawil rezultaty swoich przemyslen. – Mamy troche czasu, panie prezydencie. Oni wiedza, ze uruchomilismy Ustawe Shannona. Wiedza tez, ze jesli beda potrzebowali _zboza, _ musza zwrocic sie do nas. Jak to juz powiedzial sekretarz Lawrence, istotnie powinnismy rozpatrzyc wszelkie mozliwe nastepstwa glodu w ZSRR. Mozemy _zaczac _ juz teraz. Otoz predzej czy pozniej Kreml musi podjac gre. Kiedy zas to zrobi, okaze sie, ze wszystkie atuty sa w naszym reku. Wiemy, jak zle sa ich perspektywy – ale oni nie wiedza, ze my wiemy. Mamy zboze, mamy Kondory, mamy “Slowika”, i czas pracuje dla nas. A wiec tym razem wszystkie asy sa w naszych rekach. Nie ma potrzeby decydowac juz dzis, jak rozegramy te partie. Lawrence skinal glowa i popatrzyl na Bensona jakby z wiekszym szacunkiem. Poklewski wzruszyl tylko ramionami. Prezydent Matthews podjal nagla decyzje. – Stan, chce, abys juz teraz powolal grupe robocza w ramach Rady Bezpieczenstwa Narodowego. Ma byc mala i absolutnie tajna. Wy trzej, nadto szef polaczonych sztabow, ministrowie obrony, skarbu i rolnictwa. Chce wiedziec dokladnie, co sie stanie w skali swiatowej, jesli tam zapanuje glod. Musze to wiedziec… i to szybko. Zadzwonil jeden z telefonow na biurku. Bylo to bezposrednie polaczenie z Departamentem Stanu. Matthews spojrzal badawczo na Lawrence'a. – Czy to ty do mnie dzwonisz? – zazartowal. Sekretarz stanu wstal i odebral telefon; sluchal przez kilka minut, potem odlozyl sluchawke. – Sprawy nabieraja tempa, panie prezydencie – powiedzial. – Dwie godziny temu w Moskwie minister spraw zagranicznych Rykow wezwal do siebie naszego ambasadora Donaldsona. W imieniu swego rzadu zaproponowal kupno od Stanow Zjednoczonych – do wiosny przyszlego roku – piecdziesieciu pieciu milionow ton zboz. Przez dluzsza chwile w gabinecie slychac bylo tylko tykanie starego pozlacanego zegara stojacego na marmurowym kominku. – A co odpowiedzial Donaldson? – spytal Matthews. – Odpowiedzial oczywiscie, ze propozycja bedzie przekazana do rozpatrzenia w Waszyngtonie i ze niewatpliwie odpowie pan we wlasciwym trybie. – Jak panowie widza, odpowiedz bedzie potrzebna szybko – powrocil prezydent do przerwanego watku. – Jakis czas moge oczywiscie zwlekac, ale najdalej do pietnastego wrzesnia musze odpowiedziec na te propozycje. A zeby to zrobic, musze dokladnie znac nasze wlasne plany… na kazda ewentualnosc. – Za pare dni dostaniemy zapewne nowa porcje wiadomosci od “Slowika”. Pozwoli to nam moze zorientowac sie, jak Kreml widzi ten problem. – Zgoda, Bob, zaczekajmy. Ale jak tylko raport nadejdzie, chce miec angielski przeklad na biurku. Spotkanie u prezydenta skonczylo sie o zmierzchu. W Anglii juz od paru godzin panowala noc. W kronikach policyjnych pod data 11-12 sierpnia 1982 znalazlo sie potem kilkadziesiat wlaman, ale policje hrabstwa Somerset najbardziej zaniepokoila kradziez dokonana w sklepie z bronia sportowa w ladnym, cichym miasteczku Taunton. Zlodzieje najwyrazniej odwiedzili sklep wczesniej, za dnia, alarm bowiem byl odciety przez kogos, kto musial dobrze wiedziec, ktoredy biegnie kabel. W nocy, nie majac juz problemow z alarmem, zlodzieje przecieli poteznymi nozycami zelazna krate w oknie na zapleczu. Sklep bynajmniej nie byl spladrowany: nie zabrano rewolwerow, ktore – przydatne w obrabianiu bankow – sa typowym lupem w tego rodzaju wlamaniach. Brakowalo jedynie, jak stwierdzil wlasciciel, jednej strzelby mysliwskiej, najlepszej, jaka handlowal: Sako Hornet 0,22, produkcji finskiej, broni o wielkiej doskonalosci razenia. Zniknely tez dwa pudelka naboi do tej strzelby, zaokraglonych i pustych w srodku Remingtonow, odznaczajacych sie przy duzej predkosci wielka sila przebicia i silnym rozpryskiem w celu. W mieszkaniu na Bayswater Drake, Kamynski i Krim ogladali swoj lup, rozlozony na stole w salonie. Skladaly sie nan dwa rewolwery – kazdy z dwoma pelnymi magazynkami – oraz sztucer z dwoma pudelkami amunicji i wzmacniacz obrazu. Istnieja dwa podstawowe typy noktowizorow: dzialajace na podczerwien i wzmacniajace obraz. Ludzie, ktorzy strzelaja w nocy, wola uzywac tych drugich; Krim, ze swoim doswiadczeniem mysliwego z zachodniej Kanady i po trzech latach sluzby w wojskach spadochronowych, wiedzial, co wybrac. Promiennik podczerwieni, “oswietlajacy” przedmioty na linii strzalu – dzieki czemu mozna dostrzec w wizjerze ich zielonkawe kontury – wymaga wlasnego silnego zrodla energii. Wzmacniacz obrazu natomiast chwyta te znikome ilosci swiatla, ktore obecne sa nawet w pozornych ciemnosciach, i wzmacnia je – tak jak czyni to potezna siatkowka w oku sowy, zdolnej dostrzec biegnaca mysz tam, gdzie oko ludzkie nie widzi juz niczego. Urzadzenie to nie wymaga zadnych zrodel energii. Skonstruowane pierwotnie dla celow wojskowych, male przenosne wzmacniacze obrazu staly sie pod koniec lat siedemdziesiatych przedmiotem zywego zainteresowania firm produkujacych sprzet dla strazy przemyslowej. Wkrotce znalazly sie w masowej sprzedazy. Z poczatkiem lat osiemdziesiatych mozna bylo kupic w Ameryce – za gotowke i anonimowo – takze nieco wieksze modele, nadajace sie do zainstalowania na lufie karabinu. Wlasnie taki model kupil w Ameryce Azamat Krim. Sztucer mial na lufie szyne, sluzaca do instalacji lunety celowniczej. Poslugujac sie imadlem przykreconym do kuchennego stolu oraz pilnikiem, Krim zaczal dopasowywac do tej szyny uchwyt wzmacniacza obrazu. Kiedy Krim pracowal w pocie czola, zaledwie o mile od niego, w budynku ambasady USA przy Grosvenor Square zlozyl wizyte Barry Ferndale. Byl tu umowiony z szefem operacyjnym CIA w Londynie – oficjalnie jednym z wielu dyplomatow z personelu ambasady. Spotkanie bylo krotkie i serdeczne. Ferndale wydobyl z teczki plik papierow i wreczyl go swemu rozmowcy. – Prosto spod prasy, kolego – rzekl do Amerykanina. – Niestety, jest tego duzo. Ci Rosjanie sa cholernie gadatliwi. Tak czy owak… zycze powodzenia. Papiery zawieraly drugi raport “Slowika”, juz w przekladzie na angielski. Amerykanin westchnal ciezko: teraz bedzie musial sam to wszystko zaszyfrowac i wyslac. Nikt wiecej nie moze tego nawet zobaczyc. Podziekowal Ferndale'owi i zabral sie do ciezkiej pracy, ktora miala potrwac cala noc. * * * Ale nie tylko on nie spal tej nocy. W odleglym Tarnopolu pewien tajniak wyszedl wlasnie z klubu podoficerskiego przy koszarach KGB i ruszyl piechota do domu. Nie przyslugiwal mu jeszcze sluzbowy samochod, jego wlasny zas stal pod domem. Nie mial jednak nic przeciwko spacerowi: noc byla ciepla i pogodna, a za soba mial wesoly wieczor z kolegami w klubie. Byc moze wlasnie dlatego nie zauwazyl dwoch ludzi stojacych w bramie po drugiej stronie ulicy, nie widzial gestow, jakie wymienili na jego widok. Byla polnoc. O tej porze w Tarnopolu, nawet przy ladnej sierpniowej pogodzie, ulice sa wymarle. Skracajac sobie droge do domu tajniak powedrowal przez rozlegly park imienia Szewczenki, gdzie drzewa pelne lisci niemal calkiem maskowaly waskie alejki. Byl to najdluzszy skrot w jego zyciu. W polowie drogi przez park uslyszal, ze ktos za nim biegnie. Odwrocil sie – cios palki, wymierzony w tyl glowy, trafil go w skron; upadl na sterte smieci. Switalo juz niemal, kiedy wrocil do przytomnosci. Lezal w gestych krzakach, obrabowany z portfela, pieniedzy, kluczy, kart aprowizacyjnych i dowodu tozsamosci. Dochodzenia milicji i KGB w sprawie tego absolutnie niezwyklego napadu ciagnely sie kilka tygodni, ale sprawcow nie znaleziono. W rzeczywistosci obaj opuscili Tarnopol o swicie; pierwszym pociagiem wrocili bezpiecznie do swych domow we Lwowie. Prezydent Matthews osobiscie przewodniczyl zebraniu komisji roboczej, na ktorym omawiano materialy dostarczone przez “Slowika” w drugiej przesylce. – Moi eksperci rozwazyli juz niektore mozliwe konsekwencje kleski glodowej w ZSRR – oswiadczyl Benson osmiu mezczyznom zgromadzonym w Owalnym Gabinecie. – Odnosze jednak wrazenie, ze zaden z nich nie posunal sie rownie daleko jak samo Politbiuro w przewidywaniu powszechnego kryzysu porzadku i prawa. Czegos takiego jeszcze tam nie bylo. – Moi ludzie rowniez nie posuwaja sie tak daleko – zgodzil sie szef Departamentu Stanu. – Politbiuro przewiduje na przyklad, ze KGB ni? zdola utrzymac wszystkiego na wodzy. Osobiscie nie sadze, bysmy mogli powaznie stawiac az takie prognozy. – Jak zatem mam potraktowac prosbe Rudina o sprzedaz piecdziesieciu pieciu milionow ton ziarna? – spytal prezydent. T – Odmowic! – obstawal przy swoim Poklewski. – Mamy tu szanse, jakiej nie mielismy nigdy dotad, i jaka moze nigdy wiecej sie nie zdarzy. Dzisiaj ma pan tego Rudina i cale ich kierownictwo w garsci. Od dobrych dwudziestu lat, ilekroc maja klopoty gospodarcze, kolejne rzady USA wielkodusznie pomagaja im sie jakos wygrzebac. I za kazdym razem oni staja sie jeszcze agresywniejsi niz przedtem. Za kazdym razem odpowiadaja nasileniem ingerencji w Afryce, Azji, Ameryce Lacinskiej. A krajom Trzeciego Swiata za kazdym razem skutecznie wmawiaja, ze przezwyciezyli swoje klopoty wlasnymi silami, umacniajac falszywe przekonanie, ze marksistowski system gospodarczy zdaje egzamin. Tym razem mozemy calemu swiatu pokazac ponad wszelka watpliwosc, ze ich system ekonomiczny nie funkcjonuje i nigdy nie bedzie funkcjonowal. Dlatego uwazam, ze powinien pan dokrecic srube mocno, naprawde mocno. Za kazda tone sprzedanego zboza moze pan zadac jakiegos ustepstwa. Moze pan wrecz zazadac, by wyniesli sie z Azji, Afryki, a na pewno juz z Ameryki. A jesli nie zechca, moze pan spowodowac upadek Rudina. – Czy to – Matthews dotknal lezacego przed nim raportu “Slowika” – mogloby rzeczywiscie obalic Rudina? Odpowiedzial mu David Lawrence, ale nie bylo na sali nikogo, kto nie zgodzilby sie z ta opinia: – Gdyby w ZSRR nastapilo rzeczywiscie to, co przewiduja czlonkowie ich Biura, Rudin popadnie w nielaske, tak jak kiedys Chruszczow. – A wiec powinien pan wykorzystac te przewage – nalegal Poklewski. – Niech pan to zrobi. Rudin nie ma juz wyboru. Zostala mu tylko jedna mozliwosc: zgodzic sie na panskie warunki. Jesli odmowi… padnie. – A jego nastepca… – zaczal prezydent. – …zobaczy, co stalo sie z Rudinem, i wyciagnie z tego wlasciwe wnioski dla siebie. Kazdy nastepca bedzie musial zgodzic sie na warunki, jakie postawimy. Matthews spytal teraz o opinie pozostalych uczestnikow zebrania. Wszyscy, z wyjatkiem Lawrence'a i Bensona, zgadzali sie z Poklewskim. W koncu prezydent podjal decyzje. Jastrzebie zwyciezyly. Ministerstwo Spraw Zagranicznych ZSRR zajmuje jeden z siedmiu niemal identycznych moskiewskich budynkow w ulubionym stylu Stalina: gotycki tort weselny, ulepiony z ciemnego piaskowca reka szalonego cukiernika. Budynek ministerstwa stoi przy Bulwarze Smolenskim, na rogu Arbatu. 30 sierpnia przed glowne wejscie wtoczyl sie majestatycznie Cadillac Fleetwood Brougham, nalezacy do amerykanskiego ambasadora. Nastepnie pana Mortona Donaldsona zawieziono na czwarte pietro, do obitego pluszami gabinetu Dymitra Rykowa, dlugoletniego szefa radzieckiej dyplomacji. Znali sie dobrze: przed przybyciem do Moskwy ambasador Donaldson pracowal przez jakis czas w Organizacji Narodow Zjednoczonych, gdzie Dymitr Rykow bywal czesto. Czesto tez przepijali do siebie przy roznych okazjach – najpierw w Nowym Jorku, teraz w Moskwie. Jednak dzisiejsze spotkanie mialo bardzo oficjalny charakter. Donaldsonowi towarzyszyl szef jego kancelarii, a Rykowowi az pieciu wyzszych funkcjonariuszy ministerstwa. Ambasador odczytal pismo, ktore przywiozl ze soba – starannie, slowo po slowie, w swym ojczystym jezyku. Rykow rozumial i nawet dobrze mowil po angielsku, korzystal jednak tym razem _z _ tlumacza, ktory przez caly czas nachylal sie nad jego prawym uchem. List prezydenta Matthewsa nie ujawnial wprost wiedzy o katastrofie, jaka dotknela w tym roku uprawy zbozowe, ale tez nie wyrazal zdziwienia, ze Zwiazek Radziecki pragnie zakupic tak ogromna – bo az 55 milionow ton – ilosc ziarna. Wyrazal natomiast w oglednych slowach zal, ze Stany Zjednoczone Ameryki nie beda mogly sprzedac ZSRR tej ilosci pszenicy, o jaka prosi. Niemal nie czyniac przerwy Donaldson odczytal druga czesc pisma. Pozornie nie zwiazana z pierwsza, choc nie oddzielona od niej, stwierdzala faktyczne fiasko rozmow o ograniczeniu zbrojen strategicznych, znanych pod nazwa SALT III, i zakonczonych zima 1980 roku bez jakichkolwiek efektow w postaci zlagodzenia napiec miedzynarodowych. Wyrazala przy tym nadzieje, ze rozmowy SALT IV, ktorych poczatek zaplanowano na najblizsza jesien i zime, przyniosa wiekszy postep oraz pozwola swiatu poczynic powazne kroki na drodze sprawiedliwego i trwalego pokoju. I to bylo juz wszystko. Donaldson polozyl przeczytany przed chwila list na biurku Rykowa, przyjal formalne, nie zdradzajace zadnych emocji podziekowanie siwowlosego, szarego na twarzy ministra i wyszedl. Andrew Drake spedzil wiekszosc tego dnia na wertowaniu ksiazek, Azamat Krim testowal w tym czasie gdzies w gorach Walii sztucer mysliwski z nowo zamontowana luneta. Myroslaw Kamynski nadal pracowal nad swoim angielskim, w ktorym czynil zreszta szybkie postepy. Uwaga Drake'a skupiala sie na porcie Odessa. Pierwszym zrodlem informacji byla “Lloyd's Loading List” w czerwonych okladkach. Tutaj Drake przeczytal, ze nie ma regularnych linii zeglugowych z polnocnej Europy do Odessy, jest natomiast mala, niezalezna flota srodziemnomorska, ktorej statki zawijaja rowniez do portow Morza Czarnego. Nazywala sie Salonika Line i miala tylko dwa statki. Z kolei zabral sie do niebieskiego “Lloyd's Shipping Index”; przegladal jedna kolumne po drugiej, az wreszcie znalazl interesujace go statki. Usmiechnal sie z zadowoleniem. Wlascicielami obu statkow obslugujacych Salonika Line byly male kompanie zarejestrowane w Panamie, a to znaczylo ponad wszelka watpliwosc, ze caly majatek “kompanii” stanowi mosiezna tabliczka na scianie gabinetu ktoregos z adwokatow w Panama City – i nic wiecej. Z trzeciego zrodla, brazowej ksiegi zatytulowanej “Greek Owners Directory”, dowiedzial sie, ze Salonika Line wymieniana jest jako firma grecka, ktorej biura mieszcza sie w atenskim porcie Pireus. Dobrze wiedzial, co to znaczy. Jesli rozmawiasz z Grekiem, ktory przedstawia sie jako tymczasowy uzytkownik statku plywajacego pod bandera Pana-my – w dziewiecdziesieciu dziewieciu przypadkach na sto rozmawiasz z samym wlascicielem. Wola oni wystepowac jako “wylacznie agenci”, aby czerpac korzysci z faktu, ze w ramach obowiazujacego prawa agentow nie mozna pociagac do odpowiedzialnosci za grzechy ich pryncypalow. Wsrod tych drobnych grzeszkow mozna wymienic zanizone place i gorsze warunki dla zalogi, statki niezdatne do zeglugi, nieprzestrzeganie norm bezpieczenstwa. Bardzo sumienne sa za to oceny wartosci statkow zwiazane z ubezpieczeniami od “calkowitej utraty”; zdarzaja sie tez nadzwyczaj beztroskie praktyki zanieczyszczania ropa wod przybrzeznych. Mimo to Drake od razu polubil Salonika Line z jednego powodu: grecka linia moze wprawdzie zatrudniac tylko greckich oficerow, ale zwykli czlonkowie zalogi moga pochodzic z dowolnego kraju, a czesto nawet nie musza dysponowac oficjalnymi ksiazeczkami marynarskimi. Wystarczy paszport. A najwazniejsze bylo to, ze statki Salonika Line regularnie odwiedzaly Odesse. Maksym Rudin pochylil sie nad stolikiem kawowym, na ktorym lezal rosyjski przeklad odpowiedzi prezydenta Matthewsa dostarczonej przez ambasadora Donaldsona, i popatrzyl badawczo na swoich trzech gosci. Za oknami byla juz noc, a i w prywatnym apartamencie Rudina w polnocnej czesci kremlowskiego Arsenalu panowal, zgodnie z upodobaniami gospodarza, gleboki polmrok. – To szantaz! – zawolal ze zloscia Pietrow. – Obrzydliwy szantaz. – Oczywiscie – mruknal Rudin. – A czego oczekiwales? Wyrazow sympatii? – Czuje w tym robote Poklewskiego – wlaczyl sie Rykow. – Ale to na pewno nie jest ostatnia odpowiedz Matthewsa. Ich Kondory i nasza oferta zakupu piecdziesieciu pieciu milionow ton z pewnoscia powiedzialy im wszystko o naszej sytuacji. – A wiec beda jednak negocjowac? – spytal Iwanienko. – O tak, w koncu zgodza sie na rozmowy – odparl Rykow. – Ale beda zwlekac, najdluzej jak sie da, beda wykrecac kota ogonem, beda czekac, az glod stanie sie dotkliwy. Wtedy sprzedadza nam to zboze… na upokarzajacych warunkach. – Mam nadzieje, ze nie beda zbyt upokarzajace – mruknal Iwanienko. – Chodzi mi przede wszystkim o to, ze mamy w Biurze przewage zaledwie jednego glosu… – Dla mnie to tez jest najwiekszy problem – przerwal mu Rudin. – Predzej czy pozniej bede musial wyslac Dymitra Rykowa na negocjacje. Bedzie tam walczyl o nasze interesy… a ja nie mam niestety zadnych istotnych argumentow. 31 sierpnia Drake odlecial z Londynu do Aten, by zaokretowac sie na statku plynacym do Odessy. Tego samego dnia mala furgonetka, przeksztalcona w dwulozkowy domek na kolkach, jakiego zwykli uzywac studenci w czasie wakacji po Europie, ruszyla z Londynu do Dover, pokonala na pokladzie promu Kanal i przez Francje pojechala na poludnie, w kierunku Aten. Pod podloga byla ukryta cala bron, amunicja i noktowizor. Pomyslna okolicznoscia bylo to, ze glowny obiekt zainteresowania wspolczesnych celnikow – narkotyki – wedruje niemal zawsze w przeciwnym kierunku, z Balkanow do Francji i Anglii. Totez kontrola celna furgonetki w Dover i Calais byla raczej pobiezna. Za kierownica siedzial Azarnat Krim – ze swym kanadyjskim paszportem i miedzynarodowym prawem jazdy. Obok niego, z nowymi, choc nie calkiem legalnie zdobytymi dokumentami brytyjskimi, jechal Myroslaw Kamynski. 6. W miejscowosci Uspienskoje, tuz za mostem na Moskwie, jest restauracja pod nazwa “Russkaja Izba”. Zbudowana jest w stylu drewnianych chat, w jakich mieszkaja zwykle rosyjscy chlopi. Zarowno sciany wewnetrzne, jak zewnetrzne zrobione sa z belek sosnowych, przybitych do pionowych, rowniez drewnianych zrebow. Przestrzen miedzy belkami wypelnia sie glina z rzeki, troche tak, jak w podobnych chatach kanadyjskich. Owe “izby” moga wydawac sie prymitywne – i czesto rzeczywiscie sa takie, jesli chodzi o warunki sanitarne – ale w czasie mroznej rosyjskiej zimy okazuja sie znacznie cieplejsze niz budynki z cegly czy kamienia. Takze restauracja “Russkaja Izba” byla w srodku przytulna i ciepla; wnetrze podzielono na kilkanascie gabinetow – w kazdym moglo sie pomiescic niewielkie towarzystwo. W odroznieniu od restauracji w centrum Moskwy, tutaj personel otrzymuje pewien procent od obrotow. W rezultacie jedzenie jest smaczne, a obsluga szybka i uprzejma – co jeszcze bardziej kontrastuje ze zwyklym charakterem miejscowych “jadlodajni”. Wlasnie to miejsce wybral Adam Munro na kolejne spotkanie z Walentyna: w sobote, 4 wrzesnia. Ona umowila sie tego dnia na kolacje z ktoryms z przyjaciol i naklonila go, by zamowil stolik w tej wlasnie restauracji. Munro zaprosil sekretarke z ambasady, rezerwujac stolik nie na swoje, lecz na jej nazwisko. W ten sposob w rejestrze lokalu nie znalazly sie nazwiska ani Adama, ani Walentyny. Jedli kolacje daleko od siebie, w roznych czesciach restauracji, ale punktualnie z wybiciem dziewiatej kazde przeprosilo swego partnera i pod pozorem wyjscia do toalety odeszli od stolow. Spotkali sie na parkingu. Munro, ktorego samochod nazbyt rzucal sie w oczy, dzieki tablicom rejestracyjnym korpusu dyplomatycznego, poszedl w slad za Walentyna do jej prywatnej lady. Walentyna byla przygnebiona i nerwowo raz po raz zaciagala sie papierosem. Munro, dzieki doswiadczeniom z dwoma poprzednimi informatorami rosyjskimi, znal juz ow stan ciaglego napiecia, prowadzacy niemal do kryzysu nerwowego po paru tygodniach tajnych spotkan, spiskowania i krycia sie. – Udalo mi sie – powiedziala po chwili Walentyna. – Trzy dni temu. To jest to zebranie z poczatku lipca. Omal nie wpadlam. Munro zdretwial. Jakkolwiek dobra – myslal – bylaby jej pozycja w aparacie partyjnym, to nikt przeciez w Moskwie, absolutnie nikt nie jest wylaczony z kregu podejrzen. Oboje tanczyli na linie. Jego jednak chronila rozpieta siatka statusu dyplomatycznego. – Co sie stalo? – spytal. – Ktos wszedl, kiedy to robilam. Ktorys z wartownikow. Kopiarka byla juz wylaczona, siedzialam z powrotem przy swojej maszynie. Facet zachowal sie calkiem przyjaznie. Ale pochylal sie nad kopiarka. Byla jeszcze rozgrzana. Nie wiem, czy cokolwiek zauwazyl, ale boje sie. Nie tylko zreszta z tego powodu. Dopiero w domu przeczytalam ten protokol. Adam, to jest przerazajace! Kluczykiem otworzyla schowek na rekawiczki, wyjela z niego gruba koperte i podala Adamowi. Zwykle w tym wlasnie momencie wkraczaja szpicle, jesli oczywiscie sa w poblizu: rozlegaja sie kroki na zwirze, ktos otwiera drzwi na osciez i wywleka pasazerow na zewnatrz. Nic podobnego sie nie zdarzylo. Munro spojrzal na zegarek: minelo juz prawie dziesiec minut. Stanowczo zbyt wiele. Schowal koperte do wewnetrznej kieszeni marynarki. – Sprobuje uzyskac zgode na to, by cie stad _zabrac. _ Nie mozesz tak dluzej zyc, nie dasz rady. Nie mozesz rowniez wrocic po prostu do swego dawnego zycia… z tym, co wiesz i myslisz teraz. Ja tez zreszta nie potrafie ciagnac tego dalej… ze swiadomoscia, ze jestes sama w miescie i ze wciaz sie kochamy. W przyszlym miesiacu biore urlop. Pojade do Londynu i porozmawiam o tym. Tym razem nie sprzeciwiala sie juz; byl to pierwszy znak, ze nerwy zaczynaja odmawiac jej posluszenstwa. – Dobrze – powiedziala cicho. Potem odeszla w ciemnosc parkingu. Patrzyl, jak wchodzi w krag swiatla przed otwartymi drzwiami restauracji i znika w srodku. Odczekal jeszcze dwie minuty, potem wrocil do swej mocno juz zniecierpliwionej towarzyszki wieczoru. Byla trzecia nad ranem, kiedy Munro skonczyl czytac “Plan Bo-rys” – przedstawiony przez marszalka Kierenskiego scenariusz podboju zachodniej Europy. Nalal sobie podwojna brandy i dlugo siedzial, wpatrujac sie w papiery rozrzucone na stole. Ten wesoly, sympatyczny wujek Nikolaj – Munro przypomnial sobie slowa Walentyny – teraz najwyrazniej stawial sprawy na ostrzu noza. Dwie godziny spedzil Munro nad mapa Europy. O swicie mial juz te sama, co Kierenski, pewnosc, ze w warunkach wojny konwencjonalnej ten plan jest calkiem realny. A poza tym byl pewien, ze Rykow rowniez ma racje: ta wojna nie pozostanie konwencjonalna, musi dojsc do uzycia broni termonuklearnej. Wreszcie, widzial jasno, ze wojujaca frakcja w Biurze Politycznym nie da sie w tej chwili przekonac inaczej, niz przez rzeczywisty kataklizm. Wstal i podszedl do okna. Od wschodu, ponad iglicami Kremla, wdzieralo sie swiatlo dnia. Dla mieszkancow Moskwy zaczynala sie kolejna, zwykla niedziela; za trzy godziny zacznie sie ona dla londynczykow, za osiem – dla mieszkancow Nowego Jorku. Przez cale jego dorosle zycie pewnosc, ze te letnie niedziele beda zwyczajne i spokojne, opierala sie na kruchej rownowadze: rownowadze sil i dobrej woli wrogich supermocarstw, rownowadze zaufania, rownowadze strachu nawet – ale zawsze rownowadze. Poczul dreszcz, troche od porannego chlodu, bardziej jednak od tego, co sobie nagle uswiadomil: lezace przed nim papiery dowodzily, ze powraca stary koszmar – rownowaga zalamuje sie. W znacznie lepszym nastroju powital ten niedzielny brzask Andrew Drake; jemu bowiem miniona noc przyniosla wiadomosci calkiem innego rodzaju. Kazda dziedzina wiedzy ludzkiej, chocby nie wiem jak waska i ezoteryczna, ma swoich ekspertow i entuzjastow. A kazde takie srodowisko ma swoje ulubione miejsce – gdzie dyskutuje, spiera sie, wymienia informacje i dzieli sie najnowszymi plotkami. Cyrkulacja statkow we wschodniej czesci Morza Srodziemnego nie jest zapewne tematem na doktorat, ale w tych stronach jest ona przedmiotem najwyzszego zainteresowania wszystkich bezrobotnych marynarzy, a za takiego podawal sie tutaj Drake. Osrodkiem wiedzy o tej cyrkulacji jest niewielki hotel “Cavo d'Oro”, stojacy nad basenem jachtowym w Pireusie. Drake obejrzal juz biura agentow, a zapewne takze wlascicieli Salonika Line, ale dobrze wiedzial, ze w zadnym razie nie powinien tych biur odwiedzac. Zamiast tego zameldowal sie w hotelu “Cavo d'Oro” i spedzal dlugie godziny w tutejszym barze, gdzie tloczyli sie kapitanowie, oficerowie, bosmani, maklerzy, plotkarze portowi i szukajacy pracy marynarze. Duzo pili i nieustannie wymieniali cenne informacje. W nocy z soboty na niedziele Drake znalazl wreszcie swojego czlowieka – bosmana, ktory pracowal kiedys w Salonika Line. Wydobycie zen potrzebnych informacji kosztowalo go zaledwie pol butelki retsiny. – Do Odessy najczesciej plywa M/V “Sanadria” – oswiadczy bosman. – To stara krypa. Kapitan nazywa sie Nikos Thanos. Chyba wlasnie stoi w porcie. Stara krypa istotnie stala w porcie; Drake odnalazl ja tegoz ranka. Miala 5000 ton wypornosci, dwa poklady, byla zardzewiala i niezbyt czysta, ale poniewaz juz w najblizszym rejsie brala kurs na Odesse, Drake nie zwracal uwagi na te defekty. Przed wieczorem znalazl tez kapitana; wczesniej dowiedzial sie, ze Thanos i wszyscy jego oficerowie pochodza z greckiej wyspy Chios. Wiekszosc greckich frachtowcow to wlasciwie male przedsiebiorstwa rodzinne: kapitan i oficerowie pochodza zwykle z tej samej miejscowosci, a czesto sa nawet spokrewnieni. Drake nie mowil po grecku. Na szczescie jednak angielski jest nowoczesna lingua franca calej spolecznosci morskiej – takze w Pireusie; po nitce do klebka dotarl tuz przed zachodem slonca do kapitana Thanosa. W polnocnej Europie mezczyzna wraca zwykle po pracy do domu, do zony, do dzieci. Mieszkaniec Lewantu natomiast idzie po pracy do kawiarni, by pogawedzic z przyjaciolmi. Kawiarniana Mekka spolecznosci Pireusu jest ulica Akti Miaouli, biegnaca wzdluz nabrzeza; prawde mowiac, nie ma w tej okolicy prawie niczego oprocz biur maklerskich i kawiarn. Kazdy staly bywalec ma swoj ulubiony lokal, a wszystkie sa pelne ludzi. Kapitan Thanos, ilekroc przebywal w porcie, kazda wolna chwile spedzal w kawiarni “U Mikisa”, i tu wlasnie spotkal go Drake, siedzacego nad gesta czarna kawa, szklanka zimnej wody i czarka ouzo. Kapitan byl niski, krepy i smagly, mial czarne krecone wlosy i kilkudniowa szczecine na twarzy. – Kapitan Thanos? – spytal Drake. Mezczyzna spojrzal nan podejrzliwie, ale skinal glowa. – Nikos Thanos, z “Sanadrii”? – upewnil sie Drake. Wilk morski ponownie przytaknal. Jego trzej kompani siedzieli w milczeniu, przygladajac sie tylko przybyszowi. Drake usmiechnal sie szeroko. – Nazywam sie Andrew Drake. Czy moge postawic panu drinka? Kapitan Thanos wskazal palcem czarki, swoja i kolegow. Drake, wciaz jeszcze stojac, zawolal kelnera i zamowil wszystkiego po piec. Wtedy Thanos wskazal mu wolne krzeslo, zapraszajac tym samym do kompanii. Drake wiedzial, ze teraz sprawy potocza sie powoli, moze nawet zajmie mu to pare dni. Ale nie zamierzal sie spieszyc. Wazne bylo, ze znalazl wlasciwy statek. Znacznie bardziej spieci byli uczestnicy spotkania, jakie odbylo sie piec dni pozniej w Owalnym Gabinecie. Wzieli w nim udzial wszyscy czlonkowie doraznego komitetu Rady Bezpieczenstwa Narodowego; przewodniczyl prezydent Matthews. Wszyscy mieli za soba nie przespana noc: czytali protokol z posiedzenia Politbiura, na ktorym Wiszniajew opowiedzial sie za rozwiazaniem silowym, a marszalek Kierenski przedstawil szczegolowy plan wojny. Na wszystkich osmiu lektura ta wywarla silne wrazenie. Uwaga zebranych skupila sie teraz na tym, co mowil szef polaczonych sztabow, general Martin Craig. – Chcemy pana zapytac, generale – przerwal mu w pewnym momencie prezydent – czy ten plan jest wykonalny? – Przy zalozeniu, ze wojna w zachodniej Europie, od Zelaznej Kurtyny az po porty nad Kanalem, bylaby wojna konwencjonalna, nawet z uzyciem taktycznych pociskow i rakiet nuklearnych… tak, panie prezydencie, to jest realny plan. – Czy Zachod moglby do wiosny wzmocnic swoja obrone na tyle, zeby ten plan przestal byc realny? – To bedzie trudne, panie prezydencie. Oczywiscie Stany Zjednoczone moga wyslac do Europy wiecej ludzi i wiecej sprzetu. Ale to da im jedynie wygodny pretekst, by powiekszyc wlasne sily… o ile oni w ogole potrzebuja takich pretekstow. Natomiast nasi europejscy sprzymierzency nie dysponuja takimi jak my rezerwami: od ponad dziesieciu lat zmniejszaja stan liczebny swoich armii, redukuja rezerwy broni, obnizaja gotowosc bojowa. Roznice liczebnosci i uzbrojenia sil konwencjonalnych miedzy NATO i Paktem Warszawskim sa juz tak wielkie, ze nie mozna ich nadrobic w trzy kwartaly. Szkolenie personelu, takze z nowego poboru, produkcja nowej broni i niezbedna modernizacja starej… wszystko to zajeloby znacznie wiecej niz dziewiec miesiecy. – Wiec powtarza sie rok 1939 – rzekl ponuro sekretarz skarbu. – A rozwiazanie nuklearne? – spytal cicho Bili Matthews. General Craig wzruszyl ramionami. – Bedzie nieuniknione, jesli Sowieci uderza na calego. Ostrzezeni w pore, moglibysmy moze w pore sie dozbroic. Ale tak jak sprawy stoja, mozemy jedynie troche opoznic ten stugodzinny harmonogram Kierenskiego. Jak ich zatrzymac… cala te piekielna armie, marynarke i lotnictwo… na razie nie wiemy. A zanim zdobedziemy sie na wlasciwa odpowiedz, moze juz byc za pozno. Nie pozostanie nic innego, jak uzyc broni jadrowej. Chyba ze mamy zamiar pozostawic na pastwe losu cala Europe i trzysta tysiecy naszych zolnierzy. – David? – zwrocil sie prezydent do sekretarza stanu. – Chyba pierwszy raz w zyciu zgadzam sie z Dymitrem Rykowem. To nie jest tylko kwestia Europy Zachodniej i naszych tam zolnierzy. Jesli Europa padnie, nie utrzymaja sie tez Balkany, kraje Lewantu, Turcja, Iran, panstwa arabskie. Jeszcze dziesiec lat temu importowalismy stamtad zaledwie piec procent potrzebnej nam ropy. Piec lat temu juz piecdziesiat procent. Obecnie dochodzi do szescdziesieciu dwoch procent i nadal rosnie. Nawet cala Ameryka, Polnocna i Poludniowa, nie zdola zaspokoic wiecej niz piecdziesiat piec procent naszych potrzeb. Arabska nafta jest nam niezbedna. Bez niej bedziemy tak samo pokonani jak Europa… i to bez jednego wystrzalu. – Co panowie proponuja? – spytal prezydent. – “Slowik” jest uzyteczny, ale nie jest w tej sytuacji niezbedny – zabral glos Poklewski. – Dlaczego by nie spotkac sie bezposrednio z Rudinem i wylozyc kart na stol? Niech wie, ze znamy “Plan Borys” i przejrzelismy ich zamiary. I ze podejmiemy kroki, aby te zamiary zniweczyc, a plan uczynic nierealnym. Kiedy on z kolei powiadomi o tym Politbiuro, zrozumieja, ze stracili przewage zaskoczenia i ze opcja wojenna nie zdaje juz egzaminu. To bedzie oczywiscie koniec “Slowika”, ale _zarazem _ koniec “Planu Borys”. Bob Benson z CIA energicznie zaprotestowal. – Nie sadze, zeby to bylo takie proste, panie prezydencie. O ile dobrze zrozumialem ten tekst, nie chodzi wcale o to, zeby przekonywac Rudina czy Rykowa. Toczy sie tam teraz _zazarta _ walka frakcyjna. Stawka jest sukcesja po Rudinie. I wisi nad nimi widmo glodu. Otoz Wiszniajew i Kierenski, proponujac ograniczona wojne, chca zalatwic jednym strzalem dwie sprawy: zdobyc dla Rosji nadwyzki zywnosciowe Zachodu i narzucic narodom ZSRR dyscypline wojskowa. Jesli zawiadomimy Rudina, ze my wiemy, niczego to nie zmieni. Moze nawet przyspieszyc jego upadek. Wtedy wladze przejmie Wiszniajew i jego grupa. A ci ludzie kompletnie nie znaja Zachodu i nie maja pojecia, jak zareagujemy, jesli na nas napadna. Totez nawet wiedzac, ze nie maja juz atutu zaskoczenia, beda probowali rozwiazania wojennego, bo tylko takie widza wyjscie ze swojego deficytu zywnosci. – Zgadzam sie – powiedzial Lawrence. – Jest w tym pewne podobienstwo do sytuacji Japonczykow czterdziesci lat temu. Wtedy nasze embargo naftowe spowodowalo upadek umiarkowanej frakcji Konoyi. Jego miejsce zajal general Todzo, a w rezultacie mielismy Pearl Harbor. Jesli teraz zostanie obalony Maksym Rudin, jego miejsce zajmie Wiszniajew. A to, o ile mozna wnioskowac z tego protokolu, prowadzi wprost do wojny. – A zatem nie mozemy dopuscic do upadku Rudina – skomentowal Matthews. – Protestuje, panie prezydencie – wtracil sie oburzony Poklewski. – To przeciez absurdalne: Stany Zjednoczone Ameryki maja zajmowac sie ratowaniem skory Maksyma Rudina? Czyzbysmy juz wszyscy zapomnieli, co Rudin ma na sumieniu, ile ludzi wymordowal, by wspiac sie na szczyty wladzy w Rosji? – Przepraszam cie, Stan – przerwal mu stanowczo prezydent. – Miesiac temu zgodzilem sie odrzucic ich prosbe o zboze, ktore musza miec, jesli chca uniknac kleski glodu. Zgodzilem sie, ale tylko do czasu kiedy bede wiecej wiedzial o mozliwych nastepstwach takiej kleski. Teraz, jak sadze, juz wiemy, jakie beda nastepstwa… i dlatego w zadnym razie nie moge kontynuowac polityki odmowy. – Panowie – podsumowal -jeszcze dzis naszkicuje osobisty list do prezydenta Rudina, proponujac, aby nasi ministrowie spraw _zagranicznych _ spotkali sie jak najszybciej na jakims neutralnym gruncie. I aby omowili sprawe nowego traktatu rozbrojeniowego SALT IV oraz i n n e sprawy interesujace obie strony. Kiedy Drake wrocil do “Cavo d'Oro” po drugim spotkaniu z kapitanem Thanosem, czekala tu nan wiadomosc. Azamat Krim pisal, ze wlasnie obaj z Kamynskim zameldowali sie w uzgodnionym wczesniej hotelu. Juz po godzinie Drake byl u nich. Jak sie okazalo, furgonetka przeszla przez liczne kontrole celne bez zadnego uszczerbku. Wieczorem Kamynski i Krim – kazdy z osobna – przeniesli cala bron i amunicje do pokoju Drake'a w “Cavo d'Oro”. Kiedy wszystko bylo juz bezpiecznie ukryte, Andrew zabral ich obu na kolacje. Nastepnego ranka Krim odlecial do Londynu, by w mieszkaniu Drake'a czekac na telefon od niego. Kamynski zatrzymal sie w malym pensjonacie w ubozszej czesci Pireusu. Pensjonat nie byl zbyt komfortowy, zapewnial jednak calkowita anonimowosc. W czasie gdy tamci jedli kolacje, amerykanski sekretarz stanu zamknal sie na prywatnej konferencji z ambasadorem Irlandii w Waszyngtonie. – Jesli moje rozmowy z ministrem Rykowem maja byc owocne – mowil Lawrence – musimy miec zapewniona dyskrecje, absolutna dyskrecje. Otoz Reykjavik jest ostatnio za bardzo na widoku. Zreszta na Islandii jest nasza baza w Keflavik, a wiec trudno ten teren nazwac neutralnym. A to spotkanie musi odbyc sie na neutralnym gruncie. W Genewie jest za duzo ciekawskich. To samo w Sztokholmie i Wiedniu. Helsinki nie wchodza w gre z podobnych wzgledow, co Islandia… tyle ze w druga strone. Natomiast panski kraj jest w polowie drogi miedzy Moskwa i Waszyngtonem, no i macie tam prawdziwy kult dyskrecji. Jeszcze tej samej nocy miedzy Waszyngtonem i Dublinem poplynely zaszyfrowane depesze. W ciagu 24 godzin rzad Irlandii zgodzil sie wystapic w roli gospodarza spotkania i zaproponowal swoje samoloty dla obu stron. W tym samym czasie wyekspediowany zostal do Moskwy osobisty, prywatny list Billa Matthewsa do Maksyma Rudina. Dopiero przy trzecim spotkaniu udalo sie Drake'owi porozmawiac z kapitanem Thanosem w cztery oczy. Stary Grek od poczatku nie mial watpliwosci, ze ten mlody Anglik czegos od niego chce, ale nie okazal ani odrobiny zainteresowania. I tym razem, jak zwykle, Drake zaplacil za kawe i ouzo. – Kapitanie – oswiadczyl stanowczym glosem – mam pewien klopot i sadze, ze moglby mi pan pomoc. Thanos uniosl brwi, ale nadal zajety byl swoja kawa. – Pod koniec tego miesiaca “Sanadria” plynie do Stambulu i na Morze Czarne. Zdaje sie, ze zawinie pan do Odessy? Thanos nie zaprzeczyl. – Zamierzamy wyjsc z Pireusu trzydziestego – powiedzial – i, rzeczywiscie, bedziemy wyladowywac towar w Odessie. – Chce poplynac do Odessy. Musze sie tam dostac. – Pan jest przeciez Anglikiem – zdziwil sie lub udal zdziwienie Thanos. – Sa rozne organizowane wycieczki do Odessy. Moze pan tam poleciec albo poplynac sowieckim statkiem wycieczkowym. Mozliwosci jest duzo. Drake pokrecil glowa. – To nie takie latwe – rzekl. – Nie dostane wizy. Moje podanie bedzie rozpatrywane w Moskwie i na pewno mi odmowia. – A po co chce pan tam jechac? – spytal bez ogrodek Thanos. – Mam dziewczyne w Odessie. Narzeczona. Chce ja stamtad zabrac. Kapitan Thanos stanowczo zaprotestowal. On sam i wszyscy jego przodkowie z Chios szmuglowali po wodach Lewantu najrozniejsze towary co najmniej od czasow Homera. Kapitan wiedzial tez dobrze, ze i wspolczesnie przemyt w Odessie kwitnie: jego wlasna zaloga niezle dorabiala sobie na boku, dostarczajac na tamtejszy czarny rynek takie luksusowe towary jak nylony, perfumy, plaszcze skorzane. Ale szmuglowanie ludzi to calkiem inna sprawa – i on nie mial najmniejszego zamiaru sie w to mieszac. – Chyba zle mnie pan zrozumial – powiedzial Drake. – Nie chodzi o to, by _zabrac _ ja na poklad “Sanadrii”. Niech mi pan pozwoli wyjasnic. Wyjal z portfela zdjecie, na ktorym byl z niezwykle ladna dziewczyna, oboje oparci o balustrade slawnych schodow z “Potiomkina”, ktore wiaza miasto z portem. Thanos natychmiast zainteresowal sie fotografia, bo tez dziewczyna naprawde byla godna uwagi. – Studiowalem filologie rosyjska na uniwersytecie w Bradford – ciagnal Drake. – W zeszlym roku pojechalem na wymiane stazowa na uniwersytet w Odessie i spedzilem tam pol roku. Wtedy wlasnie poznalem Laryse. Pokochalismy sie… Chcialem sie z nia ozenic. Jak wiekszosc Grekow, Nikos Thanos mial romantyczna nature. To, co teraz mowil Drake, przemawialo do jego wyobrazni. – Wiec czemu sie pan nie ozenil? – Wladze robily trudnosci. Oczywiscie chcialem zabrac Laryse do Anglii i tam z nia zamieszkac. Wystapila o zgode na wyjazd… i odmowili. Skladalem ponownie podania w tej sprawie, juz z Londynu. Bez powodzenia. W koncu lipca tego roku zrobilem tak, jak mi pan przed chwila radzil. Pojechalem na Ukraine z grupa turystyczna – do Kijowa, Tarnopola i Lwowa. Otworzyl paszport i pokazal Thanosowi pieczatki z kijowskiego lotniska. – Przyjechala specjalnie do Kijowa, zeby spotkac sie ze mna. Kochalismy sie. Ostatnio napisala, ze bedziemy mieli dziecko. Teraz juz po prostu musze sie z nia ozenic. Kapitan Thanos tez tak uwazal. Jego narod honorowal te zasade od niepamietnych czasow. Jeszcze raz spojrzal na fotografie. Nie wiedzial – i nigdy nie mial sie dowiedziec – ze dziewczyna jest Angielka, ze pozowala do zdjecia w studio w poblizu dworca King's Cross, a schody z “Potiomkina” w tle to powiekszony detal z reklamowki, jaka mozna dostac w londynskim biurze Inturistu. – Wiec jak chce pan ja stamtad wyciagnac? – W przyszlym miesiacu, po zakonczeniu sezonu turystycznego, statek pasazerski “Litwa” zabiera z Odessy na wycieczke do portow Morza Srodziemnego duza grupe z Komsomolu, tej ich organizacji mlodziezowej. Thanos przytaknal; dobrze znal “Litwe”. – Poniewaz robilem duzo szumu w sprawie Larysy, mnie juz tam nie wpuszcza. Ona tez nie dostalaby sie na wycieczke normalna droga. Ale w miejscowym oddziale Ministerstwa Spraw Wewnetrznych jest pewien urzednik, ktory lubi dobrze pozyc. On wpisze ja na te wycieczke z nienagannym dossier, a ja bede juz na nia czekal w Wenecji. Rzecz w tym, ze ten urzednik chce dostac dziesiec tysiecy dolarow. Mam te pieniadze, ale musze je jakos dostarczyc Larysie. To wyjasnienie zadowolilo kapitana Thanosa. Wiedzial, ze korupcja urzednikow z wybrzezy Ukrainy, Krymu, Gruzji jest powszechna. Urzednik, ktory “zalatwia” komus nowe papiery za dewizowa lapowke, to rzecz calkiem tam zwyczajna. Po godzinie Anglik i Grek dobili targu: za nastepne 5000 dolarow Thanos zabierze Drake'a na poklad jako kontraktowego marynarza na ten jeden rejs. – Wyplywamy trzydziestego – powtorzyl kapitan – a w Odessie powinnismy byc dziewiatego lub dziesiatego. Niech pan bedzie na nabrzezu, przy ktorym stoi “Sanadria”, trzydziestego o szostej wieczor. Wejdzie pan, jak tylko opusci poklad agent armatora… i musi pan zdazyc przed tymi z kontroli paszportowej. Cztery godziny pozniej Drake dzwonil z Pireusu do swego mieszkania w Londynie, przekazujac Krimowi date, ktora musieli znac Miszkin i Lazariew. Odpowiedz Maksyma Rudina na propozycje prezydenta Matthewsa przyszla juz 20 wrzesnia. Byl to takze prywatny, osobisty list. Rudin zgadzal sie w nim na tajne spotkanie Lawrence'a i Rykowa w Irlandii, dwudziestego czwartego. Matthews podal list przez biurko swojemu sekretarzowi stanu. – Nie traci czasu – zauwazyl. – Bo tez nie ma czasu do stracenia – odparl Lawrence. – Wszystko jest juz przygotowane. Dwaj nasi ludzie sa juz w Dublinie, nadzoruja cala organizacje spotkania. A jutro nasz ambasador w Irlandii spotka sie z ich ambasadorem, by ustalic ostateczne szczegoly. Azamat Krim mial nowy problem: jak wyslac do Miszkina z terytorium Zwiazku Radzieckiego list lub kartke, napisana po rosyjsku i opatrzona rosyjskimi znaczkami – bez czekania na swoja wize w konsulacie ZSRR w Londynie, co moglo potrwac nawet cztery tygodnie. Z pomoca Drake'a rozwiazal jednak ten problem stosunkowo latwo. Glowny port lotniczy Moskwy, Szeremietiewo, byl przed 1980 rokiem maly, brudny i nedzny. Ale na Igrzyska Olimpijskie postanowiono zbudowac nowy, wielki kompleks obslugi pasazerow. Tym wlasnie dworcem zainteresowal sie w swoim czasie Andrew Drake. Urzadzenia nowego portu lotniczego, obslugujacego caly ruch lotow dalekodystansowych, sa istotnie na najwyzszym poziomie. Liczne tabliczki pamiatkowe slawia osiagniecia radzieckiej techniki uzytej przy budowie tego lotniska. Znamienne jednak, ze nie ma na nich ani slowa o tym, jak to Moskwa musiala cala budowe powierzyc pewnej firmie zachodnio-niemieckiej, poniewaz miejscowe przedsiebiorstwa nie potrafily zapewnic odpowiedniej jakosci ani zagwarantowac terminu ukonczenia. Niemcy dostali hojna zaplate w twardej walucie, ale kontrakt przewidywal srogie kary umowne w razie nieukonczenia budowy przed rozpoczeciem Olimpiady 1980. Totez Niemcy uzyli tylko dwu produktow “sowieckiej techniki” – piasku i wody. Wszystko inne transportowano z RFN, by miec pewnosc, ze materialy beda wlasciwe, a ich dostawy terminowe. W wielkiej poczekalni tranzytowej i w salach obslugi podroznych zainstalowano skrzynki pocztowe – dla tych turystow, ktorzy chcieliby wyslac z Moskwy widokowki do krewnych i znajomych, a zapomnieli lub nie zdazyli zrobic tego wczesniej. KGB bada doslownie kazdy przekraczajacy granice list, kartke, depesze, rozmowe telefoniczna. Jakkolwiek wielka jest to praca, wykonywana jest sumiennie. Ale nowe sale odlotu na Szeremietiewie obslugiwaly zarowno loty zagraniczne, jak dlugodystansowe loty w granicach ZSRR. Rosyjska widokowke zdobyl Krim w biurze Aeroflotu w Londynie, znaczki zas odpowiedniej wartosci kupil calkiem oficjalnie w osrodku filatelistycznym Stanleya Gibbonsa. Na kartce, ktorej obrazek przedstawial naddzwiekowy samolot pasazerski Tupolew-144, napisane bylo – po rosyjsku, cyrylica: “Wlasnie lece do Chabarowska z wycieczka zorganizowana przez POP z naszej fabryki. Z emocji niemal calkiem zapomnialem o Tobie, a przeciez dziesiatego twoje urodziny. Zycze wszystkiego najlepszego. Twoj kuzyn Iwan”. Chabarowsk lezy we wschodniej Syberii, blisko Morza Japonskiego. Ludzie lecacy do Chabarowska rzeczywiscie przechodziliby przez ten sam pawilon, co pasazerowie Aeroflotu odlatujacy do Japonii. List zaadresowany byl do Dawida Miszkina, mieszkanca Lwowa. Azamat Krim wsiadl w Londynie do samolotu Aeroflotu i polecial nim do Moskwy. Stad, innym samolotem, dotarl na lotnisko Narita w Tokio. Mial w kieszeni bilet “open”, bez okreslonej daty powrotu. W poczekalni tranzytowej w Moskwie spedzil dwie godziny i zanim wystartowal do Tokio, wrzucil swoja kartke do skrzynki pocztowej. W Tokio przesiadl sie do samolotu japonskiego i wrocil do Londynu. Kartka zostala oczywiscie zbadana przez placowke pocztowa KGB w moskiewskim porcie lotniczym; uznano jednak, ze to jakis Rosjanin napisal do ukrainskiego kuzyna, a ze obaj mieszkaja i pracuja w granicach ZSRR – wyslano ja do adresata. Trzy dni pozniej dotarla do Lwowa. Kiedy zmeczony i skolowany ciaglymi zmianami czasu Tatar wracal do Londynu z Japonii, niewielki odrzutowiec krajowej norweskiej linii Braethens-SAFE zatoczyl ciasny luk nad rybackim miastem Alesund i podszedl do ladowania na lotnisku miejskim, usytuowanym na plaskiej wyspie po drugiej stronie zatoki. Przez okienko kabiny pasazerskiej Thor Larsen spogladal w dol ze wzruszeniem, jakie ogarnialo go zawsze, ilekroc wracal do tego miasta, w ktorym sie wychowal i ktore zawsze bedzie dlan rodzinnym domem. Przyszedl na swiat w 1935 roku, w chacie rybackiej w starej dzielnicy Buholmen, dawno juz zburzonej pod budowe nowej autostrady. Przed wojna Buholmen bylo dzielnica rybakow, labiryntem drewnianych domkow – szarych, niebieskich i brunatnozoltych. Podworze za domem jego ojca, jak wszystkie przy tej uliczce, opadalo regularnie od tylnej werandy az do brzegu ciesniny. Tutaj tkwily w wodzie chwiejne pomosty, do ktorych samodzielni rybacy, tacy jak jego ojciec, cumowali swoje male kutry, gdy wracali z polowu. Zapachami jego dziecinstwa byla smola, zywica, farba, sol i ryby. W tamtym okresie przesiadywal czesto na ojcowej przystani, obserwujac wielkie statki sunace wolno do portu w Storneskaia, i marzyl o tych wszystkich miejscach, ktore z pewnoscia odwiedzaly, gdzies tam daleko na zachodzie, za oceanem. Majac siedem lat umial juz prowadzic mala zaglowke; odplywal na kilkaset mil od brzegow Buholmen, na gladkie wody fiordu, w ktorych przegladal sie z drugiego brzegu wyniosly masyw starej gory Sula. – Bedzie z niego marynarz – mowil ojciec, obserwujac jego wyczyny z pomostu. – Nie zaden rybak, ktory kreci sie w kolko przy brzegu, ale prawdziwy marynarz. Mial zaledwie piec lat, kiedy do Alesund przyszli Niemcy: wielkie chlopy w grubych szarych plaszczach, tratujace wszystko swymi ciezkimi buciorami. Ale dopiero dwa lata pozniej poznal blizej wojne. Kiedys latem, w czasie wakacji szkolnych, ojciec zabral go na polow. Kuter ojca, wraz z cala flotylla rybacka z miasteczka pod straza niemieckiej lodzi torpedowej, wyplynal daleko w morze. W nocy Thora obudzil jakis ruch na pokladzie. Hen na zachodzie migotaly jakies swiatelka; byly to szczyty masztow podobnej flotylli rybackiej – ale z “nieprzyjacielskich” teraz brytyjskich Orkadow. Obok ich kutra kolysala sie na falach mala lodz wioslowa, a na pokladzie zaloga goraczkowo przerzucala skrzynki na sledzie. Przed oczyma zdumionego dziecka spod sterty skrzynek wylonil sie nagle mlody mezczyzna. Byl blady i wyczerpany. Tamci pomogli mu przejsc do lodki, ktora po chwili zniknela w ciemnosciach, kierujac sie w strone flotylli z Orkadow. Jeszcze jeden radiooperator z norweskiego ruchu oporu wyruszyl ta droga na przeszkolenie do Anglii. Ojciec surowo zazadal od Thora obietnicy, ze nikomu nie powie, co widzial. Jakis tydzien pozniej, pod wieczor, w Alesund zaterkotaly karabiny maszynowe; nazajutrz matka kazala mu sie modlic szczegolnie goraco za dusze poleglego nauczyciela. Nie mial jeszcze pietnastu lat – a rosl wtedy tak szybko, ze matka nie mogla nastarczyc ubran – kiedy i on stal sie fanatykiem radia; w ciagu dwu lat sam zbudowal sobie nadajnik. Ojciec patrzyl na ten aparat z najwyzszym podziwem, bo to juz przekraczalo jego wyobraznie. Tuz po Bozym Narodzeniu 1951 szesnastoletni Thor zlapal w swoim radiu sygnal SOS ze statku plynacego z burza gdzies na srodku Atlantyku. Statek nazywal sie “Flying Enterprise”; na duzej fali jego ladunek przesunal sie, i statek mial teraz niebezpieczny przechyl. Przez szesnascie dni swiat i norweski chlopak obserwowali z zapartym tchem, jak kapitan Kurt Carlsen, Amerykanin dunskiego pochodzenia, odmawia opuszczenia tonacego statku i prowadzi go przez sztormy na wschod, ku poludniowej Anglii. Siedzac calymi godzinami na swoim stryszku, ze sluchawkami na uszach, Thor Larsen patrzyl przez waski dymnik na ocean szalejacy za ujsciem fiordu i cala sila woli staral sie dopomoc staremu frachtowcowi w bezpiecznym dobiciu do portu. Ale statek zatonal w koncu, 10 stycznia 1952, zaledwie piecdziesiat siedem mil od portu w Falmouth. Larsen sledzil do konca jego agonie, potem z rozmow miedzy asekurujacymi statek holownikami dowiedzial sie jeszcze o uratowaniu niezlomnego kapitana. Zdjal sluchawki, odlozyl je i zszedl na dol; rodzice siedzieli przy stole. – Wiem juz, kim chce zostac – oswiadczyl stanowczo. – Bede kapitanem zeglugi wielkiej. Miesiac pozniej wstapil do marynarki handlowej. Samolot dotknal ziemi, potem dokolowal do miejsca postoju przed malym, schludnym budynkiem dworcowym. Za budynkiem, nad stawem pelnym gesi, byl parking. Tutaj czekala Liza, z szesnastoletnia corka Kristina i czternastoletnim synem Kurtem. Oboje trajkotali jak sroki przez cala droge z wyspy: najpierw promem przez ciesnine, pozniej przez miasto, az do ich domu na zacisznym przedmiesciu Bogneset. Dom byl komfortowy, stylizowany nieco na amerykanskie rancho. Jak dobrze jest w domu! Mozna wybrac sie z Kurtem na ryby na Borgund Fjord – tak jak kiedys jego samego zabieral na polow ojciec. Mozna urzadzic sobie piknik, chyba ostatni juz w tym sezonie, na wlasnym malym jachcie albo na zielonych, kopulastych wysepkach, rozsianych po calej ciesninie. Mial przed soba trzy tygodnie urlopu; potem Japonia, a w lutym obejmie dowodztwo najwiekszego statku, jaki kiedykolwiek widzial swiat. Dluga przeszedl droge od tamtej drewnianej chaty na Buholmen – lecz Alesund wciaz bylo dlan domem. Dla tego potomka wikingow nie moglo byc drugiego podobnego miejsca na ziemi. Pod wieczor 23 wrzesnia odrzutowiec typu Grummam Gulfstream, ze znakami pewnej dobrze znanej kompanii handlowej, wystartowal z bazy lotniczej Andrews i skierowal sie na wschod, nad Atlantyk. Zbiorniki pelne byly paliwa, lot bowiem mial sie zakonczyc dopiero na irlandzkim lotnisku Shannon. Kontrole ruchu powietrznego poinformowano, ze jest to prywatny lot czarterowy. Po wyladowaniu w Shannon samolot doprowadzono natychmiast na skraj lotniska, w mrok, daleko od budynkow miedzynarodowego portu lotniczego. Tutaj otoczylo go piec czarnych limuzyn z ciemnymi szybami. Sekretarza stanu Davida Lawrence'a i jego wspolpracownikow powitali ambasador USA i szef kancelarii, po czym piec czarnych limuzyn szybko opuscilo teren lotniska przez boczna brame w ogrodzeniu. Pojechaly przez spiace wsie na polnocny zachod, w strone hrabstwa Meath. Tej samej nocy dwusilnikowy Tupolew-134 Aeroflotu, po uzupelnieniu paliwa na wschodnioberlinskim lotnisku Schonefeld, polecial nad Niemcami, Holandia i Wielka Brytania w strone Irlandii. W oficjalnych meldunkach okreslano go jako samolot specjalny Aeroflotu, wiozacy do Dublina delegacje handlowa. Tak wlasnie brytyjska kontrola ruchu powietrznego zameldowala go swym irlandzkim kolegom, zaledwie minal brzegi Walii. W Irlandii przejela go kontrola wojskowa; dwie godziny przed switem wyladowal w bazie Irlandzkiego Korpusu Lotniczego w Baldonnel pod Dublinem. Tutaj Tupolew zatrzymal sie miedzy dwoma hangarami, tak ze niewidoczny byl z glownego budynku lotniska. Na powitanie gosci przyjechal ambasador ZSRR, irlandzki minister spraw zagranicznych i szesc czarnych limuzyn. Minister Rykow i jego swita wsiedli do samochodow, zaciagneli wewnetrzne zaluzje i opuscili baze lotnicza. Na wysokim brzegu rzeki Boyne, w pieknej okolicy nie opodal targowego miasta Siane, wznosi sie zamek Siane, stara siedziba rodowa Conynghamow, hrabiow Mount Charles. Pare dni wczesniej rzad irlandzki zwrocil sie do mlodego dziedzica z poufna propozycja: czy nie zechcialby wraz z urocza hrabina spedzic tygodnia na koszt panstwa w luksusowym hotelu na zachodzie kraju, a swoj zamek wypozyczyc w tym czasie rzadowi. Hrabia zgodzil sie. Dzialajaca w zamku restauracja opatrzona zostala tabliczka: “Zamkniete z powodu remontu”, personel dostal tygodniowy urlop, a zamkiem zawladneli dostawcy rzadowi oraz policjanci w cywilu, dyskretnie porozstawiani wokol murow. Kiedy nad ranem dwie kawalkady limuzyn wjechaly na dziedziniec, glowna brame zamknieto na glucho. I jesli nawet okoliczni mieszkancy cos spostrzegli – okazali dostatecznie duzo dyskrecji, by nie wspominac o tym ani slowem. W urzadzonej w georgianskim stylu rodzinnej jadalni, z marmurowym osiemnastowiecznym kominkiem projektu braci Adamow, dwaj politycy spotkali sie na sniadaniu, ktore mialo dlugo potrwac. – Ciesze sie, ze znow pana widze, Dmitrij – rzekl Lawrence, wyciagajac reke na powitanie. Rykow uscisnal ja serdecznie. Rozejrzal sie wokol: po antycznych srebrach, podarowanych Conynghamom przez Jerzego IV, po ich portretach na scianach. – A wiec tak zyjecie, wy dekadenci, burzuje i kapitalisci. Lawrence zaniosl sie smiechem. – Szkoda, ze to nieprawda, Dmitrij, niestety! O jedenastej zarty sie skonczyly. Dwaj politycy zasiedli do negocjacji w okraglej gotyckiej bibliotece. – Panie ministrze spraw zagranicznych – odezwal sie pierwszy Lawrence – wydaje mi sie, ze obie strony maja swoje problemy. Nasz dotyczy trwajacego wciaz wyscigu zbrojen miedzy naszymi panstwami. Wyscigu, ktorego, jak sie zdaje, nie mozna powstrzymac ani nawet zahamowac. Ta sytuacja gleboko nas martwi. Wasze zmartwienia dotycza, jak sadze, najblizszych zbiorow zboz w ZSRR. Otoz mam nadzieje, ze znajdziemy tu we dwojke jakis sposob, aby te problemy zlagodzic. – Ja rowniez mam taka nadzieje, panie sekretarzu stanu – odpowiedzial ostroznie Rykow. – Co pan proponuje? Jest tylko jedno polaczenie lotnicze miedzy Atenami i Stambulem: wtorkowy samolot Sabeny startujacy z atenskiego lotniska Hellenikon o 14°° i ladujacy w Stambule o 1645 miejscowego czasu. We wtorek 28 wrzesnia znalazl sie na jego pokladzie Myroslaw Kamynski. Jego zadaniem bylo dostarczenie Drake'owi kozuchow i zamszowych kurtek na handel w Odessie. Tego samego popoludnia w Owalnym Gabinecie Bialego Domu sekretarz stanu Lawrence konczyl swoj raport dla doraznego komitetu Rady Bezpieczenstwa Narodowego. – Panie prezydencie, panowie! Mysle, ze mamy to, o co nam chodzilo. Pod warunkiem oczywiscie, ze Rudin nadal panuje nad Politbiurem i zapewni sobie ich poparcie. Wysunelismy propozycje, aby obie strony wyslaly po dwa zespoly negocjatorow na nowa konferencje w sprawie ograniczenia broni strategicznej. Jako miejsce rozmow proponujemy znowu Irlandie. Rzad irlandzki wyrazil juz na to zgode. Obiecal tez zapewnic odpowiednie sale konferencyjne, hotele i aprowizacje, gdy tylko obie strony zatwierdza ten projekt. Jedna nasza delegacja – kontynuowal Lawrence – spotka sie z odpowiednia delegacja radziecka, by dyskutowac w szerokim zakresie redukcje zbrojen. Chodzi o naprawde szeroki zakres. Wymoglem na Rykowie zapewnienie, ze rozmowy obejma strategiczna bron termonuklearna, okrety podwodne, nadzor miedzynarodowy, taktyczna bron jadrowa, bron konwencjonalna, ogolna liczbe zolnierzy i redukcje sil na linii Zelaznej Kurtyny. Po sali przeszedl szmer podziwu, a zarazem niedowierzania. _Zadna. _ z dotychczasowych konferencji w sprawie zbrojen nie obejmowala tak szerokiego zakresu zagadnien. Jesli we wszystkich tych dziedzinach udaloby sie uzyskac _znaczacy _ postep i odprezenie – bylby to w sumie wielki traktat pokojowy. – Oficjalnie te rozmowy stanowilyby jedyny temat konferencji: bedziemy o nich informowac, wydawac systematyczne komunikaty dla prasy – kontynuowal sekretarz stanu. – Jednoczesnie w cieniu tych obrad bedzie odbywac sie druga konferencja: eksperci techniczni obu stron omowia sprzedaz ZSRR na warunkach finansowych jeszcze nie uzgodnionych, ale przypuszczalnie ponizej cen swiatowych… do piecdziesieciu pieciu milionow ton ziarna, a takze nowych technologii przemyslu spozywczego, komputerow i urzadzen wydobywczych ropy naftowej. W kazdej fazie rozmow utrzymywany bedzie po kazdej stronie staly kontakt miedzy negocjatorami z pierwszego i drugiego zespolu. W ten sposob za kazcie ustepstwo w dziedzinie zbrojen Rosjanie natychmiast dostana cukierka. – Kiedy to ma sie zaczac? – spytal Poklewski. – Tu ciekawostka – usmiechnal sie Lawrence. – Zwykle Rosjanie lubia dzialac powoli. Tym razem wyglada, jakby sie bardzo spieszyli. Chca zaczac juz za dwa tygodnie. – Na litosc boska, za dwa tygodnie m y nie bedziemy jeszcze gotowi do rozmow! – zaprotestowal sekretarz obrony, ktorego resort mial tu oczywiscie najwiecej roboty. – Musimy byc gotowi – powiedzial z naciskiem Matthews. – Nigdy juz nie bedzie drugiej takiej szansy. Zreszta mamy przeciez gotowy i doswiadczony zespol na rozmowy SALT. Ci ludzie czekaja od wielu miesiecy. Gorzej z resortami rolnictwa, handlu i techniki. Musimy zmontowac z nich zespol, ktory omowi te druga, handlowo-techniczna strone. Panowie, prosze sie tym zajac jak najszybciej. Nie tak przedstawil sytuacje Maksym Rudin, kiedy nastepnego dnia otwieral posiedzenie Biura Politycznego. – Polkneli przynete – powiedzial cicho, ale pewnym siebie glosem. – Teraz, ilekroc zrobia jakies ustepstwo w sprawie zboza lub technologii, my odpowiemy mozliwie najmniejszym ustepstwem w drugiej sali konferencyjnej. W ten sposob, towarzysze, bedziemy mieli zboze, nakarmimy nasz narod i unikniemy kleski glodu… a wszystko minimalnym kosztem. Poza tym, Amerykanie nigdy nie potrafili przechytrzyc Rosjan w negocjacjach. Ogolny szmer aprobaty przerwala interwencja Wiszniajewa. – Jakie to beda ustepstwa? – wystrzelil. – O ile lat cofna zwycieski pochod marksizmu-leninizmu w swiecie? – Na pierwsze pytanie – odparl Rykow – nie mozemy znac odpowiedzi, dopoki nie zaczniemy negocjacji. Co do drugiego, odpowiedz brzmi: z pewnoscia nie tak daleko, jak cofnelaby nas katastrofa powszechnego glodu. – Dwie rzeczy powinnismy sobie wyjasnic – powiedzial Rudin – zanim zdecydujemy, czy przystapic do rozmow, czy nie. Po pierwsze, w kazdej fazie rozmow Biuro bedzie dokladnie informowane o ich przebiegu. Jesli wiec w jakims momencie cena okaze sie za wysoka, nasza rada bedzie miala prawo zerwania rozmow, a wtedy i ja przychyle sie do projektu towarzysza Wiszniajewa, do planu wojny na wiosne. Po drugie, zadne ustepstwo, jakie poczynimy w celu zapewnienia sobie pszenicy, nie musi pozostawac w mocy po zakonczeniu dostaw. Wokol stolu daly sie slyszec zlosliwe chichoty. Taka wlasnie polityke czlonkowie Politbiura cenili najbardziej; dowiedli tego na przyklad obracajac w farse stary helsinski uklad o bezpieczenstwie i wspolpracy w Europie. – Zgoda – rzekl Wiszniajew – ale sadze, ze dyskusje nad szczegolowymi wytycznymi co do mozliwych ustepstw dla naszych delegacji powinnismy odlozyc na pozniej. – Co do tego nie mam zastrzezen – zgodzil sie Rudin. Dyskusja trwala jeszcze poltorej godziny. Projekt Rudina przeszedl w glosowaniu ta sama mizerna wiekszoscia glosow co poprzednio: siedem glosow przeciwko szesciu. 30 wrzesnia Drake stal w cieniu portowego dzwigu i przygladal sie, jak na “Sanadrii” zaloga uszczelnia luki ladowni. Na pokladzie rzucaly sie w oczy wielkie maszyny z napisem “Vacuvator”, podobne do gigantycznych odkurzaczy, a sluzace do wysysania z ladowni okretowych ziarna i przepompowywania go wprost do silosow. Maszyny plynely do Odessy. Z pewnoscia chca tam zwiekszyc swoje zdolnosci przeladunku ziarna – domyslil sie Drake; nie domyslil sie jednak, dlaczego. Pod gornym pokladem statek wiozl samobiezne podnosniki do Stambulu i maszyny rolnicze do Warny; byl to towar amerykanski, przeladowany w Pireusie. Drake obserwowal, jak agent armatora, uscisnawszy na pozegnanie dlon kapitana Thanosa opuszcza statek. Thanos rozejrzal sie po nabrzezu i dostrzegl Drake'a biegnacego ku niemu wielkimi susami, z podrozna torba przewieszona przez ramie i waliza w drugiej rece. Dotarlszy do kajuty kapitana, Drake wreczyl mu swoj paszport i swiadectwo szczepien. Podpisal regulamin obowiazujacy na statku – i stal sie jednym z czlonkow zalogi. Kiedy juz byl na dole i upychal w ciasnej kajucie swoje bagaze, kapitan Thanos wpisal jego nazwisko do rejestru. W chwile pozniej na poklad wszedl oficer sluzby granicznej. _Zaczeli _ od zwyklego przy takich okazjach drinka. – Mam dodatkowego marynarza na pokladzie – odezwal sie niby mimochodem Thanos. Oficer rzucil okiem na liste zalogi i na kasetke z paszportami i ksiazeczkami marynarskimi. Wiekszosc stanowili Grecy, ale bylo tez szesciu obcokrajowcow. W szufladce wyroznial sie brytyjski paszport Drake'a. Oficer wyciagnal go i przekartkowal: ze srodka wypadl na jego kolana piecdziesieciodolarowy banknot. – To bezrobotny – wyjasnil Thanos. – Chce sie tanio dostac do Turcji i dalej na wschod. Pomyslalem, ze wolalby pan o tym wiedziec. Piec minut pozniej dowody tozsamosci zalogi wrocily do drewnianej kasetki, a na dokumentach statku widniala pieczatka odprawy. Swiatlo dnia gaslo juz, gdy “Sanadria” rzucila cumy, odbila od nabrzeza i ruszyla na poludnie, by wkrotce skrecic na polnocny wschod, ku Dardanelom. Na najnizszym pokladzie marynarze usiedli wokol zatluszczonego stolu w mesie. Jeden z nich nie myslal jednak o jedzeniu: obawial sie, czy nikt me zaglada tymczasem pod jego materac, gdzie ukryty byl sztucer Sako Hornet. Czlowiek, ktory mial znalezc sie na muszce tej broni, zasiadal teraz w Moskwie do znacznie wytworniejszej kolacji. 7. Podczas gdy w Waszyngtonie i Moskwie notable i tajniacy rzucili sie w wir goraczkowych dzialan, stara “Sanadria” wlokla sie leniwie po morzu w strone Dardaneli i Stambulu. Drugiego dnia rejsu Drake patrzyl na przesuwajace sie za lewa burta nagie, brunatne wzgorza Gallipoli; potem ciesnina oddzielajaca europejska od azjatyckiej czesci Turcji rozszerzyla sie w morze Marmara. Kapitan Thanos, ktory znal te wody jak wlasne podworko na Chios, sam pelnil funkcje pilota. Minely ich dwa radzieckie krazowniki, plynace z Sewastopola na Morze Srodziemne, by sledzic tam manewry VI Floty USA. Pod wieczor zamigotaly przed statkiem swiatla Stambulu i mostu Galatea, spinajacego brzegi Bosforu. “Sanadria” rzucila na noc kotwice, a nazajutrz weszla do portu w Stambule. W czasie, gdy wyladowywano podnosniki, Drake wzial od kapitana Thanosa swoj paszport i wymknal sie na lad. W umowionym miejscu w centrum Stambulu spotkal sie z Kamynskim i wzial od niego spory tobol zawierajacy kozuchy i skorzane kurtki. Kiedy wracal na statek, kapitan Thanos figlarnie przymruzyl oko. – Dba pan, zeby dziewczynie bylo cieplo? Drake zasmial sie i pokrecil glowa. – Marynarze powiedzieli mi, ze zwykle biora to ze soba na brzeg w Odessie. Pomyslalem, ze to najlepszy sposob, zeby przemycic moj wlasny towar. Grek nie byl tym zaskoczony. Wiedzial, ze co najmniej kilku sposrod jego wlasnych marynarzy ma ze soba na pokladzie podobny bagaz; w Odessie sprzedadza modne kurtki i dzinsy paserom za cene pieciokrotnie wyzsza od ceny kupna. Trzydziesci godzin pozniej “Sanadria” opuscila Bosfor, zostawiajac za rufa Zloty Rog, i sapiac powlokla sie na polnoc, z traktorami dla Bulgarii. Na zachod od Dublina rozciaga sie hrabstwo Kildare, slawne z wyscigow konnych w Curragh i starego targowego miasta Celbridge. W poblizu Celbridge stoi najwiekszy i najpiekniejszy z palladianskich palacow Irlandii, Castletown House. W porozumieniu z ambasadorami USA i ZSRR rzad irlandzki wybral wlasnie Castletown na miejsce obrad konferencji rozbrojeniowej. Przez caly tydzien ekipy malarzy, tynkarzy, elektrykow i ogrodnikow pracowaly dzien i noc, doprowadzajac do polysku palac, ktory mial pomiescic uczestnikow dwu konferencji – choc nikt nie wiedzial, po co wlasciwie az dwu. Fasada glownego budynku ma ponad sto czterdziesci dwie stopy szerokosci; z obu jej naroznikow wybiegaja w strone budynkow bocznych kryte galerie. Jedno z tych skrzydel, mieszczace kuchnie i pokoje dla sluzby, mialo stac sie kwatera sluzby bezpieczenstwa Amerykanow; drugie, mieszczace stajnie, a nad nia szereg apartamentow, miala zajac ochrona rosyjska. Budynek centralny mial byc zarowno miejscem obrad obydwu konferencji, jak tez chwilowa rezydencja dla dyplomatow nizszej rangi: mieli oni zamieszkac w licznych pokojach goscinnych na ostatnim pietrze. Tylko dwaj glowni negocjatorzy i ich najblizsi wspolpracownicy mieli wracac co wieczor do swoich ambasad w Dublinie, gdzie znajdowaly sie niezbedne urzadzenia do szybkiej szyfrowej komunikacji z Waszyngtonem i Moskwa. Tym razem nie czyniono w przygotowaniach zadnych tajemnic – z wyjatkiem spraw dotyczacych drugiej konferencji. Przybyciu obu ministrow spraw zagranicznych do Dublina nadano wielki rozglos. W blasku reflektorow zostali powitani oficjalnie przez prezydenta i premiera Irlandii. Po konwencjonalnym uscisku rak i toastach przed kamerami TV dwa dlugie sznury pojazdow odjechaly z Dublina do Castletown. W poludnie 8 pazdziernika obaj mezowie stanu i dwudziestu ich doradcow weszli do obszernej Dlugiej Galerii – istotnie dlugiej, bo mierzacej sto czterdziesci stop – ozdobionej blekitna porcelana Wedgwooda w stylu pompejanskim. Niemal caly srodek sali zajmowal lsniacy georgianski stol; delegacje zasiadly po obu jego stronach. Kazdemu ministrowi spraw zagranicznych towarzyszyli eksperci w dziedzinie obrony: logistyki, technologii nuklearnej, lodzi podwodnych i broni pancernej. Ministrowie mieli jedynie formalnie otworzyc konferencje. Po uzgodnieniu porzadku obrad kazdy z nich wroci do swego kraju, pozostawiajac caly trud i odpowiedzialnosc za ich przebieg przewodniczacym delegacji. Byli nimi profesor Iwan I. Sokolow ze strony radzieckiej i byly wiceminister obrony Edwin J. Campbell ze strony amerykanskiej. Pozostale pomieszczenia na tym pietrze oddano do dyspozycji stenografow, maszynistek i dziennikarzy. Pietro nizej, na parterze, wielka sale jadalna Castletown, z zaciagnietymi kotarami, chroniacymi przed nadmiarem jesiennego slonca, ktore zalewalo poludniowo-wschodnia fasade palacu, zapelnili uczestnicy drugiej konferencji. Byli to glownie eksperci techniczni – od zboza, nafty, komputerow i budowy fabryk. Na gorze Dymitr Rykow i David Lawrence wyglosili krotkie przemowienia powitalne, wyrazajac nadzieje i ufnosc, ze ta konferencja zdola zlagodzic problemy “naszego udreczonego i pelnego obaw swiata” Nastepnie ogloszono przerwe na lunch. Po obiedzie profesor Sokolow mial jeszcze prywatna rozmowe z Rykowem, zanim ten ostatni odlecial do Moskwy. – Znacie nasza sytuacje, towarzyszu profesorze – powiedzial Rykow. – Mowiac szczerze, nie jest ona dobra. Amerykanie siegna tutaj po wszystko, po co moga siegnac. Waszym zadaniem jest minimalizowac na kazdym kroku ustepstwa. Ale… musimy miec zboze. Jednakze kazde ustepstwo w dziedzinie ilosci i rozmieszczenia broni w Europie Wschodniej musi byc najpierw konsultowane z Moskwa. To szczegolnie wazny teren, i dlatego nasze kierownictwo zastrzega tu sobie prawo decyzji. Powstrzymal sie, by nie powiedziec, jaki to “szczegolnie wazny teren”, ktory moze powstrzymac w przyszlosci uderzenie na Europe Zachodnia, i o tym, ze kariera polityczna Rudina wisi na wlosku. W przeciwleglym krancu Castletown House, w podobnym saloniku (tak samo jak salonik Rykowa przeszukanym przez wlasnych lowcow elektronicznych “pluskiew”) Lawrence naradzal sie z Campbellem. – Wszystko w twoich rekach, Ed. To nie Genewa: tutaj oni nie beda zwlekac, odkladac posiedzenia, wyjezdzac na cale tygodnie na konsultacje do Moskwy… zbyt powazne i pilne maja problemy. Moim zdaniem najdalej za pol roku musza miec to porozumienie… zredagowane do ostatniej litery i podpisane. Inaczej zostana bez zboza. Ale Sokolow bedzie walczyl o kazda piedz ziemi. Wiemy juz, ze kazde ustepstwo w dziedzinie zbrojen musi uzgadniac z Moskwa, ale i Moskwa bedzie musiala decydowac szybko. Inaczej nie zmieszcza sie w czasie. I ostatnia sprawa: wiemy, ze nie mozna Rudina naciskac zbyt mocno. Jesli przesadzimy, Rudin moze upasc. Ale jesli nie dostanie tego zboza… tez padnie. Cala sztuka polega na znalezieniu zlotego srodka: uzyskac maksymalne koncesje bez wywolania rebelii w Politbiurze. Campbell zdjal okulary i potarl grzbiet nosa. Cztery lata spedzil juz na podrozach miedzy Waszyngtonem i Genewa, prowadzac bezowocne jak dotad negocjacje SALT. Nie byl wiec nowicjuszem w rozmowach z Rosjanami. – No coz, David, to brzmi zachecajaco. Ale wiesz przeciez, ze oni nigdy nie ujawnia niczego ze swoich wewnetrznych sporow. Bedzie cholernie trudno zorientowac sie, jak daleko mozemy sie posunac i gdzie jest granica bezpieczenstwa. Lawrence otworzyl aktowke, wyjal z niej plik papierow i podal go Campbellowi. – Co to jest? – spytal tamten. Lawrence starannie dobieral slowa. – Jedenascie dni temu w Moskwie Biuro Polityczne upowaznilo Rudina i Rykowa do podjecia rozmow. Ale tylko siedmioma glosami przeciwko szesciu. Jest tam silna frakcja opozycyjna, ktora chce zerwac rozmowy i utracic Rudina. W wyniku chwilowego zawieszenia broni Politbiuro wyznaczylo scisle granice ustepstw dla profesora Sokolowa, a tym samym dla Rudina. Jesli posuniemy sie poza te granice, Rudin upadnie. A to postawiloby przed nami powazne, bardzo powazne problemy. – Wiec co jest w tych papierach? – niecierpliwil sie juz Campbell. – Przyszly wczoraj z Londynu. To dokladny protokol z tego wlasnie zebrania Biura Politycznego. Campbell popatrzyl z niedowierzaniem. – O Boze! – jeknal. – Czyli mozemy dyktowac im warunki? – Niezupelnie – ostudzil go Lawrence. – Mozemy zadac tylko tego, na co moze sobie pozwolic ich frakcja umiarkowana. Krok dalej… i wszystko diabli wezma. Wizyta brytyjskiego premiera i ministra spraw zagranicznych w Waszyngtonie, do ktorej doszlo dwa dni pozniej, okreslana byla przez prase jako nieoficjalna. Pierwsza kobieta sprawujaca urzad premiera Wielkiej Brytanii przyjechala tu rzekomo glownie po to, by wyglosic przemowienie do uczestnikow zgromadzenia Unii Jezyka Angielskiego, i skorzystala z okazji, by zlozyc kurtuazyjna wizyte prezydentowi Stanow Zjednoczonych. Dziwne bylo tylko to, ze w czasie tej “kurtuazyjnej wizyty” w Bialym Domu prezydent Matthews, ktoremu towarzyszyli specjalny doradca do spraw bezpieczenstwa Poklewski i sekretarz stanu Lawrence, przekazal brytyjskim gosciom szczegolowa informacje o pomyslnym rozpoczeciu konferencji w Castletown. Porzadek obrad – mowil prezydent – zostal przyjety z niezwyklym pospiechem. Co najmniej trzy najwazniejsze obszary dyskusji uzgodniono niemal bez mnozacych sie zwykle zastrzezen co do kazdej kropki i kazdego przecinka. Prezydent wyrazil w zwiazku z tym nadzieje, ze po latach niepowodzen uda sie wreszcie w Castletown doprowadzic do powaznej redukcji broni i wojsk wzdluz Zelaznej Kurtyny, od Baltyku az po Morze Egejskie. Niestety, pod koniec spotkania dwojga szefow rzadow doszlo do zgrzytu. – Za rzecz pierwszorzednej wagi uwazamy, madame, by informacje z Politbiura, jakie docieraly do nas dotychczas, naplywaly nadal… bez tego konferencja moze sie zalamac. – Ma pan na mysli raporty “Slowika”? – spytala lakonicznie pani premier. – Tak. Uwazamy za niezbedne, by “Slowik” kontynuowal swoja dzialalnosc. – Rozumiem panskie racje, panie prezydencie – odpowiedziala spokojnie – ale, o ile wiem, ryzyko tej dzialalnosci jest ogromne. Nie moge podejmowac za Sir Nigela Irvine'a decyzji dotyczacych jego pracownikow. Zbyt wiele mam szacunku dla jego wlasnych kompetencji w tej sprawie. Oczywiscie zrobie wszystko, co bede mogla. Dopiero po tradycyjnej ceremonii przed frontem Bialego Domu, kiedy brytyjscy goscie wsiedli juz do swych limuzyn usmiechajac sie konwencjonalnie do kamer, Stanislaw Poklewski mogl dac upust swoim uczuciom. – Przeciez zaden agent swiata nie jest wart tyle, co sukces rozmow w Castletown! – To prawda – odparl Matthews – ale trzeba takze brac pod uwage to, co powiedzial Bob Benson. Osobiste ryzyko “Slowika” wiaze sie z innymi jeszcze niebezpieczenstwami. Jesli zostanie zdemaskowany i schwytany, cale Pohtbiuro dowie sie, jakie przekazal informacje. A wtedy moga natychmiast zerwac rozmowy w Castletown. A zatem “Slowika” trzeba albo przyciszyc, albo wywiezc… ale nie wczesniej, nim traktat bedzie dopiety na ostatni guzik i podpisany. A to moze potrwac jeszcze pol roku. Tego samego wieczoru, podczas gdy w Waszyngtonie slonce stalo jeszcze wysoko, “Sanadria” rzucila kotwice na redzie Odessy. Kiedy ucichl szczek kotwicznego lancucha, na frachtowcu zapadla cisza, zaklocana jedynie cichym buczeniem generatorow w maszynowni i sykiem pary wydostajacej sie spod pokladu. Drake, oparty o reling na dziobie, patrzyl, jak zapalaja sie swiatla w porcie i w miescie. Na zachod od statku, na polnocnym krancu portu, znajdowaly sie pirsy naftowe i rafineria, otoczone wysokim zelaznym ogrodzeniem. Ku poludniowi ciagnelo sie opiekuncze ramie falochronu, opasujace port. Dziesiec mil dalej wpada do morza rzeka Dniestr – przez bagniste tereny, na ktorych piec miesiecy temu Myroslaw Kamynski skradl lodke i podjal desperacka ucieczke ku wolnosci. Dzieki niemu dzisiaj Andrew Drake – nie, Andrij Dracz! – przybywal na ziemie swych przodkow; przybywal uzbrojony. Kapitan Thanos dostal wiadomosc, ze statek zostanie wprowadzony do portu i zacumowany przy nabrzezu dopiero jutro. Na razie zjawili sie na pokladzie kontrolerzy sanitarni i celnicy, ale spedzili tu zaledwie godzine: zamknieci z kapitanem w jego kajucie degustowali szkocka whisky najwyzszego gatunku, trzymana specjalnie na te okazje; zadnego szperania po statku nie bylo. Obserwujac, jak lodz celnikow odplywa od burty, Drake zastanawial sie, czy Thanos moglby go zdradzic. Byloby to calkiem latwe: Drake, aresztowany, pozostalby na brzegu, a kapitan pozeglowalby w sina dal ze swoimi piecioma tysiacami dolarow. Wszystko zalezy – pomyslal – od tego, czy Thanos uwierzyl w historie o pieniadzach wiezionych dla narzeczonej. Jesli tak, to nie mial zadnego powodu, by traktowac go jako _persona non grata, _ przestepstwo bowiem bylo nieznaczne. Marynarze Thanosa wozili kontrabande do Odessy doslownie w kazdym rejsie, a w koncu banknoty dolarowe to tylko pewien rodzaj malego szmuglu. Gdyby zas kapitan odkryl obecnosc sztucera i rewolwerow, prosciej i bezpieczniej niz denuncjowac Drake'a w Odessie byloby wyrzucic caly ten towar do morza, a bohaterowi afery dac tegiego kopniaka po powrocie do Pireusu. Mimo tych optymistycznych kalkulacji Drake nie mogl ani jesc, ani zasnac tego wieczora. Tuz po wschodzie slonca na poklad wszedl pilot. “Sanadria” podniosla kotwice, przyjela hol i poplynela wolno miedzy falochronami w strone nabrzeza. Mieli szczescie; Drake slyszal bowiem, ze w Odessie, najbardziej zatloczonym porcie ZSRR, zdarza sie bardzo dlugo czekac na miejsce przy nabrzezu. Nic dziwnego – pomyslal – ze potrzebuja tych “Vacuvatorow”. Nawet nie domyslal sie, jak bardzo potrzebuja. Kiedy dzwigi portowe zaczely rozladowywac statek, marynarzom pozwolono zejsc na lad. W trakcie rejsu Drake zaprzyjaznil sie ze stolarzem “Sanadrii”, Grekiem w srednim wieku, ktory kiedys odwiedzil Liverpool i odtad biegle uzywal dwudziestu znanych mu angielskich slow. Powtarzal je w kolko z wyrazna satysfakcja, ilekroc spotkal Drake'a, a ten za kazdym razem szalenczym potakiwaniem wyrazal swoja radosc i aprobate. Wyjasnil Constantinowi – troche po angielsku, troche na migi – ze ma dziewczyne w Odessie i wiezie dla niej prezenty. Grekowi bardzo sie to spodobalo. Teraz, z tuzinem innych marynarzy, zeszli po trapie i pomaszerowali w strone bramy portu. Drake wlozyl najlepszy ze swych kozuchow, choc dzien byl raczej cieply. Constantin dzwigal na ramieniu plocienna torbe, a w niej pare butelek eksportowej szkockiej. Caly port w Odessie odgrodzony jest od miasta i jego mieszkancow wysokim zelaznym plotem, zwienczonym drutem kolczastym i oswietlonym jupiterami. Glowna brama portowa jest zwykle w ciagu dnia otwarta: opuszczony jest tylko ciezki bialo-czerwony szlaban. Tedy przejezdzaja ciezarowki z towarami, pod czujnym okiem dwoch uzbrojonych milicjantow i calego tlumu celnikow. Wyjscie dla pieszych blokuje dlugi, waski barak; jedne jego drzwi wychodza na teren portu, drugie – do miasta. Do tego wlasnie baraku weszla pod wodza Constantina cala grupa z “Sanadrii”. Byl tu dlugi kontuar, obslugiwany przez jednego celnika, i kiosk kontroli paszportowej z wopista i milicjantem. Wszyscy trzej wygladali nedznie i mieli nadzwyczaj znudzone miny. Constantin podszedl wprost do celnika i rzucil na lade swoja torbe. Urzednik otworzyl ja i wyciagnal butelke whisky. Constantin pokazal na migi, ze to prezent; celnik zdobyl sie na przyjazny usmiech i schowal butelke pod lade. Teraz Constantin objal muskularnym ramieniem Drake'a i pociagnal go w strone kontuaru. – Drug – powiedzial i usmiechnal sie promiennie. Celnik skinal glowa na znak, ze zrozumial: przyjaciel stolarza powinien byc odpowiednio potraktowany. Teraz i Drake usmiechnal sie szeroko. Cofnal sie nieco i popatrzyl na celnika takim wzrokiem, jakim dobry sprzedawca odziezy patrzy na klienta. Potem zrobil krok do przodu, zdjal z siebie kozuch i uniosl go wysoko, dajac do zrozumienia, ze on i celnik sa niemal tego samego wzrostu. Urzednik nie trudzil sie jednal przymiarkami, to byl swietny kozuch, wart wiecej niz cala jego miesieczna pensja. Usmiechem wyrazil swoje uznanie, wsunal kozach pod kontuar i przepuscil cala grupe dalej. Wopista i milicjant nie okazali najmniejszego zdziwienia. Dla nich byla druga butelka whisky. Marynarze z “Sanadrii” oddali wopiscie swoje ksiazeczki morskie lub – jak Drake – paszporty i dostali w zamian przepustki portowe, ktore oficer wyciagal z przewieszonej przez ramie raportowki. Pare minut pozniej towarzystwo z “Sanadrii” wynurzylo sie na swiatlo dzienne po drugiej stronie baraku. Drake mial umowione spotkanie w kawiarence w dzielnicy portowej – w gaszczu starych brukowanych uliczek, niedaleko pomnika Puszkina, gdzie teren _zaczyna, _ wznosic sie stromo ku centrum miasta. Znalazl kawiarnie po trzydziestu minutach wedrowki, rozstawszy sie z kolegami marynarzami pod pozorem spotkania z mityczna narzeczona. Constantin zreszta nie protestowal. Musial przeciez odwiedzic swoich przyjaciol z tutejszego polswiatka i sprzedac caly worek dzinsow. W poludnie w kawiarni pojawil sie Lew Miszkin. Byl czujny, skupiony, usiadl w odleglym kacie i niczym nie zdradzil, ze zna Drake'a. Wypiwszy swoja kawe wstal i opuscil kawiarnie. Drake poszedl za nim. Dogonil go jednak dopiero wtedy, gdy wyszli na szeroki nadbrzezny Bulwar Primorski. Rozmawiali polglosem, przechadzajac sie. Drake zgodzil sie, by pierwsza partie towaru dostarczyc jeszcze tego samego wieczora: rewolwery zatknie za pasek, a wzmacniacz obrazu umiesci w torbie, pod dwiema butelkami whisky. Jego wizyta w miescie nie powinna wzbudzic podejrzen: wielu zachodnich marynarzy wybierze sie wieczorem do knajp w dzielnicy portowej. Aby lepiej zamaskowac rewolwery, wlozy na siebie nastepny kozuch, a zapiete guziki beda czyms calkiem naturalnym w wieczornym chlodzie. Miszkin i Lazariew spotkaja sie z nim pod pomnikiem Puszkina i tam odbiora towar. Tuz po osmej Drake wszedl ponownie do baraku kontroli celnej z pierwsza czescia swego ladunku. Wesolo pozdrowil celnika, ktory natychmiast odeslal go do kolegi zajmujacego sie paszportami. Ten bez slowa wydal Drake'owi przepustke i ruchem brody wskazal na otwarte drzwi do miasta. Wkrotce Andrew znalazl sie u stop pomnika Puszkina i podziwial szlachetna glowe poety na tle gwiazd. Z ciemnosci, spoza pobliskich platanow, wylonily sie dwie postaci. – Byly jakies klopoty? – spytal Lazariew. – Zadnych. – No to do roboty – rzekl Miszkin. Obaj mieli ze soba duze aktowki, jakie w ZSRR nosi co dzien kazdy niemal mezczyzna. W tych milionach teczek nie ma jednak na ogol zadnych papierow: jest to meska wersja siatki na zakupy, z jaka nie rozstaja sie tutejsze kobiety, a ktora wszyscy nazywaja “torba byc-moze”. Nazwa bierze sie z niejasnej nadziei, jaka zywi kazdy przechodzien, ze byc moze “rzuca” jakis interesujacy towar do nabycia – a on zdazy go kupic przed wyczerpaniem calej dostawy albo nawet (szczyt sukcesu) zanim ustawi sie tasiemcowa kolejka. Miszkin schowal wzmacniacz obrazu do swojej teczki, ktora byla wieksza. Lazariew zapakowal do swojej oba rewolwery, zapasowe magazynki i pudelko z nabojami do sztucera. – Odplywamy jutro wieczorem – powiedzial Drake. – Dlatego sztucer bede musial wam dostarczyc juz rano. – Cholera! – zaklal Miszkin. – Przy swietle dziennym to nie bedzie latwe. Sluchaj, Dawid, ty lepiej znasz port. Gdzie mozna by to zrobic? Lazariew zastanawial sie przez chwile. – Jest tam taka uliczka miedzy dwoma warsztatami naprawy dzwigow. Opisal te warsztaty, pomalowane na brudnoszary kolor, niezbyt odlegle od bramy portu. – Uliczka jest krotka i waska. Z jednej strony dochodzi prawie do morza, z drugiej konczy sie na starym dziurawym murze. Wejdziesz tam od strony morza punktualnie o jedenastej. Ja podejde pod mur od drugiej strony. Jesli w uliczce ktos bedzie, idz spokojnie dalej, obejdz dokola warsztat i probuj jeszcze raz. Jesli uliczka bedzie pusta, przerzuc towar przez mur, a my go juz zabierzemy. – W czym to przyniesiesz? – spytal Miszkin. – W torbie podroznej… mam taka, dluga prawie metr, a owine kozuchem. Lazariew nagle przerwal rozmowe. – Ktos idzie, zmywamy sie! Kiedy Drake wracal na “Sanadrie”', w baraku celnikow pracowala juz inna zmiana; zrewidowali go, ale byl zupelnie czysty. Nazajutrz poprosil kapitana Thanosa o jeszcze jedno zwolnienie na brzeg, tlumaczac, ze chce jak najdluzej przebywac ze swa narzeczona. Thanos zwolnil go od zajec na pokladzie i pozwolil odejsc. W baraku celnym Drake przezyl nieprzyjemna chwile. Kazano mu wywrocic kieszenie; polozyl na podlodze swoja dluga torbe i poslusznie zrobil, co kazali. Z kieszeni wypadly cztery banknoty dziesieciodolarowe. Celnik, ktory wygladal, jakby byl w zlym humorze, pogrozil ostrzegawczo palcem i skonfiskowal Drake'owi dolary. Na torbe nie zwrocil uwagi. Zapewne kozuchy uwazal za dopuszczalna kontrabande – dolarow nie. Uliczka przy warsztatach byla calkiem pusta – tylko Drake na jednym jej koncu, a Lazariew i Miszkin na drugim. Miszkin od razu dostrzegl Drake'a, wchodzacego w uliczke od strony morza, a kiedy tamten zblizyl sie do muru, powiedzial tylko: – Dawaj! Drake przerzucil torbe wprost na plecy Lazariewa. – Powodzenia – powiedzial na pozegnanie. – I do zobaczenia w Izraelu. Sir Nigel Irvine byl wprawdzie czlonkiem trzech innych klubow na West Endzie, ale na kolacje z Barrym Ferndalem i Adamem Munro wybral klub Brooksa. Przy jedzeniu, jak zwykle, nie bylo mowy o sprawach powaznych; zajeli sie nimi dopiero po przejsciu do palarni, gdzie podaje sie kawe, porto i cygara. Sir Nigel specjalnie poprosil sekretarza klubu, by zarezerwowal dlan naroznik salonu, przy oknie wychodzacym na St. James's Street; tu czekaly juz na nich cztery glebokie skorzane fotele. Munro zamowil brandy z woda, a przed Ferndalem i Sir Nigelem stanela na stoliku karafka porto z najlepszego rocznika, jakim dysponowal klub. Przez jakis czas milczeli, wdychajac dym z cygar i saczac kawe. Ze scian patrzyli na nich Dyletanci – dzentelmeni z osiemnastowiecznej londynskiej socjety. – A wiec, drogi panie Adamie, na czym polega problem? – spytal w koncu Sir Nigel. Munro spojrzal znaczaco na dwoch wysokich urzednikow panstwowych, siedzacych przy sasiednim stoliku; czlowiek obdarzony dobrym uchem mogl z tej odleglosci wiele uslyszec. Sir Nigel zrozumial to spojrzenie. – Jesli tylko nie bedziemy krzyczec – zauwazyl spokojnie nikt nas nie uslyszy. Dzentelmeni nie podsluchuja innych dzentelmenow. Munro zastanawial sie przez chwile nad sensem tych slow. – My to robimy – rzekl przekornie. – To co innego – odezwal sie Ferndale – taka nasza praca. – No wiec – zdecydowal sie wreszcie Munro – chce zabrac stamtad “Slowika”. Irvine wpatrzyl sie w spopielony koniec swego cygara. – Ach tak? – rzekl. – Czy jest jakis szczegolny powod? – Przemeczenie nerwowe. W lipcu musial ukrasc oryginalne nagranie i zastapic je czysta tasma. To sie moze wydac, chocby przez przypadek. “Slowik” wciaz o tym mysli i wykancza sie nerwowo. A prawdopodobienstwo wpadki rzeczywiscie rosnie po kazdym nowym wyniesionym protokole. Rudin toczy smiertelna walke o swoja egzystencje i o wlasciwego sukcesora. Jesli “Slowik” popelni jakas nieostroznosc albo po prostu noga mu sie powinie, moze pasc ofiara tej walki. – To jest ryzyko kazdego informatora – rzekl Ferndale. – Zdarzaja sie wypadki przy pracy. Takiego Pienkowskiego tez zlapali. – No wlasnie – podchwycil Munro. – A przeciez Pienkowski przekazal nam juz niemal wszystko, co mogl. Bylo juz po kryzysie kubanskim i Rosjanie nie mogli w zaden sposob odwrocic szkod, jakie Pienkowski im wyrzadzil. – Ja opowiadalbym sie raczej za pozostawieniem “Slowika” na miejscu – powiedzial Sir Nigel. – Moze tam jeszcze bardzo duzo dla nas zrobic. – Ale moze nam tez zaszkodzic – odparl Munro. – Jesli “Slowik” wyjedzie teraz, Kreml nigdy nie dowie sie, jakie informacje wyszly na Zachod. Jesli go zlapia, zmusza go do mowienia. A to, co wyspiewa, z pewnoscia wystarczy, by obalic Rudina. O ile sie orientuje, Zachod nie jest w tej chwili zainteresowany upadkiem Rudina. – Istotnie – przyznal Sir Nigel – tu ma pan racje. Zastanowmy sie jednak nad roznymi mozliwosciami. Jesli wywieziemy “Slowika” juz teraz, KGB przeprowadzi gruntowne sledztwo dotyczace minionych miesiecy. Przypuszczalnie odkryja przy tym brak jednej tasmy i uznaja, ze na Zachod przekazano znacznie wiecej. Sprawa wyglada jeszcze gorzej, jesli “Slowika” zlapia. Wycisna z niego dokladna i pelna informacje o tym, co przekazal. Bardzo prawdopodobne, ze poleci przy tym Rudin. I jesli nawet przy okazji takze Wiszniajew popadnie w nielaske, rozmowy w Castletown zalamia sie. Trzecia mozliwosc to pozostawic “Slowika” w Moskwie do czasu zakonczenia konferencji w Castletown i podpisania ukladu rozbrojeniowego. Wtedy wojownicza frakcja w Politbiurze nic juz nie bedzie mogla zdzialac… – Ja wolalbym go stamtad zabrac od razu – przerwal Munro. – A jesli to sie nie uda, to przynajmniej uspic go, wstrzymac raporty. – A ja uwazam, ze powinien kontynuowac prace – powiedzial Ferndale – w kazdym razie do konca rozmow w Castletown. Sir Nigel wazyl w milczeniu rozne racje. – Bylem dzisiaj u premiera – rzekl w koncu. – Pani Carpenter wyrazila przy tej okazji zyczenie, bardzo powazne zyczenie, zarowno w imieniu swoim, jak prezydenta USA. Nie moge na razie temu zyczeniu odmowic, chyba ze uzyskam przekonujace dowody, ze “Slowik” jest rzeczywiscie bliski dekonspiracji. Otoz Amerykanie takze uwazaja za niezbedne, by “Slowik” nadal informowal ich o wewnetrznych decyzjach, przynajmniej do Nowego Roku. Bez tych informacji nie ma co marzyc o jakims sensownym, korzystnym dla nas ukladzie w Castletown. Zrobimy wiec tak – kontynuowal Sir Nigel. – Ty, Barry, przygotujesz plan wywiezienia “Slowika”. Taki, ktory mozna by w razie czego szybko uruchomic i zrealizowac. Wywieziemy “Slowika”… i to natychmiast… jesli ziemia zacznie mu sie palic pod stopami. Na razie jednak wazniejsze jest Castletown i udaremnienie planow kliki Wiszniajewa. Trzy, cztery dalsze raporty powinny wystarczyc, by rozmowy w Castletown weszly w stadium finalowe. Sowieci nie moga zbyt dlugo czekac z porozumieniem zbozowym… najwyzej do lutego lub marca. Potem, panie Adamie, zabierzemy “Slowika” na Zachod, a jestem pewien, ze Amerykanie potrafia okazac mu swoja wdziecznosc… jak zwykle w takich przypadkach. Kolacja w mieszkaniu Maksyma Rudina na Kremlu byla o wiele bardziej poufna, niz tamta w Brooks's Club w Londynie. Zaostrzonej czujnosci ludzi z Kremla nie oslabiaja zadne dygresje na temat uczciwosci dzentelmenow w stosunku do innych dzentelmenow. Totez nie bylo tu nikogo, kto moglby podsluchac uczestnikow spotkania, z wyjatkiem niemego Miszy. Rudin usiadl w swym ulubionym fotelu i wskazal miejsca Iwanience i Pietrowowi. – Co sadzisz o dzisiejszym zebraniu? – zwrocil sie do Pietrowa bez zadnych wstepow. Szef wydzialu organizacyjnego KPZR wzruszyl ramionami. – Chyba jestesmy gora. Raport Rykowa byl prawdziwym majstersztykiem. Musimy jednak niestety pojsc jeszcze na pare ustepstw, aby dostac to zboze. A Wiszniajew ma ciagle ochote na wojne. – Wiszniajew ma ochote na moje stanowisko – brutalnie sprostowal Rudin. – O to mu chodzi. Wojny chce Kierenski. Chce choc raz uzyc swojej ukochanej armii, zanim calkiem sie zestarzeje. – Ale w sumie wychodzi na jedno – powiedzial Iwanienko. – Jesli Wiszniajew zajmie wasze miejsce, bedzie mial juz taki dlug wobec Kierenskiego, ze ani nie bedzie potrafil, ani nie zechce przeciwstawic sie jego “receptom na wszelkie dolegliwosci”. I pozwoli Kierenskiemu rozpetac wojne, jak nie wiosna, to latem. Ten tandem zniszczy wszystko, co zbudowaly dwa pokolenia. – Jakie sa wnioski z twojej wczorajszej odprawy? – spytal Rudin. Wiedzial, ze Iwanienko naradzal sie poprzedniego dnia z dwoma wysokimi funkcjonariuszami KGB, kierujacymi robota w Trzecim Swiecie. Jeden nadzorowal wszystkie operacje dywersyjne w Afryce, drugi na Bliskim Wschodzie. – Optymistyczne – odparl Iwanienko. – Kapitalisci od lat tak zredukowali dzialalnosc polityczna w Afryce, ze nie zdolaja juz odzyskac dawnych pozycji. W Waszyngtonie i Londynie rzadza wciaz liberalowie, przynajmniej w dziedzinie stosunkow zagranicznych. Sa tak zajeci Afryka Poludniowa, ze prawie w ogole nie dostrzegaja Nigerii i Kenii. Oba te kraje lada dzien wpadna w nasze rece. Trudniej bedzie z Francuzami w Senegalu. Za to na Bliskim Wschodzie mozemy przewidywac, ze Arabia Saudyjska zalamie sie najdalej za trzy lata. Jest juz prawie otoczona. – A dalsze perspektywy? – spytal Rudin. – Za kilka lat, najdalej w 1990, bedziemy w pelni panowac nad swiatowym wydobyciem ropy i nad szlakami zeglugowymi. Systematycznie prowadzimy kampanie usypiajaca w Waszyngtonie i w Londynie, i to przynosi efekty. Rudin wypuscil klab dymu i strzasnal popiol z papierosa w popielniczke podsunieta w pore przez Misze. – Niestety, ja juz tego nie zobacze – westchnal – ale wy zobaczycie. Za dziesiec lat Zachod bedzie zdychal z glodu, a my zwyciezymy bez jednego wystrzalu. To jeszcze jeden powod, zeby teraz powstrzymac Wiszniajewa. Cztery kilometry na poludnie od Kremla, w ciasnym zakolu rzeki, nie opodal wielkiego stadionu imienia Lenina, stoi stary klasztor Nowo-dziewiczy. Jego glowne wejscie znajduje sie dokladnie naprzeciwko najwiekszego sklepu “Bieriozki” – przedsiebiorstwa, w ktorym bogaci i uprzywilejowani, a takze cudzoziemcy, moga za twarde waluty kupowac luksusowe artykuly, niedostepne dla zwyklych ludzi. Tereny klasztoru obejmuja trzy male stawy i cmentarz; ten ostatni jest dostepny dla pieszych. Stroz przy bramie raczej rzadko zatrzymuje ludzi wchodzacych tu z wiazankami kwiatow. Munro zostawil samochod na parkingu przed sklepem “Bieriozki” – posrod wielu innych, ktorych tabliczki zdradzaly przynaleznosc ich wlascicieli do sfery uprzywilejowanych. “Gdzie mozesz ukryc drzewo?” – pytal zwykle jego instruktor w szkole wywiadu. – “W lesie. A kamyk? Na plazy. Zawsze trzymaj sie tego, co naturalne”. Munro przeszedl przez jezdnie i powedrowal przez cmentarz z bukietem gozdzikow; Walentyna czekala juz na niego nad stawem. Pazdziernik niosl pierwsze ostre wiatry od wschodnich stepow i pedzil po niebie szare, ciezkie chmury. Powierzchnia wody marszczyla sie i falowala pod uderzeniami wiatru. – Rozmawialem z Londynem – rzekl Munro cicho. – Powiedzieli, ze na razie to zbyt ryzykowne. Po twojej ucieczce na pewno ujawni sie brak tamtej tasmy. Kreml dowie sie, co zostalo przekazane. Ci w Londynie uwazaja, ze w takiej sytuacji Biuro mogloby wycofac sie z rozmow w Irlandii i przyjac plan Wiszniajewa. Zadrzala; nie wiedzial, czy od chlodu, czy z leku przed swymi przelozonymi. Objal ja i przytulil do siebie. – Chyba maja racje – powiedzial. – W koncu Politbiuro prowadzi rozmowy w sprawie zywnosci i pokoju. Nie szykuja wojny. Wydaje sie, ze przynajmniej Rudin i jego grupa sa w tej sprawie uczciwi. – Tacy sami dranie, jak tamci – parsknela ze zloscia. – Gdyby nie musieli, nie prowadziliby zadnych rozmow. – To prawda, dzialaja pod przymusem. Musza dostac to zboze i wiedza, ze innej mozliwosci nie ma. Ale wlasnie dlatego mozna miec wreszcie nadzieje na swiatowy uklad pokojowy. – Jesli do tego dojdzie, nie bede zalowac tego, co zrobilam. Nie chce, zeby Sasza wychowywal sie na gruzach, tak jak ja. Ani zeby musial spedzic cale zycie z karabinem w reku. – Nie bedzie musial. Mozesz byc pewna, ze bedzie dorastal jako czlowiek wolny, na Zachodzie, pod twoja i moja opieka. Moi szefowie zgodzili sie juz _zabrac _ cie stad wiosna. – Wiosna? To znaczy kiedy? – Te rozmowy nie moga trwac zbyt dlugo. Kreml musi miec zboze najpozniej w kwietniu. Skoncza sie stare dostawy, wyczerpia sie wszystkie rezerwy. Kiedy tylko uklad zostanie parafowany, moze nawet przed ostatecznym podpisaniem, zabierzemy stad ciebie i Sasze. A na razie wolalbym, zebys ograniczyla ryzyko. Zbieraj tylko najwazniejsze materialy, bezposrednio zwiazane z rozmowami pokojowymi w Castletown. – Mam tu wlasnie cos takiego – odpowiedziala tracajac lokciem torbe. – To material sprzed dziesieciu dni. W wiekszosci tak specjalistyczny, ze nic nie rozumiem. Dotyczy dopuszczalnych redukcji SS-20. Munro pokiwal ponuro glowa. Duzo juz wiedzial o tych rakietach z glowicami nuklearnymi, bardzo precyzyjnych i latwych do transportu dzieki ruchomym wyrzutniom na samobieznych podwoziach. Juz setki takich wyrzutni krazyly po duktach lesnych calej Europy Wschodniej. Dwadziescia cztery godziny pozniej kolejny scisle tajny pakiet powedrowal do Londynu. Trzy dni przed koncem miesiaca, w centrum Kijowa, pewna starsza kobieta szla ulica Swierdlowa w strone swojego domu. Choc miala prawo do sluzbowego samochodu z kierowca, ta stara wiesniaczka z twardymi, chlopskimi zasadami nawet przy swoich siedemdziesieciu paru latach wolala krotkie trasy pokonywac pieszo. A jej dzisiejsza wyprawa istotnie nie byla daleka: ot, wizyta u przyjaciolki dwie ulice dalej. Odprawila wiec na ten wieczor kierowce. Minela wlasnie dziesiata, kiedy kobieta przechodzila przez jezdnie na wprost bramy swego domu. Nie zauwazyla czajacego sie w mroku ulicy samochodu. Kiedy znalazla sie na srodku jezdni, samochod ruszyl na nia z piskiem opon, oslepiajac ja reflektorami. Zastygla w przerazeniu. Pojazd pedzil wprost na nia, w ostatniej chwili lekko skrecil. Blotnik uderzyl ja w biodro i odrzucil az do krawedzi jezdni. Jak przez mgle slyszala kroki przechodniow biegnacych jej na pomoc. Samochod nie zatrzymal sie: pomknal z rykiem ulica Swierdlowa w strone Kreszczatiku. Tegoz wieczora Edwin J. Campbell, szef delegacji amerykanskiej na rozmowy w Castletown, wracal zmeczony i niezadowolony do rezydencji ambasadora w Phoenix Park. Ameryka zafundowala swemu przedstawicielowi w Dublinie elegancki palacyk, a po niedawnej modernizacji znalazlo sie w nim kilka apartamentow goscinnych. Najlepszy z nich zajmowal teraz Edwin Campbell. Z przyjemnoscia pomyslal o czekajacej go goracej kapieli i wypoczynku. Kiedy zdejmowal plaszcz i wital sie z gospodarzem, podszedl don jeden z kurierow ambasady i wreczyl mu brazowa koperte. Skrocila ona o pare godzin jego sen tej nocy – ale warta byla tego. Nastepnego dnia, zajmujac swoje miejsce w Dlugiej Galerii w Castletown, z kamienna twarza spogladal na siedzacego po drugiej strome stolu profesora Sokolowa. Doskonale, profesorku – pomyslal. – Juz dobrze wiem, na co mozesz sie zgodzic, a na co nie. No, zaczynajmy. Zaledwie po czterdziestu osmiu godzinach delegat ZSRR zgodzil sie, ze Uklad Warszawski zmniejszy o polowe liczbe taktycznych rakiet nuklearnych na ruchomych wyrzutniach, rozlokowanych w Europie Wschodniej. Szesc godzin pozniej w sali jadalnej Castletown parafowano protokol, przewidujacy sprzedaz z USA do ZSRR – po okazyjnych cenach – technologii wydobycia i rafinacji nafty, wartej 200 milionow dolarow. Stara kobieta byla nieprzytomna, gdy karetka przywiozla ja do szpitala im. Rewolucji Pazdziernikowej przy ulicy Karola Liebknechta 39. Odzyskala przytomnosc dopiero rano. Wtedy powiedziala, kim jest; wladze szpitala wpadly w panike – natychmiast przewieziono ja z sali zbiorowej do izolatki, ktora wkrotce wypelnila sie kwiatami. Tego samego dnia najlepszy chirurg ortopeda Kijowa osobiscie zestawil jej zlamana kosc udowa. W Moskwie Iwanienko z najwieksza uwaga wysluchal telefonicznego raportu swego adiutanta. Natychmiast podjal decyzje. – Zawiadom dyrekcje szpitala, ze przyjade. Jak tylko obudzi sie z narkozy. Kiedy? Jutro wieczorem? Dobrze, zalatw to. 31 pazdziernika wieczorem panowal w Kijowie przenikliwy chlod. Nie bylo zywej duszy na ulicy Rozy Luxemburg, na tylach szpitala im. Rewolucji Pazdziernikowej, gdy podjechaly tu dwie dlugie czarne limuzyny. Szef KGB wolal skorzystac z tego wlasnie tylnego wejscia, niz wchodzic przez wielka, jasno oswietlona brame frontowa. Caly szpital stoi na niewielkim podwyzszeniu terenu, posrod wysokich drzew. Nizej, po drugiej stronie ulicy Rozy Luxemburg, wznoszono wlasnie nowy pawilon szpitala; jego nie ukonczone jeszcze wyzsze kondygnacje wyrastaly ponad okoliczna zielen. Czuwajacy tu miedzy workami skawalonego cementu dwaj ludzie zacierali wciaz rece, by pobudzic obieg krwi, i wpatrywali sie w oswietlone tylko jedna slaba zarowka znad bramy limuzyny zaparkowane przed drzwiami. Mezczyzna zblizajacy sie do drzwi wewnetrznymi schodami mial przed soba jeszcze siedem sekund zycia. Ubrany byl w dlugi plaszcz z futrzanym kolnierzem i grube rekawiczki, choc od czekajacego nan cieplego wnetrza samochodu dzielilo go zaledwie pare plyt chodnika. Ostatnie dwie godziny czlowiek ow spedzil w towarzystwie matki, pocieszajac ja i upewniajac, ze winowajcy zostana zlapani, gdyz znaleziono juz porzucony przez nich samochod. Idacy przed nim adiutant podbiegl do drzwi i wylaczyl zewnetrzne oswietlenie. Brama i chodnik przed nia pograzyly sie w mroku. Dopiero wtedy Iwanienko ukazal sie w drzwiach, otwartych przez jednego z szesciu towarzyszacych mu goryli. Na ten widok zerwali sie z miejsc czterej inni, czekajacy nan na zewnatrz. Szedl posrod nich jak cien posrod cieni. Szybko przemierzyl chodnik, zblizajac sie do samochodu, ktorego silnik juz pracowal. Zatrzymal sie na sekunde, zanim otwarto przed nim tylne drzwi, i wtedy wlasnie umarl: pocisk z mysliwskiego sztucera przebil mu czolo, rozlupal kosc ciemieniowa, wyszedl przez tyl czaszki i utkwil w ramieniu jednego z adiutantow. Wystrzal, odglos trafienia pocisku w cel i pierwszy krzyk alarmu pulkownika Kukuszkina – szefa ochrony osobistej Iwanienki – rozlegly sie niemal rownoczesnie. Zanim padajacy czlowiek dosiegna! chodnika, pulkownik Jewgienij Kukuszkin chwycil go pod ramiona i wciagnal brutalnie na tylne siedzenie wozu. Drzwi nie byly jeszcze zatrzasniete, kiedy pulkownik krzyczal na przerazonego kierowce: – Jechac, szybko! Kiedy ZIL zeskakiwal z piskiem opon z kraweznika, Kukuszkin trzymal broczaca krwia glowe na kolanach i goraczkowo myslal, co robic dalej; ktory szpital bedzie odpowiedni dla czlowieka tej rangi? Ale gdy dojechali do konca ulicy Rozy Luxemburg, pulkownik wlaczyl swiatlo w kabinie. To, co zobaczyl – a widzial juz wiele w swej karierze -wystarczylo, by stwierdzic, ze jego boss nie potrzebuje juz zadnego szpitala. Nastepna mysl przyszla calkiem automatycznie (ludzie tego zawodu maja ja zaprogramowana w mozgu): nikt nie moze sie dowiedziec. Zdarzylo sie cos, o czym nawet myslec nie wolno i o czym nie moze wiedziec nikt z wyjatkiem garstki uprawnionych. Kukuszkin zawdzieczal swoj szybki awans nadzwyczajnej przytomnosci umyslu. Teraz, upewniwszy sie, ze druga limuzyna, wiozaca ochrone czajka, jedzie za nim, kazal kierowcy zatrzymac sie w jakiejs ciemnej i spokojnej uliczce, co najmniej trzy kilometry od szpitala im. Rewolucji Pazdziernikowej. Opuszczajac nieruchomy i zaciemniony samochod, wokol ktorego rozstawili sie agenci ochrony, Kukuszkin zdjal przesiakniety krwia plaszcz i ruszyl na piechote. Po chwili telefonowal juz z pobliskich koszar milicji: jego legitymacja i ranga natychmiast udostepnily mu wejscie do gabinetu komendanta i do specjalnej bezposredniej linii. Przez pietnascie minut nie odrywal sluchawki od ucha. – Musze natychmiast rozmawiac z towarzyszem sekretarzem generalnym Rudinem – powiedzial telefonistce w kremlowskiej centrali. Telefonistka wiedziala, ze to nie dowcip ani bezczelnosc – dowodzila tego jednoznacznie linia, ktora przyszedl sygnal. Polaczyla Kukuszkina z adiutantem dyzurujacym w budynku Arsenalu, ten z kolei zawiadomil Maksyma Rudina interfonem. Rudin natychmiast zgodzil sie przyjac telefon. – Tak – powiedzial – Rudin przy aparacie. Pulkownik Kukuszkin nigdy przedtem z nim nie rozmawial, ale wiele razy widzial go i slyszal z bliska. Poznal glos Rudina. Przelknal z trudem sline, wzial gleboki oddech i wreszcie przemowil. Po drugiej stronie linii Rudin sluchal z uwaga, potem zadal pare krotkich pytan, rzucil szereg polecen i odlozyl sluchawke. Spojrzal na Pietrowa, ktory pochylil sie ku niemu calym cialem, zaintrygowany i zaniepokojony. – Jurij Iwanienko nie zyje – odezwal sie Rudin, wciaz jeszcze z niedowierzaniem w glosie. – To nie atak serca. Zostal zastrzelony. Ktos przed chwila zamordowal szefa KGB. Za oknem zegar nad Brama Spasska wybil polnoc; pograzony we snie swiat zrobil jeden krok w kierunku wojny. 8. Oficjalnie KGB podlegal zawsze Radzie Ministrow. W praktyce jest on agenda Biura Politycznego. Codzienna praca KGB, kazda nominacja oficerska, kazdy awans, a takze systematyczna indoktrynacja wszystkich pracownikow – kontrolowane sa przez Biuro za posrednictwem Wydzialu Organizacyjnego KC. Kazdy funkcjonariusz KGB, na kazdym szczeblu kariery, jest nieustannie sledzony: o kazdym zbiera sie informacje i sporzadza raporty; w Zwiazku Radzieckim nawet zawodowi szpicle nie sa wylaczeni spod powszechnej inwigilacji. Ale wlasnie dzieki temu ta najpotezniejsza ze znanych machin nadzoru sama nigdy nie moze wymknac sie spod kontroli. W nastepstwie smierci Iwanienki kierownictwo nad akcja sledcza, jaka zarzadzil Rudin, objal Wasyl Pietrow. Kukuszkinowi wydal Rudin polecenie natychmiastowego powrotu do Moskwy. Obie limuzyny mialy tu dotrzec jak najszybciej i najkrotsza droga, nie zatrzymujac sie ani na posilki, ani dla odpoczynku. ZIL wiozacy cialo Iwanienki mial uzupelniac paliwo wylacznie z kanistrow, dostarczanych przez towarzyszaca mu czajke, poza zasiegiem wzroku pracownikow stacji benzynowych i przygodnych obserwatorow. Na przedmiesciach Moskwy oba samochody skierowano do kliniki Biura Politycznego w Kuncewie; tutaj cialo z roztrzaskana glowa pogrzebano cichcem w sosnowym lasku na terenie kliniki, w bezimiennej mogile. W orszaku zalobnym znalezli sie jedynie agenci ochrony osobistej Iwanienki – nastepnie wszyscy oni zostali zatrzymani w areszcie domowym, w jednym z rzadowych osrodkow wypoczynkowych gdzies w lesie. Do pilnowania tych ludzi wyznaczono straznikow nie z KGB, ale z kremlowskiej gwardii palacowej. Ta przymusowa izolacja nie objela pulkownika Kukuszkina. On jeden zostal wezwany do gabinetu Pietrowa w budynku Komitetu Centralnego. Wchodzac tam pulkownik byl ciezko przestraszony, a rozmowa z Pietrowem bynajmniej nie usmierzyla jego obaw. Pietrow dal mu tylko jedna szanse uratowania kariery i zycia – powierzyl mu kierowanie sledztwem. Kukuszkin zaczal od tego, ze odizolowal caly oddzial w klinice w Kuncewie i obstawil go ludzmi z KGB z placu Dzierzynskiego. Do Kuncewa sprowadzono tez dwoch lekarzy KGB, ktorzy mieli sie opiekowac pacjentem tego zamknietego oddzialu – pacjentem, ktory w rzeczywistosci byl pustym lozkiem. Nikt nie mial tu wstepu, z wyjatkiem owych dwu lekarzy, oni zas, choc wiedzieli tylko tyle, by miec tegiego stracha, zgromadzili w zamknietym oddziale wszelkie wyposazenie i medykamenty niezbedne w leczeniu zawalow serca. Juz nastepnego dnia poza tajnym oddzialem tajnego szpitala przy szosie Moskwa – Minsk o Juriju Twanience w ogole przestalo sie mowic. W tej wstepnej fazie sledztwa do sekretu dopuszczono tylko jednego nowego czlowieka. Posrod szesciu zastepcow Iwanienki – wszyscy mieli gabinety na trzecim pietrze centrali KGB, w sasiedztwie gabinetu szefa – jeden byl oficjalnym pierwszym zastepca. General Konstantin Obrazcow (bo on wlasnie zajmowal to stanowisko) zostal wezwany do Pietrowa i poinformowany o tym, co sie zdarzylo. Ta informacja wstrzasnela generalem bardziej, niz cokolwiek w calej jego trzydziestoletniej juz karierze w tajnej policji. Oczywiscie i on nie mial watpliwosci, ze trzeba kontynuowac maskarade. Totez w szpitalu imienia Rewolucji Pazdziernikowej w Kijowie matka zamordowanego, otoczona staranna opieka miejscowego KGB, nadal dostawala codziennie listy od syna ze slowami pociechy i zyczeniami rychlego powrotu do zdrowia. Z kolei trzej robotnicy z budowy naprzeciwko szpitala, ktorzy nazajutrz po zamachu znalezli sztucer i noktowizor, zostali natychmiast wywiezieni wraz z rodzinami do obozu pracy przymusowej w Mordowii. Z Moskwy przyslano tymczasem dwoch inspektorow z wydzialu kryminalnego milicji, ktorzy mieli przeprowadzic w Kijowie sledztwo w sprawie aktu bandytyzmu. Byl z nimi pulkownik Kukuszkin, ktory przekazal im nastepujaca historyjke: strzelano do jadacego samochodu miejscowego dzialacza partyjnego; kula przebila szybe przednia i utkwila w tapicerce. Inspektorom pokazano nawet prawdziwa kule wyjeta z ramienia goryla z KGB i bardzo starannie umyta. Powiedziano im tez, ze maja wysledzic i zidentyfikowac bandytow, dzialajac jednak w absolutnej dyskrecji. Nieco zdezorientowani i bardzo niezadowoleni z tych warunkow – przystapili do poszukiwan. Przerwano budowe nowej czesci szpitala, nie ukonczony pawilon opieczetowano, zapewniono inspektorom najlepsze wyposazenie badawcze. I tylko jednego im nie powiedziano – prawdy o zamachu. Kiedy juz ostatni kawalek tej oszukanczej ukladanki znalazl sie na swoim miejscu, Pietrow zglosil sie osobiscie z raportem do Rudina. Staremu przywodcy przypadlo najtrudniejsze zadanie: poinformowac Biuro o tym, co sie rzeczywiscie zdarzylo. Zlozony dwa dni pozniej osobisty raport dr. Myrona Fletchera z Departamentu Rolnictwa dla prezydenta Matthewsa potwierdzil najbardziej optymistyczne oczekiwania doraznego komitetu prezydenckiego. Dzieki pomyslnej pogodzie zbiory wszystkich rodzajow zboz w calej Ameryce Polnocnej okazaly sie nie tylko duze, ale wrecz rekordowe. Nawet przy pelnym zaspokojeniu wlasnych potrzeb i przy zachowaniu dotychczasowego poziomu pomocy zywnosciowej dla krajow ubogich – laczna nadwyzka USA i Kanady bedzie siegac 60 milionow ton ziarna. – No to jestesmy w domu, panie prezydencie! – zawolal triumfalnie Poklewski. – Moze pan teraz w dowolnym momencie kupic cala te nadwyzke po cenach lipcowych. Ze wzgledu na dobro rozmow w Castletown Komisja Budzetowa nie bedzie stawiac w tym wzgledzie zadnych przeszkod. – Mam nadzieje – odparl prezydent. – Jesli wygramy w Castletown, redukcje wydatkow na zbrojenia zrekompensuja z nadwyzka straty wynikle z transakcji zbozowej. A jak wygladaja ich zbiory? – Pracujemy nad tym – odezwal sie Bob Benson. – Kondory przeczesuja caly ten kraj, a nasi specjalisci analizuja przebieg zniw we wszystkich regionach. Raport na ten temat dostarczymy panu za tydzien. Mozemy go skonfrontowac z raportami od naszych ludzi pracujacych w Rosji. Blad oceny bedzie niewielki, najwyzej piec procent. – Musze takze znac mozliwie najszybciej i najdokladniej stanowisko Moskwy w poszczegolnych kwestiach – dodal prezydent. – W tym takze reakcje Politbiura na raporty z tegorocznych zbiorow. Musze znac wszystkie ich atuty i wszystkie slabosci. Niech pan sie tym zajmie, Bob. Cala Ukraina dlugo bedzie pamietac nagonke KGB i milicji z owego roku, ktora objela wszystkich w najmniejszym chocby stopniu podejrzanych o uczucia patriotyczne. Kiedy dwaj inspektorzy pulkownika Kukuszkina sumiennie przesluchiwali przechodniow z ulicy Swierdlowa, swiadkow zamachu na matke Iwanienki, kiedy na drobne kawalki rozbierali skradziony samochod, ktory potracil staruszke, kiedy badali sztucer, noktowizor i wszystko, co znalezli w nie dokonczonym pawilonie szpitala, general Obrazcow dobral sie do ukrainskich nacjonalistow. Aresztowano setki ludzi – w Kijowie, Tarnopolu, Lwowie, Kaniowie, Rownem i Winnicy. Przesluchania prowadzili miejscowi funkcjonariusze KGB z pomoca ekip przyslanych z Moskwy. Szczegolnie interesowali sie sporadycznymi “wybrykami chuliganskimi”, takimi jak pobicie tajniaka KGB w sierpniu w Tarnopolu. Niektorym bardziej zaufanym oficerom sledczym powiedziano, ze to dochodzenie ma tez pewien zwiazek ze strzelanina w Kijowie pod koniec pazdziernika – ale ani slowa wiecej. W Lewandowce, nedznej robotniczej dzielnicy Lwowa, pewnego listopadowego dnia (padal juz snieg) spotkali sie na ulicy Dawid Lazariew i Lew Miszkin. Poniewaz ich ojcowie juz wczesniej trafili do lagrow, obaj mlodziency wiedzieli, ze niedlugo przyjdzie takze czas na nich. Obaj mieli w dowodach osobistych pieczatke “Jewriej”. Predzej czy pozniej reflektory KGB przesuna sie z nacjonalistow ukrainskich na nich wlasnie, na Zydow. – Wyslalem wczoraj kartke do Andrija z wiadomoscia, ze nasze pierwsze zadanie wykonane – powiedzial Miszkin. – A jak twoje sprawy? – Na razie dobrze. Moze w ogole juz niedlugo bedzie latwiej. – Chyba jeszcze nie tym razem. Musimy szybko wiac… jesli w ogole chcemy uciec. Porty nie wchodza w rachube. A wiec samolot. Spotkamy sie w tym samym miejscu za tydzien, a ja tymczasem obejrze sobie lotnisko. Daleko na polnoc od nich jumbo-jet Skandynawskich Linii Lotniczych grzmial nad biegunem, w drodze ze Sztokholmu do Tokio. Na jego pokladzie, w kabinie pierwszej klasy, byl kapitan Thor Larsen. Lecial, by objac wreszcie dowodztwo nad nowym statkiem. Raport Maksyma Rudina dla Biura Politycznego wygloszony byl tonem powaznym i urzedowym, bez ozdobnikow. Ale nawet najlepszy aktor swiata nie zdolalby tak zaabsorbowac swoich widzow ani wprawic ich w takie oslupienie. Odkad dziesiec lat temu w Bramie Borowickiej Kremla pewien oficer armii wpakowal caly magazynek swego rewolweru w limuzyne Leonida Brezniewa, widmo samotnego strzelca przenikajacego mury krazylo nad nomenklatura. Dzis zmaterializowalo sie, patrzylo strasznym wzrokiem z zielonego rypsu okrywajacego stol. Tym razem w sali obrad nie bylo stenografow. Nie krecily sie szpule magnetofonow. Zadnych asystentow, zadnych sekretarek. Skonczywszy, Rudin oddal glos Pietrowowi, ktory wyjasnil, jakie podjeto srodki, by zamaskowac to kompromitujace wydarzenie, i jakie kroki poczyniono w celu identyfikacji zabojcow i ich likwidacji – gdy tylko ujawnia wszystkich swoich wspolnikow. – Ale jeszcze ich nie znalezliscie? – wyrwal sie Stiepanow. – Minelo dopiero piec dni od zamachu – odparl spokojnie Pietrow. – Nie mamy ich jeszcze, to prawda. Ale oczywiscie zostana ujeci. Nie zdolaja uciec, bez wzgledu na to, kim sa. A kiedy juz zostana ujeci, wydadza absolutnie wszystkich, ktorzy im pomagali. General Obrazcow zadba o to. Nastepnie wszyscy, ktorzy wiedza, co zdarzylo sie tamtej nocy na ulicy Rozy Luxemburg, beda wyeliminowani! Nie pozostanie zaden slad. – A na razie? – spytal Komarow. – Na razie – rzekl Rudin – musimy zgodnie utrzymywac, ze towarzysz Jurij Iwanienko doznal ciezkiego ataku serca i zostal poddany intensywnej kuracji. Jedna rzecz musi byc jasna: nie mozemy sobie pozwolic na publiczna kompromitacje, do jakiej doszloby, gdyby swiat kiedykolwiek dowiedzial sie, co sie naprawde zdarzylo. Otoz w Rosji nigdy nie bedzie Lee Harvey Oswaldow! Rozlegl sie pomruk aprobaty. Nikt nie zamierzal sprzeciwiac sie temu twierdzeniu Rudina, nikt nie mial zamiaru z nim dyskutowac. – Za pozwoleniem, towarzyszu sekretarzu generalny – wtracil sie Pietrow. – Jakkolwiek przenikniecie tej wiadomosci za granice byloby niewatpliwie katastrofa, sprawa ma tez inny, rownie wazny aspekt. Jesli nastapi jakis przeciek informacyjny, pojawia sie niezdrowe pogloski i komentarze na ten temat wsrod naszego spoleczenstwa. Te pogloski moga przerodzic sie w cos powazniejszego. A jaki moze miec to wplyw na sytuacje wewnetrzna, to pozostawiam, towarzysze, waszej wyobrazni. Wszyscy obecni wiedzieli oczywiscie, jak bardzo utrzymanie porzadku wewnetrznego zwiazane jest z powszechnym przekonaniem o nieprzenikalnosci i nietykalnosci KGB. – Jesli sprawa wyjdzie na jaw – sformulowal te obawy Gruzin Czawadze – a tym bardziej, jesli sprawcy uciekna, efekt bedzie rownie fatalny jak nastepstwa ewentualnej kleski glodu. – Nie moga uciec – ucial ostro Pietrow. – W zadnym razie nie moga. I nie uciekna. – A kim oni wlasciwie moga byc? – spytal Kierenski. – Nie wiemy tego jeszcze, towarzyszu marszalku – odparl Pietrow – ale bedziemy wiedziec. – Ale bron byla produkcji zachodniej? – nalegal Szuszkin. – Czy mozliwe, ze stoi za tym Zachod? – Ja sadze, ze to prawie zupelnie niemozliwe – odparl minister spraw zagranicznych Rykow. – Zaden rzad zachodni, podobnie jak zaden rzad Trzeciego Swiata, nie poparlby podobnego szalenstwa… tak samo jak my nie mielismy nic wspolnego z zabojstwem Kennedy'ego. Co innego srodowiska emigracyjne. Albo moze lokalni fanatycy. Ale na pewno nie rzady. – Badamy rowniez srodowiska emigracyjne, ale dyskretnie – przyznal Pietrow. – W wiekszosci z nich mamy swoich ludzi. Jak dotychczas, nic stamtad nie przyszlo. Istotnie: karabin, amunicja i noktowizor sa produkcji zachodniej. Ale wszystko to jest dostepne na Zachodzie w sklepach. Nie ulega watpliwosci, ze bron zostala przeszmuglowana. A to oznacza, ze albo przywiezli ja sami sprawcy, albo pomagal im ktos z zagranicy. General Obrazcow zgadza sie ze mna, ze sprawa podstawowa jest znalezc zabojcow, a juz oni ujawnia swoich pomocnikow. Wtedy zajmie sie nimi Departament V. Jefrem Wiszniajew obserwowal dyskusje z zywym zainteresowaniem, ale nie angazowal sie zbytnio. Niezadowolenie calej frakcji opozycyjnej wyrazil zamiast niego Kierenski. Zaden z nich nie domagal sie tym razem ponownego glosowania w sprawie: rozmowy w Castletown – czy wojna w 1983. Obaj wiedzieli, ze w razie remisu decydowac bedzie glos genseka. Rudin znalazl sie co prawda o krok blizej przepasci, ale bynajmniej nie byl jeszcze skonczony. Na razie zebrani zgodzili sie, ze nalezy oglosic – tylko w KGB i w wyzszych sferach hierarchii partyjnej – ze Jurij Iwanienko doznal zawaha serca i znajduje sie w szpitalu. Po schwytaniu zabojcow i likwidacji ich samych oraz ich wspolnikow – pacjent Iwanienko wyzionie spokojnie ducha. Rudin zamierzal juz wezwac do sali obrad protokolantow, by rozpoczac zwykle zebranie Politbiura, kiedy podniosl reke Stiepanow, czlowiek, ktory glosowal dotychczas na Rudina i opowiadal sie za negocjacjami z USA. – Towarzysze, uwazam, ze ewentualna ucieczka mordercow Jurija Iwanienki i ujawnienie ich czynu przed swiatem bylyby wielka katastrofa dla naszego kraju. Jesli do tego dojdzie, nie bede mogl dalej popierac polityki negocjacji i ustepstw. Bede glosowal za propozycja glownego teoretyka Partii, towarzysza Wiszniajewa. Zapadlo grobowe milczenie. – Ja takze – odezwal sie niespodziewanie Szuszkin. Osiem przeciwko czterem – pomyslal Rudin, wpatrujac sie beznamietnie w stol. Osmiu przeciwko czterem, jesli ci dwaj gowniarze zmienia front. – Przyjmujemy to do wiadomosci, towarzysze – odezwal sie bez sladu emocji w glosie. – Ale zapewniam, ze nie bedzie zadnych przeciekow na temat tego zdarzenia. W ogole zadnych. Po dziesieciu minutach obrady wznowiono; zebrani jednomyslnie wyrazili zal z powodu naglej choroby towarzysza Iwanienki. Nastepnie zajeli sie najnowszymi informacjami statystycznymi na temat tegorocznych zbiorow pszenicy i innych zboz. Zil Jefrema Wiszniajewa wystrzelil z czelusci Bramy Borowickiej w poludniowo-zachodnim narozniku muru kremlowskiego wprost na ulice Maniezna. Juz wczesniej dyzurny milicjant, ostrzezony przez radiotelefon, ze kawalkada wozow Biura Politycznego opuszcza Kreml, zatrzymal caly ruch na tej ulicy. W ciagu paru sekund sznur dlugich, robionych na zamowienie limuzyn przemknal ulica Frunzego przed Ministerstwem Obrony w kierunku dygnitarskiego osiedla przy Prospekcie Kutuzowa. Marszalek Kierenski, ktory przyjal tym razem zaproszenie do samochodu Wiszniajewa, siedzial teraz obok niego w przestronnej tylnej czesci kabiny. Dzwiekoszczelna szyba oddzielajaca ich od kierowcy byla zamknieta, zaluzje chronily pasazerow przed wzrokiem przechodniow. – On juz dlugo nie pociagnie – mruknal Kierenski. – Nie jestem pewien – powiedzial Wiszniajew. – Oczywiscie, bez Iwanienki jest znacznie slabszy i blizszy upadku, ale jeszcze sie nie przewraca. Nie doceniasz Maksyma Rudina. Zanim odejdzie, bedzie walczyl jak niedzwiedz osaczony w tajdze. Ale w koncu odejdzie… bo musi odejsc. – Nie mamy zbyt wiele czasu do stracenia. – Nawet mniej niz myslisz. W zeszlym tygodniu doszlo do marszow glodowych w Wilnie. Nasz przyjaciel Yitautas, ktory w lipcu glosowal za naszym projektem, mocno sie zdenerwowal. Byl juz nawet bliski zmiany frontu, mimo ze zaproponowalem mu bardzo atrakcyjna rezydencje w Soczi, tuz obok mojej. Teraz oczywiscie ta zblakana owieczka wrocila, a w dodatku Szuszkin i Stiepanow moga przejsc na nasza strone. – Tak, ale tylko wtedy, gdy zabojcy uciekna albo gdy Zachod dowie sie prawdy. – Oczywiscie. I wlasnie o to chodzi. Kierenski obrocil sie gwaltownie, a jego i tak juz rumiana twarz stala sie ceglasta. – Ujawnic prawde? Wobec calego swiata? Nie mozemy tego zrobic! – wykrzyknal. – Istotnie, my nie mozemy. Krag ludzi znajacych prawde jest za maly, bysmy sami mogli rozpuszczac pogloski. Zreszta pogloski nie wystarcza. Latwo je zdementowac. Mozna znalezc aktora, ucharakteryzowanego na Iwanienke, i pokazac go publicznie. A wiec musi to za nas zrobic ktos inny. W sposob absolutnie pewny. Ochrona Iwanienki z tamtej nocy jest juz w komplecie w lapach grupy Rudina. Zostaja wiec tylko sami mordercy. – Ale przeciez ich nie mamy i wedle wszelkiego prawdopodobienstwa nie bedziemy mieli. Wczesniej dostanie ich KGB. – Byc moze, mimo to musimy probowac. Powiedzmy sobie szczerze, Nikolaj. Walczymy juz nie tylko o wladze. Walczymy o zycie, tak samo jak Rudin i Pietrow. Najpierw to zboze, teraz Iwanienko. Jeszcze jeden taki skandal… niewazne, kto go wywola… a Rudin poleci. I ten skandal musi nastapic. My musimy to zagwarantowac. Thor Larsen, w kombinezonie roboczym i kasku, stal na suwnicy nad suchym dokiem w stoczni Isikawadzima-Harima i spogladal w dol, na ogromny kadlub, ktory juz niedlugo bedzie “Freya”. Choc minely trzy dni, odkad zobaczyl ja po raz pierwszy, jej rozmiary nadal zapieraly mu oddech. W latach, kiedy uczyl sie zawodu, tankowce nie przekraczaly 30 000 ton wypornosci. Dopiero w 1956 roku wyszly w morze wieksze statki. Stworzono dla nich nowa kategorie rejestrowa i nazwano “supertankowcami”. Kiedy jednak ktorys z kolei przekroczyl 50 000, trzeba bylo stworzyc nastepna klase, “VLCC”, czyli “bardzo duzy tankowiec”. A po przekroczeniu, w latach szescdziesiatych, bariery 200 000 ton, powstala kolejna kategoria, “ULCC” – “ultratankowiec”. Kiedys na morzu Larsen widzial jeden z tych francuskich kolosow; mial 550 tysiecy ton wypornosci. Kiedy przeplywal obok nich, cala zaloga Norwega wylegla na poklad, by podziwiac molocha. To, nad czym stal teraz Larsen, bylo dwa razy wieksze. Dobrze powiedzial Wennerstrom: swiat nigdy nie widzial niczego podobnego i nigdy wiecej nie zobaczy. Statek mial 1689 stop dlugosci, 295 stop szerokosci, a nad pokladem na rufie wznosila sie pieciopietrowa nadbudowka. Kil, masywny kregoslup calej konstrukcji, lezal 118 stop pod glownym pokladem. We wnetrznosciach statku, dokladnie pod mostkiem kapitanskim, zainstalowano juz cztery turbiny parowe o lacznej mocy 90 000 koni mechanicznych, ktore beda obracac dwie czterdziestostopowe sruby z brazu – lsniace nowoscia, choc teraz ledwie widoczne z punktu obserwacyjnego Larsena, bo zasloniete rufa. Po calym pokladzie krzataly sie jeszcze grupki postaci podobnych z tej wysokosci do mrowek. Teraz robotnicy mieli na krotko – na czas napelniania doku woda – opuscic poklad. Juz caly rok cieli, spawali, nitowali, szlifowali, walili, kuli i klepali ten ogromny kadlub. Wielkie moduly wysoce elastycznej stali splywaly z dzwigow i suwnic wprost na przewidziane planem miejsca, coraz wyrazniej ukladajac sie w ksztalt statku. Kiedy wreszcie robotnicy usuneli wszystkie liny i lancuchy, weze i kable, ukazaly sie burty pokryte dwudziestoma warstwami antykorozyjnej farby, gotowe do kontaktu z woda. Na koniec w doku, oprocz samego kadluba, pozostaly juz tylko bloki, na ktorych byl ulozony. Jego budowniczowie, pracownicy najwiekszej stoczni swiata w Czita kolo Nagoi, nad zatoka Ise, nigdy zapewne nie sadzili, ze przyjdzie im dokonac az takiego wyczynu. Byl to jedyny w swiecie dok zdolny pomiescic “milionera”. Ale nawet tutaj “Freya” byla pierwszym – i ostatnim – statkiem tego formatu. Nic dziwnego, ze na uroczystosc wodowania przyszlo popatrzec wielu weteranow morz. Pierwsze pol godziny zajela ceremonia religijna: kaplan shinto prosil bogow o blogoslawienstwo dla ludzi, ktorzy zbudowali statek, dla tych, ktorzy beda jeszcze przy nim pracowac, i tych, ktorzy kiedys nim poplyna; aby pracowali i zeglowali bezpiecznie! W ceremonii uczestniczyli tez – boso – Thor Larsen, jego pierwszy oficer i glowny mechanik, naczelny konstruktor Nordia Line (przebywal w Nagoi od samego poczatku budowy) oraz naczelny inzynier stoczni. Ci dwaj byli wlasciwymi projektantami i tworcami statku. Tuz przed dwunasta otwarto sluzy; z ogluszajacym rykiem wdarly sie do doku wody zachodniego Pacyfiku. Potem odbyl sie oficjalny obiad w biurze dyrektora stoczni, ale zaraz po nim Larsen wrocil na brzeg doku. Byli z nim pierwszy oficer, Stig Lundquist, i glowny mechanik statku, Bjorn Erikson – obaj Szwedzi. – To calkiem cos nowego – powiedzial Lundquist, obserwujac, jak podnosi sie woda przy burtach statku. Na krotko przed zmierzchem “Freya” jeknela glucho, jak budzacy sie z glebokiego snu olbrzym, poruszyla sie o pol cala, jeknela jeszcze raz, a wreszcie oderwala sie od podtrzymujacych ja podwodnych blokow i uniosla na fali. Wokol doku cztery tysiace japonskich robotnikow przerwalo dotychczasowe skupione milczenie i wybuchlo okrzykami radosci. Polecialy w gore setki bialych kaskow. Do powszechnego entuzjazmu przylaczyli sie nieliczni Europejczycy, sciskajac wszystkim wokol dlonie i poklepujac po plecach. Gigant u ich stop czekal cierpliwie, jakby swiadomy, ze i na niego przyjdzie kolej. Nazajutrz statek odholowano z doku do nabrzeza wyposazeniowego. Przez nastepne trzy miesiace znow beda sie przy nim krzatac tysiace mrowek. Beda pracowac z diabelska energia, by przygotowac “Freye” do wyjscia na pelne morze. Sir Nigel przeczytal ostatnie zdanie kolejnego raportu “Slowika”, zamknal teczke i odchylil sie w krzesle. – No, Barry, co o tym myslisz? Ferndale, ktory wiekszosc swego doroslego zycia poswiecil studiom nad Zwiazkiem Radzieckim, nad struktura i funkcjonowaniem jego wladzy, chuchnal jeszcze raz na swoje okulary i nadal im ostateczny szlif chusteczka. – To jeszcze jeden cios, ktory bedzie musial zniesc Rudin. Iwanienko nalezal do jego najwierniejszych sojusznikow. A w dodatku sojusznikow madrych. Iwanienko ciezko chory w szpitalu… to strata jednego z najzdolniejszych doradcow. – Czy Iwanienko zachowa swoj glos w Biurze? – Byc moze bedzie mogl glosowac _per procura, _ gdyby doszlo do nastepnego glosowania. Ale to nie jest najwazniejsze. Nawet przy remisie w Politbiurze decyduje glos genseka. Istnieje natomiast niebezpieczenstwo, ze ktorys z dotychczas niezdecydowanych moze teraz przejsc do opozycji. Iwanienko zdrowy budzil wielki respekt, nawet wsrod ludzi stojacych tak wysoko. Iwanienko pod namiotem tlenowym nie wydaje sie juz tak grozny. Sir Nigel wzial teczke z biurka i podal ja Ferndale'owi. – Chcialbym, zebys pojechal z tym do Waszyngtonu, Barry. Oczywiscie tylko na rozmowy towarzyskie… na przyklad prywatny wieczor _z _ Benem Kahnem. Wymienicie swoje spostrzezenia na ten temat. Ta cholerna zabawa zaczyna sie robic zbyt niebezpieczna, zeby grac w pojedynke. – Naszym zdaniem – mowil Ferndale dwa dni pozniej, po kolacji w domu Kahna w Georgetown – Maksym Rudin spaceruje po linie, majac polowe czlonkow Biura przeciwko sobie, i ta lina robi sie coraz ciensza. Wicedyrektor CIA wyciagnal stopy w strone kominka z czerwonej cegly, w ktorym palila sie gruba kloda, i patrzyl na ogien przez zlocisty koniak w kieliszku. – Trudno nie zgodzic sie z ta opinia, Barry – powiedzial z zatroskaniem. – Uwazamy tez – ciagnal Ferndale – ze jesli Rudin nie przekona Politbiura o koniecznosci dalszych ustepstw w Castletown, moze upasc. Gdyby tak sie stalo, walka o sukcesje przeniesie sie na forum calego Komitetu Centralnego. A tutaj, niestety, Jefrem Wiszniajew ma wielu przyjaciol i ogromne wplywy… – To prawda, ale w podobnej sytuacji jest Wasyl Pietrow, moze nawet w lepszej niz Wiszniajew. – Niewatpliwie – zgodzil sie Ferndale – i zapewne wlasnie Pietrow zapewnilby sobie sukcesje, glownie dzieki poparciu Rudina. Ale Rudina abdykujacego z wlasnej woli, na wlasnych warunkach i w dogodnym dla siebie terminie, a takze dzieki poparciu Iwanienki. KGB rownowazyloby wtedy wplywy armii i Kierenskiego. – Posunal pan naprzod duzo pionkow, Barry. Jak sie nazywa ten gambit? – zazartowal Kahn. – Och, to tylko wymiana spostrzezen. – No dobrze, niech bedzie: wymiana spostrzezen. W istocie nasze opinie, tu w Langley, w duzej mierze pokrywaja sie z waszymi. _Zgadza. _ sie z nimi takze Lawrence z Departamentu Stanu. Natomiast Poklewski wolalby mocniej przycisnac Sowietow w Castletown. A prezydent stoi, jak zwykle, posrodku. – Ale przeciez zalezy mu na Castletown? – Nawet bardzo. To ostatni rok jego urzedowania. Juz za trzynascie miesiecy bedzie nowy prezydent elekt. Bili Matthews chcialby odejsc w wielkim stylu, pozostawiajac po sobie wszechstronny traktat rozbrojeniowy. – Doszlismy do wniosku, ze rozmowy w Castletown niewatpliwie sie zalamia, jesli Rudin straci kontrole nad sytuacja. Gdyby dostal pewne wsparcie z naszej strony, latwiej przekonalby niepewnych ludzi z wlasnej frakcji, ze ma szanse na sukces w Castletown, a wiec warto na niego stawiac. – Ma pan na mysli jakies ustepstwa? Ostateczna analiza radzieckich zbiorow, a mamy ja od tygodnia, dowodzi, ze to oni sa w sytuacji zmuszajacej do ustepstw. Tak przynajmniej ocenia to Poklewski. – I ma racje. Ich sytuacja jest bardzo trudna, tak trudna, ze grozi nie kontrolowanym wybuchem. A na to wlasnie czeka kochany towarzysz Wiszniajew ze swoim planem wojny. Obaj wiemy, co to by oznaczalo. – Ma pan racje – zgodzil sie po namysle Kahn. – Zreszta moja wlasna interpretacja raportow “Slowika” idzie w podobnym kierunku. Przygotowujemy wlasnie dokument na ten temat dla prezydenta. Bedzie mial te dane juz za tydzien, na najblizszym spotkaniu z Bensonem, Lawrence'em i Poklewskim. – Czy te liczby – spytal Matthews – obejmuja rzeczywiscie wszystko, co Rosjanie zgromadzili w spichrzach w tym roku? Rozejrzal sie po twarzach ludzi siedzacych po drugiej stronie biurka. W odleglym kacie pokoju wesolo trzaskal ogien w marmurowym kominku, dodajac optycznie wrazenie ciepla do, i tak juz wysokiej, temperatury utrzymywanej przez grzejniki. Rozposcierajacy sie za kuloodpornymi szybami trawnik pokryl sie pierwszym w tym roku porannym szronem. Pochodzacy z Poludnia William Matthews cenil sobie cieplo. Beason i dr Fletcher przytakneli unisono. Lawrence i Poklewski w milczeniu studiowali kolumny liczb. – Zaangazowalismy wszystkie nasze srodki, aby uzyskac te liczby, i nadzwyczaj starannie konfrontowalismy wszystkie informacje – rzekl Benson. – Moglismy sie pomylic o piec procent, ale nie wiecej. – A wedlug “Slowika” nawet Politbiuro _zgadza _ sie z nasza ocena -wtracil sekretarz stanu. – A wiec tylko sto milionow ton, nic wiecej… – zamyslil sie prezydent. – To im wystarczy zaledwie do konca marca, a i to pod warunkiem, ze beda mocno zaciskac pasa. – Juz w styczniu beda wyrzynac bydlo – odezwal sie Poklewski. – Dlatego musza za miesiac pojsc na duze ustepstwa w Castletown, jesli w ogole chca przezyc. Prezydent odlozyl na bok raport o zbozu i siegnal po specjalny dokument przygotowany przez Bena Kahna, a przedstawiony w tym gronie przez dyrektora CIA. Wszyscy obecni zdazyli sie juz z nim zapoznac. Benson i Lawrence akceptowali go w calosci; wojowniczy jak zwykle Poklewski nie zgadzal sie; doktora Fletchera nie pytano o opinie w tej kwestii. – Wiemy rownie dobrze jak oni, ze znalezli sie w sytuacji rozpaczliwej – przerwal milczenie Matthews. – Pytanie tylko, jak mocno mozemy ich przycisnac. – Jak sam pan zauwazyl pare tygodni temu – odezwal sie Lawrence – jesli nie nacisniemy dostatecznie mocno, nie uzyskamy rozwiazania najkorzystniejszego dla Ameryki i dla calego wolnego swiata. Jesli nacisniemy zbyt mocno, Rudin zerwie rozmowy, by obronic sie przed atakami swoich wlasnych jastrzebi. Jest to wiec kwestia znalezienia punktu rownowagi. Mysle, ze w tej chwili moglibysmy zrobic jakis gest dobrej woli pod ich adresem. – Jaki? – spytal prezydent. – Troche paszy dla zwierzat, aby mogli zachowac przy zyciu choc czesc stada podstawowego – zaproponowal Benson. – Doktorze Fletcher… – zwrocil sie Matthews do przedstawiciela Departamentu Rolnictwa. Ten wzruszyl ramionami. – Mozemy sobie oczywiscie na to pozwolic – powiedzial. – A i Rosjanie sa chyba na taki gest przygotowani: trzymaja w portach znaczna czesc swojej floty handlowej. Przy swoich dumpingowych cenach frachtu mogliby pracowac teraz pelna para… a nie pracuja”. Ich statki stoja w cieplych portach Morza Czarnego i Pacyfiku. Na pierwszy znak z Moskwy rusza w strone naszych brzegow. – Kiedy najpozniej musielibysmy podjac taka decyzje? – spytal Matthews. – Przed Nowym Rokiem – odparl Benson. – Powstrzymaja sie od wyrzynania stad, jesli w pore dowiedza sie, ze nadchodzi pomoc. – Na litosc boska, nie ulatwiajmy im zycia – zloscil sie Poklewski. – W marcu moglibysmy miec ich w garsci. – Tak, ale czy w rezultacie poczynia ustepstwa w dziedzinie zbrojen, gwarantujace swiatu dziesiec lat pokoju, czy raczej w beznadziejnej sytuacji zdecyduja sie na wojne? – rozwazal glosno prezydent. – Panowie, decyzje w tej sprawie podejme przed Bozym Narodzeniem. W odroznieniu od was musze jeszcze omowic te sprawe z przewodniczacymi pieciu podkomisji senackich: obrony, rolnictwa, spraw zagranicznych, handlu i budzetu. A przeciez nie moge im powiedziec o “Slowiku”, prawda, Bob? Szef CIA pokrecil z usmiechem glowa. – Z pewnoscia nie, panie prezydencie. Nie mozna robic nawet najmniejszych aluzji. Zbyt wielu roznych ludzi pracuje w Senacie, zbyt wiele jest przeciekow. A jakikolwiek przeciek na temat “Slowika” moglby miec katastrofalne nastepstwa… i dla niego, i dla nas wszystkich. 15 grudnia profesor Iwan Sokolow wstal ze swego miejsca przy stole obrad w Castletown i zaczal__ czytac przygotowany wczesniej dokument. Zwiazek Radziecki, oswiadczyl, zawsze wierny swojej tradycji kraju milujacego pokoj i nie ustajacego w wysilkach na rzecz pokojowego wspolistnienia… Edwin Campbell siedzial po drugiej stronie stolu i patrzyl na swego adwersarza z czyms w rodzaju kolezenskiej sympatii. W ciagu tych dwoch miesiecy pracy, bardzo meczacej dla nich obu, zdolal nawiazac dosc serdeczne stosunki z tym czlowiekiem Moskwy, na tyle serdeczne w kazdym razie, na ile pozwalaly na to ich stanowiska i sprawowane funkcje. Podczas przerw w oficjalnych rozmowach odwiedzali sie nawzajem. W salonie delegacji radzieckiej, w obecnosci innych moskiewskich oficjeli i nieodlacznych agentow KGB, konwersacja byla grzeczna, ale dosc sztywna. Za to w pokoju recepcyjnym Amerykanow, gdzie Sokolow przychodzil zwykle sam, rozluznial sie do tego stopnia, ze pokazywal Campbellowi fotografie swoich wnukow na wakacjach nad Morzem Czarnym. Jako czolowa postac tamtejszej Akademii Nauk profesor byl sowicie wynagradzany za lojalnosc wobec Partii i wiernosc sprawie: mial limuzyne z szoferem, duze mieszkanie w Moskwie, podmiejska dacze i wille nad morzem, a takze prawo korzystania ze specjalnych sklepow dla akademikow. Campbell nie mial watpliwosci, ze Sokolow jest oplacany za lojalnosc, za gotowosc poswiecenia calego talentu w sluzbie rezimu. Nalezal do grona grubych ryb, do “naczalstwa”. Ale i naczalstwo miewa wnuki. Campbell sluchal Rosjanina z coraz wiekszym zdziwieniem. Nieszczesny starcze – myslal – ile tez musi cie kosztowac cale to gadanie! Kiedy wreszcie przemowa Sokolowa dobiegla konca, Amerykanin wstal i najpowazniej podziekowal w imieniu Stanow Zjednoczonych za propozycje zawarte w oswiadczeniu, “ktorego wysluchal z najwieksza uwaga i zainteresowaniem”. Prosil o przerwe w obradach, aby dac rzadowi USA czas na zajecie stanowiska. Juz po godzinie z dublinskiej ambasady przekazywal Lawrence'owi nadzwyczajne oswiadczenie Sokolowa. Pare godzin pozniej w waszyngtonskim Departamencie Stanu David Lawrence siegnal po sluchawke i polaczyl sie linia specjalna z prezydentem Matthewsem. – Musze pana powiadomic, ze szesc godzin temu w Irlandii ich delegacja poczynila znaczne ustepstwa w szesciu najwazniejszych kwestiach. Chodzi miedzy innymi o ogolna liczbe miedzykontynentalnych rakiet balistycznych z glowicami wodorowymi, a takze o bron konwencjonalna oraz redukcje sil zbrojnych na linii Laby. – Dziekuje, David. To wielka nowina. I miales racje. Mysle, ze mozemy teraz dac im cos w zamian. W rozleglych modrzewiowych i brzozowych lasach na poludniowy zachod od Moskwy tereny zajete pod dacze tamtejszej elity obejmuja niewiele ponad dwiescie kilometrow kwadratowych. Ci ludzie lubia trzymac sie blisko siebie. Wzdluz szosy na tym obszarze calymi kilometrami ciagna sie pomalowane na zielono ogrodzenia, otaczajace prywatne rezydencje ludzi ze szczytu nomenklatury. Te ploty i bramy, prowadzace do poszczegolnych posesji, wydaja sie na pierwszy rzut oka calkiem opuszczone, ale kazdy, kto probowalby przejsc przez taki plot lub wjechac samochodem na wewnetrzna alejke, zostanie natychmiast zatrzymany przez straznikow, ktorzy wylaniaja sie nieoczekiwanie spoza drzew. Caly ten teren, rozciagajacy sie za mostem Uspienskim, ma swoje centrum w niewielkiej miejscowosci Zukowka, okreslanej zwykle jako Zukowka-Wies. W poblizu znajduja sie bowiem dwie inne, nowsze osady: Sowmin-Zukowka, w ktorej maja swoje podmiejskie wille nizsi dygnitarze partyjni i panstwowi, i Akadem-Zukowka, gdzie tlocza sie pisarze, plastycy, muzycy i uczeni cieszacy sie laskawym spojrzeniem Partii. Dopiero jednak za nastepnym zakolem rzeki lezy osiedle najbardziej ekskluzywne: Usowo. Tutaj, we wspanialych rezydencjach zajmujacych setki hektarow, zwykl wypoczywac sekretarz generalny KPZR, przewodniczacy Rady Najwyzszej oraz czlonkowie Biura Politycznego. Tutaj wlasnie w wieczor wigilijny Maksym Rudin (dla ktorego zreszta nazwa “Boze Narodzenie” juz od pol wieku nic nie znaczyla) zaglebil sie w ulubionym skorzanym pikowanym fotelu, wyciagajac nogi w strone wielkiego kominka z surowego, lupanego granitu, na ktorym trzaskaly sosnowe szczapy metrowej dlugosci. Byl to ten sam kominek, przy ktorym grzali sie przedtem Nikita Chruszczow i Leonid Brezniew. Jaskrawozolty blask plomieni igral na scianach pokrytych boazeria i na twarzy Wasyla Pietrowa, ktory tez siedzial przy kominku. Przy fotelu Rudina, na niskim stoliku, stala popielniczka i szklanka wypelniona do polowy ormianskim koniakiem, na ktory Pietrow spogladal wciaz z przygana: wiedzial, ze jego starzejacy sie protektor absolutnie nie powinien pic. A przy tym miedzy kciukiem i palcem wskazujacym Rudina tkwil nieustannie zapalony papieros. – Co nowego w sledztwie? – spytal Rudin. – Musiala byc jakas pomoc z zagranicy. To nie ulega watpliwosci. Wiemy juz, ze noktowizor kupiono w sklepie w Nowym Jorku. Ten finski karabin pochodzi z partii wyeksportowanej do Wielkiej Brytanii. Nie wiemy jeszcze, z ktorego sklepu. W kazdym razie to zamowienie eksportowe dotyczylo broni mysliwskiej, a wiec mialo charakter prywatny, a nie rzadowy. Slady stop na budowie porownano z obuwiem wszystkich zatrudnionych tam robotnikow; sa dwa rodzaje sladow, ktorych nie zidentyfikowano. Tamtej nocy bylo wilgotno, a na budowie pelno pylu cementowego – wiec slady sa wyrazne. Mamy wiec niemal pewnosc, ze bylo ich dwoch. – Dysydenci? – To prawie pewne. A z pewnoscia szalency. – No, Wasyl, takie komentarze zostaw sobie na zebrania partyjne. Szalency strzelaja na chybil trafil albo poswiecaja wlasne zycie. Ten zamach musial ktos starannie planowac, i to przez wiele miesiecy. Ktos stad albo z zagranicy. I tego kogos trzeba uciszyc raz na zawsze… zanim rozglosi swoja tajemnice. Kogo podejrzewasz najbardziej? – Ukraincow. Mamy swoich ludzi we wszystkich ugrupowaniach ukrainskich w Niemczech, w Anglii i w Ameryce. Nikt tam nie slyszal nawet o takich planach. Dlatego uwazam, ze zrobili to tutejsi Ukraincy. Niewatpliwie posluzyli sie matka Iwanienki jako przyneta. A kto mogl wiedziec, ze to jest matka Iwanienki? Przeciez nie jakis krzykacz z Nowego Jorku. Nie kawiarniany nacjonalista z Frankfurtu. Nie felietonista z Londynu. To musial byc ktos stad, kto jednak mial kontakty z zagranica. Szukamy zwlaszcza w Kijowie. Objelismy sledztwem kilkuset bylych wiezniow, ktorzy po uwolnieniu wrocili do Kijowa. – Znajdz ich koniecznie, Wasyl, znajdz ich i skoncz z nimi. – Tu Maksym Rudin zmienil nagle temat, a uczynil to, jak zwykle, nie zmieniajac nawet intonacji: – Co nowego w Irlandii? – Amerykanie wznowili rozmowy, ale nie zareagowali na nasza inicjatywe. Rudin parsknal ze zloscia. – Ten Matthews to duren. Czy on nie widzi, ze posuwajac sie jeszcze dalej ryzykujemy utrate wszystkiego? – Musi wciaz walczyc z antyradzieckimi senatorami, a zwlaszcza z tym katolikiem-faszysta Poklewskim. I oczywiscie nie wie, jak bardzo mamy zwiazane rece w Biurze Politycznym. Rudin mruknal cos niezrozumiale, potem calkiem juz wyraznie powiedzial: – Jesli ten baran nie zaproponuje nam czegos konkretnego przed Nowym Rokiem, w styczniu nie damy juz sobie rady z Biurem… Siegnal po szklanke, wypil spory lyk koniaku i chuchnal z wyraznym zadowoleniem. – Chyba nie powinniscie pic – zareagowal natychmiast Pietrow. – Lekarze zabronili wam tego juz piec lat temu. – Pieprzyc lekarzy! Chociaz… prawde mowiac, to jest glowny powod, dla ktorego cie tutaj wezwalem. Chce ci powiedziec, ze z cala pewnoscia nie umre z przepicia ani na marskosc watroby. – Oby! – skomentowal sceptycznie Pietrow. – To nie wszystko. Trzydziestego kwietnia odchodze na emeryture. To dla ciebie niespodzianka? Pietrow zastygl w skupieniu. Juz dwa razy widzial z bliska odejscie “numeru l”. Odejscie Chruszczowa – w ogniu walki, ale w koncu wyrzuconego na smietnik, ponizonego, zdegradowanego do wymiaru “bylego czlowieka”. I odejscie Brezniewa – na warunkach, ktore on sam dyktowal. W obu przypadkach Pietrow byl wystarczajaco blisko, by slyszec gromy towarzyszace ustapieniu najpotezniejszego tyrana tego swiata. Nigdy jednak az tak blisko, jak teraz. Teraz w dodatku on sam mial przejac toge tyrana – jesli oczywiscie nie wydra mu jej inni. – Tak – powiedzial ostroznie – to rzeczywiscie niespodzianka. – W kwietniu zwolam plenum Komitetu Centralnego i zapowiem swoja dymisje na trzydziestego. Pierwszego maja defilade na placu Czerwonym bedzie przyjmowal nowy przywodca. Chce, zebys to byl ty, Wasyl. W czerwcu ma sie odbyc zjazd Partii. Nowy przywodca nakresli tam swoja linie. Chce, zeby to byla twoja linia. Tak jak powiedzialem ci pare tygodni temu. Pietrow od dawna juz wiedzial, ze wybor Rudina padl wlasnie na niego. Ale pewnosc mial dopiero od owej wizyty w prywatnym apartamencie starego genseka na Kremlu, kiedy byl jeszcze z nimi Iwanienko – jak zawsze cyniczny i czujny. Pietrow nie przypuszczal jednak wowczas, ze pojdzie to az tak szybko. – Rzecz w tym, ze Komitet Centralny nie zatwierdzi twojej nominacji, jesli nie dam im szybko tego, na co czekaja: zboza. Od dawna juz dobrze znaja sytuacje. Jesli Castletown splajtuje, gora bedzie Wiszniajew. – Ale… dlaczego tak szybko? – Pietrow zdolal wreszcie wyrazic nurtujaca go watpliwosc. Rudin podniosl szklanke. Z mroku wylonil sie niemy Misza i napelnil ja koniakiem. – Dostalem wczoraj wyniki badan z Kuncewa. Robili te badania od miesiecy. Teraz maja juz pewnosc. To nie papierosy ani koniak. To bialaczka. Szesc do dwunastu miesiecy. To dla mnie chyba ostatni Nowy Rok. A i dla ciebie takze… jesli dopuscimy do wojny nuklearnej. Dlatego w ciagu najblizszych stu dni musimy miec porozumienie zbozowe z Amerykanami… i raz na zawsze zamknac sprawe Iwanienki. Grunt usuwa nam sie spod nog cholernie szybko. Wszystkie karty leza wylozone na stole i nie mamy juz zadnego rezerwowego asa do rozgrywki. 28 grudnia Stany Zjednoczone formalnie zaproponowaly Zwiazkowi Radzieckiemu dziesiec milionow ton ziarna pastewnego – po aktualnych cenach rynkowych i z natychmiastowa dostawa – calkiem niezaleznie od tego, co zostanie wynegocjowane w Castletown. W ostatnim dniu starego roku Tupolew-134, dwusilnikowy odrzutowiec Aeroflotu, wystartowal z lotniska we Lwowie do krajowego rejsu pasazerskiego do Minska. Juz nad Bialorusia, kiedy samolot lecial wysoko nad bagnami Prypeci, jakis najwyrazniej zdenerwowany mlody czlowiek wstal z fotela i ruszyl w strone stewardesy, ktora, pochylona, rozmawiala z pasazerem siedzacym blisko stalowych drzwi kabiny pilota. Poniewaz toalety znajduja sie w drugim koncu samolotu, stewardesa wyprostowala sie i zastapila mezczyznie droge. Wtedy on obrocil ja gwaltownym ruchem. Lewa reke zacisnal wokol jej szyi. Prawa wyciagnal z kieszeni rewolwer i przystawil lufe do boku dziewczyny. Krzyknela glosno. Odpowiedzial jej chor okrzykow przestraszonych pasazerow. Napastnik pociagnal dziewczyne w strone zamknietych drzwi przedzialu pilotow. Na scianie obok drzwi wisiala sluchawka wewnetrznego telefonu, pozwalajacego stewardesie porozumiec sie z pilotami, ktorzy mieli wyrazny rozkaz, by nie otwierac tych drzwi w czasie lotu – wlasnie na wypadek porwania. Jeden z pasazerow, mniej wiecej posrodku kabiny, wstal nagle z fotela z pistoletem w reku. Przykleknal w przejsciu i trzymajac pistolet oburacz skierowal lufe wprost na stewardese i kryjacego sie za nia porywacza. – Rzuc to! – krzyknal. – KGB. Rzuc to natychmiast. – Powiedz im, zeby otworzyli drzwi! – wrzasnal porywacz w ucho stewardesy. – Nie masz zadnych szans – zawolal uzbrojony agent KGB. – Jesli nie otworza, zabije dziewczyne – odpowiedzial napastnik. Dziewczyna okazala sie bardzo dzielna. Rzucila sie nagle w tyl, schwycila porywacza za lydke, a gdy stracil rownowage, wyrwala sie z jego uchwytu i zaczela biec w strone tajniaka. Porywacz rzucil sie za nia, minal trzy rzedy pasazerow – i to byl blad. Z fotela przy przejsciu zerwal sie jakis facet i kantem dloni uderzyl porywacza w kark. Ten zwalil sie twarza na podloge. Zanim zdazyl sie poruszyc, jego pogromca schwycil upuszczony rewolwer i wycelowal w porywacza. Chlopak odwrocil sie na podlodze, usiadl, dostrzegl wymierzony wen rewolwer, ukryl twarz w dloniach i zaczal cicho szlochac. Funkcjonariusz KGB ominal stojaca przed nim stewardese i z bronia gotowa wciaz do strzalu zblizyl sie do niespodziewanego wybawcy. – Kim pan jest? – zapytal groznie. Zamiast odpowiedzi tamten siegnal do wewnetrznej kieszeni marynarki, wyjal stamtad jakis dokument i zamigotal nim przed oczami agenta. Tajniak latwo rozpoznal legitymacje KGB. – Nie jestescie ze Lwowa – zauwazyl. – Z Tarnopola. Jade na urlop do rodziny w Minsku, wiec nie mam ze soba broni. Ale mam dobra prawa – wyszczerzyl sie w falszywym usmiechu. Agent ze Lwowa skinal glowa. – Dziekuje za pomoc, towarzyszu. Miejcie tego drania na oku – powiedzial i ruszyl w strone telefonu wiszacego przy kabinie pilota. Przez chwile z ozywieniem relacjonowal, co wydarzylo sie w kabinie pasazerskiej, i _zazadal _ obstawy policyjnej w Minsku. – Czy mozemy tam do was zajrzec? – spytal glos w sluchawce. – Oczywiscie. Juz nie jest grozny. Szczeknal zamek, drzwi uchylily sie i ukazala sie w nich glowa mechanika pokladowego, z wyrazem lekkiego przestrachu i niepohamowanej ciekawosci na twarzy. I wtedy agent z Tarnopola zachowal sie bardzo dziwnie. Opuscil czlowieka siedzacego na podlodze, kolba rewolweru walnal w potylice swego kolege z KGB, odsunal go na bok i wcisnal stope w otwarte drzwi, zanim mechanik zdazyl je zatrzasnac. Sekunde pozniej byl juz w przedziale pilotow, pchajac przed soba poslusznego mechanika. Tymczasem chlopak z podlogi zerwal sie, chwycil pistolet straznika samolotu – typowy Tokariew 9 mm, uzywany w KGB – przeskoczyl prog stalowych drzwi i zatrzasnal je za soba. Zamek zablokowal sie automatycznie. Dwie minuty pozniej, pod lufami pistoletow Lwa Miszkina i Dawida Lazariewa, piloci skierowali samolot na zachod, w strone Warszawy i Berlina. Berlin byl najdalszym lotniskiem, jakie mozna bylo osiagnac z tym zapasem paliwa. Siedzacy za sterem kapitan Rudenko byl blady z wscieklosci; tymczasem drugi pilot, Watutin, opieszale odpowiadal na goraczkowe pytania z wiezy kontrolnej w Minsku, dotyczace tej naglej zmiany kursu. Zanim odrzutowiec przekroczyl granice Polski, wieza kontrolna i kontaktujace sie z nia na tej samej fali cztery inne samoloty wiedzialy juz, ze Tupolew jest w rekach porywaczy. Kiedy przecinal strefe kontroli lotniska warszawskiego, dowiedziala sie o tym rowniez Moskwa. Jakies 150 kilometrow na zachod od Warszawy z prawej strony samolotu pojawila sie radziecka (choc stacjonujaca w Polsce) eskadra zlozona z szesciu mysliwcow MIG-23 i otoczyla Tupolewa. Dowodca eskadry meldowal cos pospiesznie przez laryngofon wbudowany w jego kask. Alarmujaca wiadomosc szybko dotarla do marszalka Kierenskiego; w jego gabinecie w Ministerstwie Obrony przy ulicy Frunzego zadzwonil telefon laczacy bezposrednio ze sztabem generalnym sil powietrznych. – Gdzie? – warknal Kierenski. – Teraz jest nad Poznaniem – brzmiala odpowiedz. – Najwyzej piecdziesiat minut lotu do Berlina. Marszalek zastanowil sie gleboko. To wlasnie mogl byc skandal, jakiego potrzebowal Wiszniajew. Kierenski nie mial zadnych watpliwosci, co nalezalo normalnie zrobic. Tupolew winien byc zestrzelony, wraz z zaloga i wszystkimi pasazerami. Potem pusciloby sie w swiat wiadomosc, ze porywacze strzelali na pokladzie i trafili w glowny zbiornik paliwa. W ciagu ostatnich dziesieciu lat postapiono tak juz dwukrotnie. Wydal rozkazy. Piec minut pozniej sluchal ich dowodca eskadry migow, zawieszony w powietrzu zaledwie sto metrow od samolotu pasazerskiego. – Wedlug rozkazu, towarzyszu pulkowniku – zakonczyl rozmowe z dowodca swojej bazy. Po dalszych dwudziestu minutach Tupolew przelecial nad Odra i _zaczai _ schodzic do ladowania w Berlinie. Migi wykonaly efektowny zwrot i pomknely po niebie w strone swojego lotniska. – Musze zawiadomic Berlin o naszym przylocie! – krzyknal kapitan Rudenko przez ramie do Miszkina. – Jesli jest jakis samolot na pasie startowym, skonczymy wszyscy w wielkiej kuli ognia. Miszkin popatrzyl przez okienka kabiny na postrzepione krawedzie olowianych, zimowych chmur. Nigdy przedtem nie lecial samolotem, ale to, co powiedzial kapitan, wydawalo mu sie rozsadne. – Dobrze, wlaczcie radio i zawiadomcie Tempelhof, ze ladujemy. Tylko tyle, zadnych dodatkowych rozmow, zrozumiano? Kapitan Rudenko zagral swoja ostatnia karte. Pochylil sie nad pulpitem, nastroil nadajnik na wlasciwa fale i _zaczai _ mowic. – Tempelhof West Berlin. Tempelhof West Berlin. This is Aeroflot flight three five one… Mowil po angielsku, miedzynarodowym jezykiem kontroli ruchu lotniczego. Miszkin i Lazariew prawie nie znali angielskiego, jesli nie liczyc tego, czego nauczyli sie sluchajac ukrainskich rozglosni z Zachodu. Miszkin tracil Rudenke lufa pistoletu w kark. – Tylko bez numerow – powiedzial po ukrainsku. W wiezy kontrolnej wschodnioberlinskiego lotniska Schonefeld dwaj operatorzy patrzyli na siebie w oslupieniu. Ktos wzywal ich na ich wlasnej czestotliwosci, ale zwracal sie do nich per “Tempelhof”. Zadna zaloga Aeroftotu nie odwazylaby sie ladowac na Tempelhof nie tylko dlatego, ze juz od dziesieciu lat nie byl to port lotniczy Berlina Zachodniego; odkad role te przejelo lotnisko Tegel, Tempelhof stalo sie baza amerykanskich sil powietrznych. Jeden z operatorow pojal wreszcie, co sie stalo, i chwycil mikrofon. – Tempelhof to Aeroflot 351, you are clear to land. Straight run in! – zgodzil sie na natychmiastowe ladowanie. W samolocie kapitan Rudenko przelknal z trudem sline i przeszedl do rutynowych czynnosci: otworzyl hamulce aerodynamiczne i opuscil podwozie. Tupolew opadal szybko ku centralnemu portowi lotniczemu komunistycznych Niemiec. Na wysokosci trzystu metrow wyszli z chmur i zobaczyli przed soba swiatla lotniska. Miszkin patrzyl nieufnie przez mokry plexiglas. Slyszal co nieco o Berlinie Zachodnim – o jego jaskrawych neonach, o ulicach zatloczonych pojazdami, o tlumie przechodniow na Kurfurstendam i o porcie lotniczym Tempelhof polozonym w samym srodku tego wszystkiego. A to lotnisko znajdowalo sie najwyrazniej w szczerym polu. – Kiwaja nas – krzyknal do Lazariewa – to nie jest Zachod. Przystawil ponownie pistolet do karku kapitana Rudenki. – W gore! – ryczal. – W gore, bo zastrzele! Ukrainski kapitan ani drgnal; z zacisnietymi zebami pokonywal ostatnie sto metrow dzielace ich od plyty lotniska. Miszkin przechylil sie ponad jego ramieniem i probowal dosiegnac steru. Dwa donosne odglosy rozlegly sie niemal jednoczesnie; niepodobna stwierdzic, ktory nastapil pierwszy. Miszkin obstawal potem przy wersji, ze to gwaltowne uderzenie kol o asfalt spowodowalo wystrzal pistoletu; natomiast Watutin, drugi pilot, utrzymywal, ze Miszkin strzelil wczesniej. Wszystko to jednak dzialo sie zbyt szybko, bysmy zdolali kiedykolwiek ustalic, jak bylo naprawde. Pocisk wyrwal wielka dziure w karku kapitana Rudenki i natychmiast pozbawil go zycia. Blekitny dym wypelnil kabine pilota. Watutin pociagnal ster do siebie, krzyczac jednoczesnie na mechanika, zeby zwiekszyl moc. Silniki odrzutowca zawyly glosniej, nie na tyle jednak, by zagluszyc krzyk przerazenia pasazerow. Tupolew, ktory wydawal sie teraz pilotowi ciezki jak z olowiu, jeszcze dwa razy uderzyl oponami o asfalt, zanim z trudem, chwiejac sie i wibrujac, znow oderwal sie od ziemi. Watutin trzymal dziob maszyny wysoko, modlac sie wciaz o jakis cudowny przyrost mocy. Pod brzuchem samolotu rozmazywaly sie w pedzie niskie zabudowania wschodnioberlinskiego przedmiescia. Tak przeskoczyli slawny Mur, a takze przed lotniskiem Tempelhof niemal otarli sie o dachy domow. Blady z emocji mlody pilot, czujac w dodatku lufe rewolweru Lazariewa na karku, walnal poteznie oponami o glowny pas startowy. Miszkin podtrzymywal broczace krwia cialo kapitana Rudenki, zeby nie upadlo na ster i nie zablokowalo go. Hamujac Tupolew przejechal jakies trzy czwarte pasa i znieruchomial. Wszystkie kola byly jeszcze cale. Tu jednak okazal swoja patriotyczna zarliwosc sierzant sztabowy Leroy Coker. Kulil sie wlasnie z zimna za kierownica jeepa zandarmerii lotniczej Stanow Zjednoczonych, szczelnie owijajac sobie twarz futrzanym kapturem skafandra i oddajac sie tesknym marzeniom o cieple ojczystej Alabamy. Ale pamietal, ze pelni sluzbe wartownicza, i traktowal to bardzo powaznie. Kiedy ladujacy Tupolew wychylil sie spoza budynkow na skraju lotniska, sierzant wycedzil przez zeby: “Co za cholera…?” i wyprostowal sie, jakby kij polknal. Nigdy nie byl w Rosji ani w ogole na Wschodzie, ale z upodobaniem czytal wszystko na ten temat. Moze niewiele slyszal o zimnej wojnie, ale dobrze wiedzial, ze komunisci moga zaatakowac w kazdej chwili – jesli ludzie tacy jak on, Leroy Coker, nie okaza czujnosci. Okazywal wiec najwyzsza czujnosc, ilekroc widzial czerwona gwiazde albo sierp i mlot. Kiedy samolot sie w koncu zatrzymal, Coker zdjal z ramienia karabinek, zlozyl sie i krotka seria rozwalil opony przedniego podwozia. Miszkin i Lazariew poddali sie trzy godziny pozniej. Ich plan przewidywal uwolnienie pasazerow, zatrzymanie zalogi, wziecie na poklad trzech zachodnioberlinskich notabli i lot najprostsza droga do Tel Awiwu. Ale pokrzyzowala te plany koniecznosc wymiany przednich kol w Tu-134; Rosjanie na pewno by ich nie dostarczyli. A kiedy dowodca bazy US Air Force dowiedzial sie o smierci Rudenki, odmowil takze porywaczom wlasnego samolotu. Strzelcy wyborowi otoczyli Tupolewa; dwaj porywacze nie mieli juz szans, nawet pod grozba uzycia broni, przeprowadzic swoich zakladnikow do innej maszyny. Snajperzy poradziliby sobie z nimi. Po trwajacych godzine negocjacjach z dowodca bazy opuscili wiec samolot z rekami nad glowa. Tego samego wieczoru zostali formalnie przekazani wladzom Berlina Zachodniego, aresztowani i postawieni w stan oskarzenia. 9. Twarz ambasadora ZSRR wyrazala zimna wscieklosc, gdy pojawil sie drugiego stycznia w Departamencie Stanu u Davida Lawrence'a. Amerykanski sekretarz stanu przyjal go na zyczenie (choc moze lepszym slowem byloby: zadanie) strony radzieckiej. Ambasador odczytal swoj oficjalny protest drewnianym, jednostajnym glosem. Kiedy skonczyl, polozyl tekst na biurku Amerykanina. Lawrence, ktory juz wczesniej doskonale wiedzial, o co chodzi, mial gotowa odpowiedz, przygotowana przez jego radcow prawnych, z ktorych az trzech stalo teraz za jego fotelem. Przyznal, ze Berlin Zachodni istotnie nie jest suwerennym krajem, ale miastem pod okupacja czterech mocarstw. Jednakze alianci zachodni juz dawno uzgodnili, ze w dziedzinie wymiaru sprawiedliwosci wszystkie sprawy kryminalne i cywilne rozpatrywac beda sady zachodnioberlinskie, pozostawiajac silom okupacyjnym sadzenie tylko tych przestepstw, ktore naruszaja prawo wojskowe aliantow. Porwanie samolotu pasazerskiego – ciagnal – choc jest ciezkim przestepstwem, nie zostalo dokonane przez obywateli USA ani przeciwko obywatelom USA, ani na terenie amerykanskiej bazy wojskowej. Jest to zatem sprawa podlegajaca jurysdykcji cywilnej. Rzad Stanow Zjednoczonych stwierdza, ze nie ma prawa przetrzymywac na terytorium Berlina Zachodniego osob nie bedacych obywatelami USA, ani dowodow rzeczowych nie bedacych wlasnoscia amerykanska – nawet jesli ow samolot wyladowal w bazie US Air Force. Lawrence nie widzi zatem innego wyjscia, jak odrzucic protest. Ambasador wysluchal go w grobowym milczeniu. Na koniec powiedzial jedynie, ze uwaza amerykanskie wyjasnienie za niezadowalajace i ze zlozy swojemu rzadowi raport w tym duchu. To powiedziawszy opuscil gabinet Lawrence'a, by wrocic do swojej ambasady i preparowac raport dla Moskwy. Trzej mezczyzni, ktorzy spotkali sie tego dnia w malym mieszkaniu na Bayswater w Londynie, wpatrywali sie ponuro w gazety porozrzucane po calej podlodze. – Pech – mruknal Andrew Drake – cholerny pech! W tej chwili powinni juz byc w Izraelu. Posiedzieliby jakis miesiac i mozna by im zrobic konferencje prasowa. Dlaczego, u diabla, musieli strzelic do tego kapitana? – Gdyby wyladowal na Schonefeld i odmowil dalszego lotu do Berlina Zachodniego, byliby tak czy tak skonczeni – zauwazyl Azamat Krim. – Ale wystarczylo go ogluszyc – zachnal sie Drake. – Stracili glowe – wtracil sie Kamynski. – Teraz lepiej zastanowmy sie, co robic dalej. – Czy ta bron, ktora oddali Amerykanom, moze naprowadzic na nasz slad? – spytal Drake malego Tatara. Ten stanowczo pokrecil glowa. – Dotra najwyzej do sklepu, ktory ja sprzedal. Ale nie do mnie. Przeciez nikomu sie tam nie przedstawialem. Drake przemierzal dywan w te i z powrotem, gleboko zamyslony. – Nie sadze, zeby mieli ich wydac Ruskim – odezwal sie w koncu. – Oni oczywiscie chcieliby ich dostac: za porwany samolot, za smierc Rudenki, za napasc na tajniaka w samolocie i za tego drugiego, ktoremu zabrali legitymacje. Sprawe zabicia pilota traktuja na pewno powaznie. Mimo to nie sadze, zeby wladze zachodnioniemieckie odeslaly im dwoch Zydow… na pewna smierc. Z pewnoscia jednak beda ich sadzic i skaza na wiele lat, moze nawet na dozywocie. Jak myslisz, Myroslaw, czy w tej sytuacji chlopcy powiedza cos na temat Iwanienki? – Jesli maja choc troche rozumu, to na pewno nie. W kazdym razie i nie w Berlinie. Niemcy mogliby zmienic zdanie i odeslac ich Rosjanom, Niemcy zreszta pewnie i tak nie uwierza, ze Iwanienko nie zyje, bo Moskwa zaprzeczy i przedstawi na dowod jakiegos sobowtora. Ruscy oczywiscie uznaja, nawet bez dalszego sledztwa, ze to Miszkin i Lazariew go zalatwili, i zrobia wszystko, zeby ich zlikwidowac. A ze Niemcy nie wezma tego powaznie, to i nie beda chlopakow specjalnie chronic, Dlatego mysle, ze beda siedziec cicho. Chca zyc. – Dla nas to zaden pozytek – postawil kropke nad “i” Krim. – Przeciez zrobilismy to wszystko, zeby doprowadzic do wielkiej kompromitacji sowieckiego aparatu. Ale my nie mozemy wystapic z konferencja prasowa. Nie znamy nawet szczegolow, ktore moglyby przekonac swiat, ze to prawda. Moga to zrobic tylko oni. – A wiec trzeba ich stamtad wyciagnac – powiedzial stanowczym glosem Drake. – Musimy zrobic nastepna akcje i wymusic przekazanie ich do Tel Awiwu: calych, zdrowych, z gwarancja szybkiego uwolnienia. Inaczej wszystko pojdzie na marne. – To co zrobimy? – powtorzyl swoje pytanie Kamynski. – Pomyslimy nad tym – odparl Drake. – Znajdziemy jakis sposob, rozplanujemy to i wykonamy. Nie moga przeciez marnowac zycia w berlinskim kryminale… z taka sensacja w glowie. Ale czasu jest malo. Ci w Moskwie szybko poskladaja sobie wszystkie klocki do kupy. Juz chwycili trop i wkrotce beda wiedzieli, kto wykonal te robotke w Kijowie. A wtedy uruchomia plan zemsty. Musimy ich uprzedzic. Lodowata wscieklosc radzieckiego ambasadora w Waszyngtonie byla niczym wobec zlosci, w jaka wpadl dwa dni pozniej jego kolega w Bonn, gdy stanal przed zachodnioniemieckim ministrem spraw zagranicznych. Odmowa rzadu RFN – powiedzial – odmowa wydania tych dwoch zbrodniarzy wladzom ZSRR lub wschodnioniemieckim stanowi jaskrawe pogwalcenie dotychczasowych przyjaznych stosunkow i musi byc traktowana jako akt wrogosci – podkreslil z naciskiem. Zachodnioniemiecki minister czul sie niezrecznie. Prywatnie zalowal wrecz, ze Tupolew nie wyladowal w NRD – nie byloby klopotu. Totez powstrzymal sie od komentarza, ze skoro zdaniem Rosjan Berlin Zachodni nie jest czescia RFN, powinni sie zwrocic w tej sprawie do zachodnioberlinskiego Senatu. Tymczasem ambasador juz trzeci raz powtarzal swoja spiewke: ze przestepcy sa obywatelami radzieckimi, ze rowniez ofiary sa obywatelami ZSRR, ze poklad samolotu jest w mysl prawa miedzynarodowego czescia terytorium kraju armatora, ze porwanie nastapilo w ich przestrzeni powietrznej, a morderstwo na pasie startowym wschodnioniemieckiego lotniska lub tez nad nim. A zatem zbrodnia ta winna byc sadzona przez radziecki lub, ostatecznie, przez wschodnioniemiecki wymiar sprawiedliwosci. Minister wyjasnil najuprzejmiej jak potrafil, ze we wszystkich poprzednich tego rodzaju sprawach porywacze byli sadzeni przez sad kraju, w ktorym wyladowali, jesli tylko ten kraj zyczyl sobie tego. Co w zadnym razie nie oznacza braku zaufania wobec rzetelnosci procedury sadowej ZSRR… Oj, oznacza, oznacza – pomyslal. Nie bylo chyba w tym momencie w calych Niemczech Zachodnich nikogo – poczawszy od wladz, poprzez prase, a na szerokiej publicznosci skonczywszy – kto mialby choc cien nadziei, ze ekstradycja Miszkina i Lazariewa moze oznaczac cokolwiek innego niz bestialskie przesluchania w KGB, kapturowy sad i wreszcie pluton egzekucyjny lub szubienice. A dodatkowy problem stwarzalo w Niemczech to, ze obaj byli Zydami. Pierwsze dni stycznia nie obfituja zwykle w ciekawe wydarzenia, totez cala uwaga zachodnioniemieckiej prasy skupila sie na tej sprawie. Konserwatywne gazety z poteznego koncernu Alexa Springera glosno domagaly sie, aby porywaczom – jakkolwiek wielka bylaby ich wina – wytoczono uczciwy proces, co moze zapewnic jedynie sad zachodnio-niemiecki. Bawarska partia CSU, na ktorej wspierala sie aktualna koalicja rzadow, wyrazala te sama opinie. Z niektorych zrodel dotarly do prasy liczne i szczegolowe informacje o niedawnych akcjach represyjnych KGB w rejonie Lwowa, skad pochodza porywacze. Sugerowano, ze lek przed ta nowa forma terroru w pelni usprawiedliwia ich ucieczke, choc metody, jakich uzyli, zasluguja na potepienie. Wreszcie niedawna afera z kolejnym szpiegiem komunistycznym zatrudnionym w instytucji panstwowej nie przysporzyla rzadowi popularnosci i nie usposobila go pojednawczo w stosunku do Moskwy. A przy tym zblizaly sie wybory do parlamentow krajowych… Prawde mowiac, minister mial juz scisle instrukcje od kanclerza. Miszkin i Lazariew – oswiadczyl ambasadorowi ZSRR – beda mieli proces w Berlinie Zachodnim, najszybciej jak to mozliwe, i jesli (a raczej: kiedy) sad orzecze ich wine, otrzymaja sprawiedliwe wyroki. Zebranie Biura Politycznego pod koniec tego tygodnia przebiegalo burzliwie. Rowniez tym razem magnetofony byly wylaczone, a stenografowie nieobecni na sali. – To skandal! – wolal niemal od progu Wiszniajew. – Jeszcze jeden skandal, ktory kompromituje Kraj Rad w oczach swiata. To nie mialo prawa sie zdarzyc! Nie powiedzial tego wyraznie, ale wszyscy zrozumieli. Jesli “cos takiego” sie zdarzylo, to wylacznie z winy slabego autorytetu Maksyma Rudina. – Nie zdarzyloby sie – odparowal atak Pietrow – gdyby mysliwce towarzysza marszalka zestrzelily ten samolot nad Polska, jak zwykle. – Byla przerwa w lacznosci miedzy kontrola naziemna a dowodca eskadry – tlumaczyl sie Kierenski. – To sie zdarza, bardzo rzadko, ale sie zdarza. – Wiec znowu zadecydowal przypadek? – zauwazyl chlodno Rykow. Wiedzial juz od swoich ambasadorow, ze proces Miszkina i Lazariewa bedzie publiczny, i caly swiat sie dowie, jak najpierw ogluszyli oficera KGB w tarnopolskim parku, jak zabrali mu dokumenty, jak w koncu posluzyli sie nimi, by wejsc do kabiny pilotow. – Czy jest mozliwe – spytal Pietranow, stronnik Wiszniajewa – ze ci dwaj ludzie to ci sami, ktorzy zabili Iwanienke? Jego pytanie zelektryzowalo sale. – Nie mamy zadnego powodu tak sadzic – odpowiedzial stanowczo Pietrow. – Wiemy juz, ze porywacze sa mieszkancami Lwowa, nie Kijowa. To po prostu dwaj _Zydzi, _ ktorym odmowiono pozwolenia na emigracje. Oczywiscie bierzemy pod uwage i to, ale jak dotad nie widac zadnego zwiazku miedzy tymi sprawami. – Ale gdyby taki zwiazek zostal wykryty, bedziemy oczywiscie o tym powiadomieni? – spytal Wiszniajew. – To sie rozumie samo przez sie – mruknal Rudin. Wezwano stenografow i przystapiono do omawiania postepow w Castletown oraz szczesliwego zakupu 10 milionow ton ziarna pastewnego. Wiszniajew juz sie nie odzywal. Rykow staral sie jak mogl wykazac, ze juz z ta iloscia zakupionego ziarna Zwiazek bedzie mogl przetrwac zime i wiosne bez wiekszych ustepstw w dziedzinie zbrojen. Marszalek Kierenski kwestionowal wprawdzie to twierdzenie, ale Komarow musial przyznac, ze zakup 10 milionow ton paszy pozwoli mu wydac natychmiast z magazynow te sama ilosc ziarna i tym samym zapobiec wielkiej rzezi. Stronnicy Rudina jeszcze raz utrzymali swoja watla przewage. Kiedy czlonkowie Biura rozchodzili sie, Rudin odciagnal na bok Wasyla Pietrowa. – Ci dwaj Zydzi… rzeczywiscie nie maja nic wspolnego ze smiercia Iwanienki? – Moze i maja – przyznal Pietrow. – Wiemy oczywiscie, ze to oni dokonali przedtem napadu w Tarnopolu, a wiec mieli mozliwosc wyjezdzania poza Lwow. Mamy ich odciski palcow z samolotu. Pasuja do odciskow wzietych w ich mieszkaniach we Lwowie. Nie znalezlismy tam butow, ktorych slady byly w Kijowie na miejscu morderstwa, ale nadal szukamy tych butow. I jeszcze jedno: mamy niewielki fragment odcisku palca z samochodu, ktory potracil matke Iwanienki. Staramy sie teraz, przez naszych ludzi w Berlinie, zdobyc pelne odciski palcow tych drani. Jesli beda sie zgadzac… – Przygotujcie od razu plan na taka ewentualnosc – przerwal Rudin. – Rozpatrzcie mozliwosc zlikwidowania ich w wiezieniu w Berlinie Zachodnim. Tak na wszelki wypadek. I jeszcze jedno: jesli okaze sie, ze to rzeczywiscie sa zabojcy Iwanienki, zawiadom mnie… a nie Biuro. Najpierw ich zalatwimy, a dopiero potem poinformujemy naszych kochanych towarzyszy. Pietrowowi zaschlo w gardle: oszukiwanie Biura Politycznego – to juz byla gra o najwyzsze stawki, jakie mozna sobie wyobrazic. Jeden falszywy krok i lecisz w przepasc; i nie bedzie zadnej siatki ochronnej. Przypomnial sobie, co mowil mu Rudin przy kominku dwa tygodnie temu: przy remisowym ukladzie sil ewentualne komplikacje po smierci Iwanienki moga sprawic, ze ktos z “naszych” przejdzie na druga strone – i nie bedzie juz zadnych rezerwowych asow do zagrania. – Tak jest! – powiedzial tylko. Dokladnie w polowie tego miesiaca zachodnioniemiecki kanclerz Dietrich Busch przyjal w swoim biurze – w budynku Kancelarii Republiki, tuz obok starego palacu Schaumberg – ministra sprawiedliwosci Ludwiga Fischera. Stojac przed panoramicznym oknem szef rzadu patrzyl na rozciagajacy sie za nim zasniezony plac Kancelarii. Jednakze nic z owej mroznej atmosfery styczniowej, jaka ogarnela miasto i rzeke, nie przenikalo do wnetrza nowoczesnego budynku Urzedu Kanclerskiego; bylo tu na tyle cieplo, by zdjac marynarke i podwinac rekawy koszuli. – Co nowego w sprawie Miszkina i Lazariewa? – spytal Busch. – To dziwne – odparl minister sprawiedliwosci – ale oni sa bardziej sklonni do wspolpracy, niz mozna bylo oczekiwac. Wyglada na to, ze chca jak najszybciej stanac przed sadem. – To swietnie, my przeciez chcemy dokladnie tego samego. Bedziemy szybko mieli to z glowy. Ale… co pan ma wlasciwie na mysli mowiac, ze sa sklonni do wspolpracy? – Zaproponowano im glosnego adwokata, znanego z pogladow prawicowych. Powstal nawet specjalny fundusz na ten cel, moze z jakichs prywatnych dotacji niemieckich, a moze z kasy Ligi Obrony Zydow z Ameryki… nie wiem. Nie zgodzili sie na tego obronce, bo chcial zrobic z procesu wielki spektakl, barwny obraz terroru KGB wobec tamtejszych Zydow i ich walki z tym terrorem. – I prawicowy adwokat chce sie tego podjac? – Och, pan przeciez wie, ze dzisiaj dla prawicy kazdy srodek jest dobry, byle przylozyc Rosjanom… Tymczasem Miszkin i Lazariew wola uznac w calosci swoja wine i powolywac sie tylko na okolicznosci lagodzace. I upieraja sie przy takiej linii obrony. Beda twierdzic, ze bron wypalila przypadkowo, kiedy samolot uderzyl kolami w pas startowy. Jesli tak powiedza, ich nowy obronca wystapi o przekwalifikowanie sprawy… z morderstwa na nieumyslne zabojstwo. – Mysle, ze mozemy im to zalatwic. Ile dostaliby w takim przypadku? – Lacznie z wyrokiem za porwanie samolotu pietnascie do dwudziestu lat. Oczywiscie po odbyciu jednej trzeciej kary darowano by im reszte. Sa mlodzi, maja po dwadziescia pare lat. Przed trzydziestka byliby juz na wolnosci. – A wiec jednak co najmniej piec lat – odetchnal z ulga Busch. – Bo juz sie obawialem, ze to bedzie piec miesiecy. No, ale za piec lat beda juz tylko nazwiskami z archiwum sadowego. Pamiec jest krotka. Po chwili namyslu ciagnal dalej. – Niech wiec tak bedzie. Rosjanom sie to oczywiscie nie spodoba, ale co nas to obchodzi? Oni beda sie oczywiscie za morderstwo domagac dozywocia, a to by oznaczalo w praktyce dwadziescia lat. – Jest cos jeszcze – przerwal te rozmyslania Fischer. – Om chca, zeby po procesie przeniesc ich do jakiegos wiezienia w Niemczech Zachodnich. – Po co? – Boja sie wendety ze strony KGB. Uwazaja, ze beda bezpieczniejsi tutaj niz w Berlinie. – Bzdura! Beda sadzeni w Berlinie i tam tez odsiedza wyrok. Rosjanie ani mysla zalatwiac swoich porachunkow w berlinskim wiezieniu. Nie odwazyliby sie… Zreszta mozemy ich przeniesc po jakims roku. Ale nie teraz… No, Ludwig, niech sie pan bierze do roboty. Powinnismy to zalatwic szybko i gladko, skoro oni, jak pan powiada, “chca wspolpracowac”. Tylko niech pan trzyma prase z daleka ode mnie, przynajmniej do wyborow. I ambasadora ZSRR takze. Poranne slonce nad Czita odbijalo sie w lsniacym jak lustro pokladzie ogromnego tankowca, ktory juz od dwoch i pol miesiaca stal przy nabrzezu wyposazeniowym. W ciagu tych siedemdziesieciu pieciu dni “Freya” przeszla gruntowna metamorfoze. Przez wszystkie te dni i noce w jej nieruchomym, martwym kadlubie mrowily sie i uwijaly skrzetnie malenkie istoty. Setki mil kabli, rur, wezy gumowych i przewodow elektrycznych oplotly jej cialo. Zainstalowano i uruchomiono istny labirynt polaczen elektrycznych, zmontowano i sprawdzono niewiarygodnie skomplikowany system pomp. Sterowane komputerem urzadzenia, sluzace do napelniania i oprozniania gigantycznych zbiornikow, popychajace statek naprzod i wstecz, pozwalajace nawigowac calymi tygodniami bez sternika, obserwowac gwiazdy na niebie i dno morskie pod kilem – wszystko to bylo juz na swoim miejscu. Gotowe byly tez spizarnie i chlodnie, przeznaczone na zywnosc dla zalogi; zainstalowano meble, drzwi i okucia, zarowki, umywalnie, piece kuchenne, centralne ogrzewanie i klimatyzacje. Wyposazono sale kinowa, saune, trzy bary, dwie jadalnie. Byly juz w kajutach lozka, miekkie wykladziny na podlogach i nawet wieszaki w szafach. Pieciopietrowa nadbudowka przeksztalcila sie z pustej skorupy) w luksusowy hotel; mostek kapitanski, kabina radiooperatora i centrala komputerowa wypelnily sie procesorami, kalkulatorami, magazynami] pamieci i systemami kontrolnymi. Kiedy juz ostatni robotnik zabral) swoje narzedzia i opuscil poklad, tankowiec byl – pod wzgledem! wielkosci, pojemnosci, mocy silnikow, komfortu i doskonalosci technicznej – absolutnym szczytem osiagniec technologii morskiej. Dwa tygodnie wczesniej przybyla tu droga lotnicza reszta zalogi. Skladali sie na nia, obok kapitana Larsena, pierwszy, drugi i trzeci oficer, glowny mechanik, pierwszy i drugi mechanik, glowny elektryk (nazywany tez “pierwszym elektrykiem”), oficer-radiooperator oraz glowny steward, takze traktowany jako oficer. Sklad ten uzupelniali: pierwszy kucharz, czterech stewardow, trzech “palaczy” (w istocie byli to specjalisci obslugujacy maszynownie), jeden konserwator silnikow, dziesieciu wykwalifikowanych marynarzy pokladowych i jeden specjalista obslugi pomp. Na dwa tygodnie przed pierwszym rejsem roboczym holowniki odciagnely “Freye” od nabrzeza, na srodek zatoki Ise. Tutaj po raz pierwszy jej wielkie sruby zaczely mlec wode i wyniosly statek na otwarty ocean: rozpoczely sie ostateczne proby morskie. Dla oficerow i reszty zalogi, a takze dla kilkunastu japonskich technikow, ktorzy uczestniczyli w tym probnym rejsie, mialy to byc dwa tygodnie ciezkiej, wyczerpujacej pracy; nalezalo bowiem sprawdzic dzialanie wszystkich systemow w kazdych okolicznosciach rzeczywistych lub tylko teoretycznie mozliwych. Statek wart byl 170 milionow dolarow i to – na rowni z jego ogromem – wzbudzalo nalezny respekt wsrod zalog licznych jednostek stojacych na redzie Nagoi, kiedy przeplywal kolo nich kierujac sie ku oceanowi. Odlegla o dwadziescia kilometrow od Moskwy miejscowosc Archangielskoje slynna jest nie tyle ze swego muzeum, co z restauracji, w ktorej jeszcze dzis podaja prawdziwe kotlety z niedzwiedzia. W ostatnim tygodniu mroznego stycznia zamowil tu sobie stolik Adam Munro; przyjechal w towarzystwie dziewczyny z sekretariatu ambasady brytyjskiej. Na takie kolacje Munro zapraszal coraz to inne dziewczyny, tak aby zadna nie wiedziala o nim zbyt wiele. Jesli ktoras pytala go, dlaczego uparl sie jechac az tak daleko po oblodzonych szosach i w pietnastostopniowym mrozie, udzielal wymijajacych odpowiedzi. Zreszta w restauracji bylo cieplo i przytulnie, totez kiedy Munro powiedzial, ze musi wrocic na chwile do samochodu po papierosy, dziewczyna nie miala nic przeciwko temu. Przeniknal go mroz, kiedy w samym tylko garniturze znalazl sie na osniezonym parkingu, w podmuchach lodowatego wiatru. Ruszyl biegiem w strone, w ktorej w ciemnosciach blysnely przez chwile podwojne reflektory lady. Wsliznal sie do samochodu Walentyny, objal ja, przyciagnal do siebie i pocalowal. – Przykro pomyslec, ze siedzisz tam z inna kobieta – szepnela i wtulila twarz pod jego brode. – Nie przejmuj sie, to nic nie znaczy. To tylko dobry pretekst, zeby przyjechac tutaj bez zadnych podejrzen. Mam dla ciebie nowiny. – To dotyczy… nas? – Tak. Pytalem moich ludzi, czy pomogliby ci stad zwiac, i zgodzili sie. Jest juz konkretny plan. Znasz port Konstanca na wybrzezu rumunskim? – Nie. To znaczy slyszalam o nim, ale nigdy tam nie bylam. Wszystkie wakacje spedzam na naszym wybrzezu. – Czy moglabys tym razem wyjechac z Sasza do Rumunii? – Mysle, ze tak. Moge wypoczywac, gdzie zechce… oczywiscie w granicach naszego bloku. Rumunia nie powinna nikogo dziwic. – Kiedy Sasza ma wiosenna przerwe szkolna? – Chyba pod koniec marca. Czy to wazne? – Tak, bo to musi nastapic w polowie kwietnia. Moi ludzie mowia, ze wlasnie wtedy beda mogli zabrac was z plazy motorowka na poklad pewnego frachtowca. Mozesz zalatwic sobie wiosenny urlop z Sasza w Konstancy albo gdzies w poblizu, na przyklad w Mamai? – Sprobuje – powiedziala w zamysleniu. – Sprobuje… Och, Adamie, to sie wydaje tak strasznie blisko… – Bo to rzeczywiscie blisko, niecale trzy miesiace. Jesli bedziesz miala choc troche wiecej cierpliwosci, niz ja mialem kiedys, wszystko pojdzie dobrze. Zaczniemy calkiem nowe zycie. Pare minut pozniej oddala mu stenogram z pierwszego w tym miesiacu zebrania Biura Politycznego – i odjechala w mrok. Munro zatknal plik papierow za pasek, pod koszule i marynarke, i wrocil do cieplego wnetrza restauracji. Tym razem – obiecywal sobie w duchu, nie przerywajac ani na chwile pogodnej konwersacji z sekretarka – nie bedzie juz zadnych bledow, zadnych wahan: nie pozwoli jej odejsc, jak w 1961. Tym razem wszystko juz bedzie na zawsze. Campbell wyprostowal sie w swoim fotelu i ponad georgianskim stolem spojrzal na profesora Sokolowa. W Dlugiej Galerii zamku Castletown profesor konczyl wlasnie przemowienie, z ktorego wynikalo, ze wyczerpal juz wszystkie srodki, ze poczynil wszelkie mozliwe ustepstwa. Z polozonej pietro nizej sali jadalnej donoszono, ze poczynione tam – w druga strone – ustepstwa w kwestii handlu zywnoscia sa rownie znaczace. – Drogi przyjacielu Iwanie – odpowiedzial – mysle, ze ma pan racje. Nie sadze, abysmy zdolali osiagnac w tej fazie cos wiecej. Rosjanin oderwal wzrok od lezacych przed nim, spisanych gesto cyrylica notatek. Juz od ponad stu dni walczyl zaciekle o to, by kazda tone ziarna, niezbedna dla ratowania jego kraju od katastrofy, okupic mozliwie najmniejszymi redukcjami w dziedzinie zbrojen. Od poczatku wiedzial, ze bedzie musial pojsc na ustepstwa, o jakich jeszcze cztery lata wczesniej, w Genewie, nikomu sie nie snilo. Robil jednak wszystko, zeby wynegocjowac mozliwie najodleglejsze terminy tych redukcji. – Zgadzam sie z panem, Edwinie. Mysle, ze mozemy juz sporzadzic szkic traktatu o redukcji zbrojen dla naszych rzadow. – A takze szkic protokolu handlowego – przypomnial Campbell. – Zdaje sie, ze nasze rzady rowniez na to czekaja niecierpliwie. Sokolow zdobyl sie na kwasny usmiech. – I ja tak mysle. Przez caly nastepny tydzien podwojne zespoly tlumaczy i stenografow opracowywaly traktat rozbrojeniowy i umowe handlowa. Niekiedy potrzebny byl udzial glownych negocjatorow, by sprecyzowac jakis paragraf lub problem, jednak wiekszosc prac interpretacyjnych i translacyjnych wykonali asystenci. Kiedy wreszcie dwa obszerne dokumenty, kazdy w dwu wersjach jezykowych, byly gotowe, obaj szefowie delegacji zawiezli je do swoich stolic, by przedstawic zwierzchnikom. Drake podniosl glowe znad gazety. – Mam pomysl – powiedzial. – Jaki? – spytal Krim, ktory wlasnie wszedl do pokoju z taca, na ktorej dymily trzy czarki kawy. Drake podsunal mu gazete. – Przeczytaj ten reportaz na gorze. Podczas gdy Drake spokojnie saczyl kawe, Krim czytal w skupieniu. Kamynski spogladal to na jednego, to na drugiego, oczekujac jakichs wyjasnien. – Oszalales! – odezwal sie w koncu Krim. – Moze – odparl Drake. – Ale bez odrobiny szalenstwa mozemy tu siedziec bezczynnie jeszcze przez dziesiec lat. A to powinno sie udac. Pomysl: Miszkin i Lazariew najdalej w ciagu dwoch tygodni stana przed sadem. Wynik mozna z gory przewidziec. Mozemy wiec juz teraz zaczac planowanie akcji. Bo przeciez musimy to zrobic tak czy owak, jesli chcemy doprowadzic do ich uwolnienia. Dlatego zabierzmy sie lepiej od razu do roboty. Ty, Azamat, sluzyles chyba w spadochroniarzach w Kanadzie? – Tak, przez piec lat. – Uczyli cie pracy z materialami wybuchowymi? – Jasne. Dywersja i sabotaz. Trzymiesieczne przeszkolenie w wojskach saperskich. – A ja mialem kiedys fiola na punkcie elektroniki i radia – ciagnal Drake. – Moze dlatego, ze moj ojciec prowadzil kiedys warsztat radiowy. Czyli z technika sobie poradzimy. Tyle ze bedziemy potrzebowali pomocy, dodatkowych ludzi. – Ilu? – spytal Krim. – Jednego poza terenem akcji: przejmie Miszkina i Lazariewa po ich uwolnieniu. To powinien zalatwic Myroslaw. A robote wykonamy my dwaj… plus pieciu ludzi do ochrony. – Chyba jeszcze nikt nie probowal takiego numeru – zauwazyl Tatar sceptycznie. – Tym lepiej. Nikt sie nie bedzie tego spodziewal. Nie beda na to przygotowani. – Ale przeciez zlapia nas w koncu. – Niekoniecznie. Znajde jakies wyjscie, jezeli bede musial. A zreszta, nasz ewentualny proces bylby sensacja stulecia. Po uwolnieniu Miszkina i Lazariewa caly Zachod patrzylby na nas zyczliwie. A sprawa wolnej Ukrainy zyskalaby jeszcze wiekszy rozglos w swiecie. – A znasz takich pieciu, ktorzy chcieliby pomoc? – Od lat notuje sobie nazwiska. Sa ludzie, ktorzy maja juz dosc gadania. Jesli powiem im, co juz zrobilismy, bede mial pieciu chetnych jeszcze w tym miesiacu. – No dobrze – zgodzil sie Krim. – Skoro juz w to wdepnelismy, brnijmy dalej. Gdzie mam pojechac tym razem? – Do Belgii. Potrzebuje duzego mieszkania w Brukseli. Sprowadzimy tam chlopakow… to bedzie nasza baza. W chwili gdy Drake wydawal pierwsze polecenia, po przeciwnej stronie globu nad Czita, nad stoczniami koncernu Isikawadzima-Harima wstawalo slonce. “Freya” stala znowu przy nabrzezu wyposazeniowym, jej silniki cicho mruczaly. Poprzedniego wieczoru odbyla sie u prezesa I. H. dluga konferencja, w ktorej wzieli udzial obaj naczelni dyrektorzy – stoczni i kompanii zeglugowej – obaj dyrektorzy finansowi, a takze Harry Wennerstrom i Thor Larsen. Opinie ekspertow technicznych obu stron byly zgodne: wszystkie systemy robocze wielkiego tankowca dzialaja, doskonale. Wennerstrom podpisal dokument ostatecznego odbioru, stwierdzajacy, ze “Freya” jest dokladnie tym, za co zaplacil. W rzeczywistosci zaplacil dotad tylko piec procent ceny statku w momencie podpisywania wstepnej umowy, piec procent w dniu polozenia stepki, piec procent z okazji wodowania i piec procent w chwili oficjalnego przekazania. Pozostale cztery piate plus odsetki od kredytu mial splacac przez nastepne osiem lat. Ale juz teraz posiadal pelne i wylaczne prawo dysponowania statkiem. Uroczyscie opuszczono flage koncernu stoczniowego, a na jej miejscu zatrzepotal w porannej bryzie j proporzec Nordia Line – srebrny skrzydlaty helm wikingow na niebieskim tle. Wysoko na mostku, gorujacym nad wielka przestrzenia pokladu, Wennerstrom wciagnal Larsena do kabiny radiowej i starannie zamknal za soba drzwi. Kabina byla calkowicie dzwiekoszczelna. – Teraz caly statek jest twoj. Ale… zmienilem troche plany dotyczace waszego przybycia do Europy. Nie bedziemy rozladowywac statku na morzu. W kazdym razie nie w tym pierwszym, dziewiczym rejsie. Poprowadzisz go… ten jeden, jedyny raz… z pelnym ladunkiem do Europortu w Rotterdamie. Larsen patrzyl na swego pracodawce i nie wierzyl wlasnym uszom. Przeciez Wennerstrom wie rownie dobrze jak on sam, ze supertankowce klasy ULCC nigdy dotad nie wchodzily do portow z pelnym ladunkiem; zatrzymywaly sie na redzie, daleko od brzegu, i tam przepompowywano wiekszosc ladunku na mniejsze tankowce, by zmniejszyc zanurzenie w dalszej podrozy po plytkich morzach. Albo tez cumowaly przy “sztucznych wyspach”, wysunietych daleko w morze koncowkami rurociagow, poprzez ktore ropa wedrowala na lad. Powiedzenie o “narzeczonej w kazdym porcie” bylo kiepskim zartem w stosunku do zalog tych morskich kolosow. Pracujacy na nich marynarze nieraz przez caly rok nie ogladali z bliska zadnego portu, a na lad – przewaznie ojczysty – schodzili tylko z okazji urlopu. Totez pomieszczenia zalogi na statku stawaly sie dla nich prawdziwym “drugim domem”. – Przeciez “Freya” nie przejdzie nawet przez kanal La Manche – protestowal Larsen. – Nie poplynie przez Kanal. Obejdziecie od zachodu Irlandie i Hebrydy, potem miedzy Orkadami i Szetlandami na Morze Polnocne, a dalej na poludnie wzdluz szelfu. Przed plyciznami holenderskimi staniecie na glebokiej kotwicy. Stad piloci poprowadza was glownym torem wodnym do ujscia Mozy. Od Hook van Holland do Europortu pociagna was holowniki. – Ale “Freya” z pelnym ladunkiem nie zmiesci sie na torze wodnym przed Rotterdamem – protestowal ponownie Larsen. – Owszem, zmiesci sie – odparl spokojnie Wennerstrom. – Juz cztery lata temu tor zostal poglebiony do stu pietnastu stop. Wasze zanurzenie wyniesie dziewiecdziesiat osiem. Sluchaj, Thor, gdyby mnie kto pytal, czy ktokolwiek potrafi wprowadzic “milionera” do Europortu, wskazalbym tylko jednego marynarza w swiecie: wlasnie ciebie. Wiem, ze nawet dla ciebie to cholernie trudne, ale daj staremu czlowiekowi ten ostatni w zyciu sukces. Chce, zeby swiat zobaczyl moja “Freye”. Tam wszyscy przybiegna ja ogladac. Caly rzad holenderski, prasa swiatowa. Beda moimi goscmi… i chce, zeby ich zamurowalo. A przeciez inaczej nikt jej nie zobaczy. Cale zycie bedzie poza zasiegiem wzroku tych szczurow ladowych. – No dobrze – zgodzil sie w koncu Larsen. – Ale tylko ten jeden raz. I tak bede pewnie o dziesiec lat starszy, jak to wszystko sie skonczy. Wennerstrom, bezgranicznie szczesliwy, usmiechnal sie jak maly chlopiec. – Zobaczysz, jakie beda mieli miny, kiedy wejdziesz do Rotterdamu. Do zobaczenia pierwszego kwietnia, kapitanie Larsen. Dziesiec minut pozniej nie bylo go juz na pokladzie. W samo poludnie “Freya” rzucila cumy i ruszyla w strone ujscia zatoki. Na nabrzezach gromadzili sie japonscy robotnicy, by pozegnac ja i poblogoslawic w pierwszej podrozy. 2 lutego o godzinie czternastej “Freya” znalazla sie znow na otwartym oceanie. Jej dziob skierowal sie wolno w strone Filipin, Borneo i Sumatry. Tak zaczal sie jej dziewiczy rejs. 10 lutego w Moskwie zebralo sie Biuro Polityczne, by przedyskutowac i zaaprobowac lub odrzucic projekty traktatow, wynegocjowane w Castletown. Rudin i jego stronnicy zdawali sobie sprawe, ze jesli zdolaja na tym zebraniu przeforsowac warunki traktatu, to juz tylko nieszczesliwy wypadek moglby przeszkodzic w jego ratyfikacji i podpisaniu. Rownie dobrze rozumieli to Wiszniajew i jego jastrzebie. Totez zebranie trwalo dlugo i mialo szczegolnie goracy przebieg. Ludzie sadza czesto, ze wielcy politycy, nawet podczas spotkan prywatnych, rozmawiaja grzecznie i elegancko ze swymi kolegami lub adwersarzami. Nie jest to prawda w odniesieniu do paru ostatnich prezydentow USA, a juz zupelnie nie stosuje sie do zamknietych posiedzen Biura. Ciezka rosyjska “lacina” pojawia sie tu czesto i w duzym wyborze. Tym razem jedynie dbaly o formy Wiszniajew trzymal jezyk na wodzy, choc ton jego wypowiedzi byl ostry, gdy punkt po punkcie krytykowal poczynione w Castletown ustepstwa. Glownym rzecznikiem frakcji umiarkowanej byl tym razem minister spraw zagranicznych Rykow. – Uzyskalismy wiele. Zapewnilismy sobie zakup, po rozsadnych lipcowych cenach, piecdziesieciu pieciu milionow ton ziarna. Bez tego zakupu juz dzis stoimy w obliczu wielkiej narodowej katastrofy. Nadto otrzymamy zaawansowana technologie, wartosci prawie trzech miliardow dolarow, w dziedzinie produkcji rynkowej, w komputerach i w przemysle naftowym. Dzieki temu bedziemy mogli stawic czolo problemom, ktore drecza nas od dwu dziesiecioleci, i przezwyciezyc je w ciagu pieciu lat. W zamian za to musimy pojsc na pewne minimalne ustepstwa w dziedzinie zbrojen i stanu gotowosci wojskowej, ktore jednak, podkreslam to, w zadnej mierze nie oslabia naszej dominacji w Trzecim Swiecie ani nie ogranicza naszego dostepu do zasobow surowcowych Trzeciego Swiata. Tak wiec, dzieki swiatlemu przewodnictwu towarzysza Maksyma Rudina, wyszlismy obronna reka z katastrofalnej sytuacji, w jakiej znalezlismy sie w maju zeszlego roku. Odrzucic obecnie warunki traktatu… to powrocic do sytuacji z maja, a nawet gorzej: reszta naszych zasobow zbozowych z 1982 roku wyczerpie sie najdalej w ciagu dwoch miesiecy. Kiedy pod koniec zebrania warunki traktatu poddano pod glosowanie – a bylo to w istocie glosowanie nad dalszym przywodztwem Maksyma Rudina – wynik byl, po staremu, remisowy. Sprawe przesadzil zatem glos przywodcy. – Teraz juz tylko jedno mogloby go powalic – odezwal sie Wiszniajew z ponura determinacja w glosie, kiedy wieczorem wracal wraz z Kierenskim samochodem do domu. – Cos naprawde wielkiego, cos, co wstrzasneloby jego ludzmi, zanim dojdzie do ratyfikacji ukladu. Jesli nic takiego sie nie _zdarzy, _ Komitet Centralny zastosuje sie do rekomendacji Biura i przyjmie uklad. Gdybysmy chociaz zdolali w pore dowiesc, ze ci dwaj parszywi Zydzi z Berlina maja na sumieniu zabojstwo Iwanienki… Kierenski nie mial zbyt pewnej miny. W glebi duszy zastanawial sie nawet, czy dokonal wlasciwego wyboru. Wtedy, trzy miesiace temu, wszystko wskazywalo na to, ze Rudin pod presja Amerykanow posunie sie za daleko – i utraci wiekszosc przy stole okrytym zielonym rypsem. Dlatego wlasnie Kierenski byl teraz zwiazany z Wiszniajewem; tymczasem okazalo sie, ze wiosna nie bedzie wielkich manewrow w Niemczech Wschodnich – i musial sie z tym pogodzic. – Jeszcze jedno – odezwal sie znowu Wiszniajew. – Gdybysmy o tym wiedzieli pol roku temu, walka o wladze bylaby juz skonczona… Dostalem wiadomosc od swojego czlowieka w klinice w Kuncewie. Rudin jest smiertelnie chory. – Smiertelnie…? – powtorzyl zaintrygowany minister obrony. – To znaczy… kiedy? – Niestety, nie tak predko – odparl ideolog. – Dozyje jeszcze podpisania tego traktatu. Czas pracuje na nasza niekorzysc, kochany, i nic nie mozemy na to poradzic. Chyba zeby afera Iwanienki wybuchla mu nagle jak petarda przed nosem… W tym samym czasie “Freya” prula fale ciesniny Sund. Z lewej burty widoczne byly brzegi Jawy, z prawej pietrzyl sie na nocnym niebie wielki masyw wulkanu Krakatau. W ciemnym wnetrzu mostka kapitanskiego blade swiatla aparatury pomiarowej dostarczaly Larsenowi i pelniacemu wachte oficerowi wszystkich niezbednych informacji. W malym pokoiku, w tylnej czesci mostka, komputer porownywal wciaz dane naplywajace z trzech niezaleznych systemow nawigacyjnych – choc byly to dane az do znudzenia identyczne. Wyswietlane z dokladnoscia do pol sekundy katowej wskazania kompasu konkurowaly ze swiatlem odleglych, nieruchomych i niezmiennych gwiazd. Do komputera plynely sygnaly z gwiazd sztucznych: zbudowanych ludzka reka satelitow meteorologicznych. Bank pamieci rejestrowal tez fale przyplywu, sile wiatru, prady glebinowe, temperature i wilgotnosc powietrza. Komputer z kolei wysylal wciaz sygnaly do wielkiej pletwy sterowej, ktora tam daleko, pod belka rufowa, poruszala sie z precyzja rybiego ogona. Wysoko nad mostkiem nieustannie obracaly sie dwie anteny radarowe, ostrzegajace o bliskich ladach i gorach, statkach i radiolatarniach. Rowniez te sygnaly trafialy do komputera, ktory natychmiast je analizowal, gotow uruchomic urzadzenia alarmowe przy najmniejszych oznakach niebezpieczenstwa. Pracujace pod dnem statku echosondy kreslily trojwymiarowa mape odleglego dna morskiego, a umieszczony w bulwiastym dziobie sonar sledzil czarna otchlan na trzy mile naprzod. Bo tez “Freya” potrzebowala 2,5 mili i az trzydziestu minut na to, by sie calkowicie zatrzymac. Byla przeciez ogromna. Przed switem statek opuscil ciesnine Sund, a komputery skierowaly go na polnocny zachod, wzdluz linii szelfu, w strone Cejlonu i Morza Arabskiego. Dwa dni pozniej, 12 lutego, osmiu mezczyzn spotkalo sie w mieszkaniu wynajetym przez Azamata Krima na przedmiesciu Brukseli. Pieciu nowych wezwal tutaj Drake, ktory juz od dawna ich obserwowal, i wielokrotnie rozmawial, zanim wreszcie zdecydowal, ze moga uczestniczyc w realizacji jego marzenia: by wstrzasnac Moskwa. Cala piatka byla pochodzenia ukrainskiego, ale urodzili sie i mieszkali w roznych krajach: dwaj w Republice Federalnej Niemiec, jeden w Nowym Jorku, dwaj pozostali w Wielkiej Brytanii. Kiedy uslyszeli, co Miszkin i Lazariew zrobili z szefem KGB, rozlegl sie zgodny szmer podziwu. Nikt tez nie wycofal sie, kiedy Drake zaproponowal, by dzialac razem az do ostatecznego sukcesu, to znaczy az do uwolnienia obu bojownikow i zapewnienia im bezpieczenstwa. Szczegoly omawiali przez cala noc; o swicie podzielili sie na cztery dwuosobowe zespoly. Drake i Kamynski wroca do Anglii, by kupic niezbedny w tej akcji sprzet elektroniczny. Jeden z Niemcow i jeden z Anglikow zdobeda w Niemczech potrzebne materialy wybuchowe. Drugi Niemiec, majacy znajomosci w Paryzu, wybierze sie wraz z drugim Anglikiem do Francji, aby tam kupic albo ukrasc bron. Wreszcie Krim z Amerykaninem rozejrza sie za jakims szybkim motorowym kutrem. Amerykanin, ktory pracowal kiedys w stoczni jachtowej na polnocy stanu Nowy Jork, mogl byc w tej sprawie najlepszym doradca. Osiem dni pozniej w scisle strzezonym budynku sadowym przy zachodnioberlinskim wiezieniu Moabit rozpoczal sie proces Lazariewa i Miszkina. Obaj siedzieli cicho i potulnie na lawie oskarzonych, kiedy – otoczeni wieloma rzedami zabezpieczen, poczawszy od zwojow drutu kolczastego na szczycie wieziennego muru, az po mrowiacych sie wokol sali sadowej uzbrojonych straznikow – wysluchiwali stawianych im zarzutow. Odczytywanie aktu oskarzenia zajelo dziesiec minut. Okrzyki zdziwienia daly sie slyszec z gesto nabitych lawek prasowych, kiedy obaj, bez zadnych zastrzezen, przyznali sie do wszystkich zarzucanych im przestepstw. Teraz wstal prokurator, by zespolowi sedziow przedstawic swoja interpretacje zdarzen, jakie rozegraly sie w ostatnim dniu starego roku. Kiedy skonczyl, sedziowie opuscili sale, by przedyskutowac racje i uzgodnic wyrok. “Freya” wplywala powoli i dostojnie przez ciesnine Ormuz do Zatoki Perskiej. Ciepla nocna bryza przeksztalcila sie wraz ze wschodem slonca w chlodny wiatr shamal, niosacy z polnocnego wschodu tumany pylu, przeslaniajace horyzont i zamazujace kontury ladu. Cala zaloga statku znala dobrze ten widok: wszyscy wielokrotnie juz plywali po rope do Zatoki, wszyscy byli doswiadczonymi marynarzami tankowcow. Po prawej burcie statku, w odleglosci zaledwie dwu kabli, przesunely sie jalowe, pustynne wyspy Quoin; po lewej oficerowie z mostka mogli rozpoznac ksiezycowy krajobraz polwyspu Musandam, jego nagie skaliste gory. “Freya” plynela bez ladunku, totez niewielka glebokosc toru wodnego nie stwarzala na razie zadnych problemow. Inaczej bedzie w drodze powrotnej, z pelnym ladunkiem ropy. Gleboko zanurzony statek bedzie posuwal sie powoli, a uwaga sternikow skupi sie na sondach glebinowych, na ekranach odtwarzajacych obraz dna morskiego, przesuwajacego sie ledwie kilka stop pod kilem “Freyi” – dziewiecdziesiat osiem stop pod linia wodna. Na razie statek wciaz jeszcze obciazony byl tylko balastem, ktory wiozl w swoich ladowniach od samego poczatku podrozy, od Czity. Tych ladowni, a raczej ogromnych zbiornikow, bylo na nim az szescdziesiat – umieszczone w trzech rzedach od dziobu az po rufe. Jeden z nich przeznaczony byl na “pomyje”: odprowadzano don substancje uzyte przedtem do plukania piecdziesieciu zbiornikow roboczych, z ktorych kazdy miescil 20 tysiecy ton ropy. Pozostale dziewiec zbiornikow zapewnialo statkowi odpowiedni balast i statecznosc. Napelniano je wylacznie woda morska wtedy, gdy “Freya” plynela bez ladunku. Dzieki takiej konstrukcji mozna bylo miec pewnosc, ze nie dojdzie do lekkomyslnego zanieczyszczenia morza ropa naftowa. I zaloga “Freyi” miala taka pewnosc, gdy plynela do Abu Dhabi po swoj pierwszy ladunek. Jest przy ulicy Miollin w Paryzu skromny bar, w ktorym zwykly spotykac sie przy kieliszku male plotki swiatowego handlu bronia. Wlasnie tutaj brytyjski Ukrainiec i jego niemiecki rodak spotkali sie ze swoim francuskim lacznikiem. Prowadzone szeptem rozmowy miedzy tym ostatnim a innym Francuzem ciagnely sie kilka godzin. Wreszcie lacznik wrocil do stolika, przy ktorym obaj Ukraincy mocno sie juz niecierpliwili. – Kumpel mowi, ze da sie zrobic – oswiadczyl. – Piecset dolcow za sztuke. Amerykanskich, w gotowce. Do kazdej sztuki jeden magazynek. – Bierzemy, jesli dorzuci gratis jeden pistolet z pelnym magazynkiem – podjal decyzje czlowiek z Niemiec. Trzy godziny pozniej w garazu prywatnego domu w Neuilly szesc automatycznych karabinow i jeden rewolwer MAB kaliber 9 – owiniete w koce – znalazly sie w bagazniku samochodu Ukraincow. Pieniadze tez zmienily wlasciciela. Po dalszych dwunastu godzinach, tuz przed polnoca 24 lutego, dwaj ludzie Drake'a wrocili do wynajetego w Brukseli mieszkania i pieczolowicie zlozyli swoj ladunek na dnie szafy. Poranek 25 lutego zastal “Freye” w drodze powrotnej przez ciesnine Ormuz. Na mostku kapitanskim dalo sie slyszec westchnienie ulgi, kiedy oficerowie, wpatrzeni w ekrany sond, spostrzegli, ze dno przed statkiem _zaczyna _ wreszcie opadac. Cyfry na monitorze skoczyly nagle z dwudziestu do stu sazni. “Freya” zaczela stopniowo przyspieszac, wreszcie z normalna przy pelnym obciazeniu szybkoscia pietnastu wezlow skierowala sie przez Zatoke Omanska na poludnie. Miala teraz ogromny ladunek, i wykonywala prace, do ktorej byla przeznaczona: wiozla milion ton ropy naftowej do nienasyconych rafinerii w Europie – dla milionow rodzinnych limuzyn, ktore te rope przerobia na spaliny. Statek zanurzony byl teraz dokladnie do oznaczonej linii wodnej – dziewiecdziesiat osiem stop nad kilem – i wiedzialy o tym urzadzenia alarmowe, gotowe zareagowac natychmiast, gdy tylko dno morskie niebezpiecznie sie przyblizy. W dziewieciu zbiornikach balastowych nie bylo juz wody; dzialaly one teraz jak pontony, rozmieszczone – po trzy – na dziobie, w polowie dlugosci statku i na rufie. Ten ostatni rzad zbiornikow balastowych znajdowal sie pod sama nadbudowka. Na jej piatym pietrze kapitan Thor Larsen przekazal wlasnie wachte pierwszemu oficerowi i zszedl do swojej przytulnej kajuty, by zjesc sniadanie i uciac sobie krotka drzemke. 26 lutego rano, po przerwie, ktora trwala kilka dni, sedzia przewodniczacy procesowi w Moabicie zaczal czytac orzeczenie, przygotowane przez niego i jego dwoch kolegow. Zajelo mu to pare godzin. Na lawie oskarzonych Miszkin i Lazariew sluchali z kamiennymi twarzami. Tylko od czasu do czasu popijali wode ze stojacych przed nimi szklanek. Stloczeni na lawkach prasowych dziennikarze z roznych krajow przygladali im sie ciekawie. Jeden z nich wszakze, korespondent lewicowego zachodnioniemieckiego miesiecznika, sprawial wrazenie, jakby bardziej od samych wiezniow interesowaly go stojace przed nimi szklanki. Sad zarzadzil przerwe na lunch, a kiedy po przerwie rozprawe wznowiono, owego dziennikarza nie bylo juz na sali. Dzwonil do kogos z pobliskiej budki telefonicznej. Pare minut po trzeciej sad przystapil wreszcie do ogloszenia wyroku. Obu oskarzonym kazano wstac i odczytano te sama dla obu sentencje: pietnascie lat wiezienia. Odwieziono ich natychmiast do wiezienia Tegel w polnocnej czesci miasta. W ciagu paru minut budynek sadu opustoszal. Teraz zajely sie nim sprzataczki: wynosily pelne pomietych papierow kosze na smieci, myly karafki i szklanki. Jedna z nich, mila kobieta w srednim wieku, zajela sie sprzataniem lawy oskarzonych. Upewniwszy sie, czy pozostale sprzataczki jej nie widza, wziela obydwie szklanki wiezniow, zawinela je w serwetki i schowala na dno swojej torby na zakupy, pod papiery po zjedzonych kanapkach. Nikt tego nie zauwazyl i nikogo to nie interesowalo. * * * W ostatnim dniu tego miesiaca Wasyl Pietrow poprosil o prywatna audiencje u Rudina, w jego kremlowskim apartamencie. – Miszkin i Lazariew! – zawolal energicznie od progu. – Wiem – probowal sie domyslic Rudin. – Dostali po pietnascie lat, a nalezaloby ich postawic pod sciane. – Jeden z naszych ludzi w Berlinie Zachodnim zwinal szklanki, z ktorych pili wode w czasie procesu. Odciski palcow na jednej z nich zgadzaja sie z tymi, ktore znaleziono w samochodzie uzytym do zamachu w Kijowie. – A wiec to oni – skomentowal Rudin ponuro. – Niech ich cholera! Sluchaj, Wasyl, trzeba sie ich jak najszybciej pozbyc, jasne? Przekaz sprawe do departamentu mokrej roboty. KGB, instytucja wielka i skomplikowana, sklada sie z czterech wydzialow glownych, siedmiu wydzialow samodzielnych i szesciu samodzielnych departamentow. Ogromna wiekszosc jej dzialan skupia sie jednak w czterech wydzialach glownych. Jeden z nich – Pierwszy – zajmuje sie wylacznie tajna dzialalnoscia poza granicami ZSRR. Do tego wlasnie wydzialu nalezy sekcja okreslana jako Departament V (jak Yictor) albo Departament Wykonawczy. Istnienie i dzialanie tej sekcji pragnie KGB okryc jak najglebsza tajemnica – zarowno przed swiatem, jak przed wlasnymi obywatelami. Jej zadania obejmuja sabotaz, grabiez, porwania i morderstwa. Wtajemniczeni funkcjonariusze mowia o tej sekcji po prostu: “departamient mokrych diel”; bo tez jego prace czesto koncza sie krwawym zabojstwem. Tam wlasnie polecil Rudin przekazac sprawe likwidacji Miszkina i Lazariewa. – Zrobilem juz, co trzeba – odparl Pietrow. – I chce powierzyc te sprawe pulkownikowi Kukuszkinowi, szefowi obstawy Iwanienki. On ma osobiste powody, zeby to zrobic dobrze. Zapewne bedzie chcial pomscic smierc szefa i swoje upokorzenie… no i dobrze wie, ze ratuje w ten sposob wlasna skore. Jakies dziesiec lat temu przeszedl staz w Departamencie V. I nie trzeba go specjalnie wtajemniczac w to, co sie zdarzylo na ulicy Rozy Luxemburg. Byl tam przeciez. W dodatku dobrze mowi po niemiecku. A w tej sprawie bedzie sie kontaktowal tylko z generalem Obrazcowem i ze mna. Rudin skinal glowa. – Dobrze, daj mu te robote… Niech sam sobie dobierze ludzi, a Obrazcow niech da mu wszystko, co potrzebne. Oficjalnie bedzie to odwet za zabojstwo tego lotnika… kapitana Rudenki. Rozumiesz oczywiscie, ze to musi sie udac juz za pierwszym razem. Jesli Kukuszkin spartoli robote, tamci natychmiast zaczna mowic, a po takim nieudanym zamachu na ich zycie swiat latwo im uwierzy. Z pewnoscia uwierzy Wiszniajew. Domyslasz sie, co by to oznaczalo? – Domyslam sie – odparl Pietrow spokojnie. – Ale Kukuszkin nie zawiedzie. Zalatwi to osobiscie. 10. – To najlepszy rezultat, jaki moglismy osiagnac, panie prezydencie – powiedzial sekretarz stanu. – Osobiscie uwazam, ze Edwin Campbell zrobil dla nas wspaniala robote w Castletown. Wokol biurka prezydenta w Owalnym Gabinecie zasiedli tym razem sekretarze stanu, obrony i skarbu, a takze Robert Benson z CIA i Stanislaw Poklewski. Za wysokimi oknami gabinetu przenikliwy wiatr smagal roze w ogrodzie. Snieg juz stopnial, ale pierwszy dzien marca byl ponury i nie zachecal do spacerow. Matthews polozyl reke na grubym skrypcie, lezacym przed nim na biurku; byl to projekt porozumienia, opracowany w Castletown. – Wielu rzeczy tutaj nie rozumiem – wyznal – nie jestem specjalista. Ale komentarz dostarczony przez Departament Obrony zrobil na mnie jak najlepsze wrazenie. Jedno wiem na pewno: jesli odrzucimy traktat teraz, kiedy ich Biuro Polityczne juz go zaakceptowalo, nie bedzie powrotu do negocjacji. Po prostu za trzy miesiace sprawa zakupu zboza bedzie dla Rosji musztarda po obiedzie. Beda juz mieli kleske glodu, Rudm odejdzie, a Wiszniajew rozpeta wojne. Mam racje? – To sie wydaje rzeczywiscie nieuniknione – zgodzil sie Lawrence. – A teraz druga strona rachunku: ile nas to kosztuje? – rzucil pytanie prezydent. – Ten drugi dokument, tajny protokol handlowy – odezwal sie sekretarz skarbu – zobowiazuje nas do dostawy piecdziesieciu pieciu milionow ton zboz po cenie produkcji, a takze do sprzedazy technologii dla przemyslu naftowego, komputerowego i spozywczego za niemal trzy miliardy dolarow… sprzedazy w duzej mierze subsydiowanej przez nasz rzad. W sumie naklady Stanow Zjednoczonych na ten cel dochodza do czterech miliardow. Jednak rozlegle redukcje zbrojen po stronie przeciwnej pozwola nam odzyskac te sume, a nawet wiecej, dzieki zmniejszeniu naszych wydatkow obronnych. – Jesli oczywiscie oni dotrzymaja zobowiazan – wtracil natychmiast sekretarz obrony. – Ale jesli dotrzymaja, a musimy na razie w to wierzyc – skontrowal Lawrence – to, wedle rachunku panskich wlasnych ekspertow, przez co najmniej piec lat nie beda mieli zadnych szans na sukces w wojnie czy to konwencjonalnej, czy nuklearnej w Europie. Prezydent William Matthews dobrze pamietal, ze w nadchodzacych wyborach – w listopadzie przyszlego roku – nie bedzie juz kandydowac. Gdyby jednak odchodzac zdolal zagwarantowac swiatu przynajmniej piec lat pokoju i zahamowac szalenczy wyscig zbrojen z lat siedemdziesiatych, zajalby w pamieci ludzkiej miejsce posrod wielkich prezydentow Ameryki. I takie wlasnie bylo wtedy – wiosna 1983 roku – jego najwieksze marzenie. – Panowie – oswiadczyl – musimy zaaprobowac uklad w tej postaci. David, prosze zawiadomic Moskwe, ze akceptujemy uzgodnione w Castletown warunki i wysylamy naszych negocjatorow na ponowne spotkanie w celu ustalenia ostatecznego oficjalnego tekstu. Tymczasem mozemy juz zezwolic na ladowanie ziarna na statki. Niech beda gotowe do wyplyniecia z chwila zlozenia podpisow. To wszystko na dzis. 3 marca Azamat Krim i jego amerykanski ziomek dobili targu: kupili mocny i szybki kuter. Byla to jednostka z rodzaju tych, jakimi najchetniej posluguja sie wedkarze morscy, zarowno po brytyjskiej, jak kontynentalnej stronie Morza Polnocnego. Miala stalowy kadlub, czterdziesci stop dlugosci i mocny, szeroki poklad. Spiskowcy kupili ja okazyjnie w Ostendzie: miala rejestracje belgijska. Przednia czesc kutra, okolo jednej trzeciej dlugosci, zajmowala kabina. Wewnetrzne schodki prowadzily na dol, do ciasnej przestrzeni mieszkalnej, w ktorej oprocz czterech koi miescila sie jeszcze malutka lazienka i turystyczna kuchenka gazowa. Tylna czesc pokladu, oddzielona od przedniej wysoka grodzia, otwierala sie na rufie wprost na wodny zywic. Pod pokladem pracowal potezny silnik, zdolny szybko transportowac wedkarzy na polnocne lowiska i z powrotem. Krim i jego towarzysz poprowadzili kuter z Ostendy wzdluz belgijskiego wybrzeza na wschod, do Blankenberge. Tutaj, zacumowany w porcie jachtowym, nie zwracal niczyjej uwagi. Wiosna zawsze sciagaly tu rzesze smialych morskich lowcow, z ich osobliwymi lodziami i specjalistycznym sprzetem. Amerykanin pozostal na kutrze, by sprawdzic i wyregulowac silnik. Krim wrocil do Brukseli, do mieszkania, w ktorym Andrew Drake zdazyl juz przeksztalcic kuchenny stol w warsztat; Tatar zastal go calkowicie pochlonietego robota. Juz po raz trzeci w trakcie swego dziewiczego rejsu “Freya” przekroczyla rownik. Siodmego marca, plynac nadal kursem SSW, weszla do w Kanalu Mozambickiego. Statek trzymal sie ciagle szlaku o glebokosci ponad stu sazni, majac stale pod kilem wiecej niz 200 metrow przezroczystych wod oceanu. Jego kurs prowadzil nieco dalej od wybrzeza niz glowne szlaki zeglugowe. Od wyjscia z Zatoki Omanskiej zaloga nie widziala ladu. Siodmego marca po poludniu, gdy statek mijal Komory, marynarze mogli, korzystajac z dobrej pogody, spacerowac po ponad 400-metrowej trasie gornego pokladu albo, wylegujac sie nad oslonietym basenem na pokladzie “C”, ogladac Wielki Komor. Szczyt dominujacej nad wyspa, gesto zalesionej gory ginal w chmurach, a dym z plonacego u jej stop poszycia lasu snul sie daleko nad zielonym morzem. Pod wieczor niebo pokrylo sie szarymi chmurami. Zaczal wiac sztormowy wiatr. Przed nimi byly jeszcze burzliwe wody wokol Przyladka Dobrej Nadziei i ostatni juz odcinek drogi, kurs na polnoc, na spotkanie z oczekujaca ich Europa. Nastepnego dnia Moskwa udzielila oficjalnej odpowiedzi na propozycje prezydenta USA. Z zadowoleniem przyjeto jego osobista akceptacje przedlozonego projektu porozumienia. Zaaprobowano tez jego postulaty, by glowni negocjatorzy z Castletown spotkali sie jak najszybciej ponownie, aby opracowac ostateczny tekst. Caly wolny tonaz radzieckiej marynarki handlowej znajdujacy sie w dyspozycji Sovfrachtu oraz liczne statki obcych bander, wyczarterowane w tym celu przez ZSRR, plynely juz po zboze w strone wschodnich portow Ameryki Polnocnej, zgodnie z amerykanska propozycja. Do Moskwy tymczasem dotarly pierwsze raporty o powaznym wzroscie sprzedazy miesa na wiejskich targach, co oznaczalo, ze zaczal sie juz masowy uboj zywca. Nawet w sowchozach i kolchozach, gdzie bylo to formalnie zabronione. Wyczerpywaly sie ostatnie rezerwy zboz, potrzebne na pasze dla zwierzat i do wyzywienia ludzi. W prywatnym poslaniu do prezydenta Matthewsa Maksym Rudin wyrazil ubolewanie, ze ze wzgledu na stan zdrowia nie bedzie mogl osobiscie sygnowac porozumienia w imieniu Zwiazku Radzieckiego, chyba zeby jego uroczyste podpisanie odbylo sie w Moskwie. Proponowal w tej sytuacji, by oficjalnego zlozenia podpisow pod dokumentem dokonali ministrowie spraw zagranicznych obu panstw w Dublinie, 10 kwietnia. Wiatry w okolicach Przyladka dely z piekielna sila. Skonczylo sie juz poludniowoafrykanskie lato, a jesienne sztormy pedzily od Antarktydy walac z calym impetem w Stolowa Gore. 12 marca “Freya” znalazla sie w glownym nurcie pradu Agulhas i przedzierala sie na zachod przez pokryte teraz groznymi, wielkimi jak gory falami, nadal zielone morze, przyjmujac pokladnica lewej burty najciezsze uderzenia sztormu. Przenikliwe zimno panowalo na zewnatrz na pokladzie, ale nie bylo tam zywego ducha. Oslonieci podwojnymi szybami mostka kapitan Larsen, oficerowie wachtowi oraz sternik, radiooficer i dwaj inni mezczyzni ubrani byli w koszule z krotkimi rekawami. Otoczeni bezpiecznym cieplem, chronieni niezawodna technika statku przed zlosliwosciami aury, patrzyli tam, gdzie wysokie na czterdziesci stop fale, gnane z poludniowego zachodu wichrem o sile dziesieciu stopni, wznosily sie nad lewa burta “Freyi”, zawisajac nad nia na chwile nieruchomo, by wreszcie zwalic sie na jej ogromny poklad, przykrywajac znajdujaca sie na nim platanine rur i zaworow wscieklym wirem bialej piany. Tylko usytuowany najdalej na przodzie statku pomost dziobowy byl nieco widoczny za sciana pieniacej sie wody, sprawiajac wrazenie fragmentu jakiejs oddzielnej calosci. Ledwie splynela przez luki odplywowe piana z pierwszej, pokonanej fali, juz uderzala we “Freye” nastepna gigantyczna gora wodna. Statek calym ciezarem zanurzal sie w nastepnej fali. To sila 90 tysiecy koni mechanicznych maszyn statku umieszczonych trzydziesci metrow ponizej mostka kapitanskiego pchala statek i zatankowany w nim milion ton ropy w strone Rotterdamu. Wysoko w gorze krazyly i krzyczaly albatrosy z Przyladka, ale zamknieci na mostku za szybami z podwojnego pleksiglasu ludzie nie slyszeli ich zagubionych krzykow. Jeden ze stewardow podal im wlasnie kawe. Dwa dni pozniej, w poniedzialek czternastego marca, Munro wyprowadzil samochod z dziedzinca biura radcy handlowego ambasady brytyjskiej i skrecil ostro w Prospekt Kutuzowa, do centrum miasta. Jechal do glownego gmachu ambasady, dokad zostal wezwany przez szefa kancelarii. Ich rozmowa telefoniczna niewatpliwie nagrywana przez KGB, dotyczyla “koniecznosci wyjasnienia drobnych szczegolow” zwiazanych ze zblizajaca sie wizyta delegacji handlowej z Londynu. Taka informacja oznaczala jednak naprawde, ze dla Adama jest jakas pilna szyfrowka. W budynku ambasady przy Nabrzezu Maurice'a Thoreza, sekcja szyfrowa znajduje sie w podziemiu. To solidnie zabezpieczone pomieszczenie jest w dodatku regularnie kontrolowane specjalnymi “odkurzaczami”, ktore tym sie roznia od zwyklych, ze zamiast kurzu wyszukuja i usuwaja urzadzenia podsluchowe. Szyfranci sa pracownikami ambasady majacymi status czlonkow ich personelu dyplomatycznego, najstaranniej sprawdzanymi przez sluzby specjalne. Mimo to przychodza niekiedy wiadomosci, ktorych nie moze rozszyfrowywac w zwyklym trybie kazdy dyzurny szyfrant na normalnym dekoderze. Specjalne oznakowanie takich depesz przypomina, ze maja byc przekazane tylko jednemu, szczegolnie zaufanemu szyfrantowi, poslugujacemu sie dodatkowym, tylko przez niego uruchamianym dekoderem. Czasami tak wlasnie oznakowane depesze byly przeznaczone dla Adama Munro. Tak tez bylo i tym razem. Szyfrant do specjalnych poruczen znal rzeczywiste funkcje Munro, tylko dlatego, ze musial je znac ze wzgledu na charakter swoich zadan. Chocby po to, zeby chronic go przed ciekawoscia innych, ktorzy nic na ten temat nie wiedzieli i wiedziec nie powinni. Munro wszedl do sekcji szyfrow. “Jego” czlowiek juz czekal i dostrzegl go natychmiast. Przeszli razem do malego pomieszczenia sasiadujacego z glowna sala. Szyfrant, sprawiajacy (byc moze dzieki swym dwuogniskowym okularom) wrazenie czlowieka bardzo precyzyjnego i metodycznego, wyjal, przypiety na stale do jego paska, kluczyk i otworzyl nim specjalne urzadzenie dekodujace. Wsunal w nie depesze z Londynu, a maszyna niemal natychmiast wyplula przeklad. Szyfrant dyskretnie odwrocil glowe, gdy rezydent wywiadu zapoznawal sie z trescia depeszy. Przeczytawszy ja do konca Munro usmiechnal sie. Jeszcze raz spojrzal na tekst, zeby zapamietac dokladnie wszystkie szczegoly i natychmiast wrzucil szyfrogram prosto do krajarki, ktora zamienila cienki papier niemalze w pyl. Podziekowal szyfrantowi i wyszedl, ogromnie ucieszony. Barry Ferndale poinformowal go wlasnie, ze radziecko-amerykanski traktat bedzie wkrotce podpisany, mozna wiec pozwolic “Slowikowi” na krotki wyjazd z ZSRR na wybrzeze rumunskie, gdzie przygotowano mu dyskretne, ale bardzo serdeczne powitanie i podziekowanie, miedzy 16 a 23 kwietnia. Dalej depesza podawala szczegoly planowanej operacji. Zadaniem Munro bylo teraz nawiazanie kontaktu ze “Slowikiem” oraz uzyskanie jego zgody na wyjazd i akceptacji planu, a nastepnie wyslanie potwierdzenia do centrali. Po otrzymaniu osobistego poslania Maksyma Rudina, prezydent Matthews wyslal krotka notatke do Davida Lawrence'a: “Poniewaz jest to cos wiecej niz zwykle porozumienie w sprawie redukcji zbrojen, sadze, ze powinnismy raczej nazywac je traktatem. A poniewaz wszystko wskazuje na to, ze dokument ten bedzie podpisany w Dublinie, przejdzie do historii z pewnoscia jako “Traktat Dublinski”. Lawrence porozumial sie w tej kwestii z rzadem Republiki Irlandzkiej, ktory zgodzil sie natychmiast, nie ukrywajac zadowolenia, ze wlasnie Irlandia bedzie miejscem uroczystego podpisania traktatu przez wysokich ranga przedstawicieli rzadow USA i ZSRR, Davida Lawrence'a i Dymitra Rykowa. Ustalono, ze uroczystosc odbedzie sie 10 kwietnia w Sali Swietego Patryka na Zamku Dublinskim. 16 marca, po tych ustaleniach prezydent Matthews odpowiedzial Maksymowi Rudinowi, wyrazajac zgode na proponowane miejsce i termin. W gorach, w poblizu Ingolstadt, w Bawarii sa dwa duze kamieniolomy. Po zmroku 18 marca na terenie jednego z nich czterej zamaskowani mezczyzni, z ktorych przynajmniej jeden byl uzbrojony w pistolet, napadli i zwiazali nocnego straznika. Napastnicy, ktorzy, jak sie wydaje, dobrze wiedzieli, czego szukaja, wlamali sie do magazynu, skad skradli 250 kilogramow materialow wybuchowych oraz pewna ilosc detonatorow elektrycznych. Odjechali na dlugo przed switem. A poniewaz nastepnego dnia, 19 marca, byla sobota wolna od pracy, nieszczesny straznik prawie do poludnia czekal na uwolnienie i odkrycie wlamania. Wtedy tez dopiero wszczeto poszukiwanie sprawcow. Policja prowadzila sledztwo sumiennie. Biorac pod uwage, ze sprawcy najwidoczniej znali dobrze miejsce przestepstwa, poszukiwania zaczeto od sprawdzenia bylych pracownikow kamieniolomu. Policja poszukiwala osob podejrzanych o kontakty ze skrajna lewica. Ale nie zwrocono szczegolnej uwagi na zatrudnionego w tym kamieniolomie przed trzema laty czlowieka o nazwisku Klimczuk. Policjanci uznali bowiem, ze jest to nazwisko polskie, a nie ukrainskie. Tymczasem juz w sobote wieczorem dwa samochody wiozace skradzione materialy wybuchowe powrocily do Brukseli. Granice niemiecko-belgijska na autostradzie Aachen – Liege przejechaly nie zatrzymywane. Weekendowe nasilenie ruchu bylo tego dnia wyjatkowo duze. Pod wieczor 20 marca “Freya” pozostawila juz daleko za soba Senegal. Dystans dzielacy ja od Przyladka Dobrej Nadziei pokonala w dobrym tempie, dzieki sprzyjajacym poludniowo-wschodnim wiatrom i korzystnym pradom. Choc w Europie Polnocnej byl to jeszcze koniec zimy, na plazach Wysp Kanaryjskich wylegiwali sie juz turysci. Tego, co prawda, nie mozna bylo z “Freyi” dostrzec, statek przeplywal zbyt daleko na zachod od Wysp. Ale 21 marca o swicie oficerowie pelniacy wachte na mostku dostrzegli jednak wulkaniczny wierzcholek Pico de Teide na Teneryfie – pierwszy skrawek ladu, jaki widzieli, odkad zostawili za soba poszarpane brzegi Prowincji Przyladkowej. Kiedy jednak i kanaryjskie szczyty zniknely im z oczu, wiedzieli, ze jesli nie bedzie im dane zobaczyc szczytu Madery, nastepnym widokiem mijanych ziem beda dopiero swiatla latarni morskich ostrzegajace przed zbytnim zblizaniem sie do skalistych brzegow Mayo i Donegal. Adam Munro przez caly tydzien czekal z niecierpliwoscia na spotkanie z kobieta, ktora kochal. Nie mial jednak zadnej mozliwosci, by spotkac sie z nia wczesniej, przed umowionym kontaktem, czyli przed poniedzialkiem dwudziestego pierwszego marca. Spotkanie ze “Slowikiem”, jak niegdys z “Perkozem”, mialo sie odbyc na terenie Wystawy Osiagniec Gospodarki Narodowej, tym razem w miejscu, gdzie ten ogromny, liczacy 238 hektarow parkow i terenow wystawowych obszar, laczy sie z centralnym Ogrodem Botanicznym Akademii Nauk ZSRR. Znalazl ja tutaj, oczekujaca na niego w zacisznym, oslonietym arboretum, kiedy dotarl tu prawie w samo poludnie. Chcial ja pocalowac, ale ryzyko, ze zauwazy to przypadkowo jakis przechodzien, bylo zbyt duze. Przekazal jej wiec tylko z kontrolowanym, jak zwykle lekkim podnieceniem wiadomosci z Londynu. Sluchala ich rozradowana. – Ja tez mam dla ciebie dobra wiadomosc – powiedziala. -W pierwszej polowie kwietnia udaje sie do Bukaresztu, na zjazd rumunskiej Partii albo, jesli wolisz,,,z bratnia wizyta”, delegacja naszego Komitetu Centralnego. Mam jechac z nimi. Sasza zaczyna ferie 29 marca, do Bukaresztu lecimy 5 kwietnia. Po dziesieciu dniach spedzonych w miescie nikt sie nie bedzie dziwil, ze chce znudzonego chlopca zawiezc na tydzien nad morze. – A wiec ustale date przerzutu na poniedzialek osiemnastego kwietnia. Bedziesz w ten sposob miala kilka dni na przygotowania w Konstancy. Musisz wynajac albo pozyczyc od kogos samochod. I zaopatrzyc sie w mocna latarke. A teraz, kochana, kilka szczegolow, ktore musisz zapamietac, zeby nie bylo zadnej pomylki. Na polnoc od Konstancy jest kapielisko nadmorskie Mamaia, do ktorego przyjezdzaja grupy wycieczkowe z Zachodu. Wieczorem osiemnastego pojedziecie z Konstancy droga przez Mamaie. Dokladnie szesc mil za Mamaia od glownej nadbrzeznej szosy, prowadzi w prawo wiejska droga w kierunku plazy. Na koncu tej drogi zobaczysz niska kamienna wiezyczke, w dolnej czesci pomalowana na bialo. To taki znak orientacyjny dla rybakow. Zostaw samochod jak najdalej od drogi i zejdz po wydmie na plaze. O drugiej w nocy zobaczysz na morzu swiatlo. Trzy blyski dlugie i trzy krotkie. Wtedy wezmiesz latarke… reflektor oslon kartonem – i skierujesz ja dokladnie tam, skad zobaczysz swiatla. Odpowiedz nadanym w odwrotnej kolejnosci sygnalem: trzy krotkie, trzy dlugie. Wtedy przyplynie po ciebie i Sasze motorowka. Na pokladzie bedzie czlowiek mowiacy po rosyjsku i dwoch komandosow. Zeby potwierdzic swoja tozsamosc posluzysz sie haslem: “Slowik spiewa na Berkeley Square”. Wszystko zapamietalas? – Tak… Adam, gdzie wlasciwie jest Berkeley Square? – W Londynie. Jest piekny tak jak ty. I jest tam bardzo duzo drzew. – A slowiki tez sa? – Jesli wierzyc piosence, to jeden kiedys tam bywal. Och, kochana. To juz tak blisko. Tylko cztery tygodnie. Kiedy przyjedziemy do Londynu, pokaze ci Berkeley Square. – Adam – zasepila sie nagle – powiedz, czy uwazasz, ze zdradzilam swoj narod, ze zdradzilam Rosje? – Nie – odpowiedzial z przekonaniem. – Nie zdradzilas. To wasi przywodcy omal nie zdradzili narodu. Gdybys nie zrobila tego, co zrobilas, Wiszniajew i twoj wujaszek mogliby naprawde rozpetac te swoja wojne. A ta ich wojna zniszczylaby i Rosje, i Europe Zachodnia, i Anglie, i prawie cala Ameryke. Nie, nie zdradzilas swojego narodu. – Ale oni nigdy tego nie zrozumieja, nigdy mi nie wybacza – w jej oczach pokazaly sie lzy. – Zawsze juz beda nazywac mnie zdrajczynia. Zawsze juz bede banitka. – Sluchaj, moze kiedys, jeszcze za naszego zycia, caly ten obled sie skonczy. Moze ktoregos dnia bedziesz mogla wrocic… Posluchaj, kochanie, nie mozemy tu zbyt dlugo siedziec – zmienil nagle temat – wiec tyli o jeszcze jedno: musze miec numer twojego prywatnego telefonu. Tak, umowilismy sie, ze nie bede nigdy dzwonil. Ale teraz trace z toba kontakt az do czasu, kiedy bedziesz bezpieczna na Zachodzie. Jesli… choc to bardzo malo prawdopodobne… nastapi jakas zmiana w planach albo w dacie, musze miec sposob, zeby ci to przekazac. Jesli zadzwonie, przedstawie sie jako twoj przyjaciel Grigorij i bede przepraszal, ze nie moge przyjsc na przyjecie. Jesli odbierzesz taki telefon, wyjdz natychmiast z domu i jedz do mnie. Bede czekal na parkigu pod hotelem “Mozajskim”, na koncu Prospektu Kutuzowa. Zgodzila sie latwo i dala mu swoj numer. Pocalowal ja w policzek. – Do zobaczenia w Londynie, Walu – powiedzial na pozegnanie. Idac parkowa aleja, myslal juz o tym, ze bedzie musial zlozyc dymisje, a przedtem _przezyc _ atak zimnej wscieklosci Sir Nigela – kiedy okaze sie, ze “Slowik” to nie Anatol Kriwoj, ale kobieta, i w dodatku jego, Adama Munro, przyszla zona. Ale wtedy bedzie juz za pozno, by cokolwiek zmienic czy odwolac – nawet dla tajnych sluzb Jej Krolewskiej Mosci. Ludwig Jahn z coraz wiekszym lekiem patrzyl na dwoch mezczyzn, ktorzy zajeli jedyne krzesla w jego malej, ale schludnej kawalerce w Weddingu, dzielnicy Berlina Zachodniego, zamieszkanej glownie przez robotnikow. Goscie mieli w twarzach cos, co juz kiedys, dawno temu widzial, i czego mial nadzieje nigdy wiecej nie ogladac. Ten, ktory mowil, byl niewatpliwie Niemcem. Jahn nie mial co do tego watpliwosci. Nie wiedzial oczywiscie, ze ow czlowiek to major Schulz z tajnej policji wschodnioniemieckiej, budzacej groze Staatssicherheitsdienst, w skrocie: SSD. Ludwig nie slyszal nigdy tej nazwy, ale domyslal sie, czym sie ci ludzie zajmuja. Domyslal sie tez, ze SSD ma dokladne dossier wszystkich Niemcow z NRD, ktorzy uciekli na Zachod i na tym wlasnie polegal jego problem. Trzydziesci lat temu jako osiemnastolatek, Ludwig Jahn bral udzial w strajku robotnikow budowlanych w Berlinie Wschodnim, ktory przerodzil sie we wschodnioniemieckie powstanie. Mial szczescie. Zostal wprawdzie wylegitymowany podczas oblawy, zorganizowanej przez rosyjska milicje i jej niemieckich pomocnikow, ale nie zatrzymano go na dlugo. Do dzis pamietal jednak odor aresztu sledczego i szczegolny wyraz twarzy ludzi, ktorzy go wtedy przesluchiwali. Goscie, ktorzy odwiedzili go w domu 22 marca, trzydziesci lat po tamtych wydarzeniach, mieli dokladnie ten sam wyraz twarzy. Przez osiem lat po berlinskich rozruchach w 1953 roku Ludwig Jahn siedzial cicho. W 1961 roku, kiedy Mur nie byl jeszcze ukonczony, spokojnie przeszedl do zachodniej czesci miasta. Przez ostatnie pietnascie lat mial dobra, panstwowa posade w Berlinie Zachodnim. Zaczynal jako zwykly straznik w sluzbie wieziennej, obecnie awansowal juz do stopnia starszego wachmistrza, oddzialowego Bloku II, w wiezieniu Tegel. Jego drugi gosc siedzial przez caly czas w milczeniu. Jahn nigdy sie nie dowie, ze ten czlowiek to radziecki pulkownik nazwiskiem Kukuszkin, pracujacy teraz dla “departamentu mokrej roboty” moskiewskiej centrali KGB. Jahn patrzyl z przerazeniem na zdjecia, ktore Niemiec wysypal z duzej koperty i rozlozyl przed nim na stole. Byla na nich jego matka, dobiegajaca osiemdziesiatki wdowa, w celi wieziennej, patrzaca w obiektyw poslusznie, z trwoga i jakby z nadzieja, ze z tej wlasnie strony przyjdzie uwolnienie. Byli tam jego dwaj mlodsi bracia, z kajdankami na rekach, w roznych celach, ktorych sciany z surowych cegiel byly doskonale widoczne na bardzo ostrych odbitkach. – A sa jeszcze panskie bratowe i trojka rozkosznych bratankow. No tak, wiemy _przeciez, _ ze posyla im pan prezenty gwiazdkowe. Jak to oni pana nazywaja? Wujek Ludo? Ladnie, bardzo ladnie… A czy cos takiego – gosc podsunal Jahnowi dalsze zdjecia – widzial pan kiedys? To, co zobaczyl teraz na tych zdjeciach, zmusilo go do zamkniecia na chwile oczu. Ze zdjec patrzyly na niego dziwaczne, podobne do zywych trupow, postacie odziane w szmaty, z nagimi glowami ostrzyzonymi do golej skory, wygladajacymi jak czaszki, z zapadnietymi, otepialymi twarzami. Ludzie na tych zdjeciach tloczyli sie bezladnie, powloczyli nogami jak starcy. Niektorzy owijali wlasnie szmatami skostniale stopy, by oslonic je przed arktycznym mrozem. Porosnieci szczecina, wyschnieci na wior, bardziej przypominali zmaltretowane zwierzeta w klatce, niz ludzi. Wyjasniono mu uprzejmie dalej, ze zdjecia przedstawiaja wiezniow obozow pracy przymusowej na Kolymie, na dalekiej Syberii, na polnoc od Kamczatki. Tam wlasnie, na Dalekim Wschodzie za kregiem polarnym, wydobywa sie zloto. – Dozywocie w takich… hm… kurortach to przywilej tylko dla najwiekszych wrogow panstwa, panie Jahn. Ale moj obecny tu kolega moze zapewnic ten przywilej calej panskiej rodzinie… tak… nawet panskiej kochanej, starej matce… wystarczy jeden telefon. No, wiec, niech pan mi powie, czy chce pan, zeby ta rozmowa telefoniczna sie odbyla? Pulchny Jahn patrzyl z przerazeniem w oczy drugiego mezczyzny, ktory nadal milczal. Wydawaly mu sie rownie zimne jak lagry Kolymy. – _Nein _ - wykrztusil z trudem – blagam, nie! Czego wy wlasciwie ode mnie chcecie? Choc pytanie skierowane bylo do drugiego milczacego mezczyzny, odpowiedzial Niemiec. – W wiezieniu w Tegel siedza dwaj porywacze samolotu, Miszkin i Lazariew. Zna ich pan? Jahn skinal glowa poslusznie, z rezygnacja. – Tak. Przywieziono ich cztery tygodnie temu. Bylo na ich temat wiele szumu w prasie. – Gdzie dokladnie siedza? – Blok numer II. Gorne pietro, wschodnie skrzydlo. Maja pojedyncze cele… na wlasna prosbe. Obawiaja sie innych wiezniow. Tak mowia… bo wlasciwie nie maja powodu sie bac. Gdyby mieli na przyklad na sumieniu gwalt na dzieciach, to co innego. Ale bardzo nalegali. – Pan jednak moze ich odwiedzac, panie Jahn? Ma pan do nich dostep? Jahn milczal. Zaczynal sie juz z przerazeniem domyslac, czego jego goscie mogli chciec od porywaczy samolotu. Przybyli przeciez ze Wschodu, skad tamci dwaj uciekli. Z pewnoscia nie przyszli do niego po to, zeby wreczyl wiezniom od nich prezenty urodzinowe. – Niech pan przyjrzy sie jeszcze raz tym zdjeciom, Jahn. Niech pan im sie dobrze przyjrzy, zanim pomysli pan o odmowie. – Tak, moge ich odwiedzac. W czasie obchodow. Ale tylko w nocy. Na dziennej zmianie pilnuje tego korytarza trzech straznikow. Zawsze co najmniej jeden musialby wejsc ze mna do celi. Zreszta w ciagu dnia nie mam zadnego pretekstu do otwierania cel. Kontroluje je w nocy. – Jest pan teraz na nocnej zmianie? – Nie – zaprzeczyl gwaltownie – na dziennej. – Jak dlugo trwa nocna zmiana?: – Osiem godzin. O dziesiatej wieczorem gasi sie swiatlo, o polnocy nastepuje zmiana warty. Nastepna zmiana jest o osmej rana W ciagu nocy obchodze caly blok trzykrotnie, w towarzystwie dyzurnego straznika kazdego z pieter. Nieznajomy Niemiec zastanowil sie przez chwile. – Moj obecny tu przyjaciel chcialby ich odwiedzic. Kiedy przechodzi pan na nocna zmiane? – W poniedzialek, czwartego kwietnia. – Doskonale. A wiec zrobi pan to tak… Polecono Jahnowi wziac mundur i przepustke z szafki kolegi przebywajacego na urlopie. Czwartego kwietnia o drugiej nad ranem kazano mu zejsc na parter i wpuscic Rosjanina z ulicy sluzbowym wejsciem. Pojsc z nim na gorne pietro i ukryc go w pokoju sluzbowym dziennej zmiany. Dyzurnego z tego pietra wyslac pod jakims pretekstem na dluzszy czas na dol, przejmujac tymczasem jego obowiazki. Po odejsciu straznika wpuscic Rosjanina na korytarz, przy ktorym sa izolatki, i dac mu klucze od obu cel. Po jego odwiedzinach u Miszkina i Lazariewa wszystkie czynnosci zostana powtorzone w odwrotnej kolejnosci. Nastepnie Rosjanin ukryje sie az do powrotu dyzurnego straznika, po czym Jahn odprowadzi go do sluzbowego wyjscia i wypusci na ulice. – To sie nie uda -jeknal Jahn, wiedzac dobrze, ze prawdopodobnie jednak mogloby sie im to udac. Wtedy wreszcie odezwal sie po niemiecku, milczacy dotad Rosjanin. – Lepiej, zeby wyszlo – zagrozil. – Jesli nie wyjdzie, osobiscie zapewnie panskiej rodzinie taki rezim na Kolymie, przy ktorym stosowane tam “rygory specjalne” beda mogly sie wydawac miesiacem miodowym w apartamencie hotelu “Kempinsky”. Jahn poczul sie nagle tak, jakby lodowata ciecz wypelnila mu zoladek. Rowniez w jego wiezieniu bylo “wydzielone skrzydlo”. Zaden z tamtejszych brutalnych straznikow nie mogl sie jednak rownac z tym czlowiekiem. Jahn z trudem przelknal sline. – Zrobie to – wyszeptal. – Moj przyjaciel powroci tutaj w niedziele, trzeciego kwietnia, o szostej wieczor – oswiadczyl Niemiec. – Tylko bez zadnych komitetow powitalnych z policji, jesli laska. Nic to panu nie da. Obaj mamy paszporty dyplomatyczne na falszywe nazwiska. Wszystkiemu zaprzeczymy i puszcza nas wolno. Prosze przygotowac dla niego mundur i przepustke. Po chwili odeszli. Zabrali ze soba fotografie, nie zostawili ani jednej. Dla Jahna nie mialo to znaczenia. Juz ich nie zapomni: co noc bedzie je widzial w koszmarnych snach, z najdrobniejszymi szczegolami. Do 23 marca ponad dwiescie piecdziesiat statkow – pierwsza czesc oczekujacej juz na zaladunek floty masowcow – zacumowalo w trzydziestu portach wschodniego wybrzeza Ameryki, od Rzeki sw. Wawrzynca w Kanadzie az po Karoline. Rzeka Swietego Wawrzynca skuta byla jeszcze lodem, ale lodolamacze pokruszyly go na miazge; zima musiala uznac swoja porazke, gdy plynace po ziarno statki dotarly w komplecie do stanowisk przy elewatorach zbozowych. Wiekszosc statkow nalezala do radzieckiego Soyfrachtu. Wsrod pozostalych najwiecej bylo jednostek plynacych pod bandera USA. Jeden z warunkow kontraktu przewidywal bowiem, ze przewoznicy amerykanscy beda mieli pierwszenstwo. Juz wkrotce statki te poplyna przez Atlantyk, w strone Archangielska i Murmanska, do Leningradu, do Odessy, Sewastopola i Noworosyjska. W tych konwojach wezma takze udzial statki plywajace pod dziesiecioma innymi banderami – i bedzie to najwiekszy masowy ladunek przewozony transportem morskim rownoczesnie na tej trasie od czasow II wojny swiatowej. Elewatory zbozowe od Duluth do Huston zaczely wypluwac z siebie zloty strumien pszenicy, jeczmienia, owsa, zyta i kukurydzy. Wszystko to w ciagu miesiaca dotrze do zagrozonych glodem milionow w Rosji. * * * Dwudziestego szostego Andrew Drake oderwal sie wreszcie od zaimprowizowanego warsztatu na kuchennym stole mieszkania wynajetego na przedmiesciach Brukseli i oznajmil, ze jest gotow. Material wybuchowy zapakowano w dziesiec fibrowych walizek, bron zawinieto w reczniki i upchnieto w plecakach. Detonatory, owiniete w bawelne, Azamat Krim umiescil w pudelku z cygarami, z ktorym sie nigdy nie rozstawal. Kiedy _zapadl _ zmrok, wyniesli ladunek partiami do uzywanej ciezarowki z belgijska rejestracja, kupionej pare dni wczesniej. Opuscili mieszkanie i ruszyli do Blankenberge. Niewielki kurort byl cichy, a port prawie calkowicie wyludniony, gdy pod oslona ciemnosci przenosili swoj ekwipunek do ladowni wedkarskiego kutra. Byla sobota i choc na odleglym molo pojawil sie jakis czlowiek z psem, nie zwrocil na nich wiekszej uwagi. Grupy morskich wedkarzy przygotowujace sie do niedzielnych polowow sa tutaj _rzecza _ normalna. Nie dziwilo to wiec nikogo, mimo ze pora roku byla na to troche zbyt wczesna, a temperatura odrobine za niska. W sobote dwudziestego siodmego pozegnal sie z nimi Kamynski. Wsiadl do ciezarowki i odjechal do Brukseli. Mial przed soba duzo roboty. Musial calkowicie oczyscic brukselskie mieszkanie, a potem odprowadzic ciezarowke na umowione miejsce na polderach Holandii. Tam ja zostawi, schowa do ustalonej kryjowki kluczyk, i korzystajac z promu Hook van Holland – Harwich dotrze do Londynu. Starannie wbil sobie w pamiec caly program, i teraz byl juz pewien, ze gladko wykona swoja czesc planu. Pozostala na kutrze siodemka tez opuscila port. Poplyneli statecznie wzdluz brzegu, na wschod. Gdzies miedzy wyspami Walcheren i Noord-Beveland wplyneli na wewnetrzne wody Holandii. Tutaj, wystawiwszy ostentacyjnie na poklad swoje wedki, rzucili kotwice i czekali. W kabinie, przy poteznym aparacie radiowym, siedzial calymi godzinami zgarbiony Drake, wsluchujac sie w komunikaty wiezy kontrolnej ujscia Mozy – Maassluis – i jej nie konczace sie rozmowy ze statkami wchodzacymi lub wychodzacymi z Europortu i Rotterdamu. – Pulkownik Kukuszkin wykona swoje zadanie w wiezieniu Tegel w nocy z trzeciego na czwartego kwietnia – oznajmil Wasyl Pietrow w rozmowie z sekretarzem generalnym Rudinem na Kremlu. – Jest tam pewien starszy straznik, ktory wpusci go do wiezienia, otworzy odpowiednie cele i wypusci pulkownika sluzbowymi drzwiami, gdy juz bedzie po wszystkim. – Czy na tym strazniku mozna polegac, czy to nasz czlowiek? -, dopytywal sie Rudin. – Nie, ale ma rodzine w NRD. Przekonano go, ze powinien zrobic to, czego chcemy. Kukuszkin jest pewien, ze facet nie zawiadomi policji. Jest zbyt wystraszony. – Ale to znaczy, ze wie, dla kogo pracuje. Czyli wie za duzo… – Kukuszkin zalatwi i jego, jak tylko wyjdzie za brame wiezienia. Nie bedzie zadnych sladow. – Osiem dni – mruknal Rudin. – Powinien to dobrze zrobic. – Zrobi – usmiechnal sie Pietrow. – On tez ma rodzine. Za osiem dni Miszkin i Lazariew zabiora swoja tajemnice do grobu. Ci, ktorzy im pomagali, beda milczec, bo zrozumieja, ze ich zycie jest takze zagrozone. A nawet, jak cos powiedza, nikt im nie uwierzy. Nikt nie wierzy w takie histeryczne rojenia. 29 marca pierwsze promienie wschodzacego slonca oswietlily “Freye” dwadziescia mil na zachod od brzegow Irlandii. Przecinala wlasnie jedenasty poludnik kursem NNE, zmierzajac ku Zewnetrznym Hebrydom. Juz godzine temu jej potezne radary wykryly daleko przed dziobem flotylle kutrow rybackich, i oficer wachtowy pilnie jej teraz wypatrywal. Spostrzegl wreszcie: cala flotylla dryfowala w sporej odleglosci na prawo od tankowca, miedzy nim a brzegiem. Slonce wstawalo sponad skalistych brzegow hrabstwa Donegal, ktore marynarze z mostka “Freyi” widzieli jako cienka linie na horyzoncie, a i to wylacznie dzieki znacznej wysokosci, na jakiej sie znajdowali. Rybacy z Killybegs, kolyszacy sie w swoich lodkach osiemdziesiat stop nizej w oczekiwaniu, az lawice makreli, sledzi i watluszy zlapia sie w ich sieci – widzieli na wschodzie tylko wielka tarcze slonca. I nagle w jego promieniach dostrzegli na zachodzie niewiarygodnie wielki plywajacy lad. Christy O'Byrne siedzial wlasnie w ciasnej budce sternika i dopijal swoje poranne kakao. Jego kuter, “Bernadette”, ktorym wraz z bratem zarabiali na zycie, kolysal sie na fali najblizej przeplywajacego tankowca. Christy z niedowierzaniem kilka razy zamknal i otworzyl oczy, a gdy to nie pomoglo, odstawil kubek, wyskoczyl z budki sternika i jednym susem znalazl sie przy relingu. Tymczasem za jego plecami inni rybacy, ktorzy wczesniej dostrzegli “Freye”, ciagneli juz za sznurki swoich syren: wrzaskliwy chor cienkich gwizdkow rozdarl cisze poranka. Na mostku “Freyi” Thor Larsen skinal z usmiechem glowa w strone mlodszego oficera; sekunde pozniej syreny “Freyi” glosem rozwscieczonego byka odpowiedzialy na pozdrowienie flotylli z Killybegs. Christy O'Byrne oparl sie o reling i patrzyl, jak tankowiec wypelnia horyzont, slyszal tetnienie maszyn pracujacych gleboko pod linia wody, a w koncu poczul, jak “Bernadette” zaczyna tanczyc na rozszerzajacym sie kilwaterze “Freyi”. – Maryjo Przenajswietsza – wyszeptal – widzialas kiedy cos tak wielkiego? Na wschodnim wybrzezu Irlandii niektorzy rodacy O'Byrne'a mieli tego ranka szczegolnie duzo roboty. Nalezal do takich Martin Donahue, pracownik Zamku Dublinskiego – zamku, ktory przez 700 lat byl bastionem brytyjskiego panowania nad ta ziemia. Martin pamietal jeszcze, jak siedzac na ramionach ojca ogladal ostatni i ostateczny wymarsz wojsk brytyjskich z Zamku. Szescdziesiat jeden lat pozniej, bliski emerytury, byl tu pracownikiem panstwowym Republiki Eire: pod gotyckim sklepieniem Sali Swietego Patryka sumiennie i dokladnie posuwal tam i z powrotem po dywanie koloru indygo swoj wielki odkurzacz. Nie bywal tutaj w momentach, kiedy pod wspanialym plafonem Yincenta Waldre z 1778 roku wprowadzano uroczyscie kolejnych prezydentow Republiki Irlandzkiej. Nie bedzie tez obecny za dwanascie dni, kiedy pod znieruchomialymi proporcami heraldycznymi pradawnych rycerzy swietego Patryka dwa wspolczesne supermocarstwa podpisza Traktat Dublinski. On tylko od czterdziestu lat utrzymuje dla nich te sale w czystosci. Takze w Rotterdamie czyniono przygotowania, ale do zupelnie innej ceremonii. 30 marca przybyl tu Harry Wennerstrom i zamieszkal w najlepszym apartamencie hotelu “Hilton”. Przylecial do Rotterdamu wlasnym “dyrektorskim” odrzutowcem, ktory stal teraz na pobliskim lotnisku Schiedam. Przez caly dzien uwijaly sie wokol Wennerstroma cztery sekretarki, spraszajac skandynawskich i holenderskich dygnitarzy, swiatowych potentatow przemyslu naftowego i zeglugi, i cale rzesze dziennikarzy – na przyjecie, jakie zamierzal wydac pierwszego kwietnia na czesc kapitana Larsena i jego oficerow. Wybrana elita tych notabli i przedstawicieli prasy spotka sie z Wennerstromem juz wczesniej – beda jego goscmi na oszklonym dachu nowej wiezy kontrolnej w ujsciu Mozy, usytuowanej na samym koncu piaszczystej mierzei w Hook van Holland. Dobrze chronieni przed ostra wiosenna bryza, beda mogli obserwowac z polnocnego brzegu, jak “Freya”, z pomoca szesciu holownikow, pokonuje ostatnie mile swojej dziewiczej podrozy, od ujscia rzeki przez Kanal Calanda, pozniej przez Kanal Piwny, by wreszcie zatrzymac sie u celu – przy nowej rafinerii Clinta Blake'a, w samym sercu Europortu. Kiedy wreszcie po poludniu maszyny “Freyi” stana, cale towarzystwo powroci samochodami do centrum Rotterdamu, dwadziescia piec mil w gore rzeki, na wieczorny bankiet. Poprzedzi go konferencja prasowa, na ktorej Wennerstrom przedstawi Thora Larsena prasie calego swiata. Juz dzis – jak sie dowiedzial – gazety i stacje telewizyjne wynajmowaly w Rotterdamie helikoptery, by zapewnic swoim czytelnikom i widzom dokladne reportaze z ostatnich mil wielkiego rejsu. Harry Wennerstrom sprawial wrazenie czlowieka naprawde zadowolonego z zycia. Nad ranem, 30 marca “Freya” miala juz za soba przejscie miedzy Orkadami i Szetlandami i skrecila na poludnie. Z chwila gdy znalazla sie na zatloczonych szlakach Morza Polnocnego, kontrole nad rejsem przejely stacje ladowe; pierwsi nawiazali z nia kontakt operatorzy z Wiek na dalekiej polnocy Szkocji. Ze wzgledu na swe rozmiary i zanurzenie statek traktowany byl jako “jednostka klopotliwa”. Musial zatem zmniejszyc predkosc do dziesieciu wezlow, a stacja w Wiek podawala wciaz radiotelefonem VHF szczegolowe korekty kursu. Ze wszystkich stron sledzily “Freye” precyzyjne radary, obslugiwane przez doswiadczonych kontrolerow pilotow. Te siec stacji namiarowych koordynowal system komputerowy, uwzgledniajacy natychmiast wszystkie dane dotyczace pogody, plywow i gestosci ruchu na szlaku zeglugowym. Jednoczesnie do statkow, ktore znalazly sie na kursie “Freyi”, plynely przez radio ostrzezenia lub wrecz rozkazy, by usunac sie z drogi. O polnocy tankowiec minal przyladek Flamborough Head i zmienil kurs nieco ku wschodowi, w strone Holandii. Trzymal sie przy tym szlaku o duzej glebokosci, co najmniej sto dwadziescia stop. Oficerowie na mostku, choc systematycznie instruowani ze stacji ladowych, sledzili wciaz monitory wlasnych echosond, obserwujac piaszczyste lawice i mielizny przemykajace po obu burtach. 31 marca, tuz przed zachodem slonca, olbrzymi statek w chwili gdy znajdowal sie dokladnie pietnascie mil morskich na wschod od latarni Outer Gabbard, choc plynal juz tylko z predkoscia pieciu wezlow (co czynilo go prawie niesterownym), wdziecznie obrocil sie na wschod i powedrowal na pozycje, gdzie mial spedzic noc. Tutaj, na 52 rownolezniku, rzucil gleboka kotwice. Mial przed soba jeszcze dwadziescia siedem mil morskich do ujscia Mozy. Dwadziescia siedem mil do celu. Ostatnie dwadziescia siedem mil drogi do chwaly. * * * W Moskwie wybila polnoc. Munro zdecydowal sie wracac pieszo do domu z dyplomatycznego przyjecia, ktore odbywalo sie w budynku ambasady brytyjskiej. Przywiozl go tutaj radca handlowy – samochod Adama pozostal na parkingu przy Prospekcie Kutuzowa. Po drodze zatrzymal sie na moscie Serafimowskim, by popatrzec na rzeke. Po prawej widzial rzesiscie oswietlone, kremowobiale sztukaterie budynku ambasady; po lewej – wysoki, ciemnoczerwony mur Kremla, a nad nim gorne pietro i kopule Wielkiego Palacu Carow. Minelo juz dziesiec miesiecy, odkad przybyl tu z Londynu, by objac nowa posade. W tym czasie rozwinal bodaj najwieksza akcje szpiegowska od wielu dziesiecioleci, “prowadzac” jedynego w dziejach agenta, jakiego Zachod mial w samym sercu Kremla. Teraz oczywiscie beda mu wymyslac, ze zlamal obowiazujaca rutyne, ze wprowadzil ich w blad co do osoby agenta, ale nie beda mogli zakwestionowac ogromnej wartosci tego, co osiagnal. Za trzy tygodnie jej juz tutaj nie bedzie – znajdzie sie, nareszcie bezpieczna, w Londynie. Rowniez on stad wyjedzie i wycofa sie ze sluzby, by zaczac nowe zycie z jedyna osoba, jaka kiedykolwiek kochal. Bez zalu opusci Moskwe – z jej tajnoscia, z ukradkowoscia codziennych poczynan, z paralizujaca umysl monotonia. Za dziesiec dni Amerykanie beda mieli swoj traktat rozbrojeniowy, Kreml zboze i technologie, a brytyjski wywiad – podziekowania i wyrazy wdziecznosci z Downing Street i z Bialego Domu. W tydzien pozniej on sam bedzie juz mial przy sobie swoja przyszla zone, ona zas wolnosc. Podniosl wyzej gruby futrzany kolnierz palta i ruszyl w dalsza droge. Kiedy w Moskwie bije polnoc, zegary na Morzu Polnocnym wskazuja dopiero dziesiata. O tej wlasnie godzinie “Freya” zatrzymala sie wreszcie. Miala za soba 7085 mil morskich z Czity do Abu Dhabi i dalsze 12015 mil z Abu Dhabi do miejsca, gdzie znajdowala sie obecnie. Spoczywala na wodzie nieruchomo, usytuowana tak, jak obrocil ja morski prad. Z dzioba wybiegal lancuch do lezacej na dnie kotwicy – jeden tylko, ale az w pieciu miejscach zamocowany do pokladu. Kazde ogniwo lancucha mialo prawie jard dlugosci i zrobione bylo ze stali grubszej niz udo czlowieka. Ze wzgledu na “klopotliwy” status tankowca kapitan Larsen juz od Orkadow prowadzil go osobiscie, w asyscie dwoch oficerow nawigacyjnych i sternika. Nawet na nocny postoj na kotwicy wyznaczyl do czuwania na mostku az trzech ludzi: pierwszego oficera Stiga Lundquista, trzeciego oficera Toma Kellera i jednego marynarza. Oficerowie mieli kontrolowac prace kotwicy i ewentualnie dryf; marynarz mial dokonywac co jakis czas inspekcji pokladu. Choc silniki “Freyi” zostaly wylaczone, jej turbiny nadal mruczaly rytmicznie, produkujac energie dla wszystkich innych systemow statku. W tym – dla instrumentow sledzacych stan morza i pogode. Prognozy co do tej ostatniej byly dobre. Mogly tu przeciez szalec marcowe sztormy. Tymczasem nad Morzem Polnocnym i kanalem La Manche zapanowal nietypowy o tej porze roku stacjonarny wyz, ktory sasiednim ladom przyniosl ladna, wczesna wiosne. Powierzchnia morza byla niemal zupelnie gladka i nieruchoma, leniwy prad o szybkosci zaledwie jednego wezla kierowal sie od statku na pomocny wschod, w strone Wysp Fryzyjskich. Niebo bylo prawie bezchmurne przez caly poprzedni dzien i taka sama spokojna, ciepla pogoda zapowiadala sie na jutro, mimo nocnego przymrozku. Pozegnawszy pelniacych sluzbe na mostku zyczeniami spokojnej nocy, Larsen zszedl pietro nizej, na poziom “D”. Tutaj, w prawej skrajnej czesci nadbudowki, znajdowalo sie jego mieszkanie. Przestronna i dobrze wyposazona kabina dzienna miala cztery okna od strony dziobu – widac z nich bylo cala dlugosc pokladu – i dwa inne, wychodzace na prawa burte. Z tylu za kabina dzienna znajdowala sie sypialnia z przylegajaca do niej lazienka. Rowniez sypialnia miala dwa okna wychodzace na prawa burte. Okna byly wspawane na stale, z wyjatkiem jednego w kabinie dziennej, ktore – choc teraz tez zamkniete i skrecone srubami – mozna bylo recznie otworzyc. Za oknami wychodzacymi na przod statku fasada nadbudowki opadala pionowo na poklad; za oknami z prawej znajdowal sie stalowy pomost szeroki na dziesiec stop, zabezpieczony od strony morza barierka. Z najnizszego poziomu nadbudowki – “pokladu A” – pielo sie ta strona ku gorze piec kondygnacji stalowych drabin; kazdy odcinek drabiny konczyl sie szerokim pomostem, takim samym jak na poziomie “D”. Cala ta konstrukcja wystawiona byla na bezlitosne dzialanie zywiolow, ale tez malo kto jej uzywal, majac do dyspozycji wygodne, suche i cieple wewnetrzne schody. Larsen zdjal serwetke z tacy, na ktorej szef stewardow przyniosl mu kurczaka i salatke, rzucil teskne spojrzenie w strone butelki whisky w barze i… zadowolil sie kawa z perkolatora. Posiliwszy sie, postanowil popracowac dluzej tej nocy; przed jutrzejszym wejsciem do portu chcial jeszcze raz dokladnie przyjrzec sie mapom. Wiedzial, ze bedzie to trudna operacja i chcial znac tor wodny co najmniej rownie dobrze, jak dwaj holenderscy piloci, ktorzy jutro o siodmej trzydziesci przyleca helikopterem z amsterdamskiego lotniska Schiphol, by przejac stery “Freyi”. Wczesniej, bo juz o siodmej, przyplynie kutrem z ladu dziesieciu robotnikow zwanych riggerami, ktorzy sa wyspecjalizowani w operacjach cumowniczych. O polnocy zasiadl przy swoim wielkim stole w kabinie dziennej, rozlozyl mapy i zaczal je starannie studiowac. Dochodzila trzecia nad ranem. Powietrze wokol statku bylo mrozne, ale czyste, swiatlo ksiezyca w drugiej kwadrze polyskiwalo w lekko zmarszczonej powierzchni morza. Na mostku Lundquist i Keller pili kawe, bardziej dla zabicia czasu niz z rzeczywistej potrzeby. Tylko towarzyszacy im marynarz przebiegal od czasu do czasu wzrokiem swiecace w polmroku ekrany. – Sir – odezwal sie nagle. – Zbliza sie do nas jakis kuter. Tom Keller wstal i podszedl do ekranu, na ktory wskazywal marynarz. Wedrujacy promien radaru wydobywal z mroku co najmniej dwadziescia swietlistych punktow, ruchomych lub nieruchomych, ale wszystkie w znacznej odleglosci od “Freyi”. Tylko jeden – na poludniowy wschod od statku – sprawial istotnie wrazenie, jakby sie przyblizal. – Pewnie jakis rybak chce zdazyc na lowisko przed switem – rzekl Keller. Lundquist spojrzal na ekran ponad jego ramieniem. – Podchodzi bardzo blisko – zauwazyl. Zaloga zblizajacego sie kutra nie mogla oczywiscie nie widziec “Freyi”. Tankowiec mial wlaczone swiatla pozycyjne na dziobie i na rufie, nadto oswietlony byl caly poklad, a nadbudowka swiecila licznymi oknami niczym wielka choinka. Kuter jednak, zamiast ominac przeszkode, skrecil w przeciwna strone, wprost pod rufe “Freyi” – Wyglada na to, ze chce do nas dobic – mruknal Keller. – To nie moze byc ekipa cumownicza – zauwazyl Lundquist. – Nie spodziewam sie ich przed siodma. – Moze nie mogli zasnac albo boja sie spoznic – zazartowal Keller. – Zejdz do trapu – zwrocil sie Lundquist do marynarza – i zobacz, co tam sie dzieje. Jak juz tam bedziesz, wloz sluchawki. Musimy byc w kontakcie. Awaryjny trap znajdowal sie na lewej burcie, w polowie dlugosci statku. Na duzych jednostkach trap jest tak dlugi i ciezki, ze aby go opuscic lub podniesc na poziom pokladu, trzeba uzyc specjalnego elektrycznego silnika ciagnacego stalowe liny. Trap na “Freyi” byl w tym momencie podniesiony: wisial obok burty rownolegle do relingu. A reling w tym miejscu znajdowal sie – nawet przy pelnym obciazeniu statku – trzydziesci stop nad powierzchnia wody. Obaj oficerowie obserwowali z mostka, jak marynarz wedruje przez poklad w strone trapu. Kiedy dotarl do jego nasady, stanal na niewielkiej platformie wysunietej za burte i spojrzal w dol. Potem z zainstalowanej tu wodoszczelnej skrzynki wyjal sluchawki i wlozyl je na glowe. Na mostku Lundquist nacisnal wylacznik: silne swiatlo wydobylo z mroku postac marynarza, wpatrujacego sie uwaznie w czarna otchlan. Tymczasem kuter zniknal z ekranow radaru. Byl zbyt blisko, niemal pod rufa tankowca. – Co widzisz? – spytal Lundquist pochylajac sie nad mikrofonem. Z glosnika odezwal sie glos marynarza: – Na razie nic, sir. Bo tez nie mogl nic widziec. Kuter okrazal statek od tylu, przeplywajac tuz pod nawisem rufy. W tym miejscu ochronna porecz pokladu “A” przebiega na wysokosci zaledwie dziewietnastu stop nad poziomem wody. To tez duzo, ale zwazywszy, ze dwaj szykujacy sie do skoku mezczyzni stali na dachu kabiny kutra, od poreczy dzielilo ich juz tylko dziesiec stop. Kiedy kuter znalazl sie po lewej stronie rufy, obaj siegneli w gore przygotowanymi wczesniej bosakami – ich potezne haki obciagniete byly gumowym wezem. Kazdy bosak mial dwanascie stop dlugosci, do kazdego przymocowana byla dluga lina; obciagniete guma haki niemal rownoczesnie zaczepily sie bez halasu o stalowa porecz. Kuter plynal nadal w tym samym tempie do przodu: dwaj mezczyzni zawisli przez moment na linach, potem szybko zaczeli sie wspinac, nie przejmujac sie zbytnio karabinami, ktore obijaly im plecy. Chwile pozniej kuter wplynal w krag swiatla w poblizu trapu. – Widze go! – zawolal marynarz. – Wyglada na kuter rybacki. – Nie opuszczaj trapu, dopoki nie powiedza, kim sa! – rozkazal z mostka Lundquist. Tymczasem obaj wspinacze dosiegli juz pokladu. Odczepili bosaki i cisneli je w morze; poszly na dno, pociagajac za soba przyczepione liny. Dwaj _mezczyzni _ ruszyli pedem wokol nadbudowki; znalazlszy sie na prawej burcie, _zaczeli _ sie wspinac po stalowych drabinach. Gumowe podeszwy tenisowek calkowicie tlumily ich kroki. Kuter zatrzymal sie pod trapem. W jego ciasnej kabinie czaili sie czterej mezczyzni. Ale marynarz z “Freyi” tego nie widzial. Widzial tylko sternika, ktory gapil sie na niego w kompletnym milczeniu. – Kim jestes? – spytal marynarz po angielsku. Nie bylo odpowiedzi. Ten z dolu, krepy mezczyzna w czarnej welnianej kominiarce, nadal spokojnie patrzyl w gore. – On nie chce odpowiadac – zabrzmial glos marynarza w glosniku na mostku. – Oswietl ich reflektorem – polecil Lundquist. – Przyjde tam i zobacze, o co chodzi. Obaj oficerowie stali teraz blisko lewej burty, wpatrzeni w odlegly trap. Nagle z prawej strony mostka otwarly sie drzwi prowadzace na galeryjke; do cieplego wnetrza wdarl sie podmuch mroznego powietrza. Keller i Lundquist odwrocili sie jak na komende, zanim jeszcze drzwi z powrotem sie zatrzasnely. Stali przy nich dwaj mezczyzni w czarnych kominiarkach naciagnietych na twarze, czarnych golfach i dresach, czarnych trampkach. Ich automatyczne karabinki wymierzone byly wprost w oficerow “Freyi”. – Powiedz marynarzowi, zeby opuscil trap – odezwal sie jeden z nich po angielsku. Obaj oficerowie patrzyli w oslupieniu. To bylo zupelnie niewiarygodne. Czlowiek z karabinem skierowal lufe swojej broni w strone Kellera. – Daje ci trzy sekundy – powiedzial do Lundquista – potem rozwale leb twojemu koledze. Purpurowy z wscieklosci, Lundquist pochylil sie do mikrofonu. – Opusc trap! – rozkazal marynarzowi. Z glosnika odpowiedzial zdumiony glos: – Alez, sir… – Wszystko w porzadku, chlopie. Rob, co mowie. Marynarz wzruszyl ramionami i nacisnal guzik w skrzynce przy trapie. Z cichym szumem silnika drugi koniec trapu powoli znizyl sie do poziomu morza. Po chwili czterej mezczyzni, wszyscy ubrani na czarno, eskortowali marynarza w powrotnej drodze do nadbudowki; piaty cumowal kuter do trapu. Dwie minuty pozniej cala szostka weszla na mostek: marynarz, juz i tak ciezko przestraszony, zobaczyl dwoch dalszych napastnikow, trzymajacych na muszce Kellera i Lundquista. – Jakim cudem…? – wyjakal. – Nie przejmuj sie – uspokoil go Lundquist. – Czego chcecie? – zwrocil sie po angielsku do napastnika, ktory przedtem wydawal mu polecenia. – Chcemy rozmawiac z kapitanem. Gdzie on jest? W tej chwili otworzyly sie drzwi od wewnetrznej klatki schodowej i stanal w nich Larsen. Blyskawicznie ocenil sytuacje: trzej jego ludzie stali z rekami uniesionymi wysoko w gore, naprzeciw nich – siedmiu obcych w czarnych strojach. Kiedy jego oczy spoczely wreszcie na czlowieku, ktory zadal ostatnie pytanie, byly zimne jak lodowiec – i rownie zyczliwe. – Jestem kapitan Thor Larsen, dowodca “Freyi” – wycedzil powoli. – A kim, u diabla, wy jestescie? – Niewazne – odparl lider terrorystow. – Wazne, ze zajelismy twoj statek. Jesli twoi ludzie nie beda robic, co im kaze, rozwale na poczatek tego gnojka. No wiec, jak bedzie? Larsen rozejrzal sie jeszcze raz. Trzy lufy byly wymierzone w osiemnastoletniego marynarza, ktory zbladl jak kreda. – Panie Lundquist – odezwal sie kapitan oficjalnym tonem – prosze wykonywac polecenia tych ludzi. Odwrocil sie w strone herszta i spytal: – Co wlasciwie chcecie zrobic z “Freya”? – Och, nic takiego – odparl natychmiast terrorysta. – Nie chcemy nikomu z was zrobic krzywdy, ale nie cofniemy sie przed niczym, jesli nasze zadania nie beda spelnione w najdrobniejszych szczegolach. – Jakie zadania? – spytal Larsen. – W ciagu trzydziestu godzin rzad Niemiec Zachodnich ma uwolnic dwoch naszych przyjaciol z wiezienia w Berlinie i zapewnic im bezpieczny odlot. Jesli nie, wysadze w powietrze ciebie, twoja zaloge, twoj statek i wpuszcze do morza milion ton ropy naftowej. 11. Od 3.00 do 9.00 Zamaskowani terrorysci zabrali sie teraz do pracy z metodyczna precyzja; najwyrazniej dlugo i starannie przygotowywali sie do akcji. Ich herszt wydawal nieustannie rozkazy w jezyku, ktorego ani kapitan Larsen, ani jego ludzie nie rozumieli. “Czarni” kazali obu oficerom i marynarzowi stanac pod tylna sciana mostku i tam trzymali ich pod straza. Herszt tracil Larsena lufa pistoletu i nieoczekiwanie uprzejma, wrecz elegancka angielszczyzna polecil: – Do panskiej kabiny, kapitanie, jesli laska. Gesiego – Larsen na czele, lider terrorystow w srodku, jego goryl z gotowym do strzalu karabinem na koncu – zaczeli schodzic na poziom “D”. W polowie drogi, na zakrecie schodow, Larsen spojrzal na idacych za nim mezczyzn, zastanawiajac sie, czy poradzilby sobie z oboma naraz. “Nawet nie probuj – podpowiedzial mu glos wewnetrzny. – Nikt przy zdrowych zmyslach nie dyskutuje z automatem na odleglosc dziesieciu stop”. Ruszyl wiec dalej po schodach. Poklad “D” zamieszkiwali starsi ranga oficerowie statku. Przednia prawa czesc zajmowal apartament dowodcy. Dalej, blizej srodka nadbudowki, znajdowala sie biblioteka map, mala, ale bogato zaopatrzona. Przez otwarte drzwi widac bylo regaly zapelnione mapami morskimi najwyzszej jakosci. Dzieki nim kapitan mogl czuc sie jak we wlasnym domu na kazdym morzu, w kazdej zatoce, w kazdym porcie swiata. Wszystko to byly kopie map Admiralicji Brytyjskiej – najlepszych, jakie kiedykolwiek sporzadzono. Nastepne pomieszczenie bylo sala konferencyjna. Dalej w lewo znajdowaly sie luksusowe kajuty do dyspozycji armatora – gdyby przyszla mu kiedys chec podrozowac na tym statku; teraz jednak nie mialy one lokatorow i byly zamkniete. Ten sam uklad kabin, tylko odwrocony, powtarzal sie w lewej przedniej czesci pokladu “D”. Tutaj mieszkal glowny inzynier. W tylnej czesci, za kajuta kapitanska, miescil sie nieco mniejszy apartament pierwszego oficera, lewy tylny naroznik tego pokladu zajmowalo zas mieszkanie szefa stewardow. Przestrzen miedzy tylnymi kajutami byla pusta; w samym jej srodku znajdowaly sie schody, prowadzace do wyzszego i trzech nizszych poziomow. Larsen poprowadzil napastnikow prosto do swojego mieszkania i zatrzymal sie w kabinie dziennej. Szef terrorystow zajrzal na wszelki wypadek do sypialni i lazienki, ale nikogo tam nie znalazl. – Niech pan siada, kapitanie – powiedzial glosem nieco stlumionym kominiarka. – Zostanie pan tu do mojego powrotu. Prosze polozyc rece na stole i nie ruszac sie. Swojemu czlowiekowi wydal nastepne polecenia w dziwnym obcym jezyku; typ z karabinem cofnal sie o dwa kroki i oparl plecami o przednia sciane kabiny. Stal teraz naprzeciwko Larsena i mierzyl z odleglosci dwunastu stop w sam srodek jego bialego marynarskiego swetra. Herszt starannie zaslonil okna, po czym wyszedl i zamknal za soba drzwi. Po chwili byl juz z powrotem na mostku. – Ty – wskazal lufa na mlodego marynarza – pojdziesz ze mna. Chlopak rzucil blagalne spojrzenie na pierwszego oficera “Freyi”. Wczesniej jednak zareagowal trzeci oficer, Tom Keller. – Jesli zrobisz krzywde temu chlopcu – powiedzial z charakterystycznym amerykanskim akcentem – udusze cie golymi rekami! Dwie lufy automatow skierowaly sie natychmiast w jego strone. – Twoja rycerskosc jest chwalebna, ale nie masz za grosz poczucia rzeczywistosci – skomentowal herszt. – Nikomu nie stanie sie krzywda, jesli nie bedzie robil glupstw. W przeciwnym razie urzadzimy wam krwawa laznie, a ty pierwszy dasz glowe. Lundquist skinal na marynarza. – Idz z nim i rob wszystko, co kaze. Terrorysta wyprowadzil marynarza na schody. Kiedy mijali poziom “D”, zapytal: – Kto oprocz kapitana mieszka na tym pokladzie? – Glowny mechanik i szef stewardow – marynarz wskazal kolejno pomieszczenia nad prawa i lewa burta. – No i pierwszy oficer, w lewej przedniej kajucie, ale on jest teraz na mostku. Spoza drzwi kabin nie dochodzily zadne odglosy zycia. – Gdzie jest magazyn farb? – spytal terrorysta. Marynarz bez slowa odwrocil sie i zaczal schodzic w dol. Nie zatrzymujac sie mineli poziomy “C” i “B”- Tu spoza ktorychs drzwi dobiegly ich odglosy rozmowy; najwyrazniej czterej marynarze, ktorym nie chcialo sie spac, spedzali te noc przy kartach i kawie. Na poziomie “A”, dolnym pokladzie nadbudowki, marynarz otworzyl drzwi prowadzace na rufe i wyszedl; terrorysta za nim. Nocny chlod nieprzyjemnie kontrastowal z cieplym wnetrzem. Znajdowali sie teraz za nadbudowka, na rufie. Przed nimi pietrzyl sie ku gwiazdom wysoki na sto stop masyw komina. Marynarz skierowal sie w strone malej stalowej budki. Miala szesc na szesc stop i tyle samo wysokosci. Z jednej strony byly umieszczone drzwi, zakrecone motylkowymi mutrami na dwu wielkich srubach. – To tam, na dole – pokazal marynarz. – Schodzimy – zadecydowal terrorysta. Chlopiec nie bez wysilku odkrecil motylkowe nakretki, pociagnal za uchwyt i otworzyl drzwi na osciez. Palaca sie w srodku zarowka oswietlala malenki podest i biegnace oden w dol, do wnetrza “Freyi”, schodki. Przynaglony lufa rewolweru marynarz wszedl do budki i zaczal schodzic w dol; terrorysta za nim. Zeszli schodami przeszlo siedemdziesiat stop nizej, mijajac po drodze kilka galerii zamknietych stalowymi drzwiami. Kiedy wreszcie znalezli sie na koncu schodow, byli gleboko ponizej linii wody; pod soba mieli juz tylko kil i stalowa skorupe statku. Z dna klatki schodowej czworo drzwi prowadzilo w rozne strony. Terrorysta wskazal na jedne z nich i zapytal: – Co tu jest? – Przekladnia steru. – Zajrzyjmy tam. Otworzywszy drzwi ujrzeli wielka, wysoko sklepiona hale; jej metalowe sciany pokryte byly bladozielona farba. Wnetrze bylo dobrze oswietlone. Caly srodek podlogi wypelnialy wielkie, obudowane blacha mechanizmy. To one odbieraly sygnaly z komputerow mostka kapitanskiego i zgodnie z nimi poruszaly pletwa sterowa. Sciany naprzeciw drzwi zbiegaly ku podlodze lagodna krzywizna, byla to juz bowiem najnizsza czesc rufy. Z drugiej strony tej stalowej skorupy wielka pletwa sterowa “Freyi” wisiala nieruchomo w czarnej otchlani morza. Nie zabawili tu dlugo. Terrorysta kazal zamknac drzwi z powrotem i zakrecic sruby. Lewe drzwi prowadzily do magazynu chemikaliow, prawe – do magazynu lakierow. Te pierwsze terrorysta zignorowal; nie mial zamiaru wiezic ludzi w pomieszczeniu, w ktorym z pewnoscia byly materialy zrace – mogliby zrobic z nich uzytek. Lepszy byl magazyn farb. Jego wnetrze okazalo sie dostatecznie duze i mialo dobra wentylacje. – A te czwarte drzwi? – spytal. Nie bylo na nich zadnych uchwytow ani dostepnych srub. – Prowadza do tylnej czesci maszynowni. Sa zakrecone z tamtej strony. Terrorysta oparl sie mocno o stalowe drzwi, ale nawet nie drgnely. Byly sztywne jak skala. Wygladal na zadowolonego. – Ilu ludzi jest na statku? Tylko bez zadnych sztuczek… policz rowniez kobiety. Jesli znajdziemy chociaz jedna osobe ponad to, co teraz powiesz, zastrzele ja. Chlopak przesunal jezykiem po spierzchnietych wargach. – Nie ma kobiet na statku. Moze w nastepna podroz bedzie juz mozna zabrac zony, ale nie w pierwszym rejsie. Razem jest nas trzydziestu, lacznie z kapitanem. Wiedzac juz wszystko, co chcial wiedziec, terrorysta wepchnal mlodego marynarza do magazynu, zatrzasnal drzwi i wkrecil jedna ze srub mocujacych w jej gniazdo. Potem wrocil na gore. Dotarlszy na poklad wybral tym razem inna droge na mostek. Zamiast korzystac z wewnetrznych schodow, na ktorych moglby sie na kogos natknac, wspial sie po drabinach zawieszonych nad prawa burta. Zastal swoich pieciu wspolnikow w tej samej sytuacji, w jakiej ich zostawil: z bronia gotowa do strzalu pilnowali dwu oficerow. Dosc dlugo trwalo wydawanie dalszych polecen. Wkrotce obaj oficerowie z mostka, w towarzystwie szefa stewardow i glownego mechanika, wyrwanych z glebokiego snu, wedrowali pod straza po waskich schodkach wiodacych do magazynu farb. Wiekszosc zalogi spala jeszcze. Kabiny na pokladzie “B”, w ktorych mieszkali, byly znacznie mniejsze, niz apartamenty oficerskie na poziomach “C” i “D”. Kiedy wyciagnieto ich z lozek i popedzono na dno statku, marynarze protestowali glosno, wymyslali napastnikom i kleli. Szef terrorystow uciszal jednak kolejne grupy oswiadczeniem, ze w razie jakichkolwiek prob oporu ich kapitan, uwieziony we wlasnej kabinie, zostanie natychmiast zabity. Marynarze cichli wiec i sluchali rozkazow bandyty. W koncu w magazynie lakierow upchnieto wszystkich dwudziestu dziewieciu czlonkow zalogi. Terrorysci pozwolili jeszcze pierwszemu kucharzowi i czterem stewardom wrocic na chwile do kambuza na pokladzie “A”, by przyniesc stamtad tace pelne bulek i rogalikow, a takze skrzynki z piwem i lemoniada. Dwa duze wiadra mialy zastapic wiezniom ubikacje. – Czujcie sie jak u siebie w domu – zadrwil szef terrorystow. Dwudziestu dziewieciu mezczyzn patrzylo na niego wscieklym wzrokiem z wnetrza magazynu. – Nie bedziecie tu dlugo siedziec… najwyzej trzydziesci godzin. Aha, kapitan wzywa szefa pomp. Ktory to? Szwed Martinsson zrobil krok w strone drzwi. – To ja. – Pojdziesz ze mna – powiedzial terrorysta. Byla czwarta trzydziesci. Caly poklad “A”, dolny poziom nadbudowki, zajmowaly urzadzenia niezbedne do obslugi morskiego kolosa. Tutaj znajdowaly sie glowny kambuz, chlodnia, zimna spizarnia i inne magazyny zywnosciowe, magazyn napojow, sklad brudnej bielizny i sasiadujaca z nim automatyczna pralnia, wreszcie centrala kontroli ladunku i centrala przeciwpozarowa, zwana tez “pianowa”. Pietro wyzej byl poklad “B”, z kajutami calej zalogi (z wyjatkiem oficerow), a takze z czytelnia, czterema pomieszczeniami klubowymi i trzema barami. Na poziomie “C” miescily sie kajuty mlodszych oficerow oraz mesa oficerska, palarnia i klub dzienny zalogi z basenem plywackim, sauna i sala gimnastyczna. Terroryste najbardziej jednak interesowala centrala kontroli ladunku na pokladzie “A”; tam wlasnie kazal sie zaprowadzic szefowi pomp. Nie bylo tutaj okien; pokoj, sztucznie ogrzewany i klimatyzowany, byl cichy i dobrze oswietlony. Spojrzenie terrorysty przesliznelo sie po setkach wylacznikow na tablicach rozdzielczych i zatrzymalo sie na tylnej scianie pokoju. Nad konsoleta, przy ktorej usiadl juz szef pomp, znajdowal sie kolorowy schemat statku, dlugi na dziewiec i szeroki na cztery stopy. Pokazywal on rozlozenie ladunku w zbiornikach. – Lepiej nic nie kombinuj – ostrzegl terrorysta. – Wygrasz co najwyzej tyle, ze zginie jeden z moich ludzi, ale ja i tak sobie poradze. Wiesz w jaki sposob? Zastrzele… nie, nie ciebie, przyjacielu, ale twojego kapitana Larsena. A teraz pokaz mi, gdzie sa zbiorniki balastowe. Martinsson bynajmniej nie mial zamiaru ryzykowac zyciem swojego dowodcy. Mial dwadziescia pare lat, a starszemu o cale pokolenie Larsenowi duzo zawdzieczal. Plywal z nim juz przedtem na dwoch innych statkach, pod jego tez dowodztwem wyspecjalizowal sie w obsludze pomp. Darzyl go – podobnie zreszta jak i cala zaloga – wielkim szacunkiem i sympatia. Larsen zawsze bardzo troszczyl sie o zaloge, a przy tym uchodzil za najlepszego marynarza w calej Nordia Line. Martinsson zaczal wiec poslusznie objasniac terroryscie schemat, na ktorym widac bylo dwadziescia rzedow zbiornikow, po trzy w kazdym rzedzie. – Tutaj, na samym dziobie, lewy i prawy zbiornik sa pelne ropy. W srodku miedzy nimi jest zbiornik na pomyje… teraz pusty, bo to dopiero pierwszy ladunek. Nie bylo potrzeby plukac zbiornikow, no wiec nie ma pomyj. Nastepny rzad to wszystko zbiorniki balastowe. Byla w nich woda, jak plynelismy z Japonii do Zatoki. Teraz jest w nich tylko powietrze. Dzialaja jak pontony. – Otworz zawory miedzy tymi zbiornikami balastowymi i zbiornikiem na pomyje! – rozkazal bandyta. Martinsson wahal sie przez chwile. – Rob, co mowie! Marynarz nacisnal trzy kwadratowe przyciski na konsolecie. W jej wnetrzu odezwal sie cichy brzeczyk. A cwierc mili przed nimi, gleboko pod pokladem, szeroko otworzyly sie klapy, wielkie jak drzwi od garazu, laczac cztery zbiorniki w jeden zespol o lacznej pojemnosci 80 tysiecy ton. Dowolny plyn, wlany do jednego z tych zbiornikow, mogl teraz przeplywac swobodnie do pozostalych. – Gdzie jeszcze sa zbiorniki balastowe? Martinsson pokazal palcem srodek statku. – Tutaj sa nastepne trzy, w jednym rzedzie od burty do burty. – Zostaw je w spokoju. Ile jeszcze jest takich zbiornikow? – W sumie jest ich dziewiec. Ostatnie trzy sa tuz pod nadbudowka, tez w jednym rzedzie. – Otworz zawory pomiedzy tymi zbiornikami – polecil terrorysta, i Martinsson bez szemrania zrobil, co mu kazano. – W porzadku. Teraz powiedz, czy mozna bezposrednio polaczyc zbiorniki na rope z balastowymi? – Nie. Nie ma zadnego polaczenia miedzy tymi systemami. – Trudno, zmienimy troche plan… Otworz wszystkie zawory miedzy zbiornikami z ropa… wszystkie, tak zeby cala piecdziesiatka byla ze soba polaczona. Trzeba bylo az pietnastu sekund, by nacisnac wszystkie niezbedne przy tej operacji wylaczniki na konsolecie. W czelusciach statku, w gestej czarnej cieczy, otwieraly sie szeroko dziesiatki wielkich klap; tankowiec przeksztalcal sie w jeden olbrzymi zbiornik, mieszczacy w sobie milion ton ropy. Martinsson patrzyl ze zgroza na swoje dzielo. – Jesli statek zatonie z chocby jednym zbiornikiem peknietym, caly milion ton wyplynie na powierzchnie – mruknal do siebie, ale terrorysta to uslyszal. – Tym bardziej odpowiednie wladze beda sie starac, zeby nie zatonal. Gdzie jest glowny wylacznik pradu dla pomp obslugujacych zawory? Martinsson wskazal na skrzynke polaczen elektrycznych na scianie pod sufitem. Terrorysta otworzyl ja i przesunal w dol raczke kontaktu. Nastepnie wyjal dziesiec bezpiecznikow i schowal je do kieszeni. Szef pomp patrzyl na to wszystko z rosnacym przerazeniem. Teraz nie mozna juz bylo zamknac wewnetrznych polaczen miedzy zbiornikami. Byly oczywiscie zapasowe bezpieczniki, i wiedzial, gdzie sa schowane. Ale przeciez on sam bedzie zamkniety w magazynie farb. A nikt, kto nie zna dobrze tego pomieszczenia, nie znajdzie tych bezpiecznikow dostatecznie szybko, by w pore uruchomic zbawcze klapy. Bengt Martinsson wiedzial – bo na tym polegala jego praca – ze zaden tankowiec nie moze byc napelniany ani rozladowywany w sposob dowolny. Jesli napelnisz tylko zbiorniki z prawej burty, zostawiajac puste wszystkie inne, statek przewroci sie i zatonie. Jesli napelnisz tylko lewe – przewroci sie na druga burte. Jesli zaladujesz przod, a nie zrownowazysz tego na rufie – pograzy sie dziobem pod wode, a rufa zawisnie w powietrzu; i odwrotnie, zatonie, jesli napelnisz zbiorniki rufowe, pozostawiajac w dziobowych tylko powietrze. Ale i z balastem trzeba sie obchodzic ostroznie. Jesli zbiorniki na dziobie i na rufie wypelnia sie woda, a srodkowe pozostana puste, statek wygnie sie w luk, niczym akrobata wykonujacy salto przez plecy. Tankowce nie sa przeznaczone do takich akrobacji. Masywny kregoslup “Freyi” peklby w takim przypadku jak zapalka. – Jeszcze jedno pytanie. Co bedzie, jesli otworzymy wszystkie piecdziesiat klap kontrolnych na pokladzie? Martinssona ogarnela nagle piekielna pokusa, by rzeczywiscie to zrobic. Pomyslal jednak o kapitanie Larsenie, trzymanym pod bronia trzy pietra wyzej. Przelknal sline i powoli wycedzil: – Bez aparatow tlenowych wszyscy zginiecie. I wyjasnil zamaskowanemu czlowiekowi, ze kiedy zbiorniki sa napelnione, miedzy powierzchnia cieczy a pokrywa gromadza sie gazy, wyzwalajace sie z ropy naftowej. To bardzo lekkie gazy i silnie wybuchowe. Gdyby nie byly systematycznie odprowadzane, przeksztalcilyby statek w gigantyczna bombe. Scisle biorac, tylko starsze systemy zabezpieczajace rzeczywiscie odprowadzaly wybuchowy gaz na zewnatrz; specjalne pompy wysysaly go ze zbiornikow i wyrzucaly ponad poklad, skad, lzejszy od powietrza, natychmiast sie ulatnial. Na nowszych statkach stosowano inny, znacznie bezpieczniejszy system. Obojetny gaz, pochodzacy ze spalin silnika glownego, wtlaczano do zbiornikow, by wyprzec z nich tlen; ten obojetny gaz skladal sie w przewazajacej czesci z dwutlenku wegla. W gornej czesci zbiornikow powstawala w ten sposob calkowicie beztlenowa atmosfera, w ktorej nic nie moglo sie zapalic, niemozliwe bylo nawet powstanie iskry. Kazdy zbiornik mial jednak swoja klape kontrolna o srednicy okolo jednego jarda; gdyby ktos otworzyl taka klape, nie stosujac zadnych zabezpieczen, natychmiast znalazlby sie w gestej chmurze ciezkiego gazu, siegajacego wyzej niz glowa czlowieka. Udusilby sie oddychajac atmosfera calkowicie pozbawiona tlenu – zanim wiatr zdazylby rozwiac chmure. – Dziekuje za ostrzezenie – powiedzial terrorysta. – Kto z zalogi zna sie na aparatach tlenowych? – Dysponuje nimi pierwszy oficer. Ale oczywiscie wszyscy umiemy ich uzywac. Bylo specjalne szkolenie. Dwie minuty pozniej Martinsson znalazl sie z powrotem w magazynie lakierow wraz z innymi czlonkami zalogi. Byla piata. W czasie gdy szef terrorystow przebywal w centrali kontroli ladunku, a jeden z jego podwladnych pilnowal Thora Larsena – pozostala piatka zajmowala sie rozladowywaniem kutra. Teraz dziesiec walizek z materialami wybuchowymi stalo juz na srodpokladziu “Freyi” w poblizu trapu, a zamaskowani ludzie czekali na dalsze instrukcje szefa. Tym razem polecenia byly krotkie i zwiezle. W przedniej czesci kadluba odkrecono i odsunieto pokrywy dwu zbiornikow balastowych, lewego i prawego; w kazdym otworze mozna bylo dostrzec pierwsze szczeble drabiny schodzacej w czarna, wypelniona stechlym powietrzem przepasc. W rzeczywistosci drabina miala osiemdziesiat stop dlugosci i siegala az do dna zbiornika. Azamat Krim sciagnal z glowy maske, wcisnal ja do kieszeni i z latarka zszedl do pierwszego zbiornika. Za nim, na dlugich linach, spuszczono dwie walizki. Na dnie zbiornika Krim umiescil jedna walizke przy burcie “Freyi” i przymocowal ja sznurem do przebiegajacego w tym miejscu pionowo stalowego zebra. Druga walizke otworzyl, a jej zawartosc podzielil na dwie czesci: polowa powedrowala pod przednia sciane zbiornika, za ktora znajdowalo sie 20 tysiecy ton ropy naftowej; druga trafila pod tylna sciane, za ktora bylo drugie 20 tysiecy ton ropy. Potem Krim oblozyl ladunki starannie workami z piaskiem, aby skoncentrowac sile wybuchu na stalowych grodziach. Upewniwszy sie, ze zapalniki sa na wlasciwych miejscach i ze maja kontakt z urzadzeniem spustowym, powrocil na poklad. Cala te procedure powtorzyl w drugim zbiorniku dziobowym, a nastepnie w obu bocznych zbiornikach balastowych pod nadbudowka. W ten sposob wykorzystal juz osiem walizek. Dziewiata umiescil w srodkowym zbiorniku na srodokreciu – nie po to, zeby i do niego wpuscic kaskady wody morskiej, ale po to, by przyspieszyc pekniecie kilu, kiedy zbiorniki dziobowe i rufowe beda juz rozerwane. Dziesiaty ladunek trafil do maszynowni. Tutaj Krim uzbroil go w zapalnik i ulozyl w miejscu, gdzie krzywizna kadluba zbiega sie z grodzia oddzielajaca maszynownie od magazynu farb. Ladunek byl dostatecznie silny, by rozerwac jednoczesnie obie grube blachy. Jesli zostanie zdetonowany, ludzie uwiezieni w magazynie, nawet jesli przezyja wybuch, potopia sie w wodzie, ktora tutaj, kilkadziesiat stop pod powierzchnia morza, wedrze sie z sila Niagary. Byla szosta pietnascie i nad pustym pokladem “Freyi” zaczynalo juz switac, kiedy Krim zameldowal Drake'owi: – Andrij, ladunki rozmieszczone i uzbrojone. Ale, prawde mowiac modle sie, zeby nigdy nie wybuchly. – To nie bedzie potrzebne. Wystarczy pokazac je kapitanowi Larsenowi. Jak zobaczy i zrozumie, sam zacznie przekonywac wladze. I beda musieli zrobic to, czego zadamy. Nie beda mieli wyboru. Terrorysci wypuscili teraz z prowizorycznego wiezienia dwoch marynarzy, dali im stroje ochronne, maski gazowe i butle z tlenem. Tak wyposazeni, marynarze przewedrowali przez caly poklad od dziobu do nadbudowki, otwierajac po kolei klapy kontrolne wszystkich piecdziesieciu zbiornikow z ropa. Kiedy robota byla skonczona, wrocili do magazynu farb. Stalowe drzwi zamknieto od zewnatrz i starannie dokrecono dwie mocujace sruby; mialy tak pozostac az do momentu, gdy dwaj berlinscy wiezniowie znajda sie bezpieczni w Izraelu. O szostej trzydziesci Andrew Drake, nadal zamaskowany, wrocil do kajuty kapitana. Ciezko opadl na fotel naprzeciw Larsena, po czym opowiedzial mu dokladnie o wszystkim, co zrobiono na statku. Norweg patrzyl nan pozornie nieporuszony. Z kata kabiny mierzyla w niego bez przerwy lufa automatu. Skonczywszy swoja relacje, Drake wyjal z kieszeni czarne plastikowe pudelko i pokazal je kapitanowi. Bylo nie wieksze niz dwie zlozone razem paczki papierosow; w srodku obudowy znajdowal sie jeden czerwony przycisk, a z naroznika wystawala krotka, zaledwie czterocalowa antena. – Czy wie pan, co to jest, kapitanie? Larsen wzruszyl niecierpliwie ramionami. Dostatecznie duzo widzial juz urzadzen radiowych, zeby domyslac sie, ze to jakis rodzaj tranzystorowego nadajnika. – To oscylator – wyjasnil Drake. – Jesli nacisne ten czerwony guzik, zacznie emitowac sygnal wysokiej czestotliwosci, ktorego wysokosc i natezenie beda stopniowo rosly. Oczywiscie nasze uszy nie uslysza tego sygnalu. Ale do kazdego ladunku wybuchowego na tym statku jest podlaczony odbiornik, ktory moze i bedzie to “slyszec”. Wraz ze zwiekszaniem czestotliwosci sygnalu beda sie posuwac do przodu wskazowki w odbiornikach, az osiagna kres skali. Wtedy przepala sie w nich bezpieczniki i ustanie obieg pradu w zapalnikach. Przerwanie tego pradu uruchamia zapalnik. Czy rozumie pan, co to oznacza? Larsen patrzyl skamienialy na osobnika po drugiej stronie stolu. Jego statek, jego ukochana “Freya” padla ofiara przemocy – a on nie moze nic przeciwko temu zdzialac. Cala zaloga siedzi uwieziona w stalowej trumnie, oddzielona tylko warstwa blachy od piekielnego ladunku, ktory w jednej chwili moze ich zmiazdzyc i zalac setkami ton lodowatej wody. Wyobraznia podsunela mu plastyczny obraz piekla, jakie sie tu rozegra. Jesli ladunki wybuchna, w burtach statku przy zbiornikach balastowych powstana cztery wielkie dziury. Ryczace kaskady wleja sie tedy do srodka, wypelniajac w ciagu paru minut przednie i tylne ladownie. Przez wyrwane wybuchami otwory wewnetrzne woda morska – znacznie ciezsza od ropy – wypchnie ja z sasiednich zbiornikow na poklad i dalej do morza. W szybkim tempie szesc zbiornikow dziobowych i tylez rufowych napelni sie woda. Dziesiatki tysiecy ton wody obciaza tez wielka hale maszynowni. Dziob i rufa obniza sie o co najmniej dziesiec stop, ale srodek statku nadal bedzie sie unosil wysoko na fali, dzieki dwom pustym zbiornikom balastowym. “Freya”, najpiekniejsza z nordyckich bogin, przegnie sie bolesnie do tylu – i peknie na pol. Obie polowy opadna szybko na dno – ledwie dwadziescia piec stop nizej – i osiada tam z piecdziesiecioma otwartymi na osciez klapami kontrolnymi. Z tych otworow wystrzela ku powierzchni Morza Polnocnego slupy tlustej cieczy. Byc moze minie nawet cala godzina, zanim statek noszacy imie poteznej bogini, osiadzie ostatecznie na morskim dnie – ale bedzie to nieodwracalne. Byc moze na tak plytkich wodach gorna czesc mostka pozostanie nad powierzchnia – ale juz nigdy nie pozegluje. Byc moze mina trzy dni, zanim cala ropa z ladowni statku wydostanie sie na powierzchnie – ale w tym czasie zaden nurek nie odwazy sie opuscic miedzy kolumny rwacej ku gorze cieczy, by zamknac pokrywy kontrolne. A wiec i utrata ladunku, tak jak zniszczenie statku, bedzie calkowita i nieodwracalna. Patrzyl wciaz w zamaskowana twarz naprzeciw, ale nie odpowiadal. Narastal w nim gniew, ale twarz pozostawala kamienna. – Co mam robic? – spytal. Terrorysta spojrzal na cyfrowa tarcze zegara na scianie. Byla szosta czterdziesci piec. – Przejdziemy do kabiny radiooperatora – odpowiedzial. – I porozmawiamy z Rotterdamem. Albo raczej: pan porozmawia z Rotterdamem. Dwadziescia szesc mil na wschod od nich wielkie zolte plomienie, wydobywajace sie dniem i noca z kolumn rafineryjnych Europortu zostaly wreszcie przycmione przez wstajace slonce. Przez cala noc z mostka “Freyi” widac bylo te pochodnie na ciemnym niebie nad rafineriami Shella, Chevrona, British Petroleum – a takze, daleko za nimi, zimno-blekitna lune latarni ulicznych Rotterdamu. Rafinerie i labirynt kanalow Europortu, najwiekszego naftowego portu swiata, rozciagaja sie na wielkim obszarze na poludnie od ujscia Mozy. Na polnocnym brzegu lezy Hook van Holland, z duza przystania promowa i budynkiem Kontroli Mozy: przysadzistym, jakby przygietym pod ciezarem wielkich, wirujacych wciaz anten radarowych, l kwietnia, o godzinie 6.45 rano, dyzurujacy w osrodku kontroli Bernhard Dijkstra przeciagal sie i ziewal. Za kwadrans bedzie mogl pojechac do domu na dobrze zapracowane sniadanie. Pozniej, po paru godzinach snu, wsiadzie na motor przed swoim domem w Gravenzande i przyjedzie tu z powrotem – mimo wolnego dnia – by zobaczyc, jak nowy tankowiec, nowy supergigant, bedzie wchodzil do portu. To bedzie ciekawy dzien – pomyslal mimo zmeczenia. Jakby w odpowiedzi na te mysli glosnik nad jego glowa nagle ozyl: – Pilot Maas, Pilot Maas, tu “Freya”. Supertankowiec odezwal sie na kanale dwudziestym, z ktorego przewaznie korzystaly statki pozostajace jeszcze na otwartym morzu. Dijkstra pochylil sie nad konsoleta i przelaczyl kanal swojego nadajnika. – “Freya”, tu Pilot Maas. Slucham cie. – Pilot Maas, tu “Freya”. Mowi kapitan Larsen. Gdzie jest w tej chwili kuter z ekipa cumownicza dla mnie? Dijkstra zajrzal do dziennika, lezacego na lewo od konsolety. – “Freya”, tu Pilot Maas. Wyszli z Hook przeszlo godzine temu. Powinni byc u ciebie za dwadziescia minut. To, co teraz uslyszal, poderwalo go na rowne nogi. – Pilot Maas, tu “Freya”. Polacz sie natychmiast z kutrem i powiedz, zeby wracali do portu. Nie mozemy wziac ich na poklad. Odwolaj takze start pilotow z Schiphol, powtarzam: odwolaj start pilotow. Nie mozemy ich przyjac. Sytuacja wyjatkowa, powtarzam: sytuacja wyjatkowa. Dijkstra zakryl mikrofon reka i wrzasnal na drugiego dyzurnego: – Magnetofon! Kiedy szpule magnetofonu zaczely sie obracac, Dijkstra odsunal dlon od mikrofonu i bardzo wyraznie powiedzial: – “Freya”, tu Pilot Maas. Zrozumialem, ze nie chcecie przyjac ekipy cumowniczej. Zrozumialem, ze mam odwolac start pilotow. Prosze o potwierdzenie. – Pilot Maas, tu “Freya”. Potwierdzam. Potwierdzam. – “Freya”, podaj szczegoly sytuacji wyjatkowej. Przez dziesiec sekund glosnik milczal, jakby tam, na morzu, na mostku “Freyi”, toczyly sie jakies konsultacje. Potem w osrodku kontroli zagrzmial znowu glos Larsena. – Pilot Maas, tu “Freya”. Nie moge na razie podac szczegolow. Moge tylko powiedziec, ze jesli beda jakiekolwiek proby zblizenia sie do “Freyi”, zostana zabici ludzie. Trzymajcie sie z daleka. Nie probujcie sami kontaktowac sie z “Freya” przez radio. Zglosze sie ponownie o godzinie dziewiatej zero zero. W osrodku kontroli ma byc obecny dyrektor portu. Wezwijcie go. To wszystko. Glos zamilkl, rozlegl sie wyrazny trzask wylacznika. Dijkstra probowal jeszcze nawiazac kontakt dwa lub trzy razy, ale bez powodzenia. Spojrzal niepewnie na kolege. – Co to moze znaczyc, u diabla? Drugi kontroler, Schipper, wzruszyl tylko ramionami. – Nie podoba mi sie glos kapitana Larsena – powiedzial. – Mam wrazenie, ze on jest w niebezpieczenstwie. – Mowil cos o zabijaniu ludzi – zastanawial sie glosno Dijkstra. – Kto niby ma ich zabic? Czy to bunt na pokladzie? A moze ktos wpadl w szal? – Zanim to wyjasnimy, lepiej zrobmy to, czego zadal – poradzil Schipper. – Slusznie. Ty zadzwon do dyrektora, a ja polacze sie z kutrem i z tymi pilotami na Schiphol. Kuter wiozacy ekipe cumownicza parl do przodu, sapiac ciezko, ze stala szybkoscia dziesieciu wezlow. Do “Freyi” mial jeszcze trzy mile wyjatkowo dzis gladkiego i spokojnego morza. Zapowiadal sie piekny wiosenny poranek, bardzo cieply jak na te pore roku. Z odleglosci trzech mil masyw tankowca robil juz wielkie wrazenie, totez Holendrzy, ktorzy mieli pomagac przy jego cumowaniu, z zaciekawieniem wyciagali szyje. Zaden nie pomyslal nic szczegolnego, gdy martwy dotad radiotelefon wiszacy obok sternika nagle szczeknal i zagadal. Szyper chwycil sluchawke i przycisnal ja do ucha. Silnik zagluszal jednak rozmowe, wiec szyper przelaczyl go na jalowy bieg i poprosil o powtorzenie. Ledwie je uslyszal, polozyl ster ostro na prawa burte; kuter zatoczyl duze polkole. – Wracamy do domu – oswiadczyl sternik zaskoczonym ludziom na pokladzie. – Tam jest cos nie w porzadku. Kapitan Larsen nie przygotowal jeszcze dla nas sniadania. Kuter odplynal w strone Hook. Za jego rufa masyw “Freyi” znow zaczal malec, az stopil sie z horyzontem. Na lotnisku Schiphol pod Amsterdamem dwaj piloci – znawcy wod przybrzeznych – szli szybko w strone helikoptera Zarzadu Portu, ktory mial ich zawiezc na poklad tankowca. Byla to normalna praktyka; zawsze latali do czekajacych na nich statkow smiglowcem. Starszy _2 _ pilotow – szpakowaty mezczyzna, ktory juz dwadziescia lat spedzil na morzu, mial licencje kapitana, a od pietnastu lat pracowal u ujscia Mozy – niosl “brazowa skrzynke”: instrumentarium, ktore pozwalalo sterowac statkiem z dokladnoscia do jednego jarda, jesli bylo to potrzebne; a moglo byc potrzebne dzisiaj, zwazywszy, ze kadlub “Freyi” dzielilo od dna toru wodnego nie wiecej niz dwadziescia stop, a tak zwany Kanal Wewnetrzny, ktory miala pokonac, byl szerszy od niej samej zaledwie o pietnascie stop. Kiedy schyleni, na zgietych kolanach przemykali pod wirujacym smiglem, pilot helikoptera wychylil sie z kabiny.,… – Zdaje sie, ze tam cos nie gra! – staral sie przekrzyczec halas silnika. – Musimy zaczekac. Silnik zgasl, ale wielkie platy dlugo jeszcze wirowaly nad ich glowami, zanim wreszcie stanely. – Ale dlaczego, do cholery? – spytal mlodszy z pilotow. – A ja skad moge wiedziec? – bronil sie lotnik z helikoptera. – Dopiero co dostalem ten meldunek z Kontroli Mozy. Chyba po prostu statek nie jest jeszcze gotow do wejscia. Kilka minut przed osma w uroczym wiejskim domku pod Ylaardingen zadzwonil telefon; dyrektor portu rotterdamskiego, Dirk van Gelder, jadl wlasnie sniadanie. – To do ciebie! – zawolala zona, ktora podniosla sluchawke, po czym wrocila do kuchni, gdzie wlasnie z ekspresu zaczela sie saczyc aromatyczna kawa. Van Gelder wstal od stolu, rzucil gazete na krzeslo i poczlapal w miekkich kapciach do przedpokoju. W miare jak sluchal dlugiego potoku slow, jego twarz powazniala, a brwi coraz bardziej sie marszczyly. – Jak powiedzial? Beda zabici? Nowy strumien slow poplynal w sluchawce. – Dobrze – mruknal Gelder – czekajcie tam na mnie. Bede za pietnascie minut. Cisnal sluchawke na widelki, kopnal pod szafe bambosze i w pospiechu wcisnal buty i marynarke. Po chwili byl juz przy drzwiach garazu. Kiedy wyprowadzal Mercedesa tylem po zwirowej alejce, przypomnial mu sie koszmarny sen, ktory przesladowal go od dawna. – Czyzby porwanie? Dobry Boze, tylko nie to! Tymczasem na pokladzie “Freyi” kapitan Larsen zostal zmuszony do szczegolnej wycieczki po swoim wlasnym statku: w swietle latarek ogladal ladunki wybuchowe, przymocowane do scian zbiornikow balastowych gleboko pod linia wodna. W drodze powrotnej widzial, jak trzy mile od “Freyi” kuter z ekipa cumownicza zawraca i odplywa ku brzegom. Jednoczesnie po przeciwnej stronie, na pelnym morzu, pojawil sie niewielki frachtowiec, plynacy na poludnie. Najwyrazniej i on dostrzegl nieruchomego lewiatana, bo pozdrowil go radosnym gwizdaniem – ale nie zmienil kursu i nie zblizyl sie. Larsen obejrzal rowniez ladunek umieszczony w srodkowym zbiorniku na srodokreciu i te, ktore znalazly sie w komorach balastowych pod nadbudowka. Nie potrzebowal juz schodzic w okolice magazynu farb. Znal dobrze to miejsce i potrafil wyobrazic sobie skutki wybuchu podlozonej tam bomby. O osmej trzydziesci, kiedy Dirk van Gelder wbiegal do budynku Kontroli Mozy, by jak najszybciej przesluchac tasme, Thor Larsen wracal juz pod eskorta do swojej kabiny. Nie mogl jakos doliczyc sie terrorystow. Jednego widzial na pomoscie dziobowym “Freyi”, jak owiniety w gruba kurtke dla ochrony przed zimnem badal wzrokiem horyzont. Inny wspinal sie na szczyt komina, by stamtad, z wysokosci stu stop nad pokladem, prowadzic dalekosiezna obserwacje. Trzeci czuwal na mostku, kontrolujac ekrany radarow i sonarow, ktore pozwalaly mu dostrzegac wszystko, co poruszalo sie w promieniu czterdziestu osmiu mil wokol “Freyi”, a takze kawal morza i dna morskiego pod nia. Z pozostalych czterech, dwoch – w tym herszt – bylo z kapitanem. Dwoch zatem brakowalo: musieli krecic sie gdzies po statku. Szef terrorystow kazal mu znowu usiasc przy jego wlasnym stole. Palcami zabebnil po pudelku oscylatora, ktore przytroczyl sobie do paska. – Kapitanie, niech pan mnie nie zmusza do uzycia tego przycisku. I niech pan nie mysli, ze nie odwaze sie go uzyc. Owszem, zrobie to, jesli dojdzie tutaj do jakichs heroicznych blazenad albo jesli moje zadania nie zostana spelnione. A teraz prosze to przeczytac. Podal Larsenowi trzy kartki gesto zapisane maszynowym tekstem po angielsku. Larsen szybko i nieuwaznie przebiegl po nim wzrokiem. – Dokladnie o dziewiatej przeczyta pan ten tekst przez radio dyrektorowi portu w Rotterdamie. Ani slowa mniej, ani slowa wiecej. I zadnych uwag po holendersku czy po norwesku. Tylko to, co napisane. Rozumiemy sie? Larsen przytaknal z ponura mina. Drzwi otworzyly sie nagle i do kabiny wszedl jeszcze jeden z napastnikow. Najwyrazniej przybywal tu z kambuza – niosl bowiem duza tace z jajecznica, maslem, dzemem i kawa. Postawil ja na stole, miedzy dwoma siedzacymi przy nim mezczyznami. – Sniadanie – oznajmil szef napastnikow. Gestem zaprosil Larsena. – Moze i pan cos zje? Kapitan nie chcial jesc, ale chetnie napil sie kawy. Przeciez nie kladl sie przez cala noc, a poprzedniego ranka wstal o siodmej. Dwadziescia szesc godzin bez snu – a przed nim byc moze jeszcze wiecej. Chcial jak najdluzej byc przytomny i czujny. Sadzil, ze kawa mu w tym pomoze. Nie bez pewnej satysfakcji obliczyl, ze siedzacy po drugiej stronie stolu terrorysta jest na nogach rownie dlugo jak on. Niespodziewanie tamten nakazal wyjsc straznikowi z karabinem. Drzwi sie zamknely i zostali sam na sam – ale nie dawalo to kapitanowi szczegolnych szans. Stol byl bardzo szeroki i Larsen nie zdolalby dosiegnac terrorysty; a ten mial rewolwer tuz pod prawa reka i oscylator przypiety do pasa. – Zapewne nie bede naduzywal panskiej goscinnosci dluzej niz trzydziesci godzin… moze czterdziesci – odezwal sie czlowiek w kominiarce. – Ale i to wystarczy, zebym udusil sie w tej masce. A w koncu… nigdy przedtem mnie pan nie widzial i nigdy wiecej mnie pan nie zobaczy. Lewa reka sciagnal z glowy czarna kominiarke. Larsen zobaczyl twarz czlowieka trzydziestoparoletniego, szatyna o piwnych oczach. Ale, choc zdemaskowany, nadal byl dla kapitana zagadka. Mowil jak rodowity Anglik i tak tez sie zachowywal. Ale przeciez Anglicy nie porywaja statkow, to pewne. A wiec moze Irlandczyk z IRA? Nie, zaraz… wspomnial przeciez cos o przyjaciolach w niemieckim wiezieniu. Moze Arab? Jacys terrorysci z Organizacji Wyzwolenia Palestyny rzeczywiscie siedza w Niemczech. I rozmawia ze swoimi kolegami jakims dziwnym jezykiem. Nie bardzo wprawdzie podobnym do arabskiego, ale rozmaitych dialektow arabskich sa dziesiatki – a on, Larsen, znal tylko troche jezyk Arabow znad Zatoki. Wiec moze jednak Irlandczyk… – Jak mam sie do pana zwracac? – spytal czlowieka, ktorego nigdy nie mial poznac jako Andrija Dracza czy tez Andrew Drake'a. Mezczyzna, zajety jedzeniem, namyslal sie przez chwile. – Moze pan mnie nazywac “Swoboda” – powiedzial w koncu. – To popularne nazwisko w moim kraju, ale takze rzeczownik pospolity. Oznacza tyle co wolnosc. – To chyba nie po arabsku? Terrorysta po raz pierwszy usmiechnal sie. – Nie, oczywiscie. Nie jestesmy Arabami. Jestesmy Ukraincami. Kochamy nasza ojczyzne i walczymy o jej wolnosc. – I sadzicie, ze wladze niemieckie wypuszcza waszych przyjaciol z wiezienia? – Musza – powiedzial Drake z przekonaniem. – Nie beda miec wyboru… No, chodzmy, jest juz prawie dziewiata. 12. Od 9.00 do 13.00 – Pilot Maas, Pilot Maas, tu “Freya”! Baryton Thora Larsena zagrzmial donosnie w pokoju osrodka kontroli w przysadzistym budynku na koncu mierzei Hook van Holland. W duzej sali na pierwszym pietrze, ktorej szerokie, panoramiczne okna byly teraz zasloniete, by jaskrawe poranne slonce nie utrudnialo obserwacji ekranow – pieciu ludzi sluchalo glosu kapitana “Freyi”. Byli tu wciaz Dijkstra i Schipper, choc dawno skonczyl sie ich dyzur. Zupelnie przy tym zapomnieli o sniadaniu. Za krzeslem Dijkstry stal od dluzszego czasu Dirk van Gelder, gotow zastapic go, gdy tylko odezwie sie “Freya”. Przy drugiej konsolecie dyzurny z nowej, dziennej zmiany zajmowal sie calym pozostalym ruchem w ujsciu Mozy, wpuszczajac i wypuszczajac statki, ale nakazujac im omijanie z daleka “Freyi”. Oznaczajaca ja swietlista kreska na ekranie radaru byla znacznie dluzsza od innych, choc statek znajdowal sie niemal na krawedzi pola widzenia. W pokoju przebywal takze wyzszy oficer sluzby ochrony portu. Kiedy glosnik odezwal sie, Dijkstra odsunal sie od konsolety i ustapil miejsca van Gelderowi. Ten chwycil w reke mikrofon, odkaszlnal, po czym przesunal przelacznik “odbior-nadawanie”: – “Freya”, tu Pilot Maas. Slucham. Sluchali takze inni, daleko poza murami przysadzistego budynku na holenderskiej plazy. Juz w czasie pierwszej transmisji rozmowe na kanale dwudziestym uslyszaly dwa inne statki. Przez sto dwadziescia minut, jakie uplynely, w eterze zaroilo sie od plotek. Teraz co najmniej kilkunastu radiooficerow wsluchiwalo sie z uwaga w glosniki swoich odbiornikow. Na “Freyi” kapitan Larsen zastanawial sie nawet, czy dla wiekszej dyskrecji nie przejsc na kanal szesnasty i porozumiec sie z Kontrola Mozy za posrednictwem Radia Scheveningen. Ale doszedl do wniosku, ze niepozadani sluchacze szybko odnajda go i na tym kanale. Pozostawal wiec na dwudziestym. – Pilot Maas, tu “Freya”. Chce rozmawiac osobiscie z dyrektorem portu. – Tu Pilot Maas, mowi Dirk van Gelder. To ja jestem dyrektorem portu. – Mowi kapitan Larsen, dowodca “Freyi”. – Tak, kapitanie, poznalismy panski glos. Jakie ma pan klopoty? Na mostku “Freyi” Drake wskazal lufa rewolweru na tekst, ktory Larsen trzymal w reku. Kapitan skinal glowa, przesunal manetke na “nadawanie” i zaczal czytac do radiotelefonu. – Odczytuje przygotowane wczesniej oswiadczenie. Prosze nie przerywac i nie zadawac pytan. Dzis rano o godzinie trzeciej zero zero “Freya” zostala opanowana przez uzbrojonych ludzi. Mam dostateczne powody sadzic, ze traktuja oni swoje dzialania bardzo powaznie i ze spelnia swoje grozby, jesli ich zadania nie zostana uwzglednione. W wiezy kontrolnej za plecami Geldera rozlegly sie pelne emocji szepty. On sam przymknal oczy z rezygnacja. Od lat walczyl o to, by tankowcom – tym wielkim plywajacym bombom – zapewnic jakas ochrone przed porywaczami. Ale jego obawy lekcewazono, a apele ignorowano. No i stalo sie. Tylko magnetofon, nie poddajacy sie zadnym emocjom, niezmordowanie rejestrowal dobiegajacy droga radiowa tekst. – Cala moja zaloga jest obecnie zamknieta w najnizszej czesci statku, za stalowymi drzwiami. Nie maja szansy stamtad uciec. Jak dotad, nie stalo im sie nic zlego. Tylko ja zostalem na mostku, ale jestem stale pilnowany i szantazowany nabita bronia. W ciagu nocy zainstalowano ladunki wybuchowe wewnatrz kadluba “Freyi”, w jego newralgicznych punktach. Widzialem osobiscie te ladunki i moge z cala odpowiedzialnoscia stwierdzic, ze jesli wybuchna, rozerwa statek na kawalki, zabija natychmiast cala zaloge i spowoduja wyciek miliona ton ropy naftowej do morza. – O Boze! – westchnal glosno ktos za plecami van Geldera. Ten machnal niecierpliwie reka w strone mowiacego, chcac go uciszyc. – A oto – kontynuowal glos z glosnika – aktualne polecenia ludzi, ktorzy opanowali “Freye”. Po pierwsze: usunac wszystkie jednostki plywajace z akwenu miedzy “Freya” a wybrzezem holenderskim, a scisle z akwenu ograniczonego liniami kursowymi North-East i South-East liczac od pozycji “Freyi”. Po drugie: z innych kierunkow nie moze sie do “Freyi” zblizyc zadna jednostka nawodna czy podwodna na odleglosc mniejsza niz piec mil. Po trzecie: zaden samolot nie moze naruszyc obszaru powietrznego w promieniu pieciu mil od “Freyi” na wysokosci mniejszej niz dziesiec tysiecy stop. Czy to jasne? Mozecie odpowiedziec. Van Gelder mocniej scisnal uchwyt mikrofonu. – “Freya”, tu Pilot Maas, Dirk van Gelder. Tak, zrozumielismy wszystko. Mam wykluczyc wszelki ruch w akwenie dziewiecdziesiat stopni miedzy “Freya” i brzegami Holandii w promieniu pieciu mil we wszystkich innych kierunkach. Zawiadomie wieze kontrolna lotniska Schiphol, zeby zabronili wszelkich lotow ponizej dziesieciu tysiecy stop w promieniu pieciu mil od “Freyi”. Odbior. Po krotkiej przerwie powrocil glos Larsena. – Zostalem poinformowany, ze kazda proba naruszenia tych warunkow wywola natychmiastowy odwet bez dalszych konsultacji. Odwetem bedzie albo wypuszczenie dwudziestu tysiecy ton ropy do morza, albo… egzekucja jednego z moich ludzi. Jak zrozumieliscie? Odbior. Van Gelder odwrocil sie do kontrolerow ruchu. – Na litosc boska, usuncie natychmiast stamtad wszystkie statki. I polaczcie sie z Schiphol: zadnych lotow handlowych, zadnych samolotow prywatnych, zadnych latajacych reporterow! Znowu pochylil sie nad mikrofonem. – Zrozumielismy dobrze, kapitanie Larsen. Czy cos jeszcze? – Tak – odezwal sie glosnik. – Nastepny kontakt radiowy dopiero o dwunastej. Nie wzywajcie “Freyi”, sam sie odezwe. O dwunastej bede chcial mowic bezposrednio z premierem Holandii i z ambasadorem Niemiec Zachodnich. Obaj musza byc obecni. To wszystko. Dal sie slyszec odglos wylaczania mikrofonu. Na mostku “Freyi” Drake wyjal sluchawke radiotelefonu z reki Larsena i odlozyl ja. Potem kazal Norwegowi wrocic do kapitanskiej kajuty. Kiedy znowu usiedli rozdzieleni siedmioma stopami blatu, Drake odlozyl rewolwer i oparl sie wygodnie. Jego sweter uniosl sie przy tym nieco i Larsen mogl znowu dostrzec morderczy oscylator przytroczony do paska. – Co bedziemy teraz robic? – Czekac – odparl Drake. – Spokojnie czekac. A tymczasem Europa wpadnie w szal. – Zabija pana, przeciez pan wie. Wszedl pan z wlasnej woli na ten statek, ale juz pan stad nie ucieknie. Oni moze zrobia to, czego pan zada, ale potem pana zabija. – Wiem. Ale nie martwie sie tym, ze zgine. Wiem, ze nie mam szans przezyc, ale oczywiscie bede walczyl. I zabije wielu ludzi, jesli tamci sprzeciwia sie moim planom. – Tak bardzo zalezy panu na uwolnieniu tych dwoch wiezniow? – Tak, bardzo. Nie moge wyjasnic dlaczego, a gdybym nawet mogl, nie zrozumialby pan. Powiem tylko tyle: od wielu lat moj kraj znajduje sie pod okupacja, moj narod jest przesladowany, wieziony, mordowany. I nikogo to nie obchodzi. Dzisiaj zagrozilem zabiciem jednego czlowieka z Zachodu albo szkoda materialna dla Europy Zachodniej… i widzi pan, jak tancza? Bo dla nich to jest katastrofa. A dla mnie najwieksza katastrofa jest niewola mojego narodu. – A to wielkie marzenie, o ktorym pan wspominal, to wlasciwie co konkretnie? – Wolna Ukraina. Ale tego nie mozna osiagnac bez masowej rewolty, rewolty z udzialem milionow ludzi. – W Zwiazku Radzieckim? – Larsen popatrzyl na terroryste sceptycznie. – To przeciez niemozliwe. Nigdy tam do tego nie dojdzie. – Ja mysle, ze to mozliwe. Tak jak okazalo sie mozliwe w Niemczech Wschodnich, na Wegrzech, w Czechoslowacji. Tylko najpierw musi runac bariera pesymizmu. Te miliony musza uwierzyc, ze jest szansa zwyciestwa, ze okupanci nie sa niesmiertelni. Jesli ta bariera runie, puszcza wszystkie inne tamy. – To falszywe rachuby. – Tak sadzi caly Zachod. Ale na Kremlu dobrze wiedza, ze moje rachuby sa sluszne. – I w imie tej… masowej rewolty gotow jest pan umrzec? – Jesli bede musial… Kocham moj kraj i moj narod bardziej niz wlasne zycie. I na tym polega moja przewaga nad wami. Tu w promieniu stu mil nie znajdzie pan czlowieka, ktory cenilby cos bardziej niz wlasne zycie. Jeszcze wczoraj Thor Larsen zgodzilby sie moze z tym ostatnim zdaniem. Ale w ciagu minionych paru godzin w tym flegmatycznym Norwegu zaszlo cos, co i jego samego zaskoczylo. Po raz pierwszy w zyciu nienawidzil innego czlowieka tak bardzo, ze gotow byl go zabic – i zaryzykowac przy tym wlasne zycie. Nie dbam o twoje ukrainskie idealy, panie Swoboda – pomyslal. – Ale nie pozwole usmiercic moich ludzi i mojego statku. Nie dopuszcze do tego, chocbym sam mial zginac. W Felixstowe w hrabstwie Suffolk angielski oficer ochrony wybrzeza oderwal sie od aparatu radiowego, ktorego dotad uwaznie sluchal, i szybko podszedl do telefonu. – Polacz mnie z Ministerstwem Srodowiska w Londynie – rzucil do operatora w centrali. – No, to wykrecili numer tym Holendrom – odezwal sie jego podwladny, ktory takze sluchal rozmowy miedzy “Freya” a Kontrola Mozy. – To nie jest tylko holenderskie zmartwienie – powiedzial oficer. – Popatrz na mape. Na scianie wisiala mapa obejmujaca poludniowa czesc Morza Polnocnego i wschodni kraniec kanalu La Manche. Odleglosc miedzy ujsciem Mozy a brzegami Suffolk nie byla wielka. Oficer zaznaczyl olowkiem nocna pozycje “Freyi”. Znajdowala sie dokladnie w polowie drogi miedzy dwoma brzegami. – Chlopie, jesli to wybuchnie, to i na naszych plazach, od Hull po Southampton, bedzie lezala warstwa ropy po kolana. Po chwili rozmawial juz z urzednikiem z Londynu, funkcjonariuszem wydzialu zajmujacego sie specjalna walka z zanieczyszczeniami naftowymi. To, co powiedzial, sprawilo, ze na biurkach wielu urzednikow ministerialnych w Londynie wystygla pierwsza poranna herbata. Van Gelderowi udalo sie zastac premiera jeszcze w domu, wlasnie w chwili gdy ten ruszal w droge do swego biura. Mlody sekretarz Urzedu Premiera nie bardzo kwapil sie niepokoic szefa, ale wyczuwalne w glosie dyrektora portu zdenerwowanie przekonalo go, ze sprawa jest pilna. – Mowi Jan Grayling – odezwal sie premier. W miare jak sluchal, jego twarz tezala. – Kim oni sa? – zapytal. – Nie wiemy. Kapitan Larsen przeczytal tylko przygotowane przez nich oswiadczenie. Nie pozwolili mu nic dodac ani odpowiadac na nasze pytania. – Jesli dzialal pod przymusem, to moze musial tez klamac? Moze te ladunki wybuchowe to tylko blef? – zasugerowal Grayling. – Nie sadze, panie premierze. Czy chce pan, zebym panu przywiozl te tasme? – Tak, natychmiast i osobiscie. Wprost do Urzedu Premiera. Odlozyl sluchawke i pospieszyl do samochodu. Jego umysl pracowal w pospiechu. Jesli grozba byla w calosci prawdziwa, to ten sloneczny poranek przynosi najbardziej ponury kryzys w calej jego dotychczasowej karierze premiera. Kiedy samochod ruszal, eskortowany przez nieodlaczny woz policyjny, premier obmyslal juz kolejnosc pierwszych niezbednych posuniec. Natychmiastowe nadzwyczajne posiedzenie Gabinetu – to oczywiste. Potem prasa – na tych nie bedzie trzeba dlugo czekac. Wielu ludzi musialo slyszec rozmowe miedzy statkiem a sluzba brzegowa; ktos na pewno przekaze to prasie jeszcze przed poludniem. Potem za posrednictwem kilku ambasad bedzie musial zawiadomic o sprawie ich rzady. I zarzadzic powolanie specjalnego sztabu kryzysowego z udzialem ekspertow. Natychmiast przypomnial sobie pare nazwisk ludzi, ktorzy skutecznie pelnili te role pare lat temu, podczas molukanskich porwan pociagow. Kiedy samochod zatrzymal sie pod budynkiem Urzedu Premiera, Grayling spojrzal na zegarek. Byla dziewiata trzydziesci. Idea “Sztabu kryzysowego” pojawila sie juz wczesniej w myslach – choc nie w slowach – pewnego czlowieka w Londynie. Sir Rupert Mossbank, podsekretarz stanu w Ministerstwie Srodowiska, natychmiast zatelefonowal do sekretarza Gabinetu, Sir Juliana Flannery'ego. – Trudno na razie powiedziec cos konkretnego – mowil. – Nie wiemy, co to za ludzie, ilu ich jest, czy grozba jest powazna, czy sa w ogole jakies bomby na pokladzie. Ale jesli taka ilosc ropy rzeczywiscie wyplynie, moze byc paskudnie. Sir Julian przez chwile spogladal w zamysleniu na budynek Whitehall, wznoszacy sie naprzeciw jego okien. – Dobrze, ze tak szybko z tym zadzwoniles, Rupert. Mysle, ze najlepiej zrobie, jesli natychmiast powiem o tym premierowi. A ty tymczasem, na wszelki wypadek, zbierz swoich najlepszych ekspertow, i zrobcie notatke na temat mozliwych konsekwencji. Ile tego wycieknie, jaka powierzchnie morza zajmie plama, w ktora strone poplynie, z jaka szybkoscia, jaki odcinek naszego wybrzeza zanieczysci. Jestem dziwnie pewien, ze ona o to zapyta. – Mam juz gotowe te dane, stary! – To dobrze – ucieszyl sie Sir Julian. – To doskonale. Dostarcz je jak najszybciej. Mysle, ze bedzie chciala je znac. Zawsze chce wiedziec wszystko. Sir Julian pracowal juz pod kierownictwem trzech premierow, ale ten byl niewatpliwie najbardziej wymagajacy i najbardziej stanowczy. Nie przypadkiem juz od lat krazyl dowcip, ze rzadzaca partia pelna jest starych bab obojga plci – na szczescie kieruje nia prawdziwy mezczyzna. Ten mezczyzna nazywal sie Joanna Carpenter. Sekretarz Gabinetu byl z nia umowiony za kilka minut – pomaszerowal wiec przez trawnik pod jaskrawym porannym sloncem wprost do domu oznaczonego numerem “10”, krokiem dziarskim, ale bez pospiechu, jak to bylo w jego zwyczaju. Kiedy wszedl do gabinetu, zastal pania premier przy biurku. Pracowala tu juz od osmej. Na podrecznym stoliku stygla kawa w delikatnej bialej porcelanie; trzy otwarte czerwone segregatory lezaly na podlodze. Sir Julian byl pelen podziwu. Ta kobieta przegryzala sie przez najtrudniejsza dokumentacje z szybkoscia maszyny. W ciagu dwoch godzin dawala sobie rade z istna gora papierow: jedne akceptowala, inne odrzucala, na jeszcze innych kreslila swoje uwagi, domagajac sie dodatkowych wyjasnien lub zadajac cale serie celnych, wnikliwych pytan. – Dzien dobry pani premier. – Dzien dobry, Sir Julianie. Piekna dzis mamy pogode. – Istotnie, prosze pani. Niestety, przynosi ona rowniez cos niemilego. Usiadl na wskazanym przez nia fotelu i dokladnie przedstawil to, co zdarzylo sie na Morzu Polnocnym – wszystko, co mu bylo wiadome. Sluchala go z napieta uwaga. – Jesli to wszystko prawda, to ten statek moze spowodowac wielka katastrofe ekologiczna – powiedziala. – Tak, chociaz nie wiemy jeszcze, czy mozliwe jest zatopienie tak wielkiej jednostki przy uzyciu slabych, jak sie zdaje, przemyslowych materialow wybuchowych. Oczywiscie mamy ludzi, ktorzy potrafia to szybko ocenic. – Jesli to prawda – kontynuowala pani premier – to sadze, ze powinnismy zwolac sztab kryzysowy, ktory oceni wszelkie mozliwe nastepstwa. A jesli to blef, to mamy okazje do pozytecznych cwiczen praktycznych. Sir Julian az uniosl brew ze zdziwienia. Odciagnac od codziennej pracy dziesiec ministerstw w imie “pozytecznych cwiczen praktycznych” – czegos takiego jeszcze nie slyszal. Ale musial przyznac, ze to ma swoj wdziek. Przez pol godziny zastanawiali sie oboje nad takim doborem ekspertow z roznych dziedzin, by ocena sytuacji wyniklej z tego niebywalego porwania byla mozliwie kompletna. Tankowiec byl ubezpieczony u Lloyda – musialy wiec tam byc jego szczegolowe plany. Z pewnoscia znajdzie sie w wydziale transportu morskiego British Petroleum dobry ekspert, ktory obejrzy te plany i precyzyjnie oceni wytrzymalosc konstrukcji. Co do oceny ewentualnych zanieczyszczen – szybko zgodzili sie na glownego technologa z laboratorium Warren Springs. Jest to wspolne laboratorium dwu Ministerstw: Przemyslu i Handlu oraz Rolnictwa, Rybolowstwa i Zywnosci; miesci sie w Stevenage, w poblizu Londynu. Z Ministerstwa Obrony zostanie powolany doswiadczony oficer Krolewskich Saperow, ktory oceni sile i skutecznosc ladunkow wybuchowych. Rozmiary mozliwej katastrofy ekologicznej na Morzu Polnocnym oszacuja eksperci z Ministerstwa Srodowiska. Trinity House, czyli centralny zarzad wszystkich brytyjskich sluzb informacyjnych, dostarczy danych o kierunkach i predkosci plywow i pradow morskich. Kontakty _z _ obcymi rzadami zapewni Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ktore tez bedzie mialo swojego obserwatora w “sztabie”. O dziesiatej trzydziesci lista wydawala sie juz kompletna. Sir Julian zbieral sie do wyjscia. – Czy sadzi pan, ze rzad holenderski poradzi sobie z ta sprawa? – zatrzymal go glos pani premier. – Za wczesnie o tym mowic. Na razie terrorysci chca przekazac swoje zadania panu Graylingowi. Ma ich wysluchac osobiscie w poludnie,! a wiec za poltorej godziny. Sadze, ze Haga potrafi sie z tym uporac. Alei jesli nie bedzie mozna spelnic tych zadan albo, jesli mimo wszystko! dojdzie do eksplozji na statku, bedziemy musieli sie w to wlaczyc w trosce! o wlasne brzegi. Poza tym dysponujemy najlepszymi w Europie srodkami l do walki z zanieczyszczeniem naftowym. Mozliwe wiec, ze sasiedzi znad| Morza Polnocnego poprosza nas o pomoc. – Czyli im szybciej bedziemy gotowi, tym lepiej. I jeszcze jedno, Sir l Julianie. Zapewne nie dojdzie do takiej ostatecznosci, ale gdyby zadania okazaly sie nie do spelnienia, trzeba brac pod uwage zdobycie statku sila, | w celu uwolnienia zalogi i rozbrojenia ladunkow. Po raz pierwszy w tej rozmowie Sir Julian odczul potrzebe sprzeciwu, l Przez cale zycie – odkad ukonczyl Oxford z podwojnym wyroznieniem – byl zawodowym funkcjonariuszem cywilnym. Wierzyl, ze | slowa, pisane czy mowione, zdolne sa rozwiazac najtrudniejsze problemy, byle tylko miec na to dosc czasu. Nie cierpial przemocy. – No, tak… To oczywiscie w skrajnej ostatecznosci. Rozumiem, ze ma pani na mysli tak zwane “rozwiazanie silowe”. – Przeciez Izraelczycy zaatakowali w koncu ten samolot w Entebbe – myslala glosno pani premier. – To samo zrobili Niemcy w Mogadishu. A i Holendrzy odbili pociag w Assen… bo nie mieli juz innego wyjscia. Tak samo moze byc w tym przypadku. Czy komandosi holenderscy potrafiliby wykonac taka misje? Sir Julian dlugo wazyl slowa. Nie wiedziec czemu wyobrazil sobie nagle masywnych “marines” tupiacych buciorami po posadzkach White-hall. Lepiej by bylo, zeby prowadzili swoje mordercze gry z dala od instytucji rzadowych. – Jesli atakowanie statku bedzie konieczne – odezwal sie w koncu – to, jak sadze, nie da sie uzyc helikopterow. Terrorysci wypatrza je z daleka, maja _przeciez _ do dyspozycji radary statku. To samo dotyczy jednostek plywajacych. Sprawa jest trudna. To nie samolot stojacy na lotnisku ani pociag, do ktorego mozna chylkiem podejsc. To statek na pelnym morzu, dwadziescia piec mil od najblizszego ladu. Mial nadzieje, ze to na razie wystarczy. Ale przeliczyl sie. – A co pan mysli o uzbrojonych nurkach albo pletwonurkach? Sir Julian przymknal oczy. Tez cos – uzbrojeni nurkowie! Ci wielcy politycy stanowczo za duzo czytaja powiesci sensacyjnych. – Uzbrojeni pletwonurkowie, sadzi pani…? Zza biurka blekitne oczy pani premier wpatrywaly sie wen natarczywie. – O ile wiem, dysponujemy w tej dziedzinie najlepsza technika w Europie – powiedziala dobitnie. – To bardzo mozliwe, prosze pani. – Jak sie nazywaja ci podwodni spece? – SBS, Morska Sluzba Specjalna. – A kto tutaj, w Whitehall, jest lacznikiem naszych sluzb specjalnych? – Pulkownik piechoty morskiej pracujacy w Ministerstwie Obrony. Nazywa sie Holmes. Wyznal to niechetnie, bo widzial, ze _rzeczy _ przybieraja zly obrot. Zdarzalo sie juz dawniej, ze rzad korzystal z uslug oddzialow specjalnych. Lepiej niz SBS znana jej ladowa siostrzyca – SAS, Specjalna Sluzba Powietrzna – pomagala Niemcom w Mogadishu, brala tez udzial w oblezeniu na Balcombe Street. Premier Harold Wilson bardzo lubil sluchac relacji z morderczych akcji tych brutali. Teraz miala sie zaczac wokol Sir Juliana kolejna fantastyczna awantura w stylu Jamesa Bonda. – Prosze wlaczyc pulkownika Holmesa do UNICORNE, oczywiscie tylko w charakterze konsultanta. – Oczywiscie – mruknal Sir Julian. – I prosze jak najszybciej zwolac pierwsze zebranie. Mam nadzieje, ze bedzie pan mogl otworzyc obrady tuz po poludniu, kiedy beda juz znane zadania terrorystow. Po drugiej stronie Morza Polnocnego, w Holandii, juz teraz toczyly sie goraczkowe dzialania. W budynku rzadowym w Hadze premier Grayling kompletowal sztab kryzysowy, taki sam, o jakim w Londynie mowila pani Carpenter. Potrzebne to bylo przede wszystkim po to, by dokladnie ocenic zagrozenie dla ludzi i dla srodowiska, jakie wynikloby z zatoniecia “Freyi”, i rozwazyc wszystkie problemy stojace w zwiazku z tym przed wladzami holenderskimi. Do sztabu powolano ekspertow z tych samych, co w Londynie specjalnosci: budowy okretow, walki ze skazeniami naftowymi, prognozowania pogody i pradow morskich, uwzgledniano tez rozwiazanie silowe. Dirk van Gelder, ktory dostarczyl premierowi tasme z nagrana rozmowa z godziny dziewiatej, wracal teraz swoim samochodem do budynku Kontroli Mozy; Grayling polecil mu, by czuwal przy radiotelefonie, na wypadek gdyby “Freya” odezwala sie przed dwunasta. To on odebral o dziesiatej trzydziesci telefon od Harry'ego Wennerstroma. Po dobrym sniadaniu zjedzonym w apartamencie – nadbudowce rotterdamskiego hotelu “Hilton” stary magnat okretowy wciaz jeszcze nic nie wiedzial o nieszczesciu, jakie spotkalo jego statek. Po prostu nikomu dotad nie przyszlo na mysl, by do niego zadzwonic. Teraz telefonowal sam, by dowiedziec sie o “Freye”. Obliczal, ze pokonala juz znaczna czesc drogi po torze wodnym zwanym Kanalem Zewnetrznym, ze dawno minela pierwsza wizytowke Europortu, Euroboje nr l i plynie wolno a ostroznie kursem 82,5° w strone Kanalu Wewnetrznego. Zamierzal wkrotce ruszyc z Rotterdamu w kawalkadzie samochodow oficjalnych gosci, by mniej wiecej w porze obiadu wraz z fala przyplywu obserwowac pojawienie sie “Freyi”. Van Gelder przeprosil, ze nie zadzwonil wczesniej do “Hiltona”, po czym dokladnie opowiedzial, co wydarzylo sie o siodmej i o dziewiatej. Po drugiej stronie linii zapadlo dluzsze milczenie. Byc moze Wennerstrom myslal o 170 milionach dolarow, jakie wart byl statek, i o jego plynnym ladunku, wartym dalsze 140 milionow. Jednak jego pierwsze slowa wskazywaly na co innego: – Panie van Gelder, tam jest trzydziestu moich marynarzy. Chce, zeby pan wiedzial, ze poczynajac od tej chwili, jesli ktoremus z nich stanie sie krzywda wskutek niespelnienia zadan porywaczy, cala odpowiedzialnosc spadnie na wladze holenderskie. – Panie Wennerstrom – odpowiedzial van Gelder, ktory tez byl kiedys kapitanem statku – robimy wszystko, co w naszej mocy. Warunki terrorystow dotyczace oczyszczenia akwenu wokol “Freyi” zostaly spelnione co do joty. Nie znamy jeszcze ich glownych zadan. Premier pracuje w tej chwili nad ta sprawa w swoim biurze w Hadze, ale o dwunastej bedzie tu osobiscie, zeby odebrac nastepny komunikat z “Freyi”. Wennerstrom odlozyl sluchawke i popatrzyl przez panoramiczne okna salonu na niebo, w kierunku zachodnim: pod tym niebem statek jego marzen stal teraz na kotwicy na pelnym morzu, opanowany przez uzbrojonych bandytow. – Odwolac wyjazd do Kontroli Mozy! – rzucil nagle w strone jednej z sekretarek. – Odwolac uroczysty lunch. Odwolac wieczorny bankiet. Odwolac konferencje prasowa. Wyjezdzam. – Dokad, panie Wennerstrom? – zdazyla jeszcze spytac kompletnie zaskoczona dziewczyna. – Do Kontroli Mozy… ale sam. Niech samochod bedzie gotow, kiedy zjade do garazu. To powiedziawszy starzec ciezkim krokiem ruszyl z apartamentu w strone windy. Wokol “Freyi” morze opustoszalo. Scisle wspolpracujac z brytyjskimi kolegami z Flamborough Head i Felixstowe, holenderscy kontrolerzy zeglugi skierowali wszystkie przeplywajace statki na szlaki na zachod od “Freyi”, oddalone od niej co najmniej o piec mil. Na wschod od tankowca wszelki ruch ustal. Wycofano z tego akwenu wszystkie jednostki zeglugi przybrzeznej, statki plynace do Europortu i Rotterdamu zatrzymano w bezpiecznej odleglosci, a tym, ktore szykowaly sie do wyjscia w morze, nie zezwolono na opuszczenie portu. Osrodek kontroli w Hook wypelnily wsciekle glosy kapitanow wielkiej zeglugi, ktorzy domagali sie wyjasnien. Mowiono im tylko tyle, ze powstala sytuacja wyjatkowa, i podawano wspolrzedne akwenu, na ktory pod zadnym pozorem nie moga wplywac. Prasy nie udalo sie dlugo utrzymac w nieswiadomosci, chocby dlatego, ze duza, liczaca kilkadziesiat osob grupa dziennikarzy, zarowno z branzowej prasy marynistycznej, jak z gazet codziennych, czekala juz w Rotterdamie na triumfalne przybycie “Freyi”. Ich naturalne w tej sytuacji zainteresowanie wzroslo jeszcze o jedenastej, kiedy Wennerstrom nagle odwolal wspolna wycieczke do Hook. W dodatku za posrednictwem macierzystych redakcji zaczely do nich docierac sensacyjne wiesci od licznych radioamatorow, ktorzy lubia sluchac rozmow miedzy statkami i brzegiem. Juz przed jedenasta redaktor naczelny “De Telegraaf' dowiedzial sie od radioamatora, ze na pokladzie “Freyi” sa terrorysci, ktorzy o dwunastej podadza przez radio swoje zadania. Redaktor natychmiast polecil nastawic odbiornik na kanal dwudziesty i nagrac caly komunikat. Pare minut po jedenastej w apartamencie gospodarza dzisiejszych uroczystosci telefon oszalal. Ale Wennerstroma nie bylo, a sekretarki nic nie wiedzialy. Dziennikarze zaczeli wiec dzwonic do Kontroli Mozy skad odsylano ich do Hagi. W Hadze telefonistki kierowaly ich do osobistego rzecznika prasowego premiera, a zapracowany mlody czlowiek zbywal ich jak umial. Ten brak oficjalnych informacji coraz bardziej intrygowal przedstawicieli prasy. Donosili wiec swoim redakcjom, ze chyba rzeczywiscie cos zlego dzieje sie z “Freya”. W rezultacie wydawcy wyslali zaraz na miejsce cala mase dodatkowych reporterow. Wkrotce tloczyli sie oni przed budynkiem Kontroli Mozy w Hook, daremnie usilujac przedostac sie za ogrodzenie. Inni wybrali sie do Hagi, by nekac rozne ministerstwa, przede wszystkim zas Urzad Premiera. Jan Grayling osobiscie zatelefonowal do zachodnioniemieckiego ambasadora Konrada Yossa, by przekazac mu poufna wiadomosc. Voss natychmiast porozumial sie z Bonn, i juz po trzydziestu minutach odpowiedzial premierowi Holandii, ze oczywiscie bedzie mu towarzyszyl w poludniowej rozmowie z terrorystami – zgodnie z ich zyczeniem. Rzad Republiki Federalnej – zapewnil ambasador – uczyni wszystko, co w jego mocy, by pomoc w rozwiazaniu tej sprawy. Holenderski minister spraw zagranicznych uznal, ze wypada mu tez zawiadomic przedstawicieli wszystkich zainteresowanych panstw: Szwecji – bo statek plynal pod szwedzka bandera, a obywatele tego kraju byli wsrod zalogi; Norwegii, Finlandii i Danii – bo i z tych krajow pochodzili marynarze “Freyi”; Stanow Zjednoczonych – bo az czterech Skandynawow z zalogi mialo amerykanskie paszporty i podwojne obywatelstwo; Wielkiej Brytanii – bo brytyjska firma, Lloyd, ubezpieczala zarowno statek, jak jego ladunek; wreszcie Belgii i Francji jako sasiednich krajow nadmorskich. W dziewieciu europejskich stolicach rozdzwonily sie telefony miedzy ministerstwami i urzedami, miedzy przygodnymi budkami telefonicznymi i redakcjami, miedzy agencjami ubezpieczeniowymi, biurami maklerskimi i prywatnymi mieszkaniami. Dla wielu ludzi w rzadach, bankach, przedsiebiorstwach zeglugowych i ubezpieczeniowych, w silach zbrojnych i w prasie – perspektywa spokojnego weekendu, jaka zapowiadal cieply, sloneczny poranek, beznadziejnie pograzyla sie w morzu, na ktorym spoczywala gigantyczna bomba pod nazwa “Freya”. Harry Wennerstrom byl w polowie drogi z Rotterdamu do Hook, kiedy przyszla mu do glowy pewna mysl. Jego luksusowa limuzyna pedzaca autostrada w strone Vlaardingen mijala wlasnie duza tablice z napisem: Schiedam. Wennerstrom przypomnial sobie, ze tutaj, na komunalnym lotnisku, stoi jego prywatny odrzutowiec. Siegnal po sluchawke telefonu, by polaczyc sie z apartamentem w “Hiltonie”. Nie bylo to latwe: dyzurujaca tam sekretarka wciaz jeszcze nie mogla opedzic sie od natretnie dzwoniacych dziennikarzy. Udalo sie dopiero za trzecim razem. Szybko przekazal jej dluga liste polecen dla pilota odrzutowca. – I jeszcze jedno – dodal. – Chce znac nazwisko i numer sluzbowego telefonu naczelnika policji w Alesund. Tak, Alesund w Norwegii. Jak tylko sie pani dowie, prosze zadzwonic do niego i poprosic, zeby zaczekal na moj nastepny telefon. Sekcja Informacyjna Lloyda bardzo szybko dowiedziala sie o porwaniu. O dziewiatej pewien frachtowiec brytyjski zblizal sie wlasnie do ujscia Mozy; jego radiooficer uslyszal cala rozmowe “Freyi” z wieza kontrolna, zanotowal ja dokladnie, po czym zaniosl notes do kapitana. Ten kazal przedyktowac calosc droga radiowa do agenta w Rotterdamie,, on z kolei przetelefonowal ja do swojej centrali w Londynie, ta zas – do] biur Lloyda w Colchester. O wydarzeniach poinformowano natychmiast_'. _ prezesa jednej z dwudziestu pieciu firm ubezpieczeniowych afiliowanych u Lloyda. Musiala to byc bogata firma, skoro mogla zaryzykowac ubezpieczenie statku wartego 170 milionow dolarow i jego wielkiego, niemal rownie cennego ladunku. A jednak najwiekszym obciazeniem w calej tej umowie bylo co innego: polisa “P. amp; I.” – “Protection and Indemnity” – gwarantujaca odszkodowania dla czlonkow zalogi i ich rodzin oraz dla wszystkich mozliwych ofiar skazenia srodowiska. Gdyby doszlo do eksplozji na “Freyi”, z tej wlasnie polisy trzeba by bylo wyplacic najwieksze sumy. Tuz przed poludniem prezes firmy przegladal prowizoryczny rachunek, sporzadzony od reki przez jego sekretarza. – A wiec stracimy miliard! – jeknal. – Kim, do cholery, sa ludzie, ktorzy nam to szykuja? Przywodca tych ludzi siedzial tymczasem naprzeciw brodatego norweskiego kapitana w jego kabinie nad prawa burta “Freyi”. Zaluzje byly juz odsloniete; cieple sloneczne swiatlo wypelnialo wnetrze kajuty. Za oknami rozciagal sie pusty poklad, zakonczony cwierc mili dalej wysunietym pomostem dziobowym. Widac tam bylo miniaturowa z tej odleglosci sylwetke opatulonego czlowieka: czujnie obserwowal otaczajacy go, jaskrawo polyskujacy w sloncu przestwor wody. Morze wokol statku bylo ciche i nieruchome, tylko lekki wiaterek marszczyl miejscami gladka powierzchnie. Ta poranna bryza przepedzila juz z pokladu niewidzialna chmure ciezkiego, duszacego gazu, ktora wydostala sie ze zbiornikow po otwarciu klap kontrolnych; teraz mozna bylo znow bezpiecznie chodzic po pokladzie – inaczej czlowiek czuwajacy na dziobie nie moglby tam przebywac. W kabinie panowala wciaz ta sama temperatura: po prostu w momencie, gdy przez podwojne szyby zaczelo silniej przygrzewac slonce, grzejniki wylaczyly sie automatycznie, a do pracy przystapila aparatura klimatyzacyjna. Larsen tkwil wciaz na tym samym miejscu, za swoim wielkim stolem, obserwujac siedzacego po drugiej stronie Drake'a. Po dlugiej rozmowie, jaka toczyla sie tu pare minut po dziewiatej, zapadlo miedzy nimi glebokie milczenie. Najwyrazniej dawalo sie odczuc napiecie oczekiwania. Obaj wiedzieli dobrze, ze na sasiednich brzegach trwaja teraz goraczkowe zabiegi. Wszyscy probuja dowiedziec sie, co wlasciwie sie stalo na pokladzie “Freyi”, a nastepnie ocenic, czy i co mozna tutaj zrobic. Larsen wiedzial tez, ze nikt nie zrobi ani jednego kroku, nie podejmie zadnej decyzji, zanim nie zostana ujawnione zadania. Z tego punktu widzenia, musial przyznac, mlody porywacz dzialal chytrze. Przedluzal okres niepewnych domyslow po tamtej stronie. Zmuszajac Larsena do mowienia w jego imieniu, skutecznie ukrywal swoja tozsamosc czy chocby pochodzenie. Poza kabina, w ktorej przebywali, nikt nie znal dotychczas nawet motywow jego dzialan. A przeciez wladze chcialy na pewno wiedziec znacznie wiecej, chcialy uslyszec jego glos, by moc poddac analizie nagrania, rozpoznac akcent i sposob mowienia, podjac probe ustalenia jego narodowosci – zanim przystapia do akcji. Czlowiek, ktory przedstawial sie jako Swoboda, nie dawal im tych wszystkich niezbednych informacji, podwazajac tym samym pewnosc siebie ludzi, ktorym rzucil wyzwanie. Zarazem dawal prasie dostatecznie duzo czasu, by mogla dowiedziec sie o zdarzeniu i jego mozliwych katastrofalnych nastepstwach, ale nie o stawianych warunkach. Dziennikarze na pewno zdazyli juz ocenic, a moze i przecenic rozmiary kleski, jaka wywolaloby wysadzenie “Freyi” w powietrze, totez cala ich energia, cala wywierana przez nich presja skieruje sie teraz na bezwarunkowe spelnienie zadan terrorystow. Kiedy te zadania zostana ujawnione i okaza sie blahe w porownaniu z apokaliptyczna alternatywa, wladze latwo poddadza sie naciskom wystraszonej opinii publicznej. Larsen, ktory wiedzial juz, jakie beda zadania, byl niemal pewien, ze wladze nie odmowia. Alternatywa byla zbyt straszna. Gdyby Swoboda porwal po prostu jakiegos polityka, tak jak grupa Baader-Meinhof porwala Hansa-Martina Schleiera, a Czerwone Brygady premiera Aldo Moro – jego zadania moglyby sie spotkac z odmowa. Ale on wybral mocniejsza karte: mogl zdewastowac cale wielkie morze i brzegi pieciu krajow, zniszczyc trzydziesci istnien ludzkich, wyrwac z kas ubezpieczeniowych miliard dolarow. – Dlaczego tak bardzo zalezy panu na tych ludziach? – przerwal Larsen dlugotrwala cisze. Tamten popatrzyl nan uwaznie. – To nasi przyjaciele – odpowiedzial. – Niezupelnie. Slyszalem cos o nich. Pamietam, ze w styczniu prasa pisala o dwoch Zydach ze Lwowa, ktorym odmowiono pozwolenia na emigracje, wiec porwali rosyjski samolot i zmusili go do ladowania w Berlinie Zachodnim. I z tego mialoby wyniknac panskie narodowe powstanie? – Mniejsza o to – mruknal porywacz. Spojrzal na zegarek. – Jest za piec dwunasta. Wracamy na mostek. Na mostku bylo wszystko po staremu, jesli nie liczyc jeszcze jednego terrorysty, ktory spal w kacie zwiniety w klebek, nie wypuscil jednak z rak karabinu. Byl zamaskowany, podobnie jak jego czuwajacy przy radarze i sonarze kolega. Swoboda zapytal go o cos po ukrainsku. Mezczyzna pokrecil przeczaco glowa i odpowiedzial w tym samym jezyku. Na rozkaz Swobody skierowal swoj karabin w strone Larsena. Drake podszedl do ekranow i zaczal im sie starannie przygladac. Wokol “Freyi” rysowal sie wyraznie pusty krag w promieniu pieciu mil. W kierunku wschodnim ekrany wykazywaly pustke jeszcze dalej, az po linie brzegu. Uspokojony tym widokiem, wyszedl jeszcze na chwile na zewnetrzna galeryjke mostka i zawolal cos w gore. Odpowiedzial mu okrzyk obserwatora z bocianiego gniazda na szczycie komina. Swoboda wrocil do wnetrza. – Zaczynajmy – odezwal sie do Larsena. – Nasza publicznosc juz czeka. Ale ostrzegam: powie pan o jedno slowo za duzo, a natychmiast zastrzele ktoregos z marynarzy. Larsen siegnal po radiotelefon i nacisnal “nadawanie”. – Kontrola Mozy, Kontrola Mozy, tu “Freya”. Zapewne nie wiedzial, ze jego sygnal odbierany jest w tej chwili w co najmniej piecdziesieciu roznych osrodkach. Sluchaly go wywiady wszystkich mocarstw; ich przemyslne odbiorniki precyzyjnie wychwytywaly rotterdamski kanal dwudziesty nawet z wielkich odleglosci. Slowa Larsena docieraly jednoczesnie do Agencji Bezpieczenstwa Narodowego w Waszyngtonie, do brytyjskiej SIS, francuskiej SDECE, zachodnioniemieckiej BND, do centrali wywiadu sowieckiego, do sluzb panstwowych Holandii, Belgii i Szwecji. Sluchali ich tez radiooficerowie na statkach, dziennikarze i zwykli amatorzy. Odpowiedz z Hook van Holland przyszla natychmiast. – “Freya”, tu Kontrola Mozy. Sluchamy was. Larsen zaczal czytac z kartki. – Mowi kapitan Thor Larsen. Chce rozmawiac z premierem Holandii. Osobiscie. Nowy glos zabrzmial w eterze. – Kapitanie Larsen, mowi Jan Grayling, premier Krolestwa Holandii. Czy nie stalo sie panu nic zlego? Swoboda blyskawicznie pochylil sie nad Larsenem i zaslonil mikrofon reka. – Zadnych pytan! Niech powiedza, czy jest tam ambasador RFN. Chce znac jego nazwisko. – Prosze nie zadawac pytan, panie premierze. Nie wolno mi na nie odpowiadac. Czy jest z panem ambasador RFN? W osrodku kontroli do mikrofonu zblizyl sie Voss. – Mowi ambasador Republiki Federalnej Niemiec. Nazywam sie Konrad Voss. Na mostku “Freyi” Swoboda skinal glowa. – W porzadku. Moze pan czytac. Siedmiu mezczyzn skupionych przy konsolecie osrodka kontroli zastyglo w milczeniu. Jeden z nich byl szefem-rzadu, jeden ambasadorem, jeden psychiatra; byl tu takze inzynier radiowiec, na wypadek jakichs klopotow w transmisji, byl van Gelder z zarzadu portu, byl dyzurny operator. Cala pozostala komunikacje ze statkami przerzucono na inny kanal. Bezglosnie obracaly sie szpule dwoch magnetofonow. Glosnik nastawiony byl na maksimum: glos Thora Larsena az dudnil w pokoju. – Powtarzam to, co powiedzialem dzis rano o dziewiatej. “Freya” jest w rekach partyzantow. Rozmiescili oni ladunki wybuchowe, ktore, jesli wybuchna, rozerwa statek na kawalki. Mozna je zdetonowac wszystkie rownoczesnie przez nacisniecie jednego guzika. Powtarzam: przez nacisniecie jednego guzika. W zadnym razie nie podejmujcie prob zblizenia sie do statku, ladowania na pokladzie czy jakiegokolwiek ataku. Jesli taka proba nastapi, ladunki zostana odpalone natychmiast. Ludzie, o ktorych mowa, przekonali mnie, ze sa gotowi raczej umrzec, niz sie poddac. Nadto, jesli jakikolwiek statek lub samolot znajdzie sie w strefie zakazanej, rozstrzelaja jednego z moich marynarzy albo wypuszcza do morza dwadziescia tysiecy ton ropy, albo zrobia jedno i drugie. A teraz, uwaga, podaje ich zadania: Dwaj wiezniowie polityczni, Dawid Lazariew i Lew Miszkin, przebywajacy obecnie w wiezieniu Tegel w Berlinie Zachodnim, maja byc uwolnieni. Maja odleciec z Berlina cywilnym samolotem zachodnio-niemieckim do Izraela. Wczesniej szef panstwa izraelskiego musi udzielic publicznej gwarancji, ze nie zostana oni nigdy repatriowani do ZSRR ani wydani z powrotem RFN, ani tez wiezieni za swoje dotychczasowe czyny w Izraelu. Ich uwolnienie ma nastapic jutro o swicie. Izraelskie gwarancje ich bezpieczenstwa i wolnosci musza byc ogloszone dzisiaj do godziny: dwudziestej czwartej. W razie odmowy spelnienia tych zadan odpowiedzialne za wszystkie wynikle stad konsekwencje beda rzady RFN i Izraela. To wszystko. Nie bedzie zadnych dodatkowych kontaktow az do momentu spelnienia tych zadan. Glosnik zamilkl. W osrodku kontroli zapanowala cisza. Grayling rzucil pytajace spojrzenie w strone Yossa, ale niemiecki ambasador wzruszyl tylko ramionami. – Musze szybko porozumiec sie z Bonn – powiedzial. – Ja moge tylko powiedziec, ze glos kapitana Larsena zdradza pewne napiecie – odezwal sie psychiatra. – Dziekuje pieknie, tyle moge powiedziec i ja – odparl Grayling. – Panowie, to, co przed chwila uslyszelismy, dotrze do opinii publicznej najdalej w ciagli godziny. Mysle, ze powinnismy jak najszybciej powrocic do swoich biur. Osobiscie przygotuje oswiadczenie radiowe w tej sprawie juz na godzine pierwsza. Obawiam sie jednak, panie ambasadorze, ze cala presja opinii skieruje sie teraz na Bonn. – Z pewnoscia tak – zgodzil sie Voss. – Dlatego musze byc w swojej ambasadzie mozliwie najszybciej. – Niech wiec pan jedzie do Hagi ze mna. Poprowadzi nas policyjny pilot, a po drodze, w samochodzie, bedziemy jeszcze mogli porozmawiac. Ich sekretarze zabrali obie tasmy i cala grupa ruszyla do Hagi. Przejazd autostrada wzdluz wybrzeza nie zajmie wiecej niz kwadrans. Kiedy odjechali, Dirk van Gelder wyszedl na taras na dachu. O tej porze stary Wennerstrom mial tu wydawac uroczysty lunch. Gdyby wszystko toczylo sie normalnie, jego goscie piliby teraz szampana i jedli kanapki z lososiem, a kazdy zerkalby ciagle w strone morza, by jako pierwszy wypatrzyc na horyzoncie zarysy lewiatana. Byc moze nie zobacza go juz nigdy – pomyslal van Gelder. On sam tez mial kiedys morska licencje. Byl kapitanem holenderskiej marynarki handlowej, zanim zaproponowano mu te prace na ladzie, a on przyjal, wybierajac wygodna perspektywe regularnego rodzinnego zycia. W duchu pozostal jednak marynarzem, totez tym, co najbardziej zaprzatalo teraz jego mysli, byli koledzy – marynarze “Freyi”, zamknieci gleboko ponizej poziomu fal, czekajacy bezradnie na ratunek lub smierc. Ale ich los nie jest juz zalezny od innych marynarzy, nawet takich jak on, osiadlych na ladzie. Sprawe wzieli w swoje rece ludzie lagodniejszych wprawdzie manier – myslacy jednak w znacznie twardszych, bo politycznych, a nie humanistycznych kategoriach. Pomyslal o norweskim kapitanie, ktorego nigdy dotad nie spotkal, ale ktorego znal z fotografii; teraz ten czlowiek stoi przed uzbrojonymi szalencami, szantazowany bronia palna i dynamitem. Van Gelder zastanawial sie, jak on sam zareagowalby na taka sytuacje. Moze zreszta nigdy by do niej nie dopuscil. Przeciez to on wlasnie od dawna ostrzegal, ze supertankowce maja za slaba ochrone, ze zbyt latwa stanowia pokuse dla zamachowcow. Ale silniejsze od jego argumentow okazaly sie trywialne rachuby: nikt nie chcial poniesc kosztow niezbednych zabezpieczen i urzadzen alarmowych, takich jakie stosuje sie w bankach czy w magazynach amunicji; a przeciez tankowce sa w jakims sensie i jednym, i drugim. Nikt go nie sluchal, nikt nie chcial sluchac. Ludzie interesowali sie samolotami, bo te moga spasc nam na glowe – nikt nie zajmowal sie tankowcami, plywajacymi daleko poza zasiegiem naszego wzroku i naszej wyobrazni. Totez politycy nie wywierali nacisku na przedsiebiorcow, a ci nie kwapili sie wydawac pieniedzy z wlasnej kieszeni. Dzis, tak samo jak dawniej, do tankowca mozna sie wlamac rownie latwo jak do dziecinnej skarbonki – a skutek jest taki, ze kapitan i jego dwudziestu dziewieciu ludzi potona jak szczury w naftowych wirach. Wdeptal ze zlosci niedopalek papierosa w asfaltowa posadzke tarasu i jeszcze raz popatrzyl na beznadziejnie pusty horyzont. – Skurwysyny – zaklal – glupie skurwysyny! Dlaczego nie chcieli sluchac? 13. Od 13.00 do 19.00 O ile reakcje srodkow przekazu na transmisje z godziny dziewiatej byly przytlumione i pelne watpliwosci, bo nie sprawdzone byly informacje i ich zrodla – o tyle po dwunastej rozpetala sie juz prawdziwa burza. Teraz nikt juz nie mial watpliwosci, co stalo sie z “Freya” ani, co powiedzial kapitan Larsen w radiowej rozmowie z Kontrola Mozy. Zbyt wielu ludzi slyszalo to na wlasne uszy. Wielkie naglowki, przygotowane dla popoludniowych wydan gazet juz o dziesiatej rano, teraz wyrzucono do kosza. Te, ktore przeslano drukarniom o 12.30, byly znacznie potezniejsze, zarowno pod wzgledem rozmiarow jak tonacji. Nie bylo juz w nich znakow zapytania. W pospiechu przygotowywano nowe artykuly wstepne, od publicystow specjalizujacych sie w sprawach zeglugi i ochrony srodowiska zazadano pierwszych, blyskawicznych komentarzy. Stacje radiowe i telewizyjne calej Europy przerwaly w porze obiadu swoje zwykle programy, by przekazac widzom i sluchaczom sensacyjna wiadomosc. Dokladnie piec minut po dwunastej czlowiek w kasku motocyklisty, z goglami na oczach i szalikiem otulajacym dolna czesc twarzy, wszedl spokojnie do hallu budynku przy Fleet Street 85 i oddal koperte zaadresowana do redaktora wiadomosci biezacych Press Association. Pozniej nikt nie mogl go sobie przypomniec; do tego hallu wchodza kazdego dnia dziesiatki takich poslancow. O dwunastej pietnascie redaktor otworzyl koperte. Zawierala dokladny tekst oswiadczenia odczytanego przez kapitana Larsena pietnascie minut temu. Tekst musial byc sporzadzony duzo wczesniej. Redaktor pokazal go swojemu naczelnemu, a ten zawiadomil policje stoleczna. Zanim policja przyjechala, tekst powedrowal juz dalekopisami “PA” i sasiadujacej z nia agencji Reutera w swiat. A Myroslaw Kamynski, opusciwszy Fleet Street, cisnal swoj kask, gogle i szalik do pierwszego kubla ze smieciami, potem taksowka pojechal na lotnisko Heathrow i o 14.15 byl juz na pokladzie samolotu startujacego do Tel Awiwu. Okolo drugiej atak dziennikarzy na rzady Holandii i RFN byl juz zmasowany. Oblegani w placowkach rzadowych ludzie nie mieli nawet czasu, by na trzezwo przemyslec swoje reakcje na te lawine pytan i zadan. Obie administracje zostaly zasypane telefonami, w ktorych rozmowcy domagali sie zgody na uwolnienie Miszkina i Lazariewa, by zapobiec niechybnej – w razie odmowy – katastrofie “Freyi” i zagladzie europejskich brzegow. O pierwszej niemiecki ambasador w Hadze rozmawial przez telefon ze swoim ministrem spraw zagranicznych w Bonn, Klausem Hagowitzem. Ten nie wahal sie przeszkodzic w obiedzie kanclerzowi Republiki, by natychmiast omowic sprawe. Rzad w Bonn dysponowal juz pelnym tekstem oswiadczenia z godziny dwunastej, i to z dwu roznych zrodel: bezposredniego nagrania dokonala sluzba wywiadowcza BND, a wkrotce potem tutejsze dalekopisy wystukaly tekst nadany przez Reutera. Za kwadrans druga Kancelaria wydala oswiadczenie, z ktorego wynikalo, ze o trzeciej odbedzie sie specjalne posiedzenie rzadu w tej sprawie. W trosce o glosy wyborcow ministrowie zrezygnowali tym razem z weekendowych wyjazdow; zjedzony w pospiechu obiad nie wyszedl im na zdrowie. Naczelnik wiezienia Tegel odkladal sluchawke telefonu dwie minuty po drugiej w postawie zdradzajacej respekt dla rozmowcy. Nieczesto sie zdarzalo, by federalny minister sprawiedliwosci omijal zwykla droge sluzbowa, przez burmistrza Berlina Zachodniego, i zwracal sie bezposrednio do dyrektora. Siegnal po telefon wewnetrzny i wydal polecenia sekretarce. Niewatpliwie wkrotce zadzwonia z ratusza i potwierdza te wiadomosc – ale niby dlaczego polecenia samego ministra mialyby czekac tylko z tego powodu, ze burmistrz ma wlasnie przerwe obiadowa. Juz po trzech minutach w gabinecie naczelnika zameldowal sie jeden ze starszych oficerow. – Sluchal pan wiadomosci o drugiej? – spytal naczelnik. Oficer wyjasnil, ze robil wlasnie obchod, kiedy odezwal sie sygnal alarmowy. Podszedl wtedy do sciennego telefonu i zostal wezwany tutaj. Nie, nie mial okazji sluchac ostatnich wiadomosci. Naczelnik opowiedzial mu wiec krotko o poludniowych zadaniach terrorystow, przekazanych z pokladu “Freyi”. Straznik otworzyl usta ze zdumienia. – Zupelnie jak z ksiazki sensacyjnej, co? – zasmial sie naczelnik. – Wyglada na to, ze wkrotce bedziemy w samym centrum wydarzen. Trzeba uszczelnic bude. Wydalem juz polecenie glownej bramie. Nie wpuszczac nikogo procz personelu. Wszystkich pismakow kierowac do ratusza. Teraz, co sie tyczy Miszkina i Lazariewa. Straze na pietrze, a zwlaszcza na tym korytarzu potroic. Odwolac wszystkie urlopy, musimy miec duzo ludzi do pracy. Wszystkich innych wiezniow z tego korytarza przeniesc do dalszych cel albo nawet na inne pietra. Odizolowac te czesc wiezienia. Z Bonn leci juz tutaj ekipa z wywiadu. Chce ich zapytac, kim sa ich przyjaciele na Morzu Polnocnym. Najgorsze, ze nikt nie wie, jak dlugo potrwa ten stan wyjatkowy. O ktorej mial pan skonczyc sluzbe? – O szostej wieczor, panie naczelniku. – I wrocilby pan w poniedzialek rano o osmej? – Nie, panie naczelniku. O polnocy z niedzieli na poniedzialek. W tym tygodniu przechodze na nocna zmiane. – Bede, niestety, musial pana prosic o objecie wachty ciaglej… i to od zaraz. Oczywiscie dostanie pan potem odpowiednio dluzszy urlop i solidna premie. Ale teraz chcialbym, zeby pan nadzorowal te akcje przez caly czas. Zgoda? – Tak jest, wedlug rozkazu. Moge od razu wziac sie do roboty. Naczelnik, ktory lubil afiszowac sie kolezenska postawa w stosunku do podwladnych, wstal zza biurka, obszedl je dokola i poklepal mezczyzne po plecach. – Porzadny z pana chlop, Jahn. Zupelnie nie wiem, co bysmy tu bez pana zrobili. Kiedy wieza kontrolna wydala zezwolenie na start, major Latham oderwal na chwile wzrok od ciagnacego sie przed nim pasa startowego i skinal na drugiego pilota. Tamten wyciagnal dlon w strone czterech manefek sterujacych przepustnicami i powoli posunal je do przodu; cztery osadzone w skrzydlach silniki Rolls-Royce Spey szybko zwiekszaly obroty. Kiedy sila ciagu przekroczyla 45 000 funtow, Nimrod Mk II wystartowal z bazy RAF-u w Kinloss w Szkocji i pomknal na poludnie, w strone kanalu La Manche. Trzydziestojednoletni major lotnictwa morskiego, Mark Latham, pilotowal dzis maszyne, o ktorej wiedzial, ze to najlepszy w swiecie samolot do obserwacji morza i jego glebin. Z wysoko wykwalifikowana dwunastoosobowa zaloga, z najnowoczesniejszymi systemami zasilania, nawigacji i kontroli lotu, Nimrod mogl slizgac sie nad falami, powoli i statecznie, wsluchujac sie podwodnym uchem w odglosy podwodnego ruchu, czy tez krazyc calymi godzinami na duzej wysokosci, z dwoma silnikami wylaczonymi dla oszczednosci paliwa, obserwujac ogromny obszar oceanu pod soba. Jego radary potrafily wykryc najdrobniejsze poruszenia przedmiotow metalowych na powierzchni morza, jego kamery widzialy wszystko, zarowno w dzien, jak w nocy. Nie mogly przeszkodzic w tych obserwacjach sztorm ani snieg, grad ani mzawka. Naplywajace informacje przetwarzal komputerowy system Datalink, bezblednie identyfikujac i kompletujac to, co tylko czastkowo postrzegaly instrumenty; tak skompletowany, calosciowy obraz sytuacji przekazywany byl natychmiast do centralnej pamieci Datalink, za posrednictwem ladowej bazy lotniczej albo specjalnego okretu Marynarki Krolewskiej. Rozkaz na ten dzien – sloneczny wiosenny piatek – przewidywal zajecie pozycji obserwacyjnej na wysokosci pietnastu tysiecy stop nad “Freya” i krazenie tam az do chwili, gdy zadanie to przejmie druga maszyna tego typu. – Jest juz na ekranie, kapitanie – odezwal sie w interkomie Lathama glos operatora radaru. W tylnej czesci kadluba samolotu operator patrzyl, jak przy gornej krawedzi ekranu, za szerokim pasem kompletnej pustki, pojawil sie nagle duzy swietlisty punkt; teraz, w miare jak zblizali sie do,,Freyi”, przesuwal sie on ku srodkowi okraglego ekranu. – Wlacz kamery! – rozkazal Latham. Pod brzuchem Nimroda dzienna kamera typu F. 126 obrocila sie w swoim gniezdzie, przypominajacym wiezyczke karabinow maszynowych w bombowcu; jej obiektyw odnalazl “Freye” i zatrzymal sie na niej. Automatyczne mechanizmy regulowaly odleglosc i przyslone, by w kazdej chwili dawac maksymalnie ostry obraz. Zamknieci w ciemnych czelusciach kadluba niczym krety, operatorzy Nimroda ujrzeli “Freye” na swoich ekranach. Od tego momentu, niezaleznie od ruchow samolotu, kamery beda wpatrywac sie w poklad tankowca, obracajac sie automatycznie w swoich gniazdach. Nawet jesli “Freya” ruszy, nadal beda ja sledzic – dopoki nie dotrze do nich inna elektroniczna instrukcja. – Transmisja! – rozlegl sie nastepny rozkaz Lathama. System Datalink zaczal przesylac obrazy na wybrzeze brytyjskie. Stamtad wedrowaly natychmiast dalej, do Londynu. Nimrod byl teraz lekko przechylony na lewe skrzydlo, tak ze Latham, zajmujacy lewy fotel w kabinie pilotow, mogl obserwowac “Freye” golym okiem. Oczywiscie pracujacy za jego plecami operatorzy widzieli, dzieki teleobiektywom kamer, wiecej i lepiej. Widzieli, jak samotny terrorysta na pomoscie dziobowym uniosl zamaskowana twarz, z niepokojem obserwujac krazaca trzy mile nad nim srebrzysta jaskolke; dostrzegli tez drugiego, na bocianim gniezdzie komina, i powiekszyli maksymalnie obraz, az caly ekran wypelnila czarna kominiarka. Mezczyzna, dobrze widoczny w promieniach slonca, sciskal w dloniach automatyczny karabin. – Sa tam, gnojki! – zawolal operator kamery do interkomu. Latham ustawil Nimroda na kursie okrazajacym pozycje “Freyi” po duzym, lagodnym luku, wlaczyl automatycznego pilota, unieruchomil dwa silniki, a obroty dwoch pozostalych zmniejszyl do poziomu gwarantujacego statecznosc maszyny. Nimrod zaczal systematyczna realizacje swojego zadania: krazyl tutaj, obserwowal i czekal, kierujac wszystkie zbierane nieustannie informacje do naziemnej bazy. Latham przekazal kontrole nad lotem swojemu zastepcy, odpial pas i wyszedl z kabiny pilotow. W obliczonej na jednoczesne przebywanie czterech ludzi czesci mieszkalnej samolotu odwiedzil toalete, umyl rece, po czym zabral sie do jedzenia obiadu, ktory – w hermetycznej paczce z folii – zdazyl sie juz zagrzac w piecyku. Przyszlo mu nagle do glowy, ze to dosyc komfortowy sposob prowadzenia wojny. Migajac wszystkimi swiatlami, volvo naczelnika policji w Alesund wspinalo sie waska szutrowa drozka w strone drewnianego, przypominajacego amerykanskie ranczo, domu w Bogneset, oddalonego o dwadziescia minut jazdy od centrum miasta. Samochod zatrzymal sie przed gankiem z surowego kamienia. Trygve Dahl byl rowiesnikiem Thora Larsena. Razem dorastali tu, w Alesund; pozniej Larsen wstapil do marynarki handlowej, a Dahl mniej wiecej w tym samym czasie rozpoczal sluzbe w policji. Znal takze Lize Larsen, odkad Thor przywiozl tu zone, wkrotce po slubie w Oslo. Dzieci Dahla chodzily do szkoly z Kurtem i Kristina, razem sie bawily, i zeglowaly podczas dlugich letnich wakacji. Do diabla! – pomyslal, kiedy wysiadal z samochodu. – Jak mam jej to powiedziec? Juz od dluzszego czasu probowal sie do niej dodzwonic, ale nikt nie odbieral telefonu, co moglo oznaczac, ze wyjechala do miasta. Dzieci na pewno sa w szkole. Jesli wybrala sie po zakupy, moze spotkala juz kogos, kto jej wszystko powiedzial. Dahl nacisnal dzwonek, a poniewaz nie bylo zadnej reakcji, obszedl dom dookola. Liza Larsen lubila uprawiac ogrodek warzywny. I tutaj ja znalazl; karmila mloda marchewka ulubionego krolika Kristiny. Dostrzegla go od razu i usmiechnela sie szeroko. A wiec nie wie – pomyslal. Ona tymczasem wepchnela reszte marchwi do klatki i podeszla do niego, sciagajac po drodze robocze rekawiczki. – Ciesze sie, ze cie widze, Trygve. Co tez cie wyciagnelo z miasta? – Nie sluchalas dzis rano radia, Lizo? Zastanowila sie przez chwile. – Sluchalam wiadomosci o osmej, przy sniadaniu. Potem bylam przez caly czas tutaj, w ogrodzie. – To dlatego nie odbieralas telefonu… Po raz pierwszy cien niepokoju pojawil sie w jej piwnych oczach. Usmiech zgasl. – Oczywiscie, stad nie moglabym go slyszec. A dzwoniles? – Tak, dzwonilem… Lizo, wysluchaj mnie spokojnie… Zdarzylo sie cos niedobrego… Nie, nie… nie dzieciom. Thorowi. Zbladla jak papier mimo widocznej juz miodowej, wiosennej opalenizny. Ostroznie dobierajac slowa Dahl opowiedzial, co stalo sie tego ranka na morzu kolo Rotterdamu. – Na razie, o ile wiemy, jest caly i zdrowy. Nie doszlo do zadnej tragedii. I na pewno nie dojdzie. Niemcy po prostu wypuszcza tych dwoch ludzi i wszystko bedzie dobrze. Nie plakala, nie wpadla w panike. Stala spokojnie posrod grzadek mlodej salaty. Wreszcie rzekla: – Chce byc blisko niego. Policjantowi spadl kamien z serca. Wlasciwie spodziewal sie tego po niej, ale ta szybka decyzja przyniosla mu ulge. Teraz mogl sie juz zajac strona organizacyjna. W tej dziedzinie czul sie znacznie lepiej. – Prywatny samolot Harry'ego Wennerstroma powinien byc za jakies dwadziescia minut na naszym lotnisku – mowil, gdy szybkim krokiem okrazali dom. – Sam cie tam zawioze. Wennerstrom zadzwonil do mnie jakas godzine temu. Tez pomyslal, ze pewnie wolalabys byc blisko, w Rotterdamie. A o dzieci sie nie martw. Kazalem je zabrac ze szkoly, zanim uslysza cos od nauczycieli. Oczywiscie jak dlugo tam bedziesz, moga zostac u nas. Bedziemy sie nimi opiekowac. Dwadziescia minut pozniej Liza siedziala juz w pedzacym w strone Alesund samochodzie Dahla. Szef policji przez radio wezwal prom, ktory mial ich przewiezc na lotnisko. Pare minut po wpol do drugiej maly odrzutowiec w srebrzystobialych barwach Nordia Line z wyciem silnikow oderwal sie od plyty lotniska, zatoczyl szeroki luk nad morzem i nabierajac wysokosci pomknal na poludnie. Nasilajaca sie w latach szescdziesiatych i siedemdziesiatych fala terroryzmu sklonila rzad brytyjski do opracowania typowej procedury na wypadek tego rodzaju aktow. Pierwszym i podstawowym krokiem tej procedury jest powolanie sztabu kryzysowego, czyli “Jednorozca”; ta dziwna na pierwszy rzut oka nazwa jest tylko literowym skrotem dlugiej, oficjalnej nazwy “sztabu”. Kiedy kryzys jest powazny i wymaga wspoldzialania roznych ministerstw i ich agend, sztab kryzysowy, do ktorego wchodza reprezentanci wszystkich tych placowek, spotyka sie w swojej kwaterze glownej, by polaczyc rozne informacje i na podstawie tej syntezy podejmowac decyzje i koordynowac dzialania. Ta “kwatera glowna” to silnie strzezony pokoj w Whitehall, dwa pietra ponizej biur rzadu i tylko pare krokow – jesli posluzyc sie droga przez trawiasty dziedziniec – od rezydencji przy Downing Street 10. W tym wlasnie pokoju zbiera sie UNICORNE; tym skrotem zastepuja wszyscy dluga i niewygodna nazwe oficjalna: “Zespol rewizyjny do spraw bezpieczenstwa narodowego przy rzadzie Zjednoczonego Krolestwa”. Ze wszystkich stron otaczaja te sale male pokoiki biurowe obslugujace Jednorozca: specjalna centrala telefoniczna, nie zwiazana z siecia publiczna, za to laczaca UNICORNE i wszystkie wazniejsze urzedy panstwowe bezposrednimi liniami, ktorych nie ima sie zaden podsluch; pokoj teleksow, zastawiony dalekopisami glownych agencji prasowych; kabina radiowa z urzadzeniami nadawczo-odbiorczymi; wreszcie pokoj sekretarek, pelen maszyn do pisania i aparatow kopiujacych. Jest tu takze mala kuchenka, w ktorej zaufany czlowiek przygotowuje kawe i kanapki. Zebrani w piatkowe popoludnie pod przewodnictwem sekretarza Gabinetu, Sir Juliana Flannery'ego, reprezentowali wszystkie resorty, ktore wedle jego oceny mogly byc pomocne w tej sprawie. W tej fazie prac nie uczestniczyli jeszcze ministrowie, choc kazdy przyslal tu swojego przedstawiciela, co najmniej w randze podsekretarza stanu, z Ministerstw: Spraw Zagranicznych, Spraw Wewnetrznych, Obrony, Handlu i Przemyslu, Srodowiska, Energii oraz Rolnictwa i Rybolowstwa. Towarzyszylo im liczne grono ekspertow z roznych dziedzin; dominowali w tej grupie specjalisci od materialow wybuchowych, od budownictwa okretowego i od ochrony srodowiska, i z wywiadu wojskowego, z MI5 i z SIS. Byl tu rowniez zastepca szefa sztabu sil zbrojnych oraz lacznicy sluzb specjalnych: pulkownik z Royal Air Forces i pulkownik piechoty morskiej. Ten ostatni nazywal sie Tim Holmes. Przez pierwsze pare minut zebrani czytali w milczeniu tekst poludniowego komunikatu kapitana Larsena. – Mysle, panowie – otworzyl narade Sir Julian – ze powinnismy zaczac od skonstatowania elementarnych faktow. Najpierw sam statek, ta… aha, “Freya”… co wlasciwie o niej wiemy? Wszystkie spojrzenia skierowaly sie na eksperta od budownictwa okretowego, przyslanego tu z Ministerstwa Handlu i Przemyslu. – Bylem dzis u Lloyda – oswiadczyl bez zadnych wstepow – i dostalem plan “Freyi”. Mam go ze soba. To bardzo dokladny plan, jest na nim kazdy nit i kazda sruba. Rozlozywszy plan na stole, objasnial go przez jakies dziesiec minut: mowil o rozmiarach, pojemnosci i rozmieszczeniu ladunku “Freyi”, o jej konstrukcji – prostym, zrozumialym dla laikow jezykiem. Kiedy skonczyl, poproszono o zabranie glosu eksperta z Ministerstwa Energii. Jego asystent postawil na stole pieciostopowy model supertankowca. – Wypozyczylem to – powiedzial ekspert – z British Petroleum. Jest to model brytyjskiego supertankowca “Princess”, o pojemnosci cwierc miliona ton. Roznice konstrukcji nie sa duze, natomiast “Freya” jest po prostu wieksza. Poslugujac sie modelem probowal opisac przypuszczalny rozklad pomieszczen w nadbudowce, pokazal tez, jak moga byc rozlokowane zbiorniki balastowe, dodajac jednak, ze na scisle informacje trzeba zaczekac, az dotrze do Londynu szczegolowy raport z Nordia Line. Zebrani przygladali sie tej demonstracji z uwaga. Nikt jednak nie sledzil slow eksperta pilniej niz pulkownik Holmes; to jego formacja, komandosi “marines”, bedzie zapewne musiala zaatakowac statek i unieszkodliwic porywaczy. A Holmes wiedzial, ze jego ludzie, zanim wejda na poklad, zechca znac na pamiec kazdy kat “Freyi”. – Jeszcze jedna wazna informacja – zakonczyl ekspert z Ministerstwa Energii. – Caly ladunek statku stanowi mubarak. – O Boze! – westchnal ktorys z siedzacych przy stole. Sir Julian spojrzal na niego z zaciekawieniem. – Tak, doktorze Henderson?… Henderson byl naukowcem z laboratorium Warren Springs; tutaj towarzyszyl przedstawicielowi Ministerstwa Rolnictwa i Rybolowstwa. – Chodzi o to – zaczal doktor swoim niepoprawnym szkockim akcentem – ze mubarak, to znaczy gatunek ropy wydobywany w Abu Dhabi, ma pewne wlasciwosci oleju napedowego… W chwili wydostania sie na powierzchnie morza – wyjasnial dalej – ropa zawiera zarowno frakcje lekkie, ktore szybko sie ulatniaja, jak i frakcje ciezkie. To wlasnie te ciezkie pozostalosci mozna pozniej ogladac na plazach w postaci gestej, czarnej mazi. Rzecz w tym – konczyl – ze z ropy tego gatunku frakcje lekkie ulatniaja sie wolniej. Przy tych rozmiarach wycieku ropa, zanim zgestnieje, zdazy rozlac sie na calej powierzchni Morza Polnocnego, calkowicie i na wiele tygodni odcinajac doplyw tlenu, niezbednego dla podwodnych form zycia. – Rozumiem – powiedzial z powaga Sir Julian – dziekuje panu, doktorze. Kolejno zabierali glos dalsi eksperci. Spec od materialow wybuchowych z Krolewskich Wojsk Inzynieryjnych wyjasnil, ze nawet slaby dynamit przemyslowy, jesli tylko rozmieszczony w odpowiednich miejscach, moze zniszczyc statek tych rozmiarow. – To jest rowniez kwestia wlasnych napiec dynamicznych kadluba pod ciezarem ladunku… a pamietajmy, ze to milion ton. Jesli tylko umiejetnie podziurawi sie kadlub, ta nie zrownowazona masa polamie statek na kawalki. I druga sprawa. W komunikacie kapitana Larsena znalazlo sie sformulowanie “przez nacisniecie jednego guzika”. Powtorzyl to nawet dwa razy. Jak sie zdaje, ladunkow musi byc okolo dwunastu. A zatem mozliwosc ich odpalenia “jednym guzikiem” sugerowalaby, ze porywacze posluza sie w tym celu impulsem radiowym. – Czy to jest technicznie mozliwe? – spytal Sir Julian. – Jak najbardziej – stwierdzil saper i krotko wyjasnil, jak dziala oscylator. – Ale mogli chyba uzyc przewodow, doprowadzonych do jednego, wspolnego wylacznika. – To znowu jest kwestia ciezaru. Przewody musialyby byc wodood- i porne, a wiec izolowane plastikiem. A ciezar tej ilosci przewodow… bo| musialoby tego byc kilka mil… wystarczylby do zatopienia kutra, ktorym| przyplyneli. Posypaly sie dalsze informacje: o mozliwych fatalnych nastepstwach skazenia naftowego, o niklych szansach uratowania uwiezionej zalogi. Przedstawiciele SIS przyznali, ze nie maja dotychczas dostatecznych danych, by stwierdzic, do jakiego ugrupowania naleza terrorysci ani jakiej sa narodowosci. Wtedy odezwal sie czlowiek z MIS – zastepca kierownika sekcji C-4, zajmujacej sie wylacznie tymi ugrupowaniami, ktore zagrazaly Wielkiej Brytanii. Zwrocil uwage na dziwny charakter przedstawionych w poludnie zadan. – Tamci dwaj, Lazariew i Miszkin, sa Zydami. Porywaczami samolotu, ktorzy uciekli z ZSRR, zastrzelili przy tym dowodce. Musimy przyjac, ze ci, ktorzy chca ich uwolnic, to ich wspolnicy lub co najmniej sympatycy. To wskazywaloby na ludzi tej samej narodowosci, a wiec na Zydow. Z organizacji, ktore mozna by podejrzewac o te akcje, w gre wchodzi jedynie JDL… Liga Obrony Zydow. Ale oni, jak dotad, ograniczali sie do manifestacji i rzucania ulotek. Od czasow Irgunu i bandy Sterna w naszych kartotekach nie ma zadnych organizacji zydowskich, poslugujacych sie bombami dla uwolnienia swych przyjaciol. – Nie daj Boze, zeby znowu zaczeli – mruknal Sir Julian, ktory pamietal te czasy, i zapytal: – Jesli nie oni, to kto? Czlowiek z C-4 wzruszyl ramionami. – Nie wiem tego – przyznal. – Z tych, ktorych mamy w kartotekach, nikt ostatnio nie zniknal. Takze to, co kapitan Larsen powiedzial przez radio, nie daje zadnych wskazowek. Rano sadzilem, ze to moga byc Arabowie albo Irlandczycy. Ale zadna z tych nacji nie nadstawialaby karku za dwoch uwiezionych Zydow. To na razie kompletnie biala plama. Uczestnikom zebrania pokazano jeszcze fotografie, zrobione godzine wczesniej przez zaloge Nimroda, na niektorych widac bylo zamaskowanych wartownikow. – MAT 49 – stwierdzil natychmiast pulkownik Holmes, gdy dotarlo don zdjecie czlowieka na kominie, sciskajacego w dloniach automat. – To bron produkcji francuskiej. – A wiec jednak cos wiemy – ucieszyl sie Sir Julian. – Czyzby to byli Francuzi? – Niekoniecznie – odparl Holmes. -=- Mozna to kupic wszedzie na czarnym rynku. A czarny rynek w Paryzu slynie z duzego wyboru karabinow maszynowych. O trzeciej trzydziesci Sir Julian Flannery zawiesil obrady. Uzgodniono, ze Nimrod bedzie krazyl nad “Freya” az do odwolania. Wiceadmiral, zastepca szefa sztabu, skieruje do wspolpracy z samolotem zwiadowczym jeden okret wojenny. Zajmie on pozycje piec mil na zachod od “Freyi”. W ten sposob bedzie mogl sie przydac rowniez w przypadku, gdyby terrorysci chcieli umknac pod oslona ciemnosci. Nimrod spostrzeze to oczywiscie i przekaze wiadomosc na okret; ten latwo dogoni uciekajacy kuter. Na razie jednak kuter stal spokojnie, przycumowany u boku “Freyi”. Ministerstwo Spraw Zagranicznych bedzie natychmiast informowac Jednorozca o postanowieniach RFN i Izraela. – Jak sie zdaje, panowie – podsumowal dyskusje Sir Julian – rzad Jej Krolewskiej Mosci nie moze w tej sprawie wiele zdzialac. Decyzje podejma premier Izraela i kanclerz Niemiec Zachodnich. Osobiscie nie sadze, by byla inna niz zgoda na odlot tych dwu lotrow do Izraela. Trzeba po prostu poddac sie temu szantazowi – jakkolwiek obrzydliwa wydaje nam sie sama idea szantazu. Wkrotce wszyscy opuscili sale obrad. Pozostal w niej tylko pulkownik Holmes. Usiadl z powrotem przy stole i z zaduma popatrzyl na model tankowca British Petroleum. – A jesli jednak zadecyduja inaczej?… – powiedzial do siebie. I starannie zmierzyl odleglosc od linii wodnej do najnizszego, rufowego relingu. Maly odrzutowiec ze szwedzkimi znakami rozpoznawczymi lecial na wysokosci 15000 stop. Nad Wyspami Fryzyjskimi pilot szykowal sie juz do ladowania na lotnisku Schiedam, gdy cos przyszlo mu do glowy. Odwrocil sie w strone drobnej kobiety, ktora byla jedyna jego pasazerka. Nie doslyszala, co mowil, odpiela wiec pas i przeszla do przodu. – Pytalem, czy chce pani zobaczyc “Freye”? – powtorzyl pilot. Kobieta energicznie przytaknela. Samolot skrecil nad morze. Piec minut pozniej pilot lagodnie pochylil maszyne na prawe skrzydlo. Liza Larsen przycisnela twarz do malego okraglego okienka. Daleko w dole, niczym wielka szara sardynka przyszpilona do blekitnej powierzchni morza, stala na kotwicy “Freya”. Nie bylo wokol niej zadnych statkow, zadnych lodzi. Przezywala swoja niewole w samotnosci. Wiosenne powietrze bylo wyjatkowo czyste, totez nawet z tej wysokosci Liza mogla rozroznic niektore szczegoly konstrukcji. Jej wzrok zatrzymal sie na prawej stronie nadbudowki; tam – wiedziala to przeciez – byl teraz jej maz, z lufa karabinu przed nosem i z dynamitem pod stopami. Nie wiedziala, czy czlowiek, ktory to wyrezyserowal, jest szalencem czy wyrachowanym zbirem. Z pewnoscia byl fanatykiem. Dwie ciezkie lzy potoczyly sie po jej policzkach. – Boze, spraw, aby Thor wyszedl z tego caly – szepnela. Okragla szybka z pleksiglasu pokryla sie mgielka jej oddechu. Samolot ponownie skrecil i zaczal powoli znizac sie w kierunku Schiedam. Z odleglosci paru mil obserwowaly go radary Nimroda. – Kto to byl? – spytal operator radaru bez wyraznego adresu. – Kto byl gdzie? – zareagowal kontroler sonaru, ktory na swoich monitorach nie widzial ostatnio nic szczegolnego. – Maly dyrektorski odrzutowiec przelecial przed chwila nad “Freya” w strone Rotterdamu – wyjasnil radarowiec. – Moze to wlasciciel doglada swojego majatku – zazartowal ktos z zalogi Nimroda. Dwaj wartownicy na “Freyi” obserwowali przez szparki swoich masek, jak malenka metalowa igla oddala sie ku wybrzezom Holandii. Nie doniesli o tym swojemu dowodcy; samolot musial leciec znacznie wyzej niz 10 tysiecy stop. Posiedzenie Gabinetu RFN zaczelo sie tuz po trzeciej, w Urzedzie Kanclerskim, pod przewodnictwem kanclerza Dietricha Buscha. Jak to bylo w jego zwyczaju, bez zadnych wstepow zabral sie do rzeczy. – Jedno musi byc jasne: to nie jest powtorka Mogadishu. Tam byl niemiecki samolot z niemiecka zaloga i glownie z Niemcami na pokladzie, a wladze lotniska zgodzily sie na nasza interwencje. Tutaj statek jest szwedzki, kapitan – Norweg, a wody miedzynarodowe. Marynarze sa obywatelami pieciu krajow, w tym Stanow. Ladunek jest wlasnoscia amerykanska, ubezpieczyla go brytyjska firma, a zniszczenie statku przyniesie wielkie szkody pieciu krajom nadbrzeznym… takze nam. To tyle na razie. Teraz pan minister spraw zagranicznych. Hagowitz powiadomil swych kolegow, ze otrzymal juz z Finlandii, Norwegii, Szwecji, Danii, Holandii, Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii uprzejme noty z ostroznie formulowanym pytaniem: jakiego rodzaju decyzji mozna oczekiwac od Rzadu Federalnego? – I trudno sie dziwic. W koncu to my trzymamy Miszkina i Lazariewa. Pytania sa sformulowane delikatnie i nie wyczuwam w nich na razie szczegolnej presji na nasze decyzje, ale nie mam watpliwosci, ze gdybysmy odmowili wyslania tych dwoch do Izraela, wzbudziloby to wszedzie gleboki niepokoj. – Jesli raz ustapimy przed szantazem terrorystow, to juz nigdy z tym nie skonczymy – nie mogl sie powstrzymac od uwagi minister obrony. – To nie takie proste – kontynuowal Hagowitz. – Pare lat temu ustapilismy w sprawie Petera Lorentza i, istotnie, zaplacilismy za to drogo. Terrorysci, ktorych uwolnilismy przy tej okazji, wrocili do swego procederu. No wiec w Mogadishu uzylismy sily i wygralismy. Ale potem, w sprawie Schleiera, znow nie chcielismy ustapic… i mamy trupa na sumieniu. W koncu jednak to wszystko byly sprawy czysto niemieckie. Tu jest inaczej. Wchodzi w gre zycie obywateli innych panstw, a i majatek nie jest niemiecki. Poza tym ci porywacze z Berlina to przeciez nie to samo, co zorganizowani niemieccy terrorysci. To po prostu dwaj Zydzi, ktorzy chcieli uciec z Rosji, a nie mieli innego sposobu. Notabene, stawia to nas w diabelnie klopotliwej sytuacji. – Czy nie bierze sie pod uwage mozliwosci, ze to tylko blef, sprytna gra na naszym strachu… ze oni nie sa w stanie zniszczyc,,Freyi” i wymordowac zalogi? – spytal ktos z sali. – Na to nie mozemy liczyc – odpowiedzial minister spraw wewnetrznych. – Zdjecia, ktore dostalismy od Brytyjczykow, wyraznie pokazuja dobrze uzbrojonych, zamaskowanych ludzi na pokladzie. Wyslalem je od razu do dowodcy GSG-9, zeby obejrzal i powiedzial, co o nich sadzi. Obawiam sie jednak, ze zaatakowanie statku, chronionego ze wszystkich stron radarami i sonarami, przekracza mozliwosci tej grupy. Tu potrzebni by byli ludzie-zaby. Kryptonim GSG-9 oznaczal specjalna brygade antyterrorystyczna, nalezaca formalnie do sluzb ochrony pogranicza, a zlozona z wyjatkowo twardych zabijakow; to oni szturmowali uprowadzony samolot niemiecki w Mogadishu piec lat temu. Dyskusja ciagnela sie dobra godzine. Czy spelnic zadania terrorystow i w ten sposob uniknac ofiar, narazajac sie jednak na nieuniknione protesty ze strony Moskwy? Czy raczej odmowic i uznac to wszystko za blef? Czy tez moze rozwazyc wspolnie z Brytyjczykami mozliwosc odbicia “Freyi”? W koncu zaczela brac gore kompromisowa taktyka gry na zwloke i ostroznego probowania, jak daleko siega determinacja porywaczy. O czwartej pietnascie rozleglo sie ciche pukanie do drzwi. Kanclerz Busch skrzywil sie: nie lubil, by mu przerywano w tak waznych momentach. – Herein! – krzyknal. Wszedl jeden z sekretarzy i nachylil sie nad uchem kanclerza. Szef rzadu federalnego gwaltownie zbladl. – Du lieber Gott! – jeknal. Kiedy awionetka, rozpoznana pozniej jako prywatna Cessna wypozyczona z lotniska w Le Touquet na polnocnym wybrzezu Francji, zaczela zblizac sie do rejonu zakazanego, dostrzegly ja niemal rownoczesnie radary trzech osrodkow kontroli: Heathrow, Brukseli i Amsterdamu. Samolot lecial w kierunku polnocnym, a ze wskazan radarow wynikalo, ze wysokosc lotu nie przekracza 5000 stop. Eter rozjazgotal sie gniewnymi wezwaniami. – Nie zidentyfikowana awionetka na pozycji… zglos sie! Podaj swoj znak i natychmiast zawracaj. Wchodzisz w obszar zamkniety dla ruchu! Probowano francuskiego i angielskiego, potem holenderskiego. Bez skutku. Albo pilot wylaczyl swoje radio, albo byl na niewlasciwym kanale. Naziemni kontrolerzy lotow nerwowo przebiegali wszystkie zakresy fal. Takze krazacy w gorze Nimrod mial juz awionetke na swoim radarze i probowal nawiazac z nia kontakt radiowy. Na pokladzie Cessny pilot spojrzal blagalnie na pasazera. – Zabiora mi licencje. Nie daruja mi tego! – Wylacz to lepiej! – krzyknal pasazer. – I nie martw sie, wszystko wytlumaczymy. Po prostu ich nie slyszales, rozumiesz? Siegnal po swoja kamere i uzbroil ja w dlugi teleobiektyw. Potem wycelowal w widoczny juz, rosnacy w oczach supertankowiec. Na jego pomoscie dziobowym zamaskowany wartownik wstal i oslonil dlonia oczy przed sloncem, teraz znajdujacym sie juz w poludniowo-zachodniej czesci nieba. Samolot nadlatywal dokladnie z poludnia. Wartownik obserwowal go przez chwile, potem wyciagnal z kieszeni kurtki walkie-talkie i szybko rzucil do mikrofonu kilka zdan. Czlowiek, ktory odebral ten meldunek na mostku, wyjrzal przez panoramiczne okno, po czym wybiegl na zewnetrzna galeryjke. Teraz i on mogl slyszec odglos silnika. Wrocil na mostek i gwaltownym szarpnieciem obudzil spiacego kolege. Wyjasnil mu cos, nastepnie zbiegl wewnetrznymi schodami jedno pietro i zastukal do drzwi kajuty kapitanskiej. W kajucie jakby nic sie nie zmienilo od dziesieciu godzin. Thor Larsen i Andrij Dracz tkwili nieruchomo po przeciwnych stronach duzego stolu, tyle ze bardziej zarosnieci i z podkrazonymi, wskutek braku snu, oczami. Tuz obok prawej dloni Ukrainca lezal rewolwer, nieco dalej stal maly, ale silny odbiornik tranzystorowy, na ktorym Dracz wychwytywal najnowsze wiesci z eteru. Zamaskowany czlowiek wszedl do kajuty i powiedzial cos po ukrainsku. Jego dowodca skrzywil sie z wsciekloscia i szybko wyszedl, pozostawiajac Larsena pod straza nowo przybylego. Biegiem dotarl na mostek i, wciagajac po drodze czarna maske, wyskoczyl na zewnetrzna galeryjke. Zdazyl jeszcze zobaczyc, jak pochylona na skrzydlo Cessna zatoczyla pelny krag wokol statku na wysokosci tysiaca stop, zanim odleciala na poludnie, szybko nabierajac wysokosci. Zdazyl tez zauwazyc wielki teleobiektyw, wychylajacy sie w jego kierunku z kabiny samolotu. Na pokladzie Cessny fotograf – wolny strzelec nie posiadal sie z radosci. – Fantastyczne! – krzyczal do pilota. – I wylacznosc, stary, kompletna wylacznosc! Kazdy wielki magazyn zaplaci za to majatek! Andrij Dracz wrocil na mostek; szybko wydal nowe polecenia. Tylko czlowiek na dziobie mial bez zmian kontynuowac swoja wachte. Obserwatora z komina poslal Drake na dol, po dwu spiacych kolegow. Kiedy wszyscy trzej pojawili sie na mostku, wydal dalsze rozkazy. Potem wrocil do kabiny kapitana, ale tym razem nie zwolnil dodatkowego straznika. – Mysle – rzekl do Larsena – ze pora juz pokazac tym glupim draniom w Europie, ze to nie zarty. Piec minut pozniej operator kamery Nimroda meldowal przez interkom: – Szefie, tam na dole cos sie dzieje. Major Latham opuscil kabine pilota i powedrowal do srodkowej czesci kadluba; tutaj, wsrod licznych urzadzen kontrolnych, znajdowal sie monitor odtwarzajacy obrazy z kamery. Na pokladzie “Freyi” widac bylo dwoch mezczyzn: szli kladka inspekcyjna od nadbudowki w strone dziobu. Ten z karabinem szedl z tylu ubrany od gory do dolu na czarno. Ten z przodu byl w trampkach, spodniach od dresu i nylonowej wiatrowce z trzema poziomymi czarnymi paskami na plecach. Na glowe, zapewne dla ochrony przed chlodnym przedwieczornym wiatrem, naciagnal kaptur. – Ten z tylu to terrorysta, ale przed nim idzie ktorys z marynarzy – skomentowal operator kamery. Latham tez tak sadzil. Nie mogl widziec kolorow; obraz na monitorze byl czarno-bialy. – Daj wieksze zblizenie – poprosil – wlacz transmisje. Kamera “najechala” na poklad tak, ze obraz obejmowal juz tylko czterdziestostopowy odcinek kladki. W jego centrum pozostawali obaj idacy mezczyzni. W odroznieniu od Lathama, kapitan Larsen widzial wszystko w kolorach. Przez szerokie przednie okna kabiny patrzyl w oslupieniu na to, co dzialo sie na pokladzie i czemu w zaden sposob nie mogl zapobiec. Pare krokow za nim wciaz stal straznik z automatem wymierzonym w sam srodek bialego swetra Norwega. W polowie dystansu miedzy nadbudowka i dziobem czlowiek ubrany na czarno nagle stanal, podniosl swoj karabin i wycelowal w plecy idacego przed nim. Mimo podwojnych szyb odglos krotkiej serii dotarl do kabiny. Miniaturowa z tej odleglosci postac w jaskrawoczerwonej wiatrowce najpierw wygiela sie w luk, jakby silnie uderzona w plecy, potem wyrzucila w gore rece i runela na twarz. Cialo stoczylo sie z kladki inspekcyjnej i zastyglo pod nia bez ruchu. Kapitan Larsen powoli zamknal oczy. Pamietal, ze w momencie opanowania “Freyi” takie wlasnie plowe sportowe spodnie i lekka czerwona wiatrowke z trzema czarnymi paskami na plecach mial na sobie Tom Keller, dunsko-amerykanski trzeci oficer statku. Po chwili wyprostowal sie, obrocil glowe i wbil wzrok w czlowieka, ktorego znal jako Swobode. Andrij Dracz wytrzymal jego spojrzenie i powiedzial ze zloscia: – Ostrzegalem ich, ale oni uwazali, ze to zarty. Teraz widza, ze nie zartowalem. Po dwudziestu minutach Londyn mial juz fotograficzna dokumentacje tego, co zdarzylo sie na pokladzie “Freyi”. Po dalszych dwudziestu szczegolowy opis tych zdjec wypadl z terkoczacego dalekopisu w Urzedzie Kanclerskim w Bonn. Byla czwarta trzydziesci po poludniu. Kanclerz Busch powiodl wzrokiem po sali. – Panowie, mam zla wiadomosc. Godzine temu jakis prywatny samolot latal nad “Freya” na wysokosci tysiaca stop, najwyrazniej w celu zrobienia zdjec. Dziesiec minut pozniej terrorysci wyprowadzili jednego z czlonkow zalogi i na srodku pokladu, pod kamerami brytyjskiego samolotu zwiadowczego, rozstrzelali go. Jego cialo lezy teraz pod kladka inspekcyjna, czesciowo widoczne z gory. Zapadla gleboka cisza. – Czy mozna go zidentyfikowac? – spytal wreszcie cichym glosem jeden z ministrow. – Nie, jego twarz byla przez caly czas zaslonieta kapturem kurtki. – Ostro graja, dranie – skomentowal minister obrony. – Teraz trzydziesci rodzin w calej Skandynawii wpadnie w panike. – Tak, a w slad za tym pojda naciski czterech rzadow skandynawskich, i bede musial szybko udzielic odpowiedzi ich ambasadorom. W tej sytuacji widze tylko jedna mozliwa odpowiedz – podsumowal Hagowitz. Zarzadzono glosowanie. Zdecydowana wiekszosc poparla propozycje Hagowitza: natychmiast, poprzez niemieckiego ambasadora w Izraelu, nawiazac kontakt z premierem tego kraju i prosic go o gwarancje, ktorych domagali sie terrorysci. Jesli odpowiedz bedzie pozytywna, Rzad Federalny wyda oswiadczenie, ze uwolni Miszkina i Lazariewa. Nie ma innego sposobu oszczedzenia tragedii setkom ludzi w Europie. – Terrorysci dali premierowi Izraela czas do polnocy, a nam do switu – przypomnial Busch. – Przed switem zapakujemy Miszkina i Lazariewa do samolotu. Ale nie zrobimy tego i nie opublikujemy naszego oswiadczenia, dopoki nie bedzie zgody z Jerozolimy. Bez niej nic nie zdzialamy. O piatej po poludniu zmienili sie wartownicy. Ludziom, ktorzy przez poprzednie dziesiec godzin kostnieli z zimna na pomoscie dziobowym i kominie, pozwolono wrocic do wnetrza, zaspokoic glod, ogrzac sie i przespac. Na nocna wachte wyznaczono nowych, wyposazonych nie tylko w walkie-talkie, ale i w mocne latarki. Dowodztwa wojskowe krajow NATO uzgodnily, ze Nimrod RAF-u pozostanie jedynym samolotem na niebie nad “Freya”. Bedzie krazyl, obserwowal, rejestrowal i przesylal do centrali wszystkie warte obejrzenia obrazy. Kopie zdjec powedruja natychmiast do Londynu i innych zainteresowanych bezposrednio stolic. Ograniczenie dotyczace lotnictwa nie dotyczylo marynarki. Pod wieczor pojawil sie na horyzoncie od poludnia francuski lekki krazownik “Montcalm” i zatrzymal sie piec mil morskich od “Freyi”. Od polnocy, omijajac z dala Wyspy Fryzyjskie, pojawila sie holenderska fregata z pociskami rakietowymi “Breda” i zakotwiczyla szesc mil na polnoc od obezwladnionego tankowca. Wkrotce dolaczyla do niej podobna fregata niemiecka “Brunner”. Z obu okretow, oddalonych od siebie ledwie o piec kabli, obserwowano blady zarys tankowca na poludniowym horyzoncie. HMS “Argyll” opuscil szkocki port Leith, w ktorym bawil goscinnie, i z pierwsza wieczorna gwiazda zajal pozycje dokladnie na zachod od “Freyi”. Byl to lekki krazownik z kategorii okreslanej skrotem DLG, o wypornosci niespelna 6000 ton, uzbrojony w samosterujace pociski typu Exocet. Dzieki nowoczesnym turbinom gazowym w maszynowni okret byl w stalej gotowosci; gleboko pod pancerzami pokladu pracowal komputer Datalink – teraz sprzezony z takim samym systemem komputerowym na krazacym 15000 stop wyzej Nimrodzie. Na pomoscie rufowym, podwyzszonym w stosunku do calego tylnego pokladu, drzemal bojowy helikopter typu Westland Wessex. Pod woda z trzech stron sledzily “Freye” sonary otaczajacych ja okretow wojennych. Przestrzen powietrzna nad nia i wokol niej omiataly liczne anteny radarowe. Krazacy w gorze Nimrod ostatecznie spinal ciasny kokon elektronicznego nadzoru nad tankowcem. A ten stal tymczasem cichy i nieruchomy w ostatnich promieniach zachodzacego nad Anglia slonca. Byla piata w Europie Zachodniej, ale juz siodma w Izraelu, kiedy ambasador RFN poprosil o osobista audiencje u premiera, Beniamina Golena. Natychmiast przypomniano mu, ze godzine temu zaczal sie szabas – a wiec pan premier, jako pobozny i praktykujacy Zyd, przebywa obecnie we wlasnym domu. Niemniej jednak prosbe ambasadora przekazano, nie bylo bowiem tajemnica ani dla premiera, ani dla dyzurujacego pracownika jego urzedu, co dzieje sie na Morzu Polnocnym. W rzeczywistosci juz po pierwszym komunikacie kapitana Larsena, tym z godziny dziewiatej, izraelski wywiad Mossad poinformowal Jerozolime o wydarzeniach. Kiedy zas w poludnie okazalo sie, ze zadania terrorystow dotycza rowniez Izraela, przygotowano na pismie staranny przeglad sytuacji. Premier Golen zapoznal sie z nim, zanim o szostej przystapil do sobotniego rytualu. – Oczywiscie nie moge przerwac szabasu i jechac do biura, zwlaszcza ze to daleko – odpowiedzial sekretarzowi. – Ale moge porozmawiac przez telefon. Niech pan poprosi ambasadora, zeby zadzwonil do mnie osobiscie. Dziesiec minut pozniej samochod niemieckiego ambasadora zatrzymal sie przed skromnym, nowoczesnym domem premiera na przedmiesciu Jerozolimy. Juz od progu gosc pospieszyl z przeprosinami. Po obowiazkowym tego dnia pozdrowieniu “Shabbat Shalom” powiedzial: – Panie premierze, nie osmielilbym sie pod zadnym pozorem przeszkadzac panu w szabasie, ale o ile wiem, jest to dozwolone, jesli w gre wchodzi zycie ludzkie. Premier Golen skinal glowa. – Owszem, jesli zycie ludzkie jest w niebezpieczenstwie. – Tak wlasnie jest w tym przypadku – podchwycil skwapliwie ambasador. – Z pewnoscia wie pan juz, panie premierze, co w ciagu ostatnich dwunastu godzin zdarzylo sie na pokladzie supertankowca “Freya” na Morzu Polnocnym. Premier nie tylko wiedzial, ale byl sprawa gleboko zainteresowany. Po poludniowym komunikacie Larsena stalo sie jasne, ze terrorysci, kimkolwiek sa, na pewno nie reprezentuja palestynskich Arabow – moga natomiast byc fanatykami zydowskimi. Co prawda izraelskie sluzby wywiadowcze, zagraniczna Mossad i wewnetrzna Sherut Bitachon (zwana od inicjalow: Shin Bet) nie stwierdzily, by ktorykolwiek ze znanych im, zdeklarowanych fanatykow zydowskich opuscil swoja stala siedzibe. – Wiem, panie ambasadorze, i pragne wyrazic gleboki zal z powodu smierci marynarza. Czego Republika Federalna oczekuje od Izraela? – Rzad mego kraju przez wiele godzin analizowal te kwestie. Rzad zdecydowanie sprzeciwia sie zasadzie ustepowania szantazystom. Gdyby sprawa byla czysto niemiecka, niewatpliwie odpowiedzielibysmy uzyciem sily. Jednak w sytuacji, jaka zaistniala, rzad uwaza, ze musimy ustapic. Zwracamy sie zatem do rzadu Izraela – ambasador przybral ton bardziej oficjalny – z prosba o przyjecie Lwa Miszkina i Dawida Lazariewa na swoje terytorium oraz o gwarancje, ze nie zostana oni tutaj uwiezieni ani poddani ekstradycji… zgodnie z zadaniami terrorystow. Prawde mowiac, Golen juz od kilku godzin przygotowywal sobie odpowiedz na te prosbe; nie byla dla niego zadnym zaskoczeniem. Zdazyl tez starannie zanalizowac wlasna sytuacje. Jego Gabinet byl subtelnie wywazona koalicja, ale premier zdawal sobie sprawe, ze Izraelczycy, niezaleznie od przynaleznosci partyjnej, beda sklonni oceniac Miszkina i Lazariewa znacznie lagodniej niz terrorystow z grupy Baader-Meinhof czy z OWP – powszechne jest tu bowiem oburzenie na radziecka polityke represji wobec Zydow i ich religii. Zapewne wielu bedzie nawet pochwalac porwanie samolotu, a smierc pilota zostanie uznana za nieszczesliwy wypadek. – Musi pan przyjac do wiadomosci dwie _rzeczy, _ ambasadorze. Po pierwsze, choc Miszkin i Lazariew sa zapewne Zydami, panstwo Izrael nie ma nic wspolnego ani z ich przestepstwem, ani z obecnymi zadaniami dotyczacymi ich uwolnienia. (“Ciekawe tylko, kto w to uwierzy, jesli rowniez terrorysci okaza sie Zydami” – pomyslal). Po drugie, ani aktualna dramatyczna sytuacja zalogi “Freyi”, ani ewentualne nastepstwa zniszczenia statku nie dotycza bezposrednio panstwa izraelskiego i jego obywateli. Mowiac jeszcze jasniej: to nie Izrael jest tu przedmiotem presji i szantazu. – Przyznaje to, panie premierze. – Jesli zatem Izrael zgodzi sie przyjac tych dwu ludzi, musi byc jasno i publicznie powiedziane, ze czyni to na wyrazna i usilna prosbe rzadu Republiki Federalnej Niemiec. – Taka wlasnie prosbe niniejszym skladam… w imieniu mego rzadu. Po kwadransie uzgodniono wszystkie niezbedne formalnosci. Niemcy Zachodnie oglosza publicznie, ze zwracaja sie do Izraela z wlasnej inicjatywy. Natychmiast po tym Izrael oswiadczy, ze – aczkolwiek niechetnie – zgadza sie spelnic prosbe. Wtedy RFN zapowie zwolnienie wiezniow nazajutrz, o osmej rano czasu srodkowoeuropejskiego. Kolejne oswiadczenia Bonn i Jerozolimy beda sie pojawiac w dziesieciominutowych odstepach. Pierwsze – juz za godzine. Premier spojrzal na zegarek. Byla siodma trzydziesci w Izraelu, piata trzydziesci w Europie. Ostatnie edycje popoludniowych gazet szybko docieraly do trzystu-milionowej rzeszy czytelnikow, spragnionych nowych wiesci o dramacie, ktory sledzili od rana. Wielkie naglowki informowaly o zabojstwie nie zidentyfikowanego marynarza na pokladzie i o aresztowaniu w Le Touquet dwoch uczestnikow niefortunnego lotu. Dzienniki radiowe przyniosly wiesc o wizycie ambasadora zachodnioniemieckiego w prywatnym domu izraelskiego premiera Golena – mimo szabasu! – i o tym, ze wizyta trwala dwadziescia minut. Nikt jednak nie znal tresci rozmowy, mnozyly sie wiec spekulacje komentatorow. Telewizja pokazywala tlumy ludzi, ktorzy chcieli przy tej okazji zablysnac. Ci, ktorzy naprawde cos wiedzieli, nie udzielali zadnych wywiadow, a telewizja musiala poprzestac na pokazywaniu ich fotografii. Wladze nie opublikowaly zdjec z Nimroda, ukazujacych cialo zamordowanego marynarza. W przygotowanych juz porannych edycjach prasy, ktorych druk mial sie zaczac o polnocy, redaktorzy zostawiali na pierwszych stronach miejsce na ewentualne oswiadczenia oficjalne z Bonn lub Jerozolimy, albo na nowe komunikaty z “Freyi”. Dalsze strony wypelnialy uczone artykuly i komentarze na temat “Freyi”, jej ladunku, skutkow wycieku, a takze spekulacje co do tozsamosci terrorystow i apele redaktorow naczelnych do wladz o uwolnienie dwoch porywaczy. Kiedy Sir Julian Flannery skladal na biurku premiera gotowy raport z prac sztabu kryzysowego, zapadal lagodny, cieply zmierzch. Raport byl tresciwy, choc zwiezly – istne arcydzielo sztuki sprawozdawczej. Pani premier przez dluzszy czas studiowala tekst w milczeniu. – Musimy zatem przyjac – odezwala sie w koncu – ze oni na pewno tam sa, ze calkowicie opanowali “Freye”, ze moga ja wysadzic w powietrze i zatopic, ze jesli zechca to zrobic, nic ich nie powstrzyma, a straty finansowe, srodowiskowe i ludzkie moga osiagnac rozmiary katastrofy. – Moze to wygladac na skrajnie pesymistyczna interpretacje, jednakze sztab kryzysowy sadzi, ze bardziej optymistyczne zalozenia bylyby w tej sytuacji razaca lekkomyslnoscia. – Widziano ich tylko czterech – glosno myslala Joan Carpenter – dwoch wartownikow i tych, ktorzy ich zastapili. Trzeba doliczyc jednego na mostku, jednego do pilnowania uwiezionych, no i dowodce. A wiec jest ich co najmniej siedmiu. Byc moze za malo, aby stawic skuteczny opor oddzialowi interwencyjnemu, ale tego zakladac nie mozemy. Byc moze wcale na statku nie ma dynamitu albo jest go zbyt malo, albo niewlasciwie rozmieszczony… Urzadzenie spustowe moze zawiesc, a drugiego byc moze nie maja… ale tego tez nie mozemy zakladac. Niewykluczone, ze nie maja zamiaru nikogo wiecej zabijac… Przypuszczalnie nie chca rozsadzac “Freyi” i ginac wraz z nia… ale nigdy nic nie wiadomo. Panski sztab uwaza, ze byloby bledem wykluczyc ktorakolwiek z fatalnych mozliwosci, a wiec w rezultacie przewiduje najgorsze… Telefon od osobistego sekretarza pani premier przerwal jej rozwazania. Kiedy odkladala sluchawke, cien usmiechu przemknal po jej twarzy. – A jednak wyglada na to, ze do katastrofy nie dojdzie. Rzad Niemiec Zachodnich skierowal oficjalna prosbe do Izraela. Jerozolima odpowiedziala pozytywnie. W rezultacie Bonn zapowiada uwolnienie tych ludzi jutro o osmej rano. Byla za dwadziescia siodma. Te same wiadomosci dotarly droga radiowa do kajuty kapitana Larsena. Juz godzine temu Drake, nie spuszczajac kapitana ani na chwile z oczu, zapalil w kabinie swiatla i zaciagnal zaluzje. Bylo tu teraz jasno, cieplo, nieomal przytulnie. Maszynka do parzenia kawy bulgotala nieustannie: juz piec razy oprozniano ja i piec razy napelniano z powrotem. Obaj, marynarz i fanatyk, zarosnieci i zmeczeni, przezywali teraz wielkie emocje. Pierwszy pelen byl zalu i gniewu po smierci przyjaciela, drugi – triumfowal. – Ustapili! – zawolal Drake. – Wiedzialem, ze ustapia. Szale nie byly rowne. Zbyt wiele mieli do stracenia. Rowniez Larsen mogl odetchnac z ulga na mysl, ze wkrotce odzyska swoj statek. Ale dlugo tlumiona wscieklosc szukala ujscia. – To jeszcze nie koniec – mruknal. – Jeszcze nie. Ale juz niedlugo. Jesli wypuszcza moich przyjaciol o osmej, to o pierwszej, najdalej o drugiej beda oni w Tel Awiwie. Jesli dodac do tego godzine na identyfikacje i ogloszenie przez radio, to o trzeciej, czwartej wszystko bedzie jasne. Po zmroku opuscimy was, calych i zdrowych. – Z wyjatkiem Toma Kellera! – wypalil natychmiast Norweg. – Kapitanie, mnie tez zal tego czlowieka. Naprawde. Ale to bylo niezbedne do pokazania naszej stanowczej postawy. Zostalismy do tego zmuszeni. Prosba ambasadora ZSRR byla niezwykla, nawet bardzo niezwykla; ale powtarzal ja nieustepliwie i z uporem. Na ogol dyplomaci radzieccy, choc reprezentuja kraj deklarujacy sie jako rewolucyjny, skrupulatnie trzymaja sie form protokolarnych, wymyslonych przeciez na zgnilym kapitalistycznym Zachodzie. Tym razem David Lawrence daremnie sugerowal przez telefon, ze ambasador Konstantin Kirow powinien spotkac sie z nim, sekretarzem stanu. Kirow uparcie odpowiadal, ze ma wiadomosc nadzwyczajnej wagi przeznaczona dla prezydenta Matthewsa osobiscie, a w ostatecznosci siegnal po argument, iz jest to zyczenie Maksyma Rudina. Prezydent takze byl zaskoczony niezwyklym zadaniem – ale zgodzil sie przyjac Kirowa. Za kwadrans druga – w Europie zblizala sie juz siodma – dluga _czarna _ limuzyna z proporcem, na ktorym widnial sierp i mlot, wjechala na teren Bialego Domu. Dyplomate zaprowadzono wprost do Owalnego Gabinetu. Prezydent nie ukrywal zaciekawienia. Wymieniono protokolarne grzecznosci, ale mysli obu rozmowcow biegly juz niecierpliwie naprzod. – Panie prezydencie – przeszedl do meritum Kirow – prosilem o te rozmowe na osobiste polecenie sekretarza generalnego, Maksyma Rudina. Mam przekazac panu pilne przeslanie nastepujacej tresci: “Jesli porywacze i mordercy, Lew Miszkin i Dawid Lazariew, zostana wypuszczeni z wiezienia i uwolnieni od slusznej kary, Zwiazek Radziecki nie bedzie mogl podpisac Traktatu Dublinskiego ani w nastepnym tygodniu, ani w zadnym innym terminie. Zwiazek Radziecki odrzuci ten traktat definitywnie”. Prezydent Matthews patrzyl w oslupieniu na ambasadora ZSRR. Dopiero po dluzszej chwili odzyskal mowe. – Czy to _znaczy, _ ze pan Rudin po prostu podrze traktat… ot tak? Kirow stal sztywno, jakby kij polknal. – Panie prezydencie, przekazalem panu tylko pierwsza czesc tego, co mi zlecono. Jest jeszcze druga: reakcja Zwiazku Radzieckiego bedzie taka sama, jesli zostana ujawnione publicznie charakter i tresc naszej rozmowy. Kiedy odszedl, Matthews spojrzal bezradnie na Lawrence'a. – I co ja mam, u diabla, robic? Przeciez nie moge tak po prostu zmusic rzadu niemieckiego do zmiany decyzji… bez podania powodu, bez jakichkolwiek wyjasnien! – Obawiam sie, panie prezydencie, ze bedzie pan musial. Pozwole sobie zauwazyc, ze Rudin nie dal panu zadnego wyboru! 14. Od 19.00 do polnocy Prezydent William Matthews wciaz jeszcze byl pod wrazeniem niezwyklosci i gwaltownosci radzieckiej reakcji. Niecierpliwie czekal na przyjazd dyrektora CIA, Roberta Bensona, i osobistego doradcy do spraw bezpieczenstwa, Stanislawa Poklewskiego; po obu juz poslano. Kiedy wreszcie dotarli do Owalnego Gabinetu, prezydent strescil im szczegoly osobliwej wizyty ambasadora Kirowa. – Co, u diabla, moze sie za tym kryc? – spytal swoich trzech glownych doradcow. Zaden nie mial jednak gotowej odpowiedzi. Mogli sobie pozwolic jedynie na domysly. Ktos zasugerowal, ze byc moze Rudin natrafil na silny opor we wlasnym Biurze Politycznym, co uniemozliwia mu zawarcie traktatu; sprawa “Freyi” jest tylko dogodnym pretekstem, zeby sie wycofac. Ale szybko uznano ten domysl za bledny: bez traktatu Zwiazek Radziecki nie dostanie obiecanego ziarna, a jego wlasne rezerwy zmieszcza sie juz zapewne na kilku ciezarowkach. Ktos inny powiedzial, ze byc moze smierc pilota Aeroflotu, kapitana Rudenki, byla ciosem prestizowym, ktorego Kreml nie moze do dzis strawic. Ale i te mysl odrzucono. W koncu nie zrywa sie wielkich miedzynarodowych traktatow z powodu smierci jednego pilota. Dopiero po jakiejs godzinie dyrektor CIA przerwal te jalowe dyskusje. – To sie wydaje bezsensowne, a jednak musi miec jakis sens. Rudin nie podejmowalby tak szalenczych krokow, gdyby nie mial istotnego powodu, ktorego nie znamy. – Na pewno – zgodzil sie Matthews. – Ale to nie uwalnia nas od przerazajacej koniecznosci wyboru: albo dopuscimy do uwolnienia Miszkina i Lazariewa i stracimy najwieksza szanse traktatu rozbrojeniowego, jaka trafila sie naszemu pokoleniu, bo najdalej za rok bedziemy mieli wojne, albo uzyjemy swoich sposobow, by do ich uwolnienia nie dopuscic, i narazimy Europe Zachodnia na najwieksza katastrofe ekologiczna w obecnych czasach. – Musimy wiec szukac trzeciego rozwiazania – odezwal sie Lawrence. – Ale gdzie, do cholery? – Chyba tylko w jednym miejscu – wlaczyl sie Poklewski – w Moskwie. Odpowiedz musi tam byc. Nie sadze, bysmy mogli wymyslic sposob na unikniecie obu tych fatalnych rozwiazan, jesli nie dowiemy sie przedtem, dlaczego Rudin tak zareagowal… – Mysli pan pewnie o “Slowiku” – przerwal mu Benson. – Ale na to jest za malo czasu. Nie mamy do dyspozycji tygodni ani nawet dni. Mamy pare godzin. Mysle, panie prezydencie, ze powinien pan porozumiec sie bezposrednio z Rudinem. Goraca linia. Niech pan porozmawia z nim jak prezydent z prezydentem. Moze on po prostu powie, dlaczego tak sie zaparl w sprawie tych porywaczy? – A jesli nie powie? – spytal Lawrence. – Przeciez mogl to przekazac przez Kirowa. Albo wyslac osobisty list… Matthews powzial decyzje. – Mimo wszystko zadzwonie do Rudina. Ale jesli nie przyjmie mojego telefonu albo odmowi blizszych wyjasnien, bedziemy zmuszeni uznac, ze podlega on przemoznemu naciskowi swoich ludzi. Tymczasem, zanim uzyskamy polaczenie z Moskwa, wtajemnicze w te sprawe pania Carpenter i poprosze ja o konsultacje z Sir Nigelem, a jesli sie da, takze ze “Slowikiem”. Zadzwonie tez do kanclerza Buscha. Moze bedzie mogl dac nam troche wiecej czasu. Kiedy glos w sluchawce poprosil o polaczenie z Ludwigiem Jahnem, telefonistka w centrali wiezienia Tegel chciala od razu odmowic. Bylo duzo takich telefonow z prasy, zwlaszcza do tych pracownikow wiezienia, ktorzy mogli znac jakies pikantne szczegoly na temat Miszkina i Lazariewa. Telefonistka miala scisle polecenie: nie laczyc. Ale kiedy rozmowca wyjasnil, ze jest krewnym Jahna i chce go zaprosic na slub swojej corki, ktory ma sie odbyc jutro w poludnie – zmiekla. W koncu rodzina to zupelnie inna sprawa. Wlaczyla odpowiedni numer; Jahn odebral telefon w swoim pokoju sluzbowym. – Mam nadzieje, ze pamieta mnie pan – odezwal sie glos w sluchawce. Jahn pamietal az nazbyt dobrze: byl to glos Rosjanina o lodowatych oczach z obozu koncentracyjnego. – Nie powinien pan tu dzwonic – wyszeptal przerazony. – Zreszta nie moge nic dla pana zrobic. Potrojono warty, inne sa godziny zmian. A ja jestem teraz na sluzbie non stop, nawet spie w biurze. Az do odwolania… takie sa rozkazy. Ci dwaj sa teraz zupelnie niedostepni… – Niech pan lepiej wymysli jakis pretekst, zeby na chwile wyjsc – przerwal jego tlumaczenia pulkownik Kukuszkin. – Niedaleko od wejscia sluzbowego jest bar… – wymienil nazwe baru i ulice. Jahn nie byl tam nigdy przedtem, ale ulice znal. – Za godzine, bo jesli nie… W Berlinie byla godzina osma. Wokol panowala ciemnosc. Joan Carpenter, premier Wielkiej Brytanii, zasiadla wlasnie do kolacji z mezem w mieszkalnej czesci budynku przy Downing Street 10, kiedy zawiadomiono ja, ze prezydent Matthews pragnie z nia mowic. Natychmiast wrocila do swego gabinetu. Matthews i Carpenter znali sie dobrze. Spotkali sie juz kilkanascie razy od czasu, kiedy urzad brytyjskiego premiera po raz pierwszy objela kobieta. Totez podczas kameralnych spotkan mowili sobie po imieniu. Teraz jednak, choc specjalna linia telefoniczna wykluczala jakikolwiek podsluch, zachowywali formy oficjalne – chocby dlatego, ze rozmowa byla nagrywana dla celow dokumentacji. Matthews krotko i zwiezle powtorzyl to, co w imieniu Maksyma Rudina przekazal mu ambasador ZSRR w Waszyngtonie. Joan Carpenter nie wierzyla wlasnym uszom. – Na litosc boska, dlaczego? – Tez chcialbym to wiedziec, droga pani – dobiegl z drugiej strony Atlantyku charakterystyczny, przeciagajacy samogloski, glos poludniowca. – Nie mamy zadnego wyjasnienia. Mamy za to dwa problemy. Po pierwsze, ambasador Kirow ostrzegl mnie, ze jesli tresc zadania Rudina dostanie sie do wiadomosci publicznej., skutki – chodzi o Traktat Dublinski – beda takie same, jak gdybysmy zadania nie spelnili. Sadze, ze moge liczyc na pani dyskrecje? – To oczywiste – odparla. – A drugi problem? – Probowalem porozumiec sie przez goraca linie z panem Rudinem. Niestety, jest nieosiagalny. Wyciagnelismy stad wniosek, ze ma on u siebie na Kremlu klopoty, o ktorych nie moze mowic. Wszystko to stawia mnie w nieslychanie trudnej sytuacji. Na razie wiem tylko jedno… i jestem w tej kwestii calkowicie zdecydowany: nie moge dopuscic do zerwania traktatu. Zbyt wielka ma on wartosc dla calego Zachodu. Musze bezwzglednie walczyc o jego podpisanie. Nie pozwole, zeby zawalil sie z powodu dwoch wiezniow w Berlinie. To absurdalne, zeby garstka terrorystow okupujacych tankowiec wywolala wojne swiatowa – a niewatpliwie taki bylby skutek. – Calkowicie sie z panem zgadzam. Czego jednak oczekuje pan ode mnie? Chyba nie rozmow z kanclerzem Buschem? Sadze, ze ma pan na niego wiekszy wplyw niz ja. – Nie o to chodzi, droga pani. Chcialbym wiedziec dwie _rzeczy. _ Mamy tu oczywiscie pewne wyobrazenie o skutkach, jakie wywolalaby w Europie katastrofa “Freyi”, sadze jednak, ze pani wie juz na ten temat znacznie wiecej. Otoz chcialbym znac wszystkie wyobrazalne nastepstwa i mozliwe rozwiazania… w razie, gdyby terrorysci posuneli sie do najgorszego. – Istotnie – odpowiedziala pani Carpenter – nasi ludzie przez caly dzien szczegolowo analizowali wszystkie te sprawy. Nie bralismy tylko pod uwage zdobywania statku sila. Teraz bedziemy chyba musieli rozwazyc i to. Oczywiscie wydam natychmiast polecenie, aby najdalej w ciagu godziny przekazano panu wszystkie niezbedne informacje w tej kwestii. Co dalej? – To trudna sprawa i nie bardzo wiem, czy moge pania o to prosic – zastrzegl sie dyplomatycznie Matthews. – Otoz sadzimy, ze musi istniec jakies racjonalne wytlumaczenie decyzji Rudina, a poki go nie znamy, bladzimy w ciemnosciach. Potrzebuje choc odrobiny swiatla, zeby wyjsc z impasu. To znaczy, musze znac powod postepowania Rudina. Tylko w ten sposob moge szukac jakiegos trzeciego wyjscia. Mowiac krotko… chcialbym, aby wasi ludzie uaktywnili jeszcze raz “Slowika”. Moze on wyjasni nam, o co tu chodzi? Joan Carpenter zawahala sie. Nigdy dotad nie ingerowala w konkretne dzialania Firmy Sir Nigela Irvine'a. W odroznieniu od niektorych swoich poprzednikow starala sie nie wtykac nosa w prace sluzb wywiadowczych po to jedynie, by zaspokoic wlasna ciekawosc. Od momentu objecia urzedu podwoila budzety obu sluzb – SIS i MI5, a na stanowiska dyrektorow wyznaczyla ambitnych profesjonalistow, ktorzy odplacili jej niezlomna lojalnoscia. Wiedziala, ze ci ludzie jej nie zawioda. I rzeczywiscie, nigdy nie zawiedli. – Zrobie, co bede mogla – rzekla po dluzszym namysle. – Ale tu chodzi o cos, co znajduje sie w samym sercu Kremla, a czas nagli. Mimo wszystko sprobujemy. Tyle moge panu obiecac. Odlozyla sluchawke i siegnela po inna: zawiadomila meza, zeby nie czekal na nia z kolacja; pozostanie w biurze przez cala noc. Z kuchni zamowila duzy dzbanek kawy. Potem zadzwonila do domu Sir Juliana Flannery'ego. Powiedziala mu tylko, ze pojawily sie nowe komplikacje, i poprosila, by jak najszybciej wrocil do Urzedu Premiera. Ta rozmowa odbyla sie ze zwyklego telefonu, przez siec publiczna. Nastepna, i na razie ostatnia, wymagala uzycia linii supertajnej i superspecjalnej. Na drugim koncu zglosil sie oficer dyzurny kwatery glownej Secret Intelligence Service. Premier kazala mu natychmiast skontaktowac sie z Sir Nigelem – gdziekolwiek sie znajduje – i wezwac go na Downing Street 10. Skracajac sobie oczekiwanie, wlaczyla telewizor; byla dziesiata, wlasnie zaczynal sie przeglad wiadomosci BBC. Noc zapowiadala sie dluga i ciezka. Wnetrze baru przypominalo wagon kolejowy. Otyly Jahn z trudem wsliznal sie do “przedzialu” i usiadl naprzeciw Rosjanina. Ten patrzyl nan chlodno, bez sladu emocji. Jahn, spocony ze strachu, nigdy by sie nie domyslil, ze Rosjanin walczy w tej chwili o wlasne zycie; ani jeden muskul nie drgnal w jego twarzy. Sluchal cierpliwie wyjasnien Jahna o specjalnym rezimie wprowadzonym w wiezieniu po czternastej. A przeciez mial sie czego bac: w rzeczywistosci nie mial wcale dyplomatycznego paszportu i ukrywal sie – jako gosc swoich enerdowskich kolegow – w ich melinie znajdujacej sie w Berlinie Zachodnim. – Rozumie pan wiec – powtorzyl nerwowo Jahn – ze nie moge nic dla pana zrobic. W zaden sposob nie moglbym pana wpuscic na ten korytarz. Przez cala dobe dyzuruje tam co najmniej trzech ludzi. Kazdy wchodzacy musi okazac przepustke. Nawet ja, chociaz wszyscy znamy sie od lat. Nie wpuszcza zreszta do wiezienia nikogo obcego bez telefonicznego porozumienia z naczelnikiem. Kukuszkin wolno pokiwal glowa. Jahn poczul, ze kamien spada mu z serca. A wiec dadza mu spokoj; odczepia sie od niego i nie zrobia krzywdy rodzinie. Wszystko skonczone. – Pan, oczywiscie, ma wstep na ten korytarz? – odezwal sie Rosjanin. – Moze pan wejsc do tych cel? – No, tak, jestem przeciez nadzorca bloku. Nawet musze co pewien czas sprawdzac, czy u nich wszystko w porzadku. – Spia normalnie? – Chyba tak. Chociaz dowiedzieli sie juz o tej aferze na Morzu Polnocnym – rozgadal sie Jahn. – Zabralismy im odbiorniki radiowe juz po pierwszym komunikacie, ale inni wiezniowie z izolatek zdazyli ich powiadomic. Pan wie, oni po prostu krzycza jeden do drugiego. No wiec, powiedzieli im, zanim przenieslismy wszystkich na inny korytarz. Teraz watpie, czy tamci dwaj tak latwo zasna. Rosjanin znow zagadkowo pokiwal glowa. – W takim razie sam pan wykona te robote. Jahn zesztywnial. – Nie, nnie – zajaknal sie. – Pan chyba nie zrozumial. Nie moge uzyc pistoletu. W ogole nie moglbym nikogo zabic. Zamiast odpowiedzi Rosjanin polozyl na stole dwie rurki przypominajace wieczne piora. – A kto mowi o pistolecie?! Uzyje pan tego. Otwarty koniec nalezy przyblizyc do ust i nosa spiacego. Potem nacisnac guzik z boku. To cyjanek potasu w aerozolu. Smierc nastepuje po trzech sekundach, a po godzinie objawy sa takie, jak po ataku serca. Po robocie zamknie pan cele, wroci do pokoju sluzbowego, wytrze slady na rurkach i wlozy je do szafki jakiegos straznika, ktory tez ma dostep do kluczy. Prosta, czysta robota. I nikt nie bedzie pana podejrzewal. To, co Kukuszkin polozyl na stole przed oczyma przerazonego straznika, bylo nowoczesna wersja tych samych pistoletow gazowych, ktorymi “departament mokrej roboty” KGB usmiercil dwadziescia lat wczesniej na terenie Niemiec dwu przywodcow nacjonalistow ukrainskich, Stiepana Bandere i Lwa Rebeta. W porownaniu z tamta stara wersja zwiekszyla sie jedynie, dzieki prowadzonym wciaz badaniom, skutecznosc aerozolu, natomiast zasada dzialania pozostala tak samo prosta. Wewnatrz rurki znajdowaly sie szklane kapsulki z kwasem pruskim. Nacisniecie guzika uwalnialo sprezyne, ktora miazdzyla szklo, otwierajac jednoczesnie zbiorniczek ze sprezonym powietrzem. Strumien powietrza porywal czasteczki kwasu i wtlaczal je do drog oddechowych ofiary. Po godzinie kompromitujacy migdalowy zapach cyjankali znikal bez sladu, miesnie ofiary z powrotem wiotczaly i wszystko sprawialo wrazenie naglego ataku serca. Oczywiscie nikt nie uwierzy w rownoczesny zawal serca dwoch zdrowych, mlodych ludzi; zacznie sie sledztwo. Pistolety gazowe, znalezione w szafce straznika, pograzylyby tego czlowieka z kretesem. – Ja… ja nie moge tego zrobic – wyszeptal Jahn. – Za to ja moge – i zrobie to – wyslac cala panska rodzine za kolo polarne, do obozu pracy, na reszte zycia. Wybor jest prosty, panie Jahn. Na dziesiec minut pozbedzie sie pan skrupulow… albo straci pan rodzine. Niech pan to sobie przemysli. Kukuszkin odwrocil dlon Jahna i wcisnal w nia obie rurki. – Niech pan pomysli – powtorzyl – byle nie za dlugo. A jak pan sie zdecyduje, niech pan od razu przystapi do dzialania. To wszystko. Wymknal sie z “przedzialu” i odszedl. Minelo jeszcze dobre pare minut, zanim Jahn schowal oba pistolety gazowe do kieszeni plaszcza i poczlapal z powrotem w strone wiezienia. Za trzy godziny, o polnocy, zastapi w fatalnym korytarzu starszego straznika wieczornej zmiany. O pierwszej pojdzie do cel – i zrobi to. Dobrze wiedzial, ze nie ma wyboru. Kiedy slonce zniknelo za horyzontem, w krazacym wciaz nad “Freya” Nimrodzie dzienna kamere F.126 zastapila inna, przystosowana do zdjec nocnych F.135. Poza tym nic sie nie zmienilo. Kamera nocna, penetrujaca przestrzen pod Nimrodem infraczerwonymi oczami, a wspomagana w razie potrzeby potezna lampa blyskowa lub reflektorem o mocy miliona swiec, mogla dostrzec prawie wszystko, co dzialo sie 15000 stop nizej. Nie zauwazyla jednak, jak postac w czerwonej wiatrowce, lezaca juz od wielu godzin twarza do pokladu, wolniutko poruszyla sie, wczolgala pod kladke inspekcyjna i ostroznie, cal po calu, posuwala sie w strone nadbudowki. W koncu dotarla do niej i przez polotwarte drzwi wsliznela sie do srodka. W Nimrodzie nikt tego nie zauwazyl. O swicie brak ciala na pokladzie zinterpretowano jednoznacznie: wrzucili trupa do morza. Czlowiek w czerwonej wiatrowce, wstrzasany dreszczami, zszedl do kambuza, rozcierajac zmarzniete rece. Znalazl tam ktoregos z kolegow i dostal od niego kubek wrzacej kawy. Kiedy wypil ozywczy plyn, wspial sie schodami na mostek i przebral sie we wlasne ubranie – to samo, ktore mial na sobie w chwili wejscia na poklad: czarny dres i czarny sweter. – O rany! – wyszczerzyl zeby w strone kolegi pilnujacego radarow. – Zdrowo mnie ostrzelales tymi slepakami, jeszcze teraz czuje je na plecach. Nie mogles troche spudlowac? – Andrij chcial, zeby to zrobic solidnie. I oplacilo sie. Miszkin i Lazariew wyjda jutro o osmej. Po poludniu beda juz w Tel Awiwie. – Wspaniale! – ucieszyl sie falszywy trup. – Teraz modlmy sie tylko, zeby i reszta planow Andrija powiodla sie. – Uda sie – odpowiedzial z przekonaniem falszywy zabojca. – A ty lepiej wciagnij maske i zanies lachy temu jankesowi w magazynie. A potem przespij sie. O szostej rano przejmujesz wachte. Juz w godzine po telefonicznej rozmowie z premierem Sir Julian Flannery otworzyl w Whitehall drugie posiedzenie sztabu kryzysowego. Pani Carpenter poinformowala go – podobnie jak Sir Nigela Irvine'a – o przyczynie tak radykalnej zmiany sytuacji. Poza ta trojka nikt w Wielkiej Brytanii nie znal i nie mial poznac calej sprawy. Czlonkowie sztabu kryzysowego dowiedza sie tylko, ze wyzsza racja stanu wymaga, aby przewidziane na jutrzejszy poranek uwolnienie Miszkina i Lazariewa opoznic, a moze nawet calkiem odwolac – zaleznie od decyzji niemieckiego kanclerza. W innym skrzydle Whitehall pracowaly tymczasem aparaty telefoto, przekazujace strona po stronie wprost do Waszyngtonu cala dokumentacje dotyczaca “Freyi”, jej zalogi, ladunku i skutkow ewentualnej katastrofy. Sir Julian mial sporo szczescia: wiekszosc ekspertow jego sztabu mieszkala nie dalej niz godzine szybkiej jazdy od budynkow rzadowych. Prawie wszystkich zastal w domach, przy kolacji; nikt nie wyjechal na wies; tylko dwoch trzeba bylo szukac w restauracjach. Jeden w teatrze. O dziewiatej trzydziesci rowniez oni siedzieli juz w sali zebran UNICORNE. – Musimy uznac – oswiadczyl Sir Julian – ze kryzys wszedl w ostre stadium. Jesli kanclerz Busch zdecyduje sie opoznic uwolnienie wiezniow – a zapewne bedzie to konieczne w celu wyjasnienia pewnych dodatkowych kwestii – musimy liczyc sie z tym, ze terrorysci spelnia swoja pierwsza grozbe. Zaczna wypompowywac rope z tankowca. Dlatego juz teraz musimy opracowac dokladny plan neutralizacji przynajmniej pierwszych partii wylanej ropy, pierwszych dwudziestu tysiecy ton, a takze zastanowic sie, co zrobimy, jesli wyciek bedzie piecdziesieciokrotnie wiekszy. Obraz, jaki wkrotce wylonil sie z wypowiedzi ekspertow, byl ponury. Utrzymujaca sie od wielu lat obojetnosc brytyjskiej opinii w tej dziedzinie doprowadzila do powaznych zaniedban. Mimo to Wielka Brytania dysponowala wieksza iloscia emulgentow niz reszta Europy i miala najlepszy sprzet do ich rozpylania. – Musze wiec zalozyc – mowil przedstawiciel laboratorium Warren Springs – ze glowny ciezar walki ze skazeniem srodowiska spadnie na nas. Wprawdzie w 1978 roku, w przypadku tankowca “Amoco Cadiz”, Francuzi nie przyjeli naszej pomocy, choc i wtedy mielismy lepsze emulgenty i skuteczniejsze urzadzenia rozpylajace. Za te glupote zaplacili pozniej francuscy rybacy. Przestarzaly detergent uzyty do neutralizacji ropy okazal sie bardziej toksyczny niz sama ropa. Z rownym skutkiem mozna by strzelac grochem do osmiornicy… – Jestem pewien – przerwal dywagacje czlowiek z Ministerstwa Spraw Zagranicznych – ze Niemcy, Holendrzy i Belgowie nie odrzuca naszej oferty wspolnej akcji. – A zatem musimy sie do niej przygotowac – wtracil Sir Julian. – Ile tego wlasciwie mamy? Glos ponownie zabral dr Henderson z laboratorium Warren Springs. – Najlepsze emulgenty… mam na mysli srodki rozbijajace rope na drobiny i umozliwiajace jej szybka biodegradacje… otoz najlepszy produkowany u nas koncentrat niszczy w ten sposob dwadziescia razy wiecej ropy niz sam wazy. W magazynach mamy w tej chwili tysiac ton takiego koncentratu. – Czyli wystarczy tylko na pierwsze dwadziescia tysiecy – zauwazyl Sir Julian. – A co bedzie, jesli otworza nastepne zbiorniki, jesli wypuszcza milion ton? – Nic na to nie poradzimy. Jesli nawet jeszcze dzis wznowimy produkcje emulgentu, nic to nie da: kazde tysiac ton oznacza cztery dni produkcji. Potrzebowalibysmy az piecdziesieciu tysiecy ton. Latwo obliczyc, ze zanim to zrobimy, ci cholerni fanatycy moga zniszczyc wszystko, co zywe w Morzu Polnocnym i w Kanale, kompletnie zapaskudzic brzegi… od Hull az po Kornwalie po naszej stronie, i od Bremy az po wyspe Ouessant po drugiej. – Przygotujmy sie wiec dobrze na jedna plame ropy, zawartosc jednego zbiornika – podsumowal po krotkim namysle Sir Julian. – Reszta jest poza naszym zasiegiem. Sztab postanowil: przewiezc caly zapas emulgentow z magazynu w Hampshire do miejscowosci Lowestoft na wschodnim wybrzezu, zmobilizowac w tym celu – z pomoca Ministerstwa Energii – ciezarowki cysterny nalezace do roznych firm petrochemicznych; zgromadzic te cysterny na wielkim parkingu na esplanadzie w Lowestoft, wycofac z normalnej sluzby i skierowac do Lowestoft wszystkie holowniki z urzadzeniami rozpylajacymi, w tym rowniez jednostki pozarnicze portu londynskiego i marynarki wojennej. Spodziewano sie, ze juz wczesnym rankiem cala ta flotylla znajdzie sie w porcie nad Morzem Polnocnym i zacznie tankowac emulgenty do swoich zbiornikow. – Jesli morze bedzie nadal spokojne – uzupelnil swoja informacje dr Henderson – plama ropy powoli, z szybkoscia najwyzej dwu mil na godzine, przesunie sie z przyplywem na polnocny wschod, w strone polnocnych brzegow Holandii. Z odplywem morza plama zacznie dryfowac z powrotem w strone “Freyi”, nie rozpraszajac sie. To daloby nam sporo czasu i mozliwosc skutecznego dzialania. Jesli jednak zerwie sie silniejszy wiatr, moze on, i to znacznie szybciej, przemiescic plame w dowolnym kierunku, niezaleznie od pradow morskich i plywow. Mozemy w zasadzie zneutralizowac plame o masie dwudziestu tysiecy ton, ale walka bedzie trudniejsza, jesli ta plama podzieli sie i rozproszy. – Nie mozemy jednak wprowadzic zadnych statkow w promieniu pieciu mil od “Freyi” – przypomnial wiceadmiral, zastepca szefa sztabu sil zbrojnych. – Ale wolno nam obserwowac plame z Nimroda – przypomnial o obecnosci lotnictwa w tej akcji pulkownik z RAF. – Gdy tylko plama przesunie sie poza obszar zakazany, panskie jednostki pozarnicze moga przystapic do pracy. – Uznajmy, ze sprawe pierwszych dwudziestu tysiecy ton mamy zalatwiona – powiedzial czlowiek z Foreign Office. – Ale co dalej? – Nic – odparl krotko Henderson. – Dalej nasze mozliwosci sie koncza, caly zapas bedzie wyczerpany. – Dalej jest juz tylko wielka i ciezka praca nad likwidacja szkod – dodal Sir Julian. – Jest jeszcze inne wyjscie – odezwal sie nagle pulkownik Holmes z piechoty morskiej. – Rozwiazanie silowe. Wokol stolu zapadla nieprzyjemna cisza. Zebrani tu naukowcy i urzednicy woleli zajmowac sie problemami techniczno-organizacyjnymi, rozwiazywac je i wymyslac srodki zaradcze. Wszyscy mieli pewnosc, ze ten koscisty pulkownik – choc w cywilnym ubraniu – ma na mysli glownie dziurawienie ludzi kulami. Tylko wiceadmiral ze sztabu sil zbrojnych i pulkownik spadochroniarzy nie podzielali ogolnego uczucia niesmaku. Przeciwnie, zywo zainteresowali sie tym, co mowil ich kolega z morskich oddzialow desantowych. – Zapewne rozwiazanie to nie wzbudzi entuzjazmu panow – ciagnal Holmes – ale chce przypomniec, ze terrorysci zabili juz z zimna krwia jednego marynarza “Freyi”. Moga wiec tak samo zabic pozostalych dwudziestu dziewieciu. Statek wart jest sto siedemdziesiat milionow dolarow, ladunek – dalsze sto czterdziesci. Trzykrotnie wyzsze sumy pochlonie likwidacja szkod i zanieczyszczen. Jesli kanclerz Busch z jakiegos powodu nie bedzie mogl wypuscic tych ludzi z Berlina, nie zostanie nam nic innego, jak tylko szturmowac statek i probowac sprzatnac faceta z detonatorem, zanim on zdazy nacisnac guzik. – Co pan konkretnie proponuje, pulkowniku Holmes? – spytal Sir Julian. – Proponuje, aby sciagnac z Dorset majora Fallona i posluchac, co on ma do powiedzenia w tej sprawie. Propozycje przyjeto. Sir Julian zapowiedzial wznowienie obrad o trzeciej nad ranem. Dochodzila godzina dwudziesta druga. W tym samym czasie, gdy w sali posiedzen UNICORNE trwaly obrady, w pobliskim gabinecie premiera dobiegala konca rozmowa pani Carpenter z Sir Nigelem Irvinem. – Sytuacja przedstawia sie nastepujaco – powiedziala pani premier – jesli nie znajdziemy trzeciego wyjscia, to albo ci ludzie odzyskaja wolnosc, a Maksym Rudin rozwali Traktat Dublinski, albo zostana w wiezieniu, a ich przyjaciele rozwala “Freye”. Moze w ostatniej chwili zawahaja sie i zrezygnuja. Nie mozna tego wykluczyc, ale nie mozna tez opierac na tym naszych nadziei i planow. Mozna by probowac odbic statek, ale szanse sukcesu sa nikle. Jesli naprawde chcemy _znalezc _ trzecie wyjscie, musimy wiedziec, dlaczego Rudin tak zagral. Moze to tylko blef? Moze dazy do wyrownania kosztow obu stron w traktacie: Rosja zaplaci drogo za zboze, niech wiec i Zachod poniesie duze straty finansowe. A jesli nie ustapimy, czy rzeczywiscie zerwie traktat? Trzeba sie tego wszystkiego spodziewac. – Ile mamy na to czasu? Ile czasu daje nam prezydent Matthews? – spytal dyrektor generalny SIS. – Zakladam, ze mozna nie wypuscic porywaczy o swicie, jak to bylo uzgodnione, i przez jakis czas zwodzic tych na “Freyi”, grac na czas. Dlugo to jednak trwac nie moze. Mysle, ze powinnismy dostarczyc prezydentowi informacji najdalej jutro po poludniu. – Obawiam sie… a mam przeciez w tych sprawach spore doswiadczenie… obawiam sie, ze to niemozliwe. W tej chwili jest w Moskwie polnoc. O natychmiastowym kontakcie ze “Slowikiem” nie ma mowy. Chyba zeby spotkanie bylo juz dawno umowione, ale wiem, ze nie bylo. Probowac natychmiastowego kontaktu, to niemal pewnosc, ze spalimy naszego agenta. – Znam panskie zasady, Sir Nigel, i szanuje je. Wiem, ze bezpieczenstwo agenta w terenie jest kwestia najwyzszej wagi. Ale sprawy panstwowe tez sa tej rangi. A zniweczenie traktatu albo zniszczenie “Freyi” godza w interesy naszego panstwa. To pierwsze zagraza w dodatku pokojowi swiatowemu, i to na wiele lat. Byc moze dojdzie do wladzy pan Wiszniajew… ze wszystkimi mozliwymi konsekwencjami. A jesli zniszczeniu ulegnie “Freya”, same tylko straty Lloyda, a tym samym straty skarbu brytyjskiego, beda katastrofalne. Ze nie wspomne juz o losie tych trzydziestu marynarzy. To nie jest rozkaz, Sir Nigel. Prosze tylko, by pan sam dokonal wyboru miedzy tymi dwoma fatalnymi rozwiazaniami a trzecim, ktore wystawia na ryzyko jednego rosyjskiego agenta. Sir Nigel westchnal ciezko. – Zapewniam pania, ze zrobie wszystko, co w mojej mocy. Ma pani na to moje slowo. – I ruszyl z powrotem do swojej kwatery glownej. Do glownej bazy innej sluzby specjalnej, SBS, ktora miescila sie w Poole w hrabstwie Dorset, zadzwonil ze swego biura w Ministerstwie Obrony pulkownik Holmes. Major Simon Fallon musial oderwac sie od kufla piwa, ktorym raczyl sie w kasynie oficerskim. Obaj komandosi znali sie dobrze, rozmowa nie wymagala wiec zadnych wstepow. – Na pewno sledzisz afere “Freyi”? – _zaczal _ Holmes. Z drugiej strony odpowiedzial mu pelen satysfakcji chichot. – Wiedzialem, ze przyjdzie koza do woza. Czego sie po nas spodziewaja? – Sprawa sie gmatwa – mowil Holmes. – Mozliwe, ze Niemcy zmienia zdanie i zatrzymaja tych dwoch figlarzy w Berlinie na dluzej. Przed chwila bylem na kolejnej naradzie UNICORNE. Oni nie lubia tych _rzeczy, _ ale chca przynajmniej poznac nasze propozycje. Masz juz jakies konkretne pomysly? – Oczywiscie! Myslalem nad tym przez caly dzien. Ale potrzebny mi jest model i plan statku. No i oczywiscie sprzet. – W porzadku. Plan juz mam. Gorzej z modelem. Mam inny, choc podobnej konstrukcji. Na razie zbierz chlopakow. Wez z magazynu potrzebny sprzet: aparaty do nurkowania, magnezy, cale zelastwo, gaz obezwladniajacy… Zreszta sam wiesz najlepiej. Marynarka z Port-land zajmie sie waszym transportem. A teraz zostaw tam wszystko pod opieka jakiegos lebskiego faceta, wskakuj do samochodu i przyjezdzaj do Londynu. Chce cie tu jak najszybciej widziec. – Rozumiem. Sprzet jest juz wybrany i zapakowany. Siedzimy na walizkach. Zalatw jak najszybciej transport. No to czesc, ruszam. Kiedy mocno zbudowany, krepy major wszedl z powrotem do baru, zapanowala cisza. Jego oficerowie wiedzieli juz, ze telefon byl z Londynu i ze byl to wazny telefon. W ciagu paru minut wyciagneli z koszar podoficerow i zolnierzy, a sami przebrali sie z cywilnych ubran w czarne mundury i zielone berety ich formacji. Juz przed polnoca czekali na kamiennym nabrzezu nad kanalem, wcinajacym sie gleboko w pilnie strzezone tereny bazy Marines. Czekali na jednostki marynarki wojennej, ktore mialy ich zabrac wraz ze sprzetem na miejsce przeznaczenia. Ksiezyc swiecil jasno nad przyladkiem Portland, gdy o polnocy trzy lodzie patrolowe wyszly z portu. “Sabre”, “Cutlass” i “Scimitar” skierowaly sie na wschod, w strone Poole. Manetki gazu powedrowaly na pozycje “cala naprzod”. Trzy dzioby uniosly sie wysoko w gore, za rufami pojawily sie kaskady piany, a grzmot silnikow wypelnil zatoke. Wstege szosy biegnacej przez Hampshire w strone Londynu oswietlal az po horyzont ten sam ksiezyc. Luksusowy rover majora Fallona zarlocznie polykal kolejne mile. – I co ja, u diabla, mam powiedziec temu Buschowi? – spytal prezydent Matthews swoich doradcow. W Waszyngtonie byla piata po poludniu. Choc w Europie juz dawno zapadla noc, tutaj promienie slonca wciaz jeszcze oswietlaly rozany ogrod za oknami, reagujacy pierwszymi pakami na ciepla wiosenna pogode. – Nie sadze, aby mogl pan powtorzyc mu tresc rozmowy z Kirowem – zaczal Robert Benson. – Dlaczego? Przeciez powiedzialem to juz pani Carpenter, a ona oczywiscie powtorzy Irvine'owi. – Jest pewna istotna roznica – wyjasnil dyrektor CIA. – Joan Carpenter ma do rozwiazania tylko pewne problemy techniczne, zwiazane z przewidywanym skazeniem, i ma do tego dobrych ekspertow. Nie musi o wszystkim informowac swojego Gabinetu. Natomiast Busch ma zatrzymac w wiezieniu Miszkina i Lazariewa, i tym samym zaryzykowac wielka katastrofe dla Niemiec i ich sasiadow. Jestem prawie pewien, ze bedzie chcial przekonsultowac te decyzje ze swoim rzadem… – To czlowiek sztywnych zasad – poparl Bensona Lawrence. – Jesli dowie sie, ze chodzi o Traktat Dublinski, tym bardziej bedzie chcial podzielic sie ta wiadomoscia z czlonkami Gabinetu. – I na tym wlasnie polega problem – podjal swoj wywod Benson. – Natychmiast dowie sie o tym pietnascie dalszych osob. Niektorzy z nich z kolei wygadaja sie przed zonami, przed wspolpracownikami. Pamietamy przeciez, jak to bylo z afera tego Guillaume'a, wspolpracujacego z wywiadem NRD. W Bonn jest stanowczo za duzo przeciekow. A jesli ta sprawa wyjdzie na jaw, mozemy sie pozegnac z Traktatem Dublinskim, bez wzgledu na to, jak sie skonczy awantura na Morzu Polnocnym. – Moi panowie, polaczenie bedzie juz za chwile. Co mam mu powiedziec, do cholery? – Prosze powiedziec, ze uzyskal pan informacje, ktorych nie mozna powierzyc linii telefonicznej, nawet linii specjalnie zabezpieczonej – zaproponowal Poklewski. – Moze pan powiedziec, ze uwolnienie Miszkina i Lazariewa w ciagu najblizszych paru godzin spowoduje katastrofe znacznie gorsza niz ta, ktora groza terrorysci na “Freyi”. I niech pan poprosi, zeby dal nam troche wiecej czasu. – Ile? – spytal prezydent. – Jak najwiecej – odparl Benson. – A jak i ten czas sie wyczerpie? – prezydenta nie opuszczaly watpliwosci. W tym momencie glos sekretarki oznajmil, ze jest juz polaczenie z Bonn. Kanclerz Busch czekal przy aparacie w swoim wlasnym domu: specjalna linia z Waszyngtonu siegala rowniez tutaj. Nie trzeba bylo tlumacza, Diertrich Busch mowil plynnie po angielsku. Matthews zreszta przez dobre dziesiec minut nie dopuszczal go do glosu, a im dluzej mowil, w tym glebsze zdumienie wpadal szef niemieckiego rzadu. – Ale, na litosc boska, dlaczego? – przerwal wreszcie potok wymowy Matthewsa. – Czy to godzi w jakis sposob w Stany Zjednoczone? Prezydent omal sie nie wygadal. Powstrzymal go w ostatniej chwili ostrzegawczy gest Bensona. – Dietrich, niechze pan zrozumie. Musi mi pan zaufac. Przez telefon, nawet przez tak strzezona linie, nie mozna wszystkiego powiedziec. Pojawil sie nowy element sprawy, cos, co ma dla nas ogromne znaczenie. Powiem tylko tyle, ile moge. Dowiedzielismy sie czegos waznego o tych dwoch ludziach. Ich uwolnienie teraz, w ciagu najblizszych paru godzin, wywolaloby katastrofalne skutki. Dlatego prosze o czas, Dietrich, o troche wiecej czasu. Niech pan poczeka z ich uwolnieniem, dopoki nie zdolamy opanowac pewnych wydarzen. Niemiecki kanclerz sluchal tych slow w swoim gabinecie i intensywnie myslal nad odpowiedzia. Rozpraszaly go nieco dzwieki muzyki Beethovena, dobiegajace spoza uchylonych drzwi salonu. Telefon przerwal mu mila sjeste z cygarem przy muzyce z plyt. To, co mowil teraz amerykanski prezydent, Busch przyjmowal – okreslajac rzecz oglednie – z pewnym niedowierzaniem. W jego przekonaniu transatlantycka linia specjalna, zainstalowana wiele lat temu dla zapewnienia lacznosci miedzy rzadami krajow NATO, regularnie sprawdzana – byla stuprocentowo bezpieczna. Rownie niedostepne dla niepowolanych uszu bylo polaczenie Waszyngtonu z ambasada USA w Bonn. Prezydent moglby skorzystac z tej drogi, gdyby istotnie chcial przekazac kanclerzowi jakas supertajna wiadomosc. To, ze Waszyngton po prostu nie ufa dyskrecji jego Gabinetu – po wykrytych juz nieraz przypadkach dzialalnosci wschodnich szpiegow w samym centrum wladzy nad Renem – jakos nie przyszlo kanclerzowi do glowy. Z drugiej strony – myslal – prezydent Stanow Zjednoczonych nie dzwonilby o tej porze i nie podnosilby alarmu bez powodu. Musial miec powod, i to wazny – tego Busch byl pewien. Tak czy inaczej, postanowil, nie bedzie mogl spelnic prosby Matthewsa bez uprzednich konsultacji. – Jest dopiero dziesiata – powiedzial – z decyzja mozemy poczekac prawie do switu. Nic nowego nie powinno sie przez ten czas wydarzyc. W nocy zwolam ponownie posiedzenie Gabinetu i przekonsultuje z nimi te sprawe. Nic wiecej nie moge panu na razie obiecac. I na razie tym musial sie prezydent Matthews zadowolic. Odlozywszy sluchawke, Dietrich Busch zamyslil sie. Musialo sie _zdarzyc _ cos waznego, cos, co dotyczy Miszkina i Lazariewa, zamknietych w izolatkach berlinskiego wiezienia Tegel. Jesli w tej sytuacji stanie im sie cos zlego, Rzad Federalny nie uniknie lawiny krytyki ze strony polaczonych sil opozycji i prasy niemieckiej. A wybory do parlamentow krajowych juz calkiem blisko… Na poczatek zadzwonil do Ludwiga Fischera, ministra sprawiedliwosci. Zastal go w domu – doskonale wiedzial, ze zaden z ministrow nie wyjedzie na ten weekend poza miasto; tak sie z nimi umowil. Fischer przyjal jego sugestie natychmiast i bez zastrzezen: oczywiscie, przeniesienie tych dwoch ze starego Tegel do znacznie nowoczesniejszego i doskonale strzezonego wiezienia Moabit bedzie krokiem ze wszech miar rozsadnym. Za mury moabickiego wiezienia nie przedostana sie nawet agenci CIA. Fischer niezwlocznie przekazal polecenie kanclerza do Berlina. - Istnieja sformulowania, z pozoru niewinne, ktore jednak – uzyte w telefonicznej rozmowie szefa szyfrantow ambasady brytyjskiej w Moskwie ze stalym przedstawicielem SIS w tej ambasadzie – oznaczaja w istocie: “Pedz tu na zlamanie karku, jest pilna wiadomosc z Londynu”. Takie wlasnie sformulowanie wyrwalo z lozka o polnocy Adama Munro (w Londynie byla dopiero dziesiata) i pognalo go przez uspione miasto na Nabrzeze Maurice'a Thoreza. Juz w drodze z Downing Street do swojego biura Sir Nigel nabral pewnosci, ze premier ma bezwzgledna racje. W porownaniu z zerwaniem Traktatu Dublinskiego albo zniszczeniem “Freyi”, jej zalogi i ladunku – wystawienie jednego rosyjskiego agenta na ryzyko wpadki bylo ewidentnie mniejszym zlem. Z przykroscia myslal o tym, co bedzie musial zlecic Adamowi Munro. Ale zanim jeszcze samochod dotarl do budynku SIS, Sir Nigel wiedzial, ze nie moze od tego odstapic. Zszedl prosto do podziemia, do dzialu lacznosci, wprawiajac w poploch dyzurnych z nocnej zmiany, spokojnie dotad wykonujacych swoje rutynowe zadania. W koncu nikt nie moze zabronic Mistrzowi rozmawiac w srodku nocy bezposrednio z jego moskiewskim pelnomocnikiem – jesli tylko ma on na to ochote! Totez nie trzeba bylo nawet pieciu minut, aby pierwszy zaszyfrowany teleks dotarl do Moskwy. Trzydziesci minut pozniej ta sama droga przyszla odpowiedz, ze Munro jest juz na miejscu i czeka na instrukcje. Operatorami teleksow na obu koncach linii byli starsi, bardzo doswiadczeni pracownicy Firmy, obdarzeni stuprocentowym zaufaniem; musialo tak byc – przez ich rece przechodzily przeciez co dzien komunikaty, ktorych tresc mogla doprowadzic do upadku rzady. Tym razem komunikat – juz w zakodowanej postaci – powedrowal najpierw do Cheltenham, miejscowosci znanej z wyscigow konnych i z ekskluzywnego gimnazjum dla dziewczat. Jest tu jednak rowniez wielki las anten radiowych; z niego wlasnie, po ponownym, automatycznym zdeformowaniu komunikatu do postaci nieczytelnej bez specjalnego dekodera miazgi, pobiegl on ponad spiaca Europa do anten zainstalowanych na dachu ambasady. Kazda litera wystukana na klawiaturze w Londynie, mimo tak licznych metamorfoz, juz po czterech sekundach pojawiala sie w pierwotnym ksztalcie na tasmie teleksu w podziemiach starego palacu, nalezacego niegdys do moskiewskiego magnata cukrowego. – To sam Mistrz – oznajmil z podziwem szyfrant, odczytawszy symbol komunikatu. Sir Nigel musial przekazac Adamowi tresc rozmowy Kirowa z prezydentem Matthewsem. Nie wiedzac, czego domaga sie Rudin, Munro nie moglby przeciez powiedziec “Slowikowi”, jakie sa jego oczekiwania. Teleks terkotal wiec nieustannie przez ladne pare minut. Munro z rozpacza odczytywal wyrzucany z maszyny tekst. – Nie moge tego zrobic – szepnal do szyfranta, ktory tkwil; nieporuszony na swoim miejscu. Transmisja z Londynu wreszcie sie skonczyla. – Niech pan odpowie tak – rzekl Munro. – “Zrozumialem, nie powtarzaj. Ten rodzaj informacji nie do zdobycia w tak krotkim czasie”. Przez dalsze pietnascie minut trwala wymiana zdan miedzy Munro i Sir Nigelem. – “Istnieje przeciez sposob szybkiego kontaktu z S.” sugerowal Londyn. – Tak, ale tylko w przypadku bezwzglednej koniecznosci – odpowiedzial Munro. – “Ten przypadek kwalifikuje sie jako koniecznosc do trzeciej potegi” – wystukiwala maszyna argumenty z Londynu. – Ale S. nie zdola sie niczego dowiedziec przed uplywem kilku dni – kontrargumentowal Munro. – Dopiero we czwartek bedzie ich zebranie. – “Niech S. dostarczy informacje z minionego czwartku” – domagal sie Londyn. – We czwartek sprawa porwania “Freyi” jeszcze w ogole nie istniala – odparowal Munro. W koncu Sir Nigel zrobil to, czego mial nadzieje uniknac. – Przykro mi – podyktowal szyfrantowi – ale to jest polecenie premiera i nie moge go zaniechac. Poza tym, jesli nie podejmiemy proby unikniecia tych katastrof, nie bedzie mozna _zabrac _ S. na Zachod. Munro patrzyl w oslupieniu na zwitki papieru wydostajace sie z teleksu. Oto pierwszy wpadal w pulapke, ktora sam zastawil, czyniac z kobiety, ktora kochal, agenta londynskiego dowodztwa. Nawet jesli to dowodztwo tkwilo nadal w przekonaniu, ze “Slowik” to Anatol Kriwoj, prawa reka tego podzegacza Wiszniajewa, zawiedziony i dlatego sklonny do zdrady aparatczyk. Munro pochylil sie z rezygnacja nad szyfrantem: – Prosze nadac do Londynu nastepujacy tekst: “Sprobuje dzis w nocy stop nie biore odpowiedzialnosci, jesli S. odmowi albo zostanie zdemaskowany stop”. Odpowiedz Mistrza byla tym razem krotka: “Zgoda. Wykonac”. W Moskwie bylo wpol do czwartej i bardzo, bardzo zimno. Szosta trzydziesci w Waszyngtonie. Zmierzch _zapada _ nad rozleglymi trawnikami, widocznymi przez kuloodporne okna z prezydenckiego fotela. Trzeba juz zapalic swiatla. Grupka mezczyzn w Owalnym Gabinecie czeka. Czeka na wiesci od kanclerza Buscha, od nieznanego agenta w Moskwie, od zamaskowanego terrorysty niewiadomego pochodzenia, ktory siedzi teraz u brzegow Europy na wazacej milion ton bombie, z palcem na spuscie detonatora. Czekaja na nikla szanse jakiegos trzeciego wyjscia. Zadzwonil telefon – do Poklewskiego. Sluchal przez chwile, potem zakryl mikrofon dlonia, by przekazac wiadomosc prezydentowi. Byla to odpowiedz na pytanie skierowane godzine temu do Departamentu Marynarki. Tak, jakas jednostka US Navy byla w poblizu “Freyi”. USS “Moran” zakonczyl wlasnie kurtuazyjna wizyte w dunskim porcie Esbjerg; i wlasnie wracal do swojej eskadry Stalych Sil Morskich Atlantyku – STANFORLANT – patrolujacej obecnie wody na zachod od Norwegii. Okret oddalil sie juz znacznie od brzegow dunskich; plynal na polnocny zachod, na spotkanie innych nalezacych do tej eskadry jednostek NATO. – Niech zawroci – polecil prezydent. Poklewski przekazal _rozkaz _ naczelnego dowodcy sil zbrojnych USA do Departamentu Marynarki; stad, poprzez kwatere glowna STANFORLANT, dotarl on szybko do amerykanskiego okretu. O pierwszej w nocy USS “Moran”, w polowie drogi z Danii na Orkady, polozyl ostro ster na burte i cala sila swoich maszyn pomknal w swietle ksiezyca na poludnie, w strone kanalu La Manche. Byla to jednostka uzbrojona w pociski sterowane, a choc swoja masa – 8000 ton wypornosci – przewyzszala brytyjski lekki krazownik “Argyll”, sklasyfikowana byla jako niszczyciel, typu “DD”. Prujac gladka powierzchnie morza z szybkoscia niemal trzydziestu wezlow, dotarla o osmej rano w poblize “Freyi” i zarzucila kotwice piec mil od tankowca. Na parkingu przed hotelem “Mozajskij”, obok ronda zamykajacego Prospekt Kutuzowa, bylo niewiele samochodow, a niemal wszystkie ciemne i puste – z wyjatkiem dwoch. Siedzacy w jednym z nich Munro dostrzegl nagle, jak inny samochod zapalil na chwile swiatla i natychmiast je zgasil. Wysiadl ze swojego wozu i poszedl szybko w tamta strone. Kiedy znalazl sie na fotelu pasazera obok Walentyny, zauwazyl w jej oczach przestrach. – Co sie stalo? Dlaczego dzwoniles do mnie do domu? Na pewno odnotowali ten telefon. Otoczyl ja ramieniem i mimo grubego palta, jakie miala na sobie, poczul, ze Walentyna drzy. – Dzwonilem z budki, a zreszta to nie ja – probowal zazartowac. – To tylko jakis Grigorij przepraszal, ze nie _przyjdzie _ na kolacje. Nie beda nic podejrzewac. – O drugiej w nocy nikt nie dzwoni w takiej sprawie – uciela. – A w dodatku rejonowy widzial, jak wyjezdzalam. Na pewno doniesie. – Wybacz mi, kochanie… widzisz… Szybko opowiedzial jej o wizycie ambasadora Kirowa u Matthewsa; o tym, jak to trafilo do Londynu, a dalej do niego; jak wreszcie zazadali, by sprobowal dowiedziec sie, dlaczego Kreml tak twardo stawia sprawe Miszkina i Lazariewa. – Nie wiem – odparla krotko. – I nic nie przychodzi mi do glowy. Moze dlatego, ze zamordowali kapitana Rudenke? Ten czlowiek mial zone i dzieci… – Daj spokoj, Walu, przeciez wiemy, o czym sie przez te dziesiec miesiecy mowilo w Biurze. Traktat Dublinski to dla was sprawa zycia i smierci. Czy Rudin ryzykowalby jego utrate dla zemsty na dwoch ludziach? – Na razie jeszcze go nie zerwal… Moze chce tylko narazic Zachod na koszty. Nawet jesli statek wyleci w powietrze, poradzicie sobie. Tyle ze bedzie to kosztowalo. Ale Zachod na to stac, Zachod jest bogaty… – Jak mozesz, Walentyno? Na tym statku jest dwudziestu dziewieciu marynarzy. Oni tez maja zony i dzieci. Zycie tych ludzi za przetrzymanie w wiezieniu dwoch… Nie, musi byc jakis inny, znacznie wazniejszy powod. – Nie wiem – powtorzyla. – Nie wspominali o tym na zebraniach Biura. Przeciez wiesz. Munro wpatrywal sie bezradnie w przednia szybe. Na przekor wszystkiemu gdzies w glebi duszy zywil nadzieje, ze ona zna odpowiedz na pytanie Waszyngtonu, ze moze podsluchala cos na korytarzach Komitetu Centralnego. Teraz zostawalo juz tylko jedno: zapytac ja o to… Zapytal – a ona patrzyla na niego szeroko rozwartymi oczami, w ktorych prawie nie bylo lez. – Przeciez obiecali – wyszeptala. – Obiecali, ze za dwa tygodnie zabiora nas, mnie i Sasze, z Rumunii… – I zlamali slowo – przyznal. – Domagaja sie jeszcze tej jednej przyslugi. Oparla czolo na dloniach zacisnietych na kierownicy. – Zlapia mnie… Bardzo sie boje… – Nie zlapia – probowal ja pocieszyc. – KGB dziala znacznie wolniej, niz sie ludziom zdaje, tym wolniej, im wyzej jest podejrzany. A gdybys zdobyla te informacje dla prezydenta Matthewsa, mysle, ze nasi ludzie mogliby zabrac ciebie i Sasze juz za pare dni, nie za dwa tygodnie. Dlatego blagam, Walentyno, sprobuj. To nasza jedyna szansa, zeby byc razem. Teraz z kolei ona dlugo wpatrywala sie w ciemnosc za szyba. – Bylo dzis wieczor zebranie Biura Politycznego – powiedziala nagle. – Nie znam jeszcze tresci. To nadzwyczajne zebranie, poza zwyklym harmonogramem. Przepisywanie protokolu zacznie sie jutro… to _znaczy _ dzisiaj, o dziesiatej rano. Caly personel musial zrezygnowac z sobotnich wyjazdow, zeby przygotowac to na poniedzialek. Nie wiem, moze mowili wlasnie o tym. – Czy mozesz tam wejsc, przejrzec notatki, posluchac tasm? – W srodku nocy? Co ja im powiem? Ze po co przyszlam? – Och, cokolwiek. Powiedz na przyklad, ze chcesz wczesniej _zaczac _ i wczesniej skonczyc, zeby moc wyjechac poza miasto. – Sprobuje – odpowiedziala po dlugim namysle. – Sprobuje. Ale zrobie to tylko dla ciebie, nie dla tych oszustow z Londynu. – Ja… znam troche tych z Londynu, nie sa az tak zli – probowal niesmialo bronic swoich szefow Munro i z przekonaniem dodal: – Na pewno zabiora ciebie i Sasze, jesli jeszcze ten jeden raz im pomozesz. To juz ostatnie ryzyko, naprawde ostatnie. Zdawalo sie, ze go nie slyszy. Nagle jakby zapomniala o swoim leku przed KGB, o niebezpieczenstwie, na jakie sie _naraza, o _ strasznych konsekwencjach wpadki. Kiedy sie znowu odezwala, w jej glosie nie bylo juz drzenia. – _Znasz _ magazyn “Dietskij Mir”?… Stoisko z gumowymi zabawkami, o dziesiatej rano. Stal na czarnym asfalcie i patrzyl, jak oddalaja sie tylne swiatla jej samochodu. A wiec zrobil to. Rozkazali mu, a on to wykonal. Coz, status dyplomaty chronil go przeciez przed Lubianka. W najgorszym razie Dymitr Rykow wezwie brytyjskiego ambasadora na dywanik, wyrazi “stanowczy protest” i uzna Adama Munro za persona non grata. Ale Walentyna? Walentyna jedzie teraz prosto do tajnych archiwow i nie chroni jej nawet zwykly pretekst normalnej obecnosci w swoim miejscu pracy. Spojrzal na zegarek: jeszcze siedem godzin. Siedem godzin sciskajacych zoladek i szarpiacych do bolu nerwy. Podobnie jak Munro, starszy wachmistrz Ludwig Jahn z udreka wpatrywal sie tej nocy w czerwone swiatla odjezdzajacego samochodu. Przez otwarta brame wiezienia Tegel patrzyl, jak opancerzona karetka wiezienna unosi Miszkina i Lazariewa i znika za najblizszym zakretem. Ale w odroznieniu od Munro, Jahn nie bedzie juz na nic w napieciu czekal, nie bedzie nerwowo liczyl godzin i minut. Dla niego czekanie sie skonczylo. Poszedl wolno do swego pokoju na pierwszym pietrze i starannie zamknal drzwi. Przez chwile stal przy otwartym oknie, potem zamachnal sie i cisnal daleko w ciemnosc rurke z cyjankiem. Byl tegi, nieruchawy – latwo uwierza w zawal serca, jesli tylko nie bedzie zadnych sladow. Wychylil sie mocno przez okno. Myslal o swoich bratankach za murem berlinskim, przypomnial sobie ich rozesmiane twarze, kiedy wujaszek Ludo przyniosl – Boze, to ledwie trzy miesiace temu! – podarki swiateczne. Zamknal oczy, podniosl do twarzy drugi pistolet gazowy i nacisnal spust. Bol uderzyl w jego pluca ciezkim mlotem. Mordercza rurka, wypuszczona ze slabnacej dloni, spadla na ulice z cichym brzekiem. Jahn osunal sie, uderzyl broda o parapet i runal na plecy na podloge pokoju. Kiedy znajda go koledzy, pomysla, ze otworzyl okno, gdy poczul pierwszy atak bolu. Tylko pulkownik Kukuszkin bedzie znal prawde; ale to nie bedzie juz mialo zadnego znaczenia. Wybila polnoc. Granie kurantow przytlumil halas przejezdzajacej ciezarowki. Ciezkie kola zmiazdzyly lezaca w rynsztoku niewielka czarna rurke. Afera “Freyi” miala juz swoja pierwsza smiertelna ofiare. 15. Od polnocy do 8.00 Nadzwyczajne posiedzenie niemieckiego Gabinetu wznowiono w budynku Kancelarii o pierwszej w nocy. Kiedy Dietrich Busch zrelacjonowal swoja niedawna rozmowe z Waszyngtonem, nastroje ministrow wahaly sie od desperacji po napastliwosc. – No dobrze – zawolal minister obrony – ale dlaczego on, u diabla, nie chce podac powodow? Czyzby nam nie ufal? – Twierdzi, ze ma powody najwyzszej wagi, ale nie moze ich ujawnic przez telefon, nawet goraca linia – odparl kanclerz. – Mamy dwie mozliwosci: albo mu uwierzyc, albo nazwac go klamca. Na razie brak jest dostatecznych powodow, by wybrac to drugie. – Czy on w ogole wie, co zrobia terrorysci, jesli nie wypuscimy do rana Miszkina i Lazariewa? – spytal ktos inny. – Tak, mysle, ze wie. Ma w kazdym razie pelny zapis rozmow miedzy “Freya” a Kontrola Mozy. – Niech wiec wezmie na siebie odpowiedzialnosc – nalegal minister spraw wewnetrznych. – Dlaczego to my mielibysmy czuc sie winni, kiedy dojdzie do nieszczescia? – Wcale nie powiedzialem, ze mamy sie czuc winni – odparowal Busch. – Ale nie uchyla to zasadniczego pytania: czy mamy sie zastosowac do zyczenia prezydenta Matthewsa, czy nie? Przez chwile panowala cisza. Przerwal ja minister spraw zagranicznych. – Na jaka zwloke on liczy? – Jak najdluzsza. Zdaje sie, ze ma juz jakis plan wyjscia z impasu, mowil cos o “trzecim rozwiazaniu”. Ale co to za plan i jakie to by moglo byc rozwiazanie, wie chyba tylko on. No i oczywiscie pare innych osob, ktorym musial powierzyc ten sekret. My niestety nie nalezymy na razie do tego kregu – z wyrazna gorycza skomentowal kanclerz. – Osobiscie uwazam, ze to znow troche nadwereza nasze przyjazne stosunki – oswiadczyl minister spraw zagranicznych. – Mimo to mysle, ze powinnismy zgodzic sie na te zwloke, dajac jednak jasno do zrozumienia… przynajmniej nieoficjalnie… ze robimy to wylacznie na jego prosbe. – Moze on mysli o odbijaniu statku? – przedstawiciela wojska wciaz intrygowalo enigmatyczne “trzecie rozwiazanie”. – Nasi specjalisci twierdza, ze byloby to nadzwyczaj ryzykowne – odpowiedzial minister spraw wewnetrznych. – Trzeba pokonac przynajmniej dwie mile pod woda, potem wspiac sie po gladkiej stalowej scianie na poklad, dojsc do nadbudowki tak, zeby nie zauwazyl tego wartownik z komina, i wreszcie bezblednie znalezc te kabine, w ktorej przebywa dowodca terrorystow. Jesli, jak podejrzewamy, ten czlowiek ma stale przy sobie nadajnik zdalnie sterujacy zapalnikami, trzeba go zastrzelic, zanim zdazy nacisnac guzik. – Tak czy inaczej, dzis jest juz za pozno na atak – powiedzial minister obrony. – Niedlugo bedzie switac, a to moze byc zrobione tylko pod oslona ciemnosci, czyli nie wczesniej niz o dziesiatej wieczorem. Mamy wobec tego co najmniej dwadziescia jeden godzin. Kwadrans przed trzecia rzad RFN ostatecznie zgodzil sie spelnic prosbe prezydenta Matthewsa: zwolnienie Miszkina i Lazariewa zostanie odlozone na czas nieokreslony. Rzad zastrzega sobie jednak prawo zmiany decyzji, jesli bedzie tego wymagal rozwoj sytuacji albo jesli sojusznicy z Europy Zachodniej uznaja, ze dalsze przetrzymywanie tej dwojki w wiezieniu jest zbyt ryzykowne. Jednoczesnie upowazniono rzecznika prasowego rzadu, by dyskretnie przekazal dwom najbardziej zaufanym ludziom w mass mediach “poufna” wiadomosc, ze te niespodziewana zmiane stanowiska Bonn spowodowala wylacznie silna presja ze strony Waszyngtonu. Byla czwarta rano w Europie, jedenasta wieczorem w Waszyngtonie, kiedy decyzja z Bonn dotarla do prezydenta USA. Matthews podyktowal depesze z serdecznym podziekowaniem dla kanclerza Buscha. Potem spytal swego sekretarza stanu: – Nie ma jeszcze odpowiedzi z Jerozolimy? – Nie. Wiemy tylko, ze nasz ambasador zostanie osobiscie przyjety przez premiera Golena. Kiedy izraelskiemu premierowi po raz drugi naruszono spokoj tego szabasu, jego cierpliwosc zaczela sie wyczerpywac. Ambasadora amerykanskiego przyjal w szlafroku, i nie bylo to przyjecie serdeczne. Dochodzila trzecia nad ranem w Europie, piata w Jerozolimie. Pierwszy, slaby brzask budzacego sie dnia pojawil sie nad wzgorzami Judei. Golen sluchal spokojnie przeslania od prezydenta Matthewsa, nie zapominajac ani na chwile o swoim wlasnym problemie; dla niego najwazniejsza sprawa byla wciaz tozsamosc terrorystow na pokladzie “Freyi”. Ostatnia akcja zbrojna majaca na celu uwolnienie z wiezienia Zydow zdarzyla sie – o ile pamietal – za czasow jego mlodosci, tu, na tej ziemi. Chodzilo wtedy o uwolnienie z brytyjskiego wiezienia w Akrze skazanych na ciezkie kary partyzantow zydowskich; on sam, Beniamin Golen, bral udzial w tej akcji. Ale uplynelo trzydziesci piec lat i sytuacja zmienila sie zasadniczo. Dzisiejsze panstwo Izrael stanowczo potepia terroryzm, branie zakladnikow, szantazowanie rzadow. A jednak… A jednak setki tysiecy jego rodakow na pewno skrycie sympatyzowaly z tymi dwoma chlopcami, ktorzy szukali schronienia przed terrorem KGB na tej jedynej dostepnej dla nich drodze. Izraelscy wyborcy z pewnoscia nie pochwaliliby ich otwarcie, nie czyniliby z nich bohaterow, ale tez nie potepiliby ich jako mordercow. A przeciez zamaskowani ludzie na “Freyi” rowniez mogli byc Zydami, a nawet (nie daj Boze!) Izraelczykami. Jeszcze kilka godzin temu Golen mial nadzieje, ze cala sprawa bedzie zamknieta, zanim skonczy sie szabas: wiezniowie z Berlina znajda sie w Izraelu, terrorysci z “Freyi” zostana schwytani lub zabici. Bedzie oczywiscie troche halasu, ale i to szybko ucichnie. I oto teraz dowiadywal sie, ze te nadzieje sa plonne. Zamiast bezwarunkowego uwolnienia wiezniow Amerykanie proponowali cos, na co w zadnym wypadku nie mogl sie zgodzic. Wysluchawszy do konca ambasadora, stanowczo pokrecil glowa. – Darze pana Williama Matthewsa gleboka przyjaznia i szczerze zycze, jemu i sobie, aby ta przerazajaca afera skonczyla sie bez dalszych ofiar w ludziach. Jednakze w kwestii Miszkina i Lazariewa moje stanowisko jest nastepujace: skoro w imieniu rzadu i narodu Izraela, a takze na wyrazne zyczenie Niemiec Zachodnich, zlozylem powazna, publiczna obietnice, ze nie zostana oni ponownie uwiezieni tutaj, ani tez odeslani z powrotem do Berlina, to musze tej obietnicy dotrzymac. Nie moge, niestety, postapic zgodnie z panska prosba, to _znaczy _ odeslac ich do niemieckiego wiezienia, gdy tylko “Freya” bedzie wolna. Nie potrzebowal wyjasniac amerykanskiemu ambasadorowi glebszych motywow swojej decyzji; dotrzymanie obietnicy bylo w tym przypadku juz nie tylko kwestia honoru, ale i polityki. Gdyby cofnal dane slowo, nic – nawet wymowka, ze obietnice zlozone pod przymusem nie sa wazne – nie uratowaloby go przed gniewem Narodowej Partii Religijnej, ekstremistow z ruchu Gush Emunim, dzialaczy Ligi Obrony Zydow, a przede wszystkim tych stu tysiecy izraelskich wyborcow, ktorzy przyjechali tu z ZSRR w ostatniej dekadzie. Ten gniew zmiotlby go z politycznej areny – a to, mocniej niz wszystkie oficjalne argumenty, sklanialo premiera do dotrzymania slowa. – Tak czy owak, warto bylo sprobowac – skomentowal prezydent Matthews relacje ambasadora, gdy godzine pozniej dotarla do Waszyngtonu. – Tak – zakpil ponuro Lawrence – przynajmniej wiemy, ze jedno z naszych “trzecich wyjsc” w ogole nie istnieje. Zreszta, nawet gdyby istnialo, watpie, czy Rudin zgodzilby sie z niego skorzystac. W Waszyngtonie dochodzila jedenasta, ale w co najmniej pieciu ministerstwach, w roznych punktach stolicy, swiatla wciaz nie gasly; tak jak nie gasly w oknach Owalnego Gabinetu i dwudziestu innych pokojach Bialego Domu, gdzie przy telefonach i dalekopisach ludzie prezydenta czekali na wiesci z Europy. W Owalnym Gabinecie czterej mezczyzni zaglebili sie w fotelach. Wszyscy mysleli o tym samym: jaka bedzie teraz reakcja “Freyi”. Lekarze twierdza, ze trzecia nad ranem to godzina najnizszej aktywnosci umyslu ludzkiego, najwiekszego zmeczenia, najpowolniejszej reakcji, najglebszych depresji. Dla dwoch ludzi siedzacych twarza w twarz w kapitanskiej kajucie “Freyi” byla to takze godzina zamykajaca pierwsza wspolnie spedzona dobe. Obaj nie zmruzyli oka ani tej nocy, ani poprzedniej, obaj czuwali juz od czterdziestu czterech godzin, obaj byli wycienczeni, obaj mieli czerwone z niewyspania oczy. Thor Larsen malo dbal o wirujacy wokol niego gigantyczny cyklon miedzynarodowej aktywnosci rzadow i sztabow operacyjnych, ambasad i komitetow – cyklon, ktory nie pozwalal zgasnac swiatlom w budynkach rzadowych na trzech kontynentach; tu, w oku cyklonu, Larsen rozgrywal swoja wlasna gre. W tej grze fanatyzmowi terrorysty przeciwstawil swoja niezwykla odpornosc na brak snu. I ta wlasnie gra na przetrzymanie zamierzal wygrac wszystko – dla siebie, swojej zalogi i swojego statku. Larsen dobrze wiedzial, ze czlowiek, ktory przedstawil sie jako Swoboda, mlodszy od niego i podniecony wewnetrznym zapalem, podsycanym jeszcze przez wielkie ilosci mocnej kawy i napiecie nerwowe wlasciwe wszelkim hazardowym rozgrywkom, a coz dopiero – takiej grze przeciwko calemu swiatu, ze ow czlowiek mogl w gruncie _rzeczy kazac zwiazac _ kapitana, po czym spokojnie sie przespac. Totez brodaty Norweg postanowil denerwowac go, ekscytowac i draznic jego ambicje, w nadziei, ze tamten podejmie wyzwanie. To Larsen proponowal kolejne filizanki piekielnie mocnej czarnej kawy, choc sam pijal jej dotychczas niewiele i zawsze z mlekiem. To on podejmowal wciaz rozmowe, przez caly dzien i cala noc, prowokujac tamtego do ostrych odpowiedzi i polemik, w ktorych Swoboda mogl popelnic jakis blad. A kiedy jego irytacja stawala sie niebezpieczna, Larsen wycofywal sie. Zmienial temat albo milkl, by za chwile znow podjac swoja gre. Spora przewage dawalo mu dlugoletnie doswiadczenie: setki smiertelnie nudnych i bezczynnych nocy na pelnym morzu przyzwyczaily brodatego kapitana do czuwania nawet wtedy, gdy pelniacy wachte marynarze i oficerowie drzemali na swoich posterunkach. Taka to gre prowadzil kapitan Larsen, gre wojenna bez broni i kul, gre skomplikowana, choc bez dalekopisow, bez nocnych kamer, bez zolnierzy i sojusznikow. Cala wspaniala technika, jaka oddali pod jego komende Japonczycy, w tej grze nie mogla mu sie przydac. Jedyna bronia byla tu intuicja. Jesli siedzacy po drugiej stronie stolu czlowiek zostanie wyprowadzony z rownowagi, moze w ataku wscieklosci nawet zastrzelic kapitana. Jesli poczuje sie obrazony lub oszukiwany, moze wydac polecenie egzekucji nastepnego marynarza. Jesli jednak poczuje sie znudzony i senny, moze po prostu wyznaczyc na swoje miejsce innego, wypoczetego terroryste, a sam pojdzie spac i w ten sposob zniweczy caly dotychczasowy wysilek Larsena, przekresli sens jego zamierzen i staran. Kapitan mial wciaz dostateczne powody, by wierzyc, ze Miszkin i Lazariew beda wolni o swicie. Kiedy dotra bezpiecznie do Tel Awiwu, terrorysci sprobuja uciec z “Freyi”. Ale czy rzeczywiscie beda mogli to zrobic? Czy czatujace wokol okrety wojenne pozwola im sie oddalic? A przeciez nawet w znacznej odleglosci od “Freyl” Swoboda, zaatakowany przez okrety NATO, moze jeszcze nacisnac guzik oscylatora i wysadzic tankowiec w powietrze. Ale najwazniejsze bylo co innego: ten na czarno ubrany czlowiek zamordowal jednego z marynarzy Larsena. Kapitan szczerze go za to nienawidzil i goraco pragnal jego smierci. I dlatego, sam sobie odmawiajac snu, mowil wciaz i mowil, by doprowadzic tamtego do kryzysu. Nie spano tez w Whitehall. Sztab kryzysowy wznowil obrady o trzeciej nad ranem. Przez cala godzine plynely meldunki o postepie prac na roznych frontach. Zmobilizowane od Shella, British Petroleum i tuzina innych firm, wielkie ciezarowki cysterny tankowaly emulgent w magazynach w Hampshire i wiozly go wsrod nocy pustymi szosami poludniowej Anglii. Ciezkie pojazdy dudnily po drogach, dostarczajac kolejne dziesiatki ton koncentratu do portu Lowestoft na wybrzeze Suffolk. O czwartej nad ranem magazyny byly juz puste. Caly tysiactonowy zapas emulgentu powedrowal na wschod. Fabryce, ktora go wytwarzala, wydano oczywiscie polecenie zwiekszenia produkcji do maksimum – az do odwolania. W wielkim tempie przygotowano operacje, majace na celu utrzymanie plamy ropy z dala od brzegu – zanim unieszkodliwi ja emulgent. O wpol do czwartej dotarla do Whitehall wiadomosc z Waszyngtonu, ze rzad zachodnioniemiecki zgodzil sie przetrzymac nieco dluzej Miszkina i Lazariewa. Rowniez tutaj, jak przedtem w Bonn, ktos spytal: – Czy Matthews na pewno wie, co robi? Sir Julian Flannery zachowal kamienna twarz. – Musimy zalozyc, ze wie. Musimy tez, niestety, liczyc sie z tym, ze wkrotce zacznie sie wypuszczanie ropy z “Freyi”. Nasze nocne przygotowania okazaly sie potrzebne. – Ale musimy takze – wtracil urzednik z Ministerstwa Spraw Zagranicznych – liczyc sie z tym, ze po ogloszeniu tej ostatniej wiadomosci Francja, Belgia i Holandia poprosza nas o pomoc w walce z ropa. – W takim razie bedziemy pomagac, oczywiscie w granicach mozliwosci – oswiadczyl Sir Julian. – Kolejny problem stanowia samoloty i statki z urzadzeniami do rozpylania emulgentu. W sali posiedzen UNICORNE odczytano teraz raport o akcjach podjetych juz na morzu. Od ujscia rzeki Humber plynely w strone Lowestoft holowniki cysterny; z Tamizy, a nawet z miejsc tak odleglych jak baza marynarki wojennej w Lee wyszly w morze wszystkie jednostki zdolne rozpylac emulgent. Stopniowo gromadzily sie one w Lowestoft. Ale w zagrozony rejon plynal nie tylko sprzet – plyneli tez ludzie. Minawszy strome klify Beachy Head, lodzie patrolowe “Cutlass”, “Scimitar” i “Sabre”, wiozace na swych pokladach najsilniejsza i najlepiej wyszkolona brygade pletwonurkow komandosow, jaka znal swiat, i caly jej morderczy arsenal, skrecily lekko ku polnocy, by wzdluz brzegow Sussex i Kentu pognac tam, gdzie juz stal na kotwicy krazownik “Argyll”. Loskot ich silnikow odbijal sie echem o kredowe blanki nabrzeznych skal i wyrwal ze smacznego snu niejednego mieszczucha w Eastbourne. Na pokladzie prowadzacej jednostki za niska oslona relingu krylo sie przed wiatrem i bryzgami wody dwunastu komandosow. Pieczolowicie strzegli swoich bagazy: byly to skladane kajaki wymyslnej konstrukcji, a takze paki ze sprzetem do nurkowania, z bronia, amunicja i specjalnymi materialami wybuchowymi – ich narzedzia pracy. Wszystko to z braku lepszego miejsca stloczone bylo po prostu na pokladzie. – Mam nadzieje – dowodzacy ta mala eskadra komandor-podporucznik musial przekrzykiwac halas silnika – ze mi te zabawki tutaj nie wybuchna! – Nie wybuchna – odpowiedzial z przekonaniem kapitan komandosow. – Nie wybuchna, dopoki my sobie tego nie zyczymy. Major Fallon tymczasem byl juz w centrum konferencyjnym w Whitehall. Od dluzszego czasu starannie studiowal fotografie “Freyi”, robione z Nimroda w dzien i w nocy. Ciagle porownywal je tez z planem statku, dostarczonym z biur Lloyda, i z wypozyczonym od British Petroleum modelem brytyjskiego supertankowca “Princess”. W sasiednim pokoju do zebranych przemowil pulkownik Holmes: – Panowie, mysle, ze nadszedl juz czas, by rozwazyc wersje niezbyt przyjemna, ktora jednak moze okazac sie koniecznoscia. – Czyli rozwiazanie silowe – Sir Julian z ponura mina postawil kropke nad “i”. – Jesli prezydent Matthews – ciagnal Holmes – nadal bedzie sprzeciwial sie uwolnieniu Miszkina i Lazariewa, a Niemcy Zachodnie przychyla sie do jego prosb, terrorysci moga w koncu uznac, ze sa oszukiwani, ze ich szantaz nie dziala, ze kontynuowanie akcji nie ma sensu. Chcac uniknac wrazenia, ze wszystko bylo tylko blefem, rozsadza “Freye” na kawalki. Osobiscie sadze, ze zrobia to dopiero w nocy… Mielibysmy zatem jeszcze okolo szesnastu godzin. – Dlaczego w nocy, pulkowniku? – spytal Sir Julian. – Jesli nie maja zamiaru popelnic zbiorowego samobojstwa, choc i tego nie mozna wykluczyc, beda, jak sadze, probowac ucieczki korzystajac z wielkiego zamieszania po wybuchu. Ale zeby w ogole przezyc wybuch i jego skutki, musza opuscic statek i wlaczyc detonator dopiero wtedy, gdy znajda sie juz w pewnej odleglosci od “Freyi”. – Co pan proponuje, pulkowniku? – Dwie rzeczy, Sir. Pierwsza to ich kuter. Nadal stoi zacumowany przy trapie. Natychmiast po zmroku moglby do niego przedostac sie pod woda pletwonurek i przyczepic silny ladunek wybuchowy. Terrorysci, jesli chca zapewnic sobie bezpieczenstwo, musza odplynac co najmniej pol mili od tankowca, zanim nacisna guzik. Dlatego proponuje przyczepic pod ich kuter ladunek ze specjalnym zapalnikiem cisnieniowym. Kiedy kuter ruszy, napor wody od przodu spowoduje wlaczenie zapalnika. Mechanizm opozniajacy gwarantuje wybuch po szescdziesieciu sekundach, zanim kuter osiagnie dystans pol mili od “Freyi”, a wiec zanim beda mogli uzyc swojego radiowego detonatora. Szmer ulgi przebiegl po sali. Wiec to takie proste! Byly jednak watpliwosci. – Czy eksplozja kutra nie moze pociagnac za soba eksplozji ladunkow na “Freyi”? – Nie. Jesli ich zapalniki sa sterowane zdalnie, to jedynym sposobem ich uruchomienia jest odpowiedni sygnal radiowy. A ladunek pod kutrem rozerwie go na drobne kawalki. Nikt z nich nie przezyje wybuchu. – A jesli urzadzenie spustowe uratuje sie w calosci i zatonie – czy samo cisnienie wody nie uruchomi tego sygnalu? – Nie. Pod woda ten nadajnik, nawet nienaruszony, nie bedzie juz grozny. Po prostu sygnal radiowy nie dotrze pod woda do tankowca. – Znakomicie – Sir Julianowi najwyrazniej poprawil sie humor. – Moze daloby sie zrealizowac ten plan wczesniej, przed zapadnieciem zmroku? – Niestety nie – ostudzil jego entuzjazm Holmes. – Pletwonurek zostawia wyrazny slad na powierzchni: pecherzyki powietrza. Przy silniejszym wietrze, wiekszej fali, nikt by tego pewnie nie zauwazyl, ale na spokojnym morzu, tak jak dzisiaj, jest to zbyt widoczne. Ktorys z wartownikow zobaczy pecherzyki i spowoduje natychmiast to, czego wlasnie chcemy uniknac. – Ale po zmroku mozna to zrobic bezpiecznie? – raczej stwierdzil niz spytal Sir Julian. – Tak, chociaz z jednym zastrzezeniem – i to jest powod, zeby ten trik z kutrem uzupelnic jeszcze inna akcja. Jesli przywodca tych bandytow ma zamiary samobojcze… a, jak juz mowilem, nie mozna tego wykluczyc… nie odplynie razem z reszta swoich ludzi, ale zostanie na “Freyi”. Dlatego uwazam, ze powinnismy z nastaniem nocy wejsc na statek i dopasc tego drania, zanim uzyje swojej zabawki. Sekretarz Gabinetu westchnal ciezko. – Taaak. Z pewnoscia ma pan juz jakis konkretny plan tej akcji? – Ja osobiscie nie. Ale chcialbym przedstawic panom teraz majora Simona Fallona, dowodce Special Boat Service. I tak oto koszmarny sen Sir Juliana Flannery'ego urzeczywistnil sie. Major piechoty morskiej, ktory wszedl teraz do sali obrad, mial wprawdzie tylko piec stop i osiem cali wzrostu, ale prawie tylez szerokosci w barach i najwyrazniej nalezal do tego gatunku ludzi, ktorzy o masakrowaniu istot ludzkich mowia rownie lekko, jak Lady Flannery o szatkowaniu jarzyn na swoje slawne salatki prowansalskie. Urodzony pacyfista i antymilitarysta, sekretarz Gabinetu mial juz przedtem co najmniej trzykrotnie okazje spotkac oficerow Special Air Service; dowodce blizniaczej jednostki morskiej widzial po raz pierwszy. Ale byl to niemal dokladnie ten sam typ czlowieka – a wrazenie Sir Juliana rownie niemile. SBS powstala poczatkowo jako jednostka do zadan scisle wojennych, wyspecjalizowana w szturmowaniu z morza umocnien brzegowych. Dlatego jej zolnierze dobierani byli wlasnie z piechoty morskiej. Odznaczali sie oni sprawnoscia fizyczna i sportowa, musieli swietnie plywac, wioslowac, nurkowac, wspinac sie, biegac i walczyc wrecz. Ten “surowy material ludzki” poddawano dalszemu szkoleniu w takich dziedzinach, jak skoki spadochronowe, pirotechnika, sabotaz oraz niezliczone wprost techniki podrzynania gardel i lamania karkow – nozem, druciana petla, albo po prostu golymi rekami. Wszystkie te umiejetnosci, a takze pewna naturalna dyspozycja do przebywania miesiacami na odludziu, samodzielnosc i samowystarczalnosc, umiejetnosc dzialania bez zwracania na siebie uwagi – byly atrybutami wspolnymi zolnierzy SBS i ich kolegow z SAS. Ludzi z SBS odrozniala od tamtych umiejetnosc prowadzenia dzialan pod woda. Wyposazeni w aparaty do nurkowania, potrafili pokonywac niewiarygodne dystanse, umieszczac ladunki wybuchowe w najbardziej' niedostepnych miejscach, a nawet bez akwalungow plywac bezglosnie tuz pod powierzchnia wody i wylaniac sie nagle z morza cicho jak duchy – o tyle osobliwe, ze obwieszone morderczym sprzetem. Czesc tego arsenalu byla calkiem tradycyjna, wrecz staroswiecka: noze, stalowe linki do szybkiego i cichego usmiercania ludzi. Ale odkad w latach szescdziesiatych zaczela sie epidemia terroryzmu, skierowane do walki z nia jednostki specjalne zostaly wyposazone w nowe zabawki. Ci duzi chlopcy od razu je polubili. Kazdy z nich byl teraz takze strzelcem wyborowym, majacym ultraprecyzyjny, recznie wykanczany i indywidualnie testowany sztucer marki Finlanda – norweskie cacko, slusznie uwazane za najlepszy snajperski karabin w swiecie. Mogl on byc, i przewaznie byl, wyposazony w nocny wzmacniacz obrazu, w dluga jak teleskop lunete celownicza i w stuprocentowo skuteczny tlumik halasu i ognia. Do forsowania drzwi uzywali, podobnie jak SAS, krotkich wielko-kalibrowych pistoletow strzelajacych bardzo twardymi, litymi pociskami. Nigdy przy tym nie mierzyli w zamki; z drugiej strony drzwi moglyby byc przeciez inne, niewidoczne stad zasuwy i rygle. Strzelali jednoczesnie z dwu pistoletow w obydwa zawiasy, potem jednym kopnieciem wywalali drzwi i zasypywali wnetrze gradem kul z trzeciej broni palnej, jaka zawsze mieli przy sobie: pistoletow maszynowych Ingram z tlumikiem. W ich podrecznym arsenale byly takze granaty oslepiajaco-ogluszajace, takie same, jakich uzyli wspierajacy Niemcow w Mogadishu komandosi SAS, a bedace doskonalsza wersja znanych juz publicznie petard “oglupiajacych”. Te nowe nie tylko oszalamialy, ale i paralizowaly. W pol sekundy po wyciagnieciu zawleczki granat, wrzucony do zamknietego pomieszczenia, na trzy sposoby obezwladnial wszystkich znajdujacych sie tam ludzi, zarowno terrorystow, jak ich zakladnikow. Blysk oslepial na co najmniej trzydziesci sekund kazdego, kto patrzyl w jego strone, huk uderzal w blone bebenkowa z taka sila, ze dotkliwy bol uniemozliwial jakakolwiek koncentracje, a dodatkowo emitowany przy tym specjalny dzwiek paralizowal – poprzez splot nerwowy ucha srodkowego – wszystkie miesnie organizmu na dziesiec sekund. W czasie testow czlowiek poddany dzialaniu tego dzwieku probowal pociagnac za spust trzymanej broni – ale nawet tego nie byl w stanie zrobic. Wybuch powoduje pekniecie blony bebenkowej – nie czyni przy tym roznicy miedzy terrorystami a zakladnikami. Ale blona bebenkowa moze sie zregenerowac. Martwi zakladnicy nie wroca do zycia. Jak dlugo trwa efekt paralizujacy, komandosi strzelaja nieustannie, tworzac dach z kul cztery cale nad glowami znajdujacych w pomieszczeniu ludzi; inni nurkuja pod tym dachem ku oszolomionym zakladnikom i odciagaja ich po podlodze w bezpieczne miejsca. Kiedy juz to zrobia, strzelcy przenosza ogien o szesc cali nizej. Rozlokowanie zakladnikow i terrorystow we wnetrzu mozna dokladnie ustalic przez zamkniete drzwi, przykladajac do nich elektroniczny stetoskop. Ludzie w srodku nie musza nawet rozmawiac: urzadzenie slyszy ich oddechy i bezblednie je lokalizuje. Ekipa ratunkowa porozumiewa sie na migi, wyprobowanym systemem znakow, ktory wyklucza pomylki. Major Fallon postawil na stole konferencyjnym model “Princess”; skupila sie na nim napieta uwaga wszystkich zebranych. – Proponuje przede wszystkim ustawic krazownik “Argyll” bokiem do “Freyi”. Przed switem trzy lodzie wiozace moich ludzi i sprzet zbliza sie do “Argylla” i stana za nim, tak ze nawet wartownik siedzacy na kominie “Freyi” nie bedzie mogl ich widziec. Dzieki temu bedziemy w stanie po poludniu _zaczac _ przygotowania do akcji poza zasiegiem obserwacji terrorystow. Oczywiscie nie chce tam widziec zadnych samolotow prasowych. Kutry rozpylajace emulgent tez powinny trzymac sie z dala od “Argylla”, zeby nie wzbudzac zadnych podejrzen. Na razie nikt nie zglaszal pytan ani watpliwosci. Sir Julian robil tylko drobne notatki. Fallon ciagnal wiec dalej: – Po zmroku, a przed wschodem ksiezyca, poplyniemy w strone “Freyi” w osmiu, czterema kajakami, na odleglosc trzech mil od tankowca. Nie ma ryzyka wykrycia przez radary “Freyi”. Kajaki sa na to za male i za niskie. Poza tym sa zrobione calkowicie z drewna i plotna, a wiec w praktyce niewidoczne dla radaru. Podobnie z naszymi kostiumami: guma, skora, welna i tak dalej… a wszystkie klamry sa plastikowe. Radary “Freyi” tego nie zarejestruja. W kazdym kajaku na tylnym siedzeniu bedzie jeden pletwonurek. Ich butle z tlenem musza, niestety, byc metalowe, ale na ekranie radaru nie daja one wiekszego sladu niz dryfujaca banka po oleju. Na “Freyi”, z odleglosci trzech mil, w ogole tego nie zauwaza. Trzy mile od “Freyi” nurkowie ustawia swoje kompasy na rufe tankowca – to bedzie latwe, bo rufa jest oswietlona – zsuna sie z kajakow i poplyna dalej pod woda, kierujac sie kompasem. – A dlaczego nie w strone dziobu? Przeciez tam jest ciemniej -i spytal pulkownik lotnictwa. – Po pierwsze dlatego, ze trzeba by bylo najpierw zlikwidowac wartownika na pomoscie dziobowym, a on moze miec kontakt radiowy z mostkiem i ostrzec innych. Po drugie dlatego, ze mielibysmy wtedy cholernie dluga droge do przebycia po pokladzie, a na mostku jest silny reflektor szperacz. I po trzecie dlatego, ze nadbudowka frontu to pionowa stalowa sciana wysokosci pieciu pieter. Oczywiscie moglibysmy sie na nia wspiac, ale po drodze sa okna kabin, w ktorych moze ktos byc i zauwazy nas. Ci czterej, w tej liczbie ja, spotkaja sie pod rufa “Freyi”. Jest tam kilkustopowy nawis, pod ktorym mozna sie ukryc. Gorzej ze wspinaczka: moze nas wtedy zobaczyc wartownik z komina. Co prawda czlowiek siedzacy na wysokosci stu stop ma sklonnosc raczej obserwowac horyzont, niz patrzec w dol. Dla pewnosci warto wtedy urzadzic dla niego spektakl. W uzgodnionym terminie “Argyll” zacznie blyskac reflektorem sygnalowym w strone innych okretow. To powinno calkowicie zajac wartownika”. Wtedy pozbedziemy sie pletw, masek, butli z tlenem i pasow balastowych. Wejdziemy na poklad od strony rufy w samych tylko gumowych kombinezonach. Cale uzbrojenie bedzie ukryte w szerokim, nieprzemakalnym pasie owinietym wokol ciala. – Jak zdolacie wspiac sie po kadlubie, obciazeni dodatkowo czterdziestoma funtami zelastwa, po trzech milach plywania pod woda? – zdziwil sie ktorys z urzednikow ministerialnych. Fallon usmiechnal sie tylko. – Do relingu na rufie jest nie wiecej niz trzydziesci stop. A podczas cwiczen na platformach wiertniczych na Morzu Polnocnym pokonywalismy sto szescdziesiat stop pionowej stalowej sciany w cztery minuty. Nie widzial potrzeby szczegolowego wyjasniania, jak osiaga sie taka sprawnosc ani jaki sprzet umozliwia tego rodzaju wyczyny. Pracujacy dla wojska konstruktorzy dawno juz wymyslili dla SBS znakomity sprzet wspinaczkowy. Waznym jego skladnikiem byly klamry magnetyczne. Z wygladu przypominaly talerz z przymocowanym z tylu uchwytem. Krawedz talerza byla obramowana guma, aby przykladanie go do metalu nie powodowalo halasu; pod guma znajdowala sie metalowa obrecz, ktora po nacisnieciu przelacznika umieszczonego w uchwycie pod kciukiem stawala sie poteznym magnesem. Pole magnetyczne generowal prad z baterii niklowo-kadmowej zainstalowanej w talerzu, malej, ale silnej i niezawodnej. Poslugiwanie sie tymi klamrami wymagalo wielkiej sily, ale tez ludzie-zaby z SBS mieli za soba odpowiedni, forsowny trening. Uzbrojeni w dwa takie talerze, bez wielkiego wysilku podciagali sie na nich z calym swoim ekwipunkiem, przykladajac na przemian prawa i lewa klamre do stalowej sciany, coraz wyzej i wyzej, wylaczajac prad w dolnej po upewnieniu sie, ze gorna trzyma niezawodnie. O sile tych magnesow – ale takze poslugujacych sie nimi rak – swiadczyl fakt, ze wspinacze mogli bez ryzyka odpadniecia pokonywac przewieszki odchylone o czterdziesci piec stopni od pionu. – Pierwszy z nas – mowil Fallon – wejdzie na gore z pomoca specjalnych klamer, ciagnac za soba line. Jesli na pokladzie rufowym bedzie spokoj, przywiaze line i nastepni beda mogli wejsc na poklad w ciagu dziesieciu sekund. Wejdziemy w miejscu, do ktorego nie dociera swiatlo lampy znad drzwi nadbudowki, bo zaslaniaja skrzynia generatora u podstawy komina. W czarnych kombinezonach bedziemy niewidoczni w cieniu tej skrzyni. Tu jednak zaczyna sie pierwszy ryzykowny odcinek drogi: po oswietlonym pokladzie az do nadbudowki. – Czy macie zamiar isc prosto do tych oswietlonych drzwi? – spytal wiceadmiral, najwyrazniej zafascynowany tym naglym przejsciem od spraw technicznych do romantycznej brawury z czasow Nelsona. – Nie, prosze pana. Pojdziemy burta przeciwlegla do “Argylla”. Miejmy nadzieje, ze wartownik, zajety tym, co dzieje sie na krazowniku, nie zauwazy nas, zanim nie schowamy sie za naroznikiem nadbudowki. Tutaj jest okno magazynu brudnej bielizny. Okno jest z pleksiglasu, wytniemy je miniaturowym palnikiem gazowym. Z drzwiami tego magazynu prawdopodobnie nie bedzie juz klopotow. Nikt nie kradnie brudnej bielizny, wiec tez nikt jej nie zamyka na klucz. W ten sposob znajdziemy sie w srodku nadbudowki, pare jardow od glownej klatki schodowej prowadzacej na poziomy “B”, “C”, “D” i na mostek. – Gdzie spodziewa sie pan _znalezc _ dowodce terrorystow, tego z nadajnikiem spustowym? – spytal Sir Julian Flannery. – Po drodze na gore bedziemy osluchiwac wszystkie drzwi. Jesli gdzies uslyszymy glos ludzki, otwieramy drzwi i likwidujemy wszystkich w pomieszczeniu, strzelajac z automatow z tlumikami. Robia to dwaj ludzie, dwaj zostana na strazy. I tak przejdziemy cala nadbudowke. Zlikwidujemy tez kazdego, kogo spotkamy na schodach. W ten sposob dojdziemy niezauwazeni do pokladu “D”. Tu musimy sie zdac na domysly. Najprawdopodobniejsze sa dwa miejsca: kajuta kapitana i kajuta glownego mechanika. Wyslemy tam po jednym czlowieku. Kazdy otwiera swoje drzwi, robi jeden krok do srodka i strzela bez ostrzezenia. Jednoczesnie dwaj pozostali wchodza na mostek: jeden z petardami, drugi z Ingramami. Mostek to za duze pomieszczenie, zeby wybierac sobie cele. Dlatego po wybuchu petard oszalamiajacych musimy prac seriami z Ingramow po wszystkich obecnych. – Jesli bedzie wsrod nich kapitan Larsen? Fallon wbil wzrok w stol. – Przykro mi, ale nie ma mozliwosci ani czasu na identyfikacje celow. – Ale moze sie przeciez zdarzyc, ze nie znajdziecie dowodcy terrorystow ani w tych dwu kabinach, ani na mostku – naciskal ktorys z urzednikow. – Moze ten facet z nadajnikiem wyjdzie wlasnie pospacerowac po pokladzie? Albo do ubikacji? Albo bedzie spal w jakiejs innej kabinie? Co wtedy? Major Fallon wzruszyl tylko ramionami. – Bum – odpowiedzial – wielkie bum! – Tam na dole zamknietych jest dwudziestu osmiu czlonkow zalogi! – zaprotestowal ktorys z naukowcow. – Czy nie mozecie najpierw ich uwolnic? Dac im przynajmniej szanse wyjscia na poklad, zeby uciekali wplaw? – Niestety nie. Rozwazalem wszystkie sposoby dotarcia do magazynu farb… jesli dobrze odgadlem, to tam wlasnie sa zamknieci. Proba dojscia do nich normalna droga, przez budke na rufie, demaskuje nas od razu. Nawet jesli sruby i zawiasy nie beda skrzypiec, to swiatlo z otwartej budki zaalarmuje wartownika. Mozna probowac dostac sie tam z wnetrza nadbudowki przez maszynownie, ale to rozproszy moje siry w decydujacym momencie. Poza tym maszynownia jest ogromna: ma trzy pietra i rozmiary sporego kosciola. Wystarczy, ze jest tam jeden terrorysta, ktory, zanim go uciszymy, zdazy zawiadomic szefa, i wszystko diabli wezma. Dlatego uwazam, ze trzeba zaczac od czlowieka z nadajnikiem. – Ale pan i panscy ludzie, nawet w razie wybuchu, macie jeszcze szanse skoczyc do wody i poplynac w strone “Argylla”? – spytal z glupia frant inny urzednik. Na opalonej twarzy Fallona pojawil sie grymas wscieklosci. – Drogi panie, jesli te ladunki wybuchna, kazdy plywak w promieniu dwustu jardow zostanie wessany wraz z woda przez dziury w kadlubie. – Niech sie pan nie gniewa, majorze Fallon – pospieszyl z interwencja sekretarz Gabinetu. – Jestem pewien, ze moj kolega pytal o to jedynie w trosce o wasze bezpieczenstwo. Powstaje jednak inny problem. Prawdopodobienstwo, ze w pore unieszkodliwicie czlowieka z nadajnikiem, jest, jak widze, dalekie od pewnosci. A jesli on zdazy nacisnac guzik, spowodujecie katastrofe, ktorej wlasnie chcemy uniknac… – Pan wybaczy, Sir Julianie – przerwal mu pulkownik Holmes – ale jesli terrorysci wyznacza na nastepna noc nieodwolalny termin spelnienia ich zadan, a kanclerz Busch bedzie nadal zwlekal z uwolnieniem Miszkina i Lazariewa, po prostu musimy sprobowac metody majora Fallona. Nie bedziemy juz mieli nic do stracenia i nie bedzie zadnej alternatywy. Szmer na sali jednoznacznie wyrazal aprobate. Sir Julian musial ustapic. – Wiec dobrze. Ministerstwo Obrony zechce przekazac “Argyllowi” nastepujaca instrukcje: ustawic sie bokiem do “Freyl”, by zapewnic oslone wzrokowa dla lodzi patrolowych majora Fallona. Ministerstwo Srodowiska poinstruuje kontrolerow ruchu lotniczego, by nie dopuszczali w sasiedztwo “Argylla” zadnych samolotow. Nalezy tez powiadomic statki pozarnicze i inne jednostki w poblizu “Argylla”, by nie wypuszczaly zadnych informacji o dzialaniach grupy SBS. A propos, jak pan sie tam dostanie, majorze Fallon? Dowodca komandosow spojrzal na zegarek. Byla piata pietnascie. – Marynarka podrzuci mnie smiglowcem z heliportu Battersea prosto na poklad “Argylla”. Jesli wyrusze natychmiast, dotre tam rownoczesnie z moimi ludzmi… – Niech pan wiec rusza… i zycze powodzenia, mlodziencze. Nieco zazenowany tym ostatnim okresleniem major zabral model statku, plany i fotografie i wraz z pulkownikiem Holmesem odjechal na lotnisko helikopterow po drugiej stronie Tamizy. Uczestnicy zebrania, wstali, prostujac kosci. Sir Julian opuscil zadymiony pokoj i przez chlodna swiezosc przedswitu powedrowal z kolejnym raportem do premiera. O szostej rano wydano w Bonn krotkie oswiadczenie: po rozwazeniu wszystkich okolicznosci sprawy rzad Republiki Federalnej uznal za rzecz niewlasciwa bezwarunkowa kapitulacje wobec szantazu, w zwiazku z czym zamierza zrewidowac swoja uprzednia decyzje. Miszkin i Lazariew nie zostana zwolnieni o godzinie osmej rano w sobote. Jednoczesnie -stwierdzano dalej – rzad niemiecki uzyje wszelkich srodkow, by przez negocjacje z porywaczami doprowadzic do uwolnienia zalogi statku na innych warunkach. Europejscy sojusznicy RFN zostali o tym oswiadczeniu poinformowani godzine wczesniej. Wszyscy zawiadomieni premierzy zadawali sobie dokladnie to samo pytanie: “Co ci Niemcy tam knuja?” Wyjatkiem byl premier brytyjski, ktory znal cala sprawe od podszewki. Ale i przed innymi rzadami uchylono natychmiast – choc nieoficjalnie – rabka tajemnicy. Zmiana stanowiska nastapila pod silna presja Ameryki; nadto Rzad Federalny nie zrezygnowal z zamiaru uwolnienia wiezniow, chce je tylko opoznic w oczekiwaniu na pomyslniejszy (mamy nadzieje!) rozwoj wydarzen. Tegoz ranka rzecznik prasowy rzadu bonskiego zjadl az dwa prawda, ze bardzo pospiesznie – “robocze sniadania”, z dwoma wplywowymi dziennikarzami niemieckimi, dajac kazdemu z nich niejasno do zrozumienia, ze zmiana polityki rzadu wynika wylacznie z brutalnego nacisku Waszyngtonu. Pierwsza radiowa emisja najnowszego oswiadczenia Bonn dotarla do sluchaczy rownoczesnie z porannymi gazetami, ktore niezlomnie zapewnialy, ze w porze sniadania obaj berlinscy wiezniowie beda juz wolni. Wydawcy gazet nie byli tym bynajmniej zachwyceni i bombardowali urzad prasowy rzadu telefonami, domagajac sie wyjasnien. Nikt jednak nie dostal zadowalajacej odpowiedzi. W drukarniach zdjeto wiec z maszyn przygotowana juz ilustrowana edycje niedzielna i przystapiono do druku nadzwyczajnego wydania sobotniego. Oswiadczenie Bonn dotarlo na “Freye” o wpol do siodmej, na fali BBC w serwisie swiatowym, na ktora Drake nastawil swoj tranzystor. Wysluchal go w milczeniu, a potem jak wielu innych obserwatorow w Europie wybuchnal: – Co oni tam, do cholery, knuja? – Cos nie wyszlo – skomentowal zimno Larsen. – Widac zmienili zdanie. Mowilem, ze to sie nie uda. W odpowiedzi Drake przechylil sie przez stol i wymierzyl rewolwer prosto w twarz Norwega. – Nie ciesz sie! – wrzasnal. – Te ich glupie zarty dotycza nie tylko moich przyjaciol w Berlinie i nie tylko mnie. Takze twojego kochanego, drogocennego statku i twojej zalogi. Nie zapominaj o tym! Na kilka minut pograzyl sie w myslach, potem korzystajac z kapitanskiego interkomu wezwal z mostka jednego ze swoich ludzi. Czlowiek, ktory pojawil sie po chwili w kajucie, byl nadal zamaskowany i nadal mowil po ukrainsku – ale w jego zachowaniu i glosie Larsen wyczul ton niepokoju. Drake kazal tamtemu pilnowac kapitana i wyszedl. Wrocil mniej wiecej po kwadransie, tylko po to, by znow zaprowadzic dowodce “Freyi” na mostek. Glosnik w Kontroli Mozy odezwal sie dokladnie o siodmej. Kanal dwudziesty byl wciaz zarezerwowany dla “Freyi”, a dyzurny operator spodziewal sie tego wezwania, bo i on slyszal juz wiadomosc z Bonn. Totez kiedy “Freya” sie zglosila, szpule magnetofonow juz sie obracaly. Larsen mowil glosem zmeczonym, ale pozbawionym sladu glebszych emocji. – W nastepstwie idiotycznej decyzji rzadu w Bonn, wycofujacej zgode na uwolnienie Lwa Miszkina i Dawida Lazariewa dzis rano o osmej, Judzie, ktorzy opanowali “Freye”, oswiadczaja: Jesli do godziny dwunastej dnia dzisiejszego Miszkin i Lazariew nie znajda sie w samolocie lecacym do Tel Awiwu, dokladnie w poludnie wypompujemy z “Freyi” do morza dwadziescia tysiecy ton ropy naftowej. Kazda proba przeszkodzenia nam w tym, a takze kazde naruszenie rejonu zakazanego wokol “Freyi”, spowoduje natychmiastowe zniszczenie statku, jego zalogi i ladunku. Transmisja skonczyla sie; kanal dwudziesty znowu byl martwy. Nikt nie zadawal zadnych pytan, ale komunikat slyszano w co najmniej stu stacjach radiowych. Juz kwadrans pozniej powtarzaly go w swoich porannych wiadomosciach rozglosnie calej Europy. Nad ranem Owalny Gabinet zaczal przypominac sztab walczacej armii. Wszyscy czterej przebywajacy tu mezczyzni zdjeli marynarki i rozluznili krawaty. Co chwila z dzialu lacznosci przybiegali sekretarze z wiadomosciami dla ktoregos z doradcow prezydenckich. Odpowiednie wydzialy w Langley i w Departamencie Stanu byly juz na stale polaczone z Bialym Domem. O drugiej pietnascie miejscowego czasu (w Europie byla 7.15) Robert Benson dostal wiadomosc o nowym ultimatum Drake'a. Polozyl ja bez slowa na biurku prezydenta. – No coz – odezwal sie znuzonym glosem Matthews – moglismy sie tego spodziewac. Niemniej jednak wiadomosc jest przykra. – Sadzi pan, ze on, kimkolwiek jest, rzeczywiscie to zrobi? – spytal Lawrence. – Na razie zrobil wszystko, co obiecywal, sukinsyn – rzucil ciezkim slowem Poklewski. – Mam nadzieje, ze Miszkin i Lazariew sa pod solidna straza w Tegel – mruknal Lawrence. – Juz wcale nie sa w Tegel – odezwal sie Benson. – Przewieziono ich przed polnoca berlinskiego czasu do Moabitu. To nowoczesniejsze i lepiej strzezone wiezienie. – Skad ty to wiesz, Bob? – zaciekawil sie Poklewski. – Moi ludzie obserwuja Tegel i Moabit juz od poludniowego komunikatu z “Freyi”. Lawrence, dyplomata w starym stylu, najwyrazniej byl tym zirytowany. – Czy to jakas nowa polityka… szpiegowanie naszych sojusznikow?! – Niezupelnie – odparl z usmiechem Benson. – Zawsze to robilismy. – Dlaczego wlasciwie ich przeniesli? – spytal Matthews. – Czyzby Busch podejrzewal, ze Rosjanie sprobuja dobrac sie do Miszkina i Lazariewa? – Nie, panie prezydencie – odparl Benson. – On podejrzewa, ze to ja sprobuje… – Zdaje mi sie – powiedzial Poklewski – ze jest pewna mozliwosc, o ktorej dotad nie pomyslelismy… Jesli terrorysci na “Freyi” dotrzymaja slowa i wypuszcza dwadziescia tysiecy ton ropy oraz zagroza wypompowaniem dalszych piecdziesieciu tysiecy jeszcze dzisiaj, naciski na Buscha bardzo sie wzmoga… – Niewatpliwie – wtracil Lawrence. – Zmierzam do tego, ze Busch moze w koncu ulec tym naciskom i samodzielnie, bez dalszych konsultacji, uwolnic wiezniow. A przeciez on nie w i e, ze to _oznacza _ koniec marzen o Traktacie Dublinskim. Przez chwile panowala gleboka cisza. Przerwal ja dosc niepewnym glosem prezydent Matthews: – Ja… nie mam przeciez sposobu, zeby go powstrzymac. ! – Owszem, ma pan sposob – powiedzial powaznie Benson. Trzej pozostali spojrzeli nan z zainteresowaniem. Kiedy jednak w paru zdaniach wylozyl swoj pomysl, twarze Matthewsa, Lawrence'a i Poklewskiego wyrazaly zaskoczenie. – Nie moge wydac takiego rozkazu – wykrztusil prezydent. – Przyznaje, ze to jest straszne – zgodzil sie Benson – ale to jedyny sposob, by uprzedzic dzialania kanclerza Buscha. A mozemy to zrobic w ostatniej chwili, bo gdyby nawet podjal decyzje o uwolnieniu tej dwojki w najwiekszej tajemnicy, my sie o tym dowiemy. Mniejsza o to jak. Wazne, ze bedziemy wiedziec. I wtedy mozemy natychmiast dzialac. Bo jaka jest alternatywa? Zlamanie traktatu, a w konsekwencji oczywiscie powrot do wyscigu zbrojen. Ale, co gorsza, jesli Rosjanie odstapia od traktatu, my zapewne wycofamy sie z umowy zbozowej i nie wyslemy im ani ziarnka. Wtedy pozycja Rudina jest zagrozona… – Pewnie dlatego tak histerycznie zareagowal na sprawe – wtracil Lawrence. – Bardzo mozliwe – odparl Benson. – Na razie wiemy, ze tak wlasnie postapil, a dopoki nie wiemy dlaczego, nie powinnismy nazywac tego histeria. I poki czekamy na wyjasnienie tej sprawy, moze nie od _rzeczy _ byloby powiadomic prywatnie kanclerza Buscha o mozliwosci, ktora przed chwila przedstawilem. Moglibysmy go tym szachowac, przynajmniej przez jakis czas. W oczach prezydenta zablysla iskierka nadziei. – Wiec sadzisz, ze wystarczy postraszyc tym Buscha? I ze nie bedziemy musieli zrobic tego naprawde? W tym momencie wszedl sekretarz z depesza od premiera brytyjskiego. – To jest kobieta! – zawolal z uznaniem prezydent, ledwie zapoznal sie z trescia depeszy. – Brytyjczycy ocenili, ze poradza sobie z pierwsza plama ropy, z nastepnymi juz nie. A wiec kazala przygotowac plan odbicia “Freyi”! Po zmroku ekipa pletwonurkow wejdzie na statek i uspokoi tego chlopca z zapalkami. Oceniaja swoje szanse jako duze. – A wiec wystarczy trzymac kanclerza w szachu jeszcze przez dwanascie godzin – dokonczyl swoja mysl Benson. – Mysle, panie prezydencie, ze w tej sytuacji stanowczo powinien pan wydac rozkaz, o ktorym mowilem. Sa ogromne szanse, ze nie bedzie trzeba go wykonac. – A jesli bedzie trzeba? Co wtedy, Bob? – Wtedy zostanie wykonany. Matthews zakryl twarz dlonmi, potem zaczal przecierac zmeczone oczy. – Boze, dlaczego czlowiek musi wydawac takie rozkazy? – westchnal. Bo przeciez musze… Tak, Bob, przekaz ten rozkaz. Daleko na wschodzie, nad wybrzezem holenderskim, slonce oderwalo sie juz od horyzontu. Na rufowym pokladzie krazownika “Argyll”, ustawionego juz burta do “Freyi”, stal major Fallon. Przygladal sie trzem lodziom patrolowym, przycumowanym po zachodniej, niewidocznej z “Freyi”, stronie krazownika. Wartownik z komina tankowca nie mogl wiec widziec krzataniny na ich pokladach. Oddzial komandosow Fallona montowal wlasnie swoje kajaki i rozpakowywal niezwykly sprzet. Slonce swiecilo jasno, zapowiadajac kolejny cieply i pogodny dzien. Morze bylo spokojne, wrecz nieruchome. Do Fallona podszedl dowodca “Argylla”, komandor Richard Preston. Stali przez chwile w milczeniu, przygladajac sie trzem smuklym chartom morskim, ktore w ciagu zaledwie osmiu godzin przywiozly tu ludzi i sprzet z odleglego Poole. Nagle lodzie zakolysaly sie; Fallon podniosl wzrok. W odleglosci kilku kabli przeplywal z duza szybkoscia szary okret wojenny; gwiazdzista bandera lopotala nad jego rufa. – Kto to? – spytal Fallon. – Flota amerykanska przyslala swojego obserwatora – wyjasnil Preston. – To USS “Moran”. Zajmie pozycje na poludnie od nas, miedzy “Argyllem” i “Montcalmem”. Spojrzal na zegarek. – Wpol do osmej. Wlasnie podaja sniadanie w mesie oficerskiej. Zapraszam pana do nas, majorze. Byla siodma piecdziesiat, kiedy do drzwi kajuty Mike'a Manninga, dowodcy USS “Moran”, zastukal radiotelegrafista. Okret juz stal na kotwicy po calonocnym rejsie. Komandor Manning, ktory od wielu godzin nie opuszczal mostka, teraz sumiennie wodzil elektryczna maszynka po twardej szczecinie zarostu. Nie przerywajac golenia wzial depesze z rak telegrafisty i rzucil na nia okiem. Wylaczyl maszynke i rzekl ze zdziwieniem: – Nie jest rozszyfrowana… – Tak jest, sir – potwierdzil marynarz. – Ma symbol “Wylacznie do wiadomosci dowodcy”. Manning odprawil telegrafiste, otworzyl sejf w scianie i wyjal z niego swoj osobisty szyfr. Byl nietypowy, ale nie odznaczal sie szczegolna oryginalnoscia. Manning zaczal prowadzic olowek po kolumnach cyfr i liter, szukajac odpowiednikow literowych dla liczb zawartych w depeszy. Kiedy skonczyl, dlugo jeszcze siedzial przy stole. Chyba cos pomylilem – pomyslal najpierw. Potem jeszcze raz sprawdzil poczatek depeszy: moze to tylko jakis kawal? Ale to nie byl kawal. Depesza byla adresowana do niego osobiscie, a nadal ja Departament Marynarki w Waszyngtonie za posrednictwem sztabu STANFORLANT. Wlasciwym nadawca byl jednak prezydent Stanow Zjednoczonych; naglowek – Naczelny Dowodca Sil Zbrojnych USA, Bialy Dom, Waszyngton – nie pozostawial zadnych watpliwosci. – On nie moze tego ode mnie zadac! – rzucil Manning przez zacisniete zeby. – Nikt nie moze tego zadac od marynarza! Ale rozkaz istnial, lezal tutaj i byl calkiem jednoznaczny: “W przypadku, gdyby rzad Niemiec Zachodnich chcial uwolnic porywaczy z Berlina bez konsultacji z nami, USS «Moran» zatopi supertankowiec «Freya» ogniem artyleryjskim oraz zastosuje wszelkie dostepne srodki, by spalic jego ladunek i zminimalizowac szkody srodowiskowe. USS «Moran» wykona te akcje po otrzymaniu sygnalu: THUNDERBOLT, powtarzam: THUNDERBOLT. Depesze zniszczyc”. Mike Manning mial czterdziesci trzy lata, zone i czworo dzieci – wszystkie mieszkaly jeszcze razem z matka w poblizu Norfolk w Wirginii, ale nigdy dotad nie przyszlo mu do glowy kwestionowac rozkazy przelozonych. Podszedl do iluminatora i popatrzyl na oddalony o piec mil niski, podluzny kontur pod wschodzacym sloncem. Wyobrazil sobie nagle, jak jego magnezowe pociski zapalajace przebijaja delikatna powloke “Freyi” i wybuchaja w ladowniach pelnych latwopalnej cieczy. Myslal o tych dwudziestu dziewieciu ludziach, stloczonych gleboko pod linia wodna, osiemdziesiat stop pod falami, w stalowej trumnie, daremnie czekajacych na ratunek. Pomyslal o ich rodzinach. Gwaltownym ruchem zmial trzymany w reku papier. – Panie prezydencie! – wyszeptal. – Nie wiem, czy jestem do tego zdolny. 16. Od 8.00 do 15.00 “Dietskij Mir” -.,Swiat Dziecka” – to najwiekszy w Moskwie sklep z zabawkami: cztery pietra lalek, misiow, nakrecanych samochodzikow i kolorowych gier. W porownaniu z analogicznym sklepem na Zachodzie wystawa jest tu prymitywna, a wybor niewielki, ale we wschodniej stolicy jest to niewatpliwie jeden z najbogatszych, najbarwniejszych magazynow – jesli rzecz jasna nie liczyc dolarowych sklepow “Bieriozka”. Chyba tylko zlosliwej ironii losu nalezy zawdzieczac, ze “Dietskij Mir” sasiaduje – przez plac Dzierzynskiego – z instytucja, ktorej zadna miara nie mozna nazwac dzieciecym rajem: z kwatera glowna KGB. O dziesiatej rano (na Morzu Polnocnym byla dopiero osma) Adam Munro czekal tutaj w samoobslugowym stoisku z miekkimi zabawkami. Ogladal wlasnie z uwaga nylonowego misia, jakby zastanawiajac sie, czy kupic go dla swych latorosli. Dwie minuty pozniej do tej samej polki podeszla inna osoba. Katem oka Adam zauwazyl, ze Walentyna jest blada, a jej zwykle pelne, czerwone usta – sciagniete i zmartwiale. Ale jej glos nie _zdradzal _ wiekszych emocji; byl jak zawsze niski, cichy – ot, przygodna rozmowa dwojga nieznajomych w sklepie. – Widzialam ten protokol. To powazna sprawa. Zdjela z polki zabawke – malpke ze sztucznego futra – i spokojnie opowiedziala mu o swoim odkryciu. – To niemozliwe – szepnal Munro – przeciez on wciaz jest w szpitalu po zawale serca. – Nie. Zostal zastrzelony trzydziestego pierwszego pazdziernika ubieglego roku na ulicy w Kijowie. Dwie ekspedientki oparte o sciane kilka krokow od nich obrzucily rozmawiajaca pare przelotnym spojrzeniem, ale natychmiast powrocily do swoich plotek. Jedna z nielicznych zalet kupowania w moskiewskich sklepach jest kompletna obojetnosc i brak zainteresowania ze strony sprzedawcow. – A zrobili to ci dwaj z Berlina? – domyslil sie Munro. – Wszystko na to wskazuje – przytaknela. – Jesli uciekna do Izraela, moga oglosic to publicznie, a to bylaby niedopuszczalna kompromitacja. – W kazdym razie upadlby Maksym Rudin – przyznal Munro. – Nic dziwnego, ze nie _zgadza _ sie na ich uwolnienie. Po prostu nie moze, nie ma innego wyjscia… Ale co z toba, nic ci nie grozi? – Nie wiem… Mysle, ze nie jest dobrze. Oni chyba cos podejrzewaja. Nic nie mowia, ale czuje to. A jak jeszcze straznik z bramy doniesie o moim nocnym wyjezdzie, a ten z centrali telefonicznej dolozy swoje, jak zloza to wszystko razem… – Posluchaj, Walu, zabiore cie stad szybciej, niz obiecywalem, juz za pare dni. Po raz pierwszy w czasie tego spotkania obrocila ku niemu twarz. Dopiero teraz dostrzegl, ze jej oczy sa pelne lez. – Za pozno na to, Adamie. Zrobilam to, o co prosiles… teraz nie mam juz szans. Wspiela sie na palce i szybko go pocalowala, wywolujac zdumienie plotkujacych ekspedientek. – Zegnaj, kochany. Tak bardzo zaluje… Odwrocila sie i odeszla. Przed wyjsciem zatrzymala sie na chwile, by sie opanowac, potem wyszla z kolorowego sklepu na szara ulice, jak niegdys z Zachodu na Wschod, przez ostatnie nie zamkniete jeszcze przejscie w Murze. Munro, wciaz z lalka w rekach – teraz byla to usmiechnieta dojarka w koronkowym czepku – stal i patrzyl, jak Walentyna idzie chodnikiem, by za chwile zniknac mu z oczu. Naprzeciw drzwi jakis czlowiek w szarym plaszczu czyscil szybe samochodu; gdy Walentyna wyszla, skinal glowa komus, kto byl w srodku wozu i wolno ruszyl za nia. Adam poczul, jak strach i gniew puchna mu w gardle wielka olowiana kula. Nie slyszal juz rozmowy ekspedientek – jego uszy wypelnil wewnetrzny krzyk rozpaczy. Dlon zacisnela sie na plastikowej glowie lalki, miazdzac i kruszac usmiechnieta rozowa buzie. Nie widzial, kiedy i jak pojawila sie przed nim sprzedawczyni. – Pan to polamal – stwierdzila rzeczowo. – Cztery ruble. Jesli burza interwencji prasy i publicznosci, w jakiej znalazl sie kanclerz zachodnioniemiecki poprzedniego popoludnia, zaslugiwala istotnie na te nazwe, to huragan pretensji i pytan, jaki spadl na niego w sobote, byl juz istna traba powietrzna. Biurko ministra spraw zagranicznych zasypane bylo pilnymi notami – z ambasad Finlandii, Norwegii, Szwecji, Danii, Francji, Holandii, Belgii – a w kazdej byla prosba o jak najszybsza audiencje dla ambasadora. Wszystkie prosby zostaly spelnione i kazdy ambasador mial okazje osobiscie _zadac _ ministrowi stereotypowe pytanie: “Co tu sie, do diabla, dzieje?” – oczywiscie ubrane w uprzejma dyplomatyczna frazeologie. Gazety, stacje radiowe i telewizyjne wezwaly do pracy, mimo weekendu, wszystkich swoich ludzi i probowaly zapewnic publicznosci pelna informacje – ale nie bylo to latwe. Prasa nie dysponowala zadnym zdjeciem “Freyi” wykonanym po ataku terrorystow; te, ktore zrobil prywatny fotograf francuski, skonfiskowala policja, a on sam wyladowal w areszcie. Jego zdjecia poddano zreszta starannej analizie w Paryzu, ale nie przyniosly one wiecej informacji niz fotografie z Nimroda, ktore rzad francuski systematycznie otrzymywal. Wobec braku konkretnych informacji z wlasciwych zrodel, gazety probowaly drog okreznych. Dwaj przedsiebiorczy Anglicy przekupili personel hotelu “Hilton” w Rotterdamie, potem w mundurach pozyczonych od obslugi probowali dostac sie do nadbudowki, w ktorej – jak w fortecy – chronili sie Harry Wennerstrom i Liza Larsen. Inni szukali kontaktu z bylymi premierami i ministrami albo z kapitanami wielkich tankowcow. Zawrotne sumy proponowano zonom marynarzy “Freyi” – prawie wszystkie natychmiast wytropiono – za to jedynie, by daly sie sfotografowac w pozie modlitwy: modlitwy za szczesliwe ocalenie ich mezow. Pewien byly oficer Legii Cudzoziemskiej proponowal, ze odbije “Freye” sam, za sume miliona dolarow. Czterech arcybiskupow i siedemnastu parlamentarzystow – kierujac sie zapewne roznymi motywami i ambicjami – zglosilo sie w charakterze dobrowolnych zakladnikow w miejsce kapitana Larsena i jego zalogi. – Kazdy oddzielnie czy hurtem? – zadrwil kanclerz Busch, kiedy mu o tym powiedziano. – Osobiscie wolalbym, zeby zamiast tych dobrych marynarzy _znalazl sie tam pan _ William Matthews. Wtedy moglbym zwlekac z decyzjami chocby i do Bozego Narodzenia. Przed poludniem zaczal 'przynosic owoce przeciek informacyjny, zorganizowany z pomoca dwu supergwiazd niemieckiego dziennikarstwa. Ich aluzje w komentarzach radiowych i telewizyjnych zostaly podchwycone i rozwiniete przez inne redakcje. Coraz powszechniejsze stawalo sie przekonanie, ze w godzinach poprzedzajacych swit Dietrich Busch dzialal pod przemozna presja Ameryki. Bonn odmowilo potwierdzenia tych sugestii, ale tez im nie zaprzeczylo. A te wymijajace odpowiedzi rzecznika rzadowego tez mialy swoja wartosc dla prasy. Totez kiedy nad Waszyngtonem – piec godzin pozniej niz nad Europa – wstawal swit, glowny ciezar zainteresowan prasy przeniosl sie juz na Bialy Dom. Od szostej akredytowani w Waszyngtonie dziennikarze glosno domagali sie rozmowy z samym prezydentem. Musieli zadowolic sie rozmowa z rzecznikiem prasowym, od ktorego jednak niczego nowego sie nie dowiedzieli. Nekany ze wszystkich stron rzecznik robil wciaz uniki, bo sam nic wlasciwie nie wiedzial. Jego ponawiane wciaz prosby o komentarz z Owalnego Gabinetu przyniosly w odpowiedzi jedynie instrukcje, ze “to jest sprawa wylacznie europejska, a Europejczycy robia, co uwazaja za najlepsze”. To wyjasnienie odrzucalo kamyczek z powrotem do ogrodka kanclerza Buscha. A on zloscil sie coraz bardziej. Zloscil sie tez prezydent Matthews. – Jak dlugo to moze jeszcze trwac? – niemal krzyczal na swoich doradcow. Nawet nie spojrzal na przyniesiony mu o szostej talerz z jajecznica. To samo pytanie zadawano sobie tego ranka w dziesiatkach biur w Europie i Ameryce. Ze swojego biura w Teksasie dzwonil do Waszyngtonu wlasciciel miliona ton ropy zwanej mubarakiem. Dzwonil, nie baczac na wczesna pore, do dyrektora kampanii wyborczej partii prezydenta. – Nie interesuje mnie to, ktora godzina! – ryczal na sekretarke dyrektora. – Masz mnie polaczyc i powiedziec, ze to Clint Blake. Jasne? Dyrektor nie byl zachwycony, kiedy wyrwano go ze snu. Ale kiedy odkladal sluchawke, mine mial jeszcze bardziej markotna. Milion dolarow na kampanie wyborcza to nie byle co, nawet w Stanach. Totez grozba Blake'a, ze wycofa swoj datek i wplaci go na konto opozycji, nie wydawala sie ani troche smieszna. Na nic zdaly sie proby przekonywania go, ze caly ladunek jest przeciez ubezpieczony u Lloyda. Tego ranka Blake byl tylko rozwscieczonym Teksanczykiem, do ktorego nie przemawialy zadne argumenty. Rowniez Harry Wennerstrom spedzil wiekszosc tych porannych godzin przy telefonie. Dzwonil do Sztokholmu, do wszystkich przyjaciol i znajomych we flocie, w bankach i w rzadzie, proszac, by wywarli presje na szwedzkiego premiera. Presja okazala sie skuteczna. Zadania Wennerstroma przekazano droga dyplomatyczna do Bonn. Sir Murray Kelso, prezes Lloyda, bez trudu odnalazl wiceministra srodowiska. Sir Rupert Mossbank tkwil juz za swoim biurkiem w White-hall. Zazwyczaj sobota nie jest dniem, w ktorym mozna zastac wyzszych funkcjonariuszy panstwowych przy ich biurkach – ale to nie byla zwykla sobota. Sir Rupert przyjechal tu przed switem na wiesc z Downing Street, ze Miszkin i Lazariew nie zostana zwolnieni – i od tej pory nie opuszczal budynkow Whitehall. Wskazal krzeslo swojemu gosciowi. – Paskudna sprawa – zaczal ogolnikowo Sir Murray. – Wrecz obrzydliwa – zgodzil sie Sir Rupert. Podal biszkopty, po czym dwaj lordowie zajeci byli przez jakis czas piciem herbaty. – Rzecz w tym – przerwal w koncu milczenie Sir Murray – ze w gre wchodza naprawde gigantyczne sumy. Cos okolo miliarda dolarow. Nawet gdyby kraje dotkniete skazeniem domagaly sie odszkodowan nie od nas, ale od Niemiec Zachodnich, to samo tylko ubezpieczenie statku, ladunku i zalogi pochlonie czterysta milionow dolarow. – Oczywiscie mozecie wyplacic taka sume? – zaniepokoil sie Sir Rupert. – Oczywiscie, mozemy. I musimy. Ale to juz jest suma, ktora powaznie _zaciazy _ na tegorocznym bilansie panstwowym. Moga byc klopoty z nastepna pozyczka z Miedzynarodowego Funduszu Walutowego. – Tak – przyznal Mossbank – ale niewiele mozemy tu zrobic. Teraz wszystko jest w rekach Niemcow. – Moze jednak daloby sie ich jakos przycisnac. Ja wiem, porywanie samolotow to rzecz wstretna, ale w koncu mozna by w tym jednym przypadku wypuscic tych lobuzow. Baba z wozu, koniom lzej! – Sprobuje. Zobacze, co sie da zrobic – oswiadczyl Mossbank. W rzeczywistosci doskonale wiedzial, ze nie da sie nic zrobic. W teczce z napisem “tajne”, zamknietej w sejfie, mial informacje, ze za jedenascie godzin major Fallon wsiadzie do swego kajaka; do tego momentu – brzmiala instrukcja premiera – zadnych zmian taktyki! O tej instrukcji kanclerz Busch dowiedzial sie rano, w trakcie osobistej rozmowy z ambasadorem brytyjskim. To go nieco uspokoilo. – Tylko po co jedlismy te zabe? – spytal, gdy ambasador przedstawil mu caly plan. – Czy nie mozna mi bylo tego powiedziec wczesniej? – Wczesniej nie bylismy pewni, czy to jest realne – wyjasnil Anglik, bo takie mial polecenie. – Pracowalismy nad tym przez cale wczorajsze popoludnie i przez cala noc. Dopiero przed switem uzyskalismy pewnosc, ze rzecz jest wykonalna. – Jak oceniacie swoje szanse? – Trzy do jednego na nasza korzysc. Slonce zachodzi dzis o siodmej trzydziesci, kompletna ciemnosc bedzie od dziewiatej. O dziesiatej ci ludzie wystartuja. Kanclerz spojrzal na zegarek. Dwanascie godzin. Jesli Brytyjczykom sie uda, zasluga przypadnie przede wszystkim pletwonurkom zabojcom, ale takze i jemu: za mocne nerwy. Jesli sie nie uda, cala odpowiedzialnosc spadnie na Brytyjczykow. – A zatem wszystko zalezy teraz od majora Fallona – odezwal sie po namysle. – Dobrze, panie ambasadorze, obiecuje grac w te gre do dziesiatej. Oprocz baterii rakiet samosterujacych USS “Moran” mial na pokladzie dwa konwencjonalne dziala Mark45 127 mm, jedno z przodu, jedno z tylu. Choc “konwencjonalne”, niewiele mialy wspolnego z tradycja morskiej artylerii. Naprowadzane radarem, sterowane przez komputer, mogly wystrzelic szybka serie dwudziestu pociskow, bo tyle miescil magazynek. Komputer ustalal tez rodzaj i kolejnosc wystrzeliwanych pociskow. Czasy, w ktorych na okretach wojennych trzeba bylo recznie wyciagac amunicje z glebokich czelusci magazynu, transportowac ja do wiezyczki strzelniczej prymitywna winda, zatrudniac przy obsludze dziala ciezko harujacych ladowaczy – minely bezpowrotnie. Na “Moranie” odpowiednia amunicje wybieraly ze skladu roboty, jej transportem do wiez strzelniczych kierowal mikroprocesor, a dziala ladowaly sie, strzelaly, wyrzucaly luski, ponownie ladowaly i strzelaly – calkowicie bez udzialu rak ludzkich. Celowanie odbywalo sie z pomoca radaru; radarowe oczy okretu odnajdowaly cel wedle zadanego programu, uwzgledniajac wiatr i wszelkie ruchy zarowno celu jak samego “Morana”; a znalazlszy cel trzymaly sie go juz wytrwale, az do nastepnej instrukcji z komputera. Komputer dostarczal tez radarowemu celownikowi informacji o wszystkich biezacych zmianach, o najdrobniejszych poruszeniach “Morana”, o celu, o aktualnej predkosci i kierunku wiatru w przestrzeni miedzy nimi. Gdy cel byl juz namierzony, wszystkie te ruchy i zmiany przestawaly stanowic problem; niezaleznie od nich sterowane z komputera mordercze paszcze dzial bezglosnie i bezblednie obracaly sie tam, gdzie powinny trafic pociski. “Moran” mogl kolysac sie i obracac na sztormowej fali, cel mogl kluczyc i gwaltownie zmieniac kurs – wszystko to blyskawicznie rownowazyly decyzje komputera. Komputer realizowal takze szczegolowy plan rozrzutu pociskow. Na wszelki wypadek dzialala jeszcze w najwyzszym punkcie okretu kamera telewizyjna, dzieki ktorej oficer artylerzysta mogl widziec cel i zmieniac program ostrzalu, wprowadzajac do komputera i mikroprocesora dzial nowe instrukcje. Komandor Manning stal na pokladzie przy relingu i obserwowal “Freye” w ponurym skupieniu. Ktokolwiek doradzil to rozwiazanie prezydentowi, dobrze rzecz wykalkulowal. W przypadku katastrofy “Freyi” glowne zagrozenie dla srodowiska stanowilby ladunek: milion ton plynnej topy. Gdyby jednak te rope zapalic jeszcze w ladowniach albo w kilka sekund po peknieciu kadluba statku, prawie caly ladunek splonie. Scislej biorac: spali sie w gigantycznym wybuchu. Rope naftowa w naturalnej postaci trudno jest zapalic, jesli jednak wystarczajaco ja rozgrzac, to po przekroczeniu temperatury zaplonu chwyci ogien i dalej bedzie sie juz palic sama. Zatankowany na “Freye” mubarak nalezal do najlzejszych i najlatwiej zapalnych gatunkow ropy. Plonaca bryla magnezu, o temperaturze ponad 1000 stopni Celsjusza, zupelnie wystarczy, by splonela niemal cala zawartosc ladowni. Najwyzej dziesiec procent ladunku wydostanie sie na powierzchnie morza w postaci naturalnej. Reszta zamieni sie w kule ognia o srednicy dziesieciu tysiecy stop. Pozostanie po tym wielka plama nieszkodliwej juz zweglonej piany i gigantyczny slup dymu, porownywalny z oblokiem, ktory wykwit! kiedys nad Hiroszima. Ze statku nie zostanie nic – ale zagrozenie srodowiskowe zmniejszy sie do rozmiarow, ktore mozna juz opanowac. Manning oderwal sie od tych wizji i wezwal do siebie oficera artylerzyste, Chucka Olsena. – Zaladowac i zaprogramowac dzialo dziobowe – wydal cichym glosem rozkaz. Komandor-porucznik Olsen _zaczai _ notowac. – Porzadek: trzy przeciwpancerne, piec magnezowych zapalajacych, dwa DSW. Lacznie dziesiec. Potem powtorzyc cala serie w tym samym porzadku. W sumie dwadziescia pociskow. – Tak jest, sir. Trzy PP, piec Gwiazd, dwa kruszace. Plan rozrzutu? – Pierwszy pocisk w punkt zero, nastepny dwiescie metrow dalej, trzeci jeszcze dwiescie metrow dalej. Piec zapalajacych z powrotem do punktu zero, w odstepach czterdziestometrowych. Dwa pociski o duzej sile wybuchu – znow do przodu, sto i dwiescie metrow. Olsen zanotowal plan rozrzutu wedlug instrukcji dowodcy. Manning uniosl wzrok ponad reling. Piec mil od nich stala “Freya”, mierzac teraz dziobem dokladnie w kierunku,.Morana”. Pociski wystrzelone wedlug podyktowanego przed chwila planu beda trafiac w poklad “Freyi” od dziobu az po podstawe nadbudowki, w jednej prostej linii. Przeciwpancerne rozedra stalowy poklad i srodkowe zbiorniki, jak skalpel chirurga rozcina skore; zapalajace wpadna przez to rozciecie do zbiornikow; kruszace rozerwa sciany miedzy zbiornikami i przeniosa pozar do wszystkich ladowni. – Zanotowalem, sir. Punkt zerowy dla pierwszego pocisku? – Poklad “Freyi”, dziesiec metrow od dziobu. Pisak Olsena zatrzymal sie nad papierem. Oficer przyjrzal sie temu, co juz zapisal, potem podniosl wzrok na majaczaca w oddali “Freye”. – Komandorze – wycedzil przez zeby – jesli pan to zrobi, ten statek nie zatonie ani nie spali sie, ani nie rozpadnie. On po prostu wyparuje! – To jest rozkaz, panie Olsen – powiedzial twardo Manning. Stojacy obok pol Szwed, pol Amerykanin byl blady jak sciana. – Na litosc boska, komandorze, tam jest dwudziestu dziewieciu niewinnych marynarzy… – Znam fakty, panie Olsen. Przygotuje pan to dzialo, czy odmawia pan wykonania rozkazu? Oficer artylerzysta wyprezyl sie na bacznosc. – Zaladuje i zaprogramuje dzialo, komandorze Manning, ale nie odpale go. Jesli trzeba bedzie nacisnac spust, zrobi pan to sam. Zasalutowal regulaminowo i zszedl pod poklad, na posterunek dowodzenia artyleryjskiego. Nie bede cie do niczego zmuszal – pomyslal Manning. – Nacisne ten guzik, jesli sam prezydent wyda mi taki rozkaz. A potem podam sie do dymisji. Godzine pozniej przylecial helikopter z “Argylla” i wysadzil na pokladzie “Morana” oficera Marynarki Krolewskiej. Zazadal on rozmowy sam na sam z komandorem Manningiem, zaprowadzono go wiec do kabiny dowodcy. – Pozdrowienia od komandora Prestona, sir – powiedzial poslaniec i wreczyl Manningowi list. Kiedy Amerykanin przeczytal go do konca, wygladal jak czlowiek cudownie uratowany spod szubienicy. List zawieral wiadomosc, ze Brytyjczycy wysla o dziesiatej wieczorem oddzial uzbrojonych pletwonurkow; do tego czasu wszystkie zainteresowane rzady zobowiazaly sie nie podejmowac zadnych samodzielnych akcji. W czasie gdy dwaj oficerowie alianckich flot rozmawiali na pokladzie USS “Moran”, samolot wiozacy Adama Munro na zachod byl juz nad granica radziecko-polska. Ze sklepu na placu Dzierzynskiego Munro poszedl do najblizszej budki telefonicznej i zadzwonil do szefa kancelarii swojej ambasady. Poslugujac sie umowionym kodem oswiadczyl dyplomacie, ze ma juz to, co chcieliby wiedziec jego przelozeni w Londynie, ale do ambasady nie przyjedzie. Zamiast tego rusza od razu na lotnisko, aby zdazyc jeszcze na poludniowy samolot. Zanim szef kancelarii zawiadomil o tym Ministerstwo Spraw Zagranicznych, zanim ministerstwo przekazalo te wiadomosc do SIS, zanim ci zdazyli wyslac odpowiedz, w ktorej domagali sie, aby Munro przetelegrafowal swoje nowiny – on byl juz na pokladzie samolotu. – Co on wyprawia, do diabla? – z tym pytaniem do Barry'ego Ferndale'a zwrocil sie Sir Nigel Irvine, kiedy dowiedzial sie, ze jego' sokol leci do kraju. – Nie mam pojecia – wyznal szczerze kierownik sekcji radzieckiej. – Moze “Slowik” wpadl, a on chce wrocic jak najszybciej, zanim wybuchnie skandal dyplomatyczny. Czy mam po niego wyjechac? – O ktorej przylatuje? – O pierwszej czterdziesci piec. Mysle, ze powinienem sie po niego wybrac. On chyba ma juz te odpowiedz dla prezydenta Matthewsa. A ja, szczerze mowiac, jestem cholernie ciekaw, co za diabel w tym siedzi. – Ja tez – przyznal sie Sir Nigel. – Wez samochod z szyfrujacym telefonem i o wszystkim informuj mnie osobiscie. Na kwadrans przed poludniem Drake wyslal jednego ze swoich ludzi, by znow sprowadzil operatora pomp do osrodka kontroli ladunku na pokladzie “A”. Zostawiwszy kapitana Larsena pod straza innego terrorysty, sam zszedl takze do osrodka; tam wyjal z kieszeni bezpieczniki i umiescil je na swoich miejscach. System pomp “Freyi” na nowo ozyl. – Co trzeba zrobic, zeby wypompowac ladunek? – spytal sprowadzonego marynarza. – Tylko pamietaj, ze twoj kapitan wciaz siedzi tam na gorze z lufa przy nosie. Nie pozyje dlugo, jak bedziesz robil kawaly. – Caly system pomp konczy sie w jednym miejscu, w tak zwanym kolektorze – odpowiedzial bez sprzeciwow operator. – Do tego kolektora podlacza sie weze z instalacji brzegowej. Potem otwiera sie glowne zawory w kolektorze i wlacza pompy. – Jaka jest szybkosc rozladunku? – Dwadziescia tysiecy ton na godzine. Zeby zachowac rownowage statku, wypompowuje sie jednoczesnie kilka zbiornikow, w roznych punktach kadluba. Drake wiedzial, ze “Freya” stoi teraz na fali przyplywu; woda wokol niej dryfowala wolno, nie wiecej niz mile na godzine, na polnocny wschod, w strone Wysp Fryzyjskich. – Otworz zawor tego zbiornika – wskazal na lewa strone statku, na srodokreciu. Pompiarz wahal sie przez chwile, potem usluchal. – Dobrze – pochwalil Drake. – A teraz, jak dam ci znak, wlaczysz pompy i oproznisz ten zbiornik. – Do morza? – marynarz nie wierzyl wlasnym uszom. – Tak, do morza – potwierdzil Drake ze zloscia. – Kanclerz Busch dowie sie nareszcie, co to znaczy presja miedzynarodowej opinii publicznej. W sobote, 2 kwietnia, kiedy wskazowki zegarow zblizaly sie do dwunastej, cala Europa wstrzymala oddech. Wszyscy byli przekonani, ze terrorysci zgladzili juz – w odwecie za naruszenie przestrzeni powietrznej nad statkiem – jednego marynarza. Teraz, z wybiciem dwunastej, mieli zabic nastepnego albo wylac tysiace ton ropy do morza. Nimrod, ktory o polnocy zastapil maszyne majora Lathama, tez musial juz – niespelna godzine temu – opuscic sluzbe. Konczylo mu sie paliwo. Na posterunku byl wiec znowu Latham; kamery jego samolotu spokojnym terkotem odmierzaly biegnacy czas. Major nie wiedzial nawet, ze w tej chwili wiele mil nad nim przesuwa sie szpiegowski satelita Kondor; poprzez siec podobnych aparatow krazacych wokol globu wysylal on do Waszyngtonu nieprzerwany potok obrazow. W Owalnym Gabinecie zmeczony prezydent USA wpatrywal sie w ekran telewizyjny. Spod dolnej ramki obrazu powoli wysunela sie “Freya”, jakby ukryty pod monitorem diabel grozil prezydentowi palcem. W Londynie wiele waznych osobistosci zebralo sie w sali konferencyjnej Urzedu Premiera przed duzym ekranem, na ktorym widac bylo to, co widzial Nimrod. Juz za piec dwunasta kamery samolotu przeszly na prace ciagla; obraz przesylany byl non stop do systemu Datalink na “Argyllu”, a stad do Whitehall. Na pokladach “Montcalma”, “Bredy”, “Brunnera”, “Argylla” i “Morana” marynarze z pieciu krajow co chwila podnosili lornetki do oczu. Ich oficerowie wspinali sie najwyzej jak mogli, by wiecej widziec przez swoje teleskopy. Na fali miedzynarodowej rozglosni radiowej BBC odezwal sie Big Ben. I wtedy w podziemiach Urzedu Premiera, tylko dwiescie jardow od slynnego zegara, ktos wykrzyknal: “Boze, oni leja rope!” W tej samej chwili, trzy tysiace mil stad, dostrzegli to czterej Amerykanie w Owalnym Gabinecie. Z boku “Freyi”, ze srodka lewej burty, wytryskala kolumna lepkiej, rdzawoczerwonej cieczy. Byla gruba jak tors mezczyzny. Pchana sila poteznych pomp “Freyi”, ropa przewalala sie nad relingiem i trzydziestostopowa kaskada spadala w morze. Zaledwie paru sekund bylo trzeba, by szmaragdowa ton wokol statku zmienila kolor i zmetniala. Powracajac wielkimi bablami z glebiny na powierzchnie, ropa rozlewala sie w coraz wieksza plame; przyplyw rozciagal ja coraz bardziej ku polnocnemu wschodowi. Po szescdziesieciu minutach pompowanie wody ustalo; zawartosc jednego zbiornika znalazla sie za burta. Wielka plama na morzu przybrala ksztalt jaja, ktorego wezszy koniec wciaz jeszcze trzymal sie kadluba “Freyi”. W koncu jednak cala plama oderwala sie od statku i podryfowala wolno ku Wyspom Fryzyjskim. Morze wciaz bylo spokojne, totez plama nie dzielila sie na czesci, coraz bardziej jednak sie rozciagala. O drugiej, w godzine zaledwie po oproznieniu zbiornika, miala juz dziesiec mil dlugosci i siedem mil szerokosci w najszerszym miejscu. Kolejny Kondor minal miejsce katastrofy; w Waszyngtonie plama zniknela z ekranu. Poklewski wylaczyl monitor. – A to tylko piecdziesiata czesc calego ladunku – powiedzial. – Europejczycy wpadna chyba w szal. Zadzwonil telefon. Benson podniosl sluchawke. Kiedy ja odkladal, jego twarz zdradzala ozywienie. – W Langley dostali wlasnie wiadomosc z Londynu – powiedzial, zwracajac sie do prezydenta. – Ich czlowiek w Moskwie sygnalizowal, ze ma odpowiedz na nasze pytanie. Twierdzi, ze wie, dlaczego Rudin grozi zerwaniem Traktatu Dublinskiego, w razie gdyby Miszkin i Lazariew wyszli na wolnosc. Teraz leci z ta wiadomoscia osobiscie do -Londynu. Wyladuje za godzine. Matthews wzruszyl ramionami. – Wlasciwie to juz nie ma znaczenia, skoro za kilka godzin major Fallon wyruszy ze swoimi nurkami. Choc oczywiscie dobrze jest wiedziec. – On przekaze to natychmiast Sir Nigelowi, a ten zawiadomi pania Carpenter. Moze poprosi ja pan, zeby skorzystala z goracej linii, jak tylko wiadomosc dotrze do niej? – zasugerowal Benson. – Rzeczywiscie tak zrobie. Powiedzial to o osmej rano; w Europie minela wlasnie pierwsza. Andrew Drake, ktory niemal przez cala ostatnia godzine pograzony byl w myslach, postanowil jeszcze raz porozmawiac z brzegiem. Juz dwadziescia minut pozniej kapitan Larsen wzywal przez radio Kontrole Mozy i prosil o polaczenie z Janem Graylingiem, premierem Holandii. Nie czekal dlugo: Holendrzy juz wczesniej przewidzieli, ze terrorysta bedzie chcial wznowic negocjacje z ich premierem, i byli na to przygotowani. – Slucham pana, kapitanie Larsen, mowi Jan Grayling – Holender rozmawial z Norwegiem po angielsku. – Panie premierze, widzial pan zapewne, jak wypompowano dwadziescia tysiecy ton ropy z mojego statku? – spytal Larsen. Lufa pistoletu niemal dotykala jego ucha. – Tak, to straszne – stwierdzil Grayling. – Dowodca partyzantow proponuje konferencje. Echo ostatnich slow kapitana dosc dlugo kolatalo sie w glowie premiera. Grayling popatrzyl niepewnie na dwoch czlonkow rzadu, ktorzy towarzyszyli mu w tej rozmowie. – Rozumiem – powiedzial, chociaz niczego jeszcze nie rozumial. Chcial po prostu zyskac na czasie. – Jaka to ma byc konferencja? – Bezposrednie, osobiste spotkanie przedstawicieli krajow nadmorskich i innych zainteresowanych stron – odczytywal Larsen z polozonej przed nim kartki. Grayling zakryl dlonia mikrofon. – Ten dran chce rozmawiac! – oznajmil podekscytowany. Potem, znow do telefonu, oswiadczyl: – W imieniu rzadu holenderskiego zgadzam sie byc gospodarzem takiej konferencji. Prosze zawiadomic o tym dowodce partyzantow. Na mostku “Freyi” Andrij Dracz pokrecil przeczaco glowa. Teraz z kolei on zakryl dlonia mikrofon. Przez chwile naradzal sie z Larsenem. – Nie na ladzie – odezwal sie w koncu glos Larsena w telefonie. – Tutaj, na morzu. Jak sie nazywa ten brytyjski krazownik? – “Argyll”. – Oni maja helikopter – mowil Larsen pod dyktando Drake'a. – Konferencja odbedzie sie na “Argyllu”. O trzeciej po poludniu. Wezmie w niej udzial pan, ambasador niemiecki i dowodcy pieciu okretow NATO. Nikt wiecej. – Zrozumialem. Czy dowodca partyzantow przybedzie osobiscie? Pytam, bo musze przekonsultowac z Brytyjczykami gwarancje bezpieczenstwa. Przez chwile nie bylo odpowiedzi. – Nie – odezwal sie w koncu glos kapitana Larsena. – On wysle swojego przedstawiciela. Za piec trzecia helikopter z “Argylla” bedzie mogl sie zatrzymac nad ladowiskiem “Freyi”, powtarzam: nad ladowiskiem. Zadnych zolnierzy ani komandosow na pokladzie, tylko pilot o operator windy, obaj bez broni. Akcja bedzie obserwowana z mostka. I zadnych kamer. Helikopter zatrzyma sie dwadziescia stop nad pokladem. Operator spusci na linie uprzez i zabierze naszego negocjatora na poklad “Argylla”. Czy to jasne? – Najzupelniej – odparl Grayling. – A czy moge wiedziec, kto bedzie tym negocjatorem? – Prosze chwile zaczekac – mikrofon na “Freyi” wylaczyl sie. Larsen skierowal wzrok na Drake'a. – No, panie Swoboda, jesli nie poleci pan sam, to kogo pan wysle? Drake usmiechnal sie przelotnie. – Pana – powiedzial. – Mysle, ze pan najlepiej potrafi ich przekonac, ze nie zartuje, ani z zaloga, ani z ladunkiem. I ze moja cierpliwosc ma granice. W sluchawce telefonu premiera Graylinga znow odezwal sie glos Larsena: – Poinformowano mnie, ze to ja bede negocjatorem. Na tym rozmowa sie skonczyla. Grayling spojrzal na zegarek. – Pierwsza czterdziesci piec – stwierdzil. – Mamy siedemdziesiat piec minut. Wyslijcie po Konrada Yossa smiglowiec, niech laduje jak najblizej jego ambasady. Teraz prosze mnie polaczyc bezposrednio z pania Carpenter. – Tak jest, panie premierze – odpowiedzial jego osobisty sekretarz i dodal: – Pan Harry Wennerstrom chcialby z panem mowic, jest na linii. Staremu milionerowi juz w nocy dostarczono do apartamentu na dach “Hiltona” precyzyjna krotkofalowke. Od wielu godzin wlaczona byla na stale na kanale dwudziestym. – Z pewnoscia poleci pan na “Argylla” smiglowcem – stwierdzil Wennerstrom bez zadnych wstepow. – Bede wdzieczny, jesli zabierze pan ze soba pania Lize Larsen. – Ale… nie wiem… – zaczal Grayling. – Zlitujze sie, czlowieku! – huknal Szwed. – Przeciez ci bandyci nigdy sie o tym nie dowiedza. A jesli sprawy nie pojda dobrze, to jest to dla niej moze ostatnia okazja, zeby widziec go zywego. – Dobrze, niech przyjedzie tutaj najdalej za czterdziesci minut. Startujemy o wpol do trzeciej. Rozmowe na kanale dwudziestym slyszaly oczywiscie wszystkie sieci wywiadowcze i wiekszosc agencji prasowych. Teraz rozdzwonily sie telefony miedzy Rotterdamem i dziewiecioma stolicami europejskimi. Dalekopis w Bialym Domu nerwowo wystukiwal pilna wiadomosc z Agencji Bezpieczenstwa Narodowego dla prezydenta Matthewsa. Przez trawnik na tylach Whitehall pedzil jak strzala w strone rezydencji premiera goniec z depesza do pani Carpenter. Izraelski ambasador w Bonn, w imieniu swojego premiera, nalegal na kanclerza Buscha, by w trakcie konferencji na “Argyllu” koniecznie dowiedziec sie, czy terrorysci sa, czy tez nie sa Zydami; szef rzadu niemieckiego obiecal to zalatwic. Gazety, programy radiowe i telewizyjne mialy juz nowe, sensacyjne tytuly do swoich popoludniowych wydan i emisji. Do ministerstw marynarki pieciu krajow NATO coraz gwaltowniej dobijali sie amatorzy szybkiego raportu z negocjacji – jesli w ogole do nich dojdzie. Dokladnie w chwili, kiedy Jan Grayling odkladal sluchawke po rozmowie _i _ “Freya”, samolot pasazerski wiozacy Adama Munro z Moskwy dotknal kolami pasa startowego nr l na londynskim lotnisku Heathrow. Dzieki przepustce funkcjonariusza Ministerstwa Spraw Zagranicznych Barry Ferndale mogl podjechac samochodem az pod schodki samolotu. Kiedy pojawil sie na nich Munro, Barry wskazal mu miejsce obok siebie, na tylnym siedzeniu. Samochod, ktorym tu przyjechal, byl wyposazony znacznie lepiej niz wiekszosc wozow Firmy. Dzwiekoszczelna szyba oddzielala tylna czesc kabiny od kierowcy, a szyfrujacy telefon pozwalal polaczyc sie w kazdej chwili z kwatera glowna. Kiedy samochod wpadl do tunelu laczacego lotnisko z autostrada M4, Ferndale przerwal milczenie. – Ciezka podroz, nie? – Raczej nie dotyczylo to podrozy samolotem. – Koszmarna – wykrztusil Munro. – Mysle, ze “Slowik” wpadl. A na pewno sledza go. Moze juz go maja. Ferndale westchnal ze wspolczuciem. – Taki nasz cholerny los. Straszne jest stracic agenta. Ja tez stracilem paru, przeciez wiesz. Jeden zginal w bardzo niemilych okolicznosciach. Ale to jest nasz zawod, Adam. Jestesmy tylko czastka tego, co Kipling nazywal Wielka Gra. – Tylko ze to nie jest zadna gra – warknal Adam. – A to, co KGB zrobi ze “Slowikiem”, to nie zabawa. – Na pewno nie. Przepraszam cie, Adam. Nie powinienem byl tego mowic. Samochod stopniowo wlaczal sie w rzeke pojazdow na M4. Ferndale przez chwile milczal wyczekujaco, w koncu jednak nie wytrzymal. – Ale podobno masz odpowiedz na nasze pytanie? – Nasze? Chciales chyba powiedziec: pytanie pani Carpenter? Tak, mam odpowiedz. – No wiec? – To ona pytala – rzekl zimno Munro – i ona dostanie odpowiedz. Mam nadzieje, ze bedzie zadowolona. Ta odpowiedz kosztowala jedno zycie ludzkie. – To moze nie najlepszy pomysl, stary. Nie mozna tak po prostu pojsc sobie do premiera. Nawet Mistrz musi byc najpierw umowiony. – To popros go, zeby mnie umowil – Munro ruchem glowy wskazal na telefon. – Widze, ze nie mam innego wyjscia – mruknal Ferndale z rezygnacja. To smutne – pomyslal – patrzec, jak taki zdolny facet w jednej chwili rujnuje sobie kariere. Ale Adam byl najwyrazniej u kresu wytrzymalosci nerwowej. Barry nie mial zamiaru go draznic. Mistrz kazal mu przeciez tylko pozostawac w kontakcie. I tyle tylko mogl Ferndale zrobic. Dziesiec minut pozniej Joan Carpenter sluchala uwaznie glosu Sir Nigela Irvene'a w szyfrujacym telefonie. – Chce mi osobiscie przekazac odpowiedz? – zdziwila sie. – To chyba troche niezwykle? – Nawet bardzo niezwykle, madame. Prawde mowiac, jeszcze nie slyszalem czegos takiego. Obawiam sie, ze pan Munro bedzie sie musial rozstac z Firma. Rzecz w tym, ze jesli nie oddam go w rece naszych specow od przesluchan, to wlasciwie nie potrafie go sklonic, zeby powiedzial to mnie. Widzi pani, on stracil przy tej robocie agenta, z ktorym, jak sadze, osobiscie sie zaprzyjaznil w ciagu ostatnich miesiecy. Teraz jest bliski zalamania. Joan Carpenter odpowiedziala dopiero po chwili namyslu: – Bardzo mi przykro, ze spowodowalam takie nieszczescie. I chcialabym osobiscie przeprosic za to pana Munro. Niech szofer podwiezie go prosto pod numer dziesiec. Pana takze poprosze do mnie. Odlozyla sluchawke. Sir Nigel jeszcze przez chwile siedzial bez ruchu. Ta kobieta nigdy nie przestanie mnie zadziwiac – pomyslal. – No dobrze, Adam, chciales miec swoja chwile chwaly, synku, i bedziesz ja mial. Ale to juz koniec! Potem bedziesz musial poszukac sobie innej pracy. Nie ma miejsca dla primadonn w Firmie. Dopiero schodzac do samochodu przypomnial sobie, ze jakkolwiek fascynujaca bylaby odpowiedz zdobyta przez Munro, wkrotce bedzie juz tylko ciekawostka bez znaczenia. Za siedem godzin major Fallon i jego trzej koledzy wejda na poklad,,Freyi” i zlikwiduja terrorystow. A Miszkin i Lazariew zostana tam, gdzie sa teraz – jeszcze przez pietnascie lat. O drugiej, juz z powrotem w kajucie kapitana, Drake pochylil sie nad stolem. – Zastanawia sie pan pewnie, dlaczego robie te konferencje na “Argyllu”. Przeciez wiem, ze jak juz pan tam bedzie, powie pan im wszystko: kim jestesmy, ilu nas jest, jakie mamy uzbrojenie, jak rozmiescilismy ladunki. Wiec niech pan slucha uwaznie, bo jest jeszcze cos, co musi pan im powiedziec, jesli chce pan uratowac zaloge i statek przed natychmiastowym zniszczeniem. Mowil dlugo, ponad pol godziny. Thor Larsen sluchal z obojetna mina, uwaznie jednak analizujac slowa tamtego i zastanawiajac sie nad ich glebszym sensem. Kiedy wreszcie Drake skonczyl, norweski kapitan powiedzial tylko: – Powtorze im to. Ale wcale nie po to, by ratowac panska skore, panie Swoboda. W odizolowanej od swiata kabinie rozlegl sie dzwonek interkomu. Drake rozmawial przez chwile z ktoryms ze swoich ludzi, potem wyjrzal przez okno. Od strony otwartego morza zblizal sie, bardzo wolno i ostroznie, bojowy helikopter Wessex z “Argylla” z duzymi, wyraznymi znakami Marynarki Krolewskiej na ogonie. Piec minut pozniej, obserwowany przez lotnicze i satelitarne kamery, a za ich posrednictwem przez sztaby ludzi w oddalonych o setki lub nawet tysiace mil osrodkach decyzyjnych – kapitan Thor Larsen, dowodca najwiekszego statku, jaki kiedykolwiek plywal po morzach swiata, wyszedl z nadbudowki i ruszyl w strone dziobu. Przed wyjsciem zdolal wywalczyc zgode Drake'a na przebranie sie w stroj oficjalny. Teraz mial na sobie czarne spodnie i kurtke kapitana floty handlowej, z czterema zlotymi obwodkami na mankietach i czapke z galonami i emblematem Nordia Line – srebrzystym helmem wikingow. I tylko bialy marynarski golf pod szczelnie zapieta kurtka stanowil odstepstwo od uniformu, w ktorym kapitan Larsen mial sie pojawic poprzedniego wieczora na pierwszym spotkaniu z prasa swiatowa. Wyprostowany jak struna, przemierzal poklad swojego statku, zdazajac ku pomostowi dziobowemu, nad ktorym kolysala sie juz na dlugiej linie spuszczona ze smiglowca uprzez. 17. Od 15.00 do 21.00 Sluzbowa limuzyna Sir Nigela, wiozaca tym razem Barry'ego Ferndale'a i Adama Munro, dotarla na Downing Street 10 kilka sekund przed trzecia. Kiedy obaj weszli do hallu rezydencji premiera, Sir Nigel juz tu byl. Chlodno przywital sie z Munro. – Mam przynajmniej nadzieje, ze to, co pan przywiozl, warte jest osobistej wizyty u premiera. – Tak wlasnie sadze, sir. Dyrektor generalny SIS popatrzyl nan drwiaco. Ten czlowiek byl niewatpliwie bardzo zmeczony. Musial ciezko przezyc afere “Slowika”. Ale to nie usprawiedliwialo lamania dyscypliny. Drzwi prywatnego apartamentu premiera otworzyly sie i ukazal sie w nich Sir Julian Flannery. – Prosze wejsc, panowie. Adam Munro nigdy dotad nie spotkal sie z pania premier osobiscie. Mimo dwoch nie przespanych nocy wygladala swiezo i elegancko. Najpierw przywitala sie z Sir Nigelem, potem uscisnela dlonie dwu jego podwladnych, ktorych dotad nie znala. – Panie Munro, chcialabym od razu stwierdzic, ze jest mi niezmiernie przykro, ze musialam narazic na osobiste ryzyko pana i panskiego agenta w Moskwie. Nie chcialam tego, ale odpowiedz na pytanie prezydenta Matthewsa ma naprawde wielka miedzynarodowa wage… a nie zwyklam tego okreslenia uzywac pochopnie. – Dziekuje za te slowa, madame – odezwal sie Munro. – Wlasnie w tej chwili – mowila dalej Joan Carpenter – kapitan “Freyi”, Thor Larsen, laduje na pokladzie krazownika “Argyll”, gdzie ma sie odbyc konferencja. A wieczorem oddzial pletwonurkow z SBS zaatakuje “Freye” i sprobuje zlikwidowac terrorystow, a przede wszystkim ich przywodce… czlowieka z detonatorem. Twarz Munro stala sie szara jak granit, gdy to uslyszal. – A wiec moj agent narazal sie niepotrzebnie? Pani premier zdobyla sie na jeszcze jeden gest wspolczucia. – Moge tylko powtorzyc wyrazy zalu, panie Munro. Plan odbicia “Freyi” powstal dopiero nad ranem, osiem godzin po ultimatum pana Rudina. W tym czasie panski agent wykonywal juz zadanie. Przeciez nie bylo sposobu, zeby to odwolac! W tym momencie do pokoju wszedl Sir Julian Flannery. – Mamy juz podsluch z,,Argylla”, madame. Pani premier wskazala swoim gosciom fotele. W narozniku pokoju stal duzy glosnik; zasilajacy go przewod ginal gdzies za drzwiami. – Panowie, zaczyna sie konferencja na “Argyllu”. Posluchajmy, a potem pan Munro powie nam, skad wzielo sie to niebywale ultimatum Maksyma Rudina. Kiedy Larsen, po halasliwej pieciomilowej podrozy pod brzuchem smiglowca, uwalnial sie wreszcie z uprzezy na pokladzie brytyjskiego krazownika, przez loskot smigiel Wessexa przedarlo sie radosne pozdrowienie bosmanskich gwizdkow. Dowodca “Argylla” podszedl do Larsena, zasalutowal i wyciagnal don reke. – Richard Preston – przedstawil sie. Larsen odwzajemnil salut i uscisnal dlon Anglika. – Witam na pokladzie, kapitanie. Jesli nie ma pan nic przeciwko temu, zejdziemy od razu do mesy. Dwaj kapitanowie zanurzyli sie w czelusciach krazownika; wkrotce dotarli do najobszerniejszej jego kabiny, mesy oficerskiej. Preston dokonal formalnej prezentacji. – Jego ekscelencja Jan Grayling, premier Holandii… zreszta panowie juz sie znaja, przynajmniej telefonicznie… Jego ekscelencja Konrad Voss, ambasador Republiki Federalnej Niemiec… Komandorzy: Desmoulins z marynarki francuskiej, de Jong z marynarki holenderskiej, Hasselmann z Bundesmarine i Manning z marynarki Stanow Zjednoczonych. Mike Manning wyciagnal reke i spojrzal w oczy brodatego Norwega. – Ciesze sie, ze pana widze, kapitanie – wyrecytowal, ale slowa z trudem przechodzily mu przez gardlo. Larsen chyba to zauwazyl, bo zatrzymal na nim wzrok nieco dluzej niz na pozostalych dowodcach okretow – zanim podszedl do ostatniego z obecnych. – Major Simon Fallon z Krolewskiej Piechoty Morskiej – przedstawil go Preston. Larsen spojrzal z gory na dosc niskiego, krepego komandosa, ktory mocno uscisnal jego dlon. A wiec jednak – pomyslal – Swoboda mial racje. Na zaproszenie komandora Prestona wszyscy usiedli wokol duzego stolu. – Kapitanie Larsen, musze pana poinformowac, ze nasza rozmowa bedzie nagrywana. Jest ona tez transmitowana bezposrednio, w postaci zaszyfrowanej, do budynku Whitehall, gdzie slucha nas premier Wielkiej Brytanii. Larsen skinal glowa. Jego wzrok wedrowal wciaz w strone Amerykanina. Wszyscy inni patrzyli na Larsena ze zrozumialym zainteresowaniem; tylko przedstawiciel marynarki Stanow Zjednoczonych z uporem studiowal wzory na mahoniowym blacie stolu. – Zanim zaczniemy, co moglbym panu zaproponowac? – spytal Preston. – Cos do zjedzenia albo do picia? Herbate, kawe? – Dziekuje, tylko kawe. Bez mleka i bez cukru. Preston dal znak czekajacemu stewardowi, ktory natychmiast zniknal za drzwiami. – Uzgodnilismy, ze najpierw ja zadam panu pytania, ktore interesuja wszystkie prezentowane tu rzady – ciagnal Preston. – Panowie Grayling i Voss laskawie zgodzili sie na taka procedure. Oczywiscie kazdy z obecnych moze _zadac _ dodatkowe pytanie, gdybym cokolwiek przeoczyl. Po pierwsze zatem, kapitanie Larsen, chcielibysmy wiedziec, co dokladnie wydarzylo sie wczoraj nad ranem. Boze, to zaledwie wczoraj? – pomyslal Larsen. Tak, wczoraj, w piatek o trzeciej nad ranem. A teraz jest sobota, godzina pietnasta piec. Tylko trzydziesci szesc godzin, a wydaje sie, jakby to juz tydzien. Krotko i jasno opowiedzial o tym, jak terrorysci weszli na statek w czasie nocnej wachty, jak bez trudu go opanowali i uwiezili zaloge w magazynie farb. – A wiec jest ich siedmiu? – spytal major z “marines”. – Jest pan pewien, ze nie ma ich wiecej? – Jestem pewien: dokladnie siedmiu. – A kim oni wlasciwie sa? – ponownie wlaczyl sie Preston. – Czy to Zydzi? Arabowie? Czerwone Brygady? Larsen ze zdziwieniem popatrzyl po twarzach otaczajacych go ludzi. Dopiero teraz przypomnial sobie, ze oprocz niego nikt jeszcze nie wie, kim sa porywacze. – To Ukraincy – powiedzial. – Nacjonalisci ukrainscy. Dowodca przedstawia sie jako Swoboda. Mowi, ze po ukrainsku znaczy to “wolnosc”. Miedzy soba mowia wylacznie w jezyku, ktory rzeczywiscie moze byc ukrainski. W kazdym razie to ktorys z jezykow slowianskich. – No to na co im ci Zydzi z Berlina? – zirytowal sie premier Grayling. – Tego nie wiem. Swoboda twierdzi, ze to ich przyjaciele. – Zaraz… – ambasador Voss glosno pomyslal. – Chyba wszyscy dalismy sie nabrac na to, ze Miszkin i Lazariew to Zydzi, ktorzy chcieli uciec do Izraela. Ale oni przeciez obaj sa z Ukrainy, ze Lwowa. Nikt nie wpadl na to, ze moga byc rownie dobrze dysydentami ukrainskimi. – A dlaczego oni sadza, ze uwolnienie Miszkina i Lazariewa mogloby pomoc sprawie ukrainskiej? – zwrocil sie Preston do Larsena. – Tez nie wiem. I raczej nie dowiemy sie tego od Swobody. Kiedy juz mial mi to powiedziec, nagle ugryzl sie w jezyk. Oswiadczyl tylko, ze uwolnienie tamtych dwoch spowoduje wielki wstrzas na Kremlu i moze wywolac masowe rozruchy. Twarze zebranych w kabinie ludzi swiadczyly, ze niewiele z tego rozumieja. Dalsze dziesiec minut pochlonely szczegolowe pytania na temat konstrukcji statku i aktualnego rozlokowania jego “pasazerow”. W koncu komandor Preston wstal i w milczeniu porozumial sie wzrokiem z pozostalymi; nikt nie zaprotestowal. Preston pochylil sie nad stolem. – Mysle, kapitanie Larsen, ze nadszedl czas, zeby to panu powiedziec. Dzis wieczorem obecny tu major Fallon z grupka swoich ludzi doplynie do “Freyi” pod woda. Wejda na poklad i zlikwiduja tego Swobode i jego bande. – Nie. Nie zrobia tego – powiedzial wolno i wyraznie Thor Larsen. – Przepraszam, nie rozumiem…? – Nie bedzie zadnych podwodnych atakow… chyba ze chca panowie eksplozji i zatopienia “Freyi”. To wlasnie kazal mi powtorzyc Swoboda. Punkt po punkcie wylozyl kapitan Larsen ostrzezenie, jakiego czlowiek zwany Swoboda udzielal Zachodowi. O zmierzchu zostana zapalone na.”Freyi” wszystkie reflektory. Wartownik z pomostu dziobowego opusci swoj posterunek. Nie bedzie juz tam potrzebny – caly poklad, od dziobu az po podstawe nadbudowki, bedzie zalany swiatlem. Wszystkie drzwi prowadzace do nadbudowki zostana zakrecone srubami od srodka. Zablokowane beda tez wszystkie drzwi wewnetrzne, nic wiec nie da ewentualne wejscie przez okno. Sam Swoboda, z oscylatorem, pozostanie w nadbudowce, ale ma do wyboru ponad piecdziesiat kabin. Zapalone beda wszystkie swiatla we wszystkich kabinach, a wszystkie zaluzje zamkniete. Terrorysta pelniacy wachte na mostku bedzie mial staly kontakt przez walkie-talkie z wartownikiem na kominie. Czterej pozostali beda przez cala noc chodzic wzdluz rufowego relingu i z pomoca latarek obserwowac powierzchnie morza. Jesli zobacza kogos przy burcie albo chocby pecherzyki powietrza zdradzajace pletwonurka, beda natychmiast strzelac. Czlowiek na kominie zaalarmuje kolege na mostku, a ten przekaze ostrzezenie przez telefon do kabiny, w ktorej ukryje sie Swoboda. Ta linia telefoniczna bedzie przez cala noc wlaczona na stale. Swoboda moze wiec nacisnac swoj czerwony guzik juz na pierwszy sygnal zagrozenia. – Dran! – zaklal z pasja komandor Preston. Oczy wszystkich zwrocily sie na majora Fallona. Ten jednak milczal, wpatrujac sie w zamysleniu w Larsena. – No i co, majorze? – spytal wreszcie zniecierpliwiony Grayling. – Mozemy sprobowac wejsc od dziobu – zaczal Fallon, ale Larsen przerwal mu natychmiast. – Obserwator z mostka zobaczy was w swietle reflektorow. Nie dojdziecie nawet do polowy pokladu. – Mozemy w kazdym razie zainstalowac te pulapke pod ich kutrem – rzekl Fallon. – Swoboda pomyslal i o tym. Przeciagna kuter blizej rufy, tak ze caly bedzie w swietle. Fallon wzruszyl bezradnie ramionami. – Nie pozostaje wiec nic innego jak frontalny atak. Podplynac wieksza grupa, strzelac natychmiast po wynurzeniu, rozwalic drzwi i przeszukac wszystkie kabiny po kolei. – Nic z tego nie bedzie – ucial Larsen krotko. – Jeszcze nie przekroczycie relingu, a juz Swoboda uslyszy was i wysle wszystkich do krolestwa niebieskiego. – Musze niestety zgodzic sie z opinia kapitana Larsena – odezwal sie Grayling. – Rzad holenderski nie zaakceptuje takiej samobojczej akcji. – Rzad zachodnioniemiecki rowniez nie – przylaczyl sie Voss. Fallon sprobowal ostatniej swojej karty. – Pan przebywa z nim przez dlugie godziny sam na sam, kapitanie. Czy nie ma pan ochoty go zabic? – Oczywiscie, mam, ale jesli chce mi pan dac jakas bron, to szkoda fatygi. Po powrocie zostane skrupulatnie zrewidowany, na dlugo zanim zobacze Swobode. Jesli znajda przy mnie bron, zamorduja nastepnego mojego marynarza. Dlatego nic stad ze soba nie wezme. Zadnej broni, zadnej trucizny. – Obawiam sie, ze ta sprawa jest juz nieaktualna, majorze Fallon – powiedzial cicho Preston. – Rozwiazanie silowe odpada. Ponownie uniosl sie z krzesla. – Nie sadze, panowie, abysmy zdolali tutaj duzo wiecej zdzialac. Jesli nie ma dalszych pytan do kapitana Larsena, proponuje, abysmy skontaktowali sie teraz z naszymi rzadami. Dziekuje panu, kapitanie, za panski trud i cierpliwosc. W mojej kajucie jest ktos, kto chcialby jeszcze porozmawiac z panem. Grobowa cisza zapanowala w mesie, gdy Larsen wyszedl w slad za stewardem, ktory mial byc jego przewodnikiem. Mike Manning obserwowal go z bolem serca. Kleska planow majora Fallona przywracala przerazajaca perspektywe wykonania rozkazu, jaki Manning dostal rano z Waszyngtonu. Steward otworzyl przed Norwegiem drzwi kajuty komandora Prestona. Liza Larsen oderwala wzrok od iluminatora, za ktorym w oddali majaczyla sylwetka “Freyi”. – Thor – szepnela. Larsen kopnal pieta drzwi, ktore zamknely sie z trzaskiem. Otworzyl szeroko ramiona i chwycil w objecia biegnaca ku niemu kobiete. – Witaj, Suselku! W rezydencji premiera na Downing Street skonczyla sie transmisja z “Argylla”. – Niech to diabli! – odezwal sie pierwszy Sir Nigel, wyrazajac tym przeklenstwem uczucia wszystkich obecnych. Pani premier spojrzala na moskiewskiego agenta SIS. – Jak pan widzi, panie Munro, panskie informacje beda jednak potrzebne. I jesli w najmniejszym chocby stopniu pomoga nam wyjsc z tego impasu, to wasze ryzyko… pana i tego Rosjanina… nie poszlo na marne. A zatem, jak najkrocej: dlaczego Maksym Rudin postapil tak, jak postapil? – Bo zagrozona jest, jak wszyscy dobrze wiemy, jego supremacja w Politbiurze. Ten stan trwa juz od wielu miesiecy… – Tak, oczywiscie – przerwala pani Carpenter – ale to dotyczy przeciez wielkiej polityki. Nadmierne ustepstwa wobec Amerykanow w dziedzinie zbrojen: to jest argument, ktorym chce go wykonczyc Wiszniajew. – Prosze pani, Jefrem Wiszniajew toczy gre o najwyzsza wladze w ZSRR i nie pogardzi zadnym atutem, ktorym moglby zniszczyc Rudina. Jesli nie bedzie konsekwentny, jesli dopusci do podpisania Traktatu Dublinskiego, to w nastepnym tygodniu sam zniknie ze sceny, bedzie zniszczony. Rzecz w tym, ze ci dwaj wiezniowie w Berlinie moga dostarczyc Wiszniajewowi argumentu, ktory przeciagnie jeszcze jednego lub dwoch czlonkow Biura na strone jastrzebi. – Oni? – zdziwil sie Sir Nigel. – W jaki sposob mogliby mu pomoc? – Wystarczy, ze _zaczna _ mowic, ze otworza usta. Ze dotra zywi do Izraela i wystapia tam na konferencji prasowej. I skompromituja Zwiazek Radziecki przed opinia swiatowa, a co gorsza – przed wlasna opinia publiczna. – Skompromituja? Chyba nie tym, ze zabili jednego pilota, o ktorym nikt przedtem nie slyszal? – spytala pani premier. – Nie, nie tym. Zabojstwo kapitana Rudenki bylo zreszta przypadkowe. Rzecz w tym, ze oni musieli uciec na Zachod, zeby nadac rozglos swojemu rzeczywiscie wielkiemu wyczynowi. Trzydziestego pierwszego pazdziernika zeszlego roku ci dwaj ludzie zastrzelili na ulicy w Kijowie szefa KGB, Jurija Iwanienke. Irvine i Ferndale podskoczyli jak uzadleni. – A wiec to tak – mruknal ekspert od spraw radzieckich. – A ja przez caly czas sadzilem, ze Iwanienko, jak to oni mowia, poszedl w odstawke. – Nie w odstawke, ale do ziemi – ponuro zazartowal Munro. – Oczywiscie Politbiuro zna prawde. Co najmniej jeden, moze nawet dwoch czlonkow frakcji Rudina zagrozilo przejsciem do drugiego obozu, jesli zabojcy unikna kary i osmiesza Zwiazek Radziecki. – Osmiesza?! Panie Ferndale, czy Rosjanie rzeczywiscie mysla w tych kategoriach? – Dokladnie tak, madame, i to naprawde ma dla nich wielkie znaczenie – Ferndale, wciaz jeszcze silnie wzburzony tym, co uslyszal, z furia polerowal chusteczka szkla swoich okularow. – W momentach krytycznych, takich na przyklad jak obecny kryzys zywnosciowy, KGB trzyma ludzi w ryzach tylko strachem. Wszystkich, a szczegolnie narody nierosyjskie. Gdyby ten powszechny lek oslabl, gdyby choc w jednej powaznej sprawie KGB okazal sie strachem na wroble, konsekwencje moga byc tragiczne… oczywiscie z punktu widzenia Kremla. Takze za granica, zwlaszcza w Trzecim Swiecie, autorytet Moskwy opiera sie w duzej mierze na przekonaniu, ze kremlowski aparat wladzy jest praktycznie nietykalny, ze nic nie moze mu _zagrozic. _ Totez ci dwaj ludzie rzeczywiscie sa dla Rudina czyms w rodzaju bomby zegarowej. Afera “Freyi” uruchomila zegar i, jesli nic sie nie zmieni, bomba zaraz wybuchnie. – Ale dlaczego nie mozna bylo po prostu powiedziec kanclerzowi Buschowi o tresci ultimatum Rudina? – spytal Munro. – Kanclerz na pewno by zrozumial, ze Traktat Dublinski, ktory w koncu dotyczy w wielkiej mierze jego kraju, jest wazniejszy niz “Freya”… – Nie mozna bylo i nadal nie mozna – przerwal Sir Nigel – bo nienaruszalna tajemnica jest nawet to, ze to Rudin jest motorem calej sprawy. Gdyby choc tyle sie wydalo, caly swiat zrozumie, ze tu chodzi o _rzeczy _ znacznie wieksze niz smierc jednego pilota. – Panowie, wasze rozwazania sa bardzo interesujace, wrecz fascynujace – wlaczyla sie Joan Carpenter – ale nie posuwaja nas ani o krok naprzod w rozwiazaniu naszego problemu. Rudin postawil prezydenta Matthewsa przed piekielnie trudnym wyborem: albo zgodzic sie, aby kanclerz Busch uwolnil Miszkina i Lazariewa, i tym samym utracic swoj traktat, albo zadac zatrzymania tych dwoch ludzi w wiezieniu, i tym samym skazac “Freye”, czyniac sobie przy okazji wrogow w dziesieciu panstwach Europy i narazajac sie na powszechne potepienie. O ile wiem, prezydent probowal juz jakiegos trzeciego wyjscia. Prosil mianowicie premiera Golena, aby po uwolnieniu “Freyi” na warunkach terrorystow, odeslac tamtych dwoch z powrotem do niemieckiego wiezienia. Czy takie rozwiazanie zadowoliloby pana Rudina? Moze tak, moze nie. Nie ma to juz zadnego znaczenia, bo Benyamin Golen odmowil. Z kolei my probowalismy trzeciego wyjscia: zaatakowac “Freye” i odbic ja. Teraz, jak widac, i to okazalo sie niemozliwe. Obawiam sie zatem, ze nie ma juz zadnych mozliwosci… z wyjatkiem tej, ktora, jak podejrzewamy, szykuja Amerykanie. – To znaczy? – spytal Munro. – Zniszczyc statek i jego ladunek ogniem artyleryjskim – wyjasnil Sir Nigel. – Nie mamy na to zadnego dowodu, ale dziala USS “Moran” wymierzone sa prosto we “Freye”. – A jednak istnieje jeszcze jedno rozwiazanie, ktore zadowoliloby Rudina i zalatwilo sprawe – stwierdzil nagle stanowczym glosem Munro. – Czy moglby pan to wyjasnic? Munro spelnil zyczenie pani premier. Mowil przez piec minut; potem zalegla ciezka cisza. Przerwala ja w koncu pani Carpenter. – To dosyc paskudne rozwiazanie. – Pani wybaczy, ale tak samo paskudnie postapilem pchajac mojego agenta w lapy KGB – odparl zimno Munro. Ferndale spiorunowal go wzrokiem. – Czy dysponujemy takimi… piekielnymi rekwizytami? – pani Carpenter zwrocila sie z tym pytaniem do Sir Nigela. Ten z uwaga studiowal ksztalt swoich paznokci. – Sadze, ze nasi specjalisci moga sie o to postarac – baknal niewyraznie. Nagle na pania premier splynelo zbawcze olsnienie. – Dobry Boze! – westchnela z ulga. – Przeciez to w ogole nie jest moj problem. To problem prezydenta Matthewsa. Mysle, ze trzeba mu jak najpredzej przekazac te sugestie. Ale, oczywiscie, w cztery oczy… Panie Munro, czy zgodzilby sie pan osobiscie realizowac ten plan do konca? – Tak, bez skrupulow – odparl stanowczo Munro. W jego myslach wciaz dominowal obraz Walentyny wychodzacej na ulice i mezczyzn w szarych prochowcach, ktorzy na nia czekali. – Mamy malo czasu – kontynuowala pani Carpenter. – Sir Nigel, czy jest jakis sposob, zeby dotrzec do Waszyngtonu jeszcze dzisiaj? – O piatej startuje Concorde. To nowa linia, do Bostonu. Ale mysle, ze na specjalne zyczenie prezydenta mozna by skierowac samolot do Waszyngtonu. Pani Carpenter spojrzala na zegarek. Byla czwarta po poludniu. – No to w droge, panie Munro. Przekaze prezydentowi Matthewsowi nowiny, ktore przywiozl pan z Moskwy, i poprosze, aby pana przyjal. Przedstawi mu pan osobiscie te swoja makabryczna propozycje. Jesli oczywiscie udzieli panu tak naglej audiencji… Piec minut po wejsciu meza do kabiny Liza Larsen wciaz jeszcze kurczowo sciskala jego dlon. On pytal ja o dom, o dzieci. Wszystko w porzadku – odpowiadala – rozmawiala z nimi dwie godziny temu; jest sobota, dzien bez szkoly, sa wiec w domu, to _znaczy _ u Dahla. Na pewno niczego im nie brakuje – ciagnela. – Teraz pewnie pojechaly do Bogneset, trzeba przeciez nakarmic kroliki… Te pogodne rodzinne plotki nie mogly jednak trwac dlugo. – Thor, jak to sie skonczy? – spytala nagle. – Nie wiem. Nie rozumiem, dlaczego Niemcy nie chca uwolnic tamtych dwoch ludzi. Ani dlaczego Amerykanie nie _zgadzaja _ sie na to. Siedze tu z premierami i ambasadorami, i oni tez nie potrafia mi tego powiedziec. – A jesli tamtych dwoch nie wypuszcza, czy on… zrobi to? – Byc moze – odparl Thor po namysle. – Przynajmniej bedzie probowal. Jesli tak, to ja sprobuje mu przeszkodzic. Musze. – A ci wszyscy wspaniali kapitanowie tutaj… dlaczego nie chca ci pomoc? – Nie moga, Suselku. Nikt nie moze mi pomoc. Musze to zrobic sam. – Nie ufam temu Amerykaninowi – szepnela. – Widzialam go, kiedy przylecielismy tutaj z panem Graylingiem. Nie patrzyl mi w oczy. – Mnie tez nie. Widzisz, podejrzewam, ze on ma rozkaz… spalenia “Freyi” – Nie! – krzyknela glosno. – Nie moze tego zrobic! Nie zgodzi sie spalic zywcem niewinnych ludzi! – Zrobi to, jesli mu kaza. Pewnosci nie mam, ale tak sadze. W kazdym razie dziala jego okretu juz sa skierowane w nasza strone. Moze to tylko na postrach. Ale jesli Amerykanie dojda do wniosku, ze musza to zrobic, on to wykona. Widzisz, spalenie od razu calego ladunku bardzo zmniejszyloby szkody ekologiczne. Zadrzala i przytulila sie do niego. Zaczela plakac. – Nienawidze go! – wybuchnela. Larsen poglaskal jej wlosy, mala glowa niemal calkiem skryla sie pod jego potezna dlonia. – Nie jego powinnas nienawidzic. On ma po prostu takie _rozkazy._ Wszyscy tutaj wykonuja tylko rozkazy. Musza robic to, co im kaza inni – gdzies daleko, w gabinetach Europy i Ameryki. – Nie dbam o to. Nienawidze ich wszystkich! Usmiechnal sie i jeszcze raz pogladzil ja po glowie. – Zrob cos dla mnie, Suselku. – Co? – Wroc do domu, do Alesund. Nie siedz tutaj. Zajmij sie Kurtem i Kristina. I niech dom bedzie gotow na moj powrot. Bo jak tylko to sie skonczy, przyjade do domu. Mozesz byc pewna. – Jedz juz teraz, ze mna! – Wiesz przeciez, ze nie moge – spojrzal na zegarek. – Musze juz isc, pora wracac na statek. – Nie idz tam! – blagala. – Zabija cie… – To moj statek – odpowiedzial, lagodnie uwalniajac sie z jej objec. – I moja zaloga. Ty przeciez wiesz, ze musze tam wrocic. Delikatnie posadzil ja w glebokim fotelu komandora Prestona. Tymczasem w Londynie samochod wiozacy Adama Munro z piskiem opon wyskoczyl z Downing Street, minal zwykly w tym miejscu tlumek gapiow, ciekawych, jak tez wygladaja w dobie kryzysu mozni tego swiata, i przez pobliski plac Parlamentu pomknal w strone Cromwell Road i autostrady wiodacej do Heathrow. Piec minut pozniej dwaj marynarze krolewskiej floty wojennej, walczac z wiatrem wywolanym poteznymi smiglami Wessexa, dopinali klamry uprzezy, w ktorej Thor Larsen poszybowac mial z powrotem na swoj statek. Komandor Preston, szesciu jego oficerow i czterech dowodcow okretow NATO stalo w rownym szeregu kilkanascie jardow dalej. Wessex wolno uniosl sie w gore. – Panowie! – padla komenda Prestona. Jedenascie dloni unioslo sie ku czapkom w rownoczesnym salucie. Mike Manning patrzyl, jak helikopter unosi brodatego marynarza coraz wyzej i dalej. Ale mimo duzej juz odleglosci, widzial wyraznie, ze Norweg patrzy na niego, tylko na niego. Wiec on wie – pomyslal Manning z przerazeniem. – Boze milosierny, on wszystko wie! Thor Larsen wszedl w drzwi swojej wlasnej kajuty, czujac na karku lufe pistoletu maszynowego. Swoboda siedzial na tym samym krzesle co przedtem. Larsena zaprowadzono na przeciwlegly koniec dlugiego stolu. – Uwierzyli panu? – spytal Ukrainiec. – Tak, uwierzyli. I mial pan racje: rzeczywiscie szykowali podwodny atak po zmroku. Teraz odwolali te akcje. – No jasne – parsknal Drake. – Gdyby rzeczywiscie chcieli to zrobic, nacisnalbym guzik bez zastanawiania sie, czy to samobojstwo czy nie. Po prostu nie mialbym juz wyboru. Za dziesiec dwunasta prezydent Matthews odlozyl sluchawke telefonu, ktory przez ostatnie pietnascie minut laczyl Bialy Dom z rezydencja premiera w Londynie, i popatrzyl pytajaco na swoich trzech doradcow. – A wiec tak – powiedzial. – Brytyjczycy zrezygnowali z ataku. Jeszcze jedna nasza szanse diabli wzieli. Nie zostaje juz chyba nic innego, jak rozwalic statek… zanim tamci to zrobia. Czy ten okret jest juz na miejscu? – Jest na swojej pozycji. Dziala zaladowane i zaprogramowane – potwierdzil Poklewski. – Chyba ze ten Munro ma jakis dobry pomysl – wtracil Benson. – Przyjmie go pan, panie prezydencie? – Bob, przyjalbym samego diabla, gdyby powiedzial, ze potrafi mnie z tego wyciagnac. – Jednego przynajmniej mozemy juz byc pewni – odezwal sie Lawrence. – Maksym Rudin nie zwariowal. Postapil tak, jak musial postapic w tej sytuacji. W grze przeciwko Wiszniajewowi on rowniez nie ma juz mocnych kart. A swoja droga ciekaw jestem, jak, u diabla, tym dwom chlopakom udalo sie zastrzelic samego Iwanienke? – Z pewnoscia pomogl im ten, ktory teraz dowodzi ta banda na “Freyi” – Benson mial gotowa odpowiedz. – Chetnie dostalbym tego Swobode w swoje rece. – Niewatpliwie zatluklby go pan na miejscu – skrzywil sie z niesmakiem Lawrence. – Nic podobnego. Zwerbowalbym go. Jest twardy, pomyslowy i bezlitosny. I potrafi grac tak, ze dziesiec rzadow europejskich tanczy wokol niego jak marionetki. W Waszyngtonie bylo poludnie, w Londynie juz piata, kiedy rejsowy Concorde oderwal swe bocianie nogi od betonu lotniska Heathrow, wyprostowal zalosnie dotad zwisajacy dziob ku niebu i przekroczywszy bariere dzwieku pognal za zachodzacym sloncem. Naruszono tym samym – na polecenie Downing Street – zwykle zasady, nie dopuszczajace tworzenia fali uderzeniowej nad terenami zamieszkanymi. Niemal natychmiast po starcie potezne silniki Olympus osiagnely pelna sile ciagu – 150 tysiecy funtow – i cisnely smukla, srebrzysta strzale wprost do stratosfery. Kapitan ocenial przelot do Waszyngtonu na trzy godziny – dwie godziny szybciej od slonca. W polowie drogi nad Atlantykiem poinformowal swoich pasazerow (wszyscy mieli bilety do Bostonu), ze “po drodze” bedzie musial, niestety, wyladowac na chwile na lotnisku im. Dullesa w Waszyngtonie. Wytlumaczyl to, jak zwykle w takich przypadkach, zagadkowymi “wzgledami technicznymi”. W zachodniej Europie byla siodma, ale w Moskwie juz dziewiata, kiedy Jefrem Wiszniajew doczekal sie wreszcie osobistego – i niewatpliwie niezwyklego, zwazywszy chocby na pore – spotkania z Maksymem Rudinem, spotkania, ktorego z uporem domagal sie juz od rana. Stary dyktator zgodzil sie przyjac glownego ideologa Partii w sali obrad Biura Politycznego, na trzecim pietrze budynku Arsenalu. Wiszniajew przyjechal z nie zapowiedziana obstawa: byl z nim marszalek Nikolaj Kierenski. Ale i Rudin nie byl sam: w sali obrad czekali juz Dymitr Rykow i Wasyl Pietrow. – Widze, ze malo kto rozkoszuje sie piekna wiosenna pogoda na wsi – stwierdzil z przekasem Wiszniajew. Rudin wzruszyl lekcewazaco ramionami. – Wlasnie podejmowalem kolacja dwu przyjaciol. A co was, towarzysze, sprowadza na Kreml o tak poznej godzinie? W sali obrad nie bylo tym razem ani sekretarek, ani straznikow. Bylo tylko pieciu bossow mafii rzadzacej supermocarstwem. Ich gniewne spojrzenia krzyzowaly sie pod zawieszonymi wysoko kulistymi lampami. – Zdrada! – warknal Wiszniajew. – Zdrada, towarzyszu sekretarzu generalny! Zapadla cisza, zlowieszcza i grozna. – Kto zdradzil? – spytal spokojnie Rudin. Wiszniajew przechylil sie gwaltownie przez stol, tak ze jego twarz znalazla sie blisko twarzy Rudina. – Ci dwaj parszywi Zydzi ze Lwowa – syknal. – Ci dwaj, ktorzy siedza teraz w Berlinie. Ci sami, ktorych uwolnienia domaga sie banda mordercow na Morzu Polnocnym. Miszkin i Lazariew! – To prawda – zaczal ostroznie Rudin – zabojstwo kapitana Rudenki z Aeroflotu stanowi niewatpliwie… – A czy nie jest to prawda – przerwal Wiszniajew tonem pogrozki – ze ci sami dwaj mordercy zabili Jurija Iwanienke? Rudin chetnie popatrzylby teraz na miny Rykowa i Pietrowa. Zrozumial, ze stalo sie cos zlego: ktos z ciasnego kregu wtajemniczonych puscil farbe. Pietrow zagryzl wargi. Rowniez on, nadzorujacy teraz KGB z pomoca generala Obrazcowa, dobrze wiedzial, ze grono ludzi znajacych prawde jest w istocie bardzo, bardzo waskie. Osobiscie byl juz pewien, ze tym, ktory sypnal, musial byc pulkownik Kukuszkin. Czlowiek, ktory najpierw nie zdolal ochronic przed zamachem swego szefa, a pozniej nie umial zlikwidowac jego mordercow. Teraz probowal ratowac swoja kariere, a moze nawet zycie – zmieniajac oboz i stawiajac na Wiszniajewa. – Owszem, dopuszczamy taka mozliwosc – odpowiedzial wreszcie Rudin – ale nie ma na to dowodow. – A ja sadze, ze dowody sa! – huknal Wiszniajew. – Sa dowody, ze to wlasnie ci dwaj ludzie zamordowali naszego drogiego towarzysza, Jurija Iwanienke. I za to ich scigamy. Rudin przypomnial sobie natychmiast niedawne czasy, kiedy Wiszniajew – gdyby tylko mogl – utopilby “drogiego towarzysza Iwanienke” w lyzce wody. Ale odpowiedzial rzeczowo: – To nie ma nic do rzeczy. Juz zabojstwo kapitana Rudenki jest zbrodnia, ktora musimy przykladnie ukarac, i zrobimy to, chocby w wiezieniu w Berlinie. – Watpie – odparl Wiszniajew, dobrze symulujac oburzenie. – Wyglada raczej na to, ze Niemcy ich uwolnia i wysla do Izraela. Zachod jest slaby i bojazliwy, nie bedzie sie dlugo opieral terrorystom. A jesli ci dwaj bandyci dotra zywi do Izraela, zaczna mowic! I mysle… naprawde tak mysle, kochani towarzysze… ze wszyscy tu dobrze wiemy, co oni powiedza. – Czego wlasciwie chcecie? – spytal zimno Rudin. Wiszniajew wstal. Podniosl sie rowniez, idac za jego przykladem, marszalek Kierenski. – Domagam sie – oswiadczyl pompatycznie Wiszniajew – zwolania nadzwyczajnego zebrania Biura. Tu, w tej sali, jutro wieczorem o dziewiatej. W sprawie najwyzszej panstwowej wagi. Mam do tego prawo, nieprawdaz, towarzyszu sekretarzu generalny? Srebrna grzywa Rudina pochylila sie wolno do przodu. Popatrzyl na Wiszniajewa spode lba. – Tak – mruknal – macie takie prawo. – A zatem do jutra, o tej samej porze – warknal po wojskowemu glowny ideolog i sztywno, jakby kij polknal, wyszedl z sali. Za nim, jak cien, marszalek Kierenski. Rudin odwrocil twarz do Pietrowa. – Pulkownik Kukuszkin? – upewnil sie. – Na to wyglada. Tak czy inaczej, Wiszniajew juz wie. – Nie ma zadnej mozliwosci zlikwidowania tych dwoch w Moabicie? Pietrow pokrecil przeczaco glowa. – W kazdym razie nie do jutra. Nie zdazymy zmontowac nowej akcji, z nowym wykonawca. Moze jest jakis sposob sklonienia Zachodu, zeby ich w ogole nie wypuszczac z wiezienia? – Nie ma. Wykorzystalem juz wszystkie srodki, zeby wplynac na Matthewsa. Innych sposobow nie znam. Teraz wszystko _zalezy _ od niego i od tego cholernego kanclerza z Bonn… Jutro – dodal po chwili – Wiszniajew sprowadzi tu Kukuszkina i _zazada, _ zebysmy wszyscy go wysluchali. A jesli w tym momencie Miszkin i Lazariew beda juz w Izraelu… O osmej wieczor czasu srodkowoeuropejskiego Andrew Drake, korzystajac i tym razem z glosu kapitana Larsena, nadal swoje kolejne ultimatum: “Jutro o godzinie 9.00 wypompujemy z «Freyi» do morza sto tysiecy ton ropy, jesli nie otrzymamy do tego czasu wiadomosci, ze Miszkin i Lazariew sa juz w samolocie, w drodze do Tel Awiwu. Jesli nastepnie do godziny 20.00 nie dotra oni do Izraela, bez dalszej zwloki wysadzimy «Freye» w powietrze”. – To juz chyba rzeczywiscie ostatni dzwonek – powiedzial do siebie kanclerz Busch, kiedy dziesiec minut pozniej przekazano mu tresc ultimatum. – Co wlasciwie pan William Matthews sobie wyobraza? Nikt, absolutnie nikt nie zmusi kanclerza Niemiec do kontynuowania tej ciuciubabki. Dosyc tego. O osmej dwadziescia rzad RFN oglosil, ze podjal jednostronnie decyzje uwolnienia Miszkina i Lazariewa o osmej rano nastepnego dnia. Dziesiec minut pozniej do dowodcy USS “Moran”, komandora Mike'a Manninga, dotarla zakodowana depesza. Po rozszyfrowaniu tekst brzmial krotko i jasno: “Przygotowac sie do otwarcia ognia jutro 7.00”. Manning zmial depesze w kulke i jeszcze raz spojrzal przez bulaj w kierunku “Freyi”. Tankowiec byl juz oswietlony niczym choinka: latarnie i reflektory zalewaly nadbudowke potokami bialego swiatla. Piec mil od dzial “Morana” “Freya” spoczywala na morzu nieruchomo, skazana i bezradna; czekala juz tylko, ktory z dwoch wyznaczonych jej katow pierwszy wykona wyrok. Kiedy Thor Larsen rozmawial przez radiotelefon “Freyi” z Kontrola Mozy, Concorde wiozacy Adama Munro przemknal nad ogrodzeniem lotniska im. Dullesa; silne odchylenie kadluba do tylu, zalamany dziob, otwarte klapy i podwozie gotowe juz na pierwszy kontakt z ziemia – upodobnialy go do wielkiego drapieznego ptaka. Zdezorientowani pasazerowie, z twarzami przylepionymi do malenkich okien niczym zlote rybki w akwarium, zauwazyli tylko, ze samolot nie dokolowal do budynku dworca lotniczego; zatrzymal sie, z pracujacymi wciaz silnikami, na jednym z pasow dojazdowych, przy czekajacej czarnej limuzynie. Sprawnie podtoczono do drzwi samolotu waskie schodki. W kabinie tylko jeden pasazer wstal ze swojego miejsca. Nie mial ani plaszcza, ani zadnego bagazu recznego. Szybko wyszedl z kabiny i zbiegl po schodkach. Chwile pozniej schodki odsunieto od samolotu i zamknieto drzwi. Pilot Concorde'a, przeprosiwszy raz jeszcze pasazerow za przerwe w podrozy, oznajmil, ze start w dalsza droge do Bostonu nastapi natychmiast. Munro wsiadl do samochodu w towarzystwie dwu dobrze zbudowanych mezczyzn. Ci natychmiast zazadali od niego paszportu. Studiowali go starannie przez cala droge, jaka samochod musial pokonac przez plyte lotniska na tyly odleglego hangaru. Czekal tam juz na nich maly helikopter z pracujacymi silnikami. Agenci ochrony prezydenckiej zachowywali wobec goscia oficjalne, uprzejme milczenie. Takie mieli rozkazy. Przed wejsciem do helikoptera dokladnie sprawdzili, czy Munro nie ma przy sobie broni. Smiglowiec, do ktorego wsiedli wszyscy trzej, ruszyl w strone centrum miasta. Przelecial nad Potomakiem i jego odnogami i miekko wyladowal na trawniku przed Bialym Domem, niespelna sto jardow od okien Owalnego Gabinetu. W Waszyngtonie byla pietnasta trzydziesci. Dwaj agenci poprowadzili Szkota przez trawnik w strone waskiej uliczki miedzy starym budynkiem rzadowym – wielkim, szarym, niezbyt gustownym, ozdobionym licznymi portalami i kolumnadami, z tysiacem okien o najrozmaitszych ksztaltach – a malenkim w porownaniu z tamtym kolosem, zachodnim skrzydlem Bialego Domu: przysadzistym pawilonem, ktorego dolna czesc kryje sie w zaglebieniu terenu. Agenci eskortujacy Adama Munro wprowadzili go do tego wlasnie pawilonu przez niskie drzwi w suterenie. Zaraz za drzwiami wszyscy trzej musieli wylegitymowac sie przed dyzurujacym tu umundurowanym policjantem. Munro byl cokolwiek rozczarowany: wszystko to daleko odbiegalo od imponujacego wrazenia, jakie robila na turystach rozlegla frontowa fasada budynku od strony Pennsylvania Avenue. Policjant porozumial sie za pomoca interfonu z kims znacznie od niego wazniejszym. Po paru minutach otworzyly sie obok nich drzwi windy i wyszla z nich sekretarka. Poprowadzila cala trojke dlugim korytarzem az do waskiej klatki schodowej, ktora weszli pietro wyzej, na parter budynku. Tutaj funkcje przewodnika przejal inny pracownik Bialego Domu, tym razem _mezczyzna. _ Urzedowo schludny, w dobrze skrojonym ciemnoszarym garniturze, urzednik patrzyl z niesmakiem na wymietego, zarosnietego i potarganego Szkota. Powstrzymal sie jednak od uwag. – Kazano mi wprowadzic pana natychmiast, panie Munro – oswiadczyl i poszedl dalej. Dwaj agenci ochrony prezydenckiej pozostali z dziewczyna. Munro szedl za urzednikiem dlugim korytarzem. Po drodze mineli popiersie Abrahama Lincolna. Nagle urzednik skrecil w plytka nisze, gdzie przy niskim stoliku dyzurowal nastepny umundurowany policjant. Za nim byly duze biale kasetonowe drzwi. Policjant jeszcze raz sprawdzil paszport Brytyjczyka, potem przyjrzal sie jemu samemu z wyrazna dezaprobata, wreszcie siegnal pod biurko i nacisnal ukryty tam guzik. Odezwal sie brzeczyk zamka. Towarzyszacy Szkotowi urzednik pchnal drzwi i uprzejmie przepuscil go przed soba. Munro zrobil jeszcze dwa kroki, zanim zorientowal sie, ze jest juz w gabinecie prezydenta. Drzwi cicho zatrzasnely sie za nim. Obecni w pokoju mezczyzni najwyrazniej na niego czekali: wszyscy czterej wpatrywali sie uwaznie w drzwi. Rozpoznal natychmiast prezydenta Matthewsa – ale byl to prezydent, jakiego nie ogladaja wyborcy: szary ze zmeczenia, zmizerowany, o dziesiec lat starszy niz ow krzepki, pewny siebie, energiczny mezczyzna z ekranow telewizyjnych i plakatow. Benson wstal i podszedl do niego. – Bob Benson – przedstawil sie i poprowadzil Szkota w strone prezydenta. William Matthews przechylil sie przez biurko, by uscisnac jego dlon. Potem Munro przywital sie z Lawrence'em i Poklewskim. Obu znal ze zdjec w gazetach. – A wiec – odezwal sie prezydent z nieskrywana ciekawoscia – to pan jest czlowiekiem, ktory prowadzi “Slowika”. – Ktory prowadzil “Slowika”, panie prezydencie – poprawil Munro. – Bo, jak sadze, dwanascie godzin temu agent wpadl w rece KGB. – Naprawde bardzo mi przykro – rzekl Matthews – ale pan przeciez wie, jakie ultimatum postawil mi Maksym Rudin. Musialem wiedziec, dlaczego to zrobil. – Teraz juz wiemy – wtracil Poklewski – ale to chyba niewiele nam dalo, poza dowodem, ze Rudin jest tak samo przyparty do muru jak my. Swoja droga, co za fantastyczna historia: dwaj amatorzy morduja na ulicy w Kijowie samego Iwanienke… – Nie musimy chyba – przerwal te rozwazania Lawrence – przekonywac pana Munro o wadze i donioslosci Traktatu Dublinskiego ani o tym, ze ewentualne przejecie wladzy przez Jefrema Wiszniajewa prowadzi wprost do wojny. Z pewnoscia czytal pan wszystkie te raporty z posiedzen Politbiura, ktore dostawal pan od “Slowika”? – Tak, panie ministrze. Czytalem wszystkie w oryginale rosyjskim natychmiast po odebraniu od agenta. I wiem, co jest grane… po obu stronach. – Jakie zatem proponuje pan wyjscie? – przeszedl do sedna sprawy Matthews. – Pani premier prosila, abym przyjal pana osobiscie, poniewaz ma pan pewne propozycje, ktorych ona nie chce i nie moze omawiac przez telefon. Dlatego wlasnie jest pan teraz tutaj, prawda? – Zgadza sie, panie prezydencie. Zadzwonil telefon. Benson sluchal przez chwile w milczeniu. – Jest coraz gorzej – powiedzial odkladajac sluchawke. – Ten Swoboda oswiadczyl wlasnie, ze wypusci z “Freyi” sto tysiecy ton ropy jutro o dziewiatej czasu europejskiego. Czyli za dwanascie godzin. – A wiec, na czym polega panska propozycja? – wrocil do swojej kwestii prezydent. – Jak wiadomo, sa tu zasadniczo dwie mozliwosci. Albo Miszkin i Lazariew odleca wolni do Izraela, _zaczna _ tam gadac i wykoncza w ten sposob za jednym zamachem pana Rudina i Traktat Dublinski. Albo zostana tam, gdzie sa, a wtedy “Freya” i jej zaloga musza zginac… w ten czy inny sposob. Nie wspomnial oczywiscie o brytyjskich podejrzeniach co do rzeczywistej roli “Morana”. ale wystarczylo sformulowanie: “w ten czy inny sposob”. Poklewski spojrzal na Bensona wzrokiem pelnym niepokoju; szef CIA zachowywal jednak kamienna twarz. – W istocie jednak – ciagnal dalej Munro – obawy Rudina nie dotycza tego, gdzie, w sensie fizycznym, znajduja sie Miszkin i Lazariew. Chodzi mu tylko o to, zeby nie dac im mozliwosci ogloszenia przed swiatem, co zrobili piec miesiecy temu w Kijowie. Matthews westchnal z rozczarowaniem. – Rozwazalismy to juz, panie Munro. Prosilismy premiera Golena, aby zgodzil sie na ich przylot do Izraela, nastepnie trzymal w izolacji az do uwolnienia “Freyi”, a w koncu wyslal ich z powrotem do Moabitu albo zamknal na nastepne dziesiec lat u siebie w wiezieniu. Pan Golen odmowil. Uznal, ze skoro publicznie obiecal spelnic zadania terrorystow, to juz nie bedzie mogl wycofac sie z obietnicy. I rzeczywiscie nie moze sie wycofac. Przykro mi, panie Munro, ale wyglada na to, ze panska podroz byla daremna. – Nie to mialem na mysli – odpowiedzial spokojnie Munro. – W czasie lotu spisalem swoja propozycje w mozliwie zwiezlej formie. Wyciagnal z wewnetrznej kieszeni marynarki kilka kartek z nadrukiem firmowym British Airways i polozyl je na biurku prezydenta. Matthews zabral sie do lektury; im dalej czytal, tym coraz wieksza na jego twarzy malowala sie zgroza. – To okropne – powiedzial odkladajac ostatnia kartke. – A wiec nie mam wyboru. Albo raczej: mam, ale cokolwiek wybiore, musza umrzec ludzie. Munro przygladal mu sie bez wspolczucia. Juz od dawna wiedzial, ze wielcy politycy bynajmniej nie wahaja sie szafowac zyciem innych ludzi – jesli tylko maja pewnosc, ze opinia publiczna nie obciazy ich za to osobista odpowiedzialnoscia. – Takie sytuacje juz sie zdarzaly, panie prezydencie – skonstatowal zimno – i na pewno _zdarza _ sie jeszcze nieraz. W naszej Firmie nazywamy to “diabelska alternatywa”. Metthews bez slowa podal notatki Bensonowi. Ten przeczytal je pospiesznie. – Pomyslowe – powiedzial. – I moze byc skuteczne. Tylko czy starczy nam na to czasu? – Odpowiedni sprzet juz mamy – rzekl Munro. – A czasu jest malo, ale nie za malo. Powinienem zdazyc do Berlina na siodma rano. A wiec mam dziesiec godzin na podroz i przygotowanie akcji. – No dobrze – odezwal sie prezydent – ale skad macie pewnosc, ze Rudin zgodzi sie na taki wariant? – Jedyny sposob, to zapytac go o to – powiedzial Poklewski, ktory takze przeczytal juz notatki Szkota i oddal je Lawrence'owi. Juz po chwili wytworny bostonczyk odrzucil kartki, jakby parzyly mu palce. – To ohydne i nieludzkie! – zawolal. – Rzad USA nie moze akceptowac takich metod! – Wiec sadzi pan, ze lepiej i szlachetniej jest patrzec z zalozonymi rekami, jak dwudziestu dziewieciu niewinnych marynarzy plonie zywcem? – spytal Munro. Ponownie zadzwonil telefon – i znowu sluchawke podniosl Benson. – Obawiam sie – powiedzial po chwili do prezydenta – ze nie mamy juz innego wyjscia, jak starac sie o osobista zgode Rudina. Wlasnie przed chwila kanclerz Busch oglosil publicznie, ze uwolni Miszkina i Lazariewa jutro o osmej rano. I tym razem juz tego nie odwola. – A wiec jednak musimy sprobowac panskiej metody, panie Munro – oswiadczyl prezydent. – Ale macie oczywiscie racje, ze nie moge takiej decyzji podjac sam. Musze miec zgode i poparcie dla naszego planu od Maksyma Rudina. On musi o tym wiedziec z gory. Zadzwonie do niego osobiscie. – Panie prezydencie – usmiechnal sie sceptycznie Munro – przeciez Rudin nie skorzystal z goracej linii, kiedy skierowal to ultimatum do pana. On z pewnoscia nie ufa swojemu personelowi na Kremlu. W takich rozgrywkach frakcyjnych nawet najmniejszy drobiazg staje sie cenna informacja dla przeciwnikow i moze zmienic uklad sil. Mysle, ze taka propozycje mozna mu zlozyc tylko w bezposredniej rozmowie w cztery oczy… inaczej po prostu nie bedzie mogl jej przyjac. – Ale przeciez nie _zdazy _ pan poleciec do Moskwy i wrocic na siodma do Berlina – zauwazyl Poklewski. – Owszem, jest na to sposob – powiedzial Benson. – Blackbird moglby pokonac te droge dostatecznie szybko. W bazie Andrews jest jedna taka maszyna. Matthews namyslal sie przez chwile. – Bob, osobiscie zawieziesz pana Munro do Andrews. Stan, zawiadom obsluge Blackbirda, zeby najdalej za godzine byli gotowi do startu. A ja zadzwonie do Rudina i zalatwie zgode na wpuszczenie samolotu w radziecka przestrzen powietrzna. Powiem mu tez, ze pan Adam Munro jest moim osobistym pelnomocnikiem. Czy cos jeszcze, panie Munro? Szkot wyciagnal z kieszeni jeszcze jedna kartke. – Czy koledzy z Kompanii mogliby przekazac to szybko mojemu szefowi? Chodzi o to, zeby Sir Nigel przygotowal wszystko, co trzeba w Londynie i w Berlinie. – Zalatwimy to – obiecal prezydent. – A teraz zycze panu szczesliwej drogi, panie Munro. I powodzenia w panskiej misji. 18. Od 21.00 do 6.00 Helikopter uniosl sie ponownie z trawnika przed Bialym Domem, tym razem juz bez agentow ochrony prezydenckiej. Oprocz tajemniczego Brytyjczyka, ktorego niedawno tu przywiozl, pilot mial teraz innego, jeszcze bardziej niezwyklego pasazera: naczelnego dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej. Smiglowiec lecial nad miastem na poludniowy wschod, w strone bazy lotniczej Andrews. Po prawej stronie polyskiwala w przedwieczornym sloncu rzeka Potomac. Stanislaw Poklewski, ktory pozostal w Owalnym Gabinecie, rozmawial teraz przez telefon z dowodca bazy Andrews, powolujac sie co drugie slowo na osobisty rozkaz prezydenta. Najwidoczniej i tego bylo za malo, skoro w koncu glowny doradca do spraw bezpieczenstwa panstwa musial przekazac sluchawke Williamowi Matthewsowi. – Tak, generale, to jest moj rozkaz – potwierdzil prezydent. – Wyda pan polecenie pulkownikowi O'Sullivanowi, aby natychmiast przygotowal plan lotu z Waszyngtonu do Moskwy droga polarna. Potwierdzenie zgody ZSRR na wejscie w przestrzen powietrzna otrzyma droga radiowa, najdalej nad Grenlandia. Skonczywszy rozmowe, prezydent powrocil do innego aparatu, przez ktory juz od pewnego czasu probowal porozumiec sie z Maksymem Rudinem. W Andrews na powitanie helikoptera wyszedl sam dowodca. Obecnosc na pokladzie Roberta Bensona, ktorego general znal z widzenia, rozwiala dreczace go jeszcze watpliwosci; gdyby nie Benson, zapewne nie pozwolilby temu obcokrajowcowi nawet zblizyc sie do swojej najmilszej zabawki – najszybszego samolotu swiata. Dziesiec lat po wprowadzeniu do sluzby, zwiadowczy SR-71 Blackbird wciaz jeszcze objety byl najscislejsza tajemnica panstwowa – tak oryginalne byly zastosowane w nim materialy i systemy. – W porzadku, panie dyrektorze – powiedzial w koncu – ale musze pana ostrzec, ze pulkownik O'Sullivan to wyjatkowo choleryczny typ, a w dodatku Arizonczyk. Ostrzezenie bylo jak najbardziej potrzebne. W czasie kiedy Munro przebieral sie w magazynie mundurow w kombinezon przeciwprzeciazeniowy, lotnicze buty i kulisty kask tlenowy z pleksiglasu, Benson odnalazl pulkownika George'a T. O'Sullivana w sali odpraw nawigacyjnych. Pulkownik, z cygarem w zebach, sleczal nad mapami Arktyki i wschodniego Baltyku. Dyrektor CIA nalezal z pewnoscia do grona osob, od ktorych zalezala kariera O'Sullivana, ale nawet to nie sklonilo go do grzeczniejszego tonu. – Rzeczywiscie ma pan zamiar wyslac mnie i moja maszyne prosto w lapy Ruskich? – _zaczai _ agresywnie. – Nie ja, pulkowniku. To prezydent wydal panu taki rozkaz. – I mam leciec bez nawigatora? Z jakims cholernym Angolem na jego miejscu? – Ten cholerny Angol wiezie scisle tajna wiadomosc od prezydenta Matthewsa dla prezydenta Rudina. Ta wiadomosc musi dotrzec do Rudina jeszcze dzisiaj, i nie mozna jej przekazac w zaden inny sposob. Lotnik patrzyl nan przez chwile w milczeniu. – Dobra – zgodzil sie bez entuzjazmu – skoro to takie cholernie wazne… Za dwadziescia szosta Munro wszedl do hangaru, w ktorym stal Blackbird, oblepiony rojem technikow przygotowujacych go do startu. Munro slyszal juz co nieco o samolocie Lockheed SR-71, zwanym “Czarnym ptakiem” z powodu swego niezwyklego koloru. Widzial nawet jego zdjecie – ale nigdy oryginal. A bylo na co popatrzec. Nad przednim, pojedynczym podwoziem wznosil sie wysoko dlugi dziob w ksztalcie kuli karabinowej. Daleko za kabina pilota smukly kadlub rozszerzal sie nagle w delto wate skrzydlo, bedace _zarazem _ statecznikiem poziomym. Blisko zewnetrznych krawedzi w skrzydlo wbudowane byly dwa silniki odrzutowe Pratt amp; Whitney JT-ll-D, kazdy o sile ciagu 32 000 funtow. Obudowy silnikow – dwa rownolegle do kadluba grube cygara – zwienczone byly od gory ostrymi jak pletwa rekina statecznikami pionowymi. Male biale gwiazdy w obwodkach na kadlubie wskazywaly na przynaleznosc do US Air Force; poza tym drobiazgiem samolot byl calkowicie czarny jak smola. Pracownicy obslugi naziemnej pomogli Brytyjczykowi wcisnac sie do kabiny nawigatora. Ciasny fotel osunal sie powoli w glab kadluba, az krawedzie scian bocznych znalazly sie powyzej glowy Munro. Dzieki takiemu usytuowaniu nawigatora (ktory obsluguje takze wszystkie systemy zwiadowcze samolotu) oslona jego kabiny nie wystaje ponad krzywizne kadluba i nie stwarza dodatkowego oporu powietrza; zarazem ogranicza to jednak widocznosc. Ze swego miejsca nawigator mogl golym okiem obserwowac jedynie gwiazdy. Oczywiscie czlowiek, ktory zwykle zajmowal to miejsce, widzial duzo wiecej – rozumial bowiem informacje, jakich dostarczaly niezliczone ekrany, zegary, monitory. SR-71 byl bowiem w istocie samolotem szpiegowskim, przeznaczonym do lotow na wielkich wysokosciach, daleko poza zasiegiem mysliwcow przechwytujacych i rakiet przeciwlotniczych, zdolnym do obserwacji i rejestracji wszystkiego, co znalazlo sie w zasiegu jego kamer i radarow. Tymczasem technicy sprawnie podlaczali rozne przewody wystajace z kombinezonu Munro do systemow operacyjnych samolotu: radiowego, tlenowego, przeciwprzeciazeniowego. Munro obserwowal z podziwem, jak pulkownik O'Sullivan z nieslychana wprawa i malpia zrecznoscia wslizguje sie na przedni fotel i podlacza sie do systemow informacyjnych i zasilajacych. Wlasnie wlaczyl radio i pod kaskiem Munro zadudnil niski glos Arizonczyka. – Pan jestes Szkot, panie Munro? – Tak, Szkot. – A ja Irlandczyk – odezwal sie znowu O'Sullivan. – Katolik? Munro nie zrozumial. – Co takiego? – O rany, pytam, czy pan katolik? Brytyjczyk zastanawial sie przez moment. Tak naprawde, to wcale nie byl wierzacy. – Nie – odpowiedzial wreszcie – naleze do Kosciola Szkockiego. Pilot byl najwyrazniej zdegustowany. – O rany, zebym ja, po dwudziestu latach sluzby w USAF, musial wozic na spacery jakiegos szkockiego protestanta! Potrojna szyba oslony, wytrzymujaca wielka roznice cisnien w strato-sferze, cicho zamknela sie nad nimi. Z sykiem wlaczyla sie sztuczna klimatyzacja kabiny. Maly traktor wyciagnal samolot z hangaru na lotnisko. Zapadal juz zmierzch. Kiedy O'Sullivan uruchomil silniki, zamkniety we wnetrzu maszyny Munro uslyszal tylko cichy gwizd. Ale pracownicy obslugi naziemnej, choc uzbrojeni w ochronne nauszniki, az przygieli sie pod wrazeniem gromu, jaki przetoczyl sie po lotnisku. Pilot poprosil o zgode na start natychmiast, zanim jeszcze zdazyl wykonac wszystkie, zdawaloby sie niezliczone, przedstartowe czynnosci kontrolne. Dotarlszy do poczatku pasa startowego Blackbird zatrzymal sie na chwile: pilot dokladnie ustawial maszyne w osi pasa. Potem Munro uslyszal jego glos. – No, kimkolwiek pan jestes i w cokolwiek wierzysz, trzymaj sie pan mocno, bo startujemy. Ledwie Munro zdazyl zapiac pasy, poczul, jak precyzyjnie wymodelowane oparcie fotela miekko, ale z wielka sila pcha go do przodu. Nie mogl ocenic szybkosci samolotu: ze swego miejsca nie widzial zadnych obiektow lotniska, tylko nieruchome, bladoniebieskie niebo. W rzeczywistosci predkosc odrzutowca nie przekroczyla nawet 150 mil na godzine, kitdy jego przednie kolo oderwalo sie od asfaltu. Pol sekundy pozniej caty samolot byl juz w powietrzu i O'Sullivan uruchomil mechanizm chowajacy podwozie. SR-71 zatoczyl najpierw duzy luk, a kiedy wyloty jego dysz skierowaly sie w strone stanu Maryland, zaczal ostro wznosic sie w gore. Wspinal sie niemal pionowo, jak rakieta – bo tez byl prawie rakieta. Munro lezal teraz na plecach ze stopami wzniesionymi ku gorze, calym kregoslupem czujac predkosc, z jaka Blackbird pial sie coraz wyzej i wyzej w niebo, ktore wkrotce stalo sie ciemnoniebieskie, potem fioletowe, wreszcie zupelnie czarne. Siedzacy na przednim fotelu pilot musial tym razem zajmowac sie takze nawigacja; w praktyce oznaczalo to po prostu odczytywanie z umieszczonego przed nim ekranu szczegolowych instrukcji pokladowego komputera, wprowadzonych do jego pamieci przed lotem. Komputer wyswietlal dane dotyczace aktualnej wysokosci, szybkosci, predkosci wznoszenia, kierunku, temperatury zewnetrznej i wewnetrznej, temperatury w turbinach i w dyszach, tempa zuzycia tlenu. Sygnalizowal takze krytyczne momenty lotu, na przyklad przekroczenie bariery dzwieku. Gdzies w dole, pod nimi, przesunely sie Filadelfia i Nowy Jork, niczym miasteczka lalek. Nad polnocna czescia stanu New York przekroczyli bariere dzwieku, wciaz jeszcze wznoszac sie ku gorze. Na wysokosci 80 tysiecy stop – piec mil wyzej niz lata Concorde – pulkownik O'Sullivan wylaczyl dopalacze i przeszedl do lotu poziomego. Choc z tej wysokosci widac bylo jeszcze zachodzace slonce, niebo bylo czarne jak heban. Pietnascie mil nad ziemia jest juz zbyt malo powietrza, by swiatlo moglo sie rozpraszac w jego czasteczkach i rozjasniac kosmiczna czern. Jest go jednak dostatecznie duzo, by stawiac opor obiektowi tak szybkiemu jak Blackbird. Predkosc podrozna, niemal trzykrotnie przekraczajaca szybkosc dzwieku, osiagneli na krotko przed granica miedzy stanem Maine i Kanada. Munro z pewnym niepokojem obserwowal, jak zewnetrzna powloka SR-71, zrobiona z czystego tytanu, nabiera pod wplywem, tarcia ciemnoczerwonej barwy. Oczywiscie specjalny system chlodzenia kabiny zapewnial jej pasazerom zwykla temperature pokojowa. – Czy mozemy juz rozmawiac? – spytal Munro. – No pewnie! – Gdzie teraz jestesmy? – Nad Zatoka Swietego Wawrzynca. Lecimy w strone Nowej Fundlandii. – Daleko mamy do Moskwy? – Z bazy Andrews bylo cztery tysiace osiemset piecdziesiat szesc mil. – A ile czasu nam to zajmie? – Trzy godziny piecdziesiat minut. Munro _zaczai _ liczyc w myslach. Wystartowali o szostej czasu waszyngtonskiego, czyli jedenastej srodkowoeuropejskiego. O trzeciej w nocy to bedzie juz niedziela, trzeci kwietnia – wyladuja w Moskwie. Wlasciwie tam bedzie juz piata, ale jesli Rudin przystanie na jego plan i Blackbird bedzie mogl szybko wystartowac do Berlina, odzyska te dwie godziny. A wiec moze byc w Berlinie o swicie, dokladnie tak, jak zaplanowal. Byli juz prawie godzine w powietrzu, gdy samolot opuscil granice Kanady i nad lodowatymi wodami Polnocnego Atlantyku pomknal w kierunku poludniowego kranca Grenlandii, przyladka Farvel. – Panie prezydencie, prosze mnie wysluchac – powiedzial William Matthews. Mowil do malego mikrofonu ustawionego na jego biurku; tak wlasnie wygladal w rzeczywistosci ow slawny “czerwony telefon”, ktory w praktyce niewiele mial z telefonem wspolnego. Polaczenie bylo radiowe, a na koncach linii nie bylo sluchawek; wymyslne dekodery i wzmacniacze odtwarzaly glos odleglego rozmowcy przez glosnik; ludzie znajdujacy sie w Owalnym Gabinecie slyszeli w tym glosniku rowniez przyciszony glos rosyjskiego tlumacza, ktory tam, w Moskwie, przekazywal Rudinowi slowa amerykanskiego prezydenta. – Maksymie Andrejewiczu, za starzy juz jestesmy obaj i zbyt wiele wlozylismy pracy w zapewnienie wzajemnego pokoju, aby to wszystko mialo pojsc na marne z powodu bandy mordercow gdzies na Morzu Polnocnym. Minela dluzsza chwila, zanim z glosnika w Owalnym Gabinecie odezwal sie gruby glos Maksyma Rudina. Mowil po rosyjsku; siedzacy obok prezydenta mlody urzednik z Departamentu Stanu tlumaczyl blyskawicznie, rownie niskim glosem. – Wynika z tego, drogi przyjacielu Williamie, ze musi pan zniszczyc ten statek i w ten sposob zlikwidowac sytuacje szantazu… Ja naprawde nie moge dopuscic zadnego innego rozwiazania. Benson rzucil prezydentowi ostrzegawcze spojrzenie: nie mozna mowic Rudinowi, ze Zachod zna juz prawde o smierci Iwanienki. – Rozumiem to – powiedzial Matthews do mikrofonu. – Ale ja z kolei nie moge zniszczyc tego tankowca. Tym samym zniszczylbym rowniez siebie. Poprosilem o te rozmowe, bo jest, byc moze, jeszcze inne wyjscie. Dlatego tak bardzo mi zalezy, zeby przyjal pan jeszcze dzisiaj mojego specjalnego wyslannika. Ten czlowiek jest juz w drodze do Moskwy. Leci szybkim samolotem wojskowym. I ma dla pana propozycje, ktora moze zadowolic nas obu. – Jak sie nazywa ten Amerykanin? – To nie Amerykanin, to Brytyjczyk. Nazywa sie Adam Munro. Cisza po tamtej stronie linii trwala tym razem troche dluzej. W koncu Rudin zgodzil sie – ale w jego glosie nie bylo entuzjazmu. – Prosze przekazac moim ludziom dane dotyczace lotu: wysokosc, szybkosc, trasa. Wydam polecenie, aby wpuszczono ten samolot, i osobiscie przyjme pana Munro zaraz po wyladowaniu. Spakojnoj noczi, William. – _Zyczy _ panu spokojnej nocy – powtorzyl tlumacz. – Chyba zartuje – skomentowal Matthews i odwrocil sie do swoich doradcow. – Przekazcie im parametry lotu Blackbirda, a naszej zalodze zgode na kontynuowanie lotu. Na pokladzie “Freyi” wybila polnoc. Porywacze i ich zakladnicy wkraczali w trzecia juz – i ostatnia – wspolna dobe. Kiedy zegary znowu wybija polnoc, Miszkin i Lazariew beda juz w Izraelu – albo tez “Freya” i wszyscy pozostali na niej ludzie nie beda juz istniec. Drake, mimo iz przedtem zapowiadal, ze przeniesie sie do ktorejs z piecdziesieciu innych kabin, postanowil jednak pozostac w kajucie kapitana. Byl juz pewien, ze nie dojdzie do nocnego ataku komandosow na statek. Thor Larsen spogladal nan spode lba z drugiej strony stolu. Obaj przeciwnicy byli juz u kresu wytrzymalosci fizycznej. Larsen, walczac z ogarniajacymi go falami sennosci, ciagnal wciaz swoja gre na wycienczenie i przetrzymanie przeciwnika, drazniac go coraz to nowymi, prowokacyjnymi pytaniami. Najbardziej prowokacyjne i tym samym najskuteczniejsze, jak sie Larsen przekonal, bylo poruszanie kwestii rosyjskiej. Powracal wiec do tego tematu z uporem. – Ani troche nie wierze w te panska masowa rewolte, panie Swoboda – mowil. – W ogole nie wierze w to, ze Rosjanie kiedykolwiek zbuntuja sie przeciw swoim wladcom. Chocby to byli zli wladcy, niekompetentni, prymitywni i okrutni. Wystarczy, ze wywolaja oni ducha jakiegos wroga zewnetrznego… i natychmiast moga liczyc na slepy patriotyzm Rosjan. Przez chwile wydawalo sie, ze tym razem Norweg posunal sie za daleko. Dlon Swobody zacisnela sie na rekojesci pistoletu, twarz pobladla z wscieklosci. – Niech szlag trafi taki patriotyzm! – wrzasnal, zrywajac sie na rowne nogi. – Rzygac mi sie chce, jak slysze tych zachodnich liberalow rozprawiajacych o wielkim rosyjskim patriotyzmie. I co to za patriotyzm, ktory karmi sie wylacznie gnebieniem innych narodow? A gdzie tu miejsce na m o j patriotyzm, panie Larsen? Na milosc Ukraincow do wlasnego, zniewolonego kraju? Na patriotyzm Gruzinow, Ormian, Litwinow, Estonczykow, Lotyszow? Czy oni juz w ogole nie maja prawa do patriotyzmu? Czy sa skazani na te wieczna i obrzydliwa milosc do Rosji? Ten caly rosyjski patriotyzm to oszustwo. To tylko szowinizm – i zawsze tak bylo, od czasow Iwana i Piotra. Wszystko- to istnieje tylko dzieki ciaglym podbojom i zniewalaniu sasiednich krajow. Stal teraz nad Larsenem, wymachujac bronia, ochryply od krzyku. Opanowal sie jednak i wrocil na swoje krzeslo. Mierzac w Larsena pistoletem niczym palcem wskazujacym, powiedzial cicho: – Kiedys, byc moze juz calkiem niedlugo, to rosyjskie imperium _zacznie _ pekac. I wtedy ujawnia swoj patriotyzm Rumuni, Czesi, Polacy. Pojda w ich slady Niemcy i Wegrzy, Baltowie i Ukraincy, Gruzini i Ormianie. Imperium rosyjskie rozpadnie sie na kawalki – tak jak rozpadly sie imperia rzymskie i brytyjskie – po prostu dlatego, ze samowola wladcow stanie sie juz nie do zniesienia dla poddanych. Juz teraz, w ciagu najblizszej doby, ja sam mam szanse naruszyc te opoke… i zrobie to. A ktokolwiek wejdzie mi w droge, umrze. Rowniez panu radze wziac to pod uwage. Opuscil pistolet. Mowil dalej, ale juz lagodniejszym tonem: – Zreszta Busch zgodzil sie spelnic moje zadania, i tym razem sie nie wycofa. Tym razem Miszkin i Lazariew naprawde dotra do Izraela. Larsen obserwowal mlodego terroryste z chlodnym wyrachowaniem. Sytuacja przed chwila rzeczywiscie byla grozna – tamten omal nie uzyl broni. Ale tez byl bliski dekoncentracji: jeszcze krok, a znalazlby sie w zasiegu dlugich ramion kapitana. Trzeba wiec nadal grac, nadal prowokowac, probowac wciaz na nowo; moze przed switem, w najtrudniejszej psychicznie godzinie, w koncu sie uda… Superpilne i supertajne depesze wedrowaly juz od dluzszego czasu z Waszyngtonu do osrodka kontrolnego w Omaha, a stad do setek stacji radarowych, stanowiacych elektroniczne oczy i uszy Sojuszu Atlantyckiego, gesto rozmieszczone wokol granic ZSRR. Te radary sledzily teraz lot Blackbirda: od wschodnich brzegow Islandii przez Skandynawie do Moskwy. Uprzedzeni w pore o tym locie, kontrolerzy radarow nie wszczynali zbednego alarmu. Po drugiej stronie Zelaznej Kurtyny radiogramy z Moskwy informowaly kontrolerow radarow o zblizajacym sie samolocie. Dzieki temu rowniez po tej stronie nikt nie oglaszal alarmu. Podniebna droga nad Zatoka Botnicka w strone Moskwy wydawala sie wolna i czysta. A jednak do pewnej bazy lotniczej, polozonej na wschod od Kirkenes, informacja z Moskwy nie dotarla; a moze dotarla, ale zostala zlekcewazona. Moze dla dowodcy tej bazy wazniejszy byl jakis tajny rozkaz z Ministerstwa Obrony, przeciwstawiajacy sie rozkazom Kremla? Z arktycznego lotniska, przedzierajac sie przez sniezyce, wzbily sie w stratosfere dwa Migi-25. Byly to samoloty z najnowszej serii, 25-E, mocniejsze i lepiej uzbrojone, niz uzywana w latach siedemdziesiatych wersja 25-A. Osiagaly predkosc 2,8 M i wysokosc 80 tysiecy stop. Ale rakiety, okreslane na Zachodzie nazwa “Arcid” – a kazdy Mig 25-E niosl pod skrzydlami szesc takich rakiet – mogly dosiegnac celu lecacego jeszcze dwadziescia tysiecy stop wyzej. Na razie oba mysliwce, z wlaczonymi dopalaczami, piely sie stromo w gore, z kazda minuta zyskujac dziesiec tysiecy stop wysokosci; lecialy kursem przecinajacym trajektorie Blackbirda. Blackbird byl juz nad Finlandia, kierujac sie w strone jeziora Ladoga i Leningradu, kiedy jego pilot mruknal jakby od niechcenia do mikrofonu: – Mamy towarzystwo… Munro wyrwal sie z kregu wlasnych mysli. Choc niewiele rozumial ze skomplikowanej aparatury pokladowej SR-71, obraz na niewielkim ekranie radaru znajdujacym sie na wprost jego oczu byl zrozumialy nawet dla laika. Z lewej strony ekranu szybko zblizaly sie do centrum dwa male swiatelka. – Kto to moze byc? – spytal, ale zanim jeszcze pilot zdazyl odpowiedziec, skurcz strachu scisnal zoladek Szkota. Wprawdzie Rudin dal osobista gwarancje, ale czy Rudin w pelni panuje nad sytuacja?! Siedzacy z przodu pulkownik O'Sullivan mial przed soba drugi, blizniaczy ekran radaru. Uwaznie obserwowal, z jaka predkoscia zblizaja sie obce obiekty, wreszcie pewnym siebie tonem oswiadczyl: – To Migi-25. Sa na szescdziesieciu tysiacach stop i nadal szybko ida w gore. Cholerne Ruski! Zawsze mowilem, ze nie mozna im ufac. – Wracamy do Szwecji? – spytal Munro. – Ani mi sie sni, Angolu. Jak sam prezydent USA powiedzial, ze mam cie dowiezc do Moskwy, to znaczy, ze do Moskwy! O'Sullivan ponownie wlaczyl dopalacze; przyrost mocy byl taki, ze Munro mial uczucie, jakby go mul kopnal w plecy. Strzalka szybkosciomierza doszla do kreski 3 M, oznaczajacej trzykrotna szybkosc dzwieku, i nawet nieznacznie ja minela. Dziob samolotu uniosl sie lekko w gore. Nawet w tak rzadkim powietrzu rozpedzony do maksymalnej szybkosci Blackbird mogl jeszcze wznosic sie wyzej. Daleko w dole major Kuzniecow, dowodca patrolu, wyciskal ostatnie poty z dwu zintegrowanych silnikow “Tuman”, napedzajacych jego samoloty. Silniki byly dobre, najlepsze, jakimi dysponowali – ale i tak mialy w sumie sile ciagu o 5 tysiecy funtow mniejsza, niz para silnikow Blackbirda, a przy tym podwieszone pod skrzydlami Migow rakiety dzialaly hamujaco. Mimo to oba radzieckie samoloty latwo przekroczyly wysokosc 70 tysiecy stop i na tyle zblizyly sie do SR-71, ze mozna juz bylo myslec o odpaleniu rakiet. Major Kuzniecow odbezpieczyl wszystkie szesc pociskow swojego Miga i polecil pilotowi drugiego samolotu zrobic to samo. Rowniez O'Sullivan, ktorego maszyna osiagnela tymczasem pulap 90 tysiecy stop, zorientowal sie, ze jest juz niemal w zasiegu rakiet lecacych siedemdziesiat piec tysiecy stop nizej mysliwcow. Nie byloby to grozne, gdyby scigajace go Migi znajdowaly sie z tylu: Blackbird lecial szybciej i latwo by im uciekl. W rzeczywistosci jednak napastnicy zblizali sie pod ostrym katem z boku. – Gdybym wiedzial, ze to tylko honorowa eskorta – odezwal sie do pasazera – podpuscilbym tych drani blizej. Aleja Ruskim nie wierze. Mimo iz kombinezon zapewnial cialu optymalna temperature – Munro oblewal sie potem. Moze dlatego, ze dokladnie pamietal tresc raportow “Slowika”, o ktorych pulkownik nie mial pojecia. – To nie eskorta – powiedzial wreszcie. – Oni maja _rozkaz _ mnie sprzatnac. – Teraz mi to mowisz? – wycedzil z wsciekloscia O'Sullivan. – Cholerny konspirator! Ale nie martw sie, Angolu. Prezydent Stanow Zjednoczonych chce cie miec zywego w Moskwie… to dolecisz do Moskwy. Mowiac to uruchomil systemy elektronicznego kamuflazu. Mknacy w stratosferze czarny ptak zaczal emitowac silna gluszaca fale, ktora dla sledzacych go radarow byla tym, czym dla wedrowca na pustyni burza piaskowa. Maly ekran przed oczami majora Kuzniecowa wypelnil sie gesta swietlista mzawka, niczym ekran zepsutego telewizora. Cyfrowy monitor, ktory pokazywal juz, ze skuteczny atak rakietowy bedzie mozliwy za pietnascie sekund, teraz _zaczal _ wyrzucac jakies dziwaczne, bezsensowne liczby. Major zrozumial, ze cel, juz tak bliski, teraz nieodwolalnie mu sie wymknal, zgubil gdzies w lodowatej stratosferze. Pol minuty pozniej oba mysliwce pochylily sie gleboko na skrzydlo i zawrocily do swej arktycznej bazy. Sposrod pieciu moskiewskich lotnisk jedno, Wnukowo II, nigdy nie jest ogladane przez cudzoziemcow. Zarezerwowane jest dla elity partyjnej: specjalna flotylle samolotow sluzbowych utrzymuje w ciaglej gotowosci personel wojskowy. Wlasnie tutaj, o piatej rano miejscowego czasu, pulkownik O'Sullivan sprowadzil Blackbirda na rosyjska ziemie. Kiedy stygnaca maszyna dokolowala do budynkow lotniska, otoczyla ja duza grupa umundurowanych Rosjan. Arizonczyk wlaczyl hydrauliczne ramie, ktore odsunelo oslone kabiny, i z przerazeniem patrzyl na otaczajacy maszyne tlumek. – Te Ruski spaskudza mi cala maszyne – jeknal. Odpial pasy i stanal na rowne nogi. – Hej, wy tam, trzymajcie swoje brudne lapy z daleka, slyszycie? Munro zostawil pulkownika w nierownym boju z personelem lotniska, usilujacym odnalezc w kadlubie SR-71 zawory, przez ktore uzupelnia sie paliwo. Sam wskoczyl do ciezkiej, czarnej limuzyny, przy ktorej czekali nan dwaj cywile ze strazy kremlowskiej. W samochodzie sciagnal z siebie kombinezon lotniczy i z powrotem przebral sie w swoje wlasne spodnie i marynarke. Cala podniebna podroz przebyly one zwiniete w ciasny klebek miedzy jego kolanami, totez wygladaly teraz jak wyciagniete psu z gardla. Trzy kwadranse pozniej Zil, poprzedzany przez dwoch motocyklistow, ktorzy prowadzili go przez cala Moskwe, wpadl przez Brame Borowicka na dziedziniec Kremla, przemknal obok Wielkiego Palacu Carow i zatrzymal sie przed bocznymi drzwiami budynku Arsenalu. Dwie minuty przed szosta Adam Munro znalazl sie w prywatnym apartamencie przywodcy. Naprzeciw niego stal stary czlowiek w szlafroku, trzymajac obiema dlonmi szklanke cieplego mleka. Munro uslyszal, jak zamykaja sie za nim drzwi, i usiadl na wskazanym przez Rudina fotelu z wysokim oparciem. – A wiec to pan jest Adam Munro – zaczal Rudin. – No, niech pan mowi, na czym polega ta nowa propozycja prezydenta Matthewsa? Munro wyprostowal sie w fotelu i popatrzyl na Rudina, ktory tymczasem zajal juz swoje miejsce za biurkiem. Widzial go juz pare razy – ale nigdy z tak bliska. Sekretarz wygladal na zmeczonego i rozdraznionego. Nie bylo tlumacza – a przeciez Rudin nie mowil po angielsku. Racja, uswiadomil sobie Munro, przez te pare godzin ludzie Rudina na pewno starannie sprawdzili jego personalia: wiedzieli, ze jest dyplomata brytyjskim w Moskwie i ze dobrze zna rosyjski. Nie ma wiec sensu tego ukrywac. – Ta propozycja, panie sekretarzu generalny – odezwal sie bieglym rosyjskim – moze sprawic, ze terrorysci opuszcza “Freye”, nie uzyskujac bynajmniej tego, czego sie domagaja. – Jedna rzecz musimy ustalic od razu, panie Munro. Nie bedziemy juz mowic o uwolnieniu Miszkina i Lazariewa. – Nie bedziemy – latwo zgodzil sie Munro. – W istocie mialem raczej nadzieje porozmawiac o Juriju Iwanience. Rudm nawet nie drgnal. Nadal spokojnie patrzyl na swego rozmowce. Potem uniosl do ust szklanke z mlekiem i wypil lyk. – Jak pan widzi, jeden z nich zdazyl juz co nieco powiedziec – kontynuowal Munro. Musial dla wzmocnienia swoich argumentow ujawnic przed Rudinem, ze i on wie juz, co stalo sie z Iwanienka. Nie mogl jednak zdradzic, ze wiadomosc przeciekla na Zachod prosto z Kremla; to byloby grozne dla Walentyny – jesli ona w ogole jest jeszcze na wolnosci. – Na szczescie powiedzial to jednemu z naszych ludzi i nie pozwolilismy, aby rzecz sie rozniosla. – Waszych ludzi? – zdziwil sie Rudin. – Ach tak, chyba wiem, kogo ma pan na mysli. A kto jeszcze o tym wie? – Dyrektor generalny mojej instytucji, premier Wielkiej Brytanii, prezydent Matthews i trzech jego glownych doradcow. Zapewniam pana, ze nikt z nich nie ma najmniejszego zamiaru podawac tego do publicznej wiadomosci. Naj-mniej-sze-go! Rudin zastanowil sie przez chwile. – A czy mozna to samo powiedziec o Miszkinie i Lazariewie? – Na tym wlasnie polega problem – odparl Munro. – O to chodzilo od samego poczatku, to _znaczy _ odkad na poklad “Freyi” weszli terrorysci. A propos, to sa emigranci z Ukrainy. Rudin jakby nie doslyszal ostatniego zdania. – Totez powiedzialem juz panu Matthewsowi, ze jedynym rozwiazaniem jest zniszczyc “Freye”. Kosztowaloby to troche istnien ludzkich, ale oszczedziloby nam wszystkim mnostwa klopotow. – Oszczedzilby pan sobie tych klopotow wczesniej, gdyby samolot porwany przez tych chlopakow zostal w pore zestrzelony. – To rzeczywiscie byl blad – przyznal niechetnie. – Ciekawe, czy nieudany atak dwoch Migow-25 na samolot, ktorym tu przylecialem, uzna pan rowniez za blad? Po raz pierwszy kamienna twarz starego Rosjanina drgnela. – Nic o tym nie wiem – powiedzial cicho. I po raz pierwszy w tej rozmowie Munro mu uwierzyl. – Wracajac do rzeczy: musi pan wiedziec, ze zniszczenie “Freyi” nic nie da, nie rozwiaze problemu. Jeszcze trzy dni temu Miszkin i Lazariew byli nieznanymi szerzej zbiegami i porywaczami, skazanymi na pietnascie lat wiezienia. Jeszcze trzy dni temu nikt nie dalby wiary ich oswiadczeniom. Ale dzisiaj sa juz slawni. Na razie, co prawda, wszyscy sadza jeszcze, ze w calej tej sprawie chodzi tylko o ich osobista wolnosc. Ale przeciez prawda jest inna. I jesli “Freya” zostanie zniszczona, wszystko jedno czyimi rekami, caly swiat zacznie sie dopytywac, komu i dlaczego tak strasznie zalezalo na zatrzymaniu ich w wiezieniu. Bo tez, jak dotad, swiat nie wie, ze tu nie chodzi o ich zamkniecie, ale o ich milczenie. Po zniszczeniu “Freyi”, razem z jej ladunkiem i zaloga, swiat na pewno znajdzie sposob, zeby ich samych zapytac o przyczyny… a oni chetnie wszystko powiedza. I teraz uwierza im juz wszyscy. Jak pan widzi, samo zatrzymanie ich w wiezieniu, tym czy innym sposobem, nic juz nie daje. Rudin skinal glowa ze zrozumieniem. – Ma pan racje, mlody czlowieku. Zapewne sami Niemcy zrobia im od razu konferencje prasowa… – No wlasnie – rzekl Munro. – I stad moja propozycja… Krotko wylozyl program dzialan przedstawiony wczesniej pani Carpenter i Williamowi Matthewsowi. W odroznieniu od nich, stary Rosjanin nie byl ani wstrzasniety, ani zgorszony – okazal tylko zimne zainteresowanie. – Czy to wyjdzie? – spytal w koncu. – Musi wyjsc. Zreszta to juz i tak ostatnia szansa. A wiec, zgadza sie pan na ich podroz do Izraela? Rudin spojrzal na scienny zegar. Byla szosta czterdziesci piec. Za czternascie godzin bedzie musial spotkac sie z Wiszniajewem i reszta czlonkow Biura. Ale tym razem nie skonczy sie na aluzjach; glowny ideolog Partii postawi formalny wniosek o wotum nieufnosci. – Zgoda, panie Munro. Niech pan to zrobi… i oby to wyszlo. Bo jak nie wyjdzie, to nic nie zostanie ani z “Freyi”, ani z Traktatu Dublinskiego. Nacisnal guzik na biurku. Drzwi otwarly sie natychmiast i stanal w nich major w doskonale skrojonym mundurze kremlowskiej gwardii. – Chcialbym jeszcze przekazac dwie instrukcje, jedna dla Amerykanow, druga dla moich ludzi – odezwal sie Munro. – Przedstawiciele obu ambasad czekaja juz pod brama Kremla. Rudin wydal odpowiednie polecenia majorowi, ktory mial odprowadzic Brytyjczyka. Kiedy byli juz w drzwiach, zatrzymal ich glos Rudina: – Panie Munro! Szkot odwrocil sie. Starzec stal przy biurku dokladnie tak samo jak w chwili, gdy Munro tu wchodzil, obejmujac obiema dlonmi szklanke z mlekiem. – Gdyby szukal pan kiedys nowej pracy – powiedzial najzupelniej powaznym tonem – niech pan przyjdzie do mnie. Tutaj zawsze znajdzie sie miejsce dla ludzi utalentowanych. Kiedy wiozaca Szkota limuzyna opuszczala Kreml przez Brame Borowicka, pierwsze promienie slonca dotknely kopul cerkwi Wasyla Blogoslawionego. Tuz za brama staly przy krawezniku dwa czarne samochody. Munro wysiadl i podszedl kolejno do jednego i drugiego. Przekazal swoje instrukcje najpierw amerykanskiemu, potem brytyjskiemu dyplomacie. Musza one dotrzec do Waszyngtonu i Londynu, zanim on wyladuje w Berlinie. Dokladnie o osmej Blackbird oderwal sie od betonu lotniska Wnukowo II i skierowal sie ku zachodowi. SR-71 mial przed soba nastepny, liczacy tysiac mil etap podrozy: do Berlina. Pulkownik O'Sullivan, ktory przez ostatnie trzy godziny obserwowal w mece, jak radzieccy mechanicy obmacuja jego ukochana maszyne (prawde mowiac, uzupelniali tylko paliwo), byl juz w bardzo zlym humorze. – Gdzie ja wlasciwie, do cholery, mam ladowac? Przeciez nie na Tempelhof, tam jest za malo miejsca. – Wyladuje pan w brytyjskiej bazie Gatow. – Co?! Najpierw Ruscy, a teraz Angole! To moze lepiej od razu wystawic ten samolot na pokaz publiczny? Zdaje sie, ze juz i tak kazdy moze w nim grzebac. – Jesli ta misja sie powiedzie, swiat byc moze nie bedzie juz potrzebowal Blackbirdow – probowal go udobruchac Munro. Ale nie mogl gorzej trafic. – Taaak? Tylko ciekawe, co ja bede wtedy robil – zawolal pulkownik O'Sullivan i z wisielczym humorem dodal: – Pewnie zostane jakims taksowkarzem. Zreszta juz zaczynam nabierac wprawy. Daleko pod nimi przesunelo sie Wilno. Pedzac wciaz na zachod z szybkoscia dwukrotnie przewyzszajaca ruch obrotowy Ziemi, dotra do Berlina o siodmej rano tamtejszego czasu. Na “Freyi” byla piata trzydziesci (Adam Munro jechal wlasnie z Kremla na lotnisko), kiedy w kajucie kapitana zadzwonil interkom z mostka. Czlowiek, zwany Swoboda, sluchal przez chwile, potem odpowiedzial po ukrainsku. Larsen obserwowal go z drugiej strony stolu spod przymknietych powiek. Nie zrozumial oczywiscie ani slowa, ale dostrzegl, ze wiadomosc wprawila terroryste w zaklopotanie. Przez nastepne pare minut siedzial w milczeniu, marszczac brwi i wpatrujac sie w stol, dopoki w drzwiach nie pojawil sie ktorys z jego ludzi, by zastapic go w pilnowaniu Norwega. Swoboda zostawil kapitana pod czula opieka lufy karabinowej i poszedl na mostek. Po dziesieciu minutach wrocil, najwyrazniej niezadowolony. – Co sie stalo? Znow jakies klopoty? – spytal ze zlosliwym usmiechem Larsen. – Ambasador niemiecki dzwonil z Hagi. Podobno wydali zakaz przelotu kanalami powietrznymi z Berlina Zachodniego wszelkim samolotom niemieckim, zarowno panstwowym, jak prywatnym. – To logiczne – mruknal Larsen. – Nie maja ochoty przygladac sie z zalozonymi rekami, jak dwaj zabojcy ich pilota odlatuja wolni w sina dal. Swoboda odprawil wartownika – wyslal go z powrotem na mostek. Sam zajal znowu miejsce za stolem. – Brytyjczycy zaproponowali kanclerzowi pomoc: chca przetransportowac Miszkina i Lazariewa z Berlina do Tel Awiwu wlasnym samolotem wojskowym – powiedzial. – Na pana miejscu zgodzilbym sie na to. Rosjanie rzeczywiscie mogliby zawrocic z drogi samolot niemiecki albo nawet go zestrzelic, a potem stwierdzic, ze to byl wypadek. Ale do samolotu RAF, w uznanych kanalach powietrznych, strzelac nie beda. Jest pan bliski sukcesu, niech pan tego nie marnuje z powodu takiego drobiazgu. Niech pan sie zgodzi na te propozycje. Swoboda popatrzyl na Norwega: wygladal na smiertelnie zmeczonego, jego reakcje byly powolne i ospale. – Ma pan racje, rzeczywiscie mogliby zestrzelic niemiecki samolot. A co do oferty brytyjskiej, to, prawde mowiac, juz sie zgodzilem. – No, to ostatnia przeszkoda za nami – Larsen probowal zdobyc sie tym razem na przyjazny usmiech. – Uczcijmy to! Staly przed nim dwie filizanki kawy, napelnione, gdy Swoboda przebywal poza kabina. Posunal jedna z nich na srodek stolu; Ukrainiec szybko po nia siegnal. I to byl blad, na ktory od dawna czekal Larsen… Rzucil sie na Swobode przez stol z cala nagromadzona od piecdziesieciu godzin energia rozwscieczonego niedzwiedzia. Terrorysta szarpnal sie do tym, chwycil swoja bron i juz mial jej uzyc, kiedy piesc twarda jak pien drzewa trafila go w lewa skron. Runal wraz z krzeslem na podloge. Czlowieka mniej sprawnego fizycznie ten cios i upadek moglyby pozbawic przytomnosci. Ale Drake, znacznie mlodszy od Larsena, byl swietnie wytrenowany. Poniewaz nie mogl juz liczyc na rewolwer, ktory w czasie upadku wypadl mu z dloni i polecial gdzies daleko – zerwal sie w sama pore, by golymi rekami bronic sie przed szarza Norwega. Po chwili obaj runeli na ziemie, splatani niczym dwaj zapasnicy posrod szczatkow polamanego krzesla i potluczonych filizanek. Larsen staral sie wykorzystac swoja wage i sile, Ukrainiec – mlodziencza zrecznosc i szybkosc. Ta ostatnia przewazyla. Wysliznawszy sie z uscisku wielkoluda, Swoboda dopadl drzwi. Niewiele brakowalo, by je otworzyl i uciekl: juz dotykal dlonia klamki, gdy Larsen tygrysim skokiem zwalil go z nog. Kiedy znowu sie podniesli, Norweg znalazl sie miedzy Swoboda a drzwiami. Tym razem Ukrainiec zaatakowal nogami; potezny kopniak w pachwine sprawil, ze Larsen zgial sie wpol, ale natychmiast przyszedl do siebie i ponownie zaatakowal terroryste. Swoboda nie przypadkiem zmierzal w strone drzwi. Pamietal zapewne, ze kabina jest calkowicie dzwiekoszczelna, i zdawal sobie sprawe, ze nikt z jego kolegow nie slyszy odglosow walki. A walka trwala nadal: mocujac sie, gryzac, tlukac piesciami, kopiac – doturlali sie znowu w okolice stolu. Gdzies tutaj lezal rewolwer, ktory mogl szybko rozstrzygnac sprawe; jeszcze skuteczniej jednak mogl tego dokonac oscylator przytroczony do pasa Swobody – gdyby w czasie zmagan zostal nacisniety, chocby i przypadkowo, czerwony guzik. W rzeczywistosci walka trwala jeszcze dwie minuty. Larsen zdolal w pewnym momencie uwolnic jedna reke, chwycil Ukrainca za wlosy i trzasnal jego glowa o debowa noge stolu. Swoboda wyprezyl sie gwaltownie, potem bezwladnie osunal sie na podloge. Spod linii wlosow splynela na czolo cienka struzka krwi. Ciezko dyszac ze zmeczenia Larsen podniosl sie z podlogi i popatrzyl na nieprzytomnego przeciwnika. Potem z wielka ostroznoscia odwiazal od jego pasa oscylator i trzymajac go w lewej dloni szybko podszedl do okna nad burta. Okno bylo zabezpieczone dwiema motylkowymi nakretkami. Zaczal je odkrecac jedna reka, nie wypuszczajac z drugiej morderczego aparaciku. Jedna nakretka zsunela sie juz z gwintu; zabral sie do drugiej. Za kilka sekund otworzy okno i cisnie oscylator daleko ponad stalowym podestem w glebine Morza Polnocnego. Na podlodze, za jego plecami, reka mlodego terrorysty zaczela skradac sie po dywanie w strone porzuconego rewolweru. Dosieglszy go Swoboda dzwignal sie z trudem na jednym ramieniu, potem czolgajac sie okrazyl stol, ktory zaslanial mu widocznosc. Larsen tymczasem odkrecil druga mutre i wlasnie ciagnal ku sobie mosiezna rame okna – kiedy padl strzal. W niewielkiej zamknietej przestrzeni kabiny huk byl ogluszajacy. Larsen zatoczyl sie na sciane przy otwartym oknie; spojrzal najpierw na swoja lewa reke, potem na Swobode. Rowniez Ukrainiec wpatrywal sie, jak zahipnotyzowany, w lewa dlon kapitana. Teri pierwszy i jedyny strzal trafil dokladnie w oscylator; w krwawiacej dloni Larsena tkwily odlamki plastiku i metalu. Przez kilka sekund patrzyli na siebie w smiertelnym milczeniu, czekajac na serie eksplozji, ktore beda oznaczaly smierc “Freyi”. Nic takiego nie nastapilo. Najwidoczniej tepy pocisk roztrzaskal oscylator na kawalki zbyt szybko, aby wzbudzony sygnal zdazyl osiagnac czestotliwosc niezbedna do uruchomienia zapalnikow w bombach. Ukrainiec podniosl sie powoli. Wstal niepewnie, opierajac sie o stol. Larsen popatrzyl przez chwile na krew kapiaca wciaz z dloni, potem ponownie przeniosl wzrok na chwiejacego sie terroryste. – Wygralem, panie Swoboda. Wygralem. Nie moze pan juz zniszczyc mojego statku i mojej zalogi. – To pan o tym wie, kapitanie Larsen – odparl spokojnie czlowiek z pistoletem. – Pan i ja. Ale oni… – wskazal przez otwarte okno na swiatla pozycyjne okretow NATO w gestej ciemnosci przedswitu – oni nie wiedza nic. Gra toczy sie nadal, i to ja ja wygram. Miszkin i Lazariew b e d a w Izraelu. 19. Od 6.00 do 16.00 Zachodnioberlinskie wiezienie Moabit sklada sie z dwoch czesci. Starsza istniala juz przed II wojna swiatowa. Nowa zbudowano na przelomie lat szescdziesiatych i siedemdziesiatych, zapewne nie bez zwiazku z szeroka fala terroryzmu, jaka uruchomila w Niemczech grupa Baader-Meinhof. W tej czesci wiezienia zainstalowano ultranowoczesne systemy zabezpieczen, najgrubsza stal i najtwardszy beton, kamery telewizyjne, elektronicznie sterowane drzwi, zamki, kraty. Miszkina i Lazariewa, ktorzy spali w pojedynczych celach na najwyzszym pietrze, w niedziele, 3 kwietnia 1983 roku o szostej rano obudzil sam naczelnik wiezienia. – Zostaliscie zwolnieni – powiedzial krotko. – Jeszcze dzis odlecicie do Izraela. Start przewidziany jest na osma. Przygotujcie sie do wyjscia. O wpol do osmej ruszamy na lotnisko. Dziesiec minut pozniej dowodca wojskowy brytyjskiego sektora Berlina Zachodniego dzwonil do niemieckiego burmistrza miasta. – Bardzo przepraszam, Herr Burgermeister, ale start z cywilnego lotniska Tegel raczej nie wchodzi w rachube. Jak pan wie, nasze rzady uzgodnily, ze posluzymy sie brytyjskim samolotem wojskowym. Do jego obslugi z pewnoscia lepiej przygotowane jest nasze lotnisko Gatow. A przy tym unikniemy chaosu i tlumu dziennikarzy. W takim wielkim miedzynarodowym porcie lotniczym byloby to raczej trudne. Burmistrz byl w gruncie _rzeczy _ zadowolony. Jesli cala ta operacja zajma sie Brytyjczycy, na nich spadnie wszelka odpowiedzialnosc; a zblizajace sie wybory lokalne dotyczyly przeciez takze Berlina… – A wiec, jaki ma pan plan, generale? – Londyn proponuje, zebyscie zapakowali tych dwoch lobuzow do opancerzonej karetki na terenie wiezienia i zawiezli ich prosto do bazy Gatow. Wypuscicie ich z karetki dopiero w bazie… z dala od wszelkich widzow. Oczywiscie od tego momentu moi ludzie przejmuja pelna odpowiedzialnosc. Dziennikarze nie mieli tym razem szczescia. Ponad czterystu reporterow i fotografow biwakowalo przed brama Moabitu juz od poprzedniego wieczora, kiedy to w Bonn zapowiedziano uwolnienie porywaczy na osma rano. Wszyscy chcieli miec zdjecie tej dwojki w triumfalnym momencie uwolnienia. Tabuny fotoreporterow oblegaly tez cywilne lotnisko Tegel, biegajac z kata w kat w poszukiwaniu najlepszego punktu obserwacyjnego dla swoich teleobiektywow. I jednych, i drugich mial spotkac srogi zawod. Brytyjska baza lotnicza Gatow ma te zalete, ze znajduje sie na najdalszych peryferiach miasta i oddzielona jest od centrum bardzo szeroka w tym miejscu rzeka Hawela. Zachodnie ogrodzenie niemal styka sie z Murem, ktorym otoczyly miasto komunistyczne wladze NRD. W bazie juz na wiele godzin przed switem trwaly ozywione i systematyczne przygotowania. Miedzy trzecia a czwarta nad ranem przylecial z Anglii maly “dyrektorski” odrzutowiec HS-125 z oznaczeniami RAF, nie wiedziec czemu, zwany przez wojskowych “Belfrem”. Mial on bardzo pojemne zbiorniki paliwa, pozwalajace bez ladowania pokonac trase z Berlina do Tel Awiwu, nawet po okreznej trajektorii: Monachium – Wenecja – Ateny, bez korzystania z przestrzeni powietrznej panstw komunistycznych. Wysoka predkosc podrozna, 500 mil na godzine, pozwalala Belfrowi pokonac te liczaca 2200 mil trase w cztery i pol godziny. Natychmiast po wyladowaniu odholowano Belfra do pustego hangaru, gdzie poddano samolot kontroli technicznej i uzupelniono paliwo. Dziennikarze tak bardzo skupili swoja uwage na wiezieniu Moabit i porcie lotniczym Tegel, ze nikt nie zauwazyl czarnego SR-71 schodzacego nad polnocno-zachodnia czescia miasta do ladowania na glownym pasie lotniska Gatow – choc odbylo sie to za trzy minuty siodma, kiedy niebo bylo juz calkiem jasne. Samolot zostal szybko odholowany do jednego z hangarow, gdzie sprowadzona specjalnie na te okazje z Tempelhof ekipa US Air Force pospiesznie zamknela drzwi przed nosem ciekawskich Anglikow i zabrala sie do pracy przy Blackbirdzie. SR-71 mial juz swoje nietypowe i niewdzieczne zadanie za soba. Pulkownik O'Sullivan, stwierdziwszy, ze znajduje sie wsrod rodakow i ze nastepne ladowanie wypadnie juz w ukochanych ojczystych Stanach – nareszcie odprezyl sie. Jego pasazer szybko opuscil hangar. Przed drzwiami powital go mlody major RAF, czekajacy w land-roverze. – Pan Munro? – spytal. – Tak – Szkot podal mu swoj paszport, ktory major obejrzal pobieznie. – Dwaj dzentelmeni czekaja na pana w kasynie – stwierdzil. Ci dwaj dzentelmeni mogli, w razie potrzeby, wylegitymowac sie dokumentami urzednikow niskiego szczebla z Ministerstwa Obrony. Nie przyznaliby sie jednak przy tym, ze na co dzien zajmuja sie praca badawcza w pewnym pilnie strzezonym laboratorium, ktorego odkrycia i raporty opatrywane sa natychmiast znakiem “Scisle tajne”. Obaj panowie byli elegancko ubrani, obaj trzymali w rekach czarne, urzednicze walizeczki. Pierwszy, w okularach bez oprawy, byl lekarzem albo raczej byl nim kiedys, zanim porzucil szlachetne idealy Hipokratesa. Drugi, jego asystent, byl dawniej felczerem. – Czy panowie maja sprzet, o ktory prosilem? – spytal Munro bez zadnych wstepow. Zamiast odpowiedzi czlowiek w okularach otworzyl swoja walizeczke i wyjal z niej plaska skrzynke, nie wieksza niz pudelko cygar. Uniosl pokrywke i pokazal zawartosc pudelka, ulozona na podsciolce z waty. – Dziesiec godzin – powiedzial. – Nie wiecej. – To troche malo – skrzywil sie Munro. – Cholernie malo. Dochodzila siodma trzydziesci. Zapowiadal sie kolejny cieply, sloneczny poranek. Nalezacy do brytyjskiej sluzby ochrony wybrzeza zwiadowczy Nimrod krazyl wciaz niezmordowanie na wysokosci 15 tysiecy stop nad “Freya”. Jego zadaniem byla teraz obserwacja nie tylko tankowca, ale i plamy ropy, ktora wyciekla z niego w poludnie poprzedniego dnia. Gigantyczne tluste rozlewisko przemieszczalo sie wciaz leniwie po spokojnym morzu, nadal pozostajac poza zasiegiem jednostek pozarniczych, zaladowanych detergentem, ktore nie mogly przekroczyc zakletego kregu pieciu mil wokol “Freyi”. Plama ropy, ktora najpierw powedrowala z przyplywem na polnocny wschod od tankowca, w nocy zatrzymala sie, po czym fala odplywu oraz lekka bryza popchnely ja z powrotem. Przed switem _znalazla, _ sie znowu na poludniku “Freyi”, o dwie mile od niej w kierunku brzegow Holandii i Belgii. Na statkach pozarniczych i holownikach, wiozacych skoncentrowany emulgent ropy, specjalisci z laboratorium Warren Springs blagali Boga o dobra, spokojna pogode przynajmniej do momentu, gdy beda mogli zaczac akcje. Jesli pogoda sie pogorszy, jesli zacznie wiac mocniejszy wiatr, wielka plama rozdzieli sie na tysiace mniejszych i pogna wraz z falami ku brzegom Europy albo Wielkiej Brytanii. Meteorolodzy z niepokojem sledzili zblizanie sie od strony ciesnin dunskich chlodnego frontu atmosferycznego. Najwyrazniej wypieral on znad Morza Polnocnego panujaca od paru dni ciepla aure, niezwykla zreszta o tej porze roku. Bedzie dobrze, jesli to zderzenie frontow skonczy sie jedynie silna mgla. Dziesiec minut przed osma, a wiec tuz przed zapowiedzianym terminem uwolnienia wiezniow, napiecie nerwowe na “Freyi” dosieglo szczytu. Wczesniej juz Drake, asekurowany przez dwu uzbrojonych ludzi, pozwolil kapitanowi skorzystac z jego wlasnej podrecznej apteczki. Szary z bolu, Larsen wyrywal z poharatanej dloni odlamki plastiku; potem owinal ja bandazem, ktorego koniec zawiazal wokol szyi w prymitywny temblak. Swoboda, z plastrem na czole, patrzyl na niego z drugiego konca kabiny. – Musze przyznac, ze dzielny z pana czlowiek, kapitanie Larsen. Ale nic pan nie zyskal. Nadal moge wypompowac z panskiego statku tyle ropy, ile zechce, a juz te okrety dokola postaraja sie, zeby dokonczyc roboty. I jesli Niemcy znowu zlamia obietnice, zaczne juz o dziewiatej. Dokladnie o wpol do osmej cierpliwosc dziennikarzy warujacych pod wiezieniem Moabit zostala nagrodzona. Podwojna stalowa brama, wychodzaca na Klein Moabit Strasse, otworzyla sie na osciez i ukazala sie w niej opancerzona furgonetka bez bocznych okien. Z balkonow mieszkan po drugiej stronie ulicy dziesiatki fotografow pstrykaly wszystko, co sie dalo – choc niewiele tu bylo do ogladania; potem w slad za odjezdzajaca karetka ruszyla rzeka pojazdow prasowych. W wozach transmisyjnych, przyslanych tu przez rozne stacje radiowe i telewizyjne, reporterzy terkotali w podnieceniu do mikrofonow. Slowa wielu z nich wedrowaly natychmiast, za posrednictwem macierzystych stacji, do milionow sluchaczy. Taka bezposrednia transmisje prowadzilo tez radio BBC. Glos brytyjskiego sprawozdawcy wypelnil kajute kapitana “Freyi”, gdzie Andrew Drake – czlowiek, ktory rozpetal cala te afere – sluchal teraz z najwyzsza uwaga. – Jada juz! – wykrzyknal z satysfakcja. – No, to niewiele zostalo czasu. Najwyzsza pora, zeby im powiedziec, jak maja przyjac chlopcow w Izraelu. Pobiegl znowu na mostek. Dwaj “opiekunowie” Larsena pozostali na miejscu. Ale byl to nadmiar ostroznosci. Masywne cialo kapitana spoczywalo bezwladnie w fotelu. Jego umysl, goniacy resztkami przytomnosci, walczyl teraz nie tyle z sennoscia, ile z falami przenikliwego bolu w potrzaskanej, krwawiacej wciaz dloni. Opancerzona karetka, poprzedzana przez policjantow na motocyklach, ktorych syreny wyly przerazliwie, wpadla w otwarta brame w wysokim na dwanascie stop ogrodzeniu bazy Gatow. Ciezki szlaban przed brama opadl szybko, w sama pore, by zatrzymac wypelniony dziennikarzami samochod, pedzacy na czele dlugiej kolumny wozow. Samochody stawaly jeden po drugim z piskiem opon. Zamknela sie dwuskrzydlowa brama. Po chwili wzdluz ogrodzenia rozlal sie tlum reporterow i fotografow, glosno, ale bezskutecznie domagajacych sie prawa wstepu. Baza Gatow to nie tylko lotnisko; stacjonuje tu takze duzy oddzial wojska. Czterej wartownicy przy bramie – wielkie chlopiska zandarmerii wojskowej, w czerwonych czapkach zsunietych niemal na nos – stali nieruchomi i odporni na wszelkie zaczepki. – Nie macie prawa nas zatrzymywac! – ryczal wsciekly fotoreporter ze “Spiegla”. – Musimy widziec moment uwolnienia wiezniow. – Daj spokoj, Szwabie – mruknal pod nosem stojacy najblizej sierzant Farrow, a glosno powiedzial: – Takie mam rozkazy. Reporterzy rzucili sie do budek telefonicznych, zeby poskarzyc sie swoim szefom. Skarzyli sie tez burmistrzowi – a on wyrazal “szczere ubolewanie” i obiecal natychmiast porozumiec sie w tej sprawie z dowodca bazy Gatow. Potem odkladal sluchawke, sadowil sie wygodniej w fotelu i spokojnie zaciagal sie cygarem. Tymczasem w bazie Adam Munro, w towarzystwie pulkownika odpowiedzialnego za obsluge techniczna samolotow, przeszedl do hangaru, w ktorym stal Belfer. – Maszyna w porzadku? – spytal podoficera kierujacego przegladem technicznym. – Na sto procent, sir! – odpowiedzial sluzbiscie stary mechanik. – A jednak… – rzekl Munro – mysle, ze powinniscie jeszcze raz _zajrzec _ do tamtego silnika. Tam chyba jest jakis drobny defekt elektryczny. Trzeba to koniecznie naprawic. Podoficer patrzyl na nieznajomego w oslupieniu, potem przeniosl wzrok na swego przelozonego. – Prosze to wykonac, panie Barker – potwierdzil polecenie pulkownik i wyjasnil: – Potrzebne jest nam drobne opoznienie “z powodow technicznych”. Belfer nie moze po prostu byc gotowy do startu natychmiast. To dla wladz niemieckich. Powinni wiedziec, ze to rzeczywiscie jakis defekt. Niech pan zdejmie oslony i przejrzy jeszcze raz ten silnik. Sierzant Barker juz od trzydziestu lat obslugiwal samoloty Royal Air Force. Rozkaz przelozonego byl dlan rzecza swieta – nawet jesli powtarzal tylko idiotyczne zyczenie jakiegos parszywego cywila, ktory zreszta lepiej by zrobil, gdyby zajal sie swoim wymietym ubraniem i niechlujnym zarostem. Naczelnik wiezienia Moabit, Alois Bruckner, przyjechal do Gatow wlasnym samochodem, by byc swiadkiem przekazania wiezniow Brytyjczykom i startu samolotu do Izraela. Kiedy uslyszal, ze maszyna nie jest jeszcze gotowa, zdenerwowal sie i postanowil osobiscie rzecz sprawdzic. Kiedy w towarzystwie dowodcy bazy wszedl do hangaru, sierzant Barker zanurzony byl po pas w czelusciach prawego silnika Belfra. – Co sie stalo? – spytal z rozpacza. Glowa Barkera wysunela sie spod oslony silnika. – Zwarcie elektryczne, sir – zameldowal urzednikowi. – _Zauwazylem _ to przed chwila, w czasie proby silnika. To nie potrwa dlugo. – Oni musza odleciec o osmej, za dziesiec minut! – nalegal Niemiec. – Jesli nie odleca, tamci o dziewiatej wypuszcza z tankowca sto tysiecy ton ropy. – Postaram sie jak najszybciej, sir. Pozwoli pan, ze teraz wroce do pracy? Dowodca bazy wyprowadzil Brucknera z hangaru. – Zapraszam pana do kasyna oficerskiego na filizanke dobrej herbaty – zaproponowal. – Nie chce dobrej herbaty, chce dobrego startu do Tel Awiwu! – warknal Bruckner. – A na razie musze zadzwonic do burmistrza. – No to tez najlepiej z kasyna – ucieszyl sie Brytyjczyk. – Aha, pomyslalem, ze wiezniowie nie powinni dluzej dusic sie w tej furgonetce, wiec kazalem ich przeprowadzic do cel na posterunku zandarmerii w baraku “A”. Bedzie im tam wygodniej. Za piec osma korespondent BBC otrzymal poufna, specjalnie dla niego przeznaczona wiadomosc od dowodcy bazy RAF. Juz siedem minut pozniej wiadomosc o defekcie silnika Belfra _znalazla _ sie w porannym dzienniku BBC World Seryice. W ten sposob dotarla na “Freye”. – Lepiej niech sie pospiesza… – skomentowal groznie Swoboda. Tuz po osmej Munro i dwaj inni cywile weszli do baraku, w ktorym miescil sie posterunek zandarmerii wojskowej. Placowka byla niewielka, z rzadka tylko trafiali tu zolnierze naruszajacy regulamin – totez cztery cele zupelnie wystarczaly. Usytuowane byly w jednym rzedzie, wzdluz korytarza za pokojem sluzbowym; Miszkina umieszczono w pierwszej, Lazariewa w czwartej, ostatniej. Mlodszy z “urzednikow” wpuscil Munro i swojego szefa do korytarza, potem zamknal drzwi i oparl sie o nie plecami. – Ostatnie przesluchanie – wyjasnil dyzurnemu sierzantowi, ktory zblizyl sie do nich z grozna mina. – Jestesmy z wywiadu – dodal i dotknal palcem nosa. Sierzant mruknal cos niewyraznie i wrocil do swojej dyzurki. Munro wszedl do pierwszej celi. Lew Miszkin, juz w swoim wlasnym, a nie wieziennym ubraniu, siedzial na krawedzi pryczy i palil papierosa. Powiedziano mu juz, ze w najblizszym czasie odleci do Izraela, ale nadal byl pelen niepokoju: nie wiedzial prawie nic o tym, co zdarzylo sie w ciagu ostatnich trzech dni. Munro patrzyl na niego przenikliwie. Nie chcial tego spotkania i bal sie go. Ale to byla cena, ktora musial zaplacic, by na Walentyne czekala na plazy pod Mamaia zbawcza lodz, ktora zabierze ja do wolnego swiata. Tylko czy bedzie miala kogo zabrac? Munro mial wciaz przed oczyma ukochana kobiete, wychodzaca przez szklane drzwi na moskiewska ulice i tamtego czlowieka w prochowcu, ktory podazyl w slad za nia. – Jestem lekarzem – powiedzial po rosyjsku. – Panscy przyjaciele Ukraincy _zyczyli _ sobie, by zbadac pana przed podroza. Miszkin wstal, wahajac sie, co odpowiedziec. Na pewno nie spodziewal sie ciosu wyprostowana dlonia w splot sloneczny ani puszki z gazem oszalamiajacym, ktora _znalazla _ sie pod jego nosem w chwili, gdy probowal zlapac oddech. Gaz dotarl blyskawicznie do jego pluc. Nogi Miszkina ugiely sie, bylby upadl; Munro chwycil go jednak w pore pod ramiona i delikatnie ulozyl na pryczy. – To bedzie dzialac najwyzej dziesiec minut – ostrzegl cywil z ministerstwa, ktory obserwowal scene z boku. – Obudzi sie z zawrotami glowy, ale wszystko bedzie pamietal. Musi pan szybko dzialac. Munro otworzyl podana mu walizeczke i wyjal z niej pudelko ze strzykawka, wata i flakonem eteru. Umoczywszy wate w eterze przetarl nia skore na prawym przedramieniu wieznia, uniosl strzykawke pod swiatlo i nacisnal lekko, by usunac ostatnie pecherzyki powietrza. Zrobienie zastrzyku nie zajelo wiecej niz trzy sekundy; Miszkin pozostanie pod jego dzialaniem przez dwie godziny, a wiec nawet dluzej, niz to jest potrzebne. Dwaj Brytyjczycy zamkneli za soba drzwi i przeszli do celi numer cztery, po ktorej krazyl nerwowo w te i z powrotem Dawid Lazariew. Gaz z rozpylacza podzialal tu rownie szybko i skutecznie jak w pierwszym przypadku. Dwie minuty pozniej Lazariew byl juz po zastrzyku. Cywil towarzyszacy agentowi SIS siegnal do wewnetrznej kieszeni marynarki i podal mu plaskie metalowe pudelko. – Zostawie pana teraz – stwierdzil chlodno. – Za to mi juz nie placa. Mlodzi porywacze nie mogli oczywiscie wiedziec, co im wstrzyknieto. Byla to mikstura dwu narkotykow, ktore w Anglii nosza nazwy “petydyna” i “hiacyna”, w Ameryce natomiast – “meperydyna” i “skopolamina”. W polaczeniu daja one nader szczegolne efekty. Pacjent pozostaje przytomny, choc nieco ospaly; jest przy tym podatny na sugestie i calkowicie posluszny poleceniom innych osob. Dodatkowym efektem jest iluzja blyskawicznego uplywu czasu. Kiedy po dwoch godzinach mikstura przestaje _dzialac, _ pacjentowi wydaje sie, ze ocknal sie z parosekundowego omdlenia. Zapomina przy tym kompletnie wszystko, co zdarzylo sie w ciagu tych dwoch godzin. I tylko spojrzenie na zegar moze mu uswiadomic rzeczywisty uplyw czasu. Munro powrocil do celi Miszkina. Pomogl chlopakowi usiasc na pryczy i oparl go o sciane. – Czesc – powiedzial. – Czesc – odezwal sie zgodnie Miszkin. Znow rozmawiali po rosyjsku, ale tego juz Miszkin nie zapamieta. Munro otworzyl blaszane pudeleczko, wyjal dwie polowki dlugiej kapsulki, podobnej do tych, jakich czesto uzywa sie na przeziebienie, i skrecil je w calosc. – Powinienes lyknac te pigulke – podal ja Miszkinowi razem ze szklanka wody. – Dobra – zgodzil sie ochoczo tamten i polknal bez sprzeciwu. Teraz Munro wyciagnal z walizki bateryjny budzik, wyregulowal go i postawil na stoliku przy scianie. Wskazowki ustawione byly na osma, ale budzik nie chodzil. Szkot zostawil Miszkina siedzacego w otepieniu na pryczy i znowu powedrowal do celi nr 4. Piec minut pozniej jego zadanie bylo skonczone. Zapakowal swoje akcesoria do walizeczki i opuscil korytarz aresztu. – Maja byc w calkowitej izolacji az do momentu podstawienia samolotu – oswiadczyl znudzonemu sierzantowi w pokoju sluzbowym. – Nikogo nie wolno do nich dopuszczac. To rozkaz dowodcy bazy. Andrew Drake po raz pierwszy rozmawial z premierem Holandii, Janem Graylingiem, nie korzystajac z posrednika. Pozniej, po skrupulatnej analizie nagranych tasm, angielscy eksperci lingwisci stwierdza, ze glos ten musi nalezec do czlowieka pochodzacego z okolic Bradford w Anglii – ale wtedy nie bedzie to juz mialo zadnego znaczenia. – Oto szczegolowe warunki przyjecia Miszkina i Lazariewa w Izraelu – mowil Drake. – Najdalej w godzine po starcie samolotu z Berlina musza otrzymac gwarancje premiera Golena, ze te warunki beda przestrzegane. Jesli nie beda, postapie tak, jak gdyby moi przyjaciele w ogole nie zostali uwolnieni. Warunek pierwszy: obaj zostana przeprowadzeni z samolotu pieszo przed tarasem widokowym glownego budynku portu lotniczego imienia Ben Guriona. Po drugie: taras ten bedzie calkowicie otwarty dla publicznosci. Zadnej kontroli dokumentow, zadnego filmowania ludzi na tarasie przez sluzbe bezpieczenstwa. Po trzecie: jesli zrobicie jakis szwindel z wiezniami, jesli na przyklad podstawicie na ich miejsce podobnych aktorow, dowiem sie o tym w ciagu paru godzin. Po czwarte: na trzy godziny przed przybyciem samolotu do Izraela tamtejsze radio poda publicznie pore przylotu i oglosi, ze wszyscy chetni moga ogladac scene powitania bezposrednio na lotnisku. Ten komunikat ma byc ogloszony w czterech jezykach: hebrajskim, angielskim, francuskim i niemieckim. To wszystko. – Panie Swoboda! – Grayling probowal zatrzymac rozmowce przy mikrofonie. – Zanotowalismy wszystkie panskie zyczenia i natychmiast przekazemy je rzadowi Izraela. Jestem pewien, ze nie bedzie zadnych sprzeciwow z ich strony. Ale prosze sie jeszcze nie wylaczac. Mam dla pana wazna wiadomosc od Brytyjczykow z Berlina. – Slucham – zgodzil sie Drake. – Technicy RAF, ktorzy przygotowuja samolot dla panskich przyjaciol na lotnisku Gatow, wykryli w czasie proby silnikow powazny defekt ukladu elektrycznego. Niech mi pan wierzy, to naprawde nie jest zaden podstep. Oni robia wszystko, zeby jak najszybciej doprowadzic maszyne do porzadku. Ale moze nastapic opoznienie odlotu o dwie godziny. – Jesli to jest trik, zaplaci za to przede wszystkim panski kraj. To na waszych plazach wyladuje sto tysiecy ton ropy. – To nie jest zaden trik – powtorzyl Grayling z naciskiem. – Przeciez pan wie, ze w kazdym samolocie _zdarza _ sie od czasu do czasu jakis defekt. Pech chcial, ze zdarzylo sie to wlasnie teraz w tej maszynie. Ale naprawia to, moze juz nawet naprawili. Jeszcze troche cierpliwosci, panie Swoboda. Drake namyslal sie przez chwile. – Dobrze, ale za to musze miec cztery niezalezne potwierdzenia startu od reporterow czterech rozglosni: Glosu Ameryki, Deutsche Welle, BBC i RFI z Paryza. Wszystko po angielsku, najdalej piec minut po starcie samolotu. W odpowiedzi Graylinga dal sie wyczuc ton ulgi: – Natychmiast poprosze dowodce bazy RAF w Gatow, aby pozwolil reporterom tych czterech stacji obserwowac przygotowania do startu i sam start. – Musi na to pozwolic – powiedzial Drake. – A jesli chodzi o termin, daje wam dodatkowo trzy godziny. Te sto tysiecy ton ropy zaczniemy wypompowywac do morza w poludnie. Polaczenie urwalo sie z suchym trzaskiem. W niedziele rano premier Beniamin Golen byl, jak zwykle, w swoim urzedzie w Jerozolimie. Szabas juz sie skonczyl – zaczal sie normalny dzien pracy. W Europie Zachodniej byla dopiero osma, tutaj juz dziesiata. Zaledwie holenderski premier odlozyl sluchawke po rozmowie ze Swoboda, a juz agenci izraelskiego wywiadu Mossad, czuwajacy w malym mieszkaniu w centrum Rotterdamu, zaczeli przekazywac najnowsze wiesci z “Freyi” wprost do Jerozolimy. Przez ponad godzine okupowali specjalne polaczenie dyplomatyczne. Zapis tych raportow i rozmow przyniosl Golenowi jego osobisty doradca do spraw bezpieczenstwa. Premier czytal pospiesznie. – O co mu wlasciwie chodzi? – spytal. – Zabezpiecza sie przed ewentualnym oszustwem. Bo to nie byloby takie trudne podstawic dwoch podobnych ludzi zamiast Miszkina i Lazariewa. – A wiec ktos tutaj, w Izraelu, ma stwierdzic ich tozsamosc? – Tak, ktos, kto bedzie na tarasie widokowym. Najwyrazniej maja i tutaj jakiegos wspolnika, ktory zna tych ludzi z widzenia. A bardzo mozliwe, ze rowniez oni, Miszkin i Lazariew, potrafia tego czlowieka rozpoznac. – I co potem? – Potem on przekaze zapewne przez rozglosnie radiowe sygnal, ktory dla tamtych na “Freyi” bedzie oznaczal, ze ich przyjaciele rzeczywiscie dotarli bezpiecznie do Izraela. Jesli ten sygnal sie nie pojawi, uznaja, ze zostali oszukani, i zrobia swoje. – Wiec mowi pan, ze musi tu byc jeszcze jeden? Tu, w Izraelu? Nie podoba mi sie to! – zirytowal sie premier. – Rozumiem, ze musimy sie zabawic w goscinnosc i tolerancje wobec tamtych dwoch, ale nikogo wiecej nie bede tolerowal. Nalezy poddac caly taras widokowy dyskretnej obserwacji. Jesli stwierdzicie, ze ktos z tarasu porozumiewa sie z wiezniami, sledzic go. Pozwolcie mu jeszcze spokojnie przekazac sygnal, potem aresztujcie. Na “Freyi” ten poranek ciagnal sie smiertelnie wolno. Drake co pietnascie minut przebiegal cala skale swojego odbiornika, zatrzymujac sie zwlaszcza na angielskich komunikatach Glosu Ameryki i serwisu swiatowego BBC. Ich tresc byla jednak ciagle taka sama: naprawa zepsutego silnika Belfra przedluza sie. Krotko po dziewiatej wpuszczono na teren bazy Gatow czterech korespondentow, ktorzy zgodnie z wola Drake'a mieli byc swiadkami startu. Pod eskorta zandarmow zaprowadzono ich do kasyna oficerskiego, tam poczestowano kawa i ciastkami. Mieli stad bezposrednie polaczenie telefoniczne ze swoimi berlinskimi agencjami, ktore utrzymywaly teraz stala lacznosc z glownymi rozglosniami czterech krajow. “Cutlass”, “Sabre” i “Scimitar”, ukryte w cieniu krazownika “Argyll”, spokojnie kolysaly sie na kotwicach. Na pokladzie pierwszego major Fallon zarzadzil odprawe dla swoich dwunastu komandosow z SBS. – Musimy liczyc sie z tym – powiedzial – ze wladze wypuszcza tych lobuzow z Berlina. Za godzine lub dwie wystartuja, za nastepne cztery albo piec beda w Izraelu. Jesli tak, to nasze tutejsze ptaszki beda probowaly ulotnic sie z “Freyi” wieczorem albo w nocy. Na razie nie wiadomo, w ktora strone poplyna, ale pewnie do Holandii. Maja z tamtej strony zupelnie puste morze. Eksperci z Marynarki Krolewskiej oceniaja, ze ten maly oscylator nie moze miec wiekszego zasiegu niz trzy mile. Jak tamci beda juz trzy mile od tankowca, saperzy z marynarki poplyna na “Freye”, zeby rozbroic ladunki. A my wtedy dobierzemy sie do tych drani. Tylko od razu zapamietajcie sobie wszyscy, ze Swoboda jest moj! Zrozumiano? Zgodnym potakiwaniom towarzyszylo pare groznych usmiechow. Dzialanie bylo dla nich sensem zycia. Tymczasem juz trzy dni trzymano ich na uwiezi. Jeszcze bardziej zaostrzylo to ich lowieckie apetyty. – Ich kuter jest _znacznie _ wolniejszy od naszych lodzi – ciagnal Fallon. – Co prawda beda mieli osiem mil przewagi, ale obliczylem, ze i tak dopadniemy ich na cztery mile przed brzegiem. Nimrod i “Argyll” podadza nam dokladne namiary. Jak bedziemy juz blisko, wlaczymy wszystkie reflektory. I wykonczymy ich. Dostalem wiadomosc z Londynu, ze nikt nie chce ich miec zywych. Nie pytajcie, dlaczego. Moze po prostu za duzo wiedza i lepiej, zeby milczeli. My mamy swoje zadanie… i wykonamy je. Piec mil od Fallona komandor Mike Manning takze niecierpliwie liczyl uplywajace minuty. On rowniez sluchal radia, czekajac na pomyslna wiadomosc z Berlina. Wlasnie z radia, po nocy spedzonej w bezsennym oczekiwaniu na straszny rozkaz, uslyszal wiadomosc, ktora calkowicie go zaskoczyla i obudzila nowa nadzieje. Calkiem nieoczekiwanie rzad Stanow Zjednoczonych wycofal sie z zajmowanego przedtem stanowiska. Nie bylo juz zadnych obiekcji w kwestii uwolnienia tych dwoch z Moabitu; a skoro mozna ich uwolnic, to nie ma juz sensu i potrzeby niszczyc “Freyi”. Ogarnelo go uczucie ulgi; wielkiej ulgi, ze morderczy rozkaz jest juz niewazny – chyba ze… Chyba ze znow zdarzy sie cos zlego. A wiec dopoki ci dwaj ukrainscy Zydzi nie postawia stopy na lotnisku Ben Guriona w Izraelu, dopoty komandor Mike Manning nie _zazna _ prawdziwego spokoju. Nie bedzie mial bowiem pewnosci, czy _rozkaz, _ ktorego wykonanie zmieniloby “Freye” w stos pogrzebowy, stal sie rzeczywiscie i bezpowrotnie nieaktualny. Narkotyk, ktorym Munro naszpikowal Lazariewa i Miszkina, przestal dzialac za kwadrans dziesiata. Jednoczesnie ruszyly zegary, ktore Munro pozostawil w obu celach. Wskazowki podjely swoja powolna wedrowke wokol tarcz. Miszkin potrzasnal glowa i przetarl oczy. Byl nieco senny, troche krecilo mu sie w glowie. Przypisal to zarwanej nocy. Dlugotrwaly brak snu, zrozumiale w tych warunkach oszolomienie biegiem zdarzen musialo dawac sie we znaki. Spojrzal na zegar: wskazywal dwie minuty po osmej. Przypomnial sobie, ze kiedy prowadzono ich do cel przez pokoj sluzbowy, na znajdujacym sie tam zegarze byla dokladnie osma. Przeciagnal sie, zsunal z pryczy i _zaczai _ chodzic po celi w te i z powrotem. Dokladnie tak samo – tyle ze z pieciominutowym opoznieniem – zachowywal sie w celi na drugim koncu korytarza Lazariew. Munro przeszedl do hangaru, gdzie sierzant Barker wciaz jeszcze z uporem majstrowal we wnetrzu silnika Belfra. – Jak idzie robota, panie Barker? – spytal. Stary mechanik wydostal sie z czelusci silnika i popatrzyl na cywila z wsciekloscia. – Czy moge spytac, sir, jak dlugo jeszcze mam tu strugac wariata? Przeciez ten silnik jest bez zarzutu. Munro popatrzyl na zegarek. – Jest dziesiata trzydziesci. Dokladnie za godzine zechce pan zadzwonic do pokoju zalog dyzurnych i do kasyna oficerskiego z meldunkiem, ze maszyna jest gotowa do startu. – Rozumiem, sir, o jedenastej trzydziesci – powiedzial z rezygnacja sierzant Barker. W areszcie Lazariew spojrzal znowu na zegar. Wskazywal juz dziewiata, choc wiezien byl przekonany, ze od chwili jego wejscia do celi nie minelo wiecej niz pol godziny. Jakos szybko zleciala ta godzina. – pomyslal, ale nie zdziwil sie zbytnio. Wiedzial juz, ze poczucie czasu w wiezieniu, zwlaszcza w pojedynczej celi, bywa zawodne. Niezawodne sa tylko zegary – wiec trzeba im ufac. Ani jemu, ani Miszkinowi nie przyszloby nigdy do glowy, ze te zegary chodza dwa razy szybciej od normalnych. W ten sposob nadrabialy poprzednia stuminutowa bezczynnosc, by dokladnie o jedenastej trzydziesci zrownac krok ze wszystkimi innymi zegarami w tej czesci swiata. O jedenastej do burmistrza Berlina Zachodniego zadzwonil z Hagi premier Jan Grayling. – Co tam sie dzieje, panie burmistrzu? – Nie wiem – odpowiedzial z rozpacza w glosie berlinski dostojnik. – Brytyjczycy twierdza, ze juz prawie zreperowali ten przeklety silnik. Zupelnie nie rozumiem, dlaczego nie wzieli sprawdzonego odrzutowca Brytyjskich Linii Lotniczych i nie skorzystali z cywilnego lotniska? Przeciez zaplacilibysmy za ten dodatkowy rejs do Izraela, nawet gdyby mialo byc tylko dwoch pasazerow. – No coz – westchnal Grayling – chcialbym tylko przypomniec panu, ze ci szalency na “Freyi” maja zamiar wypompowac sto tysiecy ton ropy. Jesli do tego dojdzie, cala odpowiedzialnosc spadnie na Brytyjczykow. Takie jest stanowisko mojego rzadu. – W pelni podzielam to stanowisko – padla odpowiedz z Berlina. – I ma pan racje, nazywajac to wszystko szalenstwem. O jedenastej trzydziesci sierzant Barker zamknal pokrywy silnika i zszedl po drabinie na podloge hangaru. Podszedl do sciennego telefonu i polaczyl sie z kasynem oficerskim. Po drugiej stronie przewodu zglosil sie dowodca bazy. – Gotowe, sir – zameldowal mechanik. Oficer RAF odlozyl sluchawke i zwrocil sie do wszystkich zgromadzonych w pokoju ludzi; byli wsrod nich naczelnik wiezienia moabickiego i czterej reporterzy radiowi, czuwajacy przy telefonach. – Wlasnie naprawiono defekt – powiedzial. – Za pietnascie minut samolot bedzie w powietrzu. Z okien kasyna widac juz bylo, jak obsluga techniczna wytacza maly, smukly samolot pasazerski z hangaru. Po chwili dwaj piloci weszli na jego poklad i uruchomili silniki. Naczelnik wiezienia ruszyl na posterunek zandarmerii, by osobiscie zawiadomic wiezniow, ze za chwile odlatuja. Kiedy oznajmil te nowine, jego zegarek wskazywal 11.35. Te sama godzine wskazywaly zegarki w celach. Obaj wiezniowie, wciaz milczacy, pomaszerowali pod eskorta do podstawionego pod barak aresztu land-rovera i razem z Niemcem z Moabitu pojechali przez plyte lotniska do czekajacego na nich odrzutowca. Wspieli sie do niego po schodkach, nie ogladajac sie nawet; za nimi wszedl do samolotu jeszcze sierzant sztabowy RAF – trzeci i ostatni juz pasazer Belfra w locie do Izraela. O 11.45 podpulkownik Jarvis zwiekszyl do maksimum obroty obu silnikow. Belfer szybko i lekko oderwal sie od pasa startowego lotniska Gatow. Prowadzony przez wieze kontrolna skierowal sie wprost w poludniowy korytarz powietrzny Berlin – Monachium i wkrotce zniknal z oczu ludzi pozostalych na lotnisku. W dwie minuty pozniej wszyscy czterej zaproszeni do bazy dziennikarze przekazywali te wiadomosc swoim radiosluchaczom. Caly swiat uslyszal, ze oto, w czterdziesci osiem godzin po ogloszeniu _zadan _ porywaczy “Freyi”, zostaly one spelnione. Miszkin i Lazariew sa na pokladzie samolotu, ktory niesie ich w strone Izraela – w strone wolnosci. Wiadomosc radiowa blyskawicznie dotarla do rodzin trzydziestu marynarzy “Freyi”. W trzydziestu skandynawskich domach w oczach zon i matek pojawily sie lzy i tylko male dzieci zupelnie nie mogly zrozumiec, dlaczego mama placze. Wsrod zalog holownikow i statkow pozarniczych zaladowanych detergentem do walki z ropa – cala ich flotylla czekala wciaz na morzu, na zachod od “Argylla” – najnowszy komunikat radiowy wywolal powszechne uczucie ulgi. Ani naukowcy, ani marynarze nie mieli cienia watpliwosci, ze nie poradziliby sobie ze stoma tysiacami ton wylanej ropy. Wielki magnat naftowy Clint Blake uslyszal te wiadomosc w Teksasie na falach NBC, przy sniadaniu w pierwszych promieniach slonca. Nie mogl powstrzymac sie od radosnego okrzyku: – W ostatniej chwili, cholera! Natomiast Harry Wennerstrom, ktory w apartamencie na dachu rotterdamskiego hotelu wytrwale sluchal komunikatow BBC, zachowal w tym momencie milczenie – i tylko pogodny usmiech zdradzal jego uczucia. We wszystkich redakcjach gazet od Irlandii az po Zelazna Kurtyne zaczely sie przygotowania do druku porannych edycji poniedzialkowych. Cale zespoly autorow spisywaly juz drobiazgowa chronologiczna relacje z afery “Freyi”, od pierwszych nocnych godzin piatku az po chwile biezaca. Skladacze rezerwowali miejsce na ostatnia czesc tej relacji: przybycie Miszkina i Lazariewa do Izraela oraz uwolnienie “Freyi”. Wszyscy byli przekonani, ze do momentu zamkniecia numerow, a wiec do dziesiatej wieczor, te puste miejsca beda juz ostatecznie wypelnione. O 12.20 czasu srodkowoeuropejskiego, rzad Izraela przyjal w pelni warunki terrorystow z “Freyi”, dotyczace sposobu powitania Miszkina i Lazariewa na lotnisku Ben Guriona. W pokoju na szostym pietrze hotelu “Avia”, niespelna trzy mile od portu lotniczego im. Ben Guriona, Myroslaw Kamynski uslyszal komunikat o starcie Belfra w hotelowym odbiorniku. Ciezki kamien spadl mu z serca. Lecial przeciez do Izraela – w piatek po poludniu – z przekonaniem, ze juz w sobote powita tu swoich kolegow. Tymczasem w sobote, wczesnym rankiem, radio przynioslo fatalna wiadomosc o wycofaniu sie Niemcow z poprzednich obietnic. Zaczelo sie dreczace oczekiwanie. Choc tutaj, w swojej samotnej misji, byl zupelnie bezsilny – wiedzial, ze nie zmruzy oka, poki nie zapadnie i nie zostanie zrealizowana ostateczna decyzja o uwolnieniu. I oto radio donioslo, ze samolot z wiezniami wystartowal. Teraz trzeba juz tylko cierpliwie czekac na ladowanie Belfra w Izraelu. W Tel Awiwie bedzie wtedy szosta pietnascie. Na “Freyi” wiadomosc o starcie samolotu podzialala na Drake'a mocniej, niz najsilniejszy srodek pobudzajacy; zupelnie zapomnial o zmeczeniu. Pol godziny pozniej, kiedy Izrael przyjal oficjalnie wszystkie jego warunki, potraktowal to juz jak zwykla formalnosc. – A wiec nareszcie sa juz w drodze – odezwal sie do Larsena. -Za cztery godziny beda w Izraelu. Bezpieczni. Potem jeszcze cztery godziny… moze nawet mniej, jesli spadnie mgla… i odplywamy. Na pewno zaraz pojawia sie tutaj ci z okretow wojennych: otrzyma pan fachowa pomoc medyczna, odzyska pan zaloge i statek. Powinien sie pan cieszyc. Norweg pol siedzial, pol lezal w swoim glebokim fotelu. Pod jego oczami rysowaly sie czarne smugi, znamionujace skrajne zmeczenie. Ciagle jednak bronil sie skutecznie przed snem – nie chcial dac mlodszemu przeciez Ukraincowi nawet tej drobnej satysfakcji. A zreszta, dla niego sprawa nie byla jeszcze zamknieta. Nie bedzie mial spokoju, dopoki ostatni terrorysta nie opusci pokladu i dopoki nie zostana rozbrojone ladunki wybuchowe. Czul, ze jest bliski zalamania. Poczatkowy palacy bol w dloni przerodzil sie teraz w tepe, pulsujace rwanie, promieniujace na cala reke i bark; wzmagaly sie zawroty glowy. Wciaz jednak udawalo mu sie zachowac przytomnosc. Ostatnie zdanie Ukrainca obudzilo w jego oczach blysk nienawisci. – Cieszyc sie? – spytal. – A Tom Keller? – Kto? – nie zrozumial Swoboda. – Moj trzeci oficer, ten, ktorego rozstrzelaliscie na pokladzie w piatek! Drake rozesmial sie. – Panski Tom Keller jest na dole razem z wszystkimi innymi. Ta egzekucja to byl tylko teatr. Rozstrzelalismy jednego z moich ludzi w ubraniu Kellera. Oczywiscie slepymi nabojami. Oslupialy Norweg wymamrotal cos niewyraznie. Drake popatrzyl nan z ciekawoscia. – Nie musialem nikogo zabijac. Wygralem, bo zagrozilem calej Europie Zachodniej czyms, co by ja dotknelo bardziej niz smierc trzydziestu ludzi. Za to pan, panie Larsen, rzeczywiscie chcial mnie zamordowac. I prawie sie panu udalo… Wlasciwie – ciagnal po chwili dalej – od szostej rano, odkad zniszczyl pan oscylator, komandosi mogli bez wiekszej trudnosci odbic statek. Na szczescie nie wiedzieli o tym, a pan nie mogl ich zawiadomic. Dzielny z pana czlowiek, kapitanie Larsen. Czy teraz zyczy pan sobie jeszcze czegos? – Tylko tego, zebyscie sie wreszcie wyniesli ze statku. – Juz niedlugo, kapitanie, juz niedlugo. Wysoko nad Wenecja podpulkownik Jarvis zmienil nieznacznie kurs Belfra. Srebrna strzalka na niebie skierowala sie na poludniowy wschod i pomknela nad Adriatykiem. – Jak tam klienci? – spytal pilot czuwajacego w tylnej czesci kabiny sierzanta. – Siedza spokojnie, ogladaja widoczki. – Uwazaj na nich. Jak ostatnio lecieli samolotem, skonczylo sie zastrzeleniem kapitana. Sierzant docenil dowcip i rozesmial sie. – Mam ich na oku. Drugi pilot popatrzyl na mape, rozlozona na kolanach. – Jeszcze trzy godziny lotu – powiedzial. Wiadomosci z lotniska Gatow sluchano tez w drugiej czesci Europy. Komunikat o starcie Belfra, przepisany po rosyjsku, szybko dotarl do pewnego mieszkania w dzielnicy urzedowej na koncu Prospektu Kutuzowa. Pare minut po drugiej miejscowego czasu jedli tu obiad dwaj mezczyzni. Marszalek Kierenski przeczytal meldunek i wsciekle walnal w stol miesista dlonia. – Wypuscili ich! Ugieli sie, gnojki, tchorze, Szwaby i Angole… Ci dwaj _Zydzi _ leca juz do Tel Awiwu! – krzyczal. Jefrem Wiszniajew wzial kartke z jego reki i przeczytal uwaznie. Na jego twarzy pojawil sie chlodny, zlosliwy usmiech. – No to towarzysz Rudin bedzie skonczony juz dzisiaj. Na wieczornym posiedzeniu Biura przedstawimy pulkownika Kukuszkina z jego zeznaniem… i tym razem wotum zaufania nie przejdzie! Dzis o polnocy, Nikolaju, Zwiazek bedzie nasz. A za rok… cala Europa. Marszalek Armii Czerwonej napelnil “Stoliczna” dwie spore szklanki. Potem podsunal jedna glownemu ideologowi Partii, druga uniosl wysoko w gore. – Za zwyciestwo Armii Czerwonej! – zawolal. Takze Wiszniajew podniosl szklanke z trunkiem, ktorego bardzo rzadko uzywal. Bywaja jednak chwile wyjatkowe… – Za tryumf komunizmu w swiecie! 20. Od 16.00 do 20.00 Przeciawszy linie wybrzeza na poludnie od Haify, maly i zwinny, na przekor swojej nazwie, Belfer po raz ostatni w tym locie zmienil kurs i skierowal sie wprost na glowny pas lotniska im. Ben Guriona, na wschod od Tel Awiwu. Dotknal kolami ziemi dokladnie tak, jak to przewidywano: po czterech godzinach i trzydziestu minutach lotu. Byla czwarta pietnascie wedlug czasu srodkowoeuropejskiego, szosta pietnascie w Izraelu. Gorny taras budynku portu lotniczego zapelniony byl po brzegi ciekawskimi. W Izraelu, gdzie troska o bezpieczenstwo publiczne bywa nieraz przesadna, nawet obsesyjna – powszechne zdumienie budzil wolny, nie kontrolowany wstep na to jedyne w swoim rodzaju widowisko. Ten brak kontroli byl jednak tylko pozorny. Wbrew obietnicy, danej terrorystom z “Freyi”, bylo tu wielu pracownikow izraelskich sluzb bezpieczenstwa: niektorzy w mundurach linii lotniczej El Al, inni jako sprzedawcy lodow i napojow, jeszcze inni jako sprzatacze albo taksowkarze. Inspektor Avram Hirsch przyjechal tu furgonetka rozwozaca gazety i wmieszal sie w tlum z paczka dziennikow, ktora mial rzekomo zaniesc do kiosku w glownym hallu. Jeep z obslugi lotniska poprowadzil samolot Royal Air Force na duzy asfaltowy plac przed glownym budynkiem dworca. Tutaj czekala juz grupka funkcjonariuszy, ktorzy mieli sie zajac specjalnymi pasazerami z Berlina. W poblizu stal duzy odrzutowiec linii El Al. Z jego wnetrza, przez szczeline zasunietych firanek w iluminatorach, dwaj ludzie skrupulatnie lornetowali pierwszy rzad gapiow na tarasie budynku dworcowego; obaj byli wyposazeni w przenosne radiotelefony. W kilkusetosobowym tlumie na tarasie byl tez Kamynski; stal spokojnie, niczym nie wyrozniajac sie sposrod innych gapiow. Tymczasem jeden z izraelskich urzednikow wspial sie do kabiny Belfra. Po jakichs dwu minutach wynurzyl sie stamtad, a w slad za nim Lazariew i Miszkin. Na ich widok jacys dwaj mlodzi zapalency z Ligi Obrony Zydow rozwineli na tarasie transparent, ktory jeden z nich przyniosl pod plaszczem; na transparencie bylo tylko jedno slowo: WITAMY – napisane po hebrajsku. Probowali tez zorganizowac owacje, ale sasiedzi szybko ich uciszyli. Miszkin i Lazariew, prowadzeni przed glownym budynkiem dworcowym, spogladali caly czas w gore, na dlugi rzad twarzy nad barierka tarasu. Przed nimi szla grupka izraelskich urzednikow, a zamykalo orszak dwu mundurowych policjantow. Widzowie na tarasie przewaznie stali nieruchomo i w milczeniu; niektorzy jednak machali rekami i chusteczkami na powitanie. Z wnetrza zaparkowanego na wprost tarasu odrzutowca El Al uwaznie obserwowali ich agenci Sluzby Specjalnej, starajac sie nie przeoczyc niczego, co mogloby byc oznaka porozumienia miedzy maszerujacymi zbiegami a kims na tarasie. Na razie jednak niczego takiego nie dostrzegli. Miszkin pierwszy zauwazyl Kamynskiego i natychmiast powiedzial to Lazariewowi ledwie doslyszalnym szeptem. Znacznie czulszy niz ucho Lazariewa okazal sie jednak kierunkowy mikrofon, wycelowany w idaca dwojke z furgonetki odleglej o dobre sto jardow. Mikrofon, sprzezony z luneta celownicza, wygladal raczej jak precyzyjny sztucer. Mierzacy z niego czlowiek nie slyszal wprawdzie slow Miszkina, ale slyszal je w sluchawkach jego towarzysz, wcisniety niewygodnie miedzy aparature “samochodu dostawczego”. Zostal wybrany specjalnie do tej roboty ze wzgledu na dobra znajomosc ukrainskiego. Jego to glos uslyszeli za chwile w swoich radiotelefonach dwaj obserwatorzy w samolocie. – Miszkin powiedzial wlasnie do Lazariewa, cytuje: “Jest tam, blisko konca, ten w niebieskim krawacie”, koniec cytatu. Lornetki obu obserwatorow zwrocily sie we wskazanym kierunku. Tymczasem niewielki orszak pomiedzy nimi a budynkiem dworca lotniczego kontynuowal swoja uroczysta parade przed gapiami. Miszkin, ledwie spostrzegl znajoma twarz na tarasie, natychmiast odwrocil wzrok. Teraz juz tylko spojrzenie Lazariewa wedrowalo wzdluz barierki. W koncu i on dojrzal Myroslawa – i wyraznie do niego mrugnal. Kamynski nie mial juz watpliwosci: nikt nie podmienil prawdziwych wiezniow. Niemal w tej samej chwili jeden z obserwatorow w odrzutowcu mruknal: “Mam go” i _zaczai _ przekazywac dane przez swoj walkie-talkie. – Wzrost sredni, trzydziesci pare lat, wlosy ciemne, oczy piwne, ubrany w szare spodnie, sportowa marynarke z tweedu i niebieski krawat. Stoi siodmy albo osmy od konca tarasu, od strony wiezy kontrolnej. Wreszcie Miszkin i Lazariew znikneli w budynku dworca. Widzac, ze spektakl sie skonczyl, ludzie z tarasu _zaczeli _ sie rozchodzic. Wiekszosc zjezdzala ruchomymi schodami do wnetrza glownej hali dworca. U wylotu schodow siwowlosy mezczyzna zgarnial niedopalki z popielniczek do kosza umieszczonego na wozku. W dlugim lancuchu osob zjezdzajacych schodami szybko wypatrzyl czlowieka w tweedowej marynarce i niebieskim krawacie. Nie przerwal swoich czynnosci, kiedy tamten przeszedl obok niego. Dopiero chwile potem siegnal do swego wozka, wyciagnal male czarne pudelko i cicho powiedzial do niego: – Podejrzany idzie w strone wyjscia numer piec. Przed budynkiem Avram Hirsch wyjal z furgonetki nastepna paczke gazet i cisnal ja na wozek tragarza – _tragarz tez _ byl przebranym policjantem. Czlowiek w niebieskim krawacie przeszedl pare krokow od nich; nie ogladajac sie ani na lewo, ani na prawo, skierowal sie wprost na parking, gdzie wsiadl do samochodu z emblematem wypozyczalni. Inspektor Hirsch zatrzasnal tylne drzwi furgonetki i usiadl obok kierowcy. – Volkswagen golf, tam, na parkingu – lakonicznie poinformowal siedzacego za kierownica mlodszego policjanta nazwiskiem Bentsur. Kiedy wynajety golf opuszczal teren lotniska glowna szosa wyjazdowa, “gazeciarska” furgonetka byla jakies dwiescie metrow z tylu. Dziesiec minut pozniej Hirsch mowil przez radiotelefon do jadacych za nim innych wozow policyjnych: – Podejrzany wjezdza na parking hotelu “Avia”. Kamynski, ktory cala wyprawe na lotnisko odbyl z kluczem od pokoju hotelowego w kieszeni, teraz szybko przeszedl przez hali i pojechal winda na szoste pietro. Starannie zamknal za soba drzwi pokoju, potem usiadl na krawedzi lozka, podniosl sluchawke telefonu i poprosil o polaczenie z miastem. Uslyszawszy sygnal zaczal nakrecac numer. – Czy moze pani sprawdzic, z jakim numerem sie laczy? – spytal telefonistke w recepcji hotelowej inspektor Hirsch, ktory juz tutaj byl. – Niestety nie – odpowiedziala. – Rozmowy miejscowe ida przez centrale automatyczna. – Cholera! – zaklal. – Trudno, poradzimy sobie inaczej. Pobiegli razem z Bentsurem do windy. Dopiero po trzecim dzwonku ktos podniosl sluchawke w biurze jerozolimskiego korespondenta BBC. – Czy pani mowi po angielsku? – spytal Kamynski. – Oczywiscie – odparla izraelska sekretarka. – A wiec prosze sluchac uwaznie, bo powiem to tylko jeden raz. Supertankowiec “Freya” bedzie uwolniony bez uszkodzen tylko pod warunkiem, ze w tekscie pierwszej wiadomosci, jaka zostanie nadana w dzienniku BBC dzis o szostej czasu srodkowoeuropejskiego, znajdzie sie sformulowanie nie ma innej mozliwosci. Jesli w pierwszym komunikacie tego dziennika nie bedzie takiego sformulowania, statek zostanie zniszczony. Czy dobrze mnie pani zrozumiala? Jeszcze przez kilka sekund sekretarka jerozolimskiego korespondenta BBC pospiesznie stenografowala w notesie, zanim odpowiedziala: – Tak, mysle, ze tak. A kto mowi? Nie bylo odpowiedzi. Pod drzwiami pokoju Kamynskiego do inspektora Hirscha i policjanta Bentsura dolaczylo jeszcze dwoch ludzi. Jeden z nich mial ze soba karabin z krotka lufa. Obaj ubrani byli w mundury personelu lotniska. Hirsch wciaz jeszcze byl w uniformie rozwoziciela gazet: zielone wojskowe spodnie i bluza, czapka z zielonym otokiem. Spokojnie nasluchiwal pod drzwiami az do momentu, gdy dal sie slyszec trzask odkladanej sluchawki. Wtedy wyciagnal z kabury wlasny rewolwer i dal znak czlowiekowi z karabinem. Ten starannie wycelowal; juz pierwszy strzal wyrwal z drzwi caly zamek. Hirsch rzucil sie w otwarte drzwi, przebiegl trzy kroki i, skuliwszy sie na podlodze, oburacz wycelowal z rewolweru w nieznajomego, wykrzykujac jednoczesnie cos, co w jego przekonaniu mialo powstrzymac tamtego od wszelkich nierozsadnych ruchow. Hirsch byl sabra, czyli Zydem urodzonym juz w wolnym Izraelu, a jego rodzice, oboje szczesliwie uratowani z obozow smierci Trzeciej Rzeszy, pochodzili z Rosji; w dziecinstwie slyszal w domu wylacznie rosyjski lub jidysz. Czlowiek, ktorego mial teraz przed soba, wydawal mu sie Rosjaninem; nie mial zreszta powodu sadzic inaczej. Totez krzyczal po rosyjsku: “Stoj!” Jego glos zadudnil przerazliwie w malym, ciasnym pokoju. Kamynski stal obok lozka, z ksiazka telefoniczna w rekach. Kiedy wraz z hukiem wystrzalu drzwi otworzyly sie na osciez, mimowolnie upuscil ksiege: zamknela sie, uniemozliwiajac policjantom ewentualne stwierdzenie, jakiego numeru szukal. Uslyszawszy krzyk Hirscha, zupelnie zapomnial, ze jest w pokoju hotelowym na przedmiesciach Tel Awiwu. Widzial znowu mala chatke w karpackiej dolinie, slyszal krzyki ludzi w zielonych mundurach, otaczajacych kryjowke jego grupy. Patrzyl na inspektora Avrama Hirscha – ale widzial zielone otoki zolnierzy KGB, slyszal ich powtarzane w nieskonczonosc okrzyki: “Stoj!… Stoj!… Stoj!…”, i wiedzial, ze jedynym wyjsciem jest uciekac, uciekac jak lis przed psami gonczymi, wymknac sie tylnymi drzwiami chaty i zaszyc w zbawczej gestwinie pobliskiego lasu. Zaczal cofac sie szybkim krokiem w strone otwartych drzwi balkonu. Nie zatrzymala go niska bariera; przegial sie przez plecy i runal w przepasc. Zastygl na asfalcie parkingu ze zlamanym kregoslupem, zmiazdzona miednica i peknieta podstawa czaszki. Inspektor Hirsch patrzyl z balkonu na strzaskane cialo, potem odwrocil sie do Bentsura. – Dlaczego? Na litosc boska, dlaczego? Sluzbowy samolot, ktorym wczoraj wieczorem przylecieli na Gatow dwaj “ministerialni” specjalisci, wkrotce po starcie Belfra zabral ich z powrotem do Londynu. Na pokladzie byl tez Adam Munro, ktory jednak, korzystajac ze swoich specjalnych, rzadowych pelnomocnictw, zazadal po drodze ladowania w Amsterdamie. Na lotnisku Schiphol czekal juz na niego smiglowiec Wessex, przyslany z “Argylla”. O wpol do piatej Wessex osiadl miekko na pomoscie rufowym krazownika. Oficer, ktory powital nie ogolonego Szkota na pokladzie, patrzyl na niego z wyrazna dezaprobata, ale zaprowadzil bez slowa do komandora Prestona. Rowniez dowodca “Argylla” wiedzial o gosciu tylko tyle, ze reprezentuje Ministerstwo Spraw Zagranicznych i ze nadzorowal w Berlinie wysylke porywaczy do Izraela; ale szarza upowazniala go do wiekszej – niz jego podwladnego – poufalosci: – Moze ma pan ochote wykapac sie i ogolic? – Marze o tym – powiedzial Munro. – Czy sa jakies wiesci o Belfrze? – Pietnascie minut temu wyladowal na lotnisku Ben Gurion. Moj steward wyprasuje panu garnitur, a sadze, ze znajdzie sie rowniez odpowiednia koszula. – Wolalbym raczej gruby sweter. Zrobilo sie cholernie zimno. – I to nastrecza powazniejszy problem. Znad Norwegii nadchodzi front zimnego powietrza. Wieczorem moze byc mgla. Mgla pojawila sie tuz po piatej: nadeszla gruba lawa z polnocy wraz z fala zimnego powietrza, w ktorym kondensowaly sie cieple opary znad morza i ladu. Kiedy Munro, wreszcie po solidnej kapieli, ubrany w gruby sweter i czarne marynarskie spodnie, ponownie spotkal sie na mostku z komandorem Prestonem – mgla gestniala coraz bardziej. – Cholera by to wziela – zloscil sie Preston. – Wszystko uklada sie jakby po mysli tych bandytow. O wpol do szostej mgla przeslonila “Freye” i spowila wszystkie otaczajace ja okrety wojenne; mogly sie teraz obserwowac nawzajem juz tylko na radarze. Rowniez krazacy nadal na wysokosci 15 tysiecy stop Nimrod, choc sam otoczony krystalicznie czystym powietrzem, sledzil sytuacje juz tylko dzieki radarom; powierzchnie morza przykryla gruba warstwa szarej waty. Pare minut po piatej _zaczai _ sie znowu przyplyw; dryfujaca miedzy “Freya” a holenderskim brzegiem wielka plama ropy powedrowala wolno na polnocny wschod. Jerozolimski korespondent BBC pracowal w Izraelu juz od ladnych paru lat i mial tu wielu dobrze poinformowanych znajomych. Gdy tylko dowiedzial sie od sekretarki o niedawnym dziwnym telefonie, sam chwycil za sluchawke i zadzwonil do przyjaciela, pracujacego w jednej z izraelskich sluzb bezpieczenstwa. Powtorzyl otrzymana wiadomosc. – Mam to wyslac natychmiast do Londynu. Ale nie pojmuje, kto mogl telefonowac. Po drugiej stronie drutu dal sie slyszec zduszony chichot. – Wyslij te wiadomosc – powiedzial po chwili czlowiek z policji. – A tego faceta, ktory dzwonil, juz znamy. I oczywiscie bardzo dziekuje. Radiowa wiadomosc o ladowaniu Miszkina i Lazariewa na lotnisku Ben Gurion dotarla na “Freye” o czwartej trzydziesci. Drake wyprostowal sie gwaltownie i wydal okrzyk triumfu. – Zrobilismy to! Do konca! Sa juz na miejscu! Larsen pokiwal glowa. Okrzyk Drake'a wyrwal go niemal z omdlenia: coraz bardziej dawala sie we znaki zraniona reka, coraz trudniej bylo bronic sie przed utrata przytomnosci. – Gratuluje – mruknal sardonicznie. – Moze nareszcie zabierzecie sie stad do diabla. Telefon z mostka uprzedzil odpowiedz Swobody. Nastapila szybka wymiana zdan po ukrainsku, zakonczona okrzykiem radosci w sluchawce – tak glosnym, ze Larsen uslyszal go po drugiej stronie stolu. – Wyniesiemy sie, kapitanie, i to szybciej, niz pan mysli. Obserwator z komina doniosl wlasnie, ze z polnocy zbliza sie wielka lawa mgly. Przy odrobinie szczescia nie bedziemy musieli nawet czekac do zmroku. Mgla osloni nas lepiej niz ciemnosc. Niestety, zanim odejdziemy, bede musial przykuc pana kajdankami do nogi stolu. Ale nie ma sie co martwic, kapitanie. Tamci uwolnia pana za pare godzin. O piatej najwazniejsza wiadomoscia dziennikow radiowych bylo oswiadczenie wladz izraelskich, ze przyjecie na lotnisku im. Ben Guriona zorganizowano zgodnie z zadaniami porywaczy “Freyi”. Miszkin i Lazariew – glosilo dalej oswiadczenie – pozostana w areszcie tymczasowym, dopoki “Freya”, cala i nie uszkodzona, nie bedzie wolna. Jesli statek zostanie zniszczony lub uszkodzony, rzad Izraela uzna swoje obietnice wobec terrorystow za niewazne, a Miszkin i Lazariew wroca do wiezienia. W kajucie kapitana “Freyi” Drake zasmial sie krotko. – Nie bedzie potrzeby. Moj los nie jest wazny. Wazne, ze tamci dwaj beda mieli swoja konferencje prasowa, najdalej jutro. A wtedy, kapitanie Larsen, wtedy… wybija w murze Kremla dziure, jakiej nikt jeszcze nie wybil. Larsen patrzyl przez okna na gestniejaca mgle. – Rowniez komandosi moga skorzystac z tej mgly i zaatakowac – odezwal sie. – Tym razem nie pomoga wam zadne lampy ani reflektory. Juz za pare minut z pokladu nie bedzie widac powierzchni wody. Nie dostrzezecie ani pecherzykow powietrza, ani nawet calego pletwonurka. – To juz nie ma znaczenia – odparl Drake. – Nic w ogole nie ma juz znaczenia. Tylko to, ze Miszkin i Lazariew moga wreszcie przemowic. Tylko o to nam chodzilo… i warto bylo dla tego poniesc wszelkie ryzyko. Dwaj mlodzi ukrainscy Zydzi odjechali z lotniska im. Ben Guriona policyjna karetka – do glownego komisariatu Tel Awiwu, gdzie zamknieto ich w oddzielnych, pojedynczych celach. Premier Golen mial szczery zamiar dotrzymac umowy z terrorystami: podarowac berlinskim porywaczom wolnosc w zamian za uwolnienie “Freyi”, jej zalogi i ladunku. Na razie jednak wolal zabezpieczyc sie przed ewentualnymi sztuczkami pana Swobody i nie dawac mu zadnych atutow do reki. Dla Miszkina i Lazariewa bylo to juz trzecie wiezienie w ciagu jednego dnia, ale obaj doskonale wiedzieli, ze ostatnie. Kiedy rozstawali sie na korytarzu, Miszkin mrugnal do kolegi i zawolal po ukrainsku: – Do zobaczenia w Jerozolimie. Nie za rok. Jutro! Z pokoju sluzbowego na pietrze naczelnik aresztu zadzwonil po lekarza policyjnego, by przeprowadzil rutynowe badania zdrowotne zatrzymanych; doktor obiecal przyjsc natychmiast. Byla siodma trzydziesci miejscowego czasu. Ostatnie trzydziesci minut przed szosta wloklo sie na “Freyi” w slimaczym tempie. W kajucie kapitanskiej Drake nastawil radio na fale BBC i niecierpliwie czekal na dziennik. Tymczasem Krim z trzema innymi spuscil sie po linie przywiazanej do relingu tankowca na poklad kutra, ktorym tu przyplyneli, a ktory teraz kolysal sie lagodnie pod burta kolosa. Szybko znalezli sie na dachu kabiny kutra i zaczeli ostatnie przygotowania do opuszczenia “Freyi”. O szostej w radiu zabrzmial kurant Big Bena, po czym odezwal sie glos spikera z Londynu: – Tu serwis swiatowy BBC. Minela godzina piata czasu Greenwich, nadajemy wiadomosci. Czyta Peter Chalmers. Odezwal sie drugi glos. Sluchano go w mesie “Argylla”, gdzie przy odbiorniku zebrali sie niemal wszyscy oficerowie okretu wraz z komandorem Prestonem. Sluchal go tez komandor Manning na USS “Moran”. Sluchano na Downing Street i w Urzedzie Premiera w Hadze, sluchano w Waszyngtonie i Paryzu, w Brukseli, Bonn i Jerozolimie. Na, “Freyi” Drake siedzial jak skamienialy, caly zamieniajac sie w sluch. – Dzis w Jerozolimie premier Beniamin Golen oswiadczyl, ze wobec terminowego przybycia do Izraela dwu wiezniow z Berlina Zachodniego, Dawida Lazariewa i Lwa Miszkina, nie ma innej mozliwosci, jak spelnic swoja obietnice i uwolnic tych dwu ludzi, pod warunkiem, ze wczesniej zostanie uwolniony supertankowiec “Freya”, bez zadnych dalszych szkod dla jego zalogi i ladunku… – “Nie ma innej mozliwosci”! – wykrzyknal radosnie Drake. – To wlasnie to sformulowanie. A wiec Myroslaw zrobil swoje. – Co takiego zrobil? – zainteresowal sie Larsen. – Rozpoznal ich! To z cala pewnoscia oni. Nie bylo zadnej maskarady. Rozparl sie wygodnie w fotelu i nabral gleboko powietrza w pluca. – No, to koniec, kapitanie Larsen. Odjezdzamy: tym razem jestem pewien, ze i pan sie cieszy. W kabinie kapitana “Freyi” znalazl sie rowniez dziwny na pozor przedmiot – kajdanki, zamykane na klucz. W rzeczywistosci takze na morzu zdarzaja sie przypadki, kiedy trzeba sila ograniczyc czyjas swobode ruchow: zwlaszcza w dlugich rejsach oceanicznych. Ludzie, skazani na dlugotrwala, dreczaca bezczynnosc, nieraz traca rozsadek i wpadaja w szal. Drake zatrzasnal jedna obrecz kajdanek na prawym przegubie Larsena; druga zamknal na nodze stolu. Stol w kajucie kapitana byl solidnie przysrubowany do podlogi. W drodze do drzwi Drake zatrzymal sie i polozyl klucz od kajdanek na wysoko umieszczonej polce. – Dobrej nocy, kapitanie Larsen. Moze nie zechce pan w to wierzyc, ale naprawde bardzo mi przykro, ze wylalem te rope z panskiego statku. Nie doszloby do tego, gdyby ci durnie nie probowali mnie oszukac. I bardzo przepraszam za panska reke… ale przeciez i to nie musialo sie zdarzyc. Nie zobaczymy sie juz nigdy, a wiec… zegnam… Zamknal za soba drzwi kabiny, przekrecil klucz, zbiegl schodami przez trzy pietra na poziom “A” i dolaczyl do swoich ludzi, zgromadzonych juz na pokladzie rufowym. Swoj przenosny odbiornik radiowy zabral ze soba. – Wszyscy gotowi? – spytal Krima. – Gotowi jak zawsze – uroczyscie odpowiedzial krymski Tatar. – Wszystko w porzadku? – zwrocil sie Drake do Amerykanina, eksperta od jachtow. Tamten skinal glowa. – Wszystkie systemy dzialaja bezblednie.» Drake spojrzal na zegarek. Byla szosta dwadziescia. – Dobrze – powiedzial. – Za kwadrans siodma Azamat wlaczy syrene statku. Jednoczesnie wyruszy kuter i pierwsza grupa. Azamat i ja odplyniemy pare minut pozniej. Wszyscy macie ubrania na zmiane i dokumenty? Po dotarciu do brzegow Holandii rozpraszamy sie. Kazdy ucieka na wlasny rachunek. Wyjrzal za burte. Obok rybackiego kutra kolysaly sie na wodzie dwa pneumatyczne slizgacze. Wyciagnieto je z ladowni kutra i napompowano dopiero w ciagu ostatniej godziny. Wiekszy mial czternascie stop dlugosci i mogl pomiescic piec osob. Drugi, dziesieciostopowy, zapewnial wygodna podroz dwom ludziom. Czterdziestokonne silniki pozwalaly kazdemu z nich rozwinac na spokojnym morzu predkosc do trzydziestu pieciu wezlow. – Dlugo tam juz nie zostana – ocenil major Fallon, oparty o reling na dziobie “Cutlassa”. Trzy lodzie poscigowe, ukryte dotad po zachodniej stronie “Argylla”, przeciagnieto pod oslona mgly za rufe krazownika. Staly teraz na kotwicy, burta przy burcie, celujac dziobami w “Freye”, odlegla o piec mil. Komandosi z SBS, w pelnej gotowosci bojowej – z pistoletami maszynowymi, granatami i nozami – rozdzielili sie teraz: po czterech na kazda lodz. Na pokladzie “Sabre” bylo nadto czterech saperow z Marynarki Krolewskie]. Gdy tylko krazacy w gorze Nimrod zamelduje, ze kuter terrorystow oddalil sie od supertankowca na trzy mile, “Sabre” poplynie prosto do “Freyi”, by uwolnic zaloge i rozbroic ladunki wybuchowe. “Cutlass” i “Scimitar” pognaja za terrorystami i zapoluja na nich, zanim ich kuter zniknie w labiryncie kanalow i wysepek, jakim jest wybrzeze holenderskie na poludnie od ujscia Mozy. Major Fallon dowodzil grupa poscigowa z pokladu “Cutlassa”. Niestety, mial tu towarzystwo, ktore najwyrazniej mu nie odpowiadalo: tuz obok stal czlowiek z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, niejaki pan Munro. – Niech sie pan chociaz schowa, jak podejdziemy do nich blizej – perswadowal major. – Oni maja bron maszynowa i pistolety, a moze i cos wiecej. Prawde mowiac, nie bardzo rozumiem, dlaczego upiera sie pan plynac z nami? – Powiedzmy, ze mam z tymi draniami osobiste porachunki, zwlaszcza z panem Swoboda. – Ja tez – mruknal ponuro Fallon. – I ten Swoboda jest moj! Na pokladzie USS “Moran” komandor Manning wysluchal wiadomosci o bezpiecznym przybyciu dwoch berlinskich wiezniow do Izraela z tym samym uczuciem ulgi, co Drake i Larsen na “Freyi”. Dla niego, podobnie jak dla Larsena, byl to koniec koszmaru. Nie bedzie juz musial ostrzeliwac “Freyi”. Teraz martwil sie tylko tym, ze szybkie lodzie patrolowe Marynarki Krolewskiej odbiora mu przyjemnosc zapolowania na terrorystow. Bo udreka, jaka przezywal Manning przez ostatnie poltora dnia, teraz przerodzila sie w msciwy gniew. – Chetnie zajalbym sie tym Swoboda – powiedzial do komandora-podporucznika Olsena. – Z przyjemnoscia skrecilbym mu kark. Radary “Morana” – podobnie jak “Argylla”, “Brunnera”, “Bredy” i “Montcalma” – systematycznie omiataly horyzont, by nie przeoczyc startu kutra porywaczy od burty “Freyi”. Jednak do szostej trzydziesci nie zanotowaly zadnego ruchu wokol supertankowca. Przednie dzialo “Morana”, nadal zaladowane i gotowe do strzalu, obrocilo sie w swojej wiezyczce. Teraz nie bylo juz wymierzone w “Freye”; ale w punkt na morzu oddalony od niej dokladnie o trzy mile na poludniowy wschod. W areszcie policyjnym pod ulicami Tel Awiwu dziesiec minut po osmej Lew Miszkin poczul nagle silny bol w piersi. Mial wrazenie, jak gdyby ostra, twarda skala zaczela szybko rozrastac sie w jego plucach. Otworzyl usta, by krzyknac, ale zabraklo mu tchu. Runal twarza na ziemie i skonal na podlodze celi. Policjant, ktory pelnil warte za drzwiami, mial rozkaz zagladac do celi nie rzadziej niz co dwie, trzy minuty. Totez nie uplynelo nawet szescdziesiat sekund od smierci Miszkina, kiedy oko policjanta pojawilo sie znowu w otworze judasza. Glosnym krzykiem zaalarmowal natychmiast swoich kolegow, nerwowo manipulujac jednoczesnie kluczem w zamku. Tymczasem z dalszej czesci korytarza przybiegl na pomoc opiekun Lazariewa. Razem wpadli do celi i pochylili sie nad lezacym czlowiekiem. – On nie zyje – wyszeptal po chwili ktorys z wartownikow. Drugi wybiegl na korytarz i nacisnal guzik alarmu. Potem obaj pognali do celi Lazariewa i pospiesznie ja otworzyli. Drugi wiezien siedzial zgiety wpol na pryczy, daremnie probujac stlumic szarpiace go paroksyzmy bolu. – Co ci jest? – zawolal od drzwi straznik, ale mowil po hebrajsku, a Lazariew nie znal tego jezyka. Zanim umarl, wyrzucil z siebie tylko trzy slowa, ktore straznicy dobrze zapamietali i ktore ich szef, ktory znal rosyjski, przetlumaczyl pozniej jako: – Dowodca… KGB… martwy… Nie powiedzial nic wiecej. Jego wargi zastygly. Lezal na pryczy, wlepiajac niewidzace juz oczy w niebieskie mundury policjantow. Dzwonek alarmu sciagnal na dol naczelnika aresztu, kilkunastu innych dyzurujacych funkcjonariuszy, a takze lekarza, ktory wlasnie spokojnie saczyl kawe w gabinecie naczelnika. Lekarz szybko zbadal obydwa ciala, zajrzal do ust i gardla, poswiecil latarka w oczy, probowal stetoskopem wychwycic slady pulsu lub oddechu. Skonczywszy te czynnosci w obu celach, wyszedl na korytarz z mina sfinksa. Naczelnik, szczerze przerazony, wyszedl za nim. – Co im sie moglo stac, na litosc boska? – Dowiemy sie, jak zrobimy sekcje. Moze zreszta bedzie ja robil ktos inny. Co do mnie, powiem tylko, ze zostali otruci. Ot, co sie stalo! – Alez oni jeszcze nic tu nie jedli – zaprotestowal policjant – ani nie pili. Dopiero teraz mieli dostac kolacje. Moze to na lotnisku… albo w samolocie?… – Nie – odpowiedzial stanowczo lekarz. – Gdyby to byla trucizna o powolnym dzialaniu, nie zabilaby ich obu jednoczesnie. Kazdy organizm reaguje inaczej. Musieli polknac duza dawke jakiejs piorunujacej trucizny… mysle, ze to cyjanek potasu… najwyzej piec, dziesiec sekund przed smiercia. – Przeciez to niemozliwe! – krzyknal naczelnik aresztu. – Moi ludzie byli przez caly czas na korytarzu, nie wchodzili do cel. A obu wiezniow poddano w momencie przybycia dokladnej rewizji. Sprawdzilismy usta, nozdrza, odbytnice – wszystko! Zreszta, dlaczego mieliby popelnic samobojstwo? Przeciez wlasnie odzyskali wolnosc. – Nie wiem – powtorzyl lekarz. – Ale jestem pewien, ze obaj umarli w pare sekund po zazyciu trucizny. – Musze zadzwonic natychmiast do Urzedu Premiera – oswiadczyl naczelnik wiezienia z mina skazanca i skierowal sie do swego gabinetu. Osobisty doradca premiera do spraw bezpieczenstwa, podobnie jak niemal wszyscy obywatele Izraela, byl w przeszlosci zolnierzem. Ale nigdy nie byl zolnierzem zwyczajnym. Czlowiek, znany dzis w promieniu pieciu mil od Knessetu po prostu jako Barak, zaczynal swoja kariere jako spadochroniarz, pod dowodztwem Rafaela Eytana, legendarnego Rafula. Potem przeszedl do elitarnej jednostki generala Arika Sharona, slawnego batalionu 101, gdzie szybko awansowal do stopnia majora. Przerwala te piekna kariere kula, ktora w czasie pewnego porannego rajdu na dzielnice palestynska w Bejrucie zmiazdzyla jego rzepke kolanowa. Od tej pory specjalizowal sie w technicznym przygotowaniu roznych operacji zabezpieczajacych. Swoja rozlegla wiedze o tym, jak mozna by usmiercic izraelskiego premiera, wykorzystywal dla jego ochrony. To on odebral telefon z miejskiego aresztu i pospieszyl z hiobowa wiescia do gabinetu premiera Golena, ktory pracowal tu jeszcze mimo poznej pory. – W zamknietej celi? – powtorzyl machinalnie ostatnie slowa meldunku Baraka oslupialy premier. – A wiec sami zazyli trucizne? – Nie sadze – odparl oficer. – Mieli raczej wszelkie powody, aby chciec zyc. – Czyli ktos ich zabil? – Wszystko na to wskazuje, panie premierze. – Ale kto mogl chciec ich smierci? – Oczywiscie KGB. Jeden z nich tuz przed smiercia belkotal cos na temat KGB, po rosyjsku. Chcial chyba powiedziec, ze sam dowodca KGB chce ich zabic. – Alez oni nie mieli ostatnio zadnych kontaktow z KGB. Dwanascie godzin temu wyruszyli z wiezienia Moabit. Przez nastepne osiem byli w rekach Brytyjczykow. Od dwoch godzin sa u nas. Nic jeszcze tutaj nie jedli ani nie pili, absolutnie nic! A pan mi mowi, ze polkneli silna trucizne. Jak? Barak podrapal sie w brode; w jego oczach pojawil sie blysk zrozumienia. – Jest pewien sposob, panie premierze. Kapsulka z opoznionym dzialaniem. Wzial kartke papieru i szybko narysowal schemat. – Moze to byc na przyklad kapsulka skladajaca sie z dwoch polowek, nagwintowanych w ten sposob, ze mozna je skrecic w calosc na chwile przed polknieciem. Premier patrzyl na rysunek i wzbieral w nim gniew. – Prosze mowic dalej. – Jedna polowka jest ceramiczna, odporna zarowno na dzialanie sokow trawiennych zoladka, jak i na znacznie mocniejszy kwas, ktorym napelnia sie ja przed montazem obu czesci. Musi tez byc dostatecznie twarda, zeby nie polamaly jej miesnie przelyku. Druga polowka jest z plastiku, odpornego na soki trawienne, ale nie na silny, zracy kwas. W tej wlasnie plastikowej polowce jest cyjanek. Zamknieta jest membrana z miedzi. Po skreceniu kapsulki kwas z polowki ceramicznej _zaczyna _ przezerac membrane. W tym czasie ofiara polyka kapsulke. Pare godzin pozniej – zalezy to od grubosci miedzianej membrany – kwas przedostaje sie do czesci plastikowej. Na tej samej zasadzie zbudowane sa czesto opozniacze w zapalnikach. Po przezarciu miedzi kwas bardzo szybko roztapia plastikowa oslone drugiej polowki. Razem z nim do ukladu pokarmowego przedostaje sie cyjanek. Sadze, ze mozna przeciagnac caly ten proces do jakichs dziesieciu godzin. W tym czasie nie strawiona kapsulka dociera do dwunastnicy. Trucizna, kiedy juz wydostanie sie z kapsulki, bardzo szybko przenika ukladem krwionosnym do serca. Barak przerwal; juz nieraz widzial swojego premiera w stanie wzburzenia czy nawet gniewu. Tym razem jednak smiertelnie blady Golen wprost trzasl sie z wscieklosci. – Wiec przyslali mi dwoch ludzi naszpikowanych trucizna – szeptal – zeby wszystko spadlo na nas. Ale nic z tego. Izrael nie wezmie na siebie tej hanby. Niech pan natychmiast kaze opublikowac wiadomosc o ich smierci, natychmiast, rozumie pan? I niech pan doda, ze sekcja zwlok jest w toku. To jest rozkaz, panie Barak! Na co pan jeszcze czeka? – Panie premierze… jesli terrorysci nie opuscili jeszcze “Freyi”, to wiadomosc moze zmienic ich zamiary… – O tym powinni byli pomyslec ludzie, ktorzy kazali otruc Miszkina i Lazariewa! Kazda chwila opoznienia tej wiadomosci to ryzyko, ze odpowiedzialnoscia za ich smierc zostanie obciazony Izrael. A na to nie pozwole… za zadna cene! Mgla gestniala. Pokryla juz gruba warstwa cala powierzchnie morza od wschodniej Anglii po wyspy Walcheren. Spowila szczelnie flotylle statkow gasniczych i holownikow, czekajaca za pierscieniem okretow wojennych. “Cutlass”, “Sabre” i “Scimitar” staly jeden obok drugiego pod rufa “Argylla”, gotowe do poscigu za zwierzyna. Ich silniki cicho mruczaly na wolnych obrotach. W gestej mgle konczyli tez swoje przygotowania terrorysci na “Freyi”. Za kwadrans siodma wszyscy z wyjatkiem dwoch opuscili sie do wiekszego slizgacza. Tylko jeden wskoczyl na poklad kutra, ktory przywiozl ich tu z brzegu, i spojrzal w gore. Przechylony przez reling Drake dal mu znak reka. Mezczyzna nacisnal guzik startera: potezny silnik kaszlnal i ozyl. Dziob kutra skierowany byl dokladnie na zachod, kolo sterowe przywiazane sznurem, by utrzymywac staly kurs na wprost. Terrorysta powoli zwiekszal obroty silnika, nie wlaczajac jednak zadnego biegu. Odlegle o piec mil wrazliwe uszy – zarowno ludzkie, jak elektroniczne – niemal natychmiast wychwycily nowy dzwiek. Pomiedzy okretami wojennymi pieciu bander, miedzy,,Argyllem” i Nimrodem, poplynely w eterze niecierpliwe pytania i pilne rozkazy. Obserwator w zwiadowczym samolocie wbil wzrok w ekran radaru, ale nie dostrzegl na morzu pod soba zadnego ruchu. Drake podniosl do ust walkie-talkie i rzucil krotki rozkaz. Daleko, na mostku kapitanskim “Freyi”, Krim wlaczyl syrene supertankowca. Powietrze wypelnilo sie grzmiacym rykiem, nieznacznie tylko tlumionym przez dywan mgly. Na mostku “Argylla” komandor Preston zasmial sie lekcewazaco. – Chca zagluszyc maszyne kutra. Nie szkodzi, jak tylko odbija od “Freyi”, bedziemy ich widzieli na radarach. Zaledwie pare sekund pozniej terrorysta obslugujacy kuter pchnal dzwignie biegow na “cala naprzod”. Silnik, pracujacy juz na pelnych obrotach, szarpnal kutrem gwaltownie i oderwal go od kadluba “Freyi”. Terrorysta chwycil zwisajaca z relingu tankowca line i zawisl na niej podciagajac stopy, dopoki poklad nie wymknal sie spod nich. Po chwili kuter zniknal we mgle; teraz szybko przedzieral sie prosto ku czekajacym na zachodzie brytyjskim okretom. Tymczasem wiszacy na linie terrorysta opuscil sie nizej, miedzy usadowionych juz w pneumatycznym slizgaczu kolegow. Jeden z nich szarpnal linke rozrusznika: silnik zaskoczyl od razu, wydajac charakterystyczny wysoki dzwiek. Cala piatka jednoczesnie, choc nie bylo zadnego rozkazu, zacisnela dlonie na uchwytach. Sternik zwiekszyl obroty silnika. Slizgacz pochylil sie na rufe, zadzierajac wysoko do gory obly gumowy dziob, i oderwawszy sie od “Freyi” pomknal po gladkiej powierzchni wody w strone Holandii. Gumowa powloka slizgacza nie odbijala fal radiowych. Ale stalowy kadlub kutra rybackiego dostrzegl obserwator z Nimroda na swoim ekranie radarowym niemal natychmiast. – Kuter ruszyl! – przekazal wiadomosc do “Argylla”. – Niech mnie diabli, oni plyna prosto na was! Komandor Preston spojrzal na swoj wlasny radar na mostku kapitanskim. – Widze ich – potwierdzil. Uwaznie obserwowal swietlisty punkcik, ktory oderwal sie od duzej plamy, oznaczajacej “Freye”. – On ma racje – powiedzial do swoich oficerow. – Rzeczywiscie plyna prosto na nas. Co oni chca zrobic, do diabla? Pozbawiony ladunku, na pelnych obrotach silnika, kuter mogl wyciagnac pietnascie wezlow. Za dwadziescia minut przejdzie obok brytyjskich okretow, potem wmiesza sie we flotylle statkow pozarniczych. – Pewnie licza na to, ze przejda obok nas bez szkody, a potem zgubia sie we mgle wsrod tych brytyjskich kutrow i holownikow – myslal glosno pierwszy oficer. – Moze wyslemy “Cutlassa”, zeby ich przechwycil? – Nie bede ryzykowal zycia naszych ludzi, nawet jesli major Fallon ma ochote na walke wrecz – zdecydowal Preston. – Ci dranie zabili juz jednego marynarza na “Freyi”, a zreszta rozkazy Admiralicji sa calkiem wyrazne. Mamy uzyc dzial. Procedura przygotowania do ostrzalu jest w Marynarce Krolewskiej rownie szybka i rownie dobrze przecwiczona jak w Marynarce Stanow Zjednoczonych. Zanim radiotelegrafista przekazal dowodcom czterech innych okretow NATO uprzejma prosbe, by nie otwierali ognia, 127 mm dziala na dziobie i rufie “Argylla” byly juz zaladowane i zwrocone ku celowi. Ten jednak, choc przyblizyl sie juz na niespelna trzy mile, okazal sie zbyt maly, by go od razu trafic. Kuter nietkniety przetrzymal pierwsza salwe, choc na jego poklad zwalily sie tony wody, wyrzucone w powietrze wybuchami pociskow. Nikt tego nie widzial – ani z pokladu “Argylla”, ani z trzech stojacych obok niego malych jednostek; mgla kryla przed ciekawym okiem wszystko, co tam sie dzialo. Tylko radar, otwierajacy na ekranie tory pociskow, dowodzil, ze kuter utrzymuje sie wciaz na powierzchni wsrod tryskajacych kolejno gejzerow. Ale i radar nie mogl powiedziec tym, ktorzy patrzyli na ekrany, ze nikt nie stoi za sterem kutra, nikt nie kuli sie w smiertelnym przerazeniu pod pokladem. Drake i Krim spokojnie czekali pod rufa “Freyi” w swoim dwuosobowym slizgaczu. Drake trzymal sie jeszcze liny zwisajacej z relingu tankowca. Kiedy uslyszeli stlumiony przez mgle huk dzial “Argylla”, skinal na Krima; ten natychmiast uruchomil silnik. Drake puscil line i pneumatyczna lodz, lekka jak piorko, pomknela po powierzchni morza. Wysoki ton motoru calkowicie ginal w poteznym ryku syreny supertankowca. Krim spojrzal na lewy przegub, do ktorego mial przypieta wodoszczelna busole, i skierowal kurs o kilka stopni na poludnie. Obliczal, ze przy maksymalnej predkosci za trzy kwadranse znajda sie w kretym przesmyku miedzy Polnocnym i Poludniowym Bevelandem. O szostej piecdziesiat piec “Argyll” trafil wreszcie w kuter terrorystow. Uczynil to wprawdzie szosta dopiero salwa, ale za to dokladnie i skutecznie. Eksplozja przelamala kadlub na dwie polowy, a wybuch zbiornika z paliwem dopelnil dziela zniszczenia; stalowe szczatki tego, co przed chwila bylo sprawnym kutrem rybackim, poszly na dno jak kamien. – Trafienie bezposrednie. Zatopiony – zameldowal szef artylerii “Argylla” spod pokladu, gdzie on i jego podwladni sledzili na ekranach radarow przebieg nierownej walki. Istotnie, z ekranu na mostku kapitanskim tez zniknal maly punkcik, ktory jeszcze przed chwila szybko zblizal sie do centrum. Jasny promien nadal omiatal ekran, ale jedyna plama, jaka wydobywal z mroku we wschodniej jego cwiartce, byla odlegla o piec mil “Freya”. Czterej obecni na mostku oficerowie stali przez dluzsza chwile w milczeniu. Wszyscy oni po raz pierwszy brali udzial w rzeczywistym zabijaniu ludzi. Przedluzajaca sie cisze przerwal komandor Preston. – “Sabre” moze ruszac – powiedzial cicho. – Niech plyna prosto do “Freyi” i uwolnia zaloge. W ciemnym wnetrzu Nimroda operator radaru pochylil sie nizej nad swoim ekranem. Widzial wyraznie wszystkie okrety wojenne, wszystkie skupione za nimi holowniki, a na wschod od nich oczywiscie sama “Freye” – ale wydawalo mu sie, ze widzi cos jeszcze. Z drugiej strony tankowca posuwal sie w kierunku wybrzeza jakis mikroskopijny okruch. Byl tak maly, ze prawie niewidzialny; taki sam efekt moglaby wywolac na ekranie radaru byle puszka, dryfujaca po morzu. Ale puszki nie dryfuja przeciez z szybkoscia trzydziestu wezlow!… Mial racje: w istocie byla to metalowa pokrywa silnika lodzi pneumatycznej. – Nimrod do “Argylla”, Nimrod do “Argylla”… – poplynal w eter alarm. Oficerowie na mostku krazownika sluchali meldunku w oslupieniu. Wreszcie jeden z nich rzucil sie do radiotelefonu i w podnieceniu przekazal najnowsza wiadomosc marynarzom z Portland, czekajacym na swoich lodziach. Dwie sekundy pozniej “Cutlass” i “Scimitar” nabieraly juz szybkosci; ich potezne diesle wypelnily zalegajaca wokol mgle basowym rykiem. Biale fontanny piany wytrysly spod dziobow, ktore uniosly sie wysoko w gore, podczas gdy rufy zanurzyly sie niemal po poklad; mosiezne sruby bezlitosnie melly wode, pozostawiajac za okretami szeroki spieniony slad. – Niech ich ciezka cholera! – krzyczal major Fallon do ucha dowodcy “Cutlassa” w ciasnej budce sternika. – Jak szybko mozemy plynac? – Na takim morzu, jak dzisiaj, ponad czterdziesci wezlow. Za malo… – pomyslal z rozpacza Munro, wczepiony obiema rekami w jakas stalowa belke, odkad okret zaczal wierzgac i szarpac niczym narowisty kon wyscigowy. Do “Freyi” bylo jeszcze piec mil, co najmniej drugie tyle zdazyli juz odplynac od tankowca terrorysci. Nawet jesli przewaga predkosci scigajacych wynosi dziewiec wezlow, trzeba calej godziny, by dopedzic lodz Swobody, unoszaca go w bezpieczne labirynty holenderskich rzeczulek i wysepek, gdzie latwo mozna sie ukryc. Ale on dotrze tam juz za czterdziesci minut, moze nawet wczesniej. “Cutlass” i “Scimitar” pedzily na oslep, rozcinajac mgle, ktora natychmiast zwierala sie za ich rufami. Na morzu o przecietnym natezeniu ruchu taka szybkosc – przy zerowej widocznosci – bylaby czystym szalenstwem. Ale to morze bylo puste, a szalencza pogon nie odbywala sie bynajmniej na slepo. W budkach sterowych obu malych okretow ich dowodcy sluchali nieprzerwanego potoku informacji z Nimroda za posrednictwem “Argylla”, o wlasnej pozycji; o polozeniu w stosunku do “Freyi”; o tym, gdzie jest i co robi “Sarbe” (plynal w strone tankowca na lewo od ich kursu – i znacznie wolniej); wreszcie o kierunku i szybkosci ruchu mikroskopijnej kropki na ekranach, oznaczajacej lodz Swobody. Wszystko wskazywalo jednak, ze szczescie sprzyja uciekinierom. Pod plaszczem mgly morze jakby jeszcze bardziej sie uspokoilo, a zupelnie gladka powierzchnia pozwalala slizgaczowi rozwijac maksymalna predkosc. Lodz byla niemal calkiem wynurzona, jedynie wal, laczacy silnik ze sruba, kryl sie caly pod woda. Drake dostrzegl nagle rozmazujacy sie juz, ale przeciez widoczny, slad pozostawiony przez lodz kolegow, ktorzy wyruszyli dziesiec minut wczesniej. “To dziwne – pomyslal – ze tak dlugo utrzymuje sie slad na wodzie”. Piec mil na poludniowy zachod od “Freyi”, na mostku “Morana”, Mike Manning takze uwaznie obserwowal ekran radaru. Rozpoznawal wyraznie “Argylla” i oczywiscie “Freye”. Odleglosc miedzy nimi szybko pokonywaly dwa punkty oznaczajace, jak wiedzial z meldunkow radiowych, “Cutlassa” i “Scimitara”. Ale widzial tez, daleko na wschod od tankowca, malenka kropke – slad pedzacego slizgacza. Momentami ginela mu z oczu w mlecznym tle ekranu – ale jednak byla tam. Jeszcze raz zmierzyl odleglosc miedzy mysliwymi i zwierzyna. – Nic z tego nie bedzie – ocenil i wydal nowy rozkaz dyzurnemu oficerowi. 127 mm dzialo “Morana” powoli obrocilo sie, szukajac nowego celu, pedzacego gdzies we mgle. Richard Preston z rezygnacja sledzil widoczna na ekranach radarow pogon. Pesymistycznie ocenial jej szanse, sam jednak niewiele mogl poradzic. Dziala “Argylla” – dobrze zdawal sobie z tego sprawe – tym razem musza milczec; miedzy nimi a celem stoi “Freya”. Uzycie dzial brytyjskiego krazownika mogloby sie dla niej tragicznie skonczyc. Poza tym ogromna masa tankowca zaslaniala cel przed radarami “Argylla”, a to bardzo utrudniloby celowanie. Te rozmyslania komandora przerwal marynarz, ktory wszedl na mostek z meldunkiem: – Przepraszam, sir… – O co chodzi? – Dostalismy przed chwila wiadomosc, sir. Ci dwaj ludzie, ktorzy polecieli dzis do Izraela, nie zyja. Zmarli w swoich celach. – Nie zyja? – spytal Preston z niedowierzaniem. – Czyli cala ta cholerna afera na darmo… Swoja droga, ciekawe, kto to zrobil i jak. Warto spytac tego faceta z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, jak tylko tutaj wroci. On chyba cos wie… Morze nadal sprzyjalo Drake'owi. Bylo lsniace i gladkie jak stol – rzecz calkiem niebywala na Morzu Polnocnym. Drake i Krim przebyli juz prawie polowe drogi do holenderskiego brzegu, kiedy silnik zakrztusil sie po raz pierwszy. Pare sekund pozniej to sie powtorzylo, potem znowu i znowu. Spadla moc silnika, wyraznie zmniejszyla sie predkosc lodzi. Krim gwaltownie przesunal manetke gazu. Silnik strzelil, kaszlnal jeszcze pare razy, potem znow zaczal pracowac rowno, ale na znacznie nizszych niz przedtem obrotach. – Chyba sie przegrzal! – krzyknal Tatar. – To niemozliwe! – zawolal z _rozpacza _ Drake. – Powinien wytrzymac na pelnych obrotach co najmniej godzine. Krim wychylil sie, zanurzyl dlon w wodzie, potem obejrzal ja uwaznie i pokazal Drake'owi. Struzki kleistej burej cieczy splywaly mu po nadgarstku. – Zatkala nam uklad chlodzenia – wyjasnil ponuro. Tymczasem operator radarow z Nimroda przekazal nastepny pilny meldunek dla “Argylla”: – Zdaje sie, ze zwolnili., Po chwili wiadomosc ta dotarla na poklad “Cutlassa”. – Swietnie! – zawolal Fallon. – Jeszcze mamy szanse dopasc tych drani. Rzeczywiscie, odleglosc zaczela sie szybko zmniejszac. Predkosc slizgacza spadla do dziesieciu wezlow. Ale ani Fallon, ani mlody oficer marynarki stojacy przy sterze “Cutlassa” nie wiedzieli, ze zblizaja sie juz do wielkiej plamy ropy rozlanej na powierzchni morza. I ze ich ofiary przedzieraja sie teraz przez sam srodek tej plamy. Kilka sekund pozniej silnik obslugiwany przez Krima stanal. Zapadla grozna cisza. Tylko z daleka dochodzil przez mgle odglos poteznych motorow. Krim zaczerpnal oburacz plynu zza burty i podsunal zlozone w puchar dlonie przed oczy Drake'a. – To nasza ropa, Andrew, ta ktora wypuscilismy. Jestesmy w samym srodku tego gowna… – Zatrzymali sie – rzucil dowodca “Cutlassa” przez ramie do stojacego za nim Fallona. – “Argyll” mowi, ze sie zatrzymali. Pan Bog raczy wiedziec, dlaczego. – Dostaniemy ich! – krzyknal Fallon triumfalnie i zsunal z ramienia swego szybkostrzelnego Ingrama. Na USS “Moran” glowny oficer artylerii, Chuck Olsen, zameldowal kapitanowi: – Mamy juz odleglosc i kierunek, sir. – Otworzyc ogien – powiedzial Manning zimno. Siedem mil na poludniowy zachod od “Cutlassa” dziobowa armata “Morana” _zaczela _ wyrzucac pociski, jeden po drugim, w stalym, szybkim rytmie. Dowodca lodzi patrolowej nie mogl slyszec huku wystrzalow – zagluszal je wlasny silnik – ale slyszano je dobrze na “Argyllu”. Stamtad dotarl do “Cutlassa” i “Scimitara” _rozkaz _ “stop” – zblizaly sie przeciez do miejsca, gdzie zatrzymali sie uciekinierzy, a radar nie pozostawial watpliwosci, ze “Moran” strzela wlasnie w to miejsce. Szyper “Cutlassa” jednym ruchem cofnal obie manetki gazu: okret nagle zwolnil, potem juz tylko sila rozpedu posuwal sie naprzod. – Co pan wyprawia, do cholery? – wrzasnal major Fallon. – Mamy do nich jeszcze co najmniej mile. Odpowiedz przyszla z nieba. Gdzies nad nimi przetoczyl sie we mgle jakby upiorny pociag: to kolejny pocisk z “Morana” zmierzal do swego celu. Pierwsze trzy pociski (a byly to, zgodnie z programem przewidzianym dla “Freyi”, pociski przeciwpancerne) wpadly do morza o dobre sto jardow od celow, wznoszac wielkie fontanny piany, ale nie wyrzadzajac szkod pneumatycznej lodce. Po nich nastapila seria pociskow zapalajacych. Specjalne dystansowe zapalniki sprawialy, ze wybuchaly one pare stop nad powierzchnia morza, rozrzucajac wokol lekkie, miekkie plachty plonacej, oslepiajacym swiatlem, magnezji. Ludzie na pokladzie “Cutlassa” zamilkli, kiedy mgla przed dziobem rozjarzyla sie nagle jak slonce. Ten blask bardziej jeszcze olsnil zaloge “Scimitara”, ktory zatrzymal sie o cztery kable dalej, tuz przed krawedzia wielkiej kaluzy ropy. Temperatura spadajacej z nieba magnezji byla znacznie wyzsza niz temperatura zaplonu ropy. Lekkie plachty metalowej folii nie przebijaly kozucha gestej cieczy, ale osiadaly na nim, nadal plonac przerazliwym, bialym blaskiem. I oto przed oczyma zdumionych i zafascynowanych tym widowiskiem marynarzy wielka polac morza, dluga i szeroka na wiele mil, zajela sie ogniem: zrazu krwistoczerwonym, potem coraz jasniejszym i coraz goretszym. Wszystko to trwalo zaledwie pietnascie sekund. Tyle bylo trzeba, aby ogien objal i strawil 20 tysiecy ton rozlanej ropy. I tyle tylko bylo trzeba, aby temperatura pozogi siegnela pieciu tysiecy stopni Celsjusza, choc wysokosc plomieni nie przekraczala kilku stop. Straszliwy zar osuszal natychmiast mgle w promieniu wielu mil – ale tylko na dziesiec minut. W milczeniu i przerazeniu patrzyli marynarze na wrzace pieklo, od ktorego dzielilo ich ledwie sto jardow; niektorzy musieli nawet oslaniac twarze, by nie osmalil ich piekielny zar. Nagle w morzu plomieni, plytkim i bezglosnym, wystrzelila z hukiem w gore pojedyncza raca, jak gdyby eksplodowal zbiornik z benzyna. Niemal rownoczesnie z innego miejsca plonacej polaci do uszu oniemialych marynarzy dotarl przerazliwy, pelen bolu i wscieklosci krzyk czlowieka: – Szcze ne wmerla Ukraina!… Spektakl sie skonczyl. Plomienie opadly, zamigotaly i zgasly. Mgla wielkimi klebami zaczela wdzierac sie na pogorzelisko, by wkrotce przykryc je zupelnie. – Co to moglo _znaczyc _ - spytal cicho szeptem dowodca “Cutlassa”. Fallon wzruszyl ramionami. – Nie mam pojecia. To jakis obcy szwargot. Stojacy obok Munro patrzyl na ostatnie, dogasajace plomyki. – W swobodnym przekladzie – powiedzial bardziej do siebie, niz odpowiadajac na pytanie szypra – _znaczy _ to: “Ukraina bedzie znowu zyc”. Epilog Byla Dwudziesta w Europie Zachodniej, dwudziesta druga w Moskwie. Juz od godziny toczyla sie specjalna sesja Biura Politycznego. Jefrem Wiszniajew i jego poplecznicy niecierpliwili sie coraz bardziej. Glowny ideolog Partii wiedzial, ze jest juz dosc silny, by uderzyc; nic bylo co dalej zwlekac. Wstal z grobowa mina. – Towarzysze, ta dyskusja jest moze bardzo ciekawa, ale do niczego nas nie doprowadzi. Poprosilem o zwolanie specjalnej sesji Biura w pewnym konkretnym celu, a mianowicie po to, by stwierdzic, czy nasze grono nadal obdarza pelnym zaufaniem obecnego sekretarza generalnego, szanownego towarzysza Maksyma Rudina. Slyszelismy tu wiele argumentow za tak zwanym Traktatem Dublinskim i rownie wiele przeciwko niemu. Slyszelismy, ze ma on nam zapewnic wielkie dostawy zboza ze Stanow Zjednoczonych i ze bedziemy musieli zaplacic pewna cene… moim zdaniem cene niezwykle wysoka. Wiemy juz takze o ucieczce do Izraela dwoch mordercow, Miszkina i Lazariewa. Ludzi, ktorzy, jak to ponad wszelka watpliwosc udowodniono, sa winni smierci naszego drogiego towarzysza Jurija Iwanienki. Stawiam wniosek nastepujacej tresci: Biuro Polityczne odmawia towarzyszowi Rudinowi dalszej rekomendacji na stanowisko najwyzszego przywodcy naszej wielkiej ojczyzny. Towarzyszu sekretarzu generalny, prosze o poddanie tego wniosku pod glosowanie. Usiadl. Zapadla smiertelna cisza. Upadek kazdego kremlowskiego wladcy to moment przerazajacy, nawet dla tych poteznych rekinow, ktore uczestnicza w glosowaniu – coz dopiero dla obecnych przy tym malych plotek. – Kto jest za wnioskiem? – postawil formalne pytanie Rudin. Wismiajew natychmiast podniosl reke. W jego slady poszedl marszalek Kierenski, a po chwili takze Litwin Yitautas. Minelo pare sekund, zanim dolaczyl do nich Tadzyk Muchamiedow. I wtedy zadzwonil telefon. Rudin podniosl sluchawke i przez dluzsza chwile sluchal w milczeniu. – Nie chce, oczywiscie, przerywac glosowania – powiedzial odkladajac sluchawke – ale wiadomosc, jaka w tej chwili otrzymalem, moze niektorych z nas zainteresowac. Otoz dwie godziny temu Miszkin i Lazariew zmarli smiercia gwaltowna w swoich celach w podziemiach komendy policji w Tel Awiwie. Ich wspolnik poniosl smierc, wypadajac z okna hotelu w tym samym miescie. Godzine temu terrorysci, ktorzy opanowali na Morzu Polnocnym tankowiec “Freya”, by szantazem wymusic uwolnienie tamtych dwoch, zgineli w morzu plonacej ropy. Nikt z nich nie powiedzial ani slowa… no, i juz nie powie… Ale bylismy, o ile pamietam, w trakcie glosowania nad wnioskiem towarzysza Wiszniajewa… Kilka par oczu wbilo sie z wielkim zainteresowaniem w fakture zielonego rypsu na stole. – Kto jest przeciwko wnioskowi? – mruknal Rudin. Podniesli dlonie Pietrow i Rykow, po nich Szuszkin, Stiepanow i Gruzin Czawadze. Petnanow, ktory ostatnio glosowal juz za frakcja Wiszniajewa, probowal chwycic nowy wiatr w zagle – i tez podniosl reke. – Chcialbym – odezwal sie Komarow, odpowiedzialny za rolnictwo – wyrazic szczegolna satysfakcje z faktu, ze moge z pelnym przekonaniem poprzec moim glosem naszego sekretarza generalnego. Dlon Komarowa takze znalazla sie w gorze. Rudin usmiechnal sie do niego. “Ty gnido – pomyslal – juz ja sie postaram, zebys poszedl do piachu”. – A zatem – podsumowal glosno wyniki glosowania – wraz z moim glosem mamy: cztery za, osiem przeciw. Wniosek zostal odrzucony. Sadze, ze nie ma juz zadnych innych spraw? Istotnie, nie bylo. Dwanascie godzin pozniej kapitan Thor Larsen znow stanal na mostku “Freyi”. Noc, ktora mial za soba, pelna byla zdarzen. O osmej wieczor brytyjscy komandosi znalezli go w kajucie i uwolnili z kajdanek. Saperzy z Marynarki Krolewskiej ostroznie opuscili sie do pustych ladowni statku i wyciagneli zapalniki z dynamitu. Potem przeniesli ladunki wybuchowe na poklad i szybko odtransportowali je jak najdalej od supertankowca. Silne rece komandosow odkrecily stalowe sztaby blokujace drzwi, za ktorymi szescdziesiat cztery godziny uwieziona byla zaloga. Uwolnieni marynarze spiewali i tanczyli z radosci. Potem przez cala noc rozmawiali przez radio z rodzinami. Troskliwe dlonie lekarza z Marynarki Krolewskiej ulozyly kapitana Larsena na jego wlasnej koi i opatrzyly rany – najlepiej, jak mozna bylo w tych warunkach. – Potrzebna bedzie interwencja chirurga – zdecydowal lekarz. – Zapewnimy to panu natychmiast, jak tylko przyleci pan helikopterem do Rotterdamu, zgoda? – Niezupelnie – zaprotestowal Larsen, juz na krawedzi omdlenia. – Do Rotterdamu przybede na “Freyi”. Lekarz przemyl strzaskana dlon plynem antyseptycznym i wstrzyknal rannemu morfine, by usmierzyc bol. Zanim skonczyl, Larsen juz spal. Zreczne dlonie lotnikow sprowadzaly na poklad “Freyi” kolejne smiglowce; ta droga dotarl tu najpierw Harry Wennerstrom, by okiem wlasciciela i gospodarza spojrzec na odzyskany statek. Potem smiglowcami przybyla z Europortu ekipa cumownicza. Pompiarz “Freyi” szybko znalazl swoje zapasowe bezpieczniki i wlaczyl system kontroli ladunku; do zbiornika oproznionego przez terrorystow przepompowal, dla przywrocenia rownowagi, polowe zawartosci innego zbiornika; w koncu zamknal wszystkie zawory i klapy inspekcyjne. Kiedy kapitan spal gleboko, dwaj najstarsi ranga jego zastepcy skontrolowali cal po calu poklad “Freyi”, od dziobu az po rufe. Glowny mechanik skrupulatnie obejrzal swoje ukochane maszyny i sprawdzil wszystkie systemy: dzialaly bez zarzutu. Holowniki i jednostki gasnicze juz w pierwszych godzinach po zmroku zaczely rozpylac stezony emulgent tam, gdzie na powierzchni morza dryfowaly jeszcze resztki nie spalonej ropy. Ale nie bylo tego wiele: prawie wszystko splonelo w krotkotrwalym piekielnym pozarze, wznieconym magnezjowymi pociskami komandora Manninga. Larsen obudzil sie tuz przed switem. Pierwszy steward pomogl mu wlozyc ubranie – Larsen zdecydowal, ze bedzie to galowy mundur kapitana zeglugi wielkiej. Ostroznie wsunal obandazowana dlon w rekaw ozdobiony czterema zlotymi opaskami i z powrotem oparl ja na temblaku zawieszonym na szyi. O osmej rano stanal na mostku obok pierwszego i drugiego oficera. Byli tu juz takze dwaj piloci z Kontroli Mozy: starszy mial swoja nieodlaczna “brazowa skrzynke” z instrumentami nawigacyjnymi. Larsen ze zdumieniem stwierdzil, ze morze wokol niego jest zatloczone. Byly tu trawlery z Humber i z Schelde, kutry rybackie z Lorient i Saint Malo, z Ostendy i z portow Kentu. Byly statki handlowe kilkunastu bander i okrety wojenne panstw NATO. Dwie minuty po osmej ogromne sruby “Freyi” drgnely i zaczely sie obracac. Masywny lancuch kotwicy z loskotem wynurzyl sie z glebiny. Pod rufa utworzyl sie przepastny wir spienionej wody. I oto kamery telewizyjne, zainstalowane na czterech krazacych w gorze samolotach, przekazaly na caly swiat triumfalny moment: wielka bogini znow ruszyla w droge. Po chwili predkosc jej byla juz wystarczajaco duza, by firmowy proporzec z helmem wikingow, zwisajacy dotad luzno, zatrzepotal wesolo na wietrze. I wtedy na morzu wokol tankowca rozpetala sie orgia dzwiekow. Bekliwe sygnaly statkow rybackich, ryczace basem syreny duzych jednostek, piszczace przerazliwie gwizdki holownikow – wszystko to mieszalo sie i przekrzykiwalo nawzajem. W ten sposob cala ta morska menazeria – statki male i wielkie, lsniace nowoscia i stare zardzewiale krypy – oddawaly “Freyi” tradycyjny zeglarski salut. Larsen jeszcze raz rozejrzal sie po zatloczonym morzu: tylko przed dziobem tankowca, w kierunku Euroboi nr l, otwierala sie szeroka, pusta droga. Odwrocil sie do stojacego obok Holendra. – Panie pilocie, prosze wziac kurs na Rotterdam. W niedziele, 10 kwietnia 1983 r., w Sali Swietego Patryka na Zamku Dublinskim, dwaj mezczyzni zblizyli sie do wielkiego debowego stolu, ktory wniesiono tu specjalnie na te okazje, i zasiedli przy nim. Z dlugiej Galerii Minstreli wszystkie ich poruszenia sledzily kamery telewizyjne i przekazywaly ten obraz na caly swiat. Dymitr Rykow starannie wykaligrafowal swoje nazwisko – w imieniu ZSRR – pod obiema oprawionymi w marokin kopiami traktatu i przekazal je Davidowi Lawrence'owi, ktory zlozyl swoj podpis w imieniu USA. Juz kilka godzin pozniej pierwsze statki ze zbozem, czekajace na redach Murmanska i Leningradu, Sewastopola i Odessy, weszly do portow. A po tygodniu pierwsze jednostki wojskowe, rozlokowane z obu stron Zelaznej Kurtyny, zaczely pakowac swoj smiercionosny ekwipunek, by odjechac daleko od dzielacej Europe potrojnej linii drutow kolczastych. Zebranie Biura Politycznego, ktore odbylo sie w czwartek, czternastego kwietnia, w budynku Arsenalu na Kremlu, nie mialo zwyklego, roboczego charakteru. Jeden z czlonkow rzadzacego grona spoznil sie nieco na poczatek posiedzenia, zatrzymany przez chwile w przedpokoju przez majora kremlowskiej gwardii. Kiedy Jefrem Wiszniajew wszedl wreszcie na sale obrad, jedenastu pozostalych czlonkow Biura siedzialo juz przy stole – i wszyscy patrzyli nan bez sladu sympatii. Maksym Rudin krolowal, jak zwykle, u szczytu stolu ustawionego w litere “T”. Wszystkie krzesla po obu stronach ogona litery – po piec z kazdej strony – byly zajete. Zostalo tylko jedno, na koncu ogona, naprzeciw Rudina. Zrezygnowany Wiszniajew podszedl powoli do tego krzesla, okreslanego w tym gronie jako “lawa oskarzonych”. Byl spokojny – juz od jedenastu dni wiedzial, ze bedzie to jego ostatnie posiedzenie. W nocy z 17 na 18 kwietnia maly frachtowiec ospale wlokl sie wzdluz rumunskiego wybrzeza Morza Czarnego. Na krotko przed druga oderwala sie od jego burty szybka motorowka i pomknela w czern nocy. _Zatrzymala _ sie o trzy mile od brzegu. Komandos siedzacy obok sternika siegnal po swoja potezna latarke i skierowal ku niewidocznej plazy umowiony sygnal: trzy dlugie blyski, potem trzy krotkie. Nie bylo zadnej odpowiedzi z brzegu. Komandos powtorzyl swoj sygnal jeszcze cztery razy. Nadal nie bylo odpowiedzi. Motorowka zawrocila w strone frachtowca. Godzine pozniej byla juz na swoim miejscu pod pokladem, a z kabiny radiooperatora plynal do Londynu zakodowany meldunek. Wkrotce inny zaszyfrowany meldunek powedrowal z Londynu do ambasady brytyjskiej w Moskwie:»Niestety, “Slowik” nie stawil sie na spotkanie. Proponuje wracac do Londynu”«. 25 kwietnia w palacu kongresowym na Kremlu zebralo sie plenum Komitetu Centralnego KPZR. Zjechali sie delegaci z calego Zwiazku, niektorzy z miejscowosci odleglych o wiele tysiecy kilometrow. Na podium, pod gigantycznym reliefem przedstawiajacym glowe Lenina, Maksym Rudin rozpoczal swoja wielka mowe pozegnalna. Najpierw obszernie przedstawil kryzys, w ktorego obliczu stanela ojczyzna przed rokiem; barwnie nakreslil obraz grozacej kleski glodu – az nieswiadomym tego wszystkiego sluchaczom stanely wlosy na glowie. Potem opisal blyskotliwa akcje dyplomatyczna Biura, ktore wyslalo Dymitra Rykowa do Dublina, by tam wytargowal od Amerykanow bezprecedensowe wielkie dostawy zboza, a takze technologii naftowej i komputerow o minimalnych cenach. O ustepstwach w dziedzinie zbrojen nie wspomnial ani slowem. Przez dziesiec minut delegaci stali, oklaskujac go burzliwie. Rudin przeszedl teraz do zagadnien swiatowego pokoju. Przypomnial zebranym, ze pokojowi wciaz _zagrazaja, _ imperialistyczne ambicje terytorialne zachodniego kapitalizmu. Ale zagrazaja mu niekiedy, dodal niespodziewanie, knowania naszych wlasnych, wewnetrznych przeciwnikow pokojowego wspolistnienia. Te slowa zelektryzowaly sluchaczy; ich konsternacja byla bezgraniczna. – Jednakze – Rudin podniosl w gore palec w gescie przestrogi – utajeni wsrod nas wspolnicy zachodnich imperialistow zostali zdemaskowani i wyplenieni, dzieki niezmordowanej czujnosci towarzysza Jurija Iwanienki, ktory, niestety, po dlugiej i meznej walce z dreczaca go choroba, zmarl tydzien temu w sanatorium. Wiadomosc o smierci Iwanienki wywolala okrzyki bolu i zalu po towarzyszu, ktory – zanim odszedl na zawsze – ocalil ich wszystkich od najgorszego. Rudin gestem reki uciszyl sale. – Towarzysz Iwanienko – oswiadczyl – nie byl na szczescie sam. Juz przed pierwszym, pazdziernikowym zawalem serca wytrwale i wiernie pomagal mu w odpowiedzialnej pracy towarzysz Wasyl Pietrow. ktory potem, w okresie hospitalizacji Iwanienki, wzial na siebie caly trud umacniania czolowej roli Zwiazku Radzieckiego w walce o pokoj na swiecie. Rozlegla sie gromka owacja dla Pietrowa. – Poniewaz zas – ciagnal Rudin – antypokojowe knowania, zarowno w ZSRR, jak poza jego granicami, zostaly zdemaskowane i skompromitowane, Zwiazek, w swoim bezgranicznym umilowaniu pokoju i odprezenia, mogl po raz pierwszy od wielu lat zredukowac swoje plany zbrojeniowe. Dzieki temu wysilek panstwa bedzie mozna w wiekszym stopniu skierowac na produkcje dobr konsumpcyjnych i na wszelkiego rodzaju swiadczenia spoleczne. Stalo sie to mozliwe wylacznie dzieki wielkiej czujnosci Biura, ktore z cala stanowczoscia zwalczalo antypokojowe tendencje wszedzie, gdziekolwiek sie one pojawily. I znowu oklaski trwaly dobre dziesiec minut. Tym razem Rudin wyczekal cierpliwie do konca i dopiero gdy aplauz zdawal sie przygasac, uniosl w gore obie dlonie, by uciszyc sale. On sam pracowal przez lata cale najlepiej jak umial; teraz jednak nadszedl czas, by sie pozegnac. Zaskoczenie bylo kompletne. Zalegla gesta cisza. Pelnil odpowiedzialna funkcje dlugo, byc moze zbyt dlugo. Wielki ciezar, jaki niosl na swych barkach, nadszarpnal w koncu jego sily i zdrowie. Ramiona mowcy istotnie ugiely sie, jakby pod wielkim ciezarem. Rozlegly sie sporadyczne okrzyki: “Nie… to niemozliwe…” Tak, tak, jest juz stary. A czego teraz najbardziej pragnie? Dokladnie tego, o czym marzy kazdy stary czlowiek. Usiasc w zimowy wieczor przy kominku i bawic sie z wnukami… Na galerii dla dyplomatow zagranicznych szef kancelarii ambasady brytyjskiej pochylil sie nad uchem ambasadora: – Chyba troche przesadza z tymi swoimi ludzkimi uczuciami – szepnal. – Wiecej on ludzi skazal na smierc, niz ja zjadlem obiadow. Ambasador uniosl brew i mruknal w odpowiedzi: – Niech pan nie narzeka. Gdyby to byla Ameryka, pewnie wprowadzilby teraz na podium cale stadko swoich wnuczat. – Chyba najwyzszy czas – konczyl Rudin – powiedziec drogim towarzyszom cala prawde: lekarze nie daja mi szans na wiecej niz kilka miesiecy zycia. Dlatego chcialby juz teraz, oczywiscie za zgoda zebranego tu dostojnego gremium, zwolnic sie z odpowiedzialnej funkcji i spedzic te tak krotka juz reszte zycia w ukochanym domu na wsi, w cieple rodzinnego ogniska. Kilka kobiet obecnych na sali zanioslo sie szczerym szlochem. I jeszcze ostatnia kwestia. Ma zamiar oficjalnie ustapic za piec dni, trzydziestego kwietnia. Nazajutrz, w dniu wielkiego majowego swieta ludzi pracy, juz ktos inny stanie posrodku trybuny nad Mauzoleum Lenina, by odebrac uroczysta defilade. Kim bedzie ten nowy czlowiek? Powinien to byc ktos mlody i energiczny, madry i niezlomny patriota. Ktos, kto sprawdzil sie juz na najwyzszych stanowiskach, ale nie wpadl jeszcze w starcza rutyne. Takim czlowiekiem – czlowiekiem, ktory spelnia oczekiwania wszystkich narodow radzieckich – jest towarzysz Wasy l Pietrow… Wybor Pietrowa na nastepce Rudina dokonal sie przez aklamacje. Rzecznicy innych kandydatow zostaliby niewatpliwie zakrzyczani, gdyby probowali sie odezwac. Ale nie probowali. Po przesileniu w aferze “Freyi” Sir Nigel Irvine chcial zatrzymac Munro w Londynie, a w kazdym razie nie wysylac go juz do Moskwy. Jego wizyta u Rudina, trzeciego kwietnia o swicie, musiala oczywiscie zupelnie go zdekonspirowac, nie mogl wiec juz byc przedstawicielem Firmy w ZSRR. Munro poprosil jednak osobiscie premiera, by dac mu ostatnia szanse upewnienia sie na miejscu, jaki los spotkal agenta o wdziecznym pseudonimie “Slowik”. Uwzgledniajac jego wielkie zaslugi w rozwiazywaniu ostatniego kryzysu, pani Carpenter przychylila sie do tej prosby. Ambasador i szef kancelarii przyjeli powrot Munro bez entuzjazmu i wcale nie byli zdziwieni, kiedy jego nazwisko przestalo pojawiac sie w oficjalnych sowieckich zaproszeniach, a Ministerstwo Handlu Zagranicznego dalo do zrozumienia, ze nie zyczy sobie jego udzialu w rozmowach handlowych. Blakal sie wiec po miescie, jak nieproszony gosc, na przekor wszystkiemu czepiajac sie nadziei, ze Walentyna – nadal zywa i bezpieczna – jakos sie z nim skontaktuje. Raz nawet nakrecil numer jej prywatnego telefonu. Nikt nie podniosl sluchawki. Oczywiscie moglo jej akurat nie byc w domu – nie ryzykowal jednak dalszych prob. Po upadku frakcji Wiszniajewa dostal wiadomosc z Londynu, ze daja mu czas do konca miesiaca. Potem zostanie wezwany do Firmy, gdzie oczekuje sie jego rezygnacji z pracy. Mowa pozegnalna Rudina wywolala goraczkowa aktywnosc w moskiewskich placowkach dyplomatycznych. Kazda z nich obszernie informowala swoj rzad o okolicznosciach odejscia starego genseka i gromadzila dokumentacje na temat jego nastepcy, Wasyla Pietrowa. Rowniez z tego, wciagajacego absolutnie wszystkich wiru dzialan, Munro byl wylaczony. Tym bardziej zaskakujacy byl fakt, ze kiedy do brytyjskiej ambasady przyszlo zaproszenie na uroczyste przyjecie w Wielkim Palacu Kremlowskim w przeddzien swieta Pierwszego Maja – na zaproszeniu, tuz po nazwiskach ambasadora i szefa kancelarii, figurowalo nazwisko Adama Munro. Rowniez przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych, potwierdzajac zaproszenie telefonicznie, wspomnial, ze “pan Munro bedzie mile widziany”. Bankiet, ktorego drugim, a moze raczej pierwszym powodem bylo uroczyste pozegnanie Maksyma Rudina, pelen byl blasku i przepychu. Ponad setka czolowych dygnitarzy przemieszala sie tu z czterokroc wieksza liczba dyplomatow z krajow socjalistycznych, z Zachodu i z Trzeciego Swiata. Byli tez przedstawiciele partii komunistycznych spoza bloku; dosc niepewnie czuli sie posrod wszystkich tych frakow i smokingow, mundurow wojskowych i dyplomatycznych, galonow i akselbantow, gwiazd, orderow i medali. Wydawalo im sie, ze to raczej car abdykuje, a nie przywodca egalitarnego, bezklasowego raju proletariuszy. Goscie i gospodarze rozproszyli sie po sali, oswietlonej trzema tysiacami zarowek w szesciu wielkich kandelabrach; w niszach, ktorych sciany zdobily pelnowymiarowe portrety wielkich carskich bohaterow wojennych i innych kawalerow _Krzyza _ Swietego Jerzego – wymieniali prywatne plotki i falszywe oficjalne serdecznosci. Rudin krazyl miedzy nimi jak stary lew, przyjmujac pochlebstwa od obcych ludzi ze stu piecdziesieciu krajow jak cos, co mu sie najoczywisciej nalezy. Munro obserwowal go z daleka, ale nie byl na liscie gosci wyroznionych osobista prezentacja, a zblizac sie z wlasnej inicjatywy do ustepujacego przywodcy – bylo w jego sytuacji co najmniej nierozsadne. Na krotko przed polnoca Rudin, usprawiedliwiwszy sie naturalnym w jego wieku zmeczeniem, przeprosil gosci i zostawil ich pod opieka Pietrowa i innych czlonkow Biura. Pare minut pozniej Munro poczul lekkie dotkniecie w ramie. Odwrocil sie. Za nim stal wysoki major w nieskazitelnym uniformie kremlowskich pretorianow. Nieprzenikniony, jak oni wszyscy, major odezwal sie don po rosyjsku, cicho, ale tonem nie znoszacym sprzeciwu: – Panie Munro, prosze ze mna. Szkot nie byl nawet zdziwiony. Najwyrazniej jego nazwisko znalazlo sie na liscie zaproszonych przez pomylke; teraz ktos sie w tym zorientowal i po prostu kaza mu wyjsc. Ale idacy przed nim major minal glowne drzwi wyjsciowe, szybko przecial osmiokatna Sale sw. Wlodzimierza i po drewnianych schodach zamknietych spizowa krata (przed majorem ja oczywiscie otwarto) wyprowadzil goscia na dziedziniec. Oficer szedl szybko i pewnie; swietnie orientowal sie w labiryncie przejsc i korytarzy, ktorych nawet stali bywalcy Kremla nie ogladaja nigdy. Idacy wciaz za nim Munro przecial dziedziniec i znalazl sie w Teremie, czyli malym palacu carow, zwanym tez Palacem Komnat. Tutaj przy wszystkich drzwiach czuwali milczacy straznicy. Bez slowa otwierali drzwi przed majorem i jego podopiecznym i zamykali je natychmiast po ich przejsciu. Oficer prowadzil goscia prosto przez reprezentacyjne komnaty carow: Frontowa i Krzyzowa. Do ostatnich drzwi, choc takze stal przy nich straznik, zastukal osobiscie. Ze srodka rozleglo sie burkliwe: “Wejsc!” Major otworzyl drzwi, stanal z boku i gestem zaprosil Munro do srodka. Trzecia reprezentacyjna sala Tereniu jest Komnata Tronowa, sanktuarium carow starej Rosji, najbardziej niedostepne miejsce na Kremlu. Wylozona czerwono-zlota mozaika, z wisniowymi dywanami na kunsztownym drewnianym parkiecie, nieco mniejsza od innych Komnat sprawia wrazenie bardziej przytulnej. To tutaj carowie odbywali najbardziej poufne, robocze spotkania ze swymi emisariuszami. Przy oknie, patrzac w ciemnosc i w gwiazdy, stal Rudin. Uslyszawszy trzask zamykanych drzwi, odwrocil sie w strone goscia. – A wiec, panie Munro, opuszcza pan nas, jak slyszalem. Minelo dwadziescia siedem dni od chwili, kiedy Munro rozmawial z nim w jego apartamencie w Arsenale. Rudin przyjal go wtedy w szlafroku, ze szklanka mleka w dloniach. Teraz byl w swietnie skrojonym ciemnoszarym garniturze – niemal na pewno uszytym w Londynie – z dwiema miniaturkami Orderu Lenina i gwiazdka Bohatera Zwiazku Radzieckiego w klapie. Niewatpliwie wszystko to dobrze pasowalo do Komnaty Tronowej. – To prawda, panie prezydencie – przyznal Munro. – Jeszcze tylko przez dziesiec minut – zauwazyl Rudin, spojrzawszy na zegarek. – O polnocy oficjalnie przechodze na emeryture. Pan tez, jak sadze, odejdzie ze sluzby? Stary lis doskonale wie, ze spalilem sie jako agent – pomyslal Munro – i ze bede musial odejsc. – Tak, panie prezydencie – powiedzial glosno. – Jutro wracam do Londynu i skladam rezygnacje. Rudin nie podszedl do niego, nie wyciagnal reki na pozegnanie. Stal majestatycznie po drugiej stronie komnaty, dokladnie tam, gdzie dawniej stawali carowie. To miejsce bylo szczytem szczytow, absolutnym wierzcholkiem wielkiego Imperium Rosyjskiego. A wiec skinal tylko laskawie glowa. – Zycze panu szczesliwej drogi, panie Munro. Nacisnal maly onyksowy dzwonek na stole i drzwi, przed ktorymi stal Munro, otworzyly sie. – Zegnam, panie prezydencie – odpowiedzial. Nim _zdazyl _ sie odwrocic, Rudin odezwal sie ponownie: – Prosze mi powiedziec, panie Munro, co sadzi pan o naszym placu Czerwonym? Szkot stanal, zaskoczony: jak na moment formalnego pozegnania, pytanie bylo cokolwiek dziwne. Pomyslal przez chwile, potem ostroznie odpowiedzial: – Jest imponujacy. – Imponujacy, tak – powiedzial Rudin jakby wazac slowa. – Byc moze nie tak elegancki jak wasz Berkeley Square, ale czasem takze tutaj mozna uslyszec spiew slowika. Munro zastygl w przerazeniu, na podobienstwo postaci wymalowanych na suficie nad jego glowa. Zoladek podjechal mu pod gardlo. A wiec wpadla! Wpadla – i zlamali ja do tego stopnia, ze powiedziala wszystko. Wydala nawet swoj pseudonim i umowione haslo: slowa starej piosenki o slowiku z Barkeley Square. – Czy… rozstrzelacie ja? – spytal posepnie. Rudin wydawal sie autentycznie zaskoczony. – Rozstrzelamy? Dlaczego mielibysmy ja rozstrzelac? A wiec trafi do obozu pracy, skazana na powolna smierc w mece – ona, jedyna kobieta, ktora Adam kochal i ktora wkrotce mial poslubic w rodzinnej Szkocji. – Co z nia zrobicie? Stary Rosjanin uniosl brwi, udajac zdumienie. – Co zrobimy? Nic. Przeciez to lojalna obywatelka. Prawdziwa patriotka. Niech pan mnie dobrze zrozumie, mlody czlowieku. Ona bardzo pana ceni – nie kocha, nie, to nie to – ale naprawde, szczerze pana lubi… – Nie rozumiem – przerwal Munro. – Skad pan to wie? – Ona sama prosila, zeby to panu powiedziec. Widzi pan… ona nie bedzie nigdy gospodynia w Edynburgu. Nie bedzie pania Munro. I nie spotka pana juz nigdy. Ale bardzo jej zalezy, zeby nie martwil sie pan o nia, zeby sie pan nie gryzl. A wiec powtarzam: jest cala i zdrowa, jest tu szanowana, a nawet otoczona przywilejami… i jest wsrod swoich. Naprawde nie ma pan powodow do zmartwienia. Nagle Munro zrozumial – i bylo to rownie bolesne, jak zywiona jeszcze przed chwila straszliwa obawa. Tak, nie bylo powodu nie wierzyc Rudinowi. – Ona… pracowala dla pana… – mowil z trudem, jakby nagle zapomnial rosyjskiego. – Byla tylko panskim agentem. Grala, od samego poczatku grala. Juz od pierwszego spotkania w lesie, gdy tylko Wiszniajew zaczal domagac sie wojny w Europie, pracowala dla pana… Siwy kremlowski lis wzruszyl ramionami. – Panie Munro – parsknal – a czy inaczej prezydent Matthews uwierzylby w te wszystkie wazne informacje, ktore chcialem i musialem mu przekazac? Nieprzenikniony major o zimnych, stalowych oczach ujal Szkota lekko pod lokiec. Munro znalazl sie za progiem Komnaty Tronowej ciezkie drzwi zamknely sie za nim. Piec minut pozniej wypuszczono go przez male drzwiczki w Spasskiej Bramie na plac Czerwony. Na placi dowodcy paradnych oddzialow do znudzenia powtarzali swoje role przec poranna defilada. Nad jego glowa zegar wybil polnoc. Poszedl w lewo, liczac na to, ze zlapie taksowke pod hotelem “Nacjonal”. Po jakichs stu krokach, kiedy mijal Mauzoleum Lenina nagle, ku zdumieniu i zgorszeniu stojacego tam milicjanta, zaczal sie glosno smiac. Читайте больше книг на сайте онлайн-библиотеки mir-knigi.org