Автор : Hemerling Marek Название книги: Diabelska Maskarada Читать на сайте: https://mir-knigi.org/author/hemerling-marek/diabelska-maskarada _Moim Rodzicom_ 0. Tom Edgins zjawil sie na Ziemi po zakonczeniu zwycieskiej kampanii Zwiazku Solarnego przeciwko Planetom Rindu. Uznany za zaginionego spedzil dlugi czas w niewoli i dopiero rozejm, na mocy ktorego przeprowadzono wymiane jencow wojennych, pozwolil mu wrocic do opuszczonego przed trzema laty domu. Zastal w nim swoja zone Iris i obcego mezczyzne – bardzo zdziwionych i niezadowolonych z przybycia niezyjacego przeciez bohatera. Nie chcieli go nawet wpuscic za prog, zaryglowal wiec od zewnatrz wszystkie wyjscia, a nastepnie podpalil budynek i czekal. Parterowy modulowiec splonal doszczetnie wraz z dwojgiem zamknietych w srodku ludzi. Tom Edgins zostal skazany na smierc za zbrodnie najwyzszego formatu: w czasie pozaru ogien strawil rosnaca w poblizu domu kepe rachitycznego bzu – jedyna rosline w promieniu tysiaca metrow. Trybunal Miejski z przyslugujacego mu prawa laski nie skorzystal. 1. W kilkanascie godzin po ogloszeniu wyroku skazaniec zostal wprowadzony do kopuly stracen. Oczekiwalo go tam pieciu bialo odzianych egzekutorow, ktorzy mieli nadzorowac przebieg ceremonii. Jeden z nich wystapil krok do przodu i nie zdejmujac zaslaniajacej twarz maski powiedzial: – Tomaszu Edgins. Zgodnie z obowiazujacym prawem mozesz wyrazic swoje ostatnie zyczenie, badz powierzyc nam slowa, ktore chcialbys komus przekazac. Skazaniec podniosl wzrok i milczal przez chwile, zastanawiajac sie nad sensem tego, co uslyszal. Nie mial nikomu nic do przekazania. Juz nie mial. Wlasnymi rekami obrocil w popiol to, co stanowilo jedyna tresc jego zycia. A zyczenie? Jakie zyczenie moze miec czlowiek idacy na smierc? Nic mu nie przychodzilo do glowy. – Mam pytanie – odezwal sie wreszcie stlumionym glosem. – Slucham. – Czy… Czy nie ma juz zadnej szansy, to znaczy… Czy mozliwe jest… – zawahal sie – cofniecie lub zmiana wyroku? – W swietle obowiazujacego prawa nie ma takiej mozliwosci. – A wiec zalatwmy to jak najszybciej i niech szlag trafi was i wasze pieprzone prawa. Postac w masce uniosla reke, dajac swoim asystentom sygnal do rozpoczecia ceremonii. W centralnym punkcie kopuly stracen, na okraglym cokole, umocowany byl fotel, do ktorego podprowadzono skazanca. Z delikatnym szczekiem metalowe klamry unieruchomily przeguby rak i nog, objely ramiona i skronie. Milczace sylwetki egzekutorow cofnely sie pod sciane kopuly, a fotel wraz z cokolem drgnal i uniesiony od spodu kolumna dzwigara rozpoczal powolna wedrowke w strone sufitu. Oczekujacy tam kolisty otwor sygnalizowala ciemna plama w jednostajnej bieli sklepienia. – Co za kretynski koniec – pomyslal Tom. Nigdy bym nie uwierzyl… Wpatrywal sie w coraz blizszy otwor, ktory nagle zaplonal blekitna poswiata, ukazujac srodek slepego cylindra. Po krotkiej chwili fotel dotarl na odpowiednia wysokosc, a okragly wlot zostal szczelnie wypelniony przez uniesiony cokol. Swiatlo zaczelo pulsowac zmiennym rytmem, to jasniejac, to znow pograzajac w ciemnosciach wnetrze pomieszczenia. Skazaniec czekal. Czekal, az ktos znajdujacy sie na zewnatrz blekitnego cylindra dotknie malego przycisku, uwalniajac w ten sposob wiazke smiertelnych infradzwiekow. W doskonalej ciszy coraz glosniej bilo serce, coraz wyrazniejszy byl szum krwi pulsujacej w skroniach. – A jednak sie boje – stwierdzil Tom z gorycza. – Boje sie, chociaz nie zostawilem za soba nic, do czego bym pragnal wrocic. Jakie to smieszne. Gdyby nie krepujace go klamry, z pewnoscia wzruszylby ramionami. Mogl jednak tylko zamknac oczy i czekac. – Strasznie dlugo – wymruczal po chwili. – Czy oni tego nie rozumieja? Hej tam, do ciezkiej cholery! – wrzasnal. – Czy wy tego nie rozumiecie?! Banda skurwieli – dodal juz ciszej, jakby na wlasny uzytek. Okropnie powoli mija czas. Pomiedzy pojedynczymi uderzeniami tetna jest miejsce na retrospekcyjne obrazy z konczacego sie zycia dlugie projekcje zastyglych w bezruchu twarzy, zapamietanych krajobrazow, drobnych, pozornie bezuzytecznych przedmiotow, ktorych widok dlawi krtan uczuciem niepojetego wzruszenia. Koniec. To wszystko nalezy juz do przeszlosci, a chwila terazniejsza wyklucza mozliwosc zaistnienia przyszlosci. – Szybciej. Na wszystkie swietosci Nieba i Ziemi, nie kazcie mi dluzej czekac – blagalny szept wypelnia wnetrze zamknietego cylindra. Okropnie powoli mija czas. Lecz przeciez mija. Blekitne swiatlo zmienilo swoja barwe i twarz skazanca pograzyla sie w upiornej zieleni. Jednoczesnie Tom poczul, jak przez jego cialo przelatuje ledwie zauwazalna fala ciepla. Zaraz potem osrodek rownowagi zasygnalizowal utrate orientacji przestrzennej i… wszystko wrocilo do normy. – Umarlem? Stlumiony chichot narastal powoli, przeobrazajac sie w atak histerycznego smiechu. – Koniec, kanalie! Slyszeliscie?! Koniec! Tom Edgins jest juz trupem, ktoremu mozecie nagwizdac! Zgodnie z litera prawa i sumie…! – dziki okrzyk urwal sie jak uciety nozem. Sciana cylindra przeszla niezrozumiala metamorfoze – stala sie zupelnie przezroczysta, a po jej drugiej stronie widac bylo fragment amfiteatralnie ulozonych schodow, ktorych szczyt ginal w polmroku. Kierowany odruchem Tom skrecil glowe w bok, zapominajac o krepujacych cialo uchwytach. Lecz klamry nie stawily zadnego oporu! Nie tracac czasu na niepotrzebne dociekania uwolnil sie z objec fotela i oparl plecami o niewidoczna sciane cylindra. Serce lomotalo rytmem rozbudzonej nadziei. Dopiero teraz zauwazyl, ze schody sa tylko z jednej strony, natomiast z drugiej znajdowal sie wylot szerokiego tunelu o lukowatym sklepieniu. – Jakas awaria – przebieglo mu przez glowe. – Moze uda mi sie stad wydostac. Blyskawicznie obmacal wklesla tafle przezroczystej klatki, lecz dlonie wszedzie napotykaly lita powierzchnie. Wskoczyl na oparcie fotela, by stwierdzic, ze od gory wyjscie tez jest zamkniete niewidzialna pokrywa. Sprobowal ja poruszyc, ale spocone dlonie slizgaly sie tylko, nie znajdujac punktu zaczepienia. W odruchu bezsilnej wscieklosci uderzyl piescia w przejrzysta zapore. Zadzwieczala glucho, nie ustepujac ani na milimetr. – Musi byc jakis sposob – mamrotal Tom. Chaotyczne spojrzenia lustrowaly otoczenie, mysli wirowaly pod czaszka, analizujac w jednej sekundzie tysiace szalonych wariantow ocalenia. Na prozno. Desperacki atak na sciane cylindra byl juz tylko ostatnim atakiem skrajnej rozpaczy, ktora opanowala umysl skazanca. Osunal sie bezwladnie i znieruchomial z twarza rozplaszczona na przezroczystej barierze. Plakal. Po zewnetrznej stronie cylindra ktos stal. Tom poczul na sobie natarczywe spojrzenie i podnoszac glowe ujrzal podkute, siegajace kolan buty, oddalone o metr od jego oczu. Wzrok powedrowal wyzej, rejestrujac po drodze szczegoly ciemnowisniowego stroju, ze zdobiacymi naramienniki emblematami borta, by na koniec oprzec sie na twarzy krotko ostrzyzonej kobiety. Byla wysoka, na pewno wyzsza od Edginsa. W reku trzymala ksztaltny kask zwienczony fantazyjnym pioropuszem. Smiala sie. Tom nie wytrzymal. – I z czego sie smiejesz, suko?! – zawyl gwaltownie. – Dobij mnie albo idz precz! Nie odpowiedziala. Nie mogla mu odpowiedziec przez sciany dzwiekochlonnego cylindra. Wykrzywila tylko usta w ironicznym grymasie i przeslawszy Tomowi gest zlosliwego pozdrowienia, odeszla majestatycznym krokiem, niknac u szczytu amfiteatralnych schodow. Odprowadzil ja dlugim spojrzeniem, pelnym nienawisci. – Stalo sie. Juz wiedza. Szlag by trafil… – zagryzl wargi az do krwi. – Cholernie malo czasu. Za chwile tu beda. Partacze, nawet ukatrupic… A ja – nic… nic… nic…! Cholerny swiat! Cholerne, smierdzace scierwa w bialych rekawiczkach! Przeciez musi byc jakies wyjscie! Obmacal dokladnie fotel. Sprobowal oderwac fragment poreczy. Bez rezultatu – tworzywo bylo bardzo wytrzymale. Zajrzal pod spod. Konstrukcja stanowila lita calosc wtopiona w podloze. Najmniejszych szans. Golymi rekami nic nie zrobi. Powietrze w cylindrze bylo coraz ciezsze. Tom pojal, ze jesli nie wydostanie sie w ciagu kilku minut, grozi mu smierc przez uduszenie. Zrezygnowany usiadl z powrotem w fotelu, chcac uspokoic mysli i przeanalizowac jeszcze raz cala sytuacje. Rozwiazania nie znalazl. – Pozostaje wiec zdechnac tu na chwale cywilizowanego kodeksu i celow wyzszych – stwierdzil z gorycza. W glebi tunelu zablyslo silne swiatlo. Zblizalo sie, rosnac z kazda sekunda. – Juz sa – zamknal oczy i westchnal gleboko. – Szybko sie uwineli. Niewielki poduszkowiec zastopowal kilka metrow przed skazancem. Wyskoczylo z niego dwoch roslych facetow w ciemnowisniowych strojach. Tom obserwowal ich spod przymruzonych powiek. Jeden z przybylych powiedzial cos do aparatu umocowanego na przegubie lewej reki i w chwile pozniej przezroczysty cylinder zaczal unosic sie w gore. Do wnetrza klatki wtargnela fala swiezego powietrza, przesyconego jakims dziwnym, nieznanym zapachem. – Pospieszcie sie – dobiegl glos z wnetrza poduszkowca. – Kabina musi byc gotowa za kwadrans. Ciemny pas oznaczajacy dolna krawedz cylindra znieruchomial poltora metra nad glowa Edginsa. Faceci podeszli blizej. – Wstan – powiedzial ten z prawej. – Nie chce mi sie. – Czlowieku, nie mamy czasu na jalowa dyskusje. Wstawaj. – Odpieprz sie – wycedzil powoli Tom, nie zmieniajac pozycji. – Jezeli chcecie mnie wykonczyc, zrobcie to tutaj, zaraz. Mam juz dosc lazenia i czekania na swoja kolejke do zaswiatow. Faceci spojrzeli na siebie. – Ale uparty – powiedzial ten z lewej. Brakowalo mu przednich siekaczy i smiesznie znieksztalcal slowa. – Czlowieku! – zaczal drugi. – Nikt cie nie ma zamiaru wykanczac. – Nie zalewaj, przeciez jest wyrok. Chyba nie dostalem w ostatniej chwili ulaskawienia? – Wyrok zostal wykonany. Tom rozdziawil usta ze zdziwienia. – Co?! – Wyrok zostal wykonany. Na Ziemi. Ale w tej chwili znajdujesz sie w przejsciowce Gelwony. Komora transforacyjna, kojarzysz? Nie kojarzyl. Nie moglo mu sie pomiescic w glowie. Po coz mieliby go ekspediowac na jakas tam Gelwone, skoro… Nigdy nie slyszal tej nazwy. Uklad, planeta, stacja bazowa czy moze jednostka Floty Solarnej? Co tu sie w ogole dzieje? Nie dali mu pomyslec. – Wstajesz sam, czy mamy ci pomoc? Wyraznie nie zartowali w ich dloniach pojawily sie przenikacze. – Przypuszczalnie nie zalezy im na mojej smierci, skoro maja przy sobie tylko takie zabawki – w glowie Edginsa panowal kompletny chaos. – Niech mnie szlag, jesli cokolwiek z tego wszystkiego rozumiem. Skolowany do granic mozliwosci ruszyl w kierunku poduszkowca. 2. Mial sen. Snilo mu sie, ze umarl. Cialo zamkniete w hermetycznym pojemniku sunelo chybotliwym tasmociagiem, odbywajac swa ostatnia wedrowke do rozpalonego wnetrza pieca kremacyjnego. Wpadajac tam uczul potworny zar i zobaczyl, jak topia sie scianki oddzielajace go od calkowitego unicestwienia. Chcial krzyczec, lecz z ust dobyl sie tylko zdlawiony jek. Runal w szalejace morze plomieni, ktore spragnionymi zeru jezorami siegnelo lapczywie po nowa ofiare. Na moment przed ostateczna utrata swiadomosci zerwal sie roztrzesiony i zlany potem. Siedzial na twardej, pokrytej cienkim materacem polce, ktora sluzyla mu za poslanie. Po przeciwnej stronie kwadratowej celi, na wyrastajacym ze sciany blacie, staly naczynia z resztkami nie dokonczonego posilku. Powlokl sie tam i z dna plytkiej czarki wylizal ostatnie drobiny wilgoci, ktore nie zdazyly wyparowac w dusznej atmosferze pomieszczenia. Potem zalomotal w drzwi. Dopiero po minucie uporczywego stukania rozlegl sie cichy trzask. – Czego? – poplynal spod sufitu opryskliwy glos. Tom zadarl glowe, lecz natychmiast zamknal oczy oslepiony splywajacymi z gory potokami swiatla. – No! – straznik byl wyraznie zniecierpliwiony. – Czego sobie zyczymy? – Goraco… pic – slowa z trudem przeciskaly sie przez trawione pragnieniem wargi. – Przycisk nad blatem z lewej – i straznik wylaczyl sie. To nie byla woda, jednak Tom trzykrotnie napelnial czarke i wypijal ja duszkiem. Gdy wrocil na poslanie, natychmiast wessala go czarna przepasc snu. Wysoki, zawodzacy dzwiek pojawil sie nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skad. Wypelnil cala przestrzen, zacierajac granice pomiedzy tym co poza a tym co w srodku. Jak wtedy, na Astaborze, podczas wariackiego rajdu, ktory skonczyl sie schwytaniem calej formacji w kolapsowa pulapke… i pozniej, gdy otoczony kregiem rindanskich widm, blagal oprawcow o szybszy koniec. O nieba! Czy nie ma juz ucieczki przed tym koszmarem?! Po przebudzeniu czul sie bardzo zle – goraczka, zawroty glowy, wrazenie dziwnego ssania w koniuszkach palcow… Nie mogac znalezc wygodnej pozycji sprobowal pospacerowac po celi i omal nie zwalil sie na podloge. Usiadl ostroznie na brzegu poslania… Widocznie znowu zasnal, bo w pewnym momencie stwierdzil, ze lezy wcisniety w kat, majac reke zdretwiala od zbyt dlugiego niedokrwienia. Masowal ja uparcie, by jak najszybciej minelo nieprzyjemne mrowienie. Nie wiedzial, ile czasu minelo od chwili, gdy wprowadzono go do tej celi. Wszedl tu prosto z kabiny poduszkowca, eskortowany przez dwoch straznikow. Moglo to byc kilka godzin albo kilka dni temu. Polecono mu czekac. Coz innego moglby robic czlowiek zamkniety w tym idiotycznym szescianie? Czekal wiec i myslal, probujac zrozumiec sytuacje, w ktorej sie znalazl. Z miernym skutkiem. …pochylila sie nad nim, mowiac cos pieszczotliwym tonem. Byla podobna do jego niezyjacej matki, ale gdy popatrzyl na nia uwaznie, dostrzegl twarz swojej zony, ktora postanowil zabic. Pamietal, ze zrobila cos strasznego. Cos, czego nie potrafil jej przebaczyc. Nigdy. Wytezajac wszystkie sily podniosl sie, ale ona byla ciagle ponad nim. Nie mogl jej dosiegnac. Smiala sie, zachecajac go do ponowienia proby. – Ruszaj sie! – wolala glosem, ktory dudnil w uszach powodujac bolesne skurcze czaszki. – Szybciej!!! Pokonujac bezwlad miesni stanal na rowne nogi, opierajac sie drzacymi rekami o sciane celi. – Idziemy. Wyszla pierwsza przez otwarte drzwi. Powlokl sie za nia, z trudem utrzymujac rownowage. Przed oczami lataly mu czarne platy, w glowie szalal orkan splatanych mysli. – O rany! – jeknal rozpaczliwie. – Wszystko mi sie pieprzy… Na korytarzu stalo w rownym szeregu kilkunastu mezczyzn. Ubrani byli w identyczne bluzy – pozbawione kieszeni i zasuw – luzne spodnie i niezgrabne chodaki; calosc w jednostajnym szarym kolorze. Mieli ogolone glowy, co powodowalo, ze wszyscy wydawali sie do siebie podobni. Tom, pchniety przez ktoregos ze straznikow, stanal poslusznie na koncu szeregu. Patrzac na swoich sasiadow nie mogl powstrzymac sie od dotkniecia wlasnej potylicy – dlon natrafila na gladka skore. Wysoka kobieta, z naszywkami borta na ramionach, komenderowala grupa pieciu osilkow w ciemnowisniowych kombinezonach. Otwierali wlasnie drzwi do kolejnych celi. – Lizey Myrmall – odczytal Tom z patki identyfikacyjnej, ktora dostrzegl na ozdobionym pioropuszem kasku. Calkiem ladne imie. Lizey, Liz… Ostro rzucony rozkaz przecial powietrze, przywracajac poczucie rzeczywistosci. Kobieta szla wzdluz szeregu, przygladajac sie uwaznie poszczegolnym twarzom. – Co za okropna baba – pomyslal Tom. – Zachowuje sie tak, jakby cala ta impreza sprawiala jej wyjatkowo duza przyjemnosc. Wyglada na to, ze ma tutaj sporo do powiedzenia. – Jeszcze raz przejechal palcami po wygolonej czaszce. – Ciekawe, kiedy oni zdazyli mnie tak zalatwic? – chcial wsadzic rece w kieszenie spodni, ale dlonie obsunely sie po szorstkim materiale. – Jasne, ciuchy tez zostaly zmienione. Apatycznie przygladal sie, jak z sasiedniej celi wyprowadzano tykowatego mezczyzne o podkrazonych oczach. Rozbiegane spojrzenie, ruchy pozbawione pelnej synchronizacji; wygladal jak pijany, a kiedy stanal kolo Edginsa, zatoczyl sie nagle i bylby z pewnoscia runal na podloge, gdyby ten nie podtrzymal go ramieniem. – Dziekuje, bracie. Dziekuje… – spuchnieta twarz zwrocila sie w strone Toma, ktory skinal tylko glowa i wbil wzrok w czubki kretynskich chodakow. Byly o kilka numerow za duze. Czul sie glupio – zupelnie jakby jego wyglad mial teraz jakiekolwiek znaczenie. W tym momencie straznicy rozsuneli nastepne drzwi. Wytoczyl sie z nich pokrwawiony ksztalt czlowieka i ryczac zwierzecym glosem runal na najblizsza postac odziana w ciemnowisniowy kombinezon. Trwalo to zaledwie sekunde, nie dluzej. Tom zdazyl tylko dostrzec upadajacego straznika i gotujaca sie do nowego skoku sylwetke atakujacego. Potworny wrzask zamarl w pol tonu. Kobieta podeszla do lezacego bezwladnie ciala, trzymajac odblokowany przenikacz w wypielegnowanej dloni. Ironiczny usmiech zagoscil na jej ustach, nadajac twarzy wyraz odpychajacego okrucienstwa. – Potwor – wymamrotal stojacy obok Edginsa czlowiek. Szereg zafalowal, ale w tej samej chwili wyloty pieciu azurowych emiterow zwrocily sie w strone stojacych pod sciana. – Nie radze probowac – twarz kobiety przypominala teraz maske sfinksa. Poturbowany straznik zbieral sie powoli. Jedna reka zwisala mu bezwladnie wzdluz tulowia, druga usilowal zatamowac krew plynaca z rozcietego policzka. Tom odczuwal przez sekunde cos w rodzaju wspolczucia dla tego czlowieka, ale widok odblokowanych przenikaczy uswiadomil mu beznadziejnosc wlasnego polozenia. – Mam dosyc – stwierdzil w duchu. – Dosyc tej zwyrodnialej kobiety, calego swiata i siebie samego. – To wszystko jest jedna wielka paranoja. Powinienem juz nie zyc tak by bylo chyba najlepiej. Przestal zwracac uwage na to, co sie wokol niego dzialo. Jego umysl funkcjonowal na zwolnionych obrotach; jakby odurzony jakas trucizna. Lezacy na podlodze czlowiek poruszyl sie i jeknal. Kobieta podeszla do sciennego autofonu. – Na poziomie adaptacyjnym mielismy drobne nieporozumienie – mowila w mikrofon. – Przyslijcie serwomed z obsluga. Czternastka w stanie szoku; chyba ktos wpakowal mu podwojna dawke FZ-etow. Ciut za duzo jak na poczatek. Aha – przypomniala sobie o poturbowanym strazniku – Kleft jest ranny. Nic powaznego, ale pospieszcie sie. Przerwala polaczenie, nie czekajac na odpowiedz. – A wy – zwrocila sie do stojacego pod sciana rzedu milczacych postaci – jazda. Subtrowiec czeka za rogiem. 3. Nic tak nie poprawia samopoczucia jak masaz biognetyczny, dlatego tez obel-bort Ubir nuf Dem od niego rozpoczynal kazdy nowy dzien swojego zycia. Podspiewujac falszywie melancholijne frazy nowo zaslyszanej melodii, czekal, az trzy otaczajace go sluzboty zakoncza ukladanie fald obszernej koszuli. Potem odprawil je ruchem reki i przeszedl do wspanialego salonu, ktorego wnetrze spreparowane bylo na wzor starogreckiej swiatyni. Sprotezowanym wzrokiem ogarnal rzedy smuklych kolumn i marmurowe posagi wymyslonych bogow. Wygladaly imponujaco. – Piekne, cudowne, wielkie – mruczal do siebie, upajajac sie skarbami antycznego swiata. – Prawdziwa sztuka, tak, tak… Popatrz, Chief – powiedzial do rozespanego skrzydlaka, ktory siedzial na brzegu ofiarnego stolu. – To wszystko istnialo kiedys naprawde. Ludzie najpierw wyobrazili sobie te wspaniale rzeczy, zbudowali je, a potem… – zasmial sie z jakas dziwna, zalosna satysfakcja. – No coz, potem zniszczyli. Zrobili to jednym ruchem reki. O, tak – nacisnal ledwie widoczny, rubinowy punkt w narozniku kamiennej bryly. Swiatynia rozplynela sie w powietrzu, a jej miejsce zajelo wnetrze przestronnego, niemal pustego pokoju. Ubir nuf Dem stal kolo kanciastego mebla, ktory jeszcze przed chwila byl marmurowym stolem ofiarnym. – Tak to juz jest z tymi ludzmi, Chief – dodal. – Nie ma dla nich nic swietego. Skrzydlak przygladal mu sie przez moment, kolyszac nieznacznie lbem osadzonym na dlugiej szyi; wreszcie wydal z siebie przenikliwy syk i wznowil przerwana toalete, czeszac ostrym dziobem skoltuniona siersc koloru zwiedlych lisci. – Masz racje – Ubir nuf Dem pokiwal glowa, aprobujac tym samym reakcje swojego ulubienca. – Masz zupelna racje. Wszystko to funta klakow nie warte. Poprawil aparat optyczny, ktory mial wmontowany w czaszke. Czarna, blyszczaca obrecz o szerokosci pieciu centymetrow zaslaniala twarz na wysokosci oczu, siegajac platow skroniowych. Kryla w sobie detektor fal swietlnych wraz z przetwornikiem, majacym za zadanie przekazywac obrazy wprost do osrodkow wzrokowych. Na zewnatrz wystawaly tylko teleskopowe czujniki, przydajac obliczu obel-borta niesamowitego wygladu. Metalowa plytka wypelniala brakujacy fragment potylicy. Kompozycje podkreslaly odstajace od nagiej czaszki uszy i krzywy, haczykowaty nos. Ubir nuf Dem przypomnial sobie o codziennych obowiazkach, skutkiem czego na jego twarzy zagoscil wyraz posepnej irytacji. Nie cierpial, gdy cokolwiek odrywalo go od ulubionych zajec, polegajacych glownie na odkurzaniu olbrzymiej kolekcji rodzinnych klejnotow i segregowaniu dziel sztuki bedacych wytworem nie tylko ludzkich rak. Bowiem Ubir nuf Dem byl prawdziwym milosnikiem piekna, a tajemnice uwiezione w migotliwych kamieniach pobudzaly w jego duszy najdelikatniejsze struny skrywanej przed swiatem wrazliwosci. Jedyne zmartwienie obel-borta polegalo na tym, ze nie mogl nikomu przekazac opieki nad posiadanym skarbem. Potezny rod nuf Demow, siegajacy swymi korzeniami czasow sprzed Wielkiej Kolonizacji, rozsypal sie po prozniowych szlakach, a jego glowna linia miala wygasnac wraz z bezpotomnym zgonem Ubira, ktory – mimo stosunkowo mlodego wieku – byl bezplodny niczym wypalona gwiazda. Ostatni z nuf Demow spojrzal na serdeczny palec swojej prawej reki, opleciony misternie rzezbiona spirala rodowego pierscienia. Bezcenny drobiazg, ktory zniknie z tego swiata, jesli nie zdarzy sie cud… Nie ma cudow, nie ma zadnej nadziei. Bolesny skurcz zdlawil piersi. Ha, trudno! Bedzie, co byc musi. Cienie dumnych przodkow spoliczkuja Ubira bezlitosnym wzrokiem, gdy wkroczy do ich krolestwa niosac na palcu dowod wlasnej niemocy. I coz im wtedy odpowie? – O Gwiazdo Promienna, dlaczego obarczylas mnie takim brzemieniem?! Ponure mysli opanowaly obel-borta. Dla poprawienia nastroju wlaczyl muzyke i zasluchany w wibrujace kaskady dzwiekow ruszyl w strone jadalni. – Chodz, Chief. Pora na sniadanie. Skrzydlak wzbil sie w powietrze i przelatujac tuz nad glowa Ubira, wpadl do sasiedniego pomieszczenia. Oczekujacy tam sluzbot, na widok wchodzacego obel-borta odsunal wysokie, ozdobne krzeslo stojace u szczytu dlugiego stolu, wspartego na dwoch przezroczystych kolumnach. Na scianie, tuz nad miejscem przeznaczonym dla glowy rodu, wisialo godlo nuf Demow: symbol nieskonczonosci otoczony kregiem, z ktorego rozbiegaly sie promieniscie teczowe smugi. Chief wydal nagle krotki, chrapliwy okrzyk i ladujac na stole zaczal nerwowo spacerowac po matowym blacie. Ubir spojrzal uwaznie na swojego pupila, ktory machal gwaltownie bloniastymi skrzydlami, ponawiajac gniewne sygnaly. – Coz tak cie niepokoi, Chief? – spytal obel-bort siadajac przy stole. – Czy cos sie wydarzylo? Skrzydlak stanal tuz przed nim, przestepujac szybko z nogi na noge. W tej samej chwili maly aparat znajdujacy sie na przegubie lewej reki Ubira zaczal migotac pomaranczowym swiatlem. – Miales racje, Chief. Ktos nam przeszkadza podczas sniadania. Musialo sie wydarzyc cos naprawde powaznego – obel-bort dotknal blyskajacego punktu. – Fatalnie sie zaczyna ten nowy dzien – pomyslal. – Na pewno jakies klopoty. I jak zwykle zwala to wszystko na moja glowe. W milczeniu obserwowal wyrastajaca z podlogi kolumne swiatla, postanawiajac w duchu, ze pozbedzie sie intruza jak najszybciej. Gdy jednak postac rozmowcy przybrala dostrzegalny ksztalt, przelknal tylko sline i nieznacznie sklonil glowe. – Chwala Sloncu, obel-borcie – uslyszal znajomy, dzwieczny glos. – I Dzieciom Jego – odpowiedzial odruchowo. Spogladala na niego z wysoka badawczym, zielonozlym wzrokiem, poprawiajac dlonia niesforne, krotko przyciete blond wlosy. Kombinezon delikatnie zaznaczal jej kobiece ksztalty, od ktorych uroku obel-bort, mimo olbrzymich wysilkow, uwolnic sie nie potrafil. – Mam do ciebie mala prosbe – powiedziala po krotkiej chwili milczenia. – Mysle, ze mi nie odmowisz. – Dobrze mysli – skonstatowal Ubir nuf Dem w duchu, ubolewajac jednoczesnie nad swoja slaboscia. W obliczu tej kobiety czul sie zawsze malym, naiwnym chlopcem, ktory dla otrzymania ulubionych lakoci gotow jest pokonac najbardziej nawet karkolomne przeszkody. – Dlaczego sie nie odzywasz? Czyzbys nie chcial juz ze mna rozmawiac? – Nie, skadze – zaprzeczyl szybko. O wiele za szybko. Gardzil soba i tym sluzalczym tonem, z jakim odpowiadal na jej pytania. – Zastanawialem sie tylko… – Nad czym? – zabrzmialo to jakby mowila: „Czy ty w ogole potrafisz sie zastanawiac?”. – Nie przypuszczalem, ze zobacze cie tak szybko… – Mniejsza o to – nie pozwolila mu dokonczyc, za co byl jej nawet wdzieczny. – Kreator Fuertad zjawi sie zaraz u ciebie. Osobiscie. Ma zamiar zlozyc oficjalna skarge na nadzorce poziomu adaptacyjnego, czyli na mnie. – Kreator Fuertad! – wykrzyknal Ubir nuf Dem. A czegoz ten balwan chce od ciebie? – przechadzal sie wzdluz stolu, by uniknac badawczego wzroku kobiety. – To dobrze, ze Fuertad ma dosyc jej wyskokow – myslal. – Stary dziwak, ale tylko on jeden moze pomoc mi uwolnic sie od niej. Kazdego innego omotalaby swoimi sztuczkami. Kazdego, z wyjatkiem tej karlowatej zasuszonej mumii. Chwala ci kreatorze! Zatrzymal sie tuz przed przestrzenna projekcja kobiecej postaci. – Mozesz byc spokojna, Liz – powiedzial patrzac jej prosto w oczy. – Fuertad nic nie zwojuje. – Przeciez nawet nie wiesz, o co mu chodzi – parsknela gniewnie. – Stary glupiec – Ubir nuf Dem wzruszyl lekcewazaco ramionami. – Na pewno czepia sie, jak to zwykle on. Nic nowego. – Oskarzy mnie o dzialanie na szkode Zwiazku Solarnego – powiedziala spokojnie Lizey. – Jego zdaniem ponosze odpowiedzialnosc za smierc jednego z umrzykow. Musialam zdekompletowac ostatni transport i Fuertad zaczal sie pieklic. Dobrze wiesz, jakie on ma wplywy w Radzie. – Rod nuf Demow zasiadal w Radzie od poczatku jej istnienia – stwierdzil obel-bort z duma. – A na Gelwonie ja jestem komendantem, a nie Fuertad. Nie powinnas o tym zapominac. – Bede pamietac, obiecuje – sklonila glowe, a Ubirowi zdawalo sie, ze dostrzega na jej twarzy ironiczny usmieszek. 4. Natarczywe swiatlo przebilo sie przez powieki i zaatakowalo siatkowke, powodujac nieznosny bol. Tom szarpnal glowe w bok i zaraz tego pozalowal. Wnetrze czaszki rozchybotalo sie gwaltownie, zupelnie jakby znudzone osiadlym trybem zycia polkule stwierdzily, ze pora opuscic dotychczasowa siedzibe i poszukac sobie nowego miejsca. W uszach zagoscil odglos wscieklej nawalnicy, zsynchronizowany z falowaniem rozbeltanego mozgu. Tom jeknal i dzwiek ten przylaczyl sie do ryczacej burzy, zwielokrotniony bezlitosnym echem. – Masz, wypij – czyjes ramie objelo go wpol i podtrzymalo w pozycji siedzacej. Krztusil sie przelykajac jakis plyn o ohydnym smaku. – Nic innego w tym barze nie serwuja, ale pomaga, znam to z autopsji. Tom wycharczal cos w rodzaju podziekowania i opadl bezwladnie na poslanie. Po kilku minutach stwierdzil z zadowoleniem, ze nieznosne kolysanie mija, a towarzyszacy mu huk rozszalalego oceanu zamienia sie w ledwie slyszalny szmer. – Zupelnie jak klin – pomyslal i bardzo ostroznie uchylil kurtyne powiek. Swiatlo nie bylo juz tak bolesne, a raczej zrenice zaczely spelniac swoja funkcje. Pocieszajace. Sprobowal usiasc. – Ostroznie – niewyrazna postac zamajaczyla przed oczami Edginsa. – Nie wygladasz jeszcze najlepiej – glos znajomy, ale twarz nie mogla wpasowac sie w zaden fragment postrzepionej przeszlosci. Otoczenie powoli nabieralo konkretnych ksztaltow, rozmazane plamy sygnalizowaly swoje, wlasciwe znaczenie. Niewielka, podluzna sala o polkolistym sklepieniu, obszerne podium spoczynkowe dla kilku osob i majaczacy prostokat wejscia. – Umeblowanie wiecej niz skromne – pomyslal Tom unoszac sie na lokciach. Chcial powiedziec cos na powitanie, ale slowa ugrzezly w opuchnietej krtani. Z trudem przelknal gesta sline. Troche lepiej. Tykowaty mezczyzna z nienaturalnie nabrzmiala twarza pomogl mu usiasc, drugi stal oparty o sciane, przygladajac sie temu z obojetna mina. Trzeci byl mutantem. Lezal na wznak ze wzrokiem wbitym w sufit. Moze spal, bo oczy mial do polowy przysloniete blonami mruznymi. – Gdzie my jestesmy? wychrypial Tom, zwracajac sie do pochylonego nad nim mezczyzny. – Gelwona – krotka odpowiedz eksplodowala z niezwykla sila. Gelwona! Nazwa, ktora uslyszal po raz pierwszy wychodzac z komory transferacyjnej, wydala mu sie teraz dziwnie znajoma; jakby tkwila ukryta gdzies gleboko w zakamarkach podswiadomosci, czekajac tylko odpowiedniej chwili. I to irracjonalne przeswiadczenie, ze dotarl do miejsca swego przeznaczenia. Bez sensu, zupelnie bez sensu. – Co to jest, ta Gelwona? Wyplywajacy z uciazliwego milczenia chichot byl jedyna odpowiedzia. Oparty o sciane mezczyzna stanal nad Edginsem i wykrzywil twarz w sardonicznym usmiechu. – Rzecz w tym, ze nikt nie wie – wycedzil. – Poza nami. Ale my stad nie wyjdziemy i dalej nikt nie bedzie wiedzial. Kapujesz? – Daj spokoj – tykowaty probowal rozladowac atmosfere, jednak robil to bez przekonania. – Pyta, wiec odpowiadam – drugi mezczyzna wzruszyl gniewnie ramionami. – A moze ci sie zdaje, ze nie mam racji? Tykowaty nie podjal zaczepki. Zwiesil tylko glowe, a z calej jego postaci bilo poczucie kleski i lagodna rezygnacja. – Niedobrze z nim – pomyslal Edgins. – Facet jest juz psychicznym trupem. Oddycha tylko z przyzwyczajenia. – Rozejrzal sie po sali. – Gdzie tu jest kibel? – spytal. – Co? – tykowaty spojrzal na niego nieprzytomnie, a potem wyciagnal przed siebie rece. Rozcapierzone palce dygotaly jak w febrze. – Dlaczego to wszystko tak sie trzesie?! – krzyknal nagle. – Wylaczcie silniki! Wylaczcie! – przycisnal piesci do skroni i drzal caly, kulac sie pod sciana. Tom w pierwszym odruchu chcial przyskoczyc do niego – nie wiadomo wlasciwie po co, bo i tak nie wiedzial jak pomoc – ale gdy sprobowal wstac, zakrecilo mu sie w glowie i klapnal z powrotem na poslanie. – Czego tak stoisz, bydlaku! – krzyknal do nieruchomej sylwetki drugiego mezczyzny. – Zrob cos! – Na imie mam Jab – powiedzial tamten spokojnym tonem. – Jab Rostman. A wychodek jest tam – wskazal reka wneke, ktora byla za plecami Edginsa. Tykowaty wciaz jeczal – teraz juz ciszej, jak skrzywdzony szczeniak. Tom zaklal i pokonujac bezwlad miesni dotarl do skulonej postaci. Kiedy ukladal wstrzasane rytmicznymi drgawkami cialo na wlasnym poslaniu i okrywal je szorstkim kocem, Jab nawet nie drgnal. – Wszystko wpadnie w rezonans – mamrotal tykowaty placzliwie. – Cala sekcja sie rozsypie. Wylaczcie, blagam… dlaczego nikt tego nie wylaczy? – wtulil twarz w koc i rozszlochal sie na dobre. – Scierwa – wysyczal Tom. – Co oni z nim zrobili? Dostrzegl pelna czarke stojaca w poblizu spiacego mutanta. Wyciagnal reke. – Zostaw – waskie wargi uchylily sie nieznacznie, ale byla to jedyna zmiana, jaka zdolal zauwazyc. Siegnal jeszcze raz. – Powiedzialem: zostaw – powtorzyl mutant. Jego okragle, lekko wylupiaste oczy ani na chwile nie oderwaly sie od sufitu. – Ty parszywy jajorodku! – wybuchnal Tom chwytajac naczynie. – Powiedz cos jeszcze, a rozwale ci pysk. – Chyba nie masz zamiaru go otruc? – saczace sie z ust mutanta slowa zabarwione byly sliskim akcentem, potegujacym wrazenie innosci. – Otruc? – Zmienilem troche budowe czasteczek. Niewiele, ale organizm ssaka tego nie zniesie. Edgins ostroznie zamoczyl jezyk i rozpoznal ten sam obrzydliwy napoj, jakim go uraczono w chwili przebudzenia. Jednoczesnie poczul, ze ktos wyrywa mu naczynie z rak. Mutant stal przed nim kolyszac sie na palakowatych nogach. – Zeby nie bylo niejasnosci – jednym ruchem chlusnal zawartoscia na podloge i oddal Edginsowi pusta czarke. – Potem moglbys miec do mnie pretensje – wrocil na swoje miejsce i ulozyl sie wygodnie. – Gdyby ci doczepic ogon… – zaczal Tom, ale w tym samym momencie koniec jezyka zapiekl zywym ogniem. Pospiesznie splunal. – Niepotrzebnie mnie obrazasz – mutant wyciagnal reke wskazujac lezacy pomiedzy nimi koc. Edgins przez chwile przygladal sie bezwlosemu ramieniu, ktorego blyszczaca, niemal przezroczysta skora przeswitywala platanina zyl, sciegien i miesni. Dopiero potem przeniosl wzrok na ciemne plamy w miejscach, gdzie upadly krople przeobrazonego plynu. Po plecach przewedrowal mu zimny dreszcz. Obserwujacy to wszystko z bezpiecznej odleglosci Jab zblizyl sie teraz i wyjawszy z rak Edginsa puste naczynie, wszedl do wneki. Tykowaty, opatulony po same uszy, ciagle jeszcze drzal poplakujac jak niemowle. Jego nienaturalnie rozszerzone zrenice przypominaly dwie czarne studnie, w ktorych Tom bezskutecznie probowal doszukac sie przeblysku swiadomosci. Tym skwapliwiej przyjal od Jaba napelnione naczynie i wspolnymi silami wmusili kilka lykow w zacisniete kurczowo usta. – Czy naprawde nie ma tu nic innego? – spytal Edgins krzywiac sie na samo wspomnienie. Jab pokrecil przeczaco glowa. – Za kazdym razem pytasz o to samo – powiedzial z wyrzutem. – Jak to „za kazdym razem”? – Tom spojrzal na niego podejrzliwie. – Normalnie. Budzisz sie i nic nie pamietasz. On zreszta tez – Jab wskazal na tykowatego, ktory przestal jeczec i spal spokojnie z zamknietymi oczami. – Wielkie Nieba – jeknal Edgins. – Jak to mozliwe? – Widocznie mozliwe, skoro jest. – A ty? – Ja w ogole nie sypiam – wzruszyl ramionami Jab. – Chociaz tutaj chetnie bym zamknal oczy – dodal znalem. – Ale nie moge, rozumiesz? Nie moge. Taki juz jestem… – zawiesil glos, jakby w obawie, ze powiedzial za duzo. – Zaprogramowany – dokonczyl za niego Edgins. – Zgenotypowany – poprawil go Jab. – Zreszta, nazwij to jak chcesz. W kazdym razie jestem bardziej czlowiekiem niz ten tam – obaj jednoczesnie spojrzeli na lezacego w nie zmienionej pozycji mutanta. – Rozumiem – usmiechnal sie Tom. – Solidarnosc ssakow, tak? Jab nie dostrzegl ukrytej drwiny, a jesli nawet, to nie dal po sobie poznac. – On jest niebezpieczny – ciagnal glosem znizonym do konspiracyjnego szeptu. – Te zdolnosci, ktore ujawnil, sa juz wystarczajacym dowodem. A my nawet nie wiemy, co on jeszcze potrafi. Edgins kiwal glowa myslac zupelnie o czyms innym. – Ciekawe, dlaczego trzymaja nas razem – zastanawial sie – zamiast, tak jak na poczatku, wpakowac kazdego do osobnej celi. Chyba nie ze wzgledu na brak miejsca, bo w takim pomieszczeniu bez trudu zmiesciloby sie jeszcze kilka osob. Przypomnial sobie poziom adaptacyjny i dlugi szereg szaro odzianych postaci. Skoro oni czterej zyja, to w takim razie pozostali tez chyba maja sie nie najgorzej. – To wszystko jest dokladnie zaplanowane i zorganizowane – myslal Tom – a zatem musi prowadzic do jakiegos celu. Inaczej nikt by sie nie bawil w taka ciuciubabke. Transforacja kazdego kilograma masy kosztuje setki tysiecy ergow. Nie trwoni sie takiej ilosci energii bez powodu, jestesmy wiec komus do czegos potrzebni. To pocieszajace. Zeby tak jeszcze wiedziec komu i do czego? – powiodl spojrzeniem po gladkich scianach pomieszczenia, a potem skierowal wzrok ku gorze. – Komu i do czego? – powtorzyl polglosem natretne pytanie. 5. –  Transforacja kazdego kilograma masy kosztuje setki tysiecy ergow – mowil skrzekliwie kreator Fuertad. – Nie jestesmy instytucja charytatywna i pan, obel-borcie, doskonale zdaje sobie z tego sprawe. Ci skazancy sa nam zbyt potrzebni, abysmy mogli tolerowac nieodpowiedzialne wybryki prowadzace do marnowania cennego materialu. Sporzadzilem juz na ten temat odpowiedni raport i chcialbym, zeby pan zapoznal sie z jego trescia. – Kiedy? – spytal Ubir nuf Dem nie przestajac obserwowac wnetrza celi, w ktorej przebywal Edgins z trojka wspolwiezniow. Kopula inwigilacyjna przepuszczala obraz tylko w jednym kierunku, jednak obel-bort odniosl dziwne wrazenie, ze spogladajacy w gore czlowiek obserwuje go. Na wszelki wypadek wycofal sie za barierke. – Pan mnie w ogole nie slucha! – w glosie kreatora zabrzmiala nuta z trudem hamowanej irytacji. – Och, najmocniej przepraszam – Ubir nuf Dem odwrocil sie w strone zasuszonego starca, ktory siedzial w oplywowym fotelu. – Ostatnio bywam roztargniony – dorzucil wyjasniajacym tonem. – A co sie tyczy panskiego raportu, moge go przejrzec w kazdej chwili. Chocby zaraz. – Jest tutaj – kreator wyciagnal reke. Na dziecieco malej dloni lezal blyszczacy krazek mnemogramu. Ubir nuf Dem ujal go ostroznie w dwa palce, uwazajac przy tym, by nie dotknac pomarszczonej skory. Kreator Fuertad wygladal tak, jakby mial sie rozsypac przy lada podmuchu. – Dobrze, ze tu nie ma przeciagow, prawda Chief? – powiedzial obel-bort patrzac na swego ulubienca. Skrzydlak przekrzywil glowe i przestapil kilkakrotnie z nogi na noge, a w powietrzu rozlegl sie przenikliwy syk. – Kiedy uzyskam panska opinie? – przypomnial o swoim istnieniu kreator. – Sadze, ze mozna z tym poczekac do jutra – mruknal Ubir nuf Dem. – Niech on sie wreszcie odczepi – pomyslal przesylajac w strone zasuszonej mumii uprzejmy grymas. – Jego glos rozstraja moj system nerwowy, niszczac efekt porannej kontemplacji. Czuje sie coraz gorzej. – Wrzucil krazek mnemogramu do kieszeni i nie zwracajac uwagi na kreatora glaskal blyszczaca siersc skrzydlaka. W drugim koncu obszernej hali grupa ludzi w ciemnowisniowych strojach krzatala sie wokol kanciastej sylwetki wahadlowca. Na kadlubie statku i znikajacych w ladowni kontenerach widac bylo okragle znaki Zwiazku Solarnego. Stlumiony odlegloscia szum pracujacych maszyn dzialal usypiajaco i Ubir nuf Dem z trudem powstrzymal ziewanie. – Jak tam, moje robaczki? – mruknal zagladajac ponownie do wnetrza celi. – Mam nadzieje, ze sie wam tutaj podobalo. Nie macie zreszta duzego wyboru… Siedzacy na barierce skrzydlak balansowal w przod i w tyl, a jego przenikliwy wzrok spoczywal na czworce wiezniow. Dlon obel-borta zblizyla sie do glowy ulubienca, lecz zatrzymana gniewnym piskiem zawisla w powietrzu. – Coz to za humory, Chief? – obruszyl sie Ubir nuf Dem. Skrzydlak podskoczyl i zatoczywszy krag nad kopula inwigilacyjna wyladowal mu na ramieniu. Ciagle piszczal. – Wiem, wiem – obel-bort usmiechnal sie ze zrozumieniem. – Ten stary duren moze kazdego wyprowadzic z rownowagi. Na szczescie juz go nie ma – fotel kreatora znikal wlasnie w drzwiach pobliskiej windy – wiec nie bedziemy sobie zaprzatac nim glowy, prawda? Ubir nuf Dem ruszyl powoli wzdluz barierki, za ktora widac bylo dlugi szereg kopul inwigilacyjnych. Niektore pulsowaly seledynowym blaskiem, ale wiekszosc z nich smucila oczy obel-borta widokiem wygaszonych promiennikow. Gelwona przezywala wyrazny kryzys, co stalo w jawnej sprzecznosci z projektem rozbudowy, jaki kreator Fuertad przedstawil na ostatnim posiedzeniu Rady. Cos trzeba bedzie z tym fantem zrobic, ale co, tego Ubir nuf Dem nie wiedzial i prawde mowiac niewiele go to interesowalo. Kolumna ciemnowisniowych postaci, prowadzona przez mlodszego borta, przemaszerowala w poblizu, honorujac komendanta regulaminowym pozdrowieniem. – Widocznie jacys nowi – pomyslal Ubir nuf Dem. – Swiezy zapas armatniego miesa. Poruszaja sie tak dziarsko, bo nie wiedza jeszcze, w jakie pieklo wpadli. Ciekawe, ilu z nich zostanie przy zdrowych zmyslach? Doszedl do zastrzezonego pionu komunikacyjnego i wymowiwszy aktualne haslo, czekal, obserwujac pracujacych przy wahadlowcu ludzi. Poruszali sie ospale, a dowodzacy grupa oficer w ogole nie interweniowal, zajety puszczaniem kolek papierosowego dymu. W pewnej chwili tasmociag stanal – jeden z kontenerow tkwil zaklinowany w waskiej prowadnicy. Ludzie klnac szarpali dzwignie bloku dyspozycyjnego; pomaranczowe swiatla rytmiczna pulsacja sygnalizowaly defekt urzadzenia. Sapnely drzwi windy i Ubir nuf Dem, odgrodziwszy sie plecami od panujacego w hali rozgardiaszu, wszedl do srodka. – Chyba juz czas na poludniowy posilek – mruczal pod nosem. – Powinienem cos zjesc, czuje to. Racjonalne odzywianie jest podstawa dobrego samopoczucia. Wyjal z kieszeni blyszczacy krazek mnemogramu i obrocil go w palcach, usmiechajac sie do wlasnych mysli. Kreator Fuertad postawil go w sytuacji bez wyjscia. To dobrze, bardzo dobrze. Obel-bort Ubir nuf Dem musi teraz postepowac zgodnie z procedura. Wszystko obwarowane sztywnymi przepisami – zadnych watpliwosci, wahan, unikow. Po prostu idealne rozwiazanie! Winda zastopowala z gluchym sieknieciem, a przez otwarte drzwi wsaczyl sie cieply, liliowo-zloty blask poziomu oficerskiego. Rozgaleziony korytarz wabil okruchami szalonych wspomnien. – Dlaczego tu przyjechalem? – zastanawial sie Ubir nuf Dem. – Przeciez wcale nie mam zamiaru do niej isc. W kazdym razie nie teraz. Gdzies w gardle poczul drapanie. Pamiec przywolywala obraz namietnej kochanki, budzac rozpaczliwe kolatanie serca. Bezwolny, okrutnie bezwolny – nawet teraz mial ochote rozdeptac krazek mnemogramu, zamieniajac obarczone pamiecia krysztalki w bialy mial, ktory jutro usuna automaty oczyszczajace. Mimo tylu doznanych upokorzen wciaz jeszcze karmil sie nadzieja, jak ostatni glupiec. Czy naprawde nie znajdzie w sobie dosc sily? – Poczciwy, stary Fuertad – usmiech zagoscil na obliczu Obel-borta. – Chyba ofiaruje mu jeden z tetryjskich posazkow. Podswiadomosc bez kontroli umyslu prowadzila go labiryntem korytarzy, odtwarzajac po raz nie wiadomo ktory te sama droge. Zatrzymal sie dopiero pod drzwiami znajomego segmentu mieszkalnego. Wyciagnal reke w kierunku awizora. – Niezmiernie mi przykro, Liz, ale sprawa wyszla poza moje kompetencje. – Usprawiedliwiajace zdania nasuwaly sie z natretna gorliwoscia. – Zbyt pozno mnie o wszystkim poinformowalas. – Bedzie udawal wspolczucie, moze nawet zdecyduje sie na czule przygarniecie jej do siebie. – Daj spokoj – powie. Ostatecznie wrocisz na Ziemie bogata jak malo kto, a przeciez zawsze o tym marzylas… Wyciagnieta reka zwisla bezwladnie wzdluz ciala. – Nie moge tam wejsc – stwierdzil ze smutkiem. – Ona od razu przejrzy cala gre. W ogole nie bedzie chciala ze mna rozmawiac. Zawrocil i z nisko zwieszona glowa powlokl sie pod prad wlasnej namietnosci. Jakas czesc jego umyslu aprobowala takie postepowanie, ale… Wlasnie! Jedno male, smieszne „ale”! Skad te watpliwosci? Dlaczego sie waha? Dlaczego nie stac go na podjecie ostatecznej decyzji? Czekac, zostawiajac bieg sprawy obowiazujacym paragrafom, to pozbyc sie raz na zawsze wszystkich klopotow zwiazanych z osoba Lizey Myrmall. Ale czy naprawde tego chce? Czy jej nieobecnosc nie stanie sie meczarnia, klamstwem rzuconym sobie samemu w twarz? Byc szczesliwym smieciem znaczy nieraz wiecej niz ofiarowac moga zmaterializowane czarodziejskim gestem obietnice wymyslonych bogow. – Przeciez to wszystko da sie jeszcze odwrocic – Ubir nuf Dem przystanal i myslal goraczkowo. – Gdybym wprowadzil Procedure Obszaru Zamknietego… Znajde jakies wytlumaczenie, w ostatecznosci zaaranzuje sytuacje o wymaganym stopniu zagrozenia. Zaden problem, wystarczy dobrze to rozegrac… – z kazda chwila czul sie coraz bardziej przekonany, ze nalezy postapic w ten, a nie inny sposob. – Lizey bedzie mogla zostac na Gelwonie. Dzieki mnie. Wiem, jak jej na tym zalezy. Musi tylko obiecac… Znowu stal przed jej segmentem mieszkalnym i wpatrywal sie w szczeline miedzy framuga a skrzydlem drzwi. Wyszla? Ale dokad? Musialby chyba slyszec… – A moze… – piekace zadlo zazdrosci zranilo dusze obel-borta. – Moze ktos tam jest?!! Twarz potomka rodu nuf Demow zamienila sie w posagowa maske. Krok do tylu, potem drugi. Krazek mnemogramu przyjemnie zaciazyl na dloni, kojac rozjatrzona rane pewnoscia nadciagajacej zemsty 6. Opusciwszy wnetrze kabiny regeneracyjnej, Lizey przeszla do glownego pomieszczenia swojego segmentu, zanurzajac stopy w puszystym podlozu. Niechetnym spojrzeniem obrzucila sklebione poslanie widoczne w glebi przytulnej nawy spoczynkowej. To nie byl najlepszy pomysl. Nie odczuwala zadnej satysfakcji, a wspomnienie zachlannych pocalunkow draznilo tylko wypielegnowana dume. – Jeszcze jeden wyskok pomyslala z niesmakiem. – Jeszcze jeden dzielny, zasliniony samiec. Alez oni sa smieszni! Wystarczy troche zakrecic tylkiem, zrobic zachecajaca minke i cale stado waruje pod drzwiami, czekajac na swoja kolejke. Zawsze gotowi, zawsze chetni do zabawy rozklejajacej monotonie lepkiego czasu. Podniecaja sie tak szybko, by rownie szybko zgubic zapal i zainteresowanie. A potem te upokarzajace spojrzenia i wyszczerzone w lubieznym usmiechu zeby. Zebys ty jeden z drugim wiedzial, jak beznadziejnie to robicie. Wladcy swiata, tworcy cywilizacji, prokreatorzy nowych istnien, skazanych na powtarzanie tych samych bledow. Zarzucila na ramiona przejrzysta tunike i usiadla przed oplywowym pulpitem harmotronu. Fragment konsoli odplynal w bok, odslaniajac skomplikowana klawiature instrumentu. Delikatne, niemal pieszczotliwe musniecie kobiecej dloni ozywilo szare ekrany platanina roznokolorowych linii. – Za kazdym razem to samo – wyszeptala Liz. – Jestem na siebie wsciekla, a potem wszystko sie powtarza. – Palce uderzyly w klawisze wywolujac niski, basowy ton. Przechyliwszy na bok glowe sluchala przez chwile w skupieniu, rozjasniajac nieco barwe podkladu. – Tak bedzie lepiej – mruknela. Odchylona do tylu prowadzila prawa reka nostalgiczna improwizacje. Drzaca ledwie slyszalna wibracja melodia wedrowala niespiesznie po skali, skojarzona z barwna projekcja optycznego przetwornika. Czesc pomieszczenia zalala blekitna poswiata, pocieta misterna pajeczyna pomaranczowych mgnien. Liz przelewala w tworzona na poczekaniu muzyke cala swoja gorycz i zal. Lekkimi dotknieciami palcow kreowala uczucie rozmarzonego szczescia towarzyszace pierwszej i jedynej milosci. Mezczyzna, ktorego imie wykreslone zostalo raz na zawsze z pamieci kobiety, wprowadzil ja w swiat niebotycznych uniesien i porzucil – dysonansowy akord zgrzytliwym cieciem zburzyl istniejacy nastroj. Melodia rwala sie w spazmach nie spelnionego finalu i w koncu zginela, zduszona coraz szybszymi skokami lkajacych tonow. Zmiana barwy – teraz juz zupelnie inne brzmienia, inne motywy. Zaden z tematow nie trwal jednak dluzej niz kilka taktow, tak ze nie mozna bylo ich w zaden sposob zapamietac, rozdzielic. Zlaly sie w jeden chaotyczny ciag, dajac obraz zycia kobiety – zycia przepojonego wstretem i rozpaczliwym pozadaniem. – Nienawidze ich, nienawidze… – czolo Lizey przeciela pionowa bruzda, przygryzione wargi zastygly w drapieznym ugieciu. Zerwala sie sprzed harmotronu i pobiegla prosto w migotliwa kurtyne swiatel. Chwytajac rekami powietrze probowala zlapac drgajace w fantomatycznym plasie barwy, objac je, przytulic. Wymykaly sie chciwym dotyku dloniom, palcom rozwartym w laknacym gescie, wibrujac w takt podtrzymywanego przez instrument rytmu. – Nie potrzebuje was! – krzyknela zatrzymujac sie gwaltownie. – Potrafie sama! Sama… – sztywno wyprostowana wyszla z wielobarwnego kregu i skrecila w strone nawy spoczynkowej. Obok poslania stala niewysoka szafka, na ktorej pysznila sie kwiecistym ornamentem misternie wykonana szkatulka. Odskoczylo kosciane wieko odslaniajac kilkanascie bialych krazkow rozsypanych na aksamitnym dnie. – Sama – powtorzyla z glucha determinacja Liz. Przez chwile walczyla jeszcze ze zniewalajaca sila, chwytajac powietrze plytkimi oddechami. Wreszcie wyciagnieta reka zanurzyla sie we wnetrzu szkatulki i gorzkawy smak krysztalowych drobin wykrzywil twarz kobiety. Czym predzej popila biale okruchy aromatycznym nektarem i siedzac, na brzegu poslania czekala ze wzrokiem wbitym w podloge. – Juz – szepnela, czujac jak koniuszki palcow zaczynaja sygnalizowac swoja obecnosc wrazeniem dziwnego ssania. – Zaraz bedzie dobrze… – glowa chwiala sie coraz bardziej, ociezale mysli pulsowaly pod czaszka w rytm przyspieszonych uderzen tetna. Po krotkiej chwili wszystko wrocilo do normy, a umysl pograzyl sie w nastroju radosnej beztroski. Wyrzuciwszy ramiona w gore, tanecznym krokiem wybiegla z nawy spoczynkowej, napelniajac otoczenie perlistym smiechem. Harmotron ciagle jeszcze powtarzal ostatnie takty przerwanej impresji, podtrzymujac migotliwe falowanie barwnego korowodu. Liz zasiadla ponownie przed instrumentem i szybkimi ruchami dziwnie lekkich dloni wyprowadzila zapetlony motyw z martwego kregu. Rozsadzalo ja uczucie szalonej lekkosci; byla silna – tak silna, ze moglaby powstrzymac wirowanie gwiazd. I chociaz pamietala gorzki smak krysztalowych okruchow, wydawalo jej sie to zupelnie naturalne – jak lekarstwo zazywane podczas choroby. Projekcja ozywionych przez muzyke swiatel przyciagala wzrok, mamiac wyobraznie cala gama barwnych skojarzen. Liz opuscila powieki, pragnac skoncentrowac sie wylacznie na dzwieku. Nie mogla. Jakies wspomnienie uporczywie kolatalo do bram swiadomosci – wspomnienie czlowieka zamknietego w przezroczystym cylindrze. Widziala jego poruszajace sie usta, piesci uniesione w gescie bezsilnej wscieklosci i wypelnione smiertelnym przerazeniem oczy. – Nie rozumiem – potrzasnela glowa jakby w ten sposob chciala odpedzic natretny obraz. Znikl, lecz na jego miejscu pojawil sie drugi – zmiety strzep czlowieka rozciagnietego na twardej, pokrytej cienkim materacem polce. Szarpie go za ramie, a on patrzy na nia tak jakos dziwnie, jakby… – To z tej ostatniej grupy – przypomniala sobie. – Wiezien numer cos tam dwanascie – grymas gniewu zeszpecil twarz Lizey. – Dlaczego wlasnie on? Przeciez nawet nie wiem, jak sie nazywa! Poczula na sobie ciezar czyjegos wzroku i czym predzej poderwala powieki. Skrzydlaty maszkaron spacerowal po konsoli harmotronu, przypatrujac sie sploszonej kobiecie paciorkowatymi slepiami. Omal nie krzyknela. – Graj dalej – poznala ten glos, spodziewala sie go zreszta, rozpoznawszy w obrzydliwym ptaszydle maskotke Ubir nuf Dema. Celowo nie odwracala glowy czekajac, az obel-bort zasygnalizuje swoja obecnosc. – Dlaczego nie grasz? – polozyl rece na jej ramionach. – Lubie sluchac twojej muzyki. Jest piekna. – Kto ci pozwolil tu wejsc? – spytala ostro, stracajac jego dlonie. – Drzwi byly uchylone, wiec myslalem… – Myslales! – zaniosla sie szyderczym smiechem. – Naprawde to robiles? Nie wierze ci. – Liz… – zaczal blagalnym tonem. – Czego chcesz? – Kreator Fuertad przekazal mi swoj raport. Moglibysmy przesluchac i wspolnie zastanowic sie… Spojrzala na niego z udawanym zdziwieniem, potem wstala i wzruszajac ramionami odparla: – Przeciez obiecales, ze sam wszystko zalatwisz. – Obiecalem, ale… – Wije sie jak przydeptany robak – myslala Lizey, obserwujac smieszna postac obel-borta. Teleskopowe oczy uciekaly na boki, a naga czaszke pokryly krople potu. – Denerwuje sie – stwierdzila ze zlosliwa satysfakcja. Swiadoma kuszacego powabu ciala, okrytego jedynie przejrzysta tunika, prowokowala przestepujacego z nogi na noge mezczyzne, wiedzac, ze i tak nie pozwoli mu sie dotknac, jesli nie bedzie miala na to ochoty. Ubir nuf Dem postapil krok do przodu. Uciekla w kierunku nawy spoczynkowej, zrecznie umykajac z zasiegu jego wyciagnietych rak. – No, chodz do mnie, chodz… – wabila uwodzicielskim szeptem. Wirowala w rytm nie milknacej muzyki, to zblizajac sie, to znow odskakujac. Bawilo ja jego zmieszanie i pozadliwy wyraz twarzy. Moze jednak sprobowac? – Szkoda, ze on nie ma normalnych oczu – stwierdzila z naglym zalem. – Ale i tak wiem, o czym mysli. Przynajmniej teraz. Gorzki oddech obel-borta owional jej policzki. Szybkim ruchem rozpiela mu koszule, odslaniajac blada piers porosnieta rzadkimi kepkami rudych wlosow. – Kiedys musial byc z niego niezly samiec – usmiechnela sie rozbawiona. – Teraz zostalo tylko stanowisko sluzbowe. Chodz komendancie – pociagnela go na sklebione poslanie i zdziwiona nienaturalnym oporem zastygla w bezruchu. – Hej, co z toba? – spojrzala za jego wzrokiem. Patrzyl na ozdobna szkatulke, ktorej kosciane wieko wciaz jeszcze bylo podniesione. – Daj spokoj, Ubir. O co ci chodzi? – sprobowala go przyciagnac, ale stal sztywno jakby kij polknal. – Cos nie w porzadku? – Znowu bralas to swinstwo – powiedzial z odraza. – Bralam. I co z tego? – poczula sie urazona jego biernoscia. – Sam mi przynosiles, ile razy chcialam. – Mowilas, ze przestaniesz. Dalas slowo! – Odwal sie – spojrzala na niego z gory. Chwilowy gniew tlumil rozsadek, sugerujacy utrzymanie obel-borta w roli sprzymierzenca. – Nie tylko ty masz dostep do medbloku. Poprosze kogos innego – specjalnie zaakcentowala ostatnie slowa. – Nie jestes jedyny – dodala. – Dziwka. Zwyczajna, podla dziwka – wyjakal zdlawionym glosem Ubir nuf Dem. Uderzyla go w twarz. Na odlew. Z milczaca pogarda. Nawet sie nie skrzywil, mimo ze na policzku wykwitla mu czerwona plama. Przyjmowal kolejne ciosy z pokorna obojetnoscia, tak jakby w ten wlasnie sposob pragnal zburzyc fundamenty, na ktorych budowal swoje marzenia. 7. –  Nastepny! Edgins z ociaganiem wstapil na ciemny kwadrat, rzucajac niepewne spojrzenie w strone osamotnionej sylwetki mutanta. Prostokat wejscia odslonil pograzone w polmroku wnetrze. Tom przekroczyl niewysoki prog, a sciana za jego plecami zabliznila sie momentalnie. – Podejdz do pulpitu. Wykonal polecenie stajac przed masywnym wybrzuszeniem, przeciwleglej sciany. Na wprost twarzy zauwazyl oko kamery. Mial ochote pokazac jezyk. – Poloz rece na wskazanych miejscach. Ze sciany wysunela sie waska polka rozswietlana zarysem dloni. Elastyczna powierzchnia przylgnela dokladnie do ciala. Tom czekal cierpliwie, czujac cale stada delikatnych igielek badajacych kazdy fragment skory. – Ciekawe, co to za zabawka – zastanawial sie. – Nie znam tego typu urzadzen, nigdy nic podobnego nie widzialem. Srodek lewej dloni zalaskotal go i nagly, piekacy bol sprawil, ze oderwal rece, odskakujac gwaltownie do tylu. – Kanalie – syknal przez zacisniete zeby. Kierowany beznamietnym glosem poszedl w prawo, gdzie czekala otwarta klatka windy. Kilkanascie sekund jazdy w gore i Jab powital go zrezygnowanym usmiechem. Tykowaty tylko na chwile podniosl smetny wzrok – dalej ogladal swoja lewa reke z wyrazem niedowierzania na twarzy. – I po co to wszystko, po co? – mamrotal w kolko. – Spokojnie, Klaud – Edgins polozyl mu dlon na ramieniu. – Jeszcze nie jest tak zle – czul, ze brzmi to glupio, ale nic innego nie przychodzilo mu do glowy. – Chce umrzec – tykowaty podniosl proszace oczy. – Pomozesz mi, prawda? Obiecaj, ze mi pomozesz. – Chcesz zyc, Klaud. I wlasnie dlatego tak sie boisz. Musisz zastapic strach nienawiscia. To pomaga. Winda wyrzucila ze swojego wnetrza poturbowanego mutanta. Gramolil sie niezdarnie, tulac do piersi lewa reke. – Jak myslisz, co to moze byc? – Jab stal kolo Edginsa i ogladal obie dlonie pod swiatlo. – Bol juz przechodzi, a rana jest ledwie zauwazalna. – Nie mam pojecia – mruknal Tom. – Chyba cos siedzi tam w srodku. Moze chca nas w ten sposob oznaczyc? Jakis nadajnik z indywidualnym kodem, czyja wiem zreszta… – wzruszyl ramionami i rozejrzal sie po pomieszczeniu. Metalowe pudlo bylo tak niskie, ze z latwoscia siegal reka sufitu. – Klatka posrednia – pomyslal. – Gola blacha bez zadnego osprzetu. – Nawet nie ma sie gdzie odlac. Usiadl pod sciana miedzy Klaudem a mutantem. – To nie potrwa dlugo – powiedzial. Czekali w milczeniu – minute – kwadrans – godzine… Nienaturalny spokoj opanowal umysl Edginsa. Narastalo w nim od pewnego czasu wrazenie, ze wszystko przebiega zgodnie z jakims wczesniej ustalonym programem, w ktorym wyznaczono mu konkretna role. To, co sie wokol niego teraz dzialo, bylo jedynie uwertura poprzedzajaca wykonanie wlasciwego utworu. – Bzdury – potrzasnal glowa z gwaltowna irytacja. – Jestem zwyklym skazancem, takim samym jak wielu innych. Trafilem tu, na mocy kretynskich; paragrafow, za popelnienie czynu zagrozonego najwyzszym wymiarem kary – pragnal zburzyc narastajace przeswiadczenie, ze jego obecnosc w tym miejscu jest naturalna konsekwencja niezrozumialej intrygi, ktora wlasnie weszla w stadium realizacji. – Przeciez nikt nie mogl przewidziec, ze ten bez splonie. To byl przypadek. Czysty przypadek – wspomnienie wydarzen poprzedzajacych egzekucje stanelo jak zywe przed oczami. Dom, do ktorego wracal, zona… Gwaltowny skurcz serca. – Wielkie Nieba! Jak ona mogla mi cos takiego zrobic? Wlasnie ona! Po tym wszystkim, co przezylem… Niewola. Bezczasowa wegetacja na granicy obledu. Przetrwal. Jakims cudem przetrwal. Nie mial pojecia, co sie z nim wtedy dzialo. Pamietal jedynie wysoki, zawodzacy dzwiek wypelniajacy cala otaczajaca go przestrzen. A potem nie bylo juz granicy pomiedzy tym co poza a tym co w srodku i kazdy nerw jego ciala drzal w jekliwym rezonansie, blagajac oprawcow o szybszy koniec. W krotkich przeblyskach swiadomosci trwal uczepiony cienkiej przedzy marzen osnutej wokol ksztaltu parterowego modulowca. Wchodzi po trzech kamiennych stopniach i staje przed drzwiami, ktore otwiera mu ona… Dlugie, kasztanowe wlosy opadajace swobodnym welonem az na plecy, lagodne spojrzenie miodowych oczu… – Wylazic pojedynczo! Wszyscy! – straznik rozkraczyl sie na srodku pomieszczenia, machajac niedbale przenikaczem. Drugi czekal przy wejsciu. – Uwertury ciag dalszy – pomyslal Edgins, gdy przezroczysta klatka mijala rozmazane w szalonym pedzie kondygnacje. Eskortowani przez straznikow wysiedli z windy i krotkim korytarzem przeszli do jasno oswietlonego hangaru, gdzie czekala otwarta kapsula transportowa. Kilka ciemnowisniowych postaci odstapilo w bok, odslaniajac metalowa drabinke uczepiona wierzchniej platformy. – Na gore! – mutant popychany przez roslego dryblasa rozpoczal pospieszna wspinaczke. Wyzej czekano juz na niego. Po chwili tylko fragment glowy wystawal ponad krawedz wlazu. Edgins przechwycil niepewne spojrzenie wylupiastych oczu i postac skryla sie we wnetrzu kapsuly. – Drugi! – wycelowany palec wskazywal Klauda. Szedl na drzacych nogach, popatrujac trwozliwie na boki. Chwyciwszy dolne szczeble drabinki, zaszlochal spazmatycznie i przylgnal calym cialem do metalowych pretow. – Nigdzie nie pojde! – krzyczal rozdzierajacym glosem. – Zabijcie mnie, bla… – potezne kopniecie przerwalo zalosny skowyt. Tykowaty osunal sie na ziemie jak mokry lachman. Edgins drgnal. – Spokojnie – Jab schwycil go za rekaw i osadzil w miejscu. – I tak bys nie dal rady. Nawet gdybym sprobowal ci pomoc. Tom odwrocil ku niemu zmieniona twarz. – Ale nie zrobilbys tego – stwierdzil zjadliwie. – Nie – zgodzil sie Jab z przepraszajacym usmiechem. Rozdzielil ich wylot emitera. Edgins spojrzal w strone kapsuly, gdzie wlasnie podnoszono nieprzytomnego Klauda. – Banda polglowkow!! – pieklil sie oficer. – Obedre was zywcem ze skory! – Nic mu nie bedzie – probowal oponowac straznik. – Jeden z twoich poprzednikow tez byl taki dzielny. Gorzko tego pozalowal. – Ale przeciez… – Bez gadania – ucial oficer. – Nie mam zamiaru beknac za wasza glupote. – Boja sie, scierwa – pomyslal Tom z satysfakcja. – Wyraznie komus na nas zalezy. Poczul zdecydowane szturchniecie w plecy i ruszyl w strone kapsuly. Wspinajac sie po drabince zbyt mocno chwycil szczebel – lewa reka przypomniala o swoim istnieniu. Obejrzal wnetrze dloni, ale nie bylo tam zadnego sladu. – Nie marudz tyle – glowa straznika wynurzyla sie zza krawedzi wierzchniej platformy. Edgins zdusil w ustach przeklenstwo i ze skrzywiona bolesnie twarza przebyl ostatni odcinek. Nie czekajac na zapraszajacy gest wpuscil nogi w ciemny otwor wlazu. W srodku bylo ciasno i cicho, panowal polmrok. Okragle wnetrze prawie w calosci wypelnialy cztery olbrzymie fotele stojace wokol centralnie umieszczonej glowicy, na ktora trafily szukajace oparcia stopy. Jedno miejsce zajmowal mutant, pozostale czekaly jeszcze na swoj ladunek. – Siadaj – Edgins dopiero po chwili dostrzegl zarys sylwetki, ktora wydala ten dzwiek. – Tu nie ma rezerwacji – padlo z drugiej strony. – Pozostawiamy ci wolny wybor. – Serdeczne dzieki – sklonil sie z przesadna galanteria. Przyzwyczail juz wzrok do panujacego wewnatrz polmroku i wyraznie widzial cztery uzbrojone sylwetki rozstawione za wysokimi oparciami. – Wyposazenie prozniowe – stwierdzil w duchu, ogladajac z zainteresowaniem szczegoly konstrukcyjne foteli i blok glowicy sterujacej. Urzadzenia kontrolne byly martwe i to go troche zmartwilo. – Nawet nie bedzie wiadomo, gdzie nas wywala. Usiadl naprzeciwko mutanta, wpasowujac sie wygodnie w lozysko spoczynkowe. Oparcie przywarlo szczelnie do ciala. Poczul, ze na stopach i ramionach zaciskaja sie miekkie uchwyty. Z gory zszedl Jab, a w minute po nim Klaud, niezbyt pewnie korzystajacy z wlasnych nog. Cztery uzbrojone cienie opuscily kapsule, sprawdziwszy uprzednio, czy fotele nie zostawiaja pasazerom zbyt duzego luzu. Rozlegl sie gluchy loskot zatrzaskiwanego wlazu i chrobot dokrecanych opornikow odcial wiezniow od reszty swiata. – Co teraz bedzie? – glos Klauda byl drzacy i balansowal na granicy histerii. – Temu to sie nigdy nie znudzi gadanie – Jab poparl swoja wypowiedz wiazka soczystych okreslen. – Cicho – syknal Edgins. Przez moment dal sie slyszec przytlumiony zgrzyt, pozniej poczuli lekkie targniecie, ktore zapoczatkowalo cala serie wstrzasow. Nie trwalo to dlugo. Kapsula znieruchomiala i tylko od czasu do czasu cos szuralo o kadlub. Znowu czekali wytezajac sluch, liczac uderzenia tetna. Basowy grzmot wydal sie Edginsowi w pierwszej chwili urojeniem, stworzonym przez zmysly dla ochrony przed ogluszajaca cisza. Dopiero po kilku sekundach skojarzyl ten dzwiek z zagrzebanym w pamieci rykiem przedmuchiwanych dysz prozniowego promu. Chlodne dotkniecie splywajacego na ogolona glowe helmu bylo ostatnim wrazeniem, jakie zarejestrowala jego swiadomosc. Jeszcze przez moment walczyl z napierajaca sennoscia, az wreszcie poddal sie i zapadl w gleboki, hipnotyczny trans. 8. Przed oczami kreatora rozgrywala sie milczaca pantomima procedury przedstartowej. Fuertad, z wyrazem niezadowolenia zastyglym na pomarszczonej twarzy, obserwowal kazde wskazanie aparatury i kazdy gest obslugujacych ja operatorow. Ich ruchy wydawaly mu sie nie dosc precyzyjne, reakcje zbyt wolne, a decyzje pozostawialy wiele do zyczenia. Najchetniej wygonilby wszystkich z dyspozytorni i osobiscie wyprawil w droge olbrzymi prom, ktorego przestrzenny obraz wypelnial wiekszosc ekranow. Wpasowane w azurowa konstrukcje kolosa kapsuly zawieraly najcenniejsza dla Gelwony rzecz: delikatne ciala ludzkich istot. Kolejny transport oficjalnych nieboszczykow. Skresleni z listy zyjacych, dopiero teraz stana sie naprawde pozyteczni – moze nawet bardziej niz niejeden uczciwy obywatel Zwiazku Solarnego. Kreator Fuertad zawsze osobiscie nadzorowal przebieg calej operacji. Wychodzil z zalozenia, ze jedynym czlowiekiem, na ktorym mozna w zupelnosci polegac, jest on sam. Powtarzajace sie ostatnio wypadki niesubordynacji i jawnego lekcewazenia obowiazkow utwierdzaly go w tym przekonania. A w dodatku ten nieporadny Ubir nuf Dem, wpakowany decyzja Rady na stanowisko komendanta. Gelwona miala juz nad soba wielu idiotow, ale postepowanie obel-borta wyjatkowo dzialalo kreatorowi na nerwy. – Cos trzeba bedzie zrobic z ta nadeta kukla – myslal Fuertad. – Koniecznie. Inaczej to wszystko sie rozleci. Lata pracy, dzielo mego zycia… Nie pozwole! – obciagnieta pergaminowa skora piastka uderzyla w porecz fotela. Siedzacy najblizej kreatora programista zakonczyl wlasnie wirtuozerski pasaz po klawiaturze bloku modelujacego. Odetchnawszy gleboko, wpatrzyl sie w elipsoidalny monitor, podajacy w momentalnej projekcji wyniki wykonanych operacji. – Schemat trajektorii przygotowany do testowania – oznajmil. – Znowu jestescie spoznieni – zaskrzeczal Fuertad odsuwajac gniewnym gestem zwoje cyfrowych meldunkow. – To nie nasza wina – niesmialo zaoponowal ktos z boku. – Milczec! – sunacy na grawitonowej poduszce fotel przemknal miedzy glowicami koderow i kreator zatrzymal sie przed tablica kontrolna hipnotronu. – Co to ma znaczyc? Dlaczego nie rozpoczeto emisji? – Kilka obiektow znajduje sie jeszcze w fazie przejsciowej – tlumaczyl przestraszony operator. – O, tu i tu… – wskazywal tanczace cyfry w okienkach miernika. – Zwiekszyc stymulacje z zastosowaniem bezpiecznika neurostatycznego – zadecydowal Fuertad. – Nie potraficie przeprowadzic najprostszej operacji – dodal zirytowany. Osobiscie uruchomil program instruktazowy i skierowal fotel na srodek dyspozytorni. – Spijcie spokojnie – mruknal patrzac na oblepiajace rdzen prozniowego promu kapsuly. – Fuertad pamieta o wszystkim. Spijcie. Musicie dobrze wypoczac i wiele sie nauczyc. Najwiekszy z ekranow testacyjnych zajasnial wlasnie zoptymalizowana projekcja przestrzeni, uzupelniona aktualnym stanem zawirowan metryki. Rubinowy krag symbolizujacy satelitarna baze Zwiazku Solarnego nanizany byl na wydluzona elipse orbity, w ktorej ognisku pysznila sie roznymi odcieniami fioletu tarcza Gelwony. – Prognozy negatywnego odchylenia trajektorii rzedu trzech setnych – padlo od strony stanowiska nawigacyjnego. – Tolerancja okolo szesciu sekund bezwzglednych. – Dokladniej – zazadal Fuertad. – Szesc koma dwanascie, z inwariantna stopnia pierwszego. Kreator z zadowoleniem pokiwal glowa. Czulym spojrzeniem wyplowialych oczu ogarnal obraz Gelwony otoczonej ledwie dostrzegalna mgielka oblokow i pochylony nad dzwignia startera, z widocznym wysilkiem ujal metalowa rekojesc. Kosciste palce zacisnely sie kurczowo, trzasnely przelaczniki i prom z majestatyczna powolnoscia opuscil wnetrze sluzy parkingowej, unoszac z soba cenny ladunek. Fuertad jeszcze przez chwile obserwowal pulsujaca zmiennymi kolorami kreske, ktora wystrzelila z rubinowego kregu bazy i lagodna parabola zmierzala w kierunku planety. Potem zawrocil fotel i bez slowa wyjechal z dyspozytorni. Spieszyl sie. – Musze koniecznie porozmawiac z komendantem – przypomnial sobie raport, ktory przed kilkoma dniami przekazal obel-bortowi. – To doprawdy skandal, ze kazda drobnostke trzeba uzgadniac z takim dyletantem – parsknal pogardliwie. – On przeciez o niczym nie ma pojecia. Jezeli jeszcze sie nie zdecydowal i bedzie dalej zwlekac, wykorzystam kanal nadrzedny i nawiaze kontakt z Glownym Modyfikatorem. Nie przerywajac jazdy wystukal na klawiaturze podrecznego autofonu kod kierunkowy kwatery obel-borta. Nikt sie nie zglaszal. – No prosze! – Fuertad ze wsciekloscia uderzal w porecz pedzacego fotela. – Nie ma go! Nigdy go nie ma, jak jest potrzebny! Lazi gdzies pewnie z tym swoim skrzydlakiem i poza wlasnym rodowodem nic go nie obchodzi! Narzekajac i pomstujac dojechal wreszcie do medbloku. Na widok kreatora dwaj straznicy z irytujaca powolnoscia zajeli przepisowe miejsca, a gdy dzwiekochlonne drzwi zatamowaly wreszcie potok slow wylewajacych sie z ust zasuszonego starca, wrocili do przerwanej gry. Jej stawka byly male, bielusienkie krazki, ktorych gorzkawy smak znali obaj doskonale. Jedyna rzecz warta pelnego zaangazowania. Cala reszta to po prostu zbior przypadkowych epizodow, tak jak i ten smieszny czlowieczek w swoim wariackim fotelu czy inni, rownie nieszkodliwi ludkowie. Naprawde nie ma sensu przejmowac sie takimi drobiazgami. Swiat bylby o wiele piekniejszy, gdyby wszyscy to zrozumieli. Dwie glowy pochylily sie nad wirujaca tarcza i dwie pary oczu z zapartym tchem sledzily migajace przebiegi losowych funkcji, ktorych wynikowy ksztalt wskaze zwyciezce. 9. Brunatna maz oblepiala rece, czepiala sie nog, byla wszedzie. I ten pot zalewajacy oczy. Tom niemal po omacku grzebal w warstwie gestego syropu na wpol zanurzonymi dlonmi, szukajac wrzecionowatych zarodnikow wielkosci paznokcia. Pekaly przy nieuwaznym dotknieciu, wypuszczajac maly obloczek rudawego pylu, a pusta skorupka rozpuszczala sie prawie natychmiast w kleistym blocie pokrywajacym dno studni. – Oszalec mozna – pomyslal Edgins, gdy suchy trzask obwiescil utrate kolejnej zdobyczy. Spojrzal z nienawiscia na popielata gladz pionowej sciany, potem w gore, na maly otwor, przez ktory wpadala smuga sinego swiatla. – Jeszcze troche, a zaczne drapac ten cholerny kamien. Studnia poszerzyla sie minimalnie, by po chwili gwaltownym skurczem powrocic do pierwotnego stanu. Miekkie podloze zafalowalo leniwie i z gestej berbeluchy, oblepiajacej stopy Edginsa, wyplynelo kilka fioletowych babli. Pekaly powoli, jakby z niechecia, wydajac przy tym odglos przypominajacy przeciagle mlasniecie. Jednoczesnie brzegi otworu skoczyly ku sobie i zastygly w nowym polozeniu, sprawiajac, ze wewnatrz zrobilo sie troche ciemniej. Studnia zarastala. – Fatalnie – pokrecil glowa Tom. – Cos mi kiepsko idzie – zawieszony u pasa pojemnik wypelniony byl zaledwie w polowie. – A niech to wszystko… – chcial splunac, ale przypomnial sobie o masce, ktora zaslaniala nos i usta. – Nawet nie mozna podlubac w zebach, kiedy czlowiek ma na to ochote. Chwycil zwisajaca z gory line i zaczal wspinac sie do wyjscia. Szlo mu opornie. Przeszkadzal stelaz ze zbiornikiem powietrza, pojemnik, maska – nawet cialo bylo jakies odretwiale, obce. Jak pozyczony stroj. – Ubranko na jedno zycie – mruknal Tom. – Nawet sie do niego przyzwyczailem, chociaz jest juz troche sfatygowane. Z trudem przelazl przez waski otwor i ostroznie odpial od pasa pojemnik z wygrzebanymi tego dnia zarodnikami. – Malo. Beznadziejnie malo – pokrecil glowa z niezadowoleniem. – Trzy studnie i tylko tyle. Wczoraj poszlo mi o wiele lepiej. Odczytal cyfry w okienku manometru. Zapas mieszanki tlenowej wahal sie w granicach pietnastu minut. Zmarnowal juz dwie trzecie czasu przeznaczonego na wyzbieranie codziennej normy wrzecionowatych zarodnikow. A wszystko przez ten cholerny pospiech. Czlowiek chce jak najpredzej odwalic cala robote i miec chociaz z pol godziny spokoju. Ostatnio nie bylo nawet okazji, zeby sie porzadnie oplukac. Zreszta przydzial wody jest czysto symboliczny. Trzeba bedzie pogrzebac przy dystrybutorze… – O czym ja mysle? – zreflektowal sie Edgins. – Kombinuje tak, jakbym mial szczery zamiar dozyc tu sedziwego wieku – powiodl przestraszonym wzrokiem po otoczeniu. – Wszystko, tylko nie to! Latwo chciec – trudniej wykonac. Ruszyl powoli w strone baraku. Nieregularny korytarz prowadzil go zygzakowatym szlakiem w dol. Przyzwyczajony do sinej poswiaty wzrok bladzil po chropowatych scianach i wyboistym podlozu, na ktorym kwitly strupy w kolorze bordo, sygnalizujac obecnosc dojrzewajacych studni. Po natezeniu barwy mozna bylo poznac, jak wiele czasu minelo od ostatniego zbioru. Kolejny zakret wyprowadzil Edginsa na dosc stromy odcinek korytarza. Zszedl przytrzymujac sie lin zawieszonych wzdluz bocznej sciany i stanal na dnie olbrzymiej pieczary, z ktorej braly poczatek wszystkie chodniki. Ich poszarpane wyloty byly wyraznie widoczne jako sine bryzgi na jednolitym tle ciemnobrazowych skal. Sklepienie ginelo gdzies w mroku, mimo dodatkowego zrodla swiatla, jakim promieniowala kanciasta bryla baraku. Przezroczysta konstrukcja, zbudowana w ksztalcie niskiego graniastoslupa o szesciokatnej podstawie, przypominala na pierwszy rzut oka topornie oszlifowany diament. Widoczne jak na dloni wnetrze bylo puste. – Nie ma ich – pomyslal Tom. – Nikogo nie ma. Siedza, kazdy w innej studni, i zbieraja te male gowienka, jakby to wlasnie one stanowily najwazniejsza rzecz w calym Wszechswiecie. Predzej czy pozniej i tak nas szlag trafi, wiec czy w ogole jest sens sie wysilac? Wszedl do sluzy i czekal, az spelniajaca role tloka ciecz wypelni pomieszczenie, wypychajac na zewnatrz trujaca atmosfere Gelwony. Stal z zacisnietymi powiekami, czujac przebiegajace po skorze igielki drobnych wyladowan w miare jak selektywna blona powierzchniowa wedrowala najpierw w gore, a potem z powrotem w dol. Dopiero slyszac sygnal bezpieczenstwa otworzyl oczy i zerwawszy maske, odetchnal gleboko. – A wiec jestem w domu – powiedzial glosno i bez przekonania. Brzmienie wlasnego glosu wydalo mu sie dziwnie obce. Wzruszyl ramionami i przeszedl do pomieszczenia glownego, w ktorym – oprocz czterech wojskowych prycz – centralne miejsce zajmowala masywna glowica dozownika. – Pan i wladca – pomyslal z nienawiscia o martwym urzadzeniu. Zrzucil na podloge stelaz i zabral sie do wymontowywania pustego zbiornika. Oblepiajaca palce brunatna maz utrudniala prace, lecz w koncu zdolal wyrwac kanciasta butle z plataniny uchwytow. Zaniosl ja na blat dozownika i wkladajac lewa reke w szczeline identyfikacyjna czekal, az maszyna zechce z nim rozmawiac. – Tom Edgins. Mozna mowic – poplynelo z wnetrza masywnego urzadzenia. – Chce nowy zbiornik – wyjasnil uwalniajac reke i wkladajac pusta butle w odkryta komore zwrotnika. Po chwili z sasiedniego otworu wysunela sie identyczna. – W porzadku – mruknal Tom, sprawdziwszy wskazania manometru. – Jeszcze tylko wpisz na moje konto te drobnice – z najwieksza ostroznoscia wyjmowal z pojemnika wrzecionowate zarodniki i ukladal na specjalnej szalce. – Juz – obserwowal z mimowolnym napieciem, jak owoc jego katorzniczej pracy znika w gniezdzie wartosciujacym; zawsze sie bal, ze zlosliwa maszyna roztrzaska delikatne skorupy przed dokonaniem oceny. – Do wypelnienia normy dziennej Toma Edginsa brakuje czterdziestu trzech i dwoch dziesiatych procent – oznajmilo urzadzenie. – Mozesz mnie pocalowac – warknal. Pomaszerowal w strone wyjscia, zabierajac z soba caly ekwipunek. W sluzie naciagnal maske i gdy gotowy do opuszczenia baraku czekal na otwarcie zewnetrznej grodzi, ogarnelo go raptowne znuzenie. – I tak nie zdaze – myslal zniechecony, czujac, jak obolale cialo nabiera wlasciwosci olowianej bryly. – Nie dam rady, chocbym sie wsciekl. Znalezc dojrzala studnie, rozkuc otwor, a potem jeszcze grzebac w tym blocku… A jednak nie mial wyjscia. Za niewypelnienie dziennej normy grozily punkty karne, co bylo rownoznaczne z uszczupleniem racji zywnosciowych wydzielanych przez dozownik. System motywacyjny najprostszy z mozliwych: chcesz przetrwac musisz jesc; chcesz jesc – musisz robic, co ci kaza. Lancuch, ktory mozna przerwac tylko w jeden sposob – negujac zalozenie poczatkowe. – Skad wiem o tym? – zastanowil sie nagle. – Skad znam obowiazujace reguly gry? Przeciez zaden z nas nie popelnil jeszcze zadnego wykroczenia, wiec wszystko to tkwi juz we mnie, zakodowane w podswiadomosci. Od pierwszej chwili przebudzenia sie tu, na Gelwonie, postepujemy zgodnie z zasadami, o ktorych istnieniu nie mielismy pojecia w momencie wejscia do kapsuly transportowej. A jednak wiemy, jak sie poruszac w podziemiach, czego szukac w studniach i co z tym dalej robic. Pelzamy sobie wzdluz wyznaczonej przez kogos linii, zupelnie o niej nie myslac. Wazny jest po prostu pelny kaldun, a cala reszta wcale nas nie obchodzi. Mogl juz wyjsc na zewnatrz, ale jeszcze przez chwile zastanawial sie, czy nie byloby warto, w ramach eksperymentu, zebrac troche karnych punktow. Powinno to zmusic niewidzialnych opiekunow do reakcji, ktora zdemaskuje w pewnym stopniu systemy majace uniemozliwic ucieczke wiezniow. – Nie wierze, zeby pozwolili nam tak po prostu zdechnac z glodu – przekonywal sam siebie. – Musza odkryc karty, przynajmniej czesc. Obciecie racji zywnosciowych do niczego nie doprowadzi. Skoro zadano sobie tyle trudu, zeby nas tu ulokowac, jestesmy w jakis sposob potrzebni, i to w dodatku zywi. Z nieboszczykow niewielki pozytek, a chyba nie o uzyznianie Gelwony toczy sie ta cala gra. Po stronie minusow jest wiec raczej czysto, natomiast po stronie plusow na razie nic nie widac, ale niewykluczone, ze tkwi tam istotny element calej szarady… Pokusa byla silna, jednak Tom zdawal sobie sprawe z trudnosci, na jakie napotkac musi realizacja takiego planu. Sam nie da rady to jasne. A pozostali? Na kogo mozna by liczyc w ewentualnej rozgrywce? Klaud odpada, Jab nie zaryzykuje w ciemno, mutant… Jak on ma na imie? Nikt go nie pytal, bo i po co? Wiadomo, mutant i tyle – podklasa homo sapiens, sztucznie wyprodukowane monstrum. Chociaz te jego umiejetnosci… – Tak – rozwazal dalej Edgins wychodzac z baraku i zamykajac za soba klape zewnetrznej grodzi. – Zaden z nich nie stanowi pewnego punktu oparcia. Przynajmniej na razie. Moze z czasem uda mi sie ich przekonac… – jakis dzwiek dotarl do niego poprzez cichy szum pracujacego aparatu tlenowego; chyba gdzies z gory, spod niewidocznego sklepienia pieczary. – Co tam znowu? – Tom zadarl glowe i probowal zlokalizowac zrodlo dziwnego sygnalu. – Przydalby sie silny reflektor. Dzwiek poteznial, dochodzil juz ze wszystkich stron. Ciemnobrazowe sciany plakaly wysokim, zawodzacym glosem, wypelniajac swa skarga cala pieczare. – Wielkie Nieba! – jeknal Edgins, zaciskajac dlonmi uszy. – Nie, tylko nie to… – chcial krzyczec, ale maska zatykala usta, wiec belkotal cos niezrozumiale, chylac sie na boki jak drzewo podczas huraganu. Dzwiek narastal, zawieszony na jednej, piskliwej nucie docieral juz do najdrobniejszych zakamarkow swiadomosci torturowanego czlowieka. I wlasnie wtedy Edgins zrozumial, ze to on sam nosi w sobie ten natretny glos, ze to wlasnie w nim tkwi zrodlo znienawidzonego sygnalu. Upadl na kolana i trzymajac sie oburacz za glowe, z calych sil uderzyl czolem w skaliste podloze. Eksplozja barw wykreowala pod zacisnietymi powiekami wizje parterowego modulowca – wchodzi po trzech kamiennych stopniach i staje przed drzwiami, ktore otwiera mu ona… Przeciez to bylo zupelnie inaczej! Jak moglas?! Liz smieje sie ironicznie i wklada na glowe helm ozdobiony fantazyjnym pioropuszem. Zamiast odpowiedzi, slychac wysoki, zawodzacy dzwiek. Dosyc! Na wszystkie swietosci, dosyc!!! Uderzal raz za razem, tarzajac sie o kilka metrow od przezroczystej konstrukcji baraku. Wyl z bolu, lecz nie wiedzial o tym. Widzial tylko, jak kolejna eksplozja podpala dom, od ktorego zajmuje sie rosnaca w poblizu kepa rachitycznego bzu. Drzewo umiera, wypelniajac jekliwa skarga caly Wszechswiat. Przestrzen kurczy sie do rozmiarow krwawiacej bani, bedacej glowa nieznajomego czlowieka. Twarz o ostrych rysach i wystajacych kosciach policzkowych. Atletycznie zbudowany mezczyzna krzyczy rozdzierajacym glosem, a wokol niego szaleja w upiornym tancu skaly rozsadzane echem potwornego dzwieku. Pamietal ten dzwiek wysoki, zawodzacy, wypelniajacy kazda komorke, kazdy nerw ciala, zacierajacy granice pomiedzy tym co poza a tym co w srodku. W ostatnim przeblysku swiadomosci dojrzal jeszcze skrzydlate monstrum, ktore wlepialo w niego czarne paciorki pozbawionych wyrazu slepi, przechylajac na boki swa ptasia glowe. A potem nie bylo juz nic. 10. Ani wykwintny obiad, ani widok rodowych skarbow, ani nawet dzwieczne strofy Epody Kolonizatorow nie potrafily poprawic nastroju obel-borta. Sluzboty, popychane sprzecznymi rozkazami swego pana, powiekszaly jedynie zamet panujacy w apartamencie komendanta Gelwony. Ubir nuf Dem przechodzil kolejny atak melancholijnej depresji, w zwiazku z czym nic nie bylo w stanie rozpromienic jego twarzy bodaj skrawkiem usmiechu. – Zycie stracilo dla mnie swoj sens – myslal przygnebiony. – Jestem jak ptak, ktoremu odjeto skrzydla. Kazda proba lotu musi sie zakonczyc upadkiem, a jeden z nich bedzie ostatnim, Chief, przyjacielu – zaplakal zalosnie. – Tylko przed toba moge obnazyc swoja dusze, choc wiem, ze nie potrafisz mi pomoc. Ulubieniec przydreptal przez cala dlugosc stolu i kolyszac sie tuz przed Ubirem, sluchal uwaznie, zupelnie jakby rozumial sens wypowiadanych slow. Potem rozpostarl szeroko swe bloniaste skrzydla i, popiskujac cicho, dziobnal delikatnie dlon obel-borta. – Ty nieznosny pieszczochu – glos ostatniego z nuf Demow nabral cieplejszej barwy. – Wiem, ze to lubisz, wiem… – zanurzyl palce w jedwabistej siersci i drapal ulubienca, rozkoszujac sie miekkoscia jego skory. Myslami byl kilka kondygnacji nizej, w segmencie mieszkalnym Liz. Ona tez uwielbiala pieszczoty. – Uwielbia – poprawil sie w duchu, saczac z masochistycznym upodobaniem gorycz zawarta w formule czasu terazniejszego. – Na Milosc Slonecznej Rodzicielki, Gwiazdy Macierzystej, co tez mi chodzi po glowie?! – podniosl wzrok na zdobiace sciane godlo rodu, jakby tam wlasnie spodziewal sie znalezc wyjasnienie dreczacych go watpliwosci. Przodkowie jednak milczeli. – Sam musze sobie z tym poradzic – stwierdzil Ubir nuf Dem z ponurym wyrazem twarzy. – Nie moge przeciez tak siedziec z zalozonymi rekami i czekac – wstal z ozdobnego krzesla i zaczal krazyc wokol stolu, starajac sie stapac mocno i zdecydowanie. Skrzydlak wodzil za nim paciorkami czarnych slepi. – Moglbym sie wreszcie zdecydowac, czego ja wlasciwie chce – palce obel-borta obstukiwaly matowa powierzchnie blatu. – Jestem ostatnim glupcem, jakiego widzialy gwiazdy. Zamiast przejac inicjatywe, czekam, az fala zdarzen rzuci mnie tam, gdzie jej na to przyjdzie ochota. Sam powiedz, Chief – poszukal wzrokiem skrzydlaka i nie znalazlszy go na stole, rozejrzal sie po pomieszczeniu. Bylo puste. – Gdzie on jest? – pozbawiony towarzystwa ulubienca, obel-bort poczul obezwladniajaca samotnosc, jej niemal fizyczny ciezar, dlawiacy resztki tlacej sie w ciele energii. Tak bardzo pragnal teraz czyjejs obecnosci! Wybiegl z jadalni i gdy gasil po drodze miraze wypelniajace poszczegolne sale, uslyszal gdzies z daleka krotki, chrapliwy okrzyk. Skrecil w boczny tunel prowadzacy z glownego pomieszczenia do miniaturowej sluzy startowej, w ktorej miescilo sie stanowisko parkingowe jednoosobowego VAC-a. Ujrzawszy tam ulubienca, odetchnal z ulga. – Co ty tu robisz? – spytal, opierajac sie o sciane korytarza i czekajac, az ustanie szalone kolatanie serca. – Wracamy. Skrzydlak z nie zmaconym spokojem spacerowal przed hermetyczna zapora, spogladajac od czasu do czasu w strone obel-borta. – Wracamy – powtorzyl Ubir nuf Dem, wyraznie zniecierpliwiony. Ulubieniec zaprotestowal glosnym skrzekiem. – Nawet nie probuj sie tlumaczyc. Przestraszyles mnie i bardzo cie prosze, zebys tego wiecej nie robil. Chodz juz! Nie zwracajac uwagi na prosby obel-borta, skrzydlak zaczal stukac dziobem w cyfrowa blokade z taka pasja, jakby mial zamiar przebic sie na druga strone. Ubir nuf Dem obserwowal to wszystko z narastajacym zdziwieniem. – Co mu sie stalo? – myslal zaintrygowany. – Nigdy nie byl taki uparty – podszedl do ulubienca i odsunawszy go delikatnie na bok, zwolnil blokade hermetycznej grodzi. Sciany korytarza zaplonely seledynowym blaskiem, a basowy glos obwiescil gotowosc przedstartowa. – Szczerze mowiac, nawet mi sie to podoba – stwierdzil obel-bort w duchu. – Widok gwiazd zawsze dzialal na mnie uspokajajaco, a w obecnej chwili nic nie jest mi bardziej potrzebne niz odrobina cichej kontemplacji w otoczeniu prawdziwie niezmaconej natury. Miales dobry pomysl, Chief – powiedzial z przekonaniem, przekraczajac prog sluzy. – Zrobimy sobie maly spacer. Skrzydlak siedzial juz na uniesionej pokrywie VAC-a i spogladajac w strone obel-borta, dreptal zachecajaco. Ubir nuf Dem wsunal sie w lozysko pilota i wyjal z kieszeni magnetyczny klucz, ktory wsunal w szczeline bloku kontrolnego. Po krotkiej chwili mozaika barwnych prostokatow zasygnalizowala stan biegu jalowego. Mozna bylo wydac rozkaz startu. Ubir nuf Dem opuscil pokrywe i czekal, az lozysko przyjmie odpowiednia pozycje. Skrzydlak usadowil sie na jego kolanach. Wreszcie pecherz kompensacyjny otoczyl ich migotliwa polkula i obel-bort wdusil pedal wyzwalacza. VAC, uniesiony slupem grawitonowego napedu, opuscil wnetrze sluzy startowej. – Nareszcie – twarz komendanta rozpromienil chlopiecy usmiech. Widzac malejaca na wstecznym ekranie kule satelitarnej bazy czul, jak wraz ze wzrostem odleglosci wraca mu dobry nastroj. – Tego mi bylo trzeba myslal. Przestrzen i gwiazdy, niczym nie zmacona harmonia trwania. Zaprogramowal szeroka petle wokol Gelwony i rozparty wygodnie w lozysku pilota chlonal obraz otaczajacego go kosmosu. Oto wartosc naprawde trwala, doskonalosc stanowiaca wzor niedoscigniony, piekno w calej swej okazalosci – mruczal. – Patrz, Chief. Patrz i ciesz sie, ze dane ci jest ogladac Absolut w najczystszej postaci. Zanucil fragment rodowego hymnu. Krew dawnych kolonizatorow rozsadzala arterie, macila umysl i bylo mu z tym wszystkim niewyobrazalnie dobrze. Nawet wspomnienie Lizey nie potrafilo stlumic jego radosci. VAC zblizyl sie do Gelwony na taka odleglosc, ze fioletowa plaszczyzna kola nabrala juz wyraznie ksztaltow kuli, otoczonej cieniutka warstwa atmosfery. Purpurowe obloki przeslanialy fragmentami powierzchnie planety, snujac sie leniwie w promieniach blekitnego slonca. Przelatywali wlasnie nad wybrzuszeniem Drugiego Kontynentu, goniac umykajaca w zawrotnym tempie linie terminatora, gdy wskaznik zawirowan metryki rozjarzyl sie niebezpiecznie i autopilot skierowal pojazd pionowa swieca w gore, uciekajac z zagrozonego obszaru. Chief gwaltownie zalopotal skrzydlami, wydajac gniewne okrzyki. – A to co? – zainteresowal sie Ubir nuf Dem. Szybko zmienil kat nachylenia soczewek wizyjnych i w napieciu obserwowal przekazywany obraz. Dzialo sie tam cos dziwnego. Tarcza kontynentu falowala jakby stanowila ja nie skalista rownina, lecz powierzchnia wzburzonego oceanu. Jakas potworna sila napierala od wewnatrz, rozdymajac zastygle od wiekow formy geologiczne. Ruchy te mialy swoje centrum, w ktorym upiorny taniec osiagal maksymalne natezenie. Wreszcie kamienna skorupa nie wytrzymala zmiennych naprezen i poddala sie, uwalniajac gigantyczny gejzer rozgrzanych do czerwonosci glazow. Roznica temperatur powodowala, ze w zetknieciu z lodowata atmosfera Gelwony pekaly niczym swiateczne fajerwerki. – Gwiazdo Promienna – wyszeptal zbielalymi wargami Ubir nuf Dem. VAC zastopowal na bezpiecznej wysokosci i wisial teraz nad ginacym kontynentem, a obel-bort usilowal uzyskac dokladniejszy obraz tego, co dzialo sie kilkadziesiat kilometrow nizej. Jednoczesnie przez caly czas probowal nawiazac kontakt z satelitarna stacja, badz z ktorymkolwiek z Fortow na powierzchni planety. – Niesamowita historia – powtarzal. – Coz tam sie moglo stac? 11. –  Kreatorze – glos oficera dyzurnego zdradzal z trudem hamowane podniecenie. – Szukamy pana juz od pieciu minut – wskazal sygnal lacznosci dyskretnej. Pilna z Gelwony. Howden… – Starszy bort Howden – warknal rozwscieczony Fuertad. Oficer dyzurny zamarl w pozycji zasadniczej. – Pilna z Gelwony wyrecytowal. – Starszy bort Howden do pana albo komendanta. – Wszystko jest pilne – zrzedzil kreator podjezdzajac do bloku konwersacyjnego. Czy oni sadza, ze ja potrafie sie rozdwoic?! Do mnie albo do obel-borta! – myslal dalej. – Dobry kawal, bo tego glupca oczywiscie nie mozna nigdzie znalezc, wiec znowu ja… Polowki transmisyjnego helmu zrosly sie z soba, zamykajac jego glowe w odizolowanej przestrzeni. Po krotkiej chwili na wewnetrznym prostokacie wizyjnym zobaczyl nalana sylwetke dowodcy jednego z gelwonskich Fortow. – Chwala Sloncu, kreatorze. – I Dzieciom Jego – odpowiedzial Fuertad, zauwazajac jednoczesnie, ze twarz rozmowcy jest pokrwawiona, mundur w strzepach, a glos dziwnie drzacy. Co tam sie u was dzieje, Howden? – Juz nic, kreatorze, ale bylo goraco. Duze straty. Forty B, C i F. Prawie polowa Drugiego Kontynentu. Wygladalo to na ruchy tektoniczne albo cos takiego. – Ruchy tektoniczne! – Fuertad az krzyknal. – Na Gelwonie nigdy czegos podobnego nie zaobserwowano! – Nie wiem – wzruszyl ramionami Howden. – Szczerze mowiac, gowno mnie to obchodzi. Potrzebujemy pomocy. Duzo ciezkiego sprzetu z obsada. – Tak, tak – zgodzil sie Fuertad. – Oczywiscie. Natychmiast. Nie wolno tam posylac ludzi myslal. – W zadnym wypadku. Sprawe trzeba utrzymac w scislej tajemnicy. Najlepsze beda chyba cyboty. – Prosze sie pospieszyc. Zbiorniki szlag trafil, ciagniemy na resztkach tlenu. Starczy tylko na szescdziesiat, siedemdziesiat minut. – Najdalej za pol godziny – kreator przerwal polaczenie. – Trzeba bedzie zbadac sprawe na miejscu – mruczal. – Trzy Forty zrujnowane, fatalnie… – nagle skojarzenie rozjasnilo pomarszczona twarz. – Swietna okazja, zeby przyprzec wreszcie do muru komendanta. Tak, to naprawde odpowiedni moment. Uwolnil sie z objec helmu i nie zwracajac uwagi na zaciekawione spojrzenia ekipy lacznosciowcow, skierowal swoj pojazd w strone wyjscia. Spacerowe tempo, w jakim to zrobil, wprawilo wszystkich w zdumienie. Jeszcze dziwniejszy byl fakt, ze wcale nie mial zamiaru opuscic pomieszczenia. – Nie ma sie dokad spieszyc – zatrzymal fotel przed olbrzymim prostokatem wideoramy i po raz pierwszy od wielu lat pozwolil sobie na krotka chwile odpoczynku. – Czas pracuje teraz na moja korzysc – usmiechnal sie do swoich mysli. – Poczekamy wiec zachichotal bezglosnie. – Niedlugo. Godzinke, najwyzej poltorej. Za wyslanie ekipy ratunkowej odpowiadamy obaj. No coz, komendanta mozna zmienic, Fuertad jest tylko jeden – az klasnal z wielkiego ukontentowania. Obserwujacy go straznicy wymienili porozumiewawcze mrugniecia i w ulamku sekundy, przywolani do porzadku wymownym spojrzeniem kreatora, zamienili sie w posagowe bryly. – Sytuacja jest wiecej niz klarowna – analityczny umysl Fuertada rozwazal wszystkie „za” i „przeciw” zrodzonego przed chwila planu. – Ubir nuf Dem bedzie niepocieszony – oczami wyobrazni widzial juz komendanta zamknietego w kapsule transportowej i siebie wysylajacego kolejna grupe skazancow; waskie wargi wykrzywily sie w grymasie upodabniajacym pomarszczona twarz do maski zlosliwego gnoma. Sala lacznosci rozbrzmiewala juz odglosami rutynowej pracy. Kreator ze spokojem, jaki daje podjecie ostatecznej decyzji, obserwowal tarcze chronometru. – A swoja droga, tam na dole musialo sie zdarzyc cos naprawde powaznego – myslal. – No coz, wszystko w swoim czasie. Teraz nalezy tylko czekac. Nic wiecej. Howden z pewnoscia jeszcze sie odezwie, trzeba wiec trzymac reke na pulsie – rozparty wygodnie w fotelu obserwowal pulpit lacznosci dyskretnej, gotow na pierwsze mrugniecie awizora ruszyc w kierunku bloku konwersacyjnego. Stalo sie jednak inaczej. Zawieszona u stropu kula rozblysla ostrzegawcza czerwienia. W tym samym momencie – po raz pierwszy w historii gelwonskiej bazy satelitarnej – rozleglo sie: – Uwaga, uwaga. Do wszystkich. Oglaszam Procedure Obszaru Zamknietego. Od tej chwili… Zaskoczeni ludzie spogladali po sobie z niedowierzaniem; ktos zaklal nerwowo, ktos inny probowal uspokoic sasiadow przypuszczeniem, ze to tylko cwiczebny alarm. Oczy wiekszosci zwrocone byly na kreatora, ktory spod nawisu krzaczastych brwi toczyl spojrzeniem pelnym wscieklosci. On jeden doskonale wiedzial: nie ma mowy o zadnych manewrach! – Skad ten kretyn Ubir dowiedzial sie o wszystkim? W jaki sposob? – Znajac reguly ogloszonej Procedury zdawal sobie sprawe, ze komendant wymknal sie z zastawionej pulapki, malo tego, zwiazal mu rece, przejmujac kontrole nad kanalem lacznosci nadrzednej, ktory dotychczas byl w wylacznej dyspozycji kreatora. Teraz juz zaden raport nie dotrze do Centrum Wybiorczego, jezeli nie uzyska aprobaty obel-borta. A szkoda. Glowny Modyfikator mialby co robic, gdyby poznal niektore szczegoly z zycia kasty oficerskiej i metody, jakimi realizuje sie zalecenia Rady. – Predzej czy pozniej i tak moje bedzie na wierzchu – pomyslal Fuertad, usmiechajac sie zlosliwie. Jeszcze nie pogodzony z porazka, ale juz zupelnie opanowany, podjechal do pulpitu oficera dyzurnego. – Polacz mnie z przetrwalnia cybotow – polecil. – I wywolujcie bez przerwy wszystkie Forty. Odglos rozsuwajacych sie drzwi kazal mu odwrocic glowe w strone wejscia. Do sali wkroczyl Ubir nuf Dem z nieodlacznym skrzydlakiem na ramieniu. – Chwala Sloncu, kreatorze – wolal juz od progu. – Dobrze, ze pana tu spotkalem. Chief wyciagnal mnie na krotki spacer VAC-iem i zupelnie przypadkiem zaobserwowalem niecodzienne zjawisko na powierzchni Drugiego Kontynentu. Chcialem nawet tam wyladowac, ale nie moglem sie zorientowac w terenie, a urzadzenia namiarowe milczaly jak zaklete. To dziwne, nie uwaza pan? – Bardzo dziwne – powiedzial Fuertad zduszonym glosem. – Wiec on pana „wyciagnal”? – wycelowal oskarzycielskim gestem palec w strone skrzydlaka. Ubir nuf Dem skinal potakujaco glowa. – Musimy wyslac tam specjalna ekipe – mowil dalej. Trzeba bedzie nawiazac lacznosc z planeta, zorganizowac… Kreator nie sluchal obel-borta. Z ogromna uwaga wpatrywal sie w nieruchoma sylwetke skrzydlaka, w czarne paciorki jego malych slepi, w ktorych – Fuertad dalby sobie reke uciac – migotaly iskierki zrozumialego triumfu. 12. Ktos plakal. Rozpaczliwy, szarpany szloch obijal sie o przezroczyste sciany baraku, kaleczac bloga cisze regulaminowej nocy… Cisze?! Edgins z niedowierzaniem potrzasnal glowa. – Skonczylo sie? Naprawde? – wspomnienie przebytego koszmaru napelnialo go lekiem. Wysilony do ostatnich granic sluch lowil najdrobniejsze szmery wypelniajace, wnetrze pomieszczenia, lecz im bardziej Tom zaglebial sie w dzwiekowe tlo, tym mniejsza mial pewnosc, ze jest juz faktycznie po wszystkim. A jezeli nawet… – Wielkie Nieba pomyslal. – Przeciez caly ten szalenczy kolowrot moze sie w kazdej chwili zaczac od nowa – scisnal nerwowo dlonie az chrupnely kostki palcow. – Zalatwili mnie, cholerne rindanskie wysmrodki. Nigdy sie od tego nie uwolnie. Zrobili z Toma Edginsa zwykla szmate. Pamiec przywolala z niebytu strzepy obrazow – jakies mgliste pasma drgajacych cieni o nieludzkich ksztaltach, skapane w mroku, dyszace nienawiscia. Byl tam miedzy nimi, bezradny jak nowo narodzone dziecko. Modlil sie o smierc, lecz oni kazali mu zyc – wiec trwal, uczepiony pajeczej nitki nadziei, a rozdygotane zjawy zawodzily zgodnym chorem. I ten dzwiek, ten jekliwy, monotonny skowyt… Bol przywrocil poczucie rzeczywistosci. Tom oderwal rece od twarzy, potem ostroznie powiodl opuszkami palcow po czole zdeformowanym chropowatymi guzami i wyzej, gdzie krotka szczecina odrastajacych wlosow lepila sie od krwi wyciekajacej z jakiejs rany. Ciagle ktos plakal. Edgins poczul nagly gniew na tego czlowieka, tak otwarcie demonstrujacego swoja rozpacz. Czy on, do ciezkiej cholery, nie moze sie zamknac?! Powinien spac albo przynajmniej pozwolic spac innym. – Za kilka godzin znowu trzeba bedzie wlezc do tych pieprzonych studni, grzebac w blocie i trzasc sie nad kruchymi gowienkami zarodnikow. Zasmarkany chlopczyk pewnie wspomina lepsze czasy. Jakby tylko on mial do tego prawo! Majaczaca w polmroku glowica dozownika przypomniala Edginsowi, ze jest glodny i ze bedzie musial teraz poczekac na rozpoczecie fikcyjnego dnia, by napelnic dopominajacy sie swojego udzialu kaldun. Przespal jeden posilek a moze nawet wiecej; kto wie, jak dlugo lezal bez przytomnosci? – Jab – przypomnial sobie nagle. – On przeciez nie spi, przynajmniej tak mowil. Spytam go. Przekrecil sie na pryczy i przez chwile uwaznie nasluchiwal – szloch dobiegal z lewej strony, gdzie bylo miejsce Klauda. Zeby dotrzec do pryczy, na ktorej lezal Jab, nalezalo przejsc przez cale pomieszczenie, az pod druga sciane odlegla o kilka niesamowicie dlugich metrow. – Okropnie daleko – pomyslal Tom. – Nie wiedzialem, ze to taki kawal drogi. Barak pecznial w blyskawicznym tempie. Zarysy nielicznych sprzetow uciekaly od Edginsa, a on sam czul sie coraz mniejszy i mniejszy – wlasciwie wcale go nie bylo. Gdyby nie wrazenie uporczywego ssania w koniuszkach palcow, zwatpilby we wlasne istnienie. – A moze mnie juz od dawna nie ma? – przestraszyl sie. – Egzekucja zostala wykonana, a cala reszta jest naturalna konsekwencja smierci. Wielkie Nieba, czy wszyscy przezywaja taki sam koszmar?! I dlaczego? Jaki to ma cel? – przez chwile lezal nieruchomo, probujac zebrac rozbiegane mysli i ulozyc je w logiczny ciag, ale placz Klauda rozrywal mozolnie budowany lancuch skojarzen. Tom psyknal kilka razy, a gdy to nie poskutkowalo, zlazl na podloge i poczlapal boso w kierunku glowicy dozownika. – Ciebie tez nosi po nocy? – Jab pojawil sie w polu widzenia jako lekko falujaca plama. – Czyzbyscie naprawde nie mieli nic lepszego do roboty? – podszedl blizej i stanawszy tuz przed Edginsem, obserwowal go z zainteresowaniem. – Co ci odbilo, zeby sie tak zaprawic? – Sprawdzalem wytrzymalosc gruntu – burknal Tom. – I tak niezle wygladasz. Jak cie wczoraj znalezlismy, pomyslalem sobie, ze beda nam musieli chyba dolozyc kogos do kompletu – wyszczerzyl zeby i klepnal Edginsa w ramie. – Idziesz spac czy moze razem doczekamy switu? Tom spojrzal na pulpit dozownika. Do rozpoczecia nowego dnia pozostalo niecale pol godziny. Czul sie juz nieco lepiej – barak nie wariowal, a postac Jaba nabrala konkretnego ksztaltu. Nawet placz Klauda nie byl juz taki natretny i dokuczliwy. Tylko to nieznosne ssanie w koniuszkach palcow… – I wargi – uswiadomil sobie nagle. – To dziwne, zupelnie jakby byly za ciezkie i lada chwila mialy odpasc. Wyciagnal reke w kierunku szczeliny identyfikacyjnej, ale dlon natrafila na gladka powierzchnie. – Musisz poczekac – mruknal Jab. Opiekun wlaczy sie z wybiciem porannego gongu, aby zachecic nas do pracy. Wtedy sobie z nim pogadasz. – Jestem glodny – Edgins uderzyl piescia w obudowe glowicy. Zdawal sobie sprawe z bezsensownosci tego gestu, tylko ze okropnie chcialo mu sie jesc. Od strony legowiska Klauda dobieglo gluche stukniecie, a po krotkiej chwili przerwy spazmatyczny szloch na nowo wypelnil wnetrze baraku. – Ten facet zawsze dzialal mi na nerwy, ale teraz przechodzi juz samego siebie – Jab zdecydowanym krokiem podszedl do lezacego na podlodze czlowieka i szturchnal go noga. – Ej, ty! Zamknij wreszcie swoja placzliwa jadaczke, bo urzadze ci taki bal, ze az sam sie boje. – Daj mu spokoj – powiedzial Edgins. – Przeciez to nie jego wina – pochylil sie nad Klaudem. – A czyja? – Pomoz mi go posadzic. Jab mruknal cos wysoce niecenzuralnego i niechetnie podtrzymal bezwladne cialo z drugiej strony. – Zupelnie niepotrzebny wysilek – stwierdzil, otrzepujac demonstracyjnie rece. – Predzej czy pozniej i tak wszyscy powedrujemy na smietnik, a on pokaze nam droge. Chyba powinnismy mu raczej zazdroscic, ze bedzie pierwszy. – Przestan – powiedzial Tom ze zloscia. – Klaud, slyszysz mnie? – potrzasnal szlochajacym mezczyzna. – Odezwij sie, Klaud. – Czy mozna ci jakos pomoc? – Dam mu pare klapsow po buzi, to raz dwa oprzytomnieje. – Klaud! Owal opuchnietej twarzy znieruchomial; spod wpolprzymknietych powiek spojrzaly na Edginsa wypelnione tepym strachem oczy. – Klaud, co z toba? Dal sie slyszec niewyrazny belkot. – Spokojnie – Tom polozyl rece na chudych ramionach. – Juz wszystko w porzadku. Nie musisz sie niczego obawiac. – Bylby glupcem, gdyby ci uwierzyl – wtracil Jab. – Zamknij sie – warknal Edgins. – On ma racje – skojarzyl. – Jedyne co mozemy zrobic, to zdechnac. Wlasciwie juz nas nie ma. Skazani, straceni, zagrzebani w tym zapadlym zakatku Wszechswiata – spojrzal na Klauda. – On przeciez tez mysli i rozumie. Wie dokladnie tyle samo, co kazdy z nas. Wmawianie mu, ze jest inaczej, niczego nie zmieni. A jednak nie moge patrzec obojetnie, jak meczy sie, cierpi, gasnie. Po prostu nie moge. Pogryzione wargi uwolnily kolejna fale chaotycznych dzwiekow; skamlacy glos przypominal teraz skarge skrzywdzonego dziecka. – …boje sie… boje sie… boje… – Czego sie boisz? – spytal Tom. Klaud uniosl lewa reke i podsunal mu pod oczy rozwarte wnetrze dloni. – O co ci chodzi? – nie zorientowal sie w pierwszej chwili Edgins. – Nie widzisz? – Jab zagladal mu przez ramie. – Ladny numer, nie powiem – dodal zmienionym glosem. Na pobruzdzonej, pokrytej odciskami skorze mozna bylo dostrzec niewielkie kolo, otaczajace srodek dloni cienka, lekko fosforyzujaca linia. – Rozumiesz cos z tego? – spytal Jab. Edgins nie odezwal sie. Wyreczyl go Klaud: – To kara – wybelkotal na wpol zrozumiale. – Kara… Tom przypomnial sobie zdarzenia poprzedzajace zapakowanie wiezniow do kapsul transportowych. Spojrzal na swoja lewa dlon. Nie bylo tam zadnego znaku. Chociaz… nie, na pewno nie. – U mnie – powiedzial cicho Jab – niezbyt wyrazne, ale jest. – Pokazal Edginsowi reke. – Napietnowani zloczyncy – szlochal Klaud. – Napietnowani? – zdziwil sie Tom. – Dlaczego napietnowani? Za co? Przestan wreszcie bredzic, bo doprowadzisz mnie do pasji. – Nie ma kary bez winy – wykrztusily pogryzione wargi. – Pieprzysz! – nie wytrzymal Edgins. – Kazdy z nas zostal juz wystarczajaco ukarany. – Ja, ty, my wszyscy! – zatoczyl reka polkole obejmujace caly barak. – Wszyscy przezylismy egzekucje i nikt nas nie uprzedzal, ze bedzie to zwykla szopka. A moze sie myle? Moze tylko dla mnie zabraklo reklamowych folderow Gelwony? No powiedz! Dlaczego nic nie mowisz?! – A co ma mowic? – Jab wyprostowal sie. – Nie rozumiesz? To przeciez jasne jak Slonce. Tluste gnojki w dzielnych mundurkach. Zebym ja ich dostal w swoje lapy – zacisnal piesci, a potem rozprostowal palce i z nienawiscia spojrzal na wnetrze lewej dloni. – U ciebie nic nie widac? – Na razie nic – wzruszyl ramionami Edgins. – Ale juz niedlugo – czul, ze reka pulsuje falami przejmujacego goraca. – Po jaka cholere oni to zrobili? – zastanawial sie. Ciekawe, co z nim? – Jab wskazal glowa prycze, na ktorej lezal mutant. – Chcesz go budzic? – Ani mi to w glowie. Rzuce tylko okiem. Podeszli, starajac sie stapac jak najciszej. Edgins stanal nieco z boku, a Jab kucnal obok pryczy. Mutant spal na plecach, z ramionami kurczowo przycisnietymi do piersi. – Widzisz cos? – spytal Tom stlumionym szeptem. – Lezy tak, jakby chcial mi zrobic na zlosc. – Zostaw, niedlugo sam sie obudzi. Jab z wyrazem obrzydzenia na twarzy wyciagnal reke i chcial dotknac polprzezroczystego ramienia… …trzask, krzyk przerazonego czlowieka, szeroko otwarte, zdziwione oczy mutanta i charakterystyczna won ozonu w powietrzu. Edgins zrobil krok do przodu i zatrzymal sie niezdecydowany; Jab, syczac z bolu, wstawal powoli; mutant usiadl na pryczy i spusciwszy stopy na posadzke, potrzasnal glowa jakby nieco oszolomiony, a potem wlepil wylupiaste oczy w podnoszacego sie czlowieka… – Ty zimnokrwisty wypierdku – mamrotal Jab skrzywionymi wargami. – Juz ja cie… – Masz szczescie, ze jestem nieco oslabiony – powiedzial mutant spokojnie. – Inaczej juz bys nie zyl. – Grozisz… – Jezeli stwierdzenie faktu uwazasz za grozbe? – Mierzyli sie spojrzeniami, spieci do skoku, gotowi walczyc az do ostatecznego rozstrzygniecia. Jeszcze czekali… Edgins wstrzymal oddech. W grobowej ciszy nawet sekundy przerwaly swoj niezmordowany bieg. I gdy juz wydawalo sie, ze nieuniknione musi nastapic, zabrzmial poranny gong. 13. Podchodzili kolejno do glowicy dozownika i czekali, az z glebi przegrody aprowizacyjnej pojawia sie kolorowe kostki koncentratu. Zawsze ten sam schemat: zolta, pomaranczowa i dwa male, bielusienkie krazki. Dwa… Edgins przelknal gesta sline. Gdzies w okolicy splotu slonecznego narodzila sie ognista drzazga i drazac rozdygotane trzewia szukala zeru. Palce przypominaly o swoim istnieniu wrazeniem natarczywego ssania. I jeszcze ten czerwonawy krag kaleczacy wnetrze lewej dloni! – To musi byc jakis sen – pomyslal Tom w naglym przyplywie rozpaczy. – Potworny, nierealny koszmar. Zaraz sie obudze i o wszystkim zapomne. Wielkie Nieba, chcialbym, zeby to juz byl koniec. Polprzytomnym spojrzeniem popedzal groteskowa sylwetke mutanta, ktory marudzil przy wylocie dystrybutora, prowadzac z maszyna syczacy dialog w swoim jezyku. – O czym on tak zawziecie dyskutuje? Wylupiaste oczy zwrocily sie w strone Edginsa. Nie zauwazyl tego, zaabsorbowany gwaltownymi atakami laknienia. Cala sila woli powstrzymywal sie od krzyku, ktorym moglby wyrzucic z siebie trawiacy wnetrznosci bol. – Wydzielasz niezwykle silna aure – zabarwione sliskim akcentem slowa powoli torowaly sobie droge do jego swiadomosci. – Aure? – potrzasnal glowa i wbil wzrok w twarz stojacego przed nim mutanta. Daj mi spokoj. Jaka znowu aure? – Nie rozumiem… – wylupiaste oczy zniknely na chwile za podwojna garda powiek. To sie nie zdarza wsrod Solaryjczykow. – I co z tego?! – Tom poczul, jak wscieklosc zabarwia mu policzki. – Parszywy odszczepieniec – myslal. – „U Solaryjczykow”! Gdyby nie my, ta, ich zasrana kolonia juz dawno by wpadla w strefe wplywow Rindu. W tym samym momencie spostrzegl, ze miejsce przy glowicy dozownika jest wreszcie wolne i jednym skokiem znalazl sie obok przegrody aprowizacyjnej. Drzac z niecierpliwosci czekal, az maszyna zakonczy formalnosci identyfikacyjne. Wreszcie mogl juz siegnac po pakiet koncentratow. Rozgoraczkowanym wzrokiem ogarnal zawartosc – zolta, pomaranczowa i… – Dlaczego tylko jeden? – Tom Edgins wykonal piecdziesiat szesc i osiem dziesiatych procent normy – oznajmilo urzadzenie. – Ale przeciez ominela mnie wczorajsza porcja. Chyba moge dostac teraz pelny zestaw? Pulpit glowicy zszarzal. – Odezwij sie! – krzyknal rozpaczliwie Tom pakujac reke do szczeliny identyfikacyjnej. Odpowiedzi nie bylo. Jeszcze raz rzucil okiem na pakiecik koncentratow, zawierajacy tylko jeden bialy krazek. Tylko jeden! Nie mogl juz dluzej czekac. Chciwe palce rozdarly przezroczyste opakowanie. Gorzkawy smak krystalicznych drobin na jezyku. Nareszcie! Teraz szybko polknac… Zlosliwy robak buszujacy w trzewiach zatrzymal sie na moment – chwila niewyslowionej ulgi. Jak dobrze, jak cudownie lekko! – Ciekawe, czy na dlugo mi to starczy? – pomyslal przestraszony. – W ogole nie jestem glodny. A chyba powinienem – spojrzal na kostki koncentratu lezace w poszarpanym opakowaniu. Nie chcialo mu sie jesc, ale na wszelki wypadek wlozyl jedna do ust i dokladnie pogryzl. – Woda – przypomnial sobie. – Tego mi chyba nie beda zalowac. Nie zalowali. Wzial pelne naczynie z przegrody dystrybutora i usiadl na pryczy. Pozostali zdazyli skonczyc posilek; Jab, juz w pelnym rynsztunku, mrugnal w jego strone i z uniesionym w gore kciukiem wszedl do sluzy. – Powodzenia – kiwnal glowa Tom usmiechajac sie gorzko. – Idziesz? – spytal ze swego miejsca Klaud. Edgins spojrzal na niego ze zdziwieniem. – A czy mam jakies inne wyjscie? – Nie, tylko… – Tylko co? – Nie wziales swiezej butli – Klaud pokazal komore zwrotnika, w ktorej czekala pierwsza czesc przydzialowego tlenu. – Faktycznie, zapomnialem. Nie ma pospiechu… Przez chwile przygladali sie sobie w milczeniu. – Wyglada troche lepiej niz w nocy – myslal Edgins. – Przynajmniej juz sie tak nie telepie. Te biale krazki chyba wszystkich stawiaja na nogi. – Tom – Klaud zdecydowal sie wreszcie odezwac. – Chcialem cie przeprosic, Tom – bakal niesmialo. – Przeprosic i podziekowac – dorzucil pospiesznie. Ja… – O co chodzi? – zdziwil sie Edgins. – Ja doskonale wszystko pamietam. To co mowilem i… naprawde jest mi glupio, uwierz mi. Sam nie wiem, co sie ze mna dzialo – przestepowal z nogi na noge. – Chcialem tylko, zebyscie wiedzieli. Ty i Jab. Powiesz mu, prawda? – zawiesil blagalny wzrok na twarzy Edginsa. – W porzadku, Klaud. Masz pewne. – Dzieki. Nawet nie wiesz, jakie to dla mnie wazne – odwrocil sie ucieszony i ruszyl w strone wyjscia. – Pewnie, ze nie wiem – mruknal Tom pod nosem. – Niby skad mam wiedziec? – obserwowal oddalajaca sie postac: chude plecy, patykowate konczyny, nienaturalnej wielkosci baniasta glowa. – Jab ma wyczucie – myslal ze smutkiem. – Ten facet juz dlugo nie pociagnie. Material znajduje sie na granicy plastycznosci i nie wytrzyma dodatkowego obciazenia. Po prostu trzasnie. Odnalazl maske wcisnieta w rog szafki i zaczal dopasowywac szelki stelaza. – A ja? – zastanawial sie dalej. – Gdzie jest moja granica plastycznosci? Przypomnial sobie gwaltowny final wczorajszego dma. Wysoki, zawodzacy dzwiek… I potem majakliwe przebudzenie, gorzkawy smak bialych krysztalkow, krazek kaleczacy wnetrze lewej dloni. Przyjrzal mu sie z nienawiscia. – Jestes tutaj? – az zgrzytnal zebami ze wscieklosci. – Wciaz jeszcze jestes. A niech cie jasny szlag… klal dlugo i dosadnie, ale nie przynioslo mu to zadnej ulgi. Zauwazyl, ze w baraku nie ma juz nikogo. Przez przezroczyste sciany dostrzegl sylwetke Klauda znikajaca w wylocie jednego z korytarzy i charakterystyczna postac mutanta, ktory znajdowal sie w polowie drogi do najdalej polozonego chodnika. Smiesznie podrygiwal na tych swoich palakowatych nogach. – Niezly dziwolag – pomyslal Edgins. – Co on takiego powiedzial? Aha – ze wydzielam nietypowa aure – wzruszyl ramionami. – Jezeli mu na tym zalezy… Obserwowal, jak mutant znika za usypiskiem poszarpanych glazow. Po chwili pokazal sie z drugiej strony; pomniejszony odlegloscia sprawial wrazenie owada mozolnie pokonujacego pochyla sciane. – Mrowka – stwierdzil Edgins. – Jestesmy jak mrowki. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. Nie znajac celu ani sensu wykonywanych czynnosci odwalamy dzien po dniu swoja czesc radosnej orki. Niewazne, czy kieruje nami slepy instynkt, czy tez lagodna perswazja poparta moca kodeksu badz przenikacza. Efekt koncowy jest identyczny. Mutant przerwal wedrowke, przez chwile krecil sie w jednym miejscu, a potem niespodziewanie zawrocil w strone baraku. Dotarl do sluzy, gdy Edgins walczyl jeszcze z ostatnimi paskami uprzezy. Ledwie otwarlo sie przejscie – juz wbiegl do wnetrza, niemal przewracajac zaskoczonego czlowieka. Dopadlszy swojej pryczy, odrzucil starannie poukladane bety na podloge i wpakowal reke w glab materaca. Tom dopiero teraz dostrzegl platy lepkiego sluzu pokrywajace przezroczysta skore na twarzy i ramionach mutanta. – On sie poci – stwierdzil ze zdziwieniem i zaintrygowany tak niecodziennym widokiem postapil krok naprzod. – Poci sie, niech mnie drzwi scisna! Penetrujaca bebechy materaca reka znieruchomiala, znalazlszy widocznie to, co bylo celem poszukiwan. Mutant wyszarpnal ja na zewnatrz. Biale krazki rozsypaly sie po posadzce – z wyjatkiem jednego, ktory powedrowal miedzy waskie, znieksztalcone grymasem bolu wargi. Jeszcze przez chwile wylupiaste oczy lsnily chorobliwym blaskiem, a potem blony mruzane zgarnely z nich mgle szalenstwa i Edgins az ugial sie pod naporem przenikliwego wzroku. – Do tylu! – uzadlil sliski glos. Pokornie stanal pod sciana i patrzyl, jak tamten zbiera rozsypane krazki, liczy je, a nastepnie chowa do zawieszonego u pasa pojemnika. Bezwiednie przelknal sline… – Skad to masz… az tyle? – Po prostu lubie oszczedzac – mutant usiadl na pryczy i poprawil przekrzywiony stelaz, nie spuszczajac oczu z Edginsa. – Kazdy kombinuje jak potrafi – dorzucil wzruszajac ramionami. – Tak cie to dziwi? – Kazdy kombinuje jak potrafi – powtorzyl Tom w duchu. – A przeciez on potrafi o wiele wiecej niz ktokolwiek z nas. Moze zmieniac strukture substancji, dostosowujac ja do potrzeb swojego organizmu, kontrolowac metabolizm i robic cala kupe innych rzeczy, o ktorych nie mamy pojecia. Lekcewazac ostrzegawcze sykniecie podszedl blizej i oparl sie o glowice dozownika, o trzy kroki od mutanta. – Pamietasz co spotkalo Jaba? – Pamietam – skinal glowa Edgins. – Mysle jednak, ze to byl przypadek. Po prostu spales. Mysle tez, ze bardzo niechetnie decydujesz sie na taki numer. To chyba troche wyczerpuje, co? – Sporo myslisz. – Kazdy kombinuje jak potrafi – zasmial sie Tom. – Moglbys mi pokazac swoja lewa reke? – Wscibski jestes – powiedzial mutant wyciagajac ramie. Wnetrze dloni bylo puste. Zadnego znaku. – Tak przypuszczalem – mruknal Edgins. – Duzo odlozyles tych bialych krazkow. Nie boisz sie? – Czego? – Skoro nam je daja, to znaczy, ze sa potrzebne. Uodparniaja na jakies tutejsze bakterie, promieniowanie, bo ja wiem co? W kazdym razie pomagaja, tego jestem pewien. – Narkotyki tez pomagaja rzucil krotko mutant. – Narkotyki?! Chyba nie chcesz powiedziec, ze oni nas… – Nie, to byloby za proste. – Wiec o co chodzi? – O nic – mutant wstal i biorac do reki maske ruszyl w strone sluzy. – To ty zaczales pytac. – Sluchaj – Edgins niepomny ostrzezenia chwycil go za ramiona. – Co jest w tych bialych krazkach? Przeciez wiesz. To dla ciebie zadna trudnosc rozszyfrowac budowe dowolnej substancji. Na pewno juz to zrobiles. Zobacz! – podsunal przed wylupiaste oczy wnetrze lewej dloni. – Wszyscy to mamy. Wszyscy, z wyjatkiem ciebie. Mutant popatrzyl na fosforyzujace kolko bez najmniejszego zainteresowania. – Trzeba isc powiedzial cicho. Juz czas najwyzszy. – Nigdzie nie pojdziesz – warknal Edgins popychajac go z powrotem na prycze. – Niezbyt cie tu lubia, co? Badz grzeczny, bo w korytarzach latwo o nieszczesliwy wypadek. Ktos mi mowil, ze te jaskinie sa bardzo niebezpieczne. – Aura – wymamrotal mutant. – Zmienia sie… – Przestan pieprzyc! Potrzebuje konkretnych informacji. Te zarodniki w studniach. Nie zbieramy ich chyba bez przyczyny? – Bez przyczyny… to niemozliwe – zaslonil twarz ramieniem. – Nie swiec tak, blagam! – Zwariowal – pomyslal Tom. – Calkiem mu sie pomieszalo. A moze udaje? – scisnal piesci az do bolu. – Nie probuj mnie kolowac swoimi sztuczkami, slyszysz? Chce tylko, zebys mi pomogl polapac sie w tym wszystkim. Przeciez mozesz to zrobic. – Kim jestes? – w glosie mutanta brzmiala nuta autentycznego strachu. Edginsowi rece opadly. – Azeby cie pokrecilo – jeknal. – Kim jestes? – pytaly przysloniete blonami oczy. – Kim jestes? – powtorzyly sciany baraku. – Kim jestes?! – zadudnilo echem sklepienie pieczary. 14. Kunsztownie zdobiona patera przeciela powietrze i roztrzaskala sie o sciane. Lizey w napadzie zwierzecej furii skoczyla w sam srodek potluczonych skorup i obcasami podkutych butow zmienila je w rozowa miazge. – Nie potrzebuje twoich upominkow – warczala z dzika zawzietoscia. – Nie potrzebuje twoich zaslinionych westchnien, smierdzacych pocalunkow i nieporadnych pieszczot. Zniszcze cie, komendancie! Dopadne i rozszarpie, chocbys sie zaszyl na drugim koncu Wszechswiata. Ty, ty… – misternie wykonana szkatulka podzielila los pozostalych podarunkow, ktorymi Ubir nuf Dem mial zwyczaj obsypywac obiekt swoich uczuc. Spod koscianego wieczka wyprysnely biale krazki, znikajac w puszystym podlozu. – To juz koniec – Lizey stala posrodku pobojowiska toczac ponurym wzrokiem po zdemolowanym pomieszczeniu. – Wszystko stracone, nie ma a czym mowic. Za tydzien, najdalej dwa, Rada zapozna sie z raportem tego kurdupla Fuertada i trzeba bedzie spakowac manatki. Wracac na Ziemie? Bzdura! Co ja tam mam do roboty? Usiasc grzecznie w jakims kacie i czekac na swoja kolejke do pieca kremacyjnego? Zgoda, ale zanim to sie stanie, obel-borcie, przeklniesz dzien, w ktorym mnie poznales. Kiedys przeciez i ty opuscisz Gelwone, a wtedy… – cichy smiech wypelnil wnetrze pomieszczenia zlowrozbna melodia. – Bede marzyla o tym spotkaniu. Opracuje szczegolowy plan, przygotuje kazdy drobiazg i zaczekam. Jestem cierpliwa, Ubirze. Co najmniej tak cierpliwa, jak ty glupi. Mam nadzieje, ze to wystarczy. Chwile jeszcze stala nieruchomo, pieszczac umysl wizja przyszlej zemsty, a potem wezwala automaty i zleciwszy im doprowadzenie wszystkiego do porzadku, wypelnila korytarz marszowym lomotem podkutych butow. Ruch dawal zludzenie konkretnego dzialania i pozwalal zapomniec o lawinie spowodowanej kretynska decyzja komendanta. Teraz, kiedy sprawa wymknela sie z zasiegu rak, pozostawalo juz tylko bierne oczekiwanie. Trzeba bylo wypelnic ten czas przynajmniej pozorami aktywnego zycia. Prosta metoda samooszukiwania sie, zapewniajaca, przy umiejetnym stosowaniu, odrobine komfortu psychicznego, a wlasnie tego Liz potrzebowala najbardziej. Przed wejsciem do kantyny oficerskiej przystanela na chwile i poprawila niesforne kosmyki wymykajace sie spod helmu. Howden czekal na nia juz wystarczajaco dlugo, bo zdazyl uprzyjemnic sobie samotnosc kilkoma porcjami wytrawnego lentilu. – Dla mnie to samo – zadysponowala, siadajac obok niego na wyscielanym trojnogu. Karlowaty kelbot realizowal zamowienia w blyskawicznym tempie. Liz wychylila oszroniony pucharek i rozejrzala sie po nienaturalnie cichej kantynie. – Troche pusto – mruknal Howden, obejmujac ja delikatnie w talii. – Powtorzysz? – pstryknal paznokciem w oproznione naczynie i nie czekajac na odpowiedz, przywolal stojacego w pobliskiej niszy kelbota. Automat przy kolebal sie skwapliwie i zamarl w wyczekujacej pozycji. – Zamow cos mocniejszego – powiedziala Lizey. – Mam ochote sie napic. – Wedle zyczenia – zarechotal. – Jak za starych, dobrych czasow, co? Juz sie robi! Obserwowala jego halasliwa krzatanine z mimowolnym grymasem politowania, wyginajacym nieznacznie kaciki warg. Smieszyl ja ten grubawy facet o nalanej twarzy i rozsadzajacym mundur cielsku. – Wiesz Liz, nie widzialem cie juz chyba ze dwa miesiace – tokowal nieustannie. – Z tymi dlugimi wlosami nawet niezle wygladasz, tylko po jaka cholere zmienilas kolor? Milczala bawiac sie pustym pucharkiem. Swiatlo, rozszczepione krysztalowym ornamentem, piescilo wzrok gama teczowych blyskow. Gadanina Howdena niewiele ja obchodzila. Wazne bylo, ze siedzac tutaj nie musiala myslec o gromadzacych sie nad glowa chmurach. Kelbot bezszelestnie zmienil nakrycia. Liz zauwazyla przed soba czarke z ulubionym koktajlem i poslala w strone Howdena laskawy usmiech. – A teraz przyznaj sie, dlaczego nie odwiedzilas mnie na Gelwonie? – sapnal, obejmujac ja z niedzwiedzia tkliwoscia. – Urzadzilismy tam sobie taki maly zlot, a ty siedzisz na tej Stacji, jakbys miala tu cos ciekawego do roboty. Musialem sie niezle napocic, zeby do ciebie przyleciec. Robie teraz za inwalide, wiesz? Kazalem sobie zalozyc kilka szwow w roznych ciekawych miejscach, pozniej ci pokaze – tluste wargi rozplaszczyly sie na policzku Lizey. – No, skarby moje, co cie zatrzymalo na tej skorupie? Odepchnela go gwaltownie. – Musiales mi przypomniec – warknela, odstawiajac z trzaskiem czarke musujacego koktajlu. – Przeciez przyszlam tu, zeby o tym nie myslec. Howden, sploszony jej piorunujacym spojrzeniem, odsunal sie na bezpieczna odleglosc. – Moze zechcesz mnie uswiadomic – zaproponowal. – Uswiadomic! – parsknela gniewnie. – I tak nie potrafisz mi pomoc. Nikt juz tu nic nie zrobi, wiec po co sobie strzepic jezyk? – Z twoich slow wnioskuje, ze troche sie tu namieszalo. – Od wczoraj przebywam w tymczasowym areszcie, to znaczy, nie moge nosa wystawic poza Stacje i nie mam dostepu do obowiazujacych hasel. Ta kanalia Ubir nuf Dem zalatwil mnie bez pudla. Niepredko sie zobaczymy, Howden. Bede chyba musiala pozegnac Gelwone. Zagwizdal przeciagle, wydymajac komicznie wargi. – Przeskrobalas cos? – Fuertad przyczepil sie, ze mu psuje surowiec. Wypichcil na ten temat jakis raport, a ten cymbal Ubir zamiast ukrecic leb calej sprawie, pchnal ja dalej. – Co mu sie stalo? Mialas u niego takie przody… – Mialam. A teraz on ma u mnie taaaki ogon. Gdybym mogla, wepchnelabym mu te teleskopowe slepia do czaszki. – Kiedy? – zainteresowal sie Howden. – Co kiedy? – Kiedy on to zrobil? – Przeciez mowie, ze wczoraj. Zanim polecial na Gelwone – drzaca reka uniosla czarke do ust. – No to jeszcze nie jest tak tragicznie. Dopoki obowiazuje Procedura Obszaru Zamknietego, mozesz sie niczym nie przejmowac. Do odblokowania kanalu nadrzednego potrzebna jest obecnosc komendanta i kreatora, a Fuertad niepredko opusci Gelwone. Kazdy z nich zna polowe kodu, wiec… – Masz pewnosc? – Liz uczepila sie tej informacji jak przyslowiowego zdzbla trawy. – Absolutna – dla potwierdzenia swoich slow oproznil jednym haustem pojemna czarke i dodal: – Co ty bys zrobila bez starego Howdena? Wynagrodzila go promiennym usmiechem. Niech mu bedzie – zasluzyl sobie. – No i prosze – pokiwala z uznaniem glowa. – Ubir nuf Dem szybko sie uczy. Kto by pomyslal, ze jest taki zdolny. Niezly blef, naprawde niezly. O maly wlos dalabym sie nabrac. Jeszcze raz uporzadkowala wydarzenia. Procedure wprowadzono przedwczoraj i zaraz potem Fuertad z ekipa ratunkowa polecial na Gelwone. Komendant mial do niego dolaczyc nastepnego dnia, razem z reszta korpusu oficerskiego. Musial sie z nia skontaktowac przed samym odlotem – pamietala, ze byl w polowym mundurze, kiedy komunikowal jej swoja decyzje. Zabilaby go chyba na miejscu, ale co mozna zrobic z przestrzenna projekcja, przez ktora wszystko przelatuje jak przez powietrze? Pewnie mial niezly ubaw, gdy tak miotala sie po segmencie, probujac go dosiegnac. Zrobila z siebie idiotke, ale teraz nastepny ruch nalezy do niej. I zostanie wykonany. Chyba, ze… – Fuertad na pewno siedzi na Gelwonie? Widziales go? – Jak ciebie teraz, skarbie – rozwial jej obawy Howden. – Nie moglem sie od niego uwolnic. Weszy jakas grubsza afere i chcial mi na sile wmowic, ze jestem wszystkiemu winien. A co ja mam do tego? Polowa Drugiego Kontynentu w drzazgach, wlosy deba staja na samo wspomnienie. On ma racje, to nie mogl byc przypadek… Sluchala go jednym uchem, przez caly czas rozwiazujac skomplikowana lamiglowke, w ktorej postanowila wziac udzial. Guzik ja obchodzily zagadkowe zjawiska zaklocajace spokoj Gelwony. Abstrakcyjne boje toczone przez zadnych wrazen samcow stanowily odlegle tlo, mogace wprawdzie umilac czas, ale nie majace prawa wplywac w sposob istotny na jej zycie. Tym razem jednak sprawa nabrala zupelnie innych wymiarow. Ironiczny usmiech zabarwil twarz Lizey. Zrozumiala, ze sytuacja, w jakiej sie znalazla, pozostawia pewien margines swobody, pozwalajacy wykonac kolejny manewr. W jej umysle dojrzewal przewrotny plan, w ktorym role zwierzyny mial odegrac Ubir nuf Dem, mysliwego Fuertad, a nagonki – chwiejacy sie na sasiednim trojnogu Howden. Kolejna porcja musujacego koktajlu sprawila, ze wnetrze kantyny okrylo sie lepka mgla. Lizey potrzasnela glowa i przecierajac zaczerwienione oczy rzucila czujne spojrzenie w zakrywajace pol sciany lustro. – Szlag by trafil te wlosy – pomyslala ukladajac niesforne pukle w zgrabna aureole. – Trzeba je skrocic, koniecznie… Odbicie Howdena zafalowalo i przez moment miejsce znanego az do obrzydzenia oficera zajmowal zupelnie inny czlowiek. Widziala jego poruszajace sie usta i wyciagnieta dlon, ktorej wnetrze kaleczyl lekko fosforyzujacy okrag. – Znowu – jeknela glucho Liz i czarka wraz z resztkami koktajlu uderzyla w lustrzana tafle. – Chodzmy stad! – szarpnela Howdena za ramie. Zabelkotal cos niezrozumiale i po zrobieniu dwoch krokow rozciagnal sie jak dlugi. – Szybciej! – ponaglala go bezskutecznie, az wreszcie chwycila za klapy munduru i z trudem doprowadzila bezwladne cielsko do pozycji siedzacej. – O rany – miauknal rozpaczliwie Howden. – Wszystko mi sie pieprzy… Dostrzegla zmiety lachman czlowieka rozciagniety na twardej, pokrytej cienkim materacem polce. Szarpnela go za ramie, a on spojrzal na nia tak jakos dziwnie, jakby… – Kim jestes? – padlo z jej ust mimowolne pytanie. 15. –  Kim jestem? – kolatalo w mozgu Edginsa. – Co ja tu wlasciwie robie? Po co ta cala maskarada? Dlaczego kazali mi zyc?! – pamiec przywolala obraz pieciu bialo odzianych egzekutorow i szczek metalowych klamer, gloszacy rozpoczecie ceremonii stracenia. – Na wszystkie swietosci Nieba i Ziemi, nie wytrzymam ani chwili dluzej!!! Walczyl z narastajacym uczuciem laknienia, zdajac sobie sprawe, ze z kazda sekunda jest coraz blizej bariery, za ktora oczekuje go pozorne ukojenie. Odczuwal niemal fizyczny bol na wspomnienie gorzkawego smaku krysztalowych drobin. Zlosliwy robak, gorszy od wszystkiego, bo niematerialny. Nie ustanie w poszukiwaniach, dopoki nie zlozysz mu naleznej daniny. Wystarczy tylko zgiac reke w lokciu, polozyc na jezyku chropawy krazek i zamknawszy usta, czekac… – Iris – zacisniete na krawedzi pryczy zeby uwolnily jedynie klab pozbawionych znaczenia dzwiekow. – Pomoz mi… Zobaczyl ja, jak stoi oparta o glowice dozownika, przygladajac mu sie z wyrazem zdziwienia wypelniajacym miodowe oczy. Dlugie kasztanowe wlosy rozpuscila w swobodny welon, opadajacy az na plecy. – Dlaczego nie spisz? – spytala. – Juz pozno. Wyciagnal do niej reke i wtedy zauwazyl, ze postac Iris ulegla gwaltownej metamorfozie: stala sie nagle przejrzysta, a potem… Ogarnela go rozpacz. …pochylala sie nad nim mowiac cos pieszczotliwym tonem, ale to nie byla Iris, tylko jakas zupelnie obca kobieta. Szarpala go za ramie i kazala gdzies isc. Dokad? Przeciez tutaj jest jego wlasciwe miejsce. Gelwona, skad ta nazwa…? – Mam halucynacje – uswiadomil sobie z trudem. – Mutant mowil prawde, to cos w rodzaju narkotyku. Skupil wzrok na twarzy kobiety. Gdzies w plataninie korowych tuneli odnalazl jej wizerunek, ale wymykajaca sie spod kontroli wyobraznia zaczela nakladac na siebie dwa niezalezne obrazy i juz po chwili kojaco chlodna dlon Iris dotknela rozpalonego czola Edginsa. – Dlaczego to zrobilas? – spytal. – Dlaczego nie czekalas az wroce? Przeciez obiecalas… – czul lzy naplywajace do oczu i cala sila woli staral sie je powstrzymac. – Musialem, naprawde musialem… – I co z tego? – wzruszyla, ramionami. – Myslisz, ze kogos to obchodzi? Zamiast sie mazac, lepiej bys troche pospal. – Pocaluj mnie – poprosil. – Tez pomysly – zarechotal Jab. – Jak pragne podskoczyc, wszystkim odbija. – Zrywaj sie – warknal Edgins. Ognista kula eksplodowala gdzies w piersiach i zamknela cale cialo w ognistym kokonie. Koniuszki palcow zaalarmowaly uklad nerwowy wrazeniem nieznosnego ssania; zupelnie jakby ktos probowal oderwac mu paznokcie. – Co ci wlasciwie dolega? – spytal Jab. – Kra-zki – wybelkotal Edgins. – Nie-bra-lem… – Dlaczego? Przeciez odwaliles dzialke. Nie dostales? – Specjalnie… Bol jakby troche zelzal… Sa tutaj, schowalem… – Co ci odbilo? – Reka – wyciagnal lewa dlon. – Mutant nie ma tego kolka. A wiesz dlaczego? Chowa wszystko do materaca. Bierze tylko wtedy, kiedy go naprawde przycisnie… – Adziabadzia – zawyrokowal Jab. – Uwierzyles w te bajki? – To nie sa bajki. Widzialem jego reke. Ani sladu. – Moze na niego to nie dziala? Te zimnokrwiste jajorodki znaja rozne sztuczki. Mogl cos zamieszac. – Nie mogl – pokrecil glowa Edgins. – Zalatwili go zaraz na wstepie, podczas snu. Inaczej nigdy by im sie to nie udalo. Dozylna dawka preparatu blokujacego wrodzone zdolnosci. Kiedy otworzyl oczy, bylo juz po zawodach. Moze tylko rozpoznawac substancje. – Czyzby? – Jab zastanawial sie przez chwile. – Doskonale pamietam, jak na poczatku naszej znajomosci… – Fakt, ale to byly resztki jego mozliwosci – mruknal Tom unoszac sie na lokciach. – Teraz juz i tego nie potrafilby zrobic. Jab wykrzywil twarz w grymasie niedowierzania. – Jezeli kupiles bajer, to zatrzymaj dla siebie, a nie probuj opychac innym – powiedzial. – Ja w kazdym razie nie mam zamiaru tego przyswajac. Poszczegolne slowa docieraly do Edginsa z dudniacym poglosem. Sluch wyczynial dziwne harce, mieszajac rzeczywiste dzwieki z tworami przypadkowych imaginacji. Na moment postac Jaba rozdwoila sie, a kazda z nowo powstalych polprzejrzystych sylwetek odgrywala zupelnie inny zestaw min i gestow. Tom nie mogl sobie z tym w zaden sposob poradzic. – Podwojne widzenie – pomyslal. – Slyszalem o czyms takim. Wydawalo mu sie, ze lada chwila zleci z pryczy, wiec wbil palce w poslanie i rozplaszczyl cialo jak tylko mogl najbardziej. Upadek z takiej wysokosci nie dawal szansy na przezycie. Zeby chociaz ten wiatr ustal, moze wtedy… – Skad wiatr? – zastanowil sie nagle. – Wielkie Nieba, ja chyba oszaleje. – No to sobie szalej – burknal Jab. – Nie mam zamiaru ci w tym przeszkadzac – chcial odejsc, lecz Edgins chwycil go za rekaw i, mimo oporu, posadzil z powrotem. – Przeciez to logiczne – probowal tlumaczyc, nie wiedzac, ze jego wargi pozostaja nieruchome. – Najprosciej podporzadkowac sobie ludzi, karmiac ich jakims uzalezniajacym swinstwem. Pozbawieni wolnej woli beda wtedy wykonywac dokladnie to, czego sobie zycza karmiciele. Zrozum, jedyna nasza szansa to wyzwolic sie z tej zaleznosci. Moze wtedy… – O co ci wlasciwie chodzi? – spytal Jab zniecierpliwionym szeptem. – Nie wiem – jeknal Edgins. – Skad mam wiedziec? Chcialem po prostu cos zrobic, zeby nie czekac z zalozonymi rekami, ale nie potrafie, nie dam rady… Lodowate ostrza bombardowaly jego glowe seriami glebokich, przenikliwych uderzen. Za kazdym razem, gdy wyimaginowany cios siegal koscianej puszki, rozlegal sie cichutki brzek, przypominajacy spiew miniaturowych dzwoneczkow. Bylo ich coraz wiecej i wiecej az wreszcie perlista kakofonia wypelnila cala przestrzen, nie pozostawiajac miejsca na nic innego. …na granicy swiadomosci trwala walka, ktorej wynik byl z gory przesadzony – wystarczylo tylko zgiac reke w lokciu i zamknawszy usta odczekac, az pierwsze gorzkie drobiny splyna w glab trzewi rozszarpywanych uczuciem nieznosnego laknienia… Dzwony. Huragan dzwonow. Gdzies z glebi ogluszajacego grzmotu wyplynal wysoki, zawodzacy dzwiek, wypelniajacy kazda komorke, kazdy nerw katowanego ciala, zacierajacy granice pomiedzy tym co poza a tym co w srodku… Przez kurtyne powiek przedarl sie rozmazany obraz – nieruchoma twarz o ostrych rysach i wystajacych kosciach policzkowych. Atletycznie zbudowany mezczyzna lezy zawieszony w pajeczynie silowych pol, a w tle widac rozsypana tyraliere ciemnowisniowych postaci. – Znam tego czlowieka – pamiec Edginsa rozpoczela goraczkowe poszukiwania, podczas gdy on sam cala sila woli odpieral kaskady zawodzacego dzwieku. Jak wtedy na Astaborze w czasie wariackiego rajdu, ktory skonczyl sie schwytaniem calej formacji w kolapsowa pulapke… Gradienter Tietz – prawa reka dowodcy Eskadry! Skojarzenie bylo tak szybkie, jakby ktos z boku podsunal mu wlasciwe rozwiazanie. 16. Grawitonowy mobil wiozl obel-borta w kierunku ruin Fortu B. Siedzacy za sterami mlody chlopak w poplamionym kombinezonie z trudem odnajdywal w zdemolowanym pejzazu zarys dawnego szlaku komunikacyjnego. Konfiguracja terenu zmienila sie tu jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki. Ubir nuf Dem nie poswiecal zbyt wiele uwagi obrazom przeplywajacym za szyba wideoramy. Siedzac w pelnej skupienia pozycji Re-epi probowal po raz kolejny doprowadzic umysl do normalnego stanu, ale natlok wrazen i rozbicie ustalonego porzadku dnia pozostawilo zbyt trwale slady w jego delikatnej psychice. A na dodatek jeszcze ta rozmowa z Liz… Okropnosc! Zniechecony bezskutecznym powtarzaniem medytacyjnych formul obel-bort narzucil na ramiona wzorzysta peleryne i wydobywszy z kieszeni krazek mnemogramu, pokiwal z zadowoleniem glowa. – Na szczescie mam to juz za soba – mruknal. – Niech sie teraz troche podenerwuje; pozniej bedzie mi tym bardziej wdzieczna. Powiem jej, ze Rada, za moim wstawiennictwem wydala przychylne orzeczenie, a Glowny Modyfikator polecil, bym osobiscie nadzorowal i ocenial przebieg dalszej sluzby. To powinno odniesc wlasciwy efekt – usmiechnal sie do swoich mysli. – Mam nadzieje, ze ten duren Fuertad zapomni o calej sprawie. Tyle sie ostatnio wydarzylo… Stroskanym wzrokiem obrzucil ruiny mijanych budowli, pomiedzy ktorymi dostrzegl kilku ludzi z ekipy ratunkowej. Wygladali dziwnie obco na tle gelwonskiego krajobrazu, podobnie jak resztki zburzonych konstrukcji i kanciaste sylwetki ciezkich maszyn metodycznie porzadkujacych teren. – Jestesmy jak robactwo – stwierdzil z niechecia Ubir nuf Dem. – Swoja obecnoscia kaleczymy tylko naturalna formule piekna, dajac tym samym dowod wlasnej glupoty. Niewiele pozostalo w tych ludziach z dawnych pionierow – tkliwym spojrzeniem objal rodowy pierscien i zwracajac sie do siedzacego na pulpicie skrzydlaka dodal: – Coraz czesciej zdaje mi sie, ze w tym swiecie nie ma juz dla nas miejsca. Ulubieniec przeskoczyl na kolana obel-borta i wtulajac dziob w poly munduru dopominal sie o pieszczote. – Tak, tak, Chief – pokiwal glowa Ubir nuf Dem. – Rzeczywistosci nie mozna zmienic, mozna ja tylko zaakceptowac albo odrzucic. Z tym ze to drugie jest o wiele trudniejsze – wbil wzrok w roztaczajacy sie za szyba wideoramy krajobraz. Mobil pokonal wlasnie ostatnie dzielace go od Fortu gruzowisko i pedzil teraz po uprzatnietym szlaku w strone prowizorycznej konstrukcji, w ktorej miescil sie sztab akcji ratunkowej. Po przekroczeniu trzech stref kontrolnych pojazd zakonczyl swoja wedrowke w sluzie, skad zastrzezonym tunelem przewieziono obel-borta kilka kondygnacji w dol. Fuertad juz tam na niego czekal. – Chodzmy, komendancie – Ubir nuf Dem zauwazyl, ze kreator zapomnial o regulaminowym pozdrowieniu. Musial byc naprawde bardzo czyms poruszony. Mineli wyprezonych jak struna straznikow i przez masywne wrota przedostali sie do najnizej polozonej czesci Fortu. Korytarze nosily gdzieniegdzie slady eksplozji. Obel-bort spostrzegl, ze wyloty wielu odgalezien zostaly zablokowane szczelnymi przegrodami. – Dehermetyzacja – wyjasnil Fuertad, widzac jego zdziwienie. – Trzeba bylo odciac czesc najbardziej zrujnowanych chodnikow. Reszte dalo sie jakos polatac. Nie ma obawy, tutaj mozna swobodnie oddychac. – To jasne – powiedzial Ubir nuf Dem. – Inaczej nie podjalby sie pan roli przewodnika. Kreator pozostawil te uwage bez komentarza. Fotel wyskoczyl do przodu i obel-bort musial zdrowo wyciagac nogi, zeby za nim nadazyc. Wychodzac zza kolejnego zakretu zauwazyl ciemnoczerwone plamy szpecace gladz lekko wkleslej sciany, a nieco dalej zmasakrowane zwloki ludzi nalezacych do zalogi Fortu. Fuertad zamienil kilka slow z oficerem, ktory wydawal rozkazy trzyosobowej grupie pakujacej rozbebeszone szczatki do szesciennych klockow. – Zgineli na posterunku – pomyslal Ubir nuf Dem. – Oddali swe mlode zycie w obronie godnosci ludzkiej i zaszczytnych idealow – podrapal siedzacego mu na ramieniu skrzydlaka. – Jak sadzisz, Chief – zagadnal – czy i dla nas przygotowano juz taki gustowny szescianik? Ulubieniec odpowiedzial cichutkim popiskiwaniem. – Prosze tedy, komendancie – Fuertad skrecil gdzies w bok i po chwili wkroczyli do olbrzymiej pieczary, ktorej dno zalegaly haldy wrzecionowatych zarodnikow. Wiekszosc z nich byla popekana, a w nieruchomym powietrzu zastygly tumany rudawego pylu. – Trzeba by tu co nieco posprzatac – skrzywil sie obel-bort, zatykajac palcami nos i przyspieszajac kroku. – I pomyslec, ze z czegos tak nieprzyjemnego mozna robic najbardziej poszukiwane kosmetyki, o ktore walcza mieszkancy wszystkich cywilizowanych swiatow. Powinienes to zapamietac, Chief. Nieraz warto poswiecic troche czasu, by z odrazajacych pozorow wydobyc ukryte piekno. Azurowym pomostem biegnacym tuz pod masywnym stropem przeszli nad skladowiskiem – przystajac na moment wsrod resztek stanowiska dyspozycyjnego. – Nasi odbiorcy beda musieli zadowolic sie tym, co zostalo – zaskrzeczal Fuertad z nie ukrywanym zalem. – Cale wyposazenie do wymiany. Minie wiele tygodni, zanim zdolamy doprowadzic to wszystko do pierwotnego stanu. Obecny poziom produkcji… – Zeby to doprowadzic naprawde do pierwotnego stanu, nalezaloby oczyscic planete z ludzi i pozostawic wlasnemu losowi – stwierdzil obel-bort w duchu, a glosno powiedzial: – Nie poglaszcza pana po glowie, Fuertad. W koncu to pan jest odpowiedzialny za produkcje, do mnie nalezy tylko ochrona. – Sprawa sie wyjasni, gdy rozpoznamy przyczyne tego wydarzenia – obciagniete pergaminowa skora palce kreatora przypominaly szpony drapieznego ptaka zacisniete na ciele ofiary. – Podejrzewam dywersje, komendancie, a to juz chyba panski resort? – zawiesil glos na drwiacej nucie. – Za co on mnie tak nienawidzi? – zastanowil sie Ubir nuf Dem. Fuertad odczekal chwile, tak jakby sycil wzrok widokiem zapedzonej w pulapke zdobyczy, a potem poprowadzil obel-borta polkolistym korytarzem, nad ktorego wylotem widnialy trzy wspolsrodkowe okregi wymalowane jaskrawoczerwona, fosforyzujaca farba. Znak ten uswiadomil komendantowi, ze zblizaja sie do najwazniejszej czesci skalnego labiryntu. – Podejrzewa dywersje – Ubir nuf Dem powtorzyl w myslach ostatnie zdanie kreatora. – Ciekawe, jak on to sobie wyobraza? Gelwona jest przeciez obiektem o zerowej klasie tajnosci. Nawet ja nie mialem pojecia o jej istnieniu, dopoki Rada nie powierzyla mi tej trupiarni. Nikt z zewnatrz nie mogl sie do niej dostac, to pewne. Przyczyna musi byc ukryta gdzies tutaj. Wartownicy stojacy przed bariera pionu komunikacyjnego wykonali z malpia precyzja serie zgodnych z rytualem gestow. Ubir nuf Dem usmiechnal sie widzac, z jakim nabozenstwem Fuertad ignoruje ich pozdrowienia. – Popatrz, Chief, tak niewiele trzeba, by usatysfakcjonowac czlowieka – szepnal do ucha swego ulubienca. – I pomyslec, ze ta zasuszona mumia trzyma w rekach nitki, od ktorych szarpniecia zalezy, byc moze, istnienie calej rasy. Smieszne, ale prawdziwe. Tak prawdziwe, ze az sie wierzyc nie chce. Lopot bloniastych skrzydel zabrzmial niemal jednoczesnie z cichym swistem pokonywanej roznicy poziomow. Fuertad obdarzyl maskotke obel-borta zirytowanym spojrzeniem. – Jestesmy na miejscu – warknal i ledwie przejscie stalo sie wystarczajaco szerokie, wyjechal na srodek rzesiscie oswietlonego korytarza. – Bardzo prosze, komendancie. To juz tutaj – wykonal dlonia zapraszajacy gest. – Poziom odbioru – pomyslal Ubir nuf Dem i postapil krok naprzod. Wymalowane na przeciwleglej scianie trzy wspolsrodkowe okregi stanowily pierwszy szczegol, na ktorym zatrzymal sie wzrok obel-borta. Nastepnym byla grupa nieruchomych cybotow, stojacych w glebi lewej czesci korytarza. Karykaturalne sylwetki stanowily istna parodie ludzkich ksztaltow, a widok manipulatorow zacisnietych na kolbach ciezkich miotaczy sprawil, ze Ubir nuf Dem czym predzej odwrocil glowe w druga strone. Fuertad zajety byl likwidacja ostatniej zapory. Skierowal pyszczek deszyfratora w samo centrum skalnego monolitu, ktorego gladka, jakby wypolerowana, plaszczyzne przebiegaly bledne ogniki, sygnalizujace obecnosc bariery biotronicznej. – Tylko szaleniec moglby zdecydowac sie na probe pokonania tych wszystkich przeszkod: poczawszy od budynkow na powierzchni planety az na sam dol – stwierdzil Ubir nuf Dem w duchu. – Szaleniec albo ktos doskonale znajacy labirynt przejsc, zabezpieczen, szyfrow i hasel, odmiennych przeciez dla kazdego z kilkudziesieciu gelwonskich Fortow. W samym srodku nieskazitelnie gladkiej tafli pojawila sie pierwsza skaza – ciemny punkt, z ktorego wybieglo kilka ledwie widocznych, promienistych pekniec. Zaraz potem zapora drgnela, a wzdluz wyraznych juz teraz szczelin przeniknely rozance teczowych wyladowan. W niemal doskonalej ciszy poszczegolne bloki rozjechaly sie na wszystkie strony i tylko koncowe ich fragmenty wystawaly ze scian i sklepienia, upodabniajac przejscie do zebatej paszczy monstrualnego drapieznika. – Nie jest to najprzyjemniejszy widok – pomyslal Ubir nuf Dem, wkraczajac za kreatorem w glab zawiesistej ciemnosci. Gdy sie obejrzal, przejscie bylo juz zasklepione i w tym samym momencie z gory spadly potoki rozowego swiatla. – Spokojnie, Chief – uspokoil ulubienca, ktory gniewnym popiskiwaniem dawal znac, jak bardzo mu sie to wszystko nie podoba. – Powinienes byc bardziej powsciagliwy w okazywaniu swoich uczuc. Wolnym krokiem podszedl do najblizszego pojemnika, stojacego w dlugim szeregu identycznych, kanciastych bryl. Pod przezroczysta pokrywa lezal nagi mezczyzna. Jego lewa reka spoczywala tak, by widac bylo wnetrze dloni naznaczone trzema fosforyzujacymi kregami. Rzut oka na ekran bloku kontrolnego uswiadomil obel-bortowi, ze czlowiek ten jest martwy. – Wszyscy – zaskrzeczal ze swego fotela Fuertad. – Wstrzasy uszkodzily system witalny. Cala przygotowana do obrobki grupa, okolo trzystu sztuk. – Dla nich to nawet i lepiej – myslal Ubir nuf Dem idac wzdluz galerii nieboszczykow. – Wreszcie udalo im sie uciec. W ktoryms z pojemnikow dostrzegl zupelnie mloda dziewczyne; podziwiajac jej harmonijna budowe, probowal zgadnac, coz takiego mogla zrobic ta tak niewinnie wygladajaca istota, ze skazano ja na zycie najgorsze z mozliwych. – Sam widzisz, Chief, jakie to wszystko jest skomplikowane – mruknal. – Brak klarownej reguly sprawia, ze miotamy sie w kilku wymiarach, popedzani nieublaganym pradem czasu i nigdy nie mamy pewnosci, czy naszej gonitwy nie zwienczy rownie bezsensowny final. Zreszta, czy ktorykolwiek z mozliwych finalow mozna nazwac sensownym? Wrocil na poczatek ponurej galerii i puszczajac mimo uszu monolog kreatora, szedl ze wzrokiem wbitym w oparcie fotela. Pragnal teraz znalezc sie zupelnie gdzie indziej i gdyby mial mozliwosc modelowania sytuacji wedlug wlasnych pragnien, siedzialby sobie spokojnie u boku Liz, sycac zmysly sama jej obecnoscia. Gdyby tylko mogl… Serce zabilo przyspieszonym rytmem i blady usmiech przysiadl na wargach obel-borta. – Fort B poniosl najwieksze straty – zgrzytliwy glos Fuertada skutecznie burzyl blogi nastroj, w jakim pograzyla sie swiadomosc komendanta. – Centrum eksplozji bylo gdzies tutaj – koscisty paluch uderzyl w rozpostarta na scianie mape skalnego labiryntu. – Na styku Fortow B, C i F. Skutki odczula prawie polowa Drugiego Kontynentu. – Czy udalo sie kogos uratowac? – wpadl mu w slowo Ubir nuf Dem. – Tam, z dolu. – Chodzi panu o dawcow? Nie, zaden nie ocalal. Nie dotarlismy wprawdzie jeszcze do wszystkich grup, ale juz teraz mozna z duza doza prawdopodobienstwa przewidziec stopien zniszczenia. Zostal nam do spenetrowania najbardziej zrujnowany rejon. Chyba sam pan rozumie… – Rozumiem, pewnie, ze rozumiem – pomyslal obel-bort ze zloscia, a glosno powiedzial: – Chyba sam pan rozumie, kreatorze, ze wlasnie tam nalezy szukac przyczyn tej dziwnej eksplozji. Dziwi mnie panska opieszalosc. Wyslanie grupy badawczej do centrum zniszczen powinno miec miejsce na samym poczatku. Zaniedbal pan swoje obowiazki, Fuertad. Kreator zupelnie nie speszony wbil wzrok w twarz komendanta. – Na samym poczatku, powiada pan? – wycedzil z podejrzana slodycza. – A gdzie pan wtedy byl, obel-borcie, ze mi pan o tym nie przypomnial? – Coz ten parweniusz sobie wyobraza? – przemknelo przez glowe ostatniego z nuf Demow. – Nie mam obowiazku sie przed panem tlumaczyc, kreatorze – powiedzial glosno i wyraznie, starannie akcentujac poszczegolne slowa. – Nikt od pana tego nie wymaga – wzruszyl ramionami Fuertad. – Jednakze moj raport dotyczacy Lizey Myrmall… – Dosc! – nie wytrzymal obel-bort i niemal natychmiast pozalowal swojej reakcji. – Co ty mozesz wiedziec, staruchu, o namietnosciach trawiacych moja jazn? – myslal rozwscieczony. – O tym, ze zrobie wszystko, byle zatrzymac ja przy sobie? – z trudem hamowal rozbudzona nagle furie, ktorej istnienia nigdy by u siebie nie podejrzewal. – Gdybym posiadal choc odrobine twojego sprytu i bezwzglednosci, kreatorze, nie prosilbym, lecz zdobywal. A tak pozostaje mi tylko czekac i miec nadzieje. O Gwiazdo Promienna, jak ja sie za to nienawidze! Przypomnial sobie niedawna rozmowe z Liz. Potrzebowal calego dnia, zeby zebrac dosc odwagi, a teraz coraz bardziej zalowal tego, co jej wtedy powiedzial. Niepotrzebnie ja przestraszyl, zupelnie niepotrzebnie. Tak sie tym wszystkim przejela. – To moze nie byl najlepszy pomysl, ale czy w ogole istnieje jakies rozsadne wyjscie? Ludzilem sie, ze Fuertad zapomni – z nienawiscia spojrzal na pokurczona sylwetke kreatora. – On nie zapomina o niczym! – uswiadomil sobie z przerazajaca jasnoscia. – A ja… Ja nawet nie wiem, czego naprawde chce. Zazdroscil galerii nagich cial ich martwego spokoju, ktorego zadne ludzkie moce zaklocic juz nie mogly. 17. Fuertad z niechecia uniosl glowe znad stosu meldunkow i czujnym wzrokiem objal stojacego w wejsciu Howdena. – Chwala Sloncu, kreatorze – odezwal sie intruz, zamykajac za soba starannie drzwi i podchodzac blizej. – Mam nadzieje, ze nie jest pan zbytnio zajety. – I Dzieciom… – burknal Fuertad z pozornym trudem maskujac udawane ziewniecie. – O co chodzi, Howden? Najpierw stajecie na glowie, zeby dostac kilka dni urlopu, a zaraz potem przychodzicie, domagajac sie natychmiastowej rozmowy. – Wazna sprawa, kreatorze. Mozna by powiedziec: gardlowa. – Oficer rozwalony w zbyt waskim jak na jego potrzeby fotelu, ugniatal metodycznie papierosa i nie zapytawszy o pozwolenie, zapalil. – Dotyczy naszego komendanta – dodal wydmuchujac chmure gryzacego dymu. – Coz tam znowu? – spytal leniwie Fuertad, wszystkimi silami tlumiac narastajace podniecenie. – Arystokraci to dziwni ludzie – Howden jakby zupelnie zapomnial o zasadach dobrego wychowania i kreator odniosl wrazenie, ze jego niespodziewany gosc lada chwila polozy nogi na zasypanym meldunkami blacie. – Bardzo dziwni – kontynuowal rozwlekle. – Maja swoje odchyly i… – Do rzeczy, Howden, do rzeczy – Fuertad mial wyrobiona opinie na temat rodowych slabostek nuf Demow i im podobnych. – Wiec? – Sa osoby, ktore moglyby cos niecos wyjasnic. – Konkretnie. – Co konkretnie? Osoby czy wyjasnienia? Fuertad mial ochote wyrzucic na zbity pysk zadowolonego ze swojej roli oficera, ale wyczuwal w jego postawie cos, co kazalo mu powstrzymac gniewny komentarz i wysluchac dalszego ciagu. Chodzilo przeciez o obel-borta. Jezeli Howden faktycznie przyniosl jakies konkrety – a wszystko na to wskazywalo – nalezalo dac mu sie wygadac. Nie trzeba bylo nawet dlugo czekac. – Odnieslismy wielki sukces, kreatorze. Naprawde, mocna rzecz. A bylismy o wlos od kleski… – My? – zdziwienie Fuertada stanowilo czysta formalnosc. Oczekiwal po prostu dalszego ciagu. – Pan, ja – Howden zatoczyl reka szeroki krag – wszyscy. Cala ludzkosc. – Duze slowa – usmiech na twarzy kreatora mial zachecic oficera do dalszych zwierzen. – A jakiego rodzaju jest ten… sukces? – Zdusilismy w zarodku probe buntu, ktory mial lada godzina wybuchnac w podziemiach Fortu B – szepnal Howden pochylajac sie nad blatem. – Bzdura – parsknal gniewnie Fuertad. – Nikt w to nie uwierzy. Przeciez skazancy znajduja sie przez caly czas pod dzialaniem preparatu FZ, co uniemozliwia im zorganizowanie jakiejkolwiek sensownej akcji. – Skutki dzialania FZ-etow mozna zneutralizowac za pomoca antidotum. Sam pan wie, kreatorze, jak czesto gina materialy z medblokow. Prosze mi wierzyc, to byla cala siatka: skazancy, czesc straznikow i ktos z samej gory. – I komendant – pomyslal z radoscia Fuertad. – Sam obel-bort Ubir nuf Dem. To zaczyna byc ciekawe. – Wszyscy, niestety, stali sie ofiarami wlasnej lekkomyslnosci Howden wyraznie nabieral tempa. – Ten wybuch, kreatorze… To doprawdy okropne, musielismy jednak jakos przeciwdzialac. Jako komendant Fortu B informowalem pana na biezaco o rozwoju sytuacji i w krytycznym momencie wspolnie podjelismy decyzje. Kontakt z Glownym Modyfikatorem byl niemozliwy ze wzgledu na Procedure. Grozilby dekonspiracja. – Panska opowiesc, Howden, brzmi doprawdy bardzo interesujaco, to wszystko jednak trzeba jakos udowodnic – kosciste palce kreatora wybijaly monotonny rytm na poreczy fotela. – O ile sie orientuje, z calej siatki dywersyjnej pozostal w naszych rekach jedynie organizator i przywodca spisku. Zeby go postawic w stan oskarzenia i udowodnic slusznosc panskiej tezy… – Trzeba miec kogos, kto zlozy odpowiednie zeznania. Taki ktos istnieje, kreatorze. – Howden, wyraznie z siebie zadowolony, zapalil nowego papierosa i wbil wzrok w pomarszczona twarz swego rozmowcy. Czekal. – Precyzyjny plan – myslal z uznaniem Fuertad. – Niektore szczegoly wymagaja wprawdzie dopracowania, ale calosc… No, no – omal nie cmoknal z radosci, lecz widok rozanielonej geby Howdena zburzyl wewnetrzny spokoj kreatora. – On ma w tym jakis interes, jakis konkretny cel. – Po co pan z tym do mnie przyszedl, Howden? – spytal. – Zeby maluczkim bylo lepiej – brzmiala natychmiastowa odpowiedz. Fuertad az podskoczyl. – To jest powazna sprawa, a pan tu sobie robi kpiny! – zapial na najwyzszej nucie. – Jakie kpiny? O co panu chodzi? – Howden zdusil niedopalek na podlodze i wstajac z fotela, dodal: – Najlepiej, zeby pan to sobie spokojnie przemyslal i sam zdecydowal, co dalej. – Zrobil krok w strone drzwi. – Chwileczke – powstrzymal go Fuertad. – Jak brzmi nazwisko panskiego swiadka? Musze przeciez wiedziec… – Liz Myrmall, kreatorze. Czy to cos panu wyjasnia? Wyjasnialo, a jakze! Figurki zajely swoje pozycje i sytuacja wymagala tylko jednego posuniecia, po ktorym mozna bedzie oglosic zakonczenie rozgrywki. A ruch ten nalezal do Fuertada. – Zeznanie obciazajace obel-borta w zamian za moj raport. Ja pozbywam sie komendanta, ona unika wyroku Rady, Howden… – kreator spojrzal na oficera z wyrazna niechecia. – No coz, ten chyba odbierze swoja naleznosc w naturze. Nieistotne. Wazne, ze Gelwona pozbedzie sie wreszcie tego balwana nuf Dema. O niczym innym nie marze. – A jezeli to pulapka? – przebieglo mu nagle przez glowe. – Przyneta, na ktora dam sie zlapac jak pierwszy lepszy zoltodziob? Usilowal wyczytac cokolwiek z twarzy Howdena, ale ku swojemu zmartwieniu nie znalazl na niej nic procz beztroskiego wyczekiwania. Chociaz… Ten ledwie dostrzegalny odcien drwiny przyczajony w kacikach warg… – I jak pan to widzi, kreatorze? – Dam panu znac za pol godziny – Fuertad zadbal, by barwa glosu nie zdradzila jego podniecenia i przez caly czas obserwowal twarz oficera. – Prosze byc gdzies w poblizu. – W porzadku – oblicze Howdena w dalszym ciagu niepokoilo brakiem jakiejkolwiek reakcji, nawet gdy wyszedl i jego pucolowata geba wypelnila ekrany podgladu, w ktore kreator wpatrywal sie chciwym wzrokiem. Kosciste palce ze wsciekloscia uderzyly w porecz fotela. – Oto gwarancja mojego bezpieczenstwa – myslal Fuertad, wyjmujac ze szczeliny mnemoreksu krysztal zawierajacy wierny zapis calej rozmowy. – W kazdej chwili bede mogl zeznac, ze zgodzilem sie tylko po to, by zdobyc bardziej konkretne dowody przeciwko tej bandzie intrygantow. Zaakceptowawszy w ten sposob przedstawiona przez Howdena propozycje, wygasil ekrany podgladu i wrocil do przerwanej pracy, od ktorej oderwal go dopiero meldunek o niespodziewanym odkryciu w rejonie dotknietym eksplozja. Gdy w godzine po zakonczeniu rozmowy zniecierpliwiony wyslannik Liz stanal ponownie przed drzwiami gabinetu, kreatora juz tam nie zastal. Nie bylo tez straznikow ani nikogo takiego, kto moglby mu powiedziec, ze Fuertad opuscil przed kwadransem Gelwone, zabierajac na pokladzie swojego statku jedynego skazanca, ktory przezyl wybuch, chociaz znajdowal sie w samym centrum kataklizmu. Skazancem tym byl gradienter Konrad Tietz. 18. Kolejny etap katorzniczej udreki. Edgins byl tak wyczerpany, ze nie chcialo mu sie nawet spojrzec na wypelniony zarodnikami pojemnik. Mial wyjatkowe szczescie: dwie studnie wystarczyly do zaspokojenia wymagan dozownika, a mimo to pot zalewal mu oczy i czul sie slaby jak niemowle. Lezac obok zarastajacego otworu, niemal przemoca wtlaczal powietrze do odmawiajacych posluszenstwa pluc. – I tak w kolko, az do samego konca – pomyslal z tepa obojetnoscia. Mogl juz wlasciwie wracac do baraku, ale nie chcialo mu sie ruszac z miejsca. W koncu to chyba wszystko jedno – tu czy pare metrow dalej… Przez chropowata opoke znuzenia przebijala sie od czasu do czasu iskra rozpaczliwego buntu, ktory rozpalal na moment wyobraznie Edginsa, kazac ogarniac otoczenie nienawistnym spojrzeniem. W takich chwilach zdawalo mu sie, ze wystarczy uderzyc piescia w kamienne sciany, by utorowac sobie droge do wolnosci. I zaraz potem bolesny grymas wykrzywial twarz skazanca, a znuzony umysl popadal w jeszcze glebsze odretwienie. Zapas powietrza w zbiorniku wystarczal na jakies pol godziny. Mozna by pokusic sie o zbadanie korytarza, ale po co? Jab spenetrowal dwa, za kazdym razem natrafiajac na sztuczna przegrode uniemozliwiajaca dalsza wedrowke. Nie tedy droga – ktos juz sie o to zatroszczyl. Zreszta, czy w ogole istnieje jakies wyjscie? O Nieba, jak duszno! Tom odwrocil sie na plecy i wbil wzrok w nieregularne sklepienie korytarza. Ciemne odcienie brazu poprzecinane gesta pajeczyna sinych nitek. Swiadomosc skazanca bezwiednie zamieniala platanine kresek w znajome ksztalty, wyluskujac z niebytu zarys twarzy, rak, calych sylwetek… Co za idiotyzmy! To wszystko jedynie majaki, bezsensowne fantasmagorie. Rzeczywistoscia jest lita gladz skaly i zadna sila nie potrafi przeobrazic jej w nic innego. Kamienny grobowiec, w ktorym pogrzebani za zycia oczekuja kresu swej wedrowki. Zeby choc odrobina wody! Burza. Potworna burza wypelniona dudniacym spiewem gromow. Brzuchate chmury rodzace rzesiste strugi deszczu i blyskawice przecinajace odlegly horyzont. Wyobrazil sobie, jak stoi z uniesiona do gory twarza, a chlodne krople zmywaja z jego ciala skorupe zeschnietego brudu. Wciagnal gleboki haust powietrza przesiaknietego zapachem syntetykow. Jaki maja sens marzenia, jesli ich nie mozna zrealizowac? Wiec nie marzyc?! Podniosl upaprana brunatnym blockiem reke i metodycznie, kawalek po kawalku odrywal fragmenty popekanej skorupy razem z wierzchnia warstwa skory. Bolalo jak jasna cholera, nie ustawal jednak w pracy, czerpiac z zadawanego sobie bolu jakas osobliwa satysfakcje. Gdy dotarl do dloni i oczyscil jej wnetrze, oczom jego ukazaly sie dwa wspolsrodkowe okregi, szpecace cialo czerwonawa obecnoscia. – Juz dwa – myslal trac wsciekle poraniona pecherzami skore. – Niedlugo pewnie znajde trzeci albo i czwarty. Cale mnostwo! Ciekawe tylko, jak sie pomieszcza? A moze lapa mi urosnie? Bedzie taka wielka, ze nie dam rady jej udzwignac – zachichotal, lecz zaraz twarz mu spowazniala. – Mutanta tez to wzielo. Wiec wszyscy, bez zadnego wyjatku. Marna pociecha, ale zawsze cos. Nie chcialo mu sie wracac. Blogi bezruch opanowal cale cialo, przytepione zmysly pozwolily na chwile calkowitego zapomnienia. Ale tylko na chwile. Paskudnie goraco. Szeleszczacy monolog gorskiego strumienia, z ktorego mozna zaczerpnac odrobine krystalicznej wody, zimnej i orzezwiajacej. Wydawalo mu sie, ze slyszy loskot strugi torujacej sobie droge pomiedzy sliskimi glazami. – Nie marzyc! – przebieglo przez glowe Edginsa. – Zapomniec o wszystkim, do czego nie mozna wrocic. Lecz jak to zrobic, skoro zbior wspomnien oznacza konkretna osobowosc. Popelnic psychiczne samobojstwo? A potok szumial, kuszac obietnica rzezwiacego dotyku. – Przeciez to niemozliwe – Tom uniosl sie na lokciach i nasluchiwal uwaznie, a wszystko co do niego docieralo, przeczylo zdrowemu rozsadkowi. Wydawalo mu sie, ze w tym odleglym chlupotaniu pobrzmiewa znienawidzona, jekliwa nuta. Scisnal rekami glowe. Wspomnienie rindanskich widm – bezcielesnych i bezosobowych cieni osaczajacych zniewolony umysl pozostajacego na ich lasce czlowieka… To bylo jednak cos innego! Tom oderwal dlonie od uszu i drzac calym cialem, stanal na uginajacych sie nogach. Szum dochodzil z nie zbadanej jeszcze czesci korytarza – tak wyrazny, ze skazaniec niemal widzial krete jezyki gorskiego strumienia i czul ozywczy chlod spienionej wody. – Nie pojde tam – myslal przerazony. – To przeciez niemozliwe, zeby… Wszystko jest jednym wielkim klamstwem. Nawet Iris – zaniosl sie spazmatycznym szlochem. – Co za podly swiat. Przez moment chcial zerwac maske i raz na zawsze skonczyc z tym calym oszustwem, w jakie zamieniono jego zycie. W tej samej chwili zobaczyl ja – stala w odleglej perspektywie korytarza i bawiac sie swoimi kasztanowymi wlosami, przeslala mu promienny usmiech. Zacisnal powieki, a gdy je rozsunal, nie bylo juz tam nikogo. Przebiegl te kilkadziesiat metrow tak blyskawicznie, ze aparat tlenowy nie nadazal z dostarczaniem swiezego powietrza ze zbiornika. Przystanal za zalomem korytarza i tulac rece do piersi czekal, az ustapi duszacy bol. A gdy ucichlo juz wysilone pulsowanie tetnic, uslyszal znowu szmer strumienia lizacego kamienne koryto – tym razem jednak blizej i wyrazniej. Zaintrygowany zrobil kilka krokow i ostroznie wyjrzal zza kolejnego zalomu. Zobaczyl… – Woda! Najprawdziwsza woda!!! W pierwszym odruchu radosnego uniesienia chcial rzucic sie do przodu, cos go jednak powstrzymalo. Znowu zacisnal powieki, odczekal chwile – to samo. Zdziwiony ponowil probe, zatykajac jednoczesnie palcami uszy, ale ciagle czul orzezwiajacy chlod i osiadajace na skorze drobne kropelki rozpylonej wody. – Czy kazde szalenstwo jest az tak namacalne? – zastanowil sie. – Czy wolno mi uwierzyc w niemozliwosc i pozostac przy zdrowych zmyslach? Na wszystkie swietosci Nieba i Ziemi, co to ma znaczyc?! Otworzyl oczy – zadnych zmian. Woda wciaz wyplywala wartka struga z niewielkiej, nisko usytuowanej wyrwy i po przebyciu polmetrowej roznicy poziomow rozbijala sie o kamienne podloze. Pod sciana lezaly odlamki dotknietej erozja skaly, podszedl blizej i kucnal, by je dokladniej obejrzec. Rozsypywaly sie w palcach, pozostawiajac na dloni drobny mial. Jednoczesnie odpryski glownego nurtu zmoczyly rece Edginsa, a ich chlodna pieszczota sprawila, ze rzucil sie na kolana i zanurzyl ramiona w rwacej strudze. Potem obmyl sobie twarz – na tyle, na ile bylo to mozliwe bez zdejmowania maski. – Szalenstwo powinno sprawiac przyjemnosc – pomyslal. – Przeciez czlowiek stwarza je sam dla siebie. Kto wie, moze to jest jakies wyjscie? Czul jednak ciezar zbiornika, ucisk stelaza i niemila obecnosc aparatu tlenowego. Gdyby naprawde oszalal, usunalby chyba te wszystkie niedogodnosci. Wiec co? Ma uwierzyc, ze na Gelwonie wystepuja naturalne zbiorniki wodne? Tak po prostu? – A jesli istnieja? – przeszyl go nagly impuls. – Jesli to jest wlasnie sposob, zeby stad uciec? Przypadek, szczesliwy zbieg okolicznosci, szansa, ktora trafia sie raz na miliard albo i rzadziej… Rece mu lataly, kiedy kleczac przed wyrwa probowal ja powiekszyc. Szlo nadspodziewanie latwo – skala byla tak zwietrzala, ze az go to zdziwilo. Wokol otworu pojawialy sie glebokie rysy; z kazda sekunda uderzenia rozdygotanych dloni kruszyly kamienna przeszkode, podsycajac nikly promyk nadziei w sercu skazanca. Ktores z rzedu szarpniecie obudzilo tumany brunatnego pylu i Edgins ledwie zdazyl uskoczyc przed walaca sie sciana. Skalne drobiny zawirowaly w powietrzu, woda poplynela szersza struga, a gdy kurzawa wreszcie opadla i Tom stanal z powrotem na chwiejnych nogach, zobaczyl wylot przestronnego korytarza, z dnem uformowanym na podobienstwo obszernych, kwadratowych tarasow. Przypominaly schody dla wielkoluda – mialy kolo metra wysokosci i z cztery razy tyle w glab. Promieniowaly dziwnie delikatna, blekitna poswiata, przydajac splywajacej po nich wodzie bajkowego kolorytu. Gdy minela fala zaskoczenia, Edgins zanurzyl sie w postrzepionym otworze, wstepujac na powierzchnie pierwszego tarasu. Przez dluzsza chwile obserwowal splywajaca z gory wode, ktora obmywala czubki jego wieziennych chodakow, szemrzac przy tym tak zawziecie, jakby chciala przekazac intruzowi jakas niezwykle wazna wiadomosc. Dopiero po minucie odwazyl sie przyjrzec dokladniej scianom i sklepieniu nowo odkrytego korytarza. Zadziwila go geometryczna doskonalosc zawarta w smuklym przekroju budowli – bo nie mogl to byc przeciez przypadkowy twor natury! Czujnik manometru blysnal ostrzegawcza czerwienia. – Wejde tylko kawalek i zaraz wracam – postanowil Edgins. Ostrozne kroki doprowadzily go na srodek tarasu, spojrzenie powedrowalo kawalek dalej, gdzie spadajaca z nastepnego stopnia woda tworzyla linie bialo-blekitnej piany. PRZYBYSZU Z RINDU – CZEKAM NA CIEBIE Zatrzymal sie jak wryty, pozerajac wzrokiem ognisty napis, ktory dostrzegl na blekitnym tle, tuz przed kreska miniaturowej kipieli. Wypukle litery wielkosci otwartej dloni wygladaly jak plesn pokrywajaca naga skale. Przeczytal raz, drugi, dziesiaty. Podszedl blizej i znowu czytal. Potem nachylil sie i dotknal – napis, ulozony byl z chropowatych paczkow wyrastajacych z gladkiej powierzchni, twardych jak pancerz prozniowca. Sprobowal oderwac najblizsza litere, ale tylko obtarl sobie bolesnie palce. Odsunal sie nieco, by objac wzrokiem calosc, i jeszcze raz przeczytal – powoli, zgloska po zglosce. – Ciekawe, dla kogo przygotowano te napisy. Rindanczycy nie posluguja sie przeciez alfabetem. Poza tym skad oni tutaj, w bebechach Gelwony? – wzruszyl ramionami i kucnal nad rozancem ognistych liter, ktorych wyglad z czyms mu sie kojarzyl. Przypominaly… – Jak koralowce! – pokiwal glowa. – Tysiace pokolen wegetujacych na szkieletach poprzednikow. Po wielu latach powstaja z nich takie wlasnie twory. Ale one, do ciezkiej cholery, nie ukladaja sie w napisy! Chyba ze… Jesliby odpowiednio pokierowac rozwojem wapiennych zwierzatek… – Bzdura – wstal z kleczek. – Isc czy wracac? – nadzieja rozbudzona perspektywa ucieczki walczyla ze strachem, ktory przykuwal stopy, olowianym ciezarem. I wtedy spostrzegl, ze na drugim tarasie rowniez jest jakis napis. Czym predzej wskoczyl na gore. TWOJ GNIEW ZRODZIL BURZE – WODA TORUJE DROGE – Burze? – Dudniacy spiew gromu przedarl sie przez szelest plynacego potoku. Tom wbil wzrok w glab korytarza, gdzie blekitne swiatlo ustapilo na moment przed blyskiem kolejnego wyladowania, uwidoczniajac paraboliczny zarys wyjscia. I juz drugi grzmot trzepotal wsrod kamiennych scian, budzac w duszy Edginsa mieszanine leku i ciekawosci. Wyobraznia podsunela wizje brzuchatych chmur rodzacych strugi rzesistego deszczu. Wizje, ktora gdzies tam, na szczycie gigantycznych schodow, znalazla swoje rzeczywiste odbicie. Nie zastanawiajac sie nad tym co robi, Tom wstapil na trzeci taras. I wlasnie wtedy… Bez najmniejszego ostrzezenia, bez zadnego znaku poprzedzajacego zwykle poprzednie ataki, spadla na niego lawina potepienczych dzwiekow. Wysoki, zawodzacy jek ogluszal, drazyl swiadomosc do najglebszych pokladow, zacieral granice pomiedzy tym co poza a tym co w srodku. I gdy Edgins, pelznac caly czas naprzod, dotarl wreszcie do kolejnego napisu, ogniste litery zamazaly mu sie przed oczami, zupelnie jakby splywajaca z gory woda splukiwala wymalowany kiepska farba tekst. Wodzac palcami po chropowatych wypuklosciach odcyfrowywal tresc kamiennego przekazu: JESTES TYLKO NARZEDZIEM – MUSISZ STAC SIE WLADCA Rindanskie widma kolowaly wokol Edginsa, chcac go porwac w wir upiornego tanca. Bronil sie, bronil sie ze wszystkich sil, wczepiony calym cialem w zimna gladz tarasu. Plynaca nieprzerwana struga woda przynosila ulge, pozwalala uporzadkowac szalejace zmysly, uporzadkowac rozdygotany obraz rzeczywistosci. Gdzies z boku pojawiala sie i gasla czerwona plama. – Wracac! – ta jedna mysl kolatala teraz w glowie Edginsa, podsycana alarmujacym pulsowaniem czujnika manometru. – Jesli nie chce sie udusic… – na czworakach dotarl do brzegu tarasu, lecz metrowa wysokosc wzbudzila w nim paniczny strach. – To te biale krazki – stwierdzil w duchu, a pewnosc, z jaka sformulowal ow wniosek, wprawila go w zdumienie. W tej samej chwili najnizszy stopien przestal istniec – kawalki zwietrzalej skaly runely w dol, pociagajac za soba w bezdenna ciemnosc struge blekitnej wody. Droga do postrzepionego otworu, ktorym wszedl, byla odcieta – chyba ze zaryzykowalby skok przez czterometrowa rozpadline… Nie zdazyl nawet rozwazyc takiej mozliwosci. Tuz przed nim otworzyla sie przepastna wyrwa – drugi taras zamieniony w lawine kamiennych okruchow, z ogluszajacym loskotem spadal w glab planety. Jednoczesnie powierzchnie tego, na ktorym Tom kleczal, przeciela siatka wyraznych pekniec. Woda dopelniala swego niszczycielskiego dziela. – Na gore! Szybko na gore! – nim zdolal to pomyslec, juz byl metr wyzej. MUSISZ POZNAC SIEBIE – BRAK ODWROTU PRZYBLIZA CEL – Brak odwrotu… – przez chwile wydawalo sie Edginsowi, ze kamienny napis przeznaczony jest dla niego, ale zaraz odpedzil tak absurdalne przypuszczenie. Odglos pekajacych skal smagnal grzbiet biczem strachu. Tom biegl juz teraz, a gdy pokonywal kolejna przeszkode, dreczyla go tylko jedna mysl: czy to szalenstwo dzieje sie naprawde. PRAWDA JEST AURA – KALECZYSZ MASKE SWIATA Ostatnia informacja oszolomila Edginsa. Czul sie jak uderzony obuchem w glowe. Strzepy poprzednich, juz nie istniejacych napisow, przebiegly mu przed oczami. Chaos, kompletny chaos, setki pytan bez odpowiedzi. Paraboliczny zarys wyjscia zajasnial oslepiajaca biela i zgasl tak nagle, jak sie pojawil. – Burza – przypomnial sobie Edgins. – To juz niedaleko… – ciezko dyszac wdrapywal sie na nastepny taras. WYTYCZONO CI DROGE – WEDROWIEC DEPCZE SKALE – Nie rozumiem – stwierdzil Tom z rozpacza. Nic nie rozumiem… Mial dosyc wszystkiego napisow, schodow i calej reszty tego zwariowanego swiata. Czul, ze wplatal sie w cos, co przerasta jego mozliwosci pojmowania. Marzyl o odpoczynku, ale lomot pekajacych schodow nie ustawal ani na chwile. Zdobyl sie na jeszcze jeden wysilek… RATUJ SWOJ BLASK – WALKA NACJI GASI GWIAZDY Wszystko dygotalo, jakby caly korytarz wpadl w rezonans. Tom zataczal sie – szukajace oparcia rece trzepotaly bezradnie, nogi odmawialy posluszenstwa. Zamglonym spojrzeniem jeszcze raz ogarnal rzad ognistych liter. – Wojna – pomyslal przerazony. – Nawet tutaj, w tym zapadlym zakatku Wszechswiata – chcialo mu sie smiac i plakac zarazem. – Nic mnie to nie obchodzi – powtarzal w duchu, dzwigajac cialo o kolejny metr w gore. WIATR NIE PYTA PYLU O ZGODE – NADSZEDL TWOJ CZAS – Smierc – wyszeptal zbielalymi wargami Edgins. Stopy slizgaly sie po wypolerowanej przez wode powierzchni, piers rozrywaly potworne uderzenia pracujacego z najwyzszym wysilkiem serca. W kazdej sekundzie bloki zwietrzalej skaly glosily swiatu hymn zaglady i w kazdej sekundzie gwaltowny rzut wyczerpanych miesni odsuwal oszalaly ze strachu strzep czlowieka od krawedzi przepasci. Kant kamiennego progu zdarl skore z kolan Edginsa. Nie czul bolu, nie mial na to czasu. Wejscie na nastepny taras bylo dzielem chwili. TLUMISZ SPIEW PRZYSZLOSCI – WIDZE ZAPACH BZU Lawina wspomnien, kalejdoskop zdarzen zaszlych… Plomienie siegaja drgajacymi jezorami powierzchni brudnoszarego nieba. Gdzies z boku ogien pozera kepe rachitycznych drzewek. Ostry trzask pekajacych galezi miesza sie z hukiem rujnowanego tarasu. Skoczyl do przodu, na oslep, byle dalej, wyzej… Miesnie nie utrzymaly ciezaru ciala – runelo na poznaczona glebokimi rysami gladz, rozchlapujac pioropusze wody. Kamienne litery znalazly sie tuz przed twarza Edginsa. – Kim jestes? – spytal bezglosnie. – Powiedz mi, kim jestes? Skad wiedziales, ze przyjde? Widmo nieuniknionej smierci zmusilo go do kontynuowania wspinaczki. Metr wyzej odczytal: NAZYWACIE MNIE GELWONA – MOJE IMIE TRWA GLEBIEJ Gelwona! – upiorny jek rindanskich cieni – Gelwona! – dlugi szereg zobojetnialych na wszystko skazancow – Gelwona! – brunatna maz oblepiajaca wrzecionowate skorupki zarodnikow – Gelwona! – czerwonawe kregi kaleczace wnetrze lewej dloni – Gelwona! – o Nieba, jak dlugo jeszcze…? I to irracjonalne przeswiadczenie, ze dotarl do miejsca swego przeznaczenia. Bez sensu, zupelnie bez sensu. MUSISZ STAD ODEJSC …odejsc… odejsc… odejsc… – Nic latwiejszego! – maska stlumila szalenczy skowyt, ktory byl smiechem. – Po prostu odejsc – Tom dlawiac sie, wskoczyl na nastepny taras… POTRAFISZ TO ZROBIC Dzwiek gromu na moment zagluszyl loskot pekajacych skal. W migawkowym ujeciu pojawil sie paraboliczny zarys wyjscia – tak bliski, ze wystarczylo siegnac reka. Jeszcze tylko jeden stopien, ostatni szalenczy zryw… I wtedy zapanowala cisza. Cisza wprost niewiarygodna. Dopiero po chwili sluch wylowil z nicosci chlupot blekitnej strugi i delikatny szum padajacego deszczu. Ale przeciez… Stal na progu kamiennej krypty, oblewany potokami rzesistej ulewy. W gorze klebily sie szare chmury, lepkie, brzemienne wilgocia. Zygzaki blyskawic oswietlaly przeciwlegla sciane, na ktorej widniala olbrzymia plaskorzezba – podobizna ludzkiej twarzy. Edgins mial wrazenie, ze zna tego czlowieka, ze juz go kiedys widzial. Zaintrygowany postapil kilka krokow naprzod. – Musisz stad odejsc – szeptala woda obmywajaca bose, poranione stopy. – Musisz stad odejsc! – oznajmil ponurym glosem kolejny grom. -…odejsc… odejsc… – powtorzylo echo. – Jak mam to zrobic? – spytal w duchu. – Pomozcie mi, pokazcie droge. – Potrafisz – uslyszal w odpowiedzi. Wydawalo mu sie, ze usta kamiennej maski drgnely, ale moglo to byc zludzenie. Upadl na kolana. Po policzkach splywaly mu lzy zmieszane z kroplami deszczu. Wyciagnal rece w strone plaskorzezby. Lewa dlon pulsowala falami tepego bolu; czerwonawe kregi byly wyraznie widoczne w panujacym polmroku. – Pomoz mi – wyszeptal. – Pomoz… – Potrafisz – powtorzyly sciany deszczowej krypty. – Klamiesz! – krzyknal prawie. – Nic nie moge zrobic! Nic!!! Wpatrywal sie w znienawidzone pietno. O Nieba, gdyby tylko mogl! Gdyby tylko… – Potrafisz! Palcami prawej reki potarl fosforyzujace kregi, jakby jeszcze raz chcial sie przekonac o ich niezniszczalnosci. Tarl i tarl, i nie wierzyl wlasnym oczom – gwaltowne ruchy rozmazywaly koliste pietno w czerwone smugi, ktore zaraz splukiwal deszcz. Krew? Skad krew, przeciez nic… Reka byla czysta. Bez najmniejszego sladu, bez skrawka znienawidzonych znakow. I bez bolu. Gapil sie na nia przez chwile, niedowierzajaco, niepewnie. Potem sprobowal wstac. Nogi mial jakies obce, kolkowate. Poniosly go w strone kamiennej maski. Seria blyskawic rozproszyla mrok. Edgins zatrzymal sie w pol kroku, czujac, jak lepka breja strachu podchodzi mu do gardla i dlawi oddech. To byla jego twarz. 19. Cien zazdrosci pojawil sie na pergaminowej masce Fuertada, gdy objal wzrokiem cialo spoczywajace w lozysku infiltratora. Uspione zwaly miesni, wsparte na koscianym stelazu tworzyly konstrukcje tak harmonijna, ze kreator czym predzej rozkazal zatrzasnac glensilowe wieko i zajal sie przegladaniem dostarczonej przed sekunda dokumentacji. – Gradienter Konrad Tietz – mruczal, tlukac z wsciekloscia w klawisze czytnika. – Zawodowy oficer, skazany za… – sekate palce wybijaly na poreczy fotela nerwowy rytm. – Uczestnik ostatniej kampanii przeciwko Planetom Rindu, Czterdziesta Osma Eskadra, jeniec wojenny… Ponownie spojrzal na glensilowy pojemnik. Za szyba widac bylo glowe zamknietego w srodku czlowieka, opleciona pajeczyna kolorowych przewodow, naszpikowana igielkami przekaznikow. Na wysokosci skroni, nie dotykajac ogolonej skory, czaily sie dwie elipsoidalne elektrody. – Co za idiota podlaczyl rekorder?! – Fuertad zauwazyl pek kabli biegnacych od glowicy infiltratora do urzadzenia zapisujacego. – Przeciez mowilem! – fotel pchniety gwaltownym impulsem runal w glab laboratorium, gdzie kreator wlasnorecznie wyrwal wiazke przewodow i cisnal nia o sciane. – Zgodnie z Procedura… – zaoponowal ktorys z asystentow. – Milczec! – rozsierdzil sie Fuertad. – Milczec i sluchac! Nie dyskutowac! – wrocil do czytnika, lecz jeszcze przez chwile rozpamietywal niesubordynacje podwladnych. – Kazdy sie tu madrzy, jakby byl nie wiadomo kim – mruczal gniewnie, a spostrzeglszy bezczynnie stojaca obsluge, zmarszczyl brwi. – Co tam znowu? – Wszystko gotowe – uslyszal w odpowiedzi. – No to na co czekacie?! Odetchnal z ulga, kiedy drzwi zasunely sie za ostatnia sylwetka w zoltym kombinezonie. Banda darmozjadow. I tak trzeba bedzie po nich poprawiac. Mamroczac pod nosem, podjechal do infiltratora i zaczal sprawdzac koncowki przylaczy. W polowie roboty zatrzymal sie i rzuciwszy sploszone spojrzenie w strone wyjscia, nasluchiwal uwaznie. Potem ostroznie uniosl ciezka pokrywe i chciwym wzrokiem ogarnal atletyczna postac pograzonego w letargu czlowieka. – Piekne cialo – pokiwal glowa i piskliwy chichot wypelnil wnetrze laboratorium. – Wspaniale cialo – smial sie jak uczniak, ktory ma zamiar splatac komus psikusa. – Szkoda, wielka szkoda, ze musimy je zniszczyc. To sie nazywa racja stanu – zatarl pomarszczone dlonie; puszczona pokrywa opadla z glosnym hukiem. – No i bardzo dobrze. Podjechal do pulpitu sterujacego praca urzadzenia. Wskazniki staly na pozycjach roboczych, ekrany pokazywaly kontrolne projekcje pelnej gotowosci. Jeszcze tylko drzwi – klawisz magnetycznej blokady trafiony piastka kreatora odcial laboratorium od reszty swiata – i mozna sie zabrac do roboty. Wiazka lezacych pod sciana przewodow powedrowala do przystawki mnemoreksu w fotelu Fuertada. – Po co przeciazac informacjami oficjalne bloki pamieci? – diaboliczny grymas wykrzywil pomarszczona twarz. – Zobaczymy najpierw, co z tego wyniknie. Moze to tylko falszywy alarm? Wnetrze pomieszczenia pograzylo sie w ciemnosci. – Spytamy teraz naszego pieknisia, coz takiego ukrywa w tej swojej zgrabnej glowce? – pieszczotliwy ton glosu kontrastowal z wyrazem twarzy kreatora, ledwie widocznej w slabej poswiacie pulpitu operacyjnego. – Na poczatek stan wyjsciowy. Uderzenia koscistych palcow ozywily wskazniki i ekrany. – Rozumiem – Fuertad z dobrotliwym usmiechem przekrzywil glowe na lewe ramie, obserwujac efekt swoich poczynan. – Chlopczyk sobie grzecznie spi i wcale nie ma zamiaru sie budzic. Zaluj, moj drogi – cos na ksztalt satysfakcji przemknelo po pomarszczonym obliczu. Juz wiecej nie bedziesz mial okazji. Szybkie jak mysl ruchy sekatych dloni wydarly z pamieci zamknietego w infiltratorze czlowieka obraz poprzedzajacy katastrofe. Najwiekszy, wypukly ekran – swiat widziany oczami gradienteta Tietza. Z boku – czas, jaki uplynal od rekonstruowanego wydarzenia. Dolem – szeregi wskaznikow informujacych o stanie emocjonalnym obiektu w odtwarzanym momencie. Fuertad zobaczyl palce skazanca grzebiace w brunatnym blocku i wrzecionowate skorupki zarodnikow odkladane pieczolowicie do pojemnika. Obraz normalnej pracy gelwonskich wiezniow. Nic ciekawego. Delikatnym ruchem przesunal potencjometr czasowy do przodu, uwazajac, by nie przegapic zadnego istotnego szczegolu. – Jest! – wskazniki emocji skoczyly gwaltownie w gore. To byl strach. Ale czego mogl sie bac czlowiek, ktory od kilku tygodni przebywa w jednym, doskonale sobie znanym miejscu? Skrzywiony profil kreatora zawisl nad pulpitem, a jego dlonie zespolily sie z aparatura. Na ekranie chodnik – jeden z wielu. Wzrok gradientera bladzi po kamiennym stropie, pod ktorym – Fuertad dopiero teraz to uslyszal – rodzi sie wysoki zawodzacy dzwiek. Do katastrofy brakowalo kilkunastu minut. Dzwiek rosl, poteznial, stawal sie tak nieznosny, ze kreator sciszyl podsluch i zaniepokojonym wzrokiem obrzucil ekrany pomocnicze. Krzywe encefalogramow dawno juz przekroczyly pasmo wahan optymalnych – w pilowatych przebiegach nastepowaly ciagle przeszeregowania, a ich szybkosc obrazowala burze, jaka rozpetala sie w umysle badanego. Fuertad na moment zapomnial, ze cala ta projekcja dotyczy czasu przeszlego i z dziecieca ciekawoscia chlonal kolejne sekwencje zdarzen. Oczami gradientera zobaczyl upiorny krag plasajacych cieni, otaczajacy bezbronnego czlowieka, ktory nie mogl sie od nich w zaden sposob uwolnic. Byly wszedzie – niematerialne zjawy, plody bezsensownych halucynacji. – To wariat – zachichotal bezglosnie kreator. – Bardzo ciekawe symptomy – z wrazenia przygryzl sobie warge, ale nawet tego nie zauwazyl. – Nie mysl, ze w ten sposob mnie oszukasz – ostrzegl mrukliwie. – Wszystko z ciebie wywloke, slyszysz? Do ostatniego skrawka. Umilkl, bo wskazniki na pulpicie zaczely wykonywac dziwaczny, niezrozumialy taniec. Fuertad chwile trwal w bezruchu, wreszcie odwolal sie do pomocy bloku analizujacego. – Interpretacja – zazadal. – Strach przechodzi w nienawisc – szczeknal glosnik. – Przyczyna? – Presja urojonych komponentow otoczenia. Fuertad skontrolowal czas – niecala minuta do katastrofy. Wychylony do przodu, z grymasem potwornego wysilku na zasuszonej twarzy sledzil bieg pamieciowej projekcji. Wysoki, zawodzacy dzwiek osiagnal maksymalne natezenie. Gradienter biegl przed siebie, zataczajac sie i potykajac. Widocznie upadl, bo na kilka sekund obraz spowila calkowita ciemnosc, a potem… Lezacy na plecach czlowiek ma przed soba sklepienie chodnika. Z bokow ekranu pojawiaja sie jego rece – jakby odpychaly gigantyczny ciezar wtlaczajacy skazanca w kamienne podloze. Fuertad wstrzymal oddech. Strop, na ktorego tle plasaja urojone zjawy, peka i unosi sie… – Dosc! – chrapliwy protest kreatora zginal w przerazajacym wyciu, jakie dochodzilo z glebi wskrzeszonej przeszlosci. Nie pomoglo sciszenie podsluchu – wnetrze laboratorium wibrowalo zgodnie z rytmem pulsujacej kakofonii, a obraz na ekranie byl tak rozmazany, ze niemozliwe stalo sie obserwowanie jakiegokolwiek szczegolu. Jedynie ten dzwiek – rozdzierajacy jazn, lamiacy wszelkie bariery, zacierajacy granice pomiedzy tym co poza a tym co w srodku. Blok analizujacy, w odpowiedzi na goraczkowe pytania kreatora, objawil swa bezradnosc seria urywanych szczekniec. – To niemozliwe! – zapial Fuertad, mocujac sie z zablokowana dzwignia semantycznego bezpiecznika. – Zadam natychmiastowej interpretacji! To rozkaz! Suchy trzask oznajmil, ze przeciazone wskazniki emocji zostaly odlaczone od zrodla sygnalow. Lawina dzwiekow wtloczyla kreatora w oparcie fotela, a szalejace w upiornym tancu skaly niemalze rozsadzaly ekran. I nagle, gdy zdawac by sie moglo, ze nic juz nie jest w stanie poglebic obserwowanego kataklizmu, nad wszystkim zapanowal krzyk, jaki moze z siebie wydobyc tylko czlowiek stojacy w obliczu smierci. Nagla czern wypelnila ekrany, a wnetrze laboratorium utonelo w bezdennej ciszy. Fuertad, z przekornym wyrazem twarzy, pochylil sie nad wygaszonym pulpitem. – A jednak nie umarles – zasyczal. – I juz, moja w tym glowa, zebys nie opuscil nas za szybko. Precyzyjnymi uderzeniami koscistych palcow ozywil aparature i zaglebil sie we wspomnieniach gradientera, przeszukujac okres poprzedzajacy katastrofe. Rekonstruowane wydarzenia pochodzily teraz z dalszej przeszlosci, w miare jak infiltrator sczytywal z pamieci badanego coraz glebsze poklady neuronowych zapisow. Praca na dnie gelwonskiej studni, jakies luzne epizody z zycia skazancow, poziom adaptacyjny, na ktorym poddawano wszystkich wiezniow wstepnej obrobce, faszerujac ich uderzeniowymi dawkami preparatu FZ. – To jeszcze nie to – mruczal Fuertad, manipulujac z pasja potencjometrami. – Nie probuj mnie oszukac – monologowal zawziecie. – To twoj ostatni wystep, wiec nie mozesz sprawic mi zawodu. Ekran pokazywal wnetrze komory transformacyjnej, kopule stracen, fragment jakiegos miasta, po ktorym gradienter odbywal nie konczace sie spacery. Kreator komentowal wszystko gniewnym szarpnieciem ramion i bez ustanku cofal parametr czasu, majac przeczucie, ze musi wreszcie trafic na brakujacy element rozwiazywanej lamiglowki. Intuicja go nie zawiodla. Wymiana jencow wojennych – rindanski smigacz zawieszony w obszarze neutralnej prozni oczekuje na przybycie ziemskich wahadlowcow. Gradienter Tietz w grupie szczesliwcow, ktorzy za chwile znajda sie wsrod swoich. Wynedzniale twarze, oblakane spojrzenia, cien obawy, czy aby na pewno… I w tle, jako cichy, ledwie slyszalny podklad unosi sie ten dzwiek. – Kto by pomyslal – w glosie kreatora zabrzmiala nuta prawdziwego uznania. – Zupelnie niezle to wykombinowali, zupelnie niezle – radosny chichot siegnal najdalszych zakamarkow laboratorium. – Zapomnieliscie tylko o jednym – obwiescil triumfalny skrzek. – Z Fuertadem jeszcze nikomu nie udalo sie wygrac. Slyszycie? Nikomu! 20. Wszystko byloby w porzadku, gdyby nie te wlosy. Po jaka cholere zapuscila takie dlugie? I jeszcze ten kasztanowy kolor, w ktorym wygladala jak jakas durnowata koza. Co jej wlasciwie strzelilo do glowy? Przeciez to czysta paranoja! Liz, ubrana w przejrzysta tunike i wysokie, siegajace kolan buty o podkutych podeszwach, siedziala w niedbalej pozie na konsoli harmotronu, zabawiajac sie celowaniem z przenikacza do fantomatycznych postaci wyskakujacych ze strzeleckiego trenazera. Co jakis czas wiazka fosforyzujacego powietrza laczyla emiter broni z zarysem ludzkiej sylwetki, ktora pekala z cichym bzyknieciem. Kazde trafienie komentowane bylo pogardliwym skrzywieniem twarzy, az wreszcie Liz, znudzona i wyrazanie czyms zniecierpliwiona, odrzucila przenikacz i zeskoczyla na podloge. – Howden moglby juz wreszcie wrocic – pomyslala. – Siedze tu jak kretynka i nic nie moge zrobic. Tluscioch za duzo sobie pozwala. Smieszny gosc, tyle zachodu z tym jego kaldunem. I caly jakis taki miekki, ciastowaty – wzdrygnela sie na samo wspomnienie. – Przyjemnosc zadna, a w dodatku zmusza mnie, zebym na niego czekala. Nie ludz sie, kochasiu, nie pohasasz. Przynajmniej nie ze mna. Wiedziala jednak, ze Howden jest jej teraz niezbedny – dopoki nie ulozy sie z Fuertadem i nie uzgodni szczegolow. Potem… – wzruszyla ramionami. A jesli kreator sie nie zgodzi? Nigdy nie wiadomo, co mu odbije. Teoretycznie wszystko jest zapiete na ostatni guzik. Uklad czysty jak lza – obie strony wychodza na plus. Kazdy normalny… Wlasnie! Dlaczego ten Howden nie wraca?! Czas bije na korzysc Ubira. Jeszcze gotow dogadac sie z Fuertadem, a wtedy – strach pomyslec. W glebi nawy spoczynkowej bylo cieplo i przytulnie. Lezala na brzuchu, bawiac sie kosmykami kasztanowych wlosow. Cicho i spokojnie. I czysto. Po ostatniej wizycie Howdena smierdzialo tu jak w prolskim sraczu. Ten wieprz chyba nigdy nie pomyslal o zmianie gaci, a poci sie w rekordowym tempie. Trudno – tyle juz zniosla, wytrzyma jeszcze troche. Rozbolala ja glowa. Wszystko z tych nerwow. Spokojnie, musi sie udac. Fuertad na pewno zlapie przynete, a ona bedzie miala wreszcie troche luzu. Przeciez o to jej wlasnie chodzi. – Baby sa glupie – usmiechnela sie do swoich mysli. – Nie potrafia wykorzystywac daru natury. Samiec, jak ma chuc, zrobi wszystko, czego zazadasz. Zawsze potem mozna go wysmiac i wykopac… Kreator jednak pozostawal poza zasiegiem tej praktycznej maksymy. Niestety, stare prochno potrzebowalo innej zachety. Czy znalazla jego slaby punkt? Do jasnej cholery, ile mozna czekac?! Do tego wszystkiego dolaczylo sie uporczywe ssanie w koniuszkach palcow. Poszukala wzrokiem szkatulki i przypomniala sobie, jak roztrzaskala ja o sciane. – To byl jednak kiepski dowcip – stwierdzila wstajac. – Obawiam sie, ze nie znajde ani jednego krazka. Zawedrowala przed lustro, gdzie po raz kolejny, postanowila zrobic porzadek z wlosami. Howdena ciagle nie bylo. Przyjrzala sie uwaznie swojemu odbiciu. Ze wzrokiem chyba cos nie bardzo. Nie, to FZ-ety albo raczej ich brak. Przetarla dlonia oczy i spojrzala znowu. Do licha, co tu sie wyrabia? Twarz jakas inna, obca. Wlasciwie podobna, ale… – Iris – uslyszala ledwie zrozumialy szept. – Iris, pomoz mi… Zmokniety strzep czlowieka w poszarpanym kombinezonie skazanca, wyciagniete w blagalnym gescie rece, trawione goraczka oczy. – Ten sam – omal nie krzyknela z przerazenia. – Ten sam co wtedy – najchetniej ucieklaby, sprzed lustra, ale nogi miala jak z olowiu. 21. Obraz Iris rozplynal sie i Tom stal pod zachmurzonym sklepieniem kamiennej krypty, majac przed soba monstrualnych rozmiarow plaskorzezbe. Byla zrobiona z tych samych narosli, co napisy na zrujnowanych schodach. Setki, tysiace lat, by stworzyc podobizne czlowieka, ktorego zycie jest drobnym wycinkiem minionego czasu. I komu to potrzebne? – Musisz stad odejsc – kolatalo natretne przeslanie. Potrafisz… Musisz… Twarz. Jego wlasna twarz. Jego – Toma Edginsa. Deszcz mlocil skaliste podloze i drobna figurke zablakanego czlowieka. Spod nawisu ciezkich chmur strzelilo swiatlo blyskawicy, a groteskowe cienie na moment ozywily kamienne rysy. Tom utkwil wzrok w monstrualnym obliczu, potem rzucil niepewne spojrzenie na swoje dlonie – czyste, bez zadnej kolistej skazy. Jeszcze nie dowierzal. Z kazdym goraczkowym oddechem mijal czas ograniczony pojemnoscia zbiornika. Strzaskany wskaznik manometru dawno przestal sygnalizowac koniecznosc powrotu. Wreszcie pluca przetrawily ostatnia juz porcje powietrza i… Runal jak podciete drzewo. Wykrzywione w smiertelnym grymasie usta bezskutecznie walczyly o mozliwosc oddechu. Trzewia, dlawione potwornym ciezarem, zapadly w glab, by po chwili skoczyc do gardla. Serce dudnilo coraz gwaltowniejszym rytmem. Przed oczami pojawily sie czarne plamy. Palce darly skale az do bolu zerwanych paznokci. Kazda komorka, kazdym nerwem laknal odrobiny tlenu. – Koniec – przerazajaco jasna sytuacja nie pozostawiala cienia watpliwosci. Marzyl tylko o jednym: wypelnic rozdygotane pluca czymkolwiek, byle uwolnic sie od tortury powolnego duszenia sie. Zrobic to jak najszybciej, natychmiast, juz! Zerwana maska poleciala gdzies w bok. Spazmatyczny haust – ulga! Charkotliwy oddech… Powoli docieralo do niego, ze wciaz jeszcze zyje. Wbrew logice, wbrew wszelkim oczywistym faktom. Niech szlag trafi logike! Oddychal. I to w tej chwili bylo najwazniejsze. Nie myslal o niczym, niczego nie probowal analizowac. Po co, skoro jest tak jak jest? – Musisz stad odejsc – platalo sie gdzies pod sklepieniem czaszki. Uciekac! Tak, teraz mozna to zrobic. Nie jest zwiazany koniecznoscia wymiany zbiornika, znalazl droge. I pomyslec, ze chodzili przez caly czas w maskach, kiedy dookola… Oszustwo – jeszcze jedno, pewnie nie ostatnie. Musi wrocic, powiedziec im. Potem sprobuja sie stad wyrwac. W czworke szybciej znajda jakis sposob. – Trzeba biec do baraku – pomyslal, ale zaraz przypomnial sobie o zrujnowanych schodach. – Jak? Ktoredy? – utkwil pytajace spojrzenie w kamiennym obliczu. Ponury loskot gromu i oslepiajaca wstega blyskawicy godzaca w sam srodek olbrzymiej maski. Chropowate drobiny prysnely na wszystkie strony. Plaskorzezba przestala istniec, odslaniajac wylot ciasnego chodnika. Edgins zaglebil sie w nieznana przyszlosc. Widzac przed soba nieregularna plame swiatla, zaczal biec. I nie zmniejszyl tempa, chociaz wielokrotnie potykal sie w ciemnosciach, kaleczac bolesnie cialo. Wreszcie dopadl zbawczego wylotu i az krzyknal z radosci, gdy zobaczyl kanciasta bryle baraku. Musial tylko zlezc w dol po postrzepionej grani. Chyba wszyscy sa w srodku. Bardzo dobrze. Bedzie mozna zaraz zaczac dzialac. Zsuwal sie po kilka metrow, szorujac calym cialem o kanciaste glazy. Z ubrania zostaly strzepy. Niewazne. Ogarnela go taka euforia, ze nie byl w stanie przejmowac sie blahostkami. Byle jak najszybciej… Nim stanal na dnie pieczary, minelo troche czasu. Zobaczyli go. Przez przezroczyste sciany widzial wyraznie trzy postacie wymachujace goraczkowo rekami. Krzyknal, najglosniej jak tylko mogl. Ktos rzucil sie do sluzy – Klaud, na pewno on! Tom wciaz biegl, byl juz calkiem blisko. Klapa zewnetrznej grodzi odskoczyla pchnieta niecierpliwym ramieniem. Z odleglosci kilkunastu metrow Edgins widzial sylwetke czlowieka, ktory wyskoczyl mu na spotkanie. Jakis radosny krzyk, wyciagniete ramiona i nagly paroksyzm bolu kaleczacy opuchnieta twarz. Klaud, z wyrazem bezbrzeznego zdumienia w zachodzacych mgla oczach, wali sie na zascielajacy dno pieczary drobny zwir. Gwaltowny skurcz miesni wypreza cale cialo w agonalnym zgieciu. Edgins czuje na sobie szklisty wzrok konajacego wieznia, smutny, pelen cichego wyrzutu. I stoi z bezradnie opuszczonymi rekami i pustka w glowie. Umarl czlowiek. Fakty opornie torowaly sobie droge do zablokowanego umyslu. Oczadziale mysli kolowaly bez celu jak zatrute smogiem ptaki. Zatrute… Tom, nabral pelna piers powietrza i wypuszczal je powoli. Nic, zupelnie nic. A jednak Klaud… Zachodzace bielmem oczy wciaz patrza, mimo ze skora zaczyna juz zmieniac kolor – sine plamy rosna w zastraszajacym tempie. Zaraz tu bedzie smrod, duszacy fetor gnijacego ciala. Edgins czuje zoladek skaczacy do gardla, potworne skurcze wyrzucaja na zewnatrz resztki przetrawionego pokarmu. Juz lepiej, duzo lepiej… Umarl czlowiek, trzeba go pochowac. Szedl jak w lunatycznym snie. Zatrzymal sie dopiero we wnetrzu baraku. Jab patrzyl na niego przerazonym wzrokiem. Mutant siedzial w dziwacznej pozie tuz przed glowica dozownika, mruczac cos monotonnym glosem; rekami uniesionymi w kontemplacyjnym gescie kreslil w powietrzu powiklane wzory. – Czego tu szukasz?! – nie wytrzymal Jab, gdy Edgins minal go kierujac sie w strone schowka z narzedziami. – Idz sobie stad! – krzyk wibrujacy na granicy histerii. – Slyszysz?! Wynos sie!!! – Musze go pochowac – powiedzial Tom spokojnie. – Przeciez nie moze tak lezec… – Pochowac! – dziki smiech urwal sie raptownie. – Najpierw go zabiles, a teraz idziesz grzebac. Podziwu godna konsekwencja. – Zamilcz. Cos bylo w brzmieniu glosu, w krotkim spojrzeniu – cos takiego, ze Jab zatkal sie momentalnie i cofnal pod sciane. Edgins, trzymajac w obu rekach narzedzia, potraktowal go jak powietrze. Bylby pewnie wyszedl bez slowa, gdyby nie mutant, ktory zagrodzil mu droge, wyrzucajac z siebie cala serie syczacych dzwiekow. Widzac, ze Tom nic nie zrozumial z tej przemowy, wskazal dlonmi jego glowe. – Gorejaca aura kaze mi sluchac twoich prawd – powiedzial. – Aura? – zdziwil sie Edgins. – Daj mi spokoj – wyciagnal reke chcac odsunac mutanta, ale ten, jakby wyczuwajac jego zamiar, pokornie zszedl mu z drogi. – Tom, zaczekaj! – Jab stal ciagle w tym samym miejscu, a na kwadratowej twarzy strach mieszal sie ze wsciekloscia. – Nie badz idiota, Tom, wez maske. Wystarczy jeden trup. Czy wyscie zupelnie powariowali? Edgins byl juz w sluzie, gdy rozlegly sie slowa mutanta: – Moja rasa postawilaby go wsrod najdostojniejszych. Jestes slepy, jezeli tego nie dostrzegasz. – Zamknij sie blaznie! Tom, wracaj! Jab jeszcze cos krzyczal, ale jego wrzaski zupelnie nie docieraly do swiadomosci Edginsa. Odcial sie od zewnetrznego swiata tak dokladnie, ze nie czul nawet bolesnych ukaszen zwiru kaleczacego poranione stopy. Stanal nad zwlokami Klauda i zamknal mu oczy, a potem, nakresliwszy odpowiednich rozmiarow prostokat, zaczal kopac. Skala dziwnie latwo poddawala sie jego woli. Kruszyl ja bez trudnosci, tkwiac po kolana, po pas, po piers w wyrytym otworze. Wokol powstajacego grobu rosly haldy wyrzuconego gruzu. Gdy uznal, ze juz wystarczy, wyszedl na zewnatrz, gdzie czekal hermetyczny pojemnik, w ktorym spoczywalo cialo nieboszczyka. Fakt ten nie zrobil na Edginsie najmniejszego wrazenia – podswiadomie tego wlasnie oczekiwal. Nie moglby przeciez pogrzebac niczym nie oslonietych zwlok. Ktos schwycil go za ramie. Twarz Jaba zakryta do polowy maska. Pokazywal cos, gestykulowal, potrzasal glowa. Wreszcie pobiegl w strone sluzy. Nadjezdzali ze wszystkich stron – odkryte droblery wypelnione ciemnowisniowymi sylwetkami. Otoczyly szerokim kregiem barak, siejac na prawo i lewo ludzkim ladunkiem. Tyraliera czujnie zgietych postaci, wysuniete przenikacze, groteskowo wyolbrzymione ksztalty bojowych helmow. – Po co tu przylezli? – zdenerwowal sie Edgins. – Nie sa mi do niczego potrzebni. Jazda stad. Zatrzymali sie – niepewni, oczekujacy rozkazu. Dowodca stal w najblizej zaparkowanym droblerze i zwlekal z podjeciem decyzji. Edgins poczul narastajaca fale zlosci. Zrobil krok do przodu, potem drugi. Idealna linia tyraliery drgnela. Wiazki kilkunastu przenikaczy trafily go niemal jednoczesnie. 22. Srodek hangaru zajmowal masywny wacopter, z ktorego wysypalo sie kilkanascie postaci w ciemnowisniowych kombinezonach. Utworzyly najezony bronia szpaler, a oficer, rozsunawszy przylbice olbrzymiego bojowego helmu, ruszyl w kierunku galerii widokowej, gdzie czekal komendant z kreatorem w towarzystwie paru sztabowcow. Ubir nuf Dem dostrzegl moment wahania w zachowaniu dowodcy grupy, gdy przyszlo do skladania pierwszego meldunku. Aby rozwiazac dylemat kaleczacy malo inteligentna twarz wyrazem wysilku przerastajacego granice poznania, wysunal sie do przodu, wyprzedzajac nieco fotel kreatora. Oblicze oficera jakby pojasnialo – stanal przed obel-bortem w regulaminowej odleglosci i, zezujac co chwila na zajmujacego swoje stale miejsce skrzydlaka, obwiescil przybycie roty eskortujacej. – Coz za niezwykle spostrzezenie – pokiwal glowa Ubir nuf Dem. – Jaka pogoda na Gelwonie? – spytal. – Melduje, ze bez zmian – wybakal oficer. – No mysle – usmiechnal sie komendant. – Jeszcze by tego brakowalo. – Macie go? – Fuertad postanowil przypomniec, o swojej obecnosci i jego fotel zatrzymal sie o krok od dowodcy roty. – Jest tam – oficer wskazal wacopter. – Cala czworka. Jeden nie zyje, reszta pod narkoza. Tu sa ich numery kontrolne – wyciagnal z kieszeni maly prostokat raptogramu, na ktorym natychmiast zacisnely sie szponiaste palce kreatora. Ubir nuf Dem zajrzal mu przez ramie. Cztery dlugie kombinacje cyfr skojarzone z parami czterech imion i nazwisk. Jedno z nich, obwiedzione tlusta ramka, brzmialo: Tom Edgins, przy drugim pysznil sie symbol oznaczajacy definitywnego nieboszczyka. W prawym dolnym rogu widnial podpis komendanta Fortu L na Trzecim Kontynencie. – Tom Edgins? – zastanowil sie Ubir nuf Dem. – Brzmienie dziwnie znajome, jakbym juz kiedys slyszal cos podobnego. Co o tym myslisz, Chief? – spytal szeptem ulubienca. Skrzydlak poruszyl sie niespokojnie. Od strony wacoptera nadjezdzaly cztery platformy transportowe. Zastopowaly tuz przed galeria, a Fuertad, wsunawszy raptogram do skrytki w poreczy fotela, popedzil im na spotkanie. – Szybszy od komety – Ubir nuf Dem ukryl rozbawienie pod maska smiertelnej powagi i poszedl w slady kreatora, pociagajac za soba milczaca asyste sztabowcow. – Edgins…Edgins… – mruczal pod nosem. – Skad ja znam to nazwisko? – lopot bloniastych skrzydel zabrzmial niemal jednoczesnie ze zdziwionym okrzykiem Fuertada. – Niech pan zobaczy, komendancie! Lezacy na skrajnej platformie hermetyczny pojemnik byl wlasciwie lita bryla przezroczystego tworzywa, w ktorym zatopiono zwloki tykowatego skazanca o opuchnietej twarzy. Ubir nuf Dem spojrzal pytajaco na stojacego obok oficera. – Tak to juz znalezlismy – uslyszal w odpowiedzi. – Przy grobie, ktory kopal tamten – palec wskazal jeden z trzech kanciastych przetrwalnikow na sasiednich platformach. – Pozostali dwaj siedzieli w baraku. – Tom Edgins – zaskrzeczal Fuertad porownujac numer wybity na pokrywie z trescia raptogramu. – Tom Edgins – powtorzyl Ubir nuf Dem powoli. – Jak ci sie to podoba, Chief? – zagadnal. – Wiezien chodzacy bez maski po podziemiach i grzebiacy swojego wspoltowarzysza w pojemniku, ktorego na pewno nie znalazl ani nie dostal od nikogo w prezencie. Ciekawe, bardzo ciekawe. – Dostarczyc do laboratorium – zadysponowal Fuertad i odwracajac sie w strone obel-borta dodal: – Nalezy nawiazac kontakt z Glownym Modyfikatorem. Centrum Wybiorcze na pewno jest zaniepokojone przedluzajaca sie izolacja Gelwony. A jeszcze w dodatku to… – wykonal nieokreslony ruch reka. – Blokada wywozu sprawia, ze jest klopot z magazynowaniem produktu koncowego – wtracil ktorys ze sztabowcow. – Mimo zmniejszonej mocy produkcyjnej sklady sa przepelnione, a z planety ciagle ida nowe dostawy. – I niespodzianki – stwierdzil Ubir nuf Dem w duchu. – Bawimy sie w wojne, a tu nagle cos bawi sie nami. Co mysli dowodca olowianych zolnierzykow, gdy zacznie zdawac sobie sprawe, ze sam jest rowniez odlany z metalu? Ruszyl w strone zastrzezonego pionu komunikacyjnego i po minucie stanal przed wejsciem do komendanckiej kwatery. – Jak by to powiedziec, Chief? Nie czuje sie dzis najlepiej – mruknal przekraczajac prog apartamentu. – Wyglada na to, ze meczy mnie rzeczywistosc, ludzie i caly ten kosmiczny balagan, ktory rozpetalismy. Wojna z Rindu, tajna bron, podchody… Cos zawsze bedzie stalo nad nami, chocbysmy wylezli ze skory. Cos, czego nie zrozumiemy ani jutro, ani za miliard lat. O ile oczywiscie bedziemy jeszcze wtedy istniec – dodal po chwili zastanowienia. Skrzydlak zeskoczyl z ramienia obel-borta i przycupnawszy na brzegu stolu, czochral sie z pasja mogaca rozbawic najwiekszego mruka. Ubir poglaskal skudlona siersc ulubienca i zasiadl w olbrzymim fotelu, ktory otulil go i delikatnie rozkolysal. Do szczescia brakowalo tylko… – Moja droga Liz – smutek zagoscil na twarzy ostatniego z nuf Demow. – Gdybys wiedziala, jak bardzo cie teraz potrzebuje. Poczucie beznadziejnosci roslo z kazda chwila. Nie pokazala sie, nie dala znaku zycia. A przeciez zrobil to wszystko dla jej wlasnego dobra. Czy ona nie potrafi tego zrozumiec? A moze nie chce? Pojsc tam? Nie! Na to sie po prostu nie odwazy. Dwukrotnie wysylane sluzboty wracaly bez odpowiedzi. Nie miala ochoty otworzyc albo w ogole jej nie bylo. Okropnie sie to wszystko skomplikowalo. Spojrzenie obel-borta wedrowalo po okrytych wzorzystymi kobiercami scianach, bajecznie kolorowych posagach i mozaikowych plaszczyznach telewibrazow, ktore czekaly tylko musniecia swietlnych promieni, by wyczarowac ze swego wnetrza przestrzenna wizje uspionego piekna. Na koniec wzrok Ubira zatrzymal sie na godle nuf Demow. Wargi – drgnely, a pamiec przywolala dzwieczne strofy Epody Kolonizatorow. W wykonaniu obel-borta brzmialy one jednak jak pogrzebowy rapsod. Krotki, chrapliwy okrzyk dobiegl od strony stolu, gdzie Chief – podobny teraz do wielkiej, kosmatej kuli drapal pazurami marmurowy blat. Bloniaste skrzydla wystrzelily na boki i zaczely mlocic powietrze, wydajac przy tym furkoczacy odglos. – Jestes glodny – domyslil sie Ubir nuf Dem. – Niestety, chyba nie bede ci towarzyszyl przy kolacji. Nie mam apetytu – podniosl sie z fotela i przewedrowal kilka pomieszczen, by stanac przed sciana, za ktora ukryto starannie zamaskowany sejf. Rodowy pierscien wcisniety w cokol niewielkiej statuetki z czarnego srutowca uruchomil mechanizm – posazek obrocil sie wokol swojej osi, a imitacja ceglanego muru po prostu przestala istniec. W plytkiej wnece, na podwyzszeniu obitym szkarlatna materia, lezala masywna ksiega w skorzanej oprawie, ze zloconymi, okuciami na rogach… Godlo nuf Demow zdobilo geometryczny srodek antycznej okladki. – Poklon wam oddaje czcigodni przodkowie moi – wyszeptal Ubir w naboznym skupieniu, wyciagajac reke po wiekowe dzielo. Z ciezkim tomiskiem pod pacha ruszyl w strone najblizszego stolu. Tam z drzeniem, jakie zawsze u niego wywolywal widok rodowej kroniki, zabral sie do wertowania pozolklych, szeleszczacych kart. Mijaly godziny. Ubir nuf Dem nie zauwazyl nawet cichego przybycia ulubienca. Chief usadowil sie na szczycie pregijskiej kompozycji, tuz za plecami obel-borta. Otulony bloniastymi skrzydlami wygladal jakby zmorzyl go sen. Ostatnia czesc kroniki zawierala powiklana genealogie rodu, z jej licznymi, odgalezieniami i slepymi uliczkami. Bladzac po labiryntach pokrewienstwa Ubir nuf Dem odwracal strone za strona, a teleskopowe oczy przesuwaly sie goraczkowo nad podkreconymi wezykami recznego pisma: – Niemozliwe, zebym sie pomylil – mruczal do siebie. – To musi gdzies tu byc. Z cala pewnoscia. I nie pomylil sie. Nazwisko Edgins widnialo w rodowej kronice nuf Demow jako boczna, ale wcale nie najdalsza linia. – Tom Edgins – Ubir wymowil te dwa slowa – przywracajace jego egzystencji zatracony sens i pozwalajace bez obawy spogladac w niepewna przyszlosc. Oto znalazl spadkobierce. Czlowieka, ktory przejmie rodowy pierscien i bedzie kontynuowal rozpoczete przed setkami lat dzielo. Wielkie dzielo. Pograzony w pozornym snie skrzydlak uniosl nieco glowe i paciorkami czarnych slepi wpatrywal sie w idealnie czysta stronice, nad ktora obel-bort doznawal najwiekszego wzruszenia w swoim smutnym zyciu. Bo gdyby Ubir nuf Dem mogl plakac, z jego oczu niewatpliwie trysnelyby obfite lzy – lzy szczescia. 23. Ubrala sie najskromniej jak mogla. Zadnych ozdob – sam mundur, w dodatku nienagannie ulozony. Nawet swoj ulubiony helm z fantazyjnym pioropuszem zamienila na regulaminowe nakrycie glowy, pod ktorym starannie ukryla kasztanowe wlosy spiete w olbrzymi kok. Sprawdziwszy w lustrzanej scianie efekt koncowy stwierdzila, ze w tym stroju bardziej przypomina obojnaka niz normalna kobiete. – Swiat staje na glowie stwierdzila w duchu. – Kto to widzial, zeby samica, majaca wokol siebie stado napalonych kretynow, maskowala swoje wdzieki, zamiast uzywac do woli i plawic sie w komplementach. Gotowi pomyslec, ze jestem jakas zboczona albo cos jeszcze gorszego. Zgrzytnela zebami w bezsilnej wscieklosci. Nie ma rady, musi odegrac te komedie do konca. Howden – bodaj go wlasne sadlo zalalo – jeszcze sie nie raczyl pokazac, a Fuertad z Ubirem od kilku juz godzin laza po Stacji i w kazdej chwili moze im przyjsc do glowy cos glupiego. Nie potrafila biernie czekac. Jezeli da sie jeszcze cos zrobic – zrobi to, chocby miala siegnac jezykiem wlasnego kregoslupa. Bezwiednie poprawila niesforny kosmyk wlosow i z twarza skazona grymasem wscieklej determinacji ruszyla do kwatery Fuertada. Nie chcieli jej wpuscic. Smarkate gnojki – pewnie jacys nowi. Dopiero znajomy oficer szepnal pare slow dowodcy strazy i z usmiechem, zza ktorego wyzieralo porozumiewawcze zmruzenie powiek, utorowal droge do samego laboratorium. – Nie mam pojecia, do czego ten stary pryk moze ci byc potrzebny, ale jakby co, bede w poblizu – mruknal na odchodnym, oblizujac lubieznie wargi. – Bujaj sie – skosila go chlodnym spojrzeniem. Tego towaru jest tu az nadto. Nie przypominala sobie, zeby byli na „ty”. – Cholernie zarozumialy – pomyslala. – Warto by takiemu dac troche w kosc, moze przestalby sie puszyc. Zreszta to normalne. Tokuja, poki jest sie czym wykazac. Taka ich samcza natura. Fuertad, niestety, dawno juz wypadl z obiegu. Ze tez to prochno jeszcze chodzi po swiecie! Najgorsze jednak, ze od kaprysu owego prochna zalezalo jej dalsze zycie, a przynajmniej pobyt na Gelwonie. Z niechecia przekroczyla prog laboratorium. Fuertada nigdzie nie bylo widac. Dwoch asystentow w nieskazitelnie zoltych kombinezonach krzatalo sie przy pulpitach zajmujacych ponad jedna trzecia sali. W tle majaczyly karykaturalne sylwetki uzbrojonych cybotow. Na wprost wejscia, na stole sekcyjnym najezonym wiazkami najrozniejszych aparatow, lezal jakis czlowiek. Poznala go od razu. – Tutaj? – powodowana zdziwieniem podeszla blizej, by nasycic oczy widokiem postaci, ktora od tylu dni meczyla ja niezrozumialymi wizjami. – Tom Edgins – odczytala na tabliczce informacyjnej. – Ani kroku! – Fuertad pojawil sie tak niespodziewanie, ze zamarla w naglym przestrachu, zapominajac na moment o celu swojej wizyty. Dopiero po chwili, majac przed soba pomarszczona niczym wyschniety owoc gebe kreatora, powitala go regulaminowym pozdrowieniem. – Prosze stad wyjsc! Natychmiast! – chrapliwy skrzek stawal sie nie do zniesienia. – Czy moglby mi pan poswiecic piec minut? – zdziwiona wlasna cierpliwoscia pozwolila mu sie wykrzyczec, a gdy opadl z sil, dodala z naciskiem: – To sprawa najwyzszej wagi. Starszy bort Howden… – Wiem – przerwal jej bezceremonialnie Fuertad. – Zostalem poinformowany. – Wiec ten grubas rozmawial z nim – uczucie ulgi odmalowalo sie na twarzy Lizey. – Czy podjal juz pan decyzje, kreatorze? – spytala przymilnie. Popelnila blad: nie nalezalo wypadac z raz obranej roli. Niewybaczalny kiks, ktory przewazyl szale. Zrozumiala to w sekunde pozniej. – Owszem, postanowilem – Fuertad wychylil sie do przodu jakby chcial skoczyc i dopasc do gardla niczego nie swiadomej ofiary. – Trybunal otrzyma odpowiednie materialy. Oboje zgnijecie w podziemiach Gelwony. Jeszcze nie wierzyla. Rozkojarzone spojrzenie skakalo po scianach laboratorium, nieruchomych sylwetkach cybotow, migotliwych pulpitach sprzetow. Fuertad usmiechnal sie jadowicie. Spod krzaczastych brwi kluly szpileczki starczych oczu. Niemozliwe! To jakis okrutny zart, kaprys durnego pokurcza! – Osobiscie bede czuwal nad dochodzeniem – glos kreatora dochodzil do niej niewyraznie, jakby przez sciane. – A teraz niech sie pani stad wynosi i przekaze dowodcy strazy, ze zarobil dziesiec dni bunkra. – Jak to? – wykrztusila. – Pan nie moze… Pan… Pan nie ma dowodow… Na znak Fuertada asystenci chwycili ja za ramiona i pociagneli w strone wyjscia. – Precz z lapami! – ryknela odtracajac ich od siebie. Nie spodziewali sie tego. Odskoczyli na boki spogladajac niepewnie to na nia, to na kreatora. Ruszyla w jego kierunku. – Posluchaj gnido – mowila sciszonym glosem. – Ktoregos dnia zadusze cie golymi rekami i nic mi w tym nie przeszkodzi. Zastanow sie, ja nie zartuje. – Posluchajmy razem – zaproponowal Fuertad wbijajac koscisty paluch w klawiature swojego fotela. Wnetrze laboratorium wypelnil odtwarzany z mnemoreksu bas Howdena: „ – Najlepiej, zeby pan to sobie spokojnie przemyslal i sam zdecydowal, co dalej. – Chwileczke (poznala glos Fuertada). Jak brzmi nazwisko panskiego swiadka? Musze przeciez wiedziec… – Lizey Myrmall, kreatorze. Czy to cos panu wyjasnia?” Trzask wylacznika, triumfujaca mina zlosliwego gnoma. – Wszystko na ten temat – obwiescil z satysfakcja. – Reszty dowie sie pani w trakcie trwania sesji Trybunalu. Miala wrazenie, ze podloga umyka jej spod stop. – Parszywy impotent pomyslala. – Dopial swego. Od samego poczatku ryl i kopal, a teraz… – przez moment wydawalo sie jej, ze wybuchnie placzem. – To jakas pomylka – zaczela ugodowym tonem. – Zwykle oszustwo – w miare jak mowila, coraz bardziej wierzyla w swoje slowa. – Ktos chce mnie wrobic, a pan, kreatorze… Fuertad demonstracyjnie odwrocil sie plecami i zniknal za rzedem glowic pamieciowych. Zamarla pod bezosobowym spojrzeniem trzech cybotow, ktore zastapily jej droge. Lufy ciezkich miotaczy stanowily argument nie do odparcia. Cofala sie powoli, bardzo powoli, najwolniej jak tylko mogla. Bez sensu. Nie chcac przedluzac tego w nieskonczonosc, wybiegla na korytarz. – Hola, panienko! – znajomy oficer zlapal ja wpol i zatrzymal. Dokad ci tak spieszno? – wyszczerzyl zeby w przymilnym usmiechu. – Zrywaj sie, gowniarzu – warknela. – Nic tu po tobie. – Zobaczymy – przekrzywil glowe, lobuzersko mruzac oczy. – Krotka masz pamiec, laleczko. Kolanem w jadra, z calej sily! Zwinal sie jak ochlap. Poprawila lokciem, biorac na cel gladko wygolony pysk. Bedzie mial pamiatke. Polecial w bok, prosto pod nogi zdurnialych straznikow. – Buzka – cmoknela w ich strone i ruszyla korytarzem, nie ogladajac sie do tylu. Rozladowanie napiecia przynioslo jej ulge. Juz w windzie, oparta plecami o sciane metalowej klatki, usmiechnela sie do podobizny w lustrze. Liliowozloty blask poziomu oficerskiego zmienil tlo zwierciadlanego obrazu. Zblizyla twarz do szklistej tafli i przez chwile przygladala sie swojemu odbiciu jakby miala przed soba zupelnie nieznajoma osobe. – Nie chce cie straszyc, moja mala, ale chyba ktos zamierza zrobic ci jakies swinstwo. – powiedziala wreszcie obojetnym tonem, wzruszajac przy tym ramionami. Twarz w lustrze powtorzyla wiernie ruchy warg, mimike, gesty. Palec skierowany na zwierciadlana tafle znieruchomial. Liz wpatrywala sie wen, mruzac oczy i marszczac gniewnie czolo. Ten palec celowal przeciez w nia! Dopiero teraz zdala sobie sprawe z powagi sytuacji. Zabawa przestala byc zabawa. Zagrozenie jakby zmaterializowalo sie w formie owego palca, ktorym postac w lustrze wskazywala na jej twarz. A wiec to tak?! – Niedoczekanie – warknela glucho. – Myslicie, ze dam sie tak po prostu zapuszkowac? – kopnela podkutym butem w sciane i znowu jej ulzylo. – Sprobujcie, ale nie recze za siebie. Moge zrobic cos glupiego. Cos, czego bedziecie pozniej gorzko zalowac… Zdawala sobie jednak sprawe, ze z tej pulapki trudno sie bedzie wywinac. 24. Byla to pierwsza noc, ktorej obel-bort Ubir nuf Dem nie poswiecil na odpoczynek. Nawet przez mysl mu nie przeszlo, ze mozna by udac sie do przytulnej sypialni i utonac w objeciach zabytkowego loza. Wielkimi krokami przemierzal komnaty swego apartamentu, wiodac wzrokiem po zgromadzonych w kazdym zakatku skarbach. Posagi, obrazy, klejnoty – wszystko to nabieralo w jego oczach nowego zycia; zupelnie jakby nieruchome przedmioty wyczuwaly, ze stalo sie cos, co diametralnie zmienia ich dotychczasowa wegetacje u boku ostatniego z nuf Demow. Byly znowu potrzebne – jako dowod swietnej przeszlosci i zapowiedz nie mniej godnej przyszlosci. – Coz za szczesliwy zbieg okolicznosci – powtarzal Ubir spogladajac po raz nie wiadomo ktory na rodowy pierscien. – Niemozliwe stalo sie faktem, zadajac klam prawom rachunku pewnosci. Jakze maly jest swiat – zwrocil sie do skrzydlaka drzemiacego na szczycie pregijskiej kompozycji. – Czy potrafisz zrozumiec moja radosc, Chief? Czy potrafisz ja pojac? Pytanie trafilo w pustke. Ulubieniec pozwolil sobie zignorowac wypowiedz obel-borta. – Masz racje, przyjacielu, zupelna racje – pokiwal glowa Ubir nuf Dem. – Zachowuje sie jak najglupszy z moich sluzbotow – opadl na fotel, a na jego czole rozterka wyryla dwie pionowe bruzdy. – Przeciez Tom jest jeszcze wciaz w dyspozycji kreatora, a ja nie zrobilem nic, by go stamtad wydobyc. Spadkobierca nuf Demow zwyklym wiezniem, skazancem zrzuconym na samo dno ludzkiego piekla! Kto smial w tak okrutny sposob osadzic czlowieka, ktorego pochodzenie wiecej jest warte niz wszystkie zgromadzone tu skarby?! Zuchwalcy dopuszczajacy sie czynu tak haniebnego powinni zostac surowo ukarani i obel-bort Ubir nuf Dem osobiscie dopilnuje, by zaplacili za swoj postepek cene odpowiednio wysoka. – To doprawdy cud, ze dowiedzialem sie o jego istnieniu – mamrotal. – Cud prawdziwy. Biedny Tom… – imie zostalo wypowiedziane cieplym, wspolczujacym glosem. – Krew z krwi, kosc z kosci naszej. Ilez on musial wycierpiec? Grymas gniewu stezal na twarzy Ubira. Potomek nuf Demow zepchniety do roli bezwolnego dawcy – karmiony preparatami, wystawiony na zabojcze promieniowanie Gelwony, a wszystko po to, by na poziomie odbioru bezduszne automaty wyssaly z jego organizmu produkt koncowy: Fuertadral. Ta zasuszona mumia pomyslala o kazdym szczegole. Perweniusz, ktory chce przejsc do historii nazywajac swoim imieniem najpotezniejsza bron, jaka kiedykolwiek dysponowal rodzaj ludzki. – Jakze to okrutnie zalosne – stwierdzil obel-bort w duchu. – I jakie prawdziwe – chcial podzielic sie owa refleksja z ulubiencem, ale Chief, otulony bloniastymi skrzydlami, posapywal tylko leciutko przez sen. – Trzeba dzialac – Ubir nuf Dem zerwal sie z fotela – dzialac jak najszybciej. – Przez chwile stal nieruchomo ze wzrokiem utkwionym w rodowym godle. – Do was sie zwracam, czcigodni przodkowie, abyscie uzyczyli mi swej madrosci i sily – wyszeptal drzacymi wargami. Wyobraznia obel-borta wypelnila pomieszczenie cieniami wielu ludzi. Stali z dumnie uniesionymi glowami, otaczajac go ciasnym kregiem. Sylwetki bohaterow, ktorych czyny slawiono w piesniach i zapisywano zlotymi zgloskami w historycznych ksiegach – te twarze, tak skupione i smutne, spogladaly na Ubira domagajac sie czynu. Zrozumial. Odczytal prosbe zawarta w niewidzacych oczach. Teraz juz wierzyl, ze uda mu sie spelnic obowiazek narzucony chlubnym dziedzictwem. Obowiazek, ktory traktowal jako wyroznienie. Puszysta wykladzina znowu ugiela sie pod krokami obel-borta, a jego glos rozbil cisze przytulnego wnetrza. Z sasiedniego pomieszczenia wybiegly dwa sluzboty. Minelo troche czasu zanim ubraly Ubira w paradny, obwieszony platyna mundur i przytroczyly do pasa rzadko otwierana kabure. Sprawdziwszy swoj wyglad, ostatni z nuf Demow spojrzal jeszcze na rodowy herb – chwila kontemplacji przed rozpoczeciem decydujacej batalii. Dobrze, zupelnie dobrze. Czul sie silny – po raz pierwszy od wielu juz lat stawal do walki, o ktorej slusznosci byl przekonany w stu procentach. A moze nawet bardziej. Wyprostowany, spokojnym, pewnym krokiem ruszyl w kierunku sali lacznosci. Ze szczytu pregijskiej kompozycji obserwowaly go uwaznie paciorki czarnych slepi. Chief, obudzony krzatanina sluzbotow, spogladal za wychodzacym az do momentu, w ktorym postac komendanta skryla sie w cieniu roslinopodobnej kolumnady. Przekrzywiwszy na lewa strone swoj ptasi leb, ulubieniec balansowal przez kilka sekund, przestepujac z nogi na noge, a potem rozwinal bloniaste skrzydla i poszybowal sladem opiekuna. Poruszal sie bezszelestnie, totez obel-bort, pochylony nad klawiatura kodera, nie zauwazyl jego przybycia. Dopiero delikatny syk zwrocil uwage Ubira na puszysta kule, ktora usadowila sie na brzegu jednego z pulpitow. – A, to ty – komendant nie odrywal oczu od szachownicy programatora i tylko katem oka zanotowal obecnosc ulubienca. – Sam widzisz, Chief, jak mi to nieporadnie idzie – mowil dalej, a palce niepewnie wybieraly wlasciwe przyciski. – Brak wprawy, ot i wszystko. Dopiero za trzecim podejsciem udalo sie obel-bortowi zmusic urzadzenie do uleglosci. Bilokator zasygnalizowal obecnosc kreatora w laboratorium. Ubir nuf Dem wdusil klawisz wywolania. – Nawet w srodku nocy nie opuszcza swojego smietnika – myslal z irytacja. – Pracowita mumia. On po prostu nie ma czasu umrzec. Kanal lacza bezposredniego ciagle jeszcze pozostawal zamkniety. Fuertad wyraznie nie kwapil sie do rozmowy. Ubir nuf Dem poczul, ze wilgotnieja mu dlonie. – Tylko spokojnie – mruknal wycierajac je w taszyftowa chusteczke. – Uda sie, musi sie udac. Stawka planowanej rozgrywki byla jednak tak wysoka, ze przez moment obel-borta ogarnal paniczny strach. I moze nawet ucieklby sprzed wypuklosci monitora, gdyby nie obraz, ktory pojawil sie nagle na szarej powierzchni. Ubir nuf Dem zauwazyl postac w zoltym kombinezonie. – Chwala Sloncu, obel-borcie. Czym moge panu sluzyc? – Nawet nie raczyl sie osobiscie pofatygowac, tylko przysyla mi tu swoich laborantow – pomyslal, a glosno rzucil: – Fuertad! Natychmiast! Zdumiony brzmieniem wlasnego glosu, z satysfakcja odnotowal, ze monitor poszarzal, a w powietrzu unosi sie jeszcze pokorne: „Rozkaz, komendancie”. Nie czekal nawet minuty. Relacja asystenta musiala przekonac kreatora, ze przeciaganie spektaklu moze sie nie najlepiej dla niego skonczyc. Gdy ekran ponownie przekazal obraz z drugiego konca lacza, do uszu obel-borta dobieglo regulaminowe pozdrowienie, a zaraz potem: – Historia nie notowala panskiej wizyty w mojej skromnej pracowni. Nawet w tak nie zobowiazujacej formie. – Kpi w zywe oczy – stwierdzil Ubir nuf Dem w duchu. – Historia wielu rzeczy jeszcze nie notowala, Fuertad – powiedzial cierpko, kladac nacisk na slowie „jeszcze”. – Jakim prawem dopuszcza pan swoich asystentow do koncowki zastrzezonego lacza? – zaatakowal z marszu, a nie slyszac odpowiedzi dodal: – Takie traktowanie regulaminu podczas Procedury Obszaru Zamknietego powinno byc nagrodzone sadem doraznym, z natychmiastowym wykonaniem wyroku. – Alez komendancie… – twarz kreatora poczerwieniala. – Dosyc. Nie przyjmuje zadnych tlumaczen. – Chcialem tylko… – Ani slowa! – uniesiona wladczym gestem prawica najpewniej speszyla Fuertada, bo zdusil w sobie nie dokonczona kwestie, a wsciekle blyski wyblaklych oczu upodobnily go do zdziczalego psa, ktorego lancuch pozbawil mozliwosci kasania. – Niech sie wreszcie dowie, kto tu naprawde rzadzi – pomyslal Ubir nuf Dem. – Pora przywrocic na Gelwonie wlasciwa hierarchie. – Pan mnie oderwal od prac majacych scisly zwiazek z ustanowieniem Procedury Obszaru Zamknietego – zaczal kreator glosem ledwie tlumiacym narastajaca furie. – Pan sobie nie zdaje sprawy z konsekwencji moich badan. – Wlasnie dlatego pana wezwalem, Fuertad. Nalezy zebrac wszystkie posiadane informacje i skonsultowac sie z Glownym Modyfikatorem. Dosyc juz zmarnowalismy czasu. Chce wiedziec, co zostalo ustalone i jakie ma pan zamiary w stosunku do wiezniow, ktorych dostarczono dzisiaj na Stacje. Ci ludzie mogliby chyba niejedno wyjasnic? – Niestety, komendancie. Badania przeprowadzone na infiltratorze… – Co takiego? – obel-bort poczul, ze robi mu sie slabo. – Kto panu pozwolil stosowac infiltrator?! – Przeciez to tylko wiezniowie – zdziwienie kreatora bylo naturalne. – Koniec – pomyslal z rozpacza Ubir nuf Dem. Ostatnia szansa bezpowrotnie zaprzepaszczona. Gwiazdo Promienna, zeby zginac z reki takiego zera – oparl sie o brzeg pulpitu i szeroko otwartymi ustami lowil powietrze. – Zamorduje tego pokurcza, zakatuje na smierc, a potem rozwale te cholerna Stacje. Och, Tom… – rozluznil ciasna stojke; skrzypiace slowa omijaly go jakos bokiem. Z trudem skupil uwage, by zrozumiec ich sens. – …w jednym przypadku nie udalo sie zestroic infiltratora z falowaniem zapisu pamieciowego – mowil Fuertad. – A wlasnie ten zapis moglby najwiecej… – O kim pan mowi? – Ubir nuf Dem wpil wzrok w twarz starca, ktory dlugo, okrutnie dlugo szukal czegos w poreczy fotela. – Tom Edgins – zaskrzeczal wreszcie kreator. Nie wiedzial, ze te dwa slowa uratowaly go od niechybnej smierci. 25. Bol stanowi dowod istnienia. Jezeli mozesz czuc bol – zyjesz. Najpierw byly palce. Wrazenie uporczywego ssania dobijalo sie do sparalizowanego mozgu, kolatalo do bram swiadomosci. W chwile pozniej pojal, ze ma rowniez klatke piersiowa, w ktorej szaleje rozjuszone zwierze. – To serce – pomyslal z trudem. Chcial poruszyc palcami, bo nie dawaly mu spokoju, ale seria rozkazow wyslana do miesni zaginela w gestej pustce, otaczajacej go ze wszystkich stron. Sprobowal jeszcze raz. Piekacy bol uswiadomil mu istnienie kregoslupa – od nasady czaszki po ostatni skrawek kosci ogonowej. Nawet nie mogl jeknac. Czekal wiedzac, ze teraz przyjdzie najgorsze. I przyszlo. Gdzies w okolicy splotu slonecznego narodzila sie ognista drzazga i drazac rozdygotane trzewia, szukala zeru. Zlosliwy robak, gorszy od wszystkiego, bo niematerialny. Nie ustanie w poszukiwaniach, dopoki nie zlozysz mu naleznej daniny. Trzeba przeczekac – zaraz odezwie sie poranny gong i glowica dozownika wydzieli kazdemu po dwa male, bielusienkie krazki. Zbawienna trucizna, ktora pozwoli przetrwac nastepny katorzniczy dzien. Byc moze ostatni. Kiedys przeciez musi nadejsc koniec, opadnie kurtyna… – O Nieba, jak bardzo chce sie pic! Pod sklepieniem czaszki szemrze strumien zyciodajnej cieczy. Woda toruje droge – komu? Jestes tylko narzedziem, choc kaleczysz maske swiata. Co to bylo? Skad pojawiaja sie te dziwne mysli? Pamiec faluje jak soczysta mgla, w ktorej majacza niewyrazne strzepy zdarzen. Trzeba rozpedzic nierealne opary, wydobyc ukryta w nich tresc. Jaka tresc? Czy mozna zrozumiec cos, co jest wytworem doprowadzonego do obledu umyslu? Nie, po stokroc nie! Mozna tylko czekac, wierzac, ze szalenstwo samo ustapi. Ale to sie nie zdarza prawie nigdy. Wiec co robic, skoro wytyczono ci droge i ze wszystkich stron dobiega smiech tych, ktorzy nie pytajac o zgode, przekreslili cale twoje zycie. Wpasujesz sie w wyznaczone miejsce, odegrasz jakas role nie wiedzac nawet, czy robisz za statyste czy za pierwszoplanowa postac. A potem, gdy juz zgasnie reflektor sledzacy kazdy gest smiesznej dwunogiej istotki, pozwola ci odejsc… Gorzkawy smak krysztalowych drobin – marzenie bez szansy spelnienia. Trzeba czekac. Jak dlugo? Bol staje sie dokuczliwszy, ogarnia coraz to nowe rejony. Od palcow po nadgarstki, lokcie, ramiona. Zlosliwy robak, buszujacy w trzewiach, dotarl juz do gardla. Kiedy to, sie stalo? Niewazne. Slychac szalony stukot galopujacego tetna, korytarzami zyl pedza potoki rozpalonego zelaza. Dlaczego jest tak ciemno? Przeciez w baraku zawsze bylo troche swiatla. – Jab! – chcial zawolac, lecz usta nie zareagowaly na myslowy sygnal, chociaz czul odretwiale wargi i wielki, kolkowaty jezyk. Dlaczego? Ledwie slyszalny chichot przetoczyl sie w niespodziewanej ciszy, ktorej istnienie uswiadomil sobie dopiero wtedy, kiedy zostala zburzona. I jakis glos: – Najpierw go zabiles, a teraz idziesz grzebac. Kto to powiedzial? Twarz Jaba zakryta do polowy maska – hermetyczny pojemnik, w ktorym spoczywa cialo nieboszczyka – tyraliera czujnie zgietych postaci – bol – pustka… – Przeciez nie chcialem jego smierci – myslal z rozpacza. – To byl przypadek. Glupia, bezsensowna pomylka. Jak wszystko. – Musisz stad odejsc – obraz kamiennej maski pojawia sie na moment i zaraz znika, zasloniety upiornym wirowaniem rindanskich cieni. I ten dzwiek… – Zostawcie mnie! – krzyknal bezglosnie. – Odpieprzcie sie! Dajcie mi wreszcie spokojnie zdechnac!!! Widma cofaja sie, lecz tylko na chwile. Trzeba calej sily woli, by utrzymac je na dystans, by nie stlumily resztek swiadomosci, ktorej na imie Tom Edgins. – Czy to na pewno ja? – zastanawial sie przez moment. – Jestem o tym przekonany, komendancie – zaskrzypial tuz nad uchem starczy glos. – Posiadam niezbite dowody. – Pan nie moze sam decydowac, Fuertad – dobieglo z drugiej strony. – Od tego jest Centrum Wybiorcze i Glowny Modyfikator. Kategorycznie zabraniam podejmowania jakichkolwiek krokow, slyszy pan? Ka-te-go-rycz-nie! – Pan sobie nie zdaje sprawy z powagi sytuacji. Przewiduje najgorsze. Ci ludzie to zywe zapalniki, mogace w kazdej chwili… – Nonsens. Przeciez to jednak sa ludzie. Sam pan powiedzial. A moze sie przeslyszalem? – To byli ludzie – skrzypienie zmienia sie w chrapliwy szept. – Czy widzial pan czlowieka, ktory nie ginie przebywajac w trujacym srodowisku? Czy widzial pan czlowieka, ktory nie poddaje sie infiltracji pamieci? – Moze to wada aparatury? – upiera sie drugi glos. – Przeciez ten… jak mu tam… Gradienter Konrad Tietz… …twarz o ostrych rysach i wystajacych kosciach policzkowych. Atletycznie zbudowany mezczyzna krzyczy rozdzierajacym glosem, a wokol niego szaleja w upiornym tancu skaly rozsadzane echem potwornego dzwieku. MUSISZ STAD ODEJSC… odejsc… odejsc… Odglos walacych sie schodow tlumi jekliwy skowyt. Trzeba stad wiac i to jak najszybciej! Przeciez juz znalazl droge! Wystarczy… – Dokad chcesz uciec? – pytanie, na ktore nie mogl znalezc odpowiedzi. Swiat podzielony miedzy Rindu i Zwiazek Solarny. Gelwona – czyz nie powiedziano mu wyraznie, ze nie ma tu dla niego miejsca? Mozna zaszyc sie w jakims zapomnianym przez wszystkich kacie, zmienic nazwisko, przeszlosc, wyglad… I co dalej, naiwny kretynie? Przedluzysz tylko agonie, bo przeciez nie masz juz o co walczyc, do czego dazyc. Sam, wlasnymi rekami… – Dlaczego to zrobiles, ty glupia dziwko? Moglas mnie oszukiwac trzymajac wszystko w tajemnicy. Gdybym nic nie wiedzial, kochalbym cie dalej i moze znalazlbym sens w tym zafajdanym zyciu. Och, Iris, gdziekolwiek jestes… …pochylala sie nad nim, mowiac cos pieszczotliwym tonem. Dlugie, kasztanowe wlosy opadaly jej na oczy, wiec odrzucila je do tylu tym wdziecznym gestem, ktory tak mu sie zawsze podobal. Potem nalozyla na glowe ksztaltny kask zwienczony fantazyjnym pioropuszem. Zauwazyl, ze jest ubrana w ciemnowisniowy stroj z emblematem borta na ramionach. Zdziwil sie, ale odpowiedzial na jej usmiech i spojrzal w kierunku, ktory mu wskazala. Zobaczyl parterowy modulowiec spiety migotliwa klamra ognia, z ciezka czapa tlustego dymu i mala kepa rachitycznego bzu, pozerana przez chciwy plomien. – Bez? – chcial podejsc blizej, ale zar stawal sie nie do wytrzymania. – To wszystko przez ten bez – myslal goraczkowo. – Gdyby mozna bylo… Burza. Potworna burza wypelniona dudniacym spiewem gromow. Brzuchate chmury rodza strugi rzesistego deszczu, ktory gasi pozar i zmywa z oblicza swiata ostatnie slady wrogiego zywiolu. Pracowita ziemia wypuszcza ze swego wnetrza delikatne zielone kielki. Rosna szybko, rozwijaja sie. Kisc fioletowych drobin, o odurzajacym zapachu, ginie w dloni Edginsa. – To dla ciebie – odwraca sie w strone Iris, ktora potrzasa glowa jakby odpedzala natretnego owada, a potem zrywa ukwiecona galazke i po trzech kamiennych schodkach wchodzi do wnetrza domu. Domu, do ktorego tak bardzo chcial wrocic. I ten dzwiek – jekliwy, monotonny, rozdzierajacy jazn skowyt. Przeciez to nieprawda – uswiadomil sobie nagle. – Jeszcze jedno klamstwo, ktorym probuja mnie oszukac. Komu jest to wszystko potrzebne? Czul, ze ponownie – ktory to juz raz? – zapada w nieistnienie, ze jego swiadomosc gasnie jak ten ogien zduszony fragmentem rozpetanej przez kogos burzy W ostatnim przeblysku majakliwego snu dojrzal jeszcze skrzydlate monstrum, wlepiajace w niego czarne paciorki pozbawionych wyrazu slepi. – Kim jestes? – chcial spytac, lecz ledwie zdazyl o tym pomyslec, widzenie pryslo i wszystko pograzylo sie w bezlitosnej czerni. 26. Niewesolo. Wlasciwie tragicznie. Ma przeciwko sobie wszystkich, nie liczac oczywiscie tego kretyna Howdena, ktory siedzi od godziny w tym samym miejscu, trzesie sie jak galareta i wpatruje baranim wzrokiem w podloge. Ciekawe, ile Fuertadralu bedzie z takiego grubasa? – Musimy cos zrobic – powiedzial, przypalajac kolejnego papierosa od parzacego palce peta. – Przeciez nie mozemy pozwolic… – Nie musimy na nic pozwalac – zasmiala sie nieszczerze. – Nikt nas nie bedzie pytal o zdanie. – Wymysl cos – jeknal. – To byl twoj pomysl. – Ale twoja realizacja – pokiwala z politowaniem glowa. – O Nieba, co za mieczak – pomyslala, wydymajac pogardliwie wargi. – Jak to sie poci ze strachu, jak dygoce. Przypomina rozdeptana zabe, tlusta i oblesna. – Nie mam pojecia, co mu sie wlasciwie stalo – relacjonowal po raz nie wiadomo ktory. – Wszystko szlo jak najlepiej, myslalem… Rzucila w jego strone krysztalowa czarke. Koktajl zostawil na scianie krzykliwe bryzgi. Siegnela po nowe naczynie, napelnila po brzegi i obserwujac spod przymruzonych powiek pechowego wspolnika, umoczyla wargi w ulubionym napoju. – Nie jest dobrze – myslala, przelykajac cierpki, musujacy plyn. – Jest gorzej niz zle. Byla pewna, ze Fuertad jej nie popusci, a dotychczasowy punkt oparcia, jaki miala w osobie komendanta, stracila ostatecznie i nieodwracalnie. Bledem okazalo sie zignorowanie przyslanych przez niego sluzbotow. Teraz juz nie ma o czym mowic – najprawdopodobniej kreator zdazyl wychlapac Ubirowi o calej aferze. A jesli nawet tego nie zrobil, faktem jest, ze obel-bort minal ja na korytarzu bez slowa, zupelnie jakby jej nie zauwazyl. – Widocznie nie chcial – wzruszyla ramionami. – Bodaj go szlag najjasniejszy trafil, razem z rodowym godlem i cala reszta. – Musimy cos postanowic – zaczal znowu swoje Howden. – Napisz testament – zaproponowala. – To sie moze przydac, a pozniej nie bedziesz mial okazji. W podziemiach ciezko znalezc cos do pisania. – Nieprawda. On tylko straszy. Nigdy tego nie zrobi, nie odwazy sie… – Spokojna glowa. Kreator zawsze dotrzymuje danego slowa – zasmiala sie zlosliwie. – Moze trafisz do wlasnego Fortu? To by dopiero bylo, co?! Nie odpowiedzial. Skulil sie tylko bardziej i drzacymi palcami odpalal nastepnego papierosa. Model bezksztaltnej, sliskiej ameby powiekszony do rozmiarow doroslego czlowieka. Niby-nozki, niby-raczki… Prosze popatrzec, jak to sie dzielnie skreca, podryguje, mlaska. – To nie potrwa dlugo – kontynuowala z msciwym blyskiem w oczach. – Gdzies po tygodniu pojawi sie na twojej lapie pierwsze czerwone kolko, potem drugie, trzecie i jazda na poziom odbioru. Bez obawy, przeciez byles tam tyle razy. A przy okazji, dla zabicia czasu, zbierzesz pare garsci zarodnikow. Ten zapach, ktory cie tak zawsze podniecal, pamietasz? To wlasnie z nich. Mam kilka flakonikow, chcesz moze zobaczyc? – Przestan – zaskowyczal nieswoim glosem. – Boi sie, tlusta swinia – stwierdzila z satysfakcja. – Powinien sie bac, bo inaczej nic z tego nie wyjdzie. Po co tyle krzyku? – pokrecila z dezaprobata glowa. – Fuertadral to bardzo cenna substancja, sam mi kiedys tlumaczyles. Przyczynisz sie do zwyciestwa solaryjskiej cywilizacji nad barbarzynstwem Rindu – zanucila poczatek Hymnu Slonca. – Pogrzeb, rzecz jasna, na koszt umilowanej Ojczyzny. Papierowa twarz Howdena zrobila sie niemal zupelnie przezroczysta. Liz spogladala wyzywajaco w jego przekrwione oczy, znajdujac przyjemnosc w drobiazgowej analizie uczuc malujacych sie na oblesnym pysku jedynego wspolnika. Bylo to fascynujace zajecie. – A teraz do rzeczy – powiedziala wstajac. – Sluchaj uwaznie, bo nie bede powtarzac. Znasz rozklad Stacji nie gorzej ode mnie., wiec powinienes skojarzyc. Musimy… – urwala raptownie; badawcze spojrzenie przesunelo sie po scianach segmentu. – Musimy opanowac sklad Fuertadralu – szepnela Howdenowi do ucha. – Opan…! – dostal pod zebra i opadl z powrotem na fotel. – Nie tak glosno – upomniala go pieszczotliwym tonem. – To jedyna sytuacja, w ktorej bedzie mozna stawiac warunki i wytargowac zycie – mowila tak swobodnie, jakby chodzilo o wypozyczenie z magazynu dodatkowego kompletu umundurowania. – A teraz rusz sie, grubasie. Szkoda czasu – poklepala go po sflaczalym policzku. Byl tak rozklejony, ze nawet nie probowal oponowac. – Daj mi cos do picia – zabelkotal. – Cykor cie oblecial – powiedziala z nagana w glosie. – Jesli nie spartaczymy, bedziesz mial jeszcze niejedna okazje, zeby sie przydymic. W przypadku przegranej zaaplikuja nam solidna dawke FZ-etow. Recze ci, ze nic mocniejszego, jak dotad, nie wynaleziono. Cos tam zamamrotal pod nosem, ale nie sluchala, wpatrzona w podloge za jego plecami. Puszysta wykladzine przebijalo kilka delikatnych, zielonych kielkow. Rosly szybko, rozwijaly sie i na jej oczach jedna z galazek zakwitla kiscia fioletowych drobin. – To dla ciebie – uslyszala cieply, meski glos. Tom Edgins stal kolo zielonej kepy i przygladal sie jej tak jakos dziwnie, jakby… – Czegos tu nie rozumiem – potrzasnela glowa, chcac odegnac natarczywy majak. – Czegos tu, do ciezkiej cholery, naprawde nie rozumiem. – Cco… to? – tlusty paluch Howdena bezblednie zlokalizowal rozplywajaca sie postac. – Znasz tego faceta? – Nie wiem, chyba nie – baknela zdezorientowana. Fakt, ze nie tylko ona dostrzegla nieproszonego goscia byl pocieszajacy, ale i tak niczego nie wyjasnial. I ten krzak sterczacy tak po prostu na srodku pomieszczenia. Dlaczego akurat bez? Podeszla blizej i ulamawszy obsypana kwieciem galazke, zanurzyla twarz w pachnacym fiolecie. – Tom Edgins – mruknela w zadumie, odwracajac sie w strone Howdena. – Cos ty powiedziala?! – podskoczyl jakby ktos go dzgnal w tluste posladki. – Ten wiezien, ktorego… Przeciez on… Cwaniaczek – zdazyl wykorzystac moment jej nieuwagi i wlac w siebie z pol czarki koktajlu. – Zebys tak sie zwijal przy innej okazji, bylaby moze z ciebie jakas pociecha – powiedziala drwiacym tonem. – Wiesz cos o tym Edginsie? – Tyle co wszyscy – jednym lykiem osuszyl naczynie; grdyka skasowala dostarczony plyn, glosnym bulgotem objawiajac swoje zadowolenie. – Podobno niebezpieczny. W kantynie plota niestworzone rzeczy. Oszalec mozna. – Niebezpieczny – pomyslala ze zdziwieniem. – Pewno tak, inaczej Fuertad nie trzymalby go u siebie. W takim razie te majaki… – poczula nagly lek, lecz kiedy spojrzala na trzymana w reku kisc bzu, zagadkowy usmiech ozdobil jej twarz. – Liz, co z toba? – zaniepokojony glos Howdena przywrocil ja do rzeczywistosci. – Wygladasz co najmniej dziwnie. – Ales sie napral – znalazla kwiat o pieciu platkach i polknela go. – To na szczescie. Poszukaj, moze ci sie trafi. – Przeciez tego nie ma! – ryknal mietoszac w lapach fioletowa kisc. – Nie ma, nie ma… – skoczyl na wyrastajacy z podlogi krzak i deptal z pasja. – Dosyc – szarpnela go do tylu; nie wiadomo, dlaczego wydal sie jej jakis wiekszy i ciezszy. – Moglbys przestac robic z siebie idiote. Stal przed nia z tak durna mina, ze z trudem powstrzymala wybuch smiechu. Zalosny typ. Trudno, szkoda czasu. Wyjela ze schowka kabure z draserem. Dziwne, ze obel-bort nie odebral jej tego, nakladajac tymczasowy areszt. Gdyby wiedzial, co ona nia zamiar zrobic… Fuertad by nie zapomnial – to stare prochno pamieta o wszystkim. Dlatego nalezy sie spieszyc! – Jestem gotowa – powiedziala chowajac bron pod bluze. – Teraz pojdziemy do ciebie. Wezmiesz co trzeba i… – Zastanow sie – znowu go wziela jakas drzaczka. – Moze… – Jesli jeszcze raz uslysze… Nie uslyszala. W jej wzroku bylo tyle zlosci, ze Howden skulil sie tylko i mielac w ustach bezsilne klatwy, ruszyl w strone wyjscia. 27. Palce kreatora wedrowaly niespokojnie po poreczach fotela, a ich wlasciciel, ze wzrokiem utkwionym w jakis szczegol laboratoryjnego osprzetu, trawil gorycz przezytego upokorzenia. Nie potrafil zrozumiec, co spowodowalo tak wielka zmiane, w zachowaniu komendanta. Obel-bort grozil, cytowal paragrafy, stawial warunki i zadal wyjasnien. Niebywale! Ten nadety, arystokratyczny balwan osmielil sie wsadzac nos w sprawy, o ktorych pojecie ma mniej wiecej takie, jak on – kreator Fuertad – a skomplikowanej genealogii nuf Demow. Skandal, prawdziwy skandal, zeby taki dyletant w ogole zabieral glos, nie mowiac juz o podejmowaniu jakichkolwiek decyzji. I to wlasnie teraz – w chwili, kiedy waza sie losy solaryjskiej potegi, kiedy cala, z takim trudem wzniesiona budowla drzy w posadach – przychodzi obwieszony orderami kretyn i wyraza swoje watpliwosci oraz zastrzezenia. Nie podoba sie? Prosze bardzo! On – kreator-Fuertad – podporzadkuje sie rozkazom ignoranta. On – kreator Fuertad – nie kiwnie nawet palcem. Przeciez takie bylo zyczenie jasnie wielmoznego pana komendanta. Ciekawe, co na to powie Rada. Bardzo, bardzo ciekawe. – Ubir nuf Dem wlasnymi rekami zaklada petle na swoja szyje – zachichotal. – Zapowiada sie niezle przedstawienie. Obel-bort nie rozumie albo zrozumiec nie chce. Obel-bort zreszta nie wie wszystkiego. On – kreator Fuertad – nie ma zamiaru podawac w watpliwosc kompetencji komendanta. Niech zdarzenia mowia same za siebie. Niech Glowny Modyfikator oceni, niech sie zapozna z faktami. A fakty sa wystarczajaco wymowne! – Tak – pomarszczona twarz skrzywila sie w diabolicznym grymasie, a pergaminowa dlon, oparta o pulpit czytnika, ozywila szara powierzchnie ekranu. – Fakty. Tylko fakty. Wystarczy popatrzec. Sklad osobowy Czterdziestej Osmej Eskadry. Eskadry wciagnietej w kolapsowa pulapke Rindu. Ponad setka nazwisk. Obok druga lista, o polowe krotsza – ci z nich, ktorzy w wyniku wymiany jencow powrocili do domow. Trzeci spis zawiera tylko szesc pozycji. Gradienter Konrad Tietz figuruje na pierwszym miejscu, Toni Edgins na drugim, nizej – czworka skazancow przebywajaca aktualnie na poziomie adaptacyjnym. Wszyscy z tej samej jednostki, wszyscy byli w niewoli. I wszyscy trafili na Gelwone. Zadziwiajacy zbieg okolicznosci. Koronkowa robota. Po prostu majstersztyk. Starzec byl pelen uznania dla nieznanego przeciwnika, ktorego mozg uknul tak precyzyjna intryge. Tym bardziej ze on – kreator Fuertad – zdolal ja rozwiklac. – Nie znali lokalizacji Gelwony, wiec zrobili to w taki sposob, bysmy sami dostarczyli spreparowanych skazancow we wlasciwe miejsce. Tietz byl pierwszy, Edgins drugi, na poziomie adaptacyjnym czterech nowych. Niezle, zupelnie niezle. Z chwila odwolania Procedury Obszaru Zamknietego pojawia sie nastepni. Jeden rozwalil pol kontynentu, dziesieciu poradzi sobie z cala planeta. A bedzie ich na pewno wiecej. Glowny Modyfikator na pewno to zrozumie. Za godzine Gelwona wywola Centrum Wybiorcze i on – kreator Fuertad – przedstawi wszystkie swoje dowody. Koniec obel-borta, koniec tego napuszonego arystokraty, ktoremu sie zdaje, ze ma tu cos do powiedzenia. Za paralizowanie akcji kontrujacej nie poglaszcza go po glowie. To przeciez nie sa zarty. Kleska Gelwony stawia pod znakiem zapytania przyszlosc Zwiazku Solarnego. Strach pomyslec, co by sie moglo zdarzyc. – Jeszcze godzina – mruknal kreator, spogladajac z obawa na kanciasty przetrwalnik, w ktorym spoczywal Tom Edgins. – Chcialbym tylko wiedziec, dlaczego jego pamiec nie poddaje sie infiltracji – drobna piastka uderzyla w klawiature pulpitu, a ekrany odpowiedzialy seria nie skoordynowanych blyskow. – Musi byc przeciez jakis powod. Zywe zapalniki z zakodowanym programem dzialania. Przypadek Tietza podsunal kreatorowi wlasciwe rozwiazanie. To, co poczatkowo bral za halucynacje, musialo byc impulsem popychajacym skazanca do zniszczenia znienawidzonego otoczenia. Fuertad nawet domyslal sie, jaki rodzaj uszkodzen podkorowych moze dac podobne efekty. Jeszcze tylko godzina. – Sami uruchamialismy reakcje, pakujac w nich FZ-ety i wystawiajac na dzialanie gelwonskiego promieniowania – glowa starca osunela sie na oparcie fotela. – Mam nadzieje, ze jeszcze nie jest za pozno. Wystarczy zlikwidowac cala podeslana grupe i wyluskiwac nastepnych, w miare jak beda sie pojawiac. Gdyby nie rozkaz komendanta, on – kreator Fuertad – juz dawno wykonalby odpowiednie posuniecia. Niestety, decyzja obel-borta – decyzja kretyna, co do tego nie ma najmniejszych watpliwosci – wydana podczas Procedury Obszaru Zamknietego, stanowila prawo. Prawo, ktoremu nie sposob sie przeciwstawic. – A zatem: rozkaz, panie komendancie – waskie wargi zastygly w drapieznym ugieciu. – Jestem pewien, ze Glowny Modyfikator wykaze wiecej rozsadku. Musi wykazac. A wtedy… Wyraz triumfu przeslizgnal sie po pomarszczonej twarzy. Fotel, poderwany gwaltownym uderzeniem sekatych palcow, ruszyl w strone wyjscia. Juz niedlugo. Za niecala godzine on – kreator Fuertad – zajmie miejsce obel-borta i uratuje Gelwone, udowadniajac po raz kolejny swoja niezastapionosc. – Tak bylo zawsze, tak jest i bedzie – myslal z satysfakcja, mijajac juz na korytarzu sylwetki wyprezonych straznikow. – I biada tym, ktorzy tego w pore nie zrozumieli. Hermetyczne drzwi zamknely sie za nim bezglosnie, a w pustym laboratorium zapanowalo grobowe milczenie. Porozstawiane w plytkich wnekach cyboty trwaly w nieruchomym oczekiwaniu, obejmujac swoim polem kontroli kanciasty przetrwalnik z majaczaca wewnatrz sylwetka uspionego czlowieka. Rozrywajace gladz posadzki zielone kielki nie wywolaly zadnej reakcji ze strony bezrozumnych straznikow. Ich program nie przewidywal takiego zjawiska, nie wszczeto wiec alarmu, nie zniszczono zaczatkow nowej rzeczywistosci, nie zrobiono nic. A w odleglosci kilku metrow od przetrwalnika Toma Edginsa wyrastal krzak najprawdziwszego bzu – obsypany rojem zielonych lisci, zwienczony bukietem pachnacych kwiatow. Kaleczyl maske swiata. 28. Wychodzac na korytarz, natkneli sie na kolejne krzaki bzu, wokol ktorych widac bylo grupki zdziwionych ludzi. – Ladny kociol – pomyslala Liz torujac sobie droge wsrod rozgadanego personelu Stacji. – Dzieje sie tu cos dziwnego i niech mnie szlag trafi, jezeli zgadne do czego to wszystko zmierza. Byla jednak zdecydowana doprowadzic swoje zamierzenia do konca. Po prostu nie miala innego wyjscia. Zamieszanie, jakie wywolal bez, zwiekszalo szanse realizacji szalonego przedsiewziecia. Na pierwszym punkcie kontrolnym nikt nie zwrocil na nich uwagi. Dowodca posterunku wydzieral sie do sciennego autofonu, a jego podkomendni podziwiali grubiejace z minuty na minute pnie karlowatych drzewek. – Zwariowalo. Wszystko zwariowalo – mamrotal Howden, nie odstepujac Liz ani na krok. Przepychali sie przez ciagle rosnacy gaszcz i stloczonych na korytarzach ludzi. Staneli dopiero przy szybach komunikacyjnych. Windy byly przepelnione, niektore nie dzialaly. Liz pociagnela Howdena w strone awaryjnych schodow. – Szkoda czasu – mruknela przez ramie. – To zamieszanie ulatwi nam robote, ale musimy sie spieszyc. Zbiegajac w dol zobaczyli na podescie kolejny krzak. Majaczyla kolo niego sylwetka jakiegos czlowieka. – To on! – krzyknal Howden wyrywajac bron z kabury. – Uwazaj! – odepchnal Liz pod sciane i strzelil. Ognista smuga przeszla przez widmowa postac, nie czyniac jej zadnej krzywdy. Galezie zamigotaly jezyczkami plomieni. – Iris – wyciagnieta reka prawie rozmywala sie w powietrzu. – Czy mi przebaczysz? Ryk syreny alarmowej. Sufit pulsujacy gama ostrzegawczych kolorow. Trzask ognioodpornych grodzi. – Ty idioto! – Liz bila Howdena piesciami po piersi, twarzy, gdzie tylko sie dalo. – Ty skonczony idioto!!! Upadl prosto w plonaca kepe i ryczac z bolu stoczyl sie po blaszanych schodach w dol. – Odcinaja poziomy – myslala goraczkowo Liz. – Ten eunuch przez swoja glupote spowodowal pozar. Wszystko stracone. Stala przez chwile nieruchomo, skupiona, ze zmarszczonym czolem, a potem pobiegla z powrotem na gore, zagluszajac lomotem podkutych butow rozpaczliwe wrzaski Howdena. Palilo sie wszedzie. Kazdy krzak, kazda galazka bzu otoczona byla aureola migotliwych plomieni. Ludzie probowali tlumic pozar. Pod nogami walaly sie zuzyte gasnice. Ktos wolal o pomoc, ktos inny wydawal rozkazy. Nikt nie zwrocil uwagi na Liz, przebijajaca sie uparcie w jednym kierunku – do laboratorium. – To jedyna okazja – myslala torujac sobie droge w plasajacym piekle. – Zabic Fuertada. W tym burdelu nikt tego nie zauwazy, a ja bede miala wreszcie spokoj. Jakis nadgorliwiec probowal zagrodzic jej droge. Wrzeszczal jak opetany. Zrozumiala tylko jedno slowo: ewakuacja. Dostal w nos i wiecej go nie widziala. Ostatnia krzyzowka. Korytarz wiodacy do laboratorium byl wzglednie spokojny – pojedyncze zrodlo ognia ominela bez trudu. Wszedzie pelno dymu, za to ani sladu straznikow. Chyba dotarla do nich wiadomosc o ewakuacji. A Fuertad? Ogarnal ja strach. – Mam nadzieje, ze jest w srodku – pocieszala sie. – Musi byc w srodku – mruczala stojac przed zamknietym wejsciem do pracowni kreatora. – Gdziez indziej moglby sie podziewac – pelen politowania usmiech wykrzywil poplamiona sadza twarz kobiety. – Tylko jak sie tam do niego dostac? Odruchowo poprawila mundur i odrzucila do tylu wlosy. Znowu zapomniala je przyciac. Niewazne. Szkoda kazdej sekundy. Wdusila przycisk awizora. Nic. Jeszcze raz. I znowu. – Zamknal sie – wiazka przeklenstw stlumila dobiegajace z tylu krzyki i nie ustajacy ryk syren. – Na pewno tam jestes, gnido, i na pewno cie dostane. Odstapila dwa kroki do tylu i mierzac z drasera w spojenie dwuskrzydlowych drzwi, w miejsce, gdzie powinien byc cyfrowy zamek, wywalila pelny ladunek. Drzwi ustapily. Pojawila sie waska szczelina. Jednoczesnie za plecami Liz zabrzmial tupot biegnacych ludzi. Klnac na czym swiat stoi, schowala sie za pierwszym dogodnym zalomem. To byl trzyosobowy patrol w pelnym rynsztunku prozniowym, prowadzony przez dwoch nie uzbrojonych asystentow Fuertada. Zauwazyli uszkodzone drzwi. Wcisnela sie jeszcze glebiej; najchetniej wlazlaby w sciane. Na szczescie plonacy krzak byl tak usytuowany, ze pozostawala w cieniu. Uwaznie obserwowala przybyla grupe, ktorej dowodca, wspomagany przez jednego z asystentow, rozsuwal wlasnie nadpalone skrzydla drzwi. W tej samej chwili ze srodka buchnal skoncentrowany ogien kilku miotaczy. Dwoch ludzi stojacych na progu laboratorium zamienilo sie w pokrwawione, osmalone ochlapy zywego miesa, przemieszane z resztkami sprzetu bojowego. – To cyboty! – wrzasnal histerycznym glosem pozostaly przy zyciu asystent. – Ladnie bym sie wpakowala – pomyslala Liz i ciarki przeszly jej po grzbiecie, gdy spojrzala na to, co lezalo na podlodze. – Wylacz je! – krzyczal wyzszy z pozostalej dwojki. – Dlaczego nas nie uprzedziles?! Chyba potrafisz je jakos unieruchomic?! – Moze sie zmyjemy? – baknal niesmialo jego kumpel. – Zaraz zablokuja caly modul… – Trzeba zabrac tego Edginsa – warknal wyzszy z niechecia; Liz wytezyla sluch. – To rozkaz – dobiegly dalsze slowa. – Glowkuj bracie, bo cie zaraz postawie na progu i nie zdazysz sie nawet zesrac ze strachu. – Cos musialo uruchomic system alarmowy. Te drzwi byly uszkodzone… – Opowiesz to swojej cioci – przerwal mu wyzszy. – Ale ktos sie probowal wlamac – asystent wymachiwal rekami, rzucajac na wszystkie strony spanikowanym spojrzeniem. Liz niemal przestala oddychac. Plecami wyczuwala kazda nierownosc chropowatej sciany. – Fuertada nie ma w srodku – myslala i przyprawialo ja to o rozpacz. – Taka okazja, jedyna okazja… – najgorsze, ze nie mogla ruszyc sie z miejsca. Asystent minal ja w odleglosci zaledwie metra. Scisnela mocniej bron – na swoje szczescie patrzyl w inna strone. Pogrzebal cos przy tablicy rozdzielczej, ktora otworzyl za pomoca magnetycznego klucza, i odwrociwszy sie do obserwujacej go dwojki, zakomunikowal: – Gotowe. Sa zablokowane. – Idz pierwszy – rozkazal wyzszy, wskazujac lufa polotwarte drzwi. Asystent wszedl do laboratorium, unoszac wysoko nogi nad popalonymi zwlokami. – Wchodzcie – rozleglo sie po chwili ze srodka. – Wszystko w porzadku. Nawet nie ma pozaru. Korytarz opustoszal. Zajrzala ostroznie do srodka, spieta, gotowa w kazdej chwili uskoczyc. Faktycznie – jedyny krzak, jaki wyrastal z podlogi laboratorium, byl nietkniety. Dziwne. Zauwazyla, ze asystent manipulowal cos przy pulpitach, a dwaj pozostali chwycili kanciasty przetrwalnik, niosac go, nie bez wysilku, w strone sluzy, ktora blyskala seledynowa poswiata. – Ten sam stol – myslala Liz obserwujac nerwowa krzatanine. – On tam musi byc. Wywoza go. Nie wiedzialam, ze stad mozna odleciec. Fuertad to jednak cwane bydle. Skoro tak bardzo troszcza sie o tego Edginsa, jego osoba musi stanowic jakas konkretna wartosc. Tylko jaka? Ryk syren zamarl jak uciety nozem. Spojrzala w glab korytarza. Tam krzak jeszcze sie palil, wszedzie bylo pelno dymu. Gdzies z daleka dobiegly odglosy detonacji. Ciekawe, co z Howdenem? Skonczona oferma, tylko by zawadzal. Upewniwszy sie, ze z tylu nic jej nie zagraza, Liz odbezpieczyla draser. Tamci dwaj wracali juz do asystenta – bez bagazu. – Przetrwalnik zaladowany – powiedzial wyzszy. – Mozemy sie zwijac. – No to jazda – mruknela celujac w jego piers. Pojedynczy ladunek. Starczy. Nawet nie obserwowala efektu. Przymierzyla w drugiego. Osunal sie z reka na odpietej kaburze. Trzeci. Ten musi zyc. Tylko niech stoi z dala od pulpitow. Dwa skoki, kolba na odlew – koniec. Rozejrzala sie po pobojowisku. Nieruchome cyboty obserwowaly ja wylotami martwych soczewek. Bzdura. Asystent cos zamamrotal, z ust pociekla mu krew, wypadly kawalki zebow. Chwycila go za kolnierz. Nie wiadomo, co mu bardziej zaszkodzilo, lufa wbita w kregoslup, czy widok trupow. Nieistotne. Popchnela go w kierunku sluzy. W gniezdzie startowym czekal gotowy do odlotu kolapter. Wciagnela swoja ofiare na trap i przez owalny wlaz wrzucila do srodka. Kilka foteli, prosty uklad sterowania. Kanciasty przetrwalnik lezal na podlodze. Za polprzezroczysta pokrywa dostrzegla znajoma twarz Edginsa. Nawet sie ucieszyla. – Bez paniki, maly – mruknela. – Zabieram cie na wycieczke. Ulokowala asystenta w fotelu obok lozyska pilota. Wygrzebala ze schowka rezerwowe pasy bezpieczenstwa i skrepowala starannie jenca. Nawet nie jeknal. Plul tylko od czasu do czasu krwia i patrzyl na nia przerazonym wzrokiem. – Grzeczny chlopiec – wyciagnela mu z kombinezonu pek magnetycznych kluczy. – Ktory z nich? Ruchem glowy wskazal inna kieszen. Usmiechnela sie, gdy szczelina kontrolna dala pozytywny rezultat. – Musze cie zarekwirowac – powiedziala z troska w glosie. – Bedziesz mi bardzo potrzebny. Kto was przyslal? – Fuertad z komendantem – baknal niewyraznie. – Obaj? – zdziwila sie. – A wiec jednak chodza w jednym zaprzegu – pomyslala. – To bylo do przewidzenia. Migotliwa polkula pecherza kompensacyjnego otoczyla kolapter. – Dlaczego przyszliscie po niego? – spytala Liz. – Co on takiego zrobil? Powinien chyba siedziec w podziemiach? Asystent milczal. Spojrzala mu prosto w oczy – uciekl wzrokiem w bok. Uderzyla go niedbale w nabrzmiala twarz. Jeknal. – Nie wyglupiaj sie – szepnela pieszczotliwym tonem. – Ja nie wiem – wybelkotal. – Fuertad osobiscie… – znowu plul krwia; bluza kombinezonu przypominala rzeznicki fartuch. – Dokad go mieliscie zabrac? – Ewakuacja – mowil z trudem. – Pozar na calej Stacji. – Nie pytam: dlaczego? Pytam: dokad? – Czasowe rozsrodkowanie. Kolapter zadrzal. Seledynowy poblask sluzy zaczal przygasac. – Robi sie nieciekawie – pomyslala Liz i zaczela programowac parametry startu. – Dobrze, ze jestes, Iris – poznala ten glos, ale nikogo procz niej i asystenta w kabinie nie bylo. – Tak sie ciesze… – spojrzala na przetrwalnik. Rysy twarzy pod pokrywa nawet nie drgnely. – Ja tez sie ciesze – syknela Liz, siadajac na miejscu pilota. Nachylona nad pulpitem sterowniczym zauwazyla katem oka rozsuwajaca sie kopule komory startowej. – Teraz dam wam popalic, ludkowie – ironiczny grymas zlamal klarowna linie warg. – Zatanczycie wedlug mojego scenariusza – wyobrazila sobie miny kreatora i obel-borta, gdy dotrze do nich jej ultimatum. – Zaluje, ze nie bede mogla obejrzec tego z bliska. Przez moment w blyszczacym prostokacie bocznego lidaru zobaczyla wlasne odbicie, ktorego jednak nie poznala. Dlugie, kasztanowe wlosy, delikatnie rzezbione rysy… Szarpnela sie do tylu. – Przywidzenia – pomyslala ze zloscia. – Mam juz tego dosyc – z calej sily kopnela pedal wyzwalacza. Ponowne spojrzenie w bok przywrocilo jej spokoj. Powierzchnie lidaru pokrywaly teraz wiazki roznobarwnych, drgajacych linii. Kolapter odrywal sie od gniazda. Scisnela dlonie na sterach i skupiajac cala uwage na wskazaniach przyrzadow, poprowadzila go wprost w rozgwiezdzona przestrzen. 29. –  Gwiazdo Promienna – wyjakal Ubir nuf Dem. – Czyste szalenstwo. Po co ona to zrobila? – Udalo jej sie wyladowac w poblizu Fortu T, gdzie wysadzila mojego asystenta wraz z tym mnemogramem – mowil Fuertad zgrzytliwym tonem. – Zdazyla gdzies ukryc kolapter zanim dowiedzielismy sie, o co jej chodzi. Jak na improwizacje wypadlo to zupelnie przyzwoicie. Obel-bort jeszcze raz cofnal koncowy fragment zapisu i po chwili z glebi mnemoreksu poplynal glos Liz: – …macie dosc rozsadku. Jezeli w godzine po otrzymaniu tego tekstu nie zagwarantujecie mi powrotu na Ziemie, wypuszczam Edginsa z przetrwalnika. Zamkniety omal nie rozglebil Stacji, gdy bedzie wolny, szlag trafi cala Gelwone. Panski asystent, kreatorze, nie byl wprawdzie zbyt rozmowny, ale w koncu to z niego wydusilam. Teraz pozostawiam wam prawo wyboru. Oficjalny Immunitet dla Lizey Myrmall, potwierdzony przez Glownego Modyfikatora albo ogolna czapa. Chyba wyrazam sie jasno. Ja nie mam juz nic do stracenia, wy mozecie stracic wszystko. Dokladnie o osmej czasu uniwersalnego oczekuje odpowiedzi w pasmie… – To panska wina, obel-borcie – zaskrzeczal Fuertad, jednym uderzeniem sekatych palcow przerywajac odtwarzanie zapisu. – Gdyby nie panski upor, byloby juz po klopocie. Wystarczylo zlikwidowac tego Edginsa… – O Nieba Bezkresne – wyszeptal zbielalymi wargami Ubir nuf Dem. – O czym on mowi? Zlikwidowac… – Z trudnoscia opanowalismy pozar. Czy to panu nie wystarcza? Teraz w niebezpieczenstwie jest cala planeta. Najwazniejsza planeta w calej Galaktyce. Czy pan tego nie rozumie? – A coz mnie obchodzi Galaktyka – myslal Ubir nuf Dem. – Tom jest moim spadkobierca i tylko to sie liczy. Tylko to! Fuertad spogladal na niego, pogardliwie milczac. – Mniejsza o wine – slowa obel-borta zabrzmialy sucho i nienaturalnie. – Sadze, ze powinnismy przyjac te warunki – obserwowal z niepokojem kreatora, ktory niecierpliwie bebnil palcami po poreczy fotela. – Odzyskamy w ten sposob Edginsa i pozbedziemy sie Lizey Myrmall – to drugie powiedzial z wyraznym zalem. – Nie mozna jej darowac – warknal Fuertad. – Stworzylibysmy pozalowania godny precedens. Zapanowala cisza, w ktorej obel-bort wyczuwal czajace sie niebezpieczenstwo. – Pan ma jakas propozycje? – spytal ostroznie. – Owszem w glosie kreatora dominowal odcien wyzszosci. – Powiedzialem, ze jak na improwizacje wypadlo to zupelnie przyzwoicie, przetrwalnik jednak wysyla sygnaly. Szybko zlokalizujemy miejsce, w ktorym jest ukryty. – Chce pan spenetrowac cala planete? – Ubir nuf Dem goraczkowo szukal luki w tym rozumowaniu. – Czas! – z trudem stlumil wybuch radosci. – Mamy, za malo czasu. – Nie sadze. Nielatwo ukryc kolapter. Wiekszosc Gelwony to rownina. Wystarczy przeleciec nad gorami. Jeden solidny atak z powietrza zalatwi sprawe ostatecznie. – Wszystko sie wali, ciagle nowe przeszkody – Ubir nuf Dem byl kompletnie zdruzgotany. – Nie potrafie sobie z tym poradzic – popatrzyl z zazdroscia na kreatora. – Mimo formalnego zwierzchnictwa nie moge nad nim zapanowac. A jesli on postawi na swoim… – narastal strach sciskajacy zoladek, dlawiacy oddech. – Nie wolno mi do tego dopuscic. Chief, jakby wyczuwajac fatalny nastroj opiekuna, wsunal mu leb pod pache i znieruchomial. Ubir nuf Dem machinalnie gladzil skoltuniona siersc, bladzac wzrokiem po wypalonych scianach apartamentu. Pozar strawil wieksza czesc zgromadzonych tu skarbow. Splonely piekne gobeliny, kobierce, niektore meble i posagi. Migotliwe niegdys plaszczyzny telewibrazow zalala stopiona, szklista masa. Nawet godlo Nuf Demow, pokryte platami sadzy, wygladalo raczej zalosnie niz dumnie. – To straszne – stwierdzil obel-bort w duchu. – Straszne i przygnebiajace. A teraz ten zasuszony szaleniec chce mi jeszcze odebrac nadzieje – z trudem panowal nad soba i z tym wieksza nienawiscia spogladal na kreatora. – Wiec jak, komendancie? – skrzypiace slowa zranily swiadomosc Ubira. – Grupa operacyjna czeka. Szesc bojowych szturmowcow z kompletem ludzi na pokladach. – Pan juz wszystko przygotowal?! – obel-bort wyprostowal sie gwaltownie. – Oczekuje na panskie zezwolenie – wycedzil Fuertad. – W koncu to pan jest komendantem Gelwony – dodal z ledwie wyczuwalna ironia. – Nic bardziej zludnego – pomyslal Ubir nuf Dem. – Moim zdaniem powinnismy jednak zgodzic sie na stawiane warunki – powiedzial slabo, bez przekonania. – Nie akceptuje panskiego planu, Fuertad, z tego prostego powodu, iz nie daje on stuprocentowej gwarancji – czul, ze plecie bzdury, ale musial mowic cokolwiek, bo milczenie bylo stokroc gorsze. – Powinnismy przekazac Edginsa do Centrum Wybiorczego. Dokladne zbadanie jego przypadku mogloby wiele wyjasnic, a jesli zginie… – W porzadku, komendancie – powiedzial Fuertad, ukladajac wargi w cos, co od biedy mozna by uznac za usmiech. – Nadamy ten komunikat – spojrzal na chronometr. – Dokladnie za czterdziesci dwie minuty. Skrzydlak wysunal leb spod pachy obel-borta i wyrzucil z siebie chrapliwy okrzyk. Kreator znikal juz w drzwiach. – Spokojnie, Chief – Ubir nuf Dem podrapal ulubienca po grzbiecie. – Wszystko bedzie dobrze – pomyslal. – Musi byc dobrze. Pomoz mi w to uwierzyc. Ogarnal wzrokiem zdemolowane wnetrze i poczul sie okrutnie samotny. Wtulil twarz w skoltuniona siersc. – Gdyby tak mozna bylo zasnac na wiele, wiele dlugich lat – szeptal – i wstac dopiero wtedy, gdy wszystkie troski, ktore cie teraz gnebia, przestana byc troskami, a stana sie jedynie dalekim, zamazanym wspomnieniem. Fuertad zostawil uchylone drzwi. Widac zalezalo mu na czasie. Ubir nuf Dem wstal i wolno podszedl do wyjscia, omijajac po drodze nadpalone szkielety sprzetow. W powietrzu unosil sie jeszcze zaduch spalenizny, z ktorym nie mogly dac sobie rady pracujace pelna moca wentylatory. Okropnosc. – Trzeba tu posprzatac – pomyslal obel-bort patrzac z niechecia na tak niegdys przytulne wnetrze apartamentu. – Ale po co? – nie znalazlszy odpowiedzi na to pytanie, wyszedl na korytarz. – Mikroskopijny, sztuczny lad w oceanie chaosu – mruczal pod nosem. – Smiechu warte. Uslyszal za plecami lopot bloniastych skrzydel i po chwili poczul na ramieniu ciezar ulubienca. – Dobrze, ze jestes, Chief – powiedzial z nuta zalosnej melancholii. Mijali grupki ludzi i maszyn, pracujace przy usuwaniu niezliczonych uszkodzen. Wszedzie widac bylo slady pozaru. Niektore korytarze spowijala ciemnosc i w te obel-bort skrecal najchetniej. Dopiero gdy zatrzymal sie przed wejsciem do znajomego segmentu, zrozumial, ze szedl wlasnie tutaj. Siegnal do awizora, potem zastukal w umowiony sposob, az wreszcie pchnal delikatnie drzwi. Nie byly zamkniete. – Nie wiedzialem, ze spisz, Liz – powiedzial polglosem. – Nie, nie zapalaj swiatla. Tak jest o wiele lepiej. Odnalazl w ciemnosci jakis fotel i usiadl ostroznie na brzegu. Puszysta kula wskoczyla mu na kolana. – Powiedz, czy naprawde nie mialas innego wyjscia? – pytal lamiac w zdenerwowaniu palce. – Powinnas chociaz uprzedzic, wyjasnic… Ten tymczasowy areszt to byl glupi pomysl, przyznaje, ale chcialem ci tylko pokazac, ze moja cierpliwosc ma swoje granice – milczal przez chwile jakby szukal wlasciwych slow. – Pogodzmy sie, Liz. Bardzo cie prosze. Nie musisz mi od razu odpowiadac. Poczekam – mowil drzacym, niepewnym glosem. – Przemysl to. A teraz zagraj cos. Wiesz, ze lubie, kiedy dla mnie grasz. Skrzydlak zeskoczyl z kolan obel-borta. Zabrzmiala muzyka – dzika, nieludzka. Wibrujace dzwieki harmotronu z pasja bily powietrze, ploszac ukryta w zakamarkach cisze. Ubir nuf Dem z uczuciem niewyslowionej ulgi osunal sie na oparcie fotela i sluchal, sluchal, sluchal… – Jest zagniewana – pomyslal w pewnej chwili. – Ale to nic. Wszystko bedzie dobrze, musi byc dobrze. Muzyka wznosila sie coraz wyzej i wyzej… Gdyby nie panujace w segmencie ciemnosci, Ubir nuf Dem zobaczylby skrzydlaka stojacego na konsoli harmotronu. Ulubieniec wpatrywal sie nieruchomo w klawiature instrumentu, paciorkami czarnych slepi wybierajac dzwieki i laczac je w skomplikowana calosc – gral. Ale wzrok obel-borta tonal w gestym mroku. Ubir nuf Dem sluchal cudownej, niezrozumialej muzyki i cieszyl sie. Wszystko bedzie dobrze, musi byc dobrze. 30. Wysoki, zawodzacy dzwiek nie ustaje ani na moment. Czasami tylko przez jekliwa kurtyne przedzieraja sie jakies slowa, oderwane, pozbawione sensu. Zaraz potem gina w monotonnym podkladzie i znowu przez minute?, godzine? nie ma nic procz upiornego wycia rindanskich cieni. Koszmar. – Powinienes byc zadowolony – znajomy glos; glos, ktorego nie spodziewal sie juz uslyszec. – Skacza kolo ciebie jakbys byl nie wiadomo jaka figura. Kto by pomyslal? – Musze ja zobaczyc – rozpaczliwa proba rozklejenia powiek. – Musze z nia porozmawiac. – Nie przypuszczalam, ze z ciebie taki chojrak – kontynuowal glos. – Sfajczyles Stacje nie wychodzac z przetrwalnika. Ciekawe, co by sie stalo, gdybym cie z niego wypuscila. Ale to ostatecznosc, chociaz nawet interesujaca… – O czym ona mowi? – nie czul zadnego bolu. Jakby jego cialo przestalo istniec, pozostawiajac sterylny mozg z podlaczonymi receptorami sluchu. – Nie moge otworzyc oczu. Moze juz ich w ogole nie ma?! Przestraszyl sie i skoncentrowawszy resztki woli, rozpedzil wszechobecne ciemnosci. I zobaczyl! Zobaczyl… Fragment sinofioletowego nieba. Chmury. Poszarpana linia horyzontu, zza ktorej wypadaja cienie dwoch bojowych szturmowcow. Znajome ksztalty, przyjazne. Na takich jednostkach sluzyl kiedys – kiedy to bylo? – Nikt mnie tu nie znajdzie – ten glos. – Iris, gdzie jestes? – Swietna kryjowka. Nie maja szans, zeby nas zatluc przed terminem. Jeszcze dziesiec minut i bede wolna. Wolna! – radosny smiech. Szturmowce sa juz blisko. Zataczaja badawcze kregi – slychac dostojny pomruk grawitonowych trzewi. Spod ich opaslych brzuchow odrywaja sie miniaturowe wazki, ktore po krotkiej chwili bezwladnego pikowania zaczynaja uzywac wlasnego napedu. Jednoczesnie na dziobach dwoch glownych jednostek rozkwitaja zywym ogniem gniazda plazmowych dzial i zlociste smugi smierci godza wprost w oczy Edginsa. – Iris, uciekaj!!! Wiotka sylwetka o dlugich, kasztanowych wlosach rzuca sie do pulpitow kolaptera. Za szyba wideoramy miekna sciany stromego kanionu, musniete zarem plomienistej broni. Skala topi sie, strumienie goracej lawy przeobrazaja kamienna kryjowke w plynace pieklo. – Skurwysyny! – Edgins widzi, jak Iris odwraca sie w jego strone. – Cholerne skurwysyny! Znalezli nas! Jakim cudem?! Podloga ucieka jej spod stop. Odglos gluchego uderzenia miesza sie z chlupotem kamiennej rzeki, ktora zaczyna zalewac stojacy w najnizszym punkcie kanionu kolapter. Goraco, potwornie goraco. Zlowieszcze wycie rindanskich cieni przybiera na sile. Presja urojonych komponentow otoczenia. Strach przeobraza sie w nienawisc. – Tooom! MUSISZ STAD ODEJSC …skrzydlaty maszkaron siedzi w absolutnym bezruchu, wbijajac w Edginsa paciorki czarnych slepi… POTRAFISZ TO ZROBIC. Obraz kamiennej maski… – Dosc!!! Polprzezroczysta bariera ustepuje pod naciskiem dloni Edginsa. Iris patrzy na niego przerazonym wzrokiem, cofa sie, wyciaga rece w obronnym gescie. Podloga tanczy, za szyba wideoramy klebowisko ognia i parujacych skal. Zlociste smugi przeczesuja przestrzen, sa coraz blizej… Nagla eksplozja bloku zasilania – fragmenty tylnej sciany z olbrzymia sila wbijaja sie w cialo Iris. Jakby czas stanal w miejscu… Edgins widzi kochana twarz wykrzywiona paroksyzmem smierci. Ale dlugie kasztanowe wlosy otaczajace glowe kobiety nikna – widac krotko przycieta, jasna fryzure. Rysy ulegaja coraz szybszym przeksztalceniom. To juz nie Iris. Iris siegala mu zaledwie do ramienia. Ta kobieta jest wyzsza, duzo wyzsza. Jej zielonozle oczy patrza na Edginsa z przerazeniem. Lecz trwa to tylko chwile. – Lizey Myrmall – przypomnial sobie Tom, zblizajac sie do martwego ciala. – Co ja tutaj robie? Jak to mozliwe, ze… – kolejny wstrzas rzucil go na potrzaskany pulpit sterowniczy. – Przeciez oni chca mnie zabic! Skafander. Gdzies tu powinien byc. W przejsciu kolo sluzy znalazl kompletne wyposazenie. Pasowalo jak ulal – az dziwne… W zdenerwowaniu ledwie udalo mu sie podopinac klamry i zakrecic oporniki helmu. Wlaz. Pierwsze podejscie. Psiakrew! Jeszcze raz, masa calego ciala… Poszlo!!! Pancerz byl caly rozgrzany, miejscami zdeformowany – nadtopione stateczniki godzily bezradnie w niebo. W gorze przesunal sie kadlub szturmowca, wciskajac miedzy strome jeszcze sciany kanionu wiazke plazmowych ciosow. Jeden z nich uderzyl dziesiec metrow przed znieksztalconym dziobem kolaptera. – Precz! – wrzasnal Edgins, wbijajac wzrok w zawracajaca jednostke. – Nic wam nie zrobilem, bydlaki! Spieprzac stad! Szturmowiec byl juz na powrotnym kursie. Pojawil sie drugi. Szly teraz rownolegle – masywne, ziejace ogniem potwory. Za chwile przejda tuz nad jego glowa i… Wpatrywal sie z nienawiscia w zlowrogi tandem. Wysoki, zawodzacy dzwiek doprowadzal go do pasji. POTRAFISZ TO ZROBIC – krzyczalo wspomnienie kamiennej maski. – Zostawcie mnie w spokoju – wyszeptal blagalnie. Otworzyly ogien. Zaslonil twarz ramieniem. – Niee… Zderzyly sie z soba. Nie slyszal huku. Widzial tylko nagly, oslepiajacy blysk. Gdy przejrzal na oczy, bylo juz po wszystkim. Ani sladu szturmowcow. Posepne, sinofioletowe niebo nad rozmieklym kanionem, w ktorym resztki roztopionych skal pochlanialy wrak kolaptera. – Co dalej? – Edgins rozejrzal sie na boki, dostrzegajac wszedzie grzezawisko krzepnacej magmy. – Jak wnetrze wulkanu. Kiedy to ostygnie? Przeciez musze stad wiac! Na wszystkie swietosci Nieba i Ziemi, jak mam to zrobic? Popedzany strachem wypatrzyl fragment, ktory zdawal sie byc najmniej goracy. Ryzykowne. Przydalby sie deszcz, zeby to wszystko schlodzic. Burza… Zewnetrzne mikrofony, pochwycily melodie zwycieskiego grzmotu. Tom uniosl glowe – przylbice helmu pokryly slady rozbryzganych kropel. Padal deszcz. – Jak w bajce – pomyslal patrzac na stygnace zlomy magmy. Ciecz parowala z glosnym sykiem, spowijajac kanion oparami sinofioletowej mgly. – Chyba juz… Ostroznie postawil but na szklistej powierzchni. Powinna wytrzymac. Po kilku krokach obejrzal sie. Kolapter, na wpol zanurzony w ostudzonej magmie, wygladal jak owad pochwycony przez zywiczna struge. Edgins ciagle mial w pamieci obraz desantowych pojazdow, odrywajacych sie od szturmowcow na krotko przed rozpoczeciem frontalnego ataku. Znal ich szybkosc i skutecznosc. Gnany fala strachu wdrapywal sie po gladkiej stromiznie, chcac jak najszybciej wyjsc z kanionu, ktory nazbyt przypominal pulapke. Docierajac po nadtopionym, sliskim zboczu do gornej krawedzi, zauwazyl, ze szczelina, bedaca miejscem ostatecznego postoju kolaptera, znajduje sie na dnie dosc rozleglego zapadliska o poszarpanej, pelnej niespodziewanych zalaman i uskokow powierzchni. Miejscami widac juz bylo laciate pancerze, pedzace na najwyzszej rozsadnej predkosci. Walily wprost na niego; od czasu do czasu kontrolna smuga przecinala kurtyne gelwonskiego deszczu i na krawedzi kanionu w przypadkowych punktach, rozkwitaly male gejzery ognia. – Gnoje! Co ja wam zrobilem?! – krzyknal Edgins. Dzwiek jego glosu zalomotal wewnatrz helmu. Ciagle lalo. To dobrze. Kiepska widocznosc, moze sie uda przeslizgnac. – Regularna oblawa – pomyslal obserwujac coraz blizsze sylwetki pojazdow. – Jasne, przeciez jestem wiezniem. Jakim cudem sie tu znalazlem? Ta kobieta… Nic nie pamietam. Jakies strzepy, fragmenty bez ladu i skladu. Trzeba sie spieszyc. Tylko dokad mam uciekac? Nie znam terenu, nie wiem kompletnie nic. Predzej czy pozniej i tak mnie dopadna albo zabraknie tlenu w plecaku – ogarnela go rozpacz. – Przeciez nie moge tu zostac! – wspomnienie gigantycznych schodow nie dawalo mu spokoju. Ogniste napisy na blekitnym tle. Pomoc bedaca jednoczesnie prosba, rozkazem. Gdzies tam pod powierzchnia planety istnialo cos, co przewidzialo jego przybycie i postanowilo wskazac mu droge. Dlaczego akurat jemu? Czyzby byl wyjatkiem posrod tysiecy gelwanskich skazancow? Co za bzdura! – Aura! – przypomnial sobie. – PRAWDA JEST AURA – obraz kamiennej maski przedstawiajacej jego twarz. – Wydzielasz nietypowa aure – slowa mutanta, dziwne, niezrozumiale. Pojazdy zaciesniaja pierscien oblawy. Strach, podsycany nieustajaca obecnoscia zawodzacego dzwieku. Jak dlugo jeszcze? O Nieba, gdyby mozna bylo rozerwac te upiorna petle, wydostac sie z zakletego kregu… POTRAFISZ – rzezwiacy dotyk chlodnej wody – czerwonawe kregi znikajace pod dotykiem palcow – rozpaczliwy haust trujacej atmosfery, przeobrazajacy sie w lyk ozywczego powietrza – hermetyczny pojemnik, w ktorym spoczywa cialo Klauda… Czy to wszystko zdarzylo sie naprawde? Czy wolno wierzyc w cos, co moglo byc wytworem oblakanej wyobrazni? Niebezpiecznie blisko rozkwita kielich smiercionosnego zaru. To fakt pierwszy. Drugim jest coraz blizsza tyraliera laciatych pancerzy. I to wycie, zagluszajace nawet brzmienie wlasnych mysli. I obrazy – poszarpane, chaotyczne strzepy wspomnien, o ktorych nie wiadomo, czy sa fragmentami rzeczywistosci czy majakliwych snow. Czyste szalenstwo. Musisz je po prostu zaakceptowac, jesli zostales na nie skazany. Niewazne przez kogo i po co. Noworodek nie zadaje takich pytan przychodzac na swiat. Noworodek nie zadaje zadnych pytan. Wchodzi w zycie, mimo ze tez jest ono pewnym rodzajem szalenstwa. – A jesli tak wlasnie ma byc? Nigdy sie tego nie dowiem, nigdy nie zrozumiem do konca… Czas nagli. Rozpaczliwy skok – szczelina – czolganie sie. Kawalek odkrytej przestrzeni. Trzeba zaryzykowac… Eksplozja – grad skalnych odlamkow, zar. Tom polecial w bok, chwile szorowal po pochylosci. Stabilizacja. Z drugiej strony kpiacy pysk laciatego pojazdu. I jeszcze jeden. Krotki wylot emitera wolno zwraca sie w kierunku doskonale widocznej ofiary. Edgins, rozplaszczony na brzuchu, czeka na strzal… – Gdybym mial bron – szepce. – Cokolwiek, byle nie ginac tak glupio… Celne trafienie – blizszy pojazd zakrecil w miejscu jak dziecinny bak, zahaczajac ognista wiazka o sasiada. Droga wolna. Edgins patrzy ze zdziwieniem na swoje dlonie i widzi kolbe atatronu wpasowana w rekawice skafandra. KALECZYSZ MASKE SWIATA – Ja chyba zwariuje. Wprawnym ruchem zarepetowal bron i kluczac jak scigane zwierze, pobiegl w nieznane. Wszystko juz dawno przestalo miec jakiekolwiek znaczenie. Liczyl sie tylko on sam – Tom Edgins – a raczej to, co z niego zostalo: cierpienie, strach, nienawisc. I chec odwetu. – Zobaczymy teraz, jacy jestescie odwazni – myslal dopadajac do szczytu upatrzonego rumowiska. – Banda gowniarzy, polujaca na bezbronnego. Parszywe, zadowolone z siebie skurwiele! Mial ich jak na dloni. Naliczyl szesnascie pojazdow. Strzelaly na oslep, kierujac sie w strone kanionu. – Pudlo – mruknal Edgins, biorac na cel laciaty bok najblizszego. – Juz mnie tam nie znajdziecie. Gdybym mogl was wytluc jedna salwa… Zamknal obwod eksplodera. Grzmotnelo az milo. Blyskawicznie przerzucil wizjer celownika na nastepny pojazd, potem oderwal bron od ramienia i wyprostowal sie powoli. Bylo juz po wszystkim. Przewiesil atatron przez plecy i odwrocony tylem do miejsca potyczki, zaczal schodzic ze szczytu rumowiska. Osiemnascie plonacych wrakow otaczalo kanion ognistym rozancem. Koniec. Zalatwil ich. Nie mial tu juz nic do roboty. – To nie bylo wcale takie trudne – myslal. Ogarnelo go cos w rodzaju zadowolenia. Uczucie tepego triumfu i satysfakcji. Kawalek dalej wyszedl na gladki teren. Ciagle padal deszcz, czy jak to tam nazwac. Burza, ktora pojawila sie w najbardziej odpowiednim momencie. I ten atatron – ciagle czul jego ciezar. Masywna kolba walila w plecy, przypominajac z kazdym krokiem o swojej krzepiacej obecnosci. Na tle sinofioletowych chmur przesunal sie maly, czarny punkcik. Basowy pomruk rosl w miare jak nowy obiekt zmniejszal dystans dzielacy go od miejsca niedawnego starcia. – Nastepny – pomyslal Edgins, a bron nie wiadomo kiedy mile zaciazyla w dloniach. Nawet nie przyszlo mu do glowy, zeby sie ukryc. Wzial intruza na cel. W powiekszajacej szczelinie wizjera rozpoznal sylwetke spacerowego VAC-a. Na takich jednostkach nie bylo miejsca na zainstalowanie uzbrojenia. Uspokojony opuscil miotacz i ruszyl swoja droga. 31. Fuertad oszukal. Zlekcewazyl wole obel-borta i wydal ten nieszczesny rozkaz. Ubirowi nawet nie dano okazji do wyrazenia protestu – cyboty nie dopuscily go do dyspozytorni, z ktorej kreator zawiadywal poszukiwaniami. Bunt, rebelia, wszystko stracone. Nie bardzo wiedzac po co to robi, Ubir nuf Dem ubral sie w skafander i czym predzej uruchomil VAC-a. Tego mu nie mogli zabronic. Nie mogli tez porozumiewac sie inaczej niz za pomoca uniradu. Sledzac tok rozmow, obel-bort znal kazdy ruch kolujacych szturmowcow i katowal piesciami pulpit lacznosci. Fuertad pomyslal o wszystkim. Dowodcy szesciu bojowych jednostek respektowali jedynie rozkazy docierajace ze Stacji, poprzedzone w dodatku zmiennym kodem, ktorego zasady ustalania Ubir nuf Dem nie znal i nie potrafil rozszyfrowac. Gdy jednak mimo to wtracil sie do rozmowy polecajac natychmiastowy powrot, otrzymal pelna ozdobnikow odpowiedz informujaca, ze jego podkomendni tez moga udawac obel-borta i jezeli zartownis nie pokaze na ekranie swojej twarzy, nikt nie uzna go za tego, za kogo chce byc uwazany. Prawdziwy komendant Gelwony jest chwilowo niedysponowany i w zwiazku z powyzszym kreator Fuertad sprawuje pelnie wladzy. A VAC – maly, spacerowy VAC – nie mial urzadzen transmitujacych wizje. Na tym polegalo cale nieszczescie. Obel-bort mogl tylko sluchac. I sluchal chciwie. – Co za podlosc! – wybuchal od czasu do czasu. – Co za perfidia! – zaraz jednak nakazywal sobie spokoj, wylapujac z drzeniem serca plynace nieprzerwanym ciagiem komunikaty. – Moze ich nie znajda przed wyznaczonym terminem. O Nieba, jakby to bylo wspaniale! Znalezli. Radosny glos informowal, ze poszukiwany kolapter znajduje sie w trudno dostepnym pasmie gorskim, na styku Trzeciego i Czwartego Kontynentu. – Zlikwidowac – padla natychmiastowa komenda Fuertada. – Morderca! – krzyknal Ubir nuf Dem. – Nie wolno wam tego zrobic! Ja… ja rozkazuje… – umilkl, zorientowawszy sie, ze nikt go nie slucha. Widocznie kreator zmienil pasmo lacznosci. Obel-bort, nie probujac nawet odszukac nowych parametrow rozmowy, pognal we wskazanym kierunku, wyciskajac z grawitonowego silnika caly zapas mocy. Wiedzial, ze i tak nie pomoze zadnej z tych dwoch istot, stanowiacych cala tresc jego zycia. Wlasciwie pragnal tylko jednego: zginac razem z tymi, ktorych kochal i niech to sie juz wreszcie skonczy. Gdy zszedl pod pulap deszczowych chmur, zobaczyl kilkanascie dogasajacych wrakow, otaczajacych cos, co kiedys bylo malowniczym kanionem o stromych, postrzepionych scianach, a obecnie stanowilo ledwie zablizniona rane na ponurym obliczu planety. I ani sladu szturmowcow. Czyzby stal sie cud?! Nadzieja zalopotala w piersiach obel-borta. – To on – wyszeptal, dostrzegajac w dole miniaturowa figurke otoczona swietlista aureola. – To na pewno on! Ladowanie w tak trudnym terenie bylo nieslychanie ryzykowne, zwlaszcza dla kogos, kto, tak jak obel-bort; od dawna nie mial do czynienia z przyrzadami recznego sterowania. Minio to postanowil sprobowac. Malo tego – proba musiala dac wynik pozytywny. Inne rozwiazanie po prostu nie wchodzilo w rachube. Posadzil VAC-a na stoku tak stromym, ze pojazd zsuwal sie przez kilkanascie niesamowicie dlugich sekund zanim kotwy znalazly solidne oparcie. Ubir nuf Dem z namaszczeniem zdjal z palca rodowy klejnot i wlozyl go do zewnetrznej kieszeni skafandra. Potem czym predzej wciagnal rekawice i zalozyl helm. Wychodzac na zewnatrz przestraszyl sie, ze nie zdola w tym konglomeracie poszarpanych skal odnalezc swiecacej sylwetki Edginsa. Nie, to byloby okropne! Pelen obaw, pokonujac niechec ciala nie nawyklego do tak intensywnego wysilku, wdrapal sie na najwyzsze wzniesienie. Przyspieszone bicie serca i ogromna ulga. Jest! W dole przesuwala sie otoczona swietlista aureola postac. Juz za chwile, juz za pare sekund… Ubir nuf Dem sam nie wiedzial, w jaki sposob znalazl sie naprzeciw Edginsa. Poznal go od razu. To byl ten sam czlowiek, ktorego twarz widzial pod pokrywa przetrwalnika. Nastepca, spadkobierca… – slowa plataly sie w umysle obel-borta, wiec tylko wyciagnal reke w gescie pozdrowienia. – Czego chcesz? – zabrzmial w helmie Ubira schrypniety glos. – Zejdz mi lepiej z drogi. – Dokad idziesz? – wzruszenie tamujace gardlo nie pozwolila na wypowiedzenie obszerniejszej kwestii. Zreszta nic bardziej sensownego nie przychodzilo obel-bortowi do glowy. – Musze stad odejsc – uslyszal w odpowiedzi. – Kalecze maske swiata. Nie ma tu dla mnie miejsca. Chwila niezrecznej ciszy. Edgins postapil krok naprzod jakby chcial wyminac Ubira, lecz ten pospiesznie nawiazal dialog: – Uciekasz… Tak, rozumiem. – Nic nie rozumiesz – przerwal mu Tom z nutka zniecierpliwienia w glosie. – Ja nie uciekam. Ja odchodze. Moglbym tu zostac i rozwalic cala te zafajdana planete razem z obstawa, ale nie mam na to ochoty. Odchodze, bo tak bedzie lepiej. – Ale jak? – wykrzyknal Ubir nuf Dem, przestraszony jego nierozwaznymi slowami. – To ci sie nigdy nie uda. Fuertad zarzadzil polowanie, nie moglem go powstrzymac. – Bez obawy – za przylbica helmu przemknal ledwie zauwazalny usmiech. – Poradze sobie. Potrafie to zrobic. – Tak – pomyslal obel-bort z ulga. – Niewykluczone, ze mu sie uda. Jezeli zdolal wyjsc z przetrwalnika i unieszkodliwic oblawe… Wspanialy chlopak – fala czulosci ogarnela Ubira. – Kiedys tez bylem taki – wyjal pierscien i podajac go na wyciagnietej dloni powiedzial: – Wez to i idz swoja droga. Ja wprawdzie nie potrafie ci pomoc, jestem zbyt slaby, ale ty… glos mu sie zalamal. – Co tu jest grane? – spytal Edgins, ogladajac ze wszystkich stron otrzymany klejnot. – Pospiesz sie. Moze wezmiesz mojego VAC-a? – Za slaby. Potrzebuje czegos wiekszego. Mam przed soba dluga droge – wskazal reka sklebione, wciaz siapiace deszczem chmury. – Zreszta juz po klopocie. Spojrz. Ubir nuf Dem odwrocil sie poslusznie. Nowiutki model skoczka transforacyjnego stal na szczycie najblizszego wzniesienia, mrugajac swiatlami gotowosci. – Skad… – nie dokonczone pytanie utknelo w gardle obel-borta. Edgins wzruszyl ramionami. – Nie mam pojecia – powiedzial. – Po prostu jest i kwita. Wszystko, czego potrzebuje, pojawia sie natychmiast. Jak w bajce. – Jak w bajce – powtorzyl Ubir nuf Dem. – Ale przeciez zycie to nie bajka – myslal oszolomiony. – Szkoda. Moze wtedy swiat wygladalby zupelnie inaczej. A moze nie? – Ide – Edgins wyciagnal w jego strone dlon. Obel-bort pochwycil ja obiema rekami. Gdyby mogl, rozplakalby sie ze szczescia. Wszystko bedzie dobrze, musi byc dobrze. – Powodzenia, Tom – szepnal. – I pamietaj o pierscieniu. Badz mu wierny i przekaz go kiedys godnemu nastepcy. Chwile trwali zlaczeni meskim usciskiem. Wreszcie Edgins pierwszy wyzwolil sie z objec. Ubir zobaczyl jego oddalajace sie plecy i przez moment, ogarniety strachem, chcial za nim pobiec, zatrzymac, wytlumaczyc wszystko dokladnie… Znowu byl sam. Nawet skrzydlak – gdziez on sie podzial? Przez ten okropny mlyn calkiem o nim zapomnial. Wolnym, spokojnym krokiem ruszyl w strone kanionu. Misja spelniona. Prawowity nastepca moze kontynuowac dzielo – wielkie dzielo – zas obel-bort Ubir nuf Dem powinien wreszcie pomyslec o sobie. Juz czas. Czas najwyzszy. Wszystko bedzie dobrze, musi byc dobrze. Odnalazl kolapter zanurzony do polowy w zestalonej magmie i wszedl do srodka, zamykajac za soba starannie zewnetrzna klape. Sluza dzialala. – mozna bylo zdjac niewygodny helm. W zdemolowanej kabinie, za szeregiem porozpruwanych foteli, odnalazl swoja Liz. Nawet pobiezny rzut oka wystarczal do stwierdzenia, ze jest martwa. – Przeciez to bylo czyste szalenstwo – powiedzial Ubir nuf Dem cieplym glosem. – Zawsze mialas zwariowane pomysly. Kucnal kolo pokrwawionych zwlok i dlugo uwaznie wpatrywal sie w nieruchoma twarz. Potem podniosl stygnace cialo, ulozyl delikatnie na fotelu i wyjawszy z kieszeni taszyftowa chusteczke, starl czerwona plame z jej policzka. – Biedactwo – myslal z tkliwoscia. – Jest teraz taka bezradna. Musze sie nia opiekowac. Gladzil krotko ostrzyzona glowe, calowal nieruchome, blade wargi, zimne powieki. – Nic nie mow Liz, to zupelnie niepotrzebne – szeptal zarliwie. – Co za wspaniala chwila. Moc patrzec na ciebie, dotykac twojego ciala. Zawsze razem… Juz nie bedziesz sie ze mna droczyc, prawda? Nie zostawisz mnie, nie zrobisz tego. Wierze ci, zawsze ci wierzylem. Kochanie, jestem taki szczesliwy. Kleczac u stop swej wybranki, oparl glowe o jej kolana. Martwa dlon obsunela sie z poreczy fotela i znieruchomiala na ramieniu Ubira. Wszystko bedzie dobrze, musi byc dobrze… 32. Satelitarny przekaznik ciagle jeszcze nadawal w kierunku Stacji sygnaly przetrwalnika. Cieniutki, przerywany pisk informowal Fuertada, ze w srodku nie ma juz ciala poszukiwanego wieznia. Zmiana modulacji nastapila na krotko przed rozpoczeciem frontalnego ataku szturmowcow na kanion, w ktorym ta zwariowana dziwka ukryla porwany kolapter. A teraz? Teraz zamilkly nawet desantowe wazki! – Przeklete zoltodzioby! – kreator z calej sily wyrznal w pulpit az zajeczaly delikatne instrumenty. – Pieknie sie spisali, szkoda gadac – fala zimnego strachu przebiegla mu po plecach. – Ten szaleniec gotow teraz zniszczyc cala planete. A przeciez o to wlasnie chodzilo tym rindanskim wypierdkom. Pomyslal o nich nie bez podziwu, a jednoczesnie ze wsciekloscia. Wszystko sprzysieglo sie przeciw niemu. I coz z tego, ze pchnal cztery pozostale szturmowce w rejon starcia? Dla Edginsa nie ma rzeczy niewykonalnych. Moze przejsc po calej armadzie jak po miekkim dywanie. Teraz juz go nic nie powstrzyma. – Gdyby nie tepy upor komendanta… – Fuertad obrzucal obel-borta najgorszymi wyzwiskami, jakie mu przychodzily do glowy. – Mam nadzieje, ze zginal razem z ta swoja flama. Zreszta za chwile i tak wszystko szlag trafi i nie bedzie o czym dyskutowac. Koniec jednak nie nadchodzil i w miare jak cztery mordercze kolosy zblizaly sie do miejsca niedawnej potyczki, w kreatorze rosla nadzieja. Nadzieja podsycana irracjonalnym przekonaniem, ze przeciez Gelwona – jego umilowane i wypieszczone dziecie – musi przetrwac. Chocby po to, by on – kreator Fuertad – mogl utrwalic sie w pamieci pokolen jako ten, ktorego dzielo zapewnilo ludzkosci prymat w galaktycznym biegu. Z zacisnietymi zebami, z paznokciami przebijajacymi pergaminowa skore zwinietych w piastki dloni, z wyrazem tytanicznego wysilku na pomarszczonej twarzy sledzil obraz przekazywany przez kamery szturmowcow. Kazda sekunda wyrwana przyszlosci zblizala go do niesmiertelnej slawy. Kazda minuta przeobrazala nadzieje w pewnosc, a pewnosc w zwycieski chichot. Strach, chwilowe zalamanie – to wszystko juz minelo. On – kreator Fuertad – uratuje Gelwone, ocali swoja rase. Byle tylko zniszczyc tego Edginsa, byle sie go pozbyc… Satelitarny przekaznik naprowadzil szturmowce na wlasciwe miejsce. I w chwili gdy mialy wlasnie zejsc pod powloke sinofioletowych chmur, od powierzchni planety oderwal sie smukly ksztalt transforacyjnego skoczka. Przez moment wisial nieruchomo pomiedzy zaskoczonymi kolosami, a potem, ignorujac skoncentrowana nawale pokladowych plazmerow, pognal przed siebie – wprost na spotkanie niewidzialnej bariery. – Niech Nieba blogoslawia glupocie obel-borta, ze wprowadzil Procedure Obszaru Zamknietego – Fuertad poderwal rece w dziekczynnym gescie. – Przerwac ogien! – krzyknal do mikrofonow. – Za chwile sam sie rozwali! Niemal przywarlszy do wypuklosci ekranu, pozeral wzrokiem samobojczy manewr Edginsa. Skoczek szedl wprost na spotkanie zaglady. Nie ma takiej sily, ktora moglaby przebic proceduralna bariere. Jeszcze chwila, zaledwie kilka sekund… Rozgwiezdzone niebo pokryla siatka bladorozowych wyladowan. Uciekinier przeniknal przez niewidzialna przeszkode bez najmniejszego szwanku – zupelnie jakby to byl obszar normalnej prozni. Kawalek dalej smukly ksztalt skoczka otoczyl sie teczowa sfera – urzadzenia transforacyjne zaczely swoja prace. – To niemozliwe – jeknal Fuertad. – To po prostu niemozliwe – powtarzal bez sensu, lapiac sie co chwila za glowe. Fakty przeczyly logice i nie bylo na to zadnej rady. Uciekinier znalazl sie poza zasiegiem scigajacych go szturmowcow, ukryty bezpiecznie za proceduralna bariera. Jeszcze moment i z teczowej sfery nie zostanie nawet wspomnienie. Swiat zwariowal, mialo to jednak swoje dobre strony. – Gelwona jest bezpieczna – pomyslal Fuertad i uczucie blogiego spokoju rozlalo sie na jego twarzy szeroka struga. To moja zasluga, tylko moja. Glowny Modyfikator z pewnoscia zauwazy ten istotny szczegol – zachichotal triumfalnie. – Sprawie ci godny pogrzeb, obel-borcie, a jesli przez przypadek wyniosles z tego piekla calo glowe, postaram sie, by przyozdobiono ci ja korona szalenstwa. Szturmowce wracaly do swojego legowiska. Na pokladzie jednego z nich starszy bort Howden drzaca reka wystukiwal tresc zupelnie niepotrzebnego raportu, ktory mial w pelni zadowolic kreatora, a autorowi zapewnic spokojna egzystencje u boku zwyciezcy. Mozg jest przeciez takim samym wynalazkiem ewolucji jak pazury i kly – ma ulatwic przezycie. 33. Tom Edgins nie mial pojecia o istnieniu nieprzekraczalnej bariery, ktora otaczala Gelwone wraz ze Stacja od momentu wprowadzenia Procedury Obszaru Zamknietego. Nie wiedzial wiec, ze dokonal rzeczy niemozliwej. Po prostu wystartowal z powierzchni planety i przebiwszy warstwe siapiacych deszczem chmur, trafil miedzy cztery szturmowce. Powitaly go salwa pokladowych plazmerow. Przyjemniaczki. – Igracie z ogniem, dzieci – myslal kluczac miedzy zlotymi smugami zniszczenia. Nie bal sie. Mial pewnosc, ze z ich strony nie zagraza mu zadne niebezpieczenstwo. Mogl unicestwic przesladowcow drobnym odpryskiem mysli, ale nie zrobil tego, mimo gwaltownego nasilenia zawodzacych dzwiekow. Az mu leb pekal. Pokonal ten obcy impuls – umial juz przeciwstawiac sie woli swoich animatorow. A gdy odskoczyl na bezpieczna odleglosc, wlaczyl aparature transforacyjna. – Parametry celu – przez chwile palce Edginsa spoczywaly nieruchomo na kolpaku programatora. – Wszystko jedno, byle dalej… Zdecydowal sie na „slepy skok”. Rozwiazanie rownie dobre jak kazde inne. I tak musi uciec z tego swiata i stworzyc gdzies indziej swoj wlasny – taki, w ktorym da sie jakos zyc. Tutaj nie znajdzie juz dla siebie miejsca. Chocby pekl. A wiec – naprzod! – Swoj wlasny swiat – mruknal ukladajac sie wygodnie w lozysku spoczynkowym. – Pojecia nie mam, jak to bedzie – wygladalo. Perspektywa zabawna, miejscami nawet interesujaca. Wlasny swiat… A moze to wcale nie jest tak, jak mysli? Moze te bezsensowne schody klamaly, chcac sie go tylko pozbyc. Zamiast sielankowego raju – smierc. – Smierc! – nie mogl powstrzymac gwaltownego smiechu. – Na dobra sprawe jestem martwy od samego poczatku tej wariackiej historii. Ktoz to zreszta moze wiedziec na pewno? Licznik transforatora dobijal do zera. Edgins wyciagnal z kieszeni skafandra pierscien i jeszcze raz go sobie obejrzal. – Calkiem ladny drobiazg – stwierdzil w duchu, wsuwajac podarunek Ubira na serdeczny palec prawej reki. Pasowal, jakby byl robiony na miare. Odruchowe spojrzenie na wnetrze lewej dloni – czyste, bez sladu niewolniczych kregow. Wiec to jednak prawda… Przeskok. Tom poczul, jak przez jego cialo przelatuje ledwie zauwazalna fala ciepla. Zaraz potem osrodek rownowagi zasygnalizowal utrate orientacji przestrzennej i to bylo wszystko. Kurtyna zacisnietych powiek uchylila sie – tyle tylko, by wzrok mogl dotrzec do pulpitow sterowniczych. – Juz? Na ekranach dalekie gwiazdy – ani sladu Gelwony z jej niszczycielska eskorta. I drugie pytanie: – Gdzie jestem? – I strach, ze to z czym wiazal tyle nadziei, okaze sie totalna bzdura. – Przeciez nie zadam wiele – myslal z trwoga. – Chce miec tylko wlasny kat, cos takiego, co pozwoli mi normalnie zyc… I nagle ekrany zakryla lepka mgla. – A dalej? – w zdenerwowaniu dygotaly mu rece, serce kolatalo wysilonym rytmem. – Powinienem chyba cos zrobic, tylko co? – bal sie o czymkolwiek pomyslec, ale wiedzial, ze jego podswiadomosc nie proznuje, kreujac za mglistym calunem swiat, w ktorym przyjdzie mu zyc do samego konca. – Jezeli w ogole okaze sie to mozliwe – mruknal. – Projekcje lekow, niepokojow, nadziei. O Nieba, co z tego wyniknie?! Jakby w odpowiedzi na jego pytanie lepka zaslona uniosla sie nieco, odslaniajac fragment piaszczystego terenu. Zwlekal z wyjsciem, choc wiedzial, ze predzej czy pozniej bedzie musial to zrobic. Wreszcie zewnetrzna klapa ustapila, pchnieta desperackim gestem ramienia. Edgins napelnil pluca powietrzem, wiatr cisnal mu w oczy garsc piachu. – Pustynia? – zdziwil sie Tom schodzac po metalowym trapie. – Niemozliwe, zeby to bylo moim podswiadomym marzeniem – stal, nie bardzo wiedzac, w ktora strone powinien teraz pojsc. – To przeciez nie powinno miec najmniejszego znaczenia. Tak mi sie przynajmniej wydaje. Mgla rzedla, odslaniajac coraz wiekszy obszar – kilkusetmetrowy krag piaszczystego terenu. Liczne garby ruchomych wydm upodabnialy krajobraz do powierzchni leniwego oceanu. – Dlaczego wlasnie tak? – zastanawial sie Edgins brnac po kostki w pustynnym pyle. – Czysta paranoja albo kolejne oszustwo. Powinienem zastac tu cos przyzwoitszego – nie potrafil wyjasnic co, w ogole niewiele potrafil powiedziec. Szedl zamaszystym krokiem, skupiajac cala uwage na pokonywaniu odleglosci. Nie zauwazyl, ze mgla ustapila juz zupelnie, a kiedy podniosl wzrok, zobaczyl osiedle parterowych modulowcow, skupionych obok siebie, brzydkich i nie pasujacych do otoczenia. – Dzieki ci skladam, Gwiazdo Promienna – wyszeptal ochryple i, biegnac juz, wpadl na utwardzony trakt prowadzacy do osady. – Tam, za tym kanciastym obeliskiem, powinien wisiec szyld starego Nicolsa – myslal z niepokojem. – A dalej centrum radiestezyjne i knajpa… – z kazdym kolejnym krokiem odkrywal nowe szczegoly i cieszyl sie jak dziecko, gdy trafial na nastepny znajomy fragment swojego miasteczka. Nie zwracajac uwagi na pozdrowienia sennych mieszkancow, pedzil tam, gdzie powinien byc jego dom… Stal na starym miejscu, otoczony niezliczonymi kepami kwitnacego bzu. Drewniany plot, skrzypiaca furtka… Trzeba naoliwic zawiasy – pomyslal i zrobiwszy kilka krokow w strone wejsciowych drzwi, zatrzymal sie na drzacych nogach. Jeszcze chwila i… Wszedl po trzech kamiennych stopniach jak skazaniec wstepujacy na szafot. Reka nie mogla trafic w przycisk awizora… Stala w otwartych drzwiach, usmiechajac sie poblazliwie. – Iris… – tylko tyle zdolal powiedziec. – Wrociles – cofnela sie, dajac mu wolne przejscie. Pochlanial ja spragnionym wzrokiem. Byla piekna, cudownie piekna. Taka, jaka pamietal. Drobna, harmonijna sylwetka, delikatnie rzezbione rysy twarzy, miodowe oczy i krotkie, kasztanowe kosmyki… – Dlaczego scielas wlosy? – spytal zdziwiony i jakby z lekka rozczarowany. – Zawsze mialam krotkie – powiedziala wzruszajac ramionami. – Ach, prawda, to juz trzy lata. Teraz taka moda, rozumiesz? – poszla w glab pokoju i po chwili wrocila, niosac w reku ksztaltny kask zwienczony fantazyjnym pioropuszem. – Jak ci sie podobam? – spytala, zalozywszy go na glowe. – Nie… nie wiem – baknal niezdecydowanie. – Mam nadzieje, ze sie przyzwyczaje. – Chyba bedziesz musial – powiedziala z rozbrajajacym usmiechem. – Nie masz wyboru – dodala, ale tej kwestii Tom juz nie uslyszal. Siedzial wlasnie u szczytu dlugiego stolu, wspartego na dwoch przezroczystych kolumnach. Z sasiedniego pomieszczenia wlecial skrzydlak i wyladowawszy na kolanach Edginsa, rozpoczal pelne radosnych popiskiwan powitanie. Iris podeszla blizej. – Pewno jestes zmeczony i glodny – klasnela w dlonie. – Najpierw cos zjesz – trzy sluzboty pojawily sie bezszelestnie i, z charakterystyczna dla automatow powaga, przystapily do wykonywania polecen pani domu. Strofowala je ostrym, nie znoszacym sprzeciwu glosem. Skrzydlak delikatnie dziobnal Edginsa w palec opleciony misternie rzezbiona spirala rodowego pierscienia. – Ty nieznosny pieszczochu – mruknal Tom, czochrajac skoltuniona siersc ulubienca. – Nareszcie jestem w domu – myslal, a uczucie bezgranicznego szczescia tamowalo oddech. – Wszystko bedzie dobrze, musi byc dobrze. 0. Tom Edgins wrocil na Ziemie… _1985 r._ Читайте больше книг на сайте онлайн-библиотеки mir-knigi.org