Автор : Hitchcock Alfred Название книги: Tajemnica Srebrnego Paj?ka Читать на сайте: https://mir-knigi.org/author/hitchcock-alfred/tajemnica-srebrnego-pajka PRZYGODY TRZECH DETEKTYWOW Przelozyla: ANNA IWANSKA Krotki wstep Alfreda Hitchcocka “Badamy wszystko” – oto dewiza Trzech Detektywow, czyli Jupitera Jonesa, Pete'a Crenshawa i Boba Andrewsa. Mieszkaja oni w Rocky Beach w Kalifornii, nie opodal slawnego Hollywoodu. Nigdy nie sprzeniewierzaja sie tej dewizie, jak dobrze wiedza Ci sposrod Was, ktorzy poznali ich juz w poprzednich ksiazkach. Tym razem chlopcy opuszczaja swa zaciszna Kwatere Glowna, mieszczaca sie na terenie superrupieciarni, znanej jako sklad zlomu Jonesa, i podrozuja az do Europy, by zmagac sie ze zlowieszczym spiskiem, w ktory wplatany jest piekny srebrny pajak… Nie powiem juz ani slowa wiecej. Jedynie dla tych, ktorzy stykaja sie z detektywami po raz pierwszy, dodam, ze ich przywodca Jupiter Jones, jest znany z nadzwyczajnej bystrosci umyslu. Pete Crenshaw, wysoki i muskularny, celuje w umiejetnosciach sportowych. Bob Andrews dokonuje analiz i prowadzi dokumentacje zespolu, i choc najmniejszy, wykazuje lwia odwage w niebezpiecznych sytuacjach. A teraz – swiatla, kamera, akcja! Przygoda sie zaczyna! Alfred Hitchcock Rozdzial 1. O wlos od kraksy – Uwaga! – krzyknal Bob Andrews. – Ostroznie, Worthington! – zawtorowal mu Pete Crenshaw. Worthington, kierowca wielkiego, zdobionego zloceniami rolls-royce'a, nacisnal gwaltownie hamulec i Trzej Detektywi na tylnym siedzeniu powpadali na siebie. Rolls-royce z piskiem zatrzymal sie o centymetr zaledwie od lsniacej limuzyny. Wyskoczylo z niej natychmiast kilku mezczyzn. Worthington wysiadl spokojnie i mezczyzni otoczyli go, trajkocac z podnieceniem w jakims obcym jezyku. Worthington zignorowal ich. Podszedl do drugiego samochodu i zwrocil sie surowo do szofera, prezentujacego sie wspaniale w czerwonej liberii ze zlotymi sznurami. – Moj panie, zignorowal pan znak “stop”. O malo nie rozbilismy sie obaj. To byla ewidentnie panska wina, poniewaz ja mialem pierwszenstwo przejazdu. – Ksiaze Djaro ma zawsze pierwszenstwo – odparl szofer wyniosle. – Inni powinni schodzic mu z drogi. Pete, Bob i Jupiter zdazyli sie juz pozbierac i zaintrygowani obserwowali zajscie. Mezczyzni, ktorzy wyskoczyli z limuzyny, w swym podekscytowaniu zdawali sie tanczyc wokol smuklego Worthingtona. Najwyzszy z nich, wyraznie kierujacy pozostalymi, odezwal sie po angielsku: – Kretynie! – wrzasnal do Worthingtona. – O malo nie zabiles ksiecia Djaro! Mogles spowodowac zatarg miedzynarodowy! Winienes zostac ukarany. – Przestrzegalem przepisow drogowych, a wy nie – odparl Worthington smialo. – Wina jest po stronie waszego kierowcy. – O co chodzi z tym ksieciem? – Pete spytal szeptem Boba. – Nie czytasz gazet? Pochodzi z Europy, z kraju zwanego Warania, jednego z siedmiu najmniejszych panstw swiata. Odbywa podroze krajoznawcze i teraz odwiedza Stany Zjednoczone. – O rany! A mysmy o malo nie zrobili z niego placka! – Worthington mial pierwszenstwo – odezwal sie Jupiter Jones. – Chodzcie, trzeba go wesprzec moralnie. Wygramolili sie z samochodu. W tym samym momencie otworzyly sie drzwi limuzyny i wysiadl z niej chlopiec, niewiele wyzszy od Boba, o kruczoczarnych, z europejska przystrzyzonych wlosach. Mogl byc zaledwie o dwa lata starszy od trzech chlopcow, mimo to natychmiast opanowal sytuacje. – Cisza! – zawolal i jazgocacy mezczyzni wokol Worthingtona umilkli, jak nozem ucial. Chlopiec machnal reka i usuneli sie z respektem. Wtedy podszedl do Worthingtona i zwrocil sie do niego w doskonalej angielszczyznie. – Chcialbym przeprosic. Wina byla po stronie mego kierowcy. Dopilnuje, by na przyszlosc przestrzegal przepisow drogowych. – Alez Wasza Wysokosc… – zaprotestowal najwyzszy ze swity. Ksiaze Djaro uciszyl go gestem. Spojrzal z zainteresowaniem na Boba, Pete'a i Jupitera, ktorzy wlasnie podeszli. – Przepraszam za to zajscie – powiedzial do nich. – Uniknelismy powaznego wypadku dzieki bieglosci waszego szofera. To wy jestescie wlascicielami tego wspanialego samochodu? – Niezupelnie wlascicielami – odpowiedzial Jupiter. – Korzystamy z niego od czasu do czasu. Nie byl to odpowiedni moment, by zaglebiac sie w historie rolls-royce'a i wyjasniac, jak doszlo do tego, ze mogli go uzywac. Chlopcy wracali wlasnie z Hollywoodu. Byli tam z wizyta u Alfreda Hitchcocka ktoremu zlozyli relacje ze swej ostatniej przygody. – Jestem Djaro Montestan z Waranii – przedstawil sie chlopiec. – Wlasciwie nie jestem jeszcze ksieciem. Oficjalna koronacja odbedzie sie w przyszlym miesiacu. Moi ludzie jednak tytuluja mnie ksieciem i nie ma na to rady. Czy jestescie typowymi amerykanskimi chlopcami? To bylo dziwne pytanie. Uwazali, ze sa typowo amerykanscy, ale nie bardzo wiedzieli, co ma na mysli pytajacy. W koncu Jupiter odpowiedzial za nich trzech: – Bob i Pete to dosc typowi chlopcy amerykanscy. Nie sadze jednak, by mnie mozna bylo nazwac zupelnie typowym. Niektorzy uwazaja, ze jestem zarozumialy i wyslawiam sie zbyt wyszukanie, co naraza mnie niejednokrotnie na niechec. Nie wydaje mi sie jednak, bym mogl sie zmienic. Bob i Pete wymienili usmiechy. To byla prawda, ale po raz pierwszy slyszeli, zeby Jupiter sie do tego przyznawal. Z racji jego tuszy i nadzwyczajnej bystrosci dawano mu przydomek “tlusta madrala”. Ale robili to tylko inni chlopcy, z zazdrosci, lub ci z doroslych, ktorych zdemaskowal dzieki swej dociekliwej inteligencji. Przyjaciele byli mu gleboko oddani. Wiedzieli, ze Jupiter Jones jest jedynym, ktory potrafilby im pomoc, gdyby popadli w klopoty. Teraz Jupe wyjal z kieszeni ich wizytowke. Byla to oficjalna karta zespolu Trzech Detektywow i Jupe mial ja zawsze przy sobie. – Tu sa nasze nazwiska – powiedzial. – Ja jestem Jupiter Jones, a to Pete Crenshaw i Bob Andrews. Mlody cudzoziemiec wzial wizytowke i przeczytal z powaga. Wygladala nastepujaco: TRZEJ DETEKTYWI Badamy wszystko ??? Pierwszy Detektyw…. Jupiter Jones Drugi Detektyw… Pete Crenshaw Dokumentacja i analizy…. Bob Andrews Czekali, spodziewajac sie, ze zagadnie o znaczenie znakow zapytania. Prawie kazdy o to pytal. – Brojas! – powiedzial Djaro i usmiechna sie. Mial bardzo mily usmiech, a jego zeby zdawaly sie szczegolnie biale przy ciemnej karnacji. – Czyli “wspaniale” po waransku. Jak przypuszczam, znaki zapytania to wasz symbol? Popatrzyli na niego z respektem. Odgadl wlasciwie! Djaro wyjal wlasna wizytowke i podal Jupiterowi. – Oto moja karta. Bob i Pete ogladali wizytowke zza plecow Jupe'a. Byla bardzo biala i sztywna, wygrawerowano na niej pieknie: “Djaro Montestan”; nad tym widnial zloto-blekitny herb. Przedstawial on cos, co przypominalo trzymajacego miecz pajaka, zawieszonego na zlotej pajeczynie, ale nie mozna bylo miec pewnosci, gdyz rysunek byl bardzo skomplikowany. – To moj znak – powiedzial chlopiec z powaga. – Pajak. To jest herb panujacej w Waranii rodziny. Zbyt dlugo trzeba by wyjasniac, jak doszlo do tego, ze pajak znalazl sie w naszym rodowym herbie. Ogromnie sie ciesze, ze was poznalem, chlopcy – z tymi slowami uscisnal dlon kazdego z nich. Ktos zblizyl sie do nich. Byl to szczuply mlody mezczyzna, o milej twarzy, na ktorej malowalo sie teraz zaniepokojenie. Musial przybyc czarnym samochodem, ktory zatrzymal sie za limuzyna. Gdy tylko sie odezwal, stalo sie oczywiste, ze jest Amerykaninem. – Przepraszam, Wasza Wysokosc, ale nasz program zaczyna sie opozniac. Szczescie doprawdy, ze nie doszlo do wypadku. Jesli zamierzamy jednak zwiedzic dzis miasto, winnismy juz ruszac. – Nie jestem specjalnie zainteresowany zwiedzaniem miasta – powiedzial Djaro. – Widzialem juz tyle miast. Wolalbym porozmawiac jeszcze chwile z tymi chlopcami. To pierwsi amerykanscy chlopcy, z ktorymi moge sie zetknac. Powiedzcie mi – zwrocil sie do Trzech Detektywow – czy Disneyland jest zabawny? Bardzo chcialem to zobaczyc. Zapewnili go, ze Disneyland jest wspanialy i wart zwiedzenia. Djaro zdawal sie ucieszony i markotny zarazem. – Doprawdy, to zadna przyjemnosc byc wciaz otoczonym przez straz przyboczna – powiedzial. – Najwidoczniej ksiaze Stefan, ktory jest moim opiekunem i regentem Waranii do czasu mej koronacji, nakazal nie dopuszczac do mnie nikogo. Zebym nie zlapal kataru czy czegos w tym rodzaju. Smiechu warte. Nie jestem wazna glowa panstwa, na ktora ktos chcialby dokonac zamachu. Warania nie ma wrogow, a ja jestem doprawdy malo wazny. Zamilkl na chwile i zdawalo sie, ze podejmuje jakas decyzje. Wreszcie zapytal: – Czy poszlibyscie ze mna do Disneylandu? Bylibyscie moimi przewodnikami. Bylbym doprawdy wdzieczny. Tak bym chcial dla odmiany spedzic czas z przyjaciolmi. Ta propozycja zaskoczyla ich. Z drugiej strony nie mieli na dzis zadnych planow i chetnie poszliby do Disneylandu. Jupiter zadzwonil wiec do skladu zlomu z telefonu zainstalowanego w samochodzie, by porozmawiac ze swoja ciocia. Djaro obserwowal go z zainteresowaniem. Nastepnie straz przyboczna ksiecia wtloczyla sie do amerykanskiego samochodu towarzyszacego gosciom. Bob, Jupiter i Pete wsiedli do limuzyny wraz z Djaro i wysokim mezczyzna o ostrych rysach twarzy, ktory narobil przedtem tyle szumu wokol niedoszlego wypadku. – Ksieciu Stefanowi nie bedzie sie to podobalo – powiedzial teraz nachmurzony. – Polecil mi nie dopuscic do zadnego ryzyka. – Nie ma zadnego ryzyka, ksiaze Rojas! – odpowiedzial ostro Djaro. – Najwyzszy czas, zeby ksieciu Stefanowi zaczelo sie podobac to, co mnie sie podoba. Za dwa miesiace bede sprawowal w kraju rzady i slowo moje, a nie ksiecia Stefana, stanie sie prawem. A teraz powiedz Markosowi, zeby przestrzegal znakow drogowych. Po raz trzeci bylismy o wlos od wypadku, bo on sie uparl zachowywac tak, jak bysmy byli w Waranii. Zeby mi sie to wiecej nie powtorzylo! Ksiaze Rojas rzucil kilka slow w obcym jezyku i kierowca skinal glowa. Ruszyli w droge. Chlopcy zauwazyli, ze szofer prowadzi samochod ostroznie i zgodnie ze wszystkimi znakami drogowymi. Przez czterdziesci piec minut, jakie zajela jazda do Disneylandu, ksiaze Djaro zasypywal ich pytaniami o Ameryke, a w szczegolnosci Kalifornie. Wszyscy trzej byli mocno zajeci udzielaniem mu odpowiedzi. Pozniej, po przybyciu na miejsce, niewiele juz rozmawiali. Byli zbyt zaabsorbowani licznymi atrakcjami. W pewnym momencie Djaro, zauwazywszy, ze ksiaze Rojas zostal w tyle, zaproponowal z blyszczacymi oczami, by mu sie wymknac i po raz drugi objechac park malym pociagiem. Bob, Pete i Jupiter przystali na to. Dali szybko nura w tlum, po czym wbiegli na schody prowadzace do miniaturowej stacji kolejowej i wsiedli do wlasnie przybylego pociagu. Kiedy jechali gora wzdluz obrzezy parku, dostrzegli na dole ksiecia i jego ludzi, poszukujacych ich bezskutecznie. Gdy wreszcie wysiedli, ksiaze Rojas i jego ludzie rzucili sie do nich. Lecz nim ksiaze zdazyl otworzyc usta, Djaro powiedzial: – Nie byles blisko mnie. Zostales w tyle. To zostanie zakomunikowane ksieciu Stefanowi. – Ale… ale… ale… – zajaknal sie Rojas. – Dosc tego! – ucial Djaro. – Idziemy. Zaluje tylko, ze moj program nie pozwoli mi tu przyjechac jeszcze raz. Kiedy wracali, Djaro polecil ksieciu Rojasowi wsiasc do drugiego samochodu, wraz ze straza przyboczna. Tak wiec przez cala droge do Rocky Beach czterej chlopcy mogli rozmawiac swobodnie. Ksiaze Djaro wypytywal Trzech Detektywow o ich zycie. Opowiedzieli mu, jak zalozyli swa firme detektywistyczna, jak zaprzyjaznili sie z Alfredem Hitchcockiem, i wspomnieli o niektorych swoich przygodach. – Brojas! – wykrzykiwal Djaro. – Och, jakze wam zazdroszcze! Amerykanscy chlopcy maja tyle swobody. Wcale nie chcialem byc ksieciem. No, prawie wcale. Sprawowanie rzadow w moim kraju, jakkolwiek jest maly, to moj obowiazek. Nigdy nie bylem w szkole, zawsze mialem guwernerow. Tak wiec niewielu mam przyjaciol i nigdy, az do dzis, nie robilem nic emocjonujacego. W zyciu nie mialem takiej zabawy. Czy wolno mi uwazac was za przyjaciol? Bardzo bym tego pragnal. – Bedziemy twymi przyjaciolmi z radoscia – odpowiedzial Pete. – Dziekuje – ksiaze Djaro usmiechnal sie. – Czy wiecie, ze dzis po raz pierwszy postawilem sie ksieciu Rojasowi? To byl dla niego szok. I bedzie to szok takze dla ksiecia Stefana. Czeka ich wiecej szokujacych niespodzianek. W koncu jestem ksieciem i zamierzam… jak to powiedziec?… – Domagac sie naleznego respektu? – podsunal Jupiter. – Narzucic swa wole – powiedzial Bob. – Tak jest, narzucic swa wole – podchwycil Djaro radosnie. – Ksiecia Stefana czekaja niespodzianki. Wjezdzali do Rocky Beach. Jupiter objasnil szoferowi, jak jechac do skladu zlomu Jonesa i w kilka minut byli pod wielka, zelazna brama skladu. Gdy wysiadali, Jupiter zaprosil ksiecia do ich Kwatery Glownej, lecz Djaro potrzasnal glowa. – Niestety, nie mam juz czasu. Wieczorem musze isc na jakis obiad, a jutro lece z powrotem do Waranii. Stolica Waranii jest Denzo. Palac, w ktorym mieszkam, wzniesiono na ruinach starego zamku. Zawiera trzysta pokoi, jest niezbyt przytulny i pelen przeciagow. To jedna z cen, jakie sie placi za ksiazecy tytul. Nie, nie moge zostac dluzej, choc bardzo bym chcial. Musze wracac i przygotowac sie do objecia rzadow w moim kraju. Ale nigdy was nie zapomne i ktoregos dnia spotkamy sie ponownie. Jestem pewien. Wsiadl do swej wielkiej limuzyny i odjechal. Za nim podazyl mniejszy samochod, w ktorym stloczeni ludzie ze strazy przybocznej przylgneli twarzami do okien. Trzej chlopcy spogladali za odjezdzajacymi. – Calkiem mily facet jak na ksiecia – powiedzial Pete. – Jupe… Jupe, o czym ty myslisz? Masz ten twoj wyraz twarzy! Jupe zamrugal oczami. – Zastanawiajace. Myslalem o tym, jak to o malo nie wpadlismy na jego samochod. Czy nie zaskoczylo was w calym zajsciu cos dziwnego? – Dziwnego? – zapytal Bob. – Nie, moze o tyle, ze mielismy szczescie, bo nie doszlo do zderzenia. – O co ci chodzi? – zapytal Pete. – O Markosa, szofera ksiecia – odparl Jupiter. – Wyjechal z ulicy, gdzie byl znak “stop”, prosto przed nasz samochod. Musial nas widziec, ale zamiast dodac gazu, zeby zjechac nam z drogi, zahamowal. Gdyby Worthington nie byl doskonalym kierowca, rabnelibysmy w limuzyne dokladnie w miejscu, gdzie siedzial Djaro. Prawdopodobnie zostalby zabity. – Pewnie Markos po prostu zglupial i zrobil cos, czego nie powinien – powiedzial Pete. – Zastanawiam sie… – mruknal Jupiter. – Och, mniejsza o to! Chyba to nic waznego. Fajnie, ze spotkalismy Djaro. Watpie, czy go jeszcze kiedys zobaczymy. Lecz Jupiter sie mylil. Rozdzial 2. Niespodziewane zaproszenie Kilka dni pozniej Trzej Detektywi siedzieli w swej Kwaterze Glownej, czyli przerobionej przyczepie kempingowej, ukrytej wsrod stert rupieci i zlomu zalegajacych sklad Jonesa. Bob czytal wlasnie list, ktory nadszedl w porannej poczcie – pewna pani z Malibu Beach prosila, by znalezli jej zaginionego psa – gdy zadzwonil telefon. Byl to ich wlasny telefon i oplacali go z zarobionych u Tytusa Jonesa pieniedzy. Nieczesto dzwonil. Gdy to sie zdarzalo, nieodmiennie oznaczalo jakies emocje. Jupiter porwal sluchawke. – Halo, tu Trzej Detektywi. Mowi Jupiter Jones. – Dzien dobry, Jupiterku – zagrzmial z podlaczonego do telefonu glosnika gleboki glos Alfreda Hitchcocka. – Ciesze sie, ze cie zastalem. Chcialem dac ci znac, ze niebawem bedziesz mial goscia. – Goscia? – powtorzyl Jupiter. – Czy chodzi o jakas tajemnicza sprawe, prosze pana? – Nic wiecej nie moge ci powiedziec – odparl Alfred Hitchcock. – Zostalem zobowiazany do dyskrecji. Odbylem dluga rozmowe z ta osoba i zarekomendowalem was goraco. Otrzymacie zaskakujace zaproszenie. Chcialem was tylko uprzedzic. A teraz musze sie juz pozegnac. Rozmowa byla skonczona i Jupe odlozyl sluchawke. Chlopcy wymienili spojrzenia. – Myslicie, ze to nowa sprawa dla nas? – zapytal Bob. I wlasnie w tym momencie przez otwarty lufcik przyczepy dobieglo ich gromkie wolanie Matyldy Jones, ciotki Jupe'a. – Jupiter! Chodz tu zaraz! Ktos do ciebie! Po chwili chlopcy czolgali sie przez Tunel Drugi. Byla to duza rura, ktora prowadzila spod otworu w podlodze przyczepy do sekretnego wejscia w pracowni Jupe'a. Stad, przeciskajac sie miedzy stertami rupieci, w minute dotarli do biura skladu. Przed biurem stal maly samochod, a obok niego mlody mezczyzna. Poznali go natychmiast. Byl to Amerykanin, eskortujacy ksiecia Djaro owego dnia, gdy omal nie doszlo do kraksy. – Jak sie macie – powiedzial. – Pewnie nie spodziewaliscie sie zobaczyc mnie znowu. Pozwolcie, ze tym razem sie przedstawie. Jestem Bert Young, oto moja legitymacja. Pokazal im karte, wygladajaca jak legitymacja sluzbowa, po czym wsunal ja z powrotem do portfela. – Jestem tu w oficjalnej sprawie rzadowej. Gdzie mozemy porozmawiac poufnie? – Tam, w glebi – odpowiedzial Jupiter, wytrzeszczajac z lekka oczy. Agent rzadowy chce rozmawiac z nimi poufnie. W dodatku niewatpliwie wypytywal o nich Alfreda Hitchcocka. O co moze chodzic? Poprowadzil goscia do swej pracowni. Wyszukal dwa stare krzesla, a Bob i Pete usiedli na skrzyni. – Domyslacie sie moze, dlaczego tu jestem – powiedzial Bert Young. Nie mieli pojecia, czekali wiec na jego dalsze slowa. – Chodzi o ksiecia Waranii, Djaro. – Ksiaze Djaro! – wykrzyknal Bob. – Co u niego slychac? – Miewa sie dobrze i przesyla wam pozdrowienia. Rozmawialem z nim dwa dni temu. Otoz chcialby, zebyscie wszyscy trzej przyjechali do niego i zostali przez dwa tygodnie, az do jego koronacji. – O rany! – zawolal Pete. – Jechac tak daleko, do Europy? Jest pan pewien, ze mu o nas chodzi? – O was i tylko o was – odparl Young. – Zdaje sie, ze od wyprawy do Disneylandu uwaza was za swoich prawdziwych przyjaciol. Nie ma ich wielu. W Waranii trudno mu odroznic prawdziwych przyjaciol od tych, ktorzy mu tylko schlebiaja, bo jest ksieciem. Was jest pewien. Pragnalby miec teraz przy sobie przyjazne dusze, dlatego was zaprasza. Powiem wam prawde: to ja postaralem sie, zeby wpadl na ten pomysl. – Pan? – zdziwil sie Bob. – Dlaczego? – A wiec – odpowiedzial Bert Young – tak to wyglada. Warania jest spokojnym panstwem. Jest neutralna jak Szwajcaria. Stany Zjednoczone to zadowala, oznacza bowiem, ze Warania nie udziela pomocy zadnemu nieprzyjaznemu panstwu. – Jakiej pomocy moze komukolwiek udzielic tak maly kraj jak Warania? – odezwal sie wreszcie Jupiter. – Bylbys zaskoczony. Moze na przyklad dopuscic, by powstal tam osrodek dzialan szpiegowskich. Ale nie bede sie wdawal w szczegoly. Istotne jest, czy przyjmujecie zaproszenie ksiecia? Chlopcy zawahali sie. Oczywiscie chcieliby pojechac, ale nie wszystko bylo takie proste. Po pierwsze, zgoda rodzicow, po drugie, pieniadze, nie mowiac juz o paszportach. Bert Young rozwial ich watpliwosci. – Porozmawiam z waszymi rodzicami – powiedzial. – Mysle, ze uda mi sie przekonac ich, ze bedziecie pod dobra opieka. Po pierwsze, ja sam tam bede i zajme sie wami. Bedziecie goscmi ksiecia. Po drugie, rzad wyda wam paszporty, oplaci przelot i zaopatrzy w pieniadze na drobne wydatki. Chcemy, byscie sie zachowywali jak typowi amerykanscy turysci lub powiedzmy tak, jak ich sobie wyobrazaja Waranianie. To znaczy bedziecie sobie kupowali pamiatki, robili zdjecia… Bob i Pete byli zbyt uradowani, by miec jakies watpliwosci. Jupiter jednak zmarszczyl czolo. – Dlaczego rzad mialby dla nas zrobic to wszystko? Przeciez nie ze wspanialomyslnosci. Rzady nie bywaja tak hojne. – Alfred Hitchcock powiedzial, ze jestes inteligentny – zasmial sie Bert Young. – Z przyjemnoscia stwierdzam, ze ma racje. Prawda jest taka, ze rzad chce was zatrudnic jako tajnych agentow w Waranii. – Chce pan powiedziec, ze mamy szpiegowac ksiecia Djaro? – zapytal z oburzeniem Pete. Bert Young potrzasnal glowa. – Absolutnie nie. Ale miejcie oczy otwarte i jesli tylko zobaczycie lub uslyszycie cos podejrzanego, dajcie mi natychmiast znac. – Wydaje mi sie to dziwne – powiedzial Jupiter powaznie. – Myslalem, ze rzad ma swoje zrodla informacji, ktore… – Jestesmy tylko ludzmi – przerwal mu Bert Young. – Zdobywanie informacji w Waranii jest trudne. Widzisz, Waranianie to bardzo dumni ludzie. Nie godza sie na wyswiadczanie uslug obcokrajowcom i czuja sie dotknieci, gdy im sie cos takiego proponuje. Cenia sobie wysoko swoja neutralnosc. Tym niemniej doszly nas sluchy, ze szykuje sie tam cos niedobrego. Prosze was, byscie trzymali to w glebokiej tajemnicy. – Popatrzyl uwaznie na kazdego z chlopcow. Kiwneli z powaga glowami. – Dobrze. Podziele sie z wami naszymi podejrzeniami. Odnosimy wrazenie, ze regent, ksiaze Stefan, jest nieuczciwy. Ma sprawowac rzady do chwili koronacji ksiecia Djaro i mozliwe, ze nie zechce do tej koronacji dopuscic. Ksiaze Stefan, premier i cala Rada Najwyzsza, odpowiednik naszego Kongresu, postepuja bardzo przebiegle. Wydaje nam sie jednak, ze moga uniemozliwic Djaro objecie wladzy. – Jest to wlasciwie – kontynuowal Young – wewnetrzna sprawa panstwa i nie powinnismy sie wtracac. Kraza jednak pogloski, ze zamiary ksiecia Stefana ida znacznie dalej. Na tym urywaja sie nasze informacje. Musimy wiedziec, do czego zmierza ksiaze Stefan. Jesli zamieszkacie na miejscu, w palacu, kto wie, moze uda wam sie uzyskac jakies wiadomosci. Nikt z nas nie jest w stanie zblizyc sie z Waranianami na tyle, zeby dowiedziec sie prawdy. Byc moze Djaro cos wie, jest zbyt dumny, by prosic o pomoc, ale zwierzy sie wam. Byc moze ktos z jego otoczenia, traktujac was jak zwykle dzieciaki, powie cos nieostroznie. Czy podejmiecie sie tego zadania? Bob i Pete pozostawili podjecie decyzji Jupe'owi, jako glowie ich zespolu. Jupe zastanawial sie chwile, wreszcie skinal potakujaco. – Jesli to, czego od nas wymagacie, pomoze Djaro, podejmujemy sie. Oczywiscie, jesli nasze rodziny sie zgodza. Dalismy Djaro slowo, ze bedziemy jego przyjaciolmi, i zrobimy wszystko, zeby go nie zawiesc. – Oto co chcialem uslyszec! – ucieszyl sie Bert Young. – Tylko jedna rada. Nie mowcie Djaro o naszych podejrzeniach. Starajcie sie w miare moznosci, zeby on sam wam jak najwiecej powiedzial. Nie dopusccie tez, by ktokolwiek domyslil sie, po co tam jestescie. Niemal wszyscy Waranianie sa lojalni wobec Djaro. Uwielbiali jego ojca, ktory osiem lat temu zginal w wypadku na polowaniu. Ksiaze Stefan jest nielubiany. Lecz jesli Waranianie zwietrza, ze szpiegujecie, nawet w dobrych intencjach, podniosa straszna wrzawe. Tak wiec, miejcie oczy i uszy otwarte, ale usta zamkniete. Rozumiecie? Swietnie, koledzy, do roboty! Rozdzial 3. Srebrny pajak Warania! Bob stal na kamiennym balkonie i spogladal na dachy starego miasta Denzo. W porannym sloncu miasto bylo morzem falujacych drzew, wsrod ktorych czerwienily sie kryte dachowka dachy i sterczaly wieze budynkow biurowych. O niecaly kilometr dalej, na niewielkim wzgorzu wznosila sie zlota kopula wielkiego kosciola. Tuz pod balkonem, na brukowanym kamieniami dziedzincu, uwijaly sie kobiety z wiadrami i szczotkami. Szorowaly kazdy kamien. Kamienny palac liczyl piec kondygnacji. Za nim plynela szeroka i bystra rzeka Denzo, zataczajac luk wokol miasta. Po jej wodach posuwaly sie wolno male statki wycieczkowe. Widok byl bardzo malowniczy. Bob mogl sie nim w pelni nacieszyc z balkonu ich naroznego pokoju na trzecim pietrze. – Calkiem inaczej niz w Kalifornii – powiedzial Pete, wychodzac na balkon. – Od razu widac, ze to miasto jest stare. – Zostalo zalozone w 1335 roku – przytaknal Bob. Przeczytal oczywiscie o Waranii i jej historii w ciagu goraczkowych dni poprzedzajacych te emocjonujaca podroz. – Bylo kilkakrotnie napadane i niszczone, ale zawsze je odbudowywano. W 1675 roku ksiaze Paul rozgromil rebeliantow i stal sie bohaterem narodowym jak nasz George Washington. Odtad panuje tu pokoj. Wszystko, co stad widzimy, ma okolo trzystu lat. Jest takze nowoczesna czesc miasta, ale stad jej nie widac. – Pieknie – powiedzial Pete z zachwytem. – Jak daleko rozciaga sie kraj poza tym miastem? – Obejmuje w sumie tylko okolo stu kilometrow kwadratowych. To naprawde maly kraj. Widzisz te wzgorza w oddali? Ich szczyty wytyczaja granice Waranii. Kraj rozciaga sie wzdluz rzeki Denzo, okolo czternastu kilometrow w gore jej biegu. Zajmuja sie tu uprawa winogron, produkcja tekstylna i turystyka. Malownicze widoki sciagaja wielu turystow. Zeby stworzyc im odpowiednia atmosfere, obsluga wielu sklepow nosi starodawne stroje. Jupiter zjawil sie na balkonie. Zapinal guziki jasnej, sportowej koszuli, obejmujac pelnym zachwytu spojrzeniem roztaczajacy sie przed nim widok. – Zupelnie jak sceneria filmu, tyle ze to jest prawdziwe – powiedzial. – Co to za kosciol tam, Bob? – To pewnie kosciol Swietego Dominika. Jest najwiekszy. Jedyny, ktory ma zlota kopule i dwie dzwonnice. Widzisz ich strzeliste dachy? W tej po lewej jest osiem dzwonow, ktore dzwonia na msze i w swieta narodowe, a w tej po prawej znajduje sie jeden olbrzymi dzwon, zwany dzwonem ksiecia Paula. Podczas buntu w 1675 roku ksiaze bil w ten dzwon, by zawiadomic swych stronnikow, ze nie zginal i potrzebuje ich pomocy. Sciagneli zewszad i przepedzili rebeliantow. Od tego czasu bije tylko dla rodziny ksiazecej. Gdy panujacy jest koronowany, dzwon bije sto razy, bardzo powoli. Gdy rodzi sie nowy czlonek rodziny ksiazecej, dzwon bije piecdziesiat razy. Na wesele – siedemdziesiat piec razy. Jego ton jest bardzo gleboki, glebszy niz ktoregokolwiek dzwonu w miescie i slychac go na odleglosc wielu kilometrow. – Poczciwa Dokumentacja! – rozesmial sie Pete. – Powinnismy sie przygotowac na spotkanie z Djaro – powiedzial Jupiter. – Krolewski szambelan dal nam znac, ze Djaro zje z nami sniadanie. – Jak juz mowa o sniadaniu, przegryzlbym cos – wyznal Pete. – Ciekaw jestem, gdzie bedziemy jedli. – Poczekamy, zobaczymy – odparl Jupe. – Chodzcie sprawdzic, czy nasz ekwipunek jest w porzadku. W koncu jestesmy tu sluzbowo. Chlopcy z Jupe'em na czele wrocili do pokoju. Byla to wysoka komnata. Miala sciany wylozone boazeria o atlasowym polysku. Nad szerokim lozem, w ktorym wszyscy trzej spali, widnial wyrzezbiony herb rodziny Djaro. Ich torby podrozne lezaly wciaz nie rozpakowane. Po przyjezdzie, poprzedniego wieczoru, otworzyli je tylko po to, zeby wyjac pizamy i szczotki do zebow. Podrozowali odrzutowcem, najpierw do Nowego Jorku, a stamtad do Paryza. Nie zobaczyli jednak zadnego z tych miast, gdyz nie opuszczali nawet lotniska. W Paryzu przesiedli sie na helikopter, ktory dowiozl ich na malutkie lotnisko w Denzo. Stad zabrano ich do palacu samochodem. Powital ich szambelan krolewski. Doniosl im, ze Djaro odbywa wlasnie wazne zebranie i nie bedzie mogl widziec sie z nimi az do nastepnego rana. Powiodl ich nastepnie do ich sypialni przez nie konczace sie kamienne korytarze. Tu padli na lozko i zasneli natychmiast, nie zdazywszy sie nawet rozpakowac. Zabrali sie do tego teraz. Zlozyli swoje ubrania w przestronnej, antycznej szafie, w torbach pozostaly tylko trzy aparaty fotograficzne. Tak, wygladaly jak duze, kosztowne aparaty fotograficzne i istotnie pelnily te role. Zaopatrzone byly w lampy blyskowe i mnostwo dobrych urzadzen. Ale mogly takze sluzyc jako radia. W tylna obudowe kazdego aparatu wmontowane bylo nadzwyczaj silne walkie-talkie. Lampa blyskowa byla rownoczesnie antena nadawczo-odbiorcza. Zasieg odbioru dochodzil do dwudziestu kilometrow, a nawet z wnetrza budynku aparat dzialal na odleglosc okolo czterech kilometrow. Walkie-talkie funkcjonowaly tylko na dwu pasmach czestotliwosci i nie mogly byc odbierane przez radia czy inne walkie-talkie. Jedyne, oprocz trzech lezacych wlasnie na lozku, nastrojone na te sama czestotliwosc, znajdowalo sie w ambasadzie amerykanskiej, gdzie przebywal Bert Young. Bert towarzyszyl im w drodze z Los Angeles do Nowego Jorku i odbyl z nimi powazna rozmowe. Miedzy innymi zapewnil ich, ze zawsze bedzie w poblizu i beda sie co wieczor kontaktowac przez radioaparat fotograficzny. Albo czesciej, jezeli beda mu mieli do zakomunikowania cos waznego. – Zrozumcie mnie dobrze, koledzy – mowil. – Byc moze wszystko pojdzie gladko i Djaro zostanie koronowany w przewidzianym terminie. Czuje jednak, ze szykuja sie klopoty, i mam nadzieje, ze pomozecie nam je ujawnic. Jak juz mowilem, nie zadawajcie pytan. Waranianie nie lubia, by ktos sie wtracal w ich sprawy. Zwiedzajcie, fotografujcie widoki i miejcie oczy i uszy otwarte. Bedziecie mi regularnie przekazywac sprawozdania przez radio w aparacie fotograficznym. Bede na moim stanowisku odbiorczym, prawdopodobnie w ambasadzie amerykanskiej. To na razie wszystko. Z chwila gdy wsiadziecie na poklad samolotu do Paryza, staniecie sie samodzielni. Ja lece do Waranii innym samolotem i wszystko przygotuje. Dalsze plany bedziemy podejmowali zgodnie z rozwojem wypadkow. W czasie naszych kontaktow radiowych bedziecie sie nazywali Pierwszy, Drugi i Dokumentacja. Rozumiecie? Bert Young zamilkl i otarl czolo. Chlopcy mieli ochote zrobic to samo. Byli nieco przerazeni powierzonym im zadaniem. Czynilo ich wszak agentami wywiadu w sluzbie Stanow Zjednoczonych. Teraz, patrzac na aparaty, przypominali sobie wszystko, co mowil Bert Young, i to ich niemal obezwladnialo. Pierwszy otrzasnal sie Pete. Wyjal swoj aparat i otworzyl jego skorzany futeral. Na dnie znajdowal sie jeszcze jeden przyrzad – malenki magnetofon tranzystorowy, tak czuly, ze mogl nagrac rozmowe toczaca sie w drugim koncu pomieszczenia. – Moze powinnismy skontaktowac sie z panem Youngiem przed spotkaniem z Djaro? Tylko zeby sie upewnic, ze wszystko dziala. – Dobry pomysl, Drugi – przystal Jupiter. – Wyjde na balkon i sfotografuje widok. Wzial swoj aparat i przeszedl spiesznie przez pokoj. Na balkonie otworzyl futeral i ustawil obiektyw na kopule kosciola Swietego Dominika. Nastepnie nacisnal przycisk uruchamiajacy walkie-talkie. Schylil sie nad aparatem, niby sprawdzajac obraz w obiektywie, i powiedzial cicho: – Pierwszy sie zglasza. Tu Pierwszy, czy mnie odbierasz? Bert Young odezwal sie niemal natychmiast: – Odbieram cie. Masz cos do zakomunikowania? – Sprawdzam tylko urzadzenie. Nie widzielismy sie jeszcze z Djaro. Mamy sie spotkac przy sniadaniu. – Bede na miejscu. Miejcie sie na bacznosci. Koniec odbioru. – Zrozumiano – powiedzial Jupe i wrocil do pokoju wlasnie w chwili, gdy rozleglo sie pukanie do drzwi. Pete otworzyl, w drzwiach stal rozpromieniony ksiaze Djaro. – Przyjaciele! Pete! Bob! Jupiter! – wykrzyknal obejmujac ich serdecznie. – Jakze sie ciesze, ze was widze. Co myslicie o moim kraju i miescie? Ach prawda, nie mieliscie jeszcze czasu wiele zobaczyc. Zajme sie tym, jak tylko zjemy sniadanie. Odwrocil sie i przywolal kogos skinieniem reki. – Wejdzcie. Przygotujcie stol pod oknem. Osmiu sluzacych w zloto-szkarlatnych liberiach wnioslo stol, krzesla i kilka polmiskow ze srebrnymi pokrywami. Podczas gdy Djaro rozmawial wesolo, ustawili stol, nakryli lnianym obrusem i srebrna zastawa, po czym zdjeli pokrywy. Ukazaly sie jaja na bekonie, parowki, tosty, wafle i szklanki z mlekiem. – Wyglada niezle! – ucieszyl sie Pete. – Umieram z glodu. – Latwo sie tego domyslic – powiedzial Djaro. – Bierzmy sie do jedzenia. Chodz, Bob, co tam ogladasz? Bob przypatrywal sie ogromnej pajeczynie, rozpietej miedzy wezglowiem lozka a odleglym o kilkadziesiat centymetrow, naroznikiem pokoju. Duzy pajak obserwowal go ze szpary miedzy boazeria a podloga. Bob pomyslal sobie, ze mimo tak licznej sluzby, nie sprzatano tu zbyt skrupulatnie. – Zauwazylem pajeczyne – powiedzial. – Zaraz ja zmiote. Zrobil krok w strone pajeczyny, gdy ku zdumieniu chlopcow, ksiaze Djaro rzucil mu sie pod nogi. Bob przewrocil sie, nim zdazyl tknac pajeczyne. Djaro pomogl mu sie podniesc. Pete i Jupe obserwowali go ze zdumieniem. – Powinienem byl cie ostrzec wczesniej, Bob, ale nie mialem okazji – powiedzial Djaro spiesznie. – Na szczescie zdazylem cie powstrzymac. Gdybys zniszczyl pajeczyne, musialbym cie natychmiast odeslac do domu. Ciesze sie, ze zdolalismy tego uniknac. Widze w tym dobry znak, znak, ze bedziecie mogli mi pomoc. Znizyl glos, jakby sie obawial, ze ktos podsluchuje. Podszedl do drzwi i otworzyl je gwaltownie. Czarnowlosy mezczyzna w czerwonym zakiecie, z fantazyjnie zakreconym wasem, stanal na bacznosc. – Tak, Bilkis, o co chodzi? – zapytal Djaro. – Pozostalem tu na wypadek, gdyby Wasza Wysokosc czegos potrzebowal. – Na razie niczego nie potrzebuje – warknal Djaro. – Zostaw nas i wroc za pol godziny po talerze. Mezczyzna sklonil sie i odszedl w glab dlugiego korytarza. Djaro zamknal drzwi i wrocil do chlopcow. – Jeden z ludzi ksiecia Stefana – powiedzial cicho. – Mozliwe, ze nas szpieguje. Mam wam do powiedzenia cos bardzo waznego. Potrzebuje waszej pomocy. Skradziono srebrnego pajaka Waranii! Rozdzial 4. Opowiesc Djaro – Mam wam wiele do opowiedzenia – mowil Djaro – ale najpierw zjedzmy. Potem spokojnie porozmawiamy. Gdy najedli sie do syta, wrocili sluzacy i zabrali stol z nakryciem. Djaro upewnil sie, czy Bilkis nie czai sie znowu pod drzwiami, po czym przesunal krzesla blisko okna i zaczal swa opowiesc. – Najpierw musicie dowiedziec sie czegos waznego z historii Waranii. W roku 1675 tuz przed koronacja ksiecia Paula, wybuchla rewolta i ksiaze musial zbiec. Ukryl sie w domu skromnej rodziny bardow, czyli spiewakow ulicznych, zarabiajacych piesniami na chleb. Ukryli ksiecia na strychu swego domu, ryzykujac wlasnym zyciem. Przeszukiwano wszystkie domy od gory do dolu i znaleziono by niechybnie ksiecia, gdyby nie to, ze pajak zasnul pajeczyna otwor w podlodze strychu, jak tylko Paul przezen przeszedl. Wygladalo wiec, jakby od wielu dni nikt nie tknal klapy wlazu na strych. Poszukujacy nie zadali sobie nawet trudu, zeby tam zajrzec. Ksiaze Paul przesiedzial tak trzy dni bez jedzenia i wody. Widzicie, rodzina bardow nie mogla dostac sie na strych, nie zrywajac pajeczyny, ktora ocalila ksieciu zycie. Koniec koncow, moj przodek wyszedl z ukrycia, uderzyl w dzwon, zwany teraz dzwonem ksiecia Paula, i tak zgromadzil swych poplecznikow, i przepedzil buntownikow z miasta. Kiedy wstepowal pozniej na tron, nosil na piersi godlo wykonane przez najlepszego srebrnika w miescie. Byl nim srebrny pajak, zawieszony na srebrnym lancuchu. Ksiaze oglosil pajaka narodowym amuletem Waranii i symbolem panujacej rodziny krolewskiej. Wydal rowniez dekret, ustanawiajacy, ze w czasie koronacji ksiaze musi miec na piersi srebrnego pajaka ksiecia Paula. Od owego dnia pajak stal sie symbolem szczescia w Waranii. Panie domu z radoscia odnajduja w domu pajeczyne. Nikt nigdy nie usuwa jej i nikt nie zabilby rozmyslnie pajaka. – To by nie przeszlo u mojej mamy! – wykrzyknal Pete. – Nie cierpi pajeczyn i twierdzi, ze pajaki sa brudne i jadowite. – Wprost przeciwnie – odezwal sie Jupiter. – Pajaki to bardzo czyste stworzenia. Myja sie ciagle, niczym koty. Niektore, jak na przyklad czarna wdowa, sa w pewnym stopniu jadowite. Ale pajak nie sprowokowany nic ci nie zrobi. Nawet duze pajaki, jak tarantula, nie sa tak niebezpieczne, jak sie powszechnie uwaza. Gdy robiono doswiadczenia, musiano je specjalnie draznic, zeby ukasily. Wiekszosc pajakow, zwlaszcza w tej czesci swiata, jest nieszkodliwa a nawet pozyteczna, gdyz tepia inne owady. – To prawda – przytaknal ksiaze Djaro. – Tu w Waranii nie ma jadowitych pajakow. Ten, ktorego zwiemy pajakiem ksiecia Paula, nalezy do najwiekszej z naszych odmian i jest bardzo ladny. Odwlok ma czarny w zlote cetki. Zazwyczaj buduje swe pajeczyny na dworze, czasami jednak wchodzi do wnetrza budynkow. Pajeczyna, ktorej o malo nie zniszczyles, Bob, to jego dzielo. Stanowi znak, ze uda sie wam pomoc mi w moich klopotach. – Co za szczescie wiec, ze powstrzymales mnie od jej zniszczenia – powiedzial Bob. – Jakie masz klopoty? Djaro zawahal sie. Po chwili potrzasnal glowa i powiedzial: – Nikt o tym nie wie, poza ksieciem Stefanem. Zgodnie ze stara tradycja, o ktorej juz wam wspomnialem, kazdy ksiaze w czasie koronacji winien miec zawieszonego na szyi srebrnego pajaka ksiecia Paula. Za dwa tygodnie musze go wlozyc i bedzie to niemozliwe. – Dlaczego? – zapytal Pete. – Bo go skradziono – pospieszyl z odpowiedzia Jupe. – Tak, Djaro? Djaro skinal glowa. – Zostal skradziony i na jego miejsce polozono imitacje. Nie moge jej uzyc. Albo znajde oryginal, albo koronacja nie odbedzie sie w terminie. Bedzie dochodzenie, wybuchnie skandal. Jesli do tego dojdzie… nie, nie chce nawet o tym mowic. Wiem, ze dla was wyglada to jak wiele halasu o nic. Ale srebrny pajak jest dla Waranian tym, czym sa klejnoty korony dla Anglikow. Nawet wiecej. Nikt poza rodzina ksiazeca w Waranii nie moze posiadac srebrnego pajaka ani jego imitacji. Wyjatkiem jest order srebrnego pajaka, ktory przyznaje sie za najwyzsze zaslugi dla kraju. Jestesmy malym narodem, ale mamy stare tradycje i pozostajemy im wierni w nowoczesnym swiecie, gdzie ciagle wszystko sie zmienia. Moze wlasnie w zwiazku z tymi zmianami staramy sie podtrzymywac tradycje. Jestescie detektywami. Jestescie rowniez moimi przyjaciolmi. Czy bedziecie mogli odnalezc oryginalnego pajaka, jak myslicie? Jupiter szczypal w zamysleniu dolna warge. – Nie wiem, Djaro. Czy ten srebrny pajak jest naturalnej wielkosci? Djaro skinal glowa. – Mniej wiecej wielkosci amerykanskiej cwiercdolarowki. – Czyli bardzo maly. Mozna go ukryc wszedzie. Mogl nawet zostac zniszczony. – Nie sadze – powiedzial Djaro. – Nie, jestem pewien, ze go nie zniszczono. Ma zbyt duze znaczenie. Ale masz racje, ze latwo go ukryc. Tym niemniej ten, kto go schowal, na pewno wybral miejsce z niezwykla ostroznoscia. Kiedy zostanie zdemaskowany, musi umrzec. Nawet jesli jest to ksiaze Stefan. Djaro wzial gleboki oddech. – A wiec, wiecie juz wszystko. Nie mam pojecia, jak zdolacie mi pomoc, zywie tylko nadzieje, ze wam sie to uda. Dlatego, gdy ktos zaproponowal, by zaprosic na koronacje mych amerykanskich przyjaciol, przystalem natychmiast. No i jestescie tu. Nikt jednak nie wie, ze jestescie detektywami, i nie powinien wiedziec. Cokolwiek wiec bedziecie robic, zachowujcie sie jak… no jak amerykanscy chlopcy. Co o tym myslicie? – wpatrywal sie w nich pytajaco. – Czy jestescie w stanie mi pomoc? – Nie wiem – odpowiedzial szczerze Jupiter. – Bedzie bardzo trudno znalezc rzecz tak mala, ze mozna ja ukryc wszedzie. Ale mozemy sie postarac. Przede wszystkim musimy wiedziec, jak wyglada ten pajak, i zobaczyc miejsce, z ktorego zostal skradziony. Mowiles, ze zostawiono tam imitacje? – Tak, doskonala, ale tylko imitacje. Chodzcie, pokaze wam to od razu. Pojdziemy do sali, gdzie znajduja sie nasze narodowe pamiatki. Chlopcy wzieli swe aparaty fotograficzne i poszli z ksieciem Djaro dlugim, waskim korytarzem. Nastepnie zeszli w dol po kreconych schodach i znalezli sie na korytarzu stosunkowo szerokim. Zarowno jego sciany, jak i podloga i sklepienie byly z kamienia. – Palac zbudowano blisko trzysta lat temu – objasnial Djaro. – Fundamenty i czesc scian to pozostalosc starego zamku. W palacu jest mnostwo pustych pokoi. Praktycznie nikt nigdy nawet nie wchodzi na dwa gorne pietra. Warania jest biednym krajem i nie stac nas na utrzymywanie sluzby tak licznej, by mogla sie zajmowac calym palacem. Poza tym ogrzewanie zainstalowano tylko w nielicznych pokojach, ktore zostaly zmodernizowane. Mozecie sobie wyobrazic, jak by sie tu mieszkalo bez ogrzewania! Pozostaloscia po starym zamku sa lochy i piwnice – kontynuowal Djaro, gdy schodzili po kolejnych schodach. – Sa w nich sekretne wejscia, o ktorych zapomnielismy, i sekretne schody, ktore prowadza donikad. Nie radze zapuszczac sie w nieznane czesci palacu. Nawet ja moglbym sie tam zgubic – zasmial sie. – Mozna by tu nakrecic horror z duchami przemykajacymi sie przez sekretne przejscia. Na szczescie nie mamy duchow… Och! Idzie ksiaze Stefan. Znalezli sie wlasnie w dolnym korytarzu. Na wprost nich szedl spiesznie wysoki mezczyzna. Zatrzymal sie i sklonil lekko. – Dzien dobry, Djaro. Czy to sa twoi amerykanscy przyjaciele? Powiedzial to tonem chlodnym i oficjalnym. Byl wyprezony jak struna, mial orli nos i obwisle czarne wasy. – Dzien dobry, ksiaze – odpowiedzial Djaro. – Tak, to moi przyjaciele. Pozwol, ze przedstawie ci Jupitera Jonesa, Pete'a Crenshawa i Boba Andrewsa z Kalifornii w Stanach Zjednoczonych. Przy kazdym nazwisku wysoki mezczyzna sklanial glowe na centymetr, a jego bystre oczy spogladaly uwaznie. – Witajcie w Waranii – powiedzial uprzejmie, lecz chlodno. – Pokazujesz zamek przyjaciolom? – Idziemy do sali naszych narodowych pamiatek – odparl Djaro. – Interesuje ich nasza historia. Ksiaze Stefan – zwrocil sie do chlopcow – jest regentem Waranii. Sprawuje rzady od czasu, gdy moj ojciec zginal na polowaniu. – Rzadze w twoim imieniu, ksiaze – dodal szybko ksiaze Stefan – i mam nadzieje, ze z korzyscia dla ciebie. Bede wam towarzyszyl. Pragne okazac nalezny szacunek twoim gosciom. – Doskonale – powiedzial Djaro, choc jak Trzej Detektywi dobrze wiedzieli, byla to ostatnia rzecz, ktorej sobie zyczyl. – Nie chcielibysmy jednak odciagac cie od twoich obowiazkow, ksiaze Stefanie. Miales, zdaje sie, uczestniczyc w radzie dzisiejszego rana? – Tak – odparl ksiaze Stefan – omawiamy szczegoly twojej koronacji. To szczesliwe wydarzenie bedziemy celebrowac juz za dwa tygodnie. Kilka minut jednak moge jeszcze z wami pobyc. Djaro nic nie odpowiedzial i ruszyl przodem w glab korytarza. Weszli do ogromnej, wysokiej sali o dwoch kondygnacjach. Staly tam liczne oszklone gabloty, a sciany zawieszone byly obrazami. W gablotach znajdowaly sie stare choragwie, tarcze, medale, ksiegi i inne zabytkowe przedmioty. Kazdy z nich zaopatrzony byl w biala karte z opisem. Chlopcy zatrzymali sie przy gablocie, w ktorej zlozony byl zlamany miecz. Karta informowala, ze jest to miecz ksiecia Paula, ktorym rozgromil buntownikow w 1675 roku. – W tej sali zawarta jest historia naszego narodu – mowil ksiaze Stefan. – Jestesmy malym narodem i nasza historia nie jest zbyt emocjonujaca. Bez watpienia wam, przybylym z wielkiej Ameryki, musimy wydawac sie smieszni i staroswieccy. – Nie, prosze pana – zaprzeczyl grzecznie Jupiter. – Z tego, co dotad widzielismy, panski kraj wydaje sie nam bardzo ciekawy. – Wiekszosc twoich rodakow uwaza, ze jestesmy beznadziejnie niepraktyczni i zacofani – powiedzial ksiaze Stefan. – Moge miec tylko nadzieje, ze nie znudzi was powolne tempo, w jakim zyjemy. A teraz wybaczcie mi, musze sie juz udac na narade. Odwrocil sie i odszedl. Bob wydal lekkie westchnienie ulgi. – Wyraznie nas nie lubi – powiedzial cicho. – Bo jestescie moimi przyjaciolmi – powiedzial Djaro. – Nie chce, zebym mial przyjaciol. Nie chce, zebym wypowiadal swoje zdanie i mu sie przeciwstawial, co ostatnio robilem. Zwlaszcza po powrocie z Ameryki. Ale mniejsza z nim. Patrzcie, to jest portret ksiecia Paula. Podeszli do naturalnej wielkosci portretu mezczyzny we wspanialym, czerwonym mundurze ze zlotymi guzikami. W rece dzierzyl miecz wparly w podloge koncem ostrza. Mial szlachetna twarz i orle spojrzenie. Druga reke trzymal wyciagnieta przed siebie, na otwartej dloni siedzial pajak. Chlopcy przyjrzeli mu sie z bliska. Byl istotnie ladny. Mial aksamitnoczarny odwlok ze zlotymi cetkami. – Moj przodek – powiedzial z duma Djaro. – Ksiaze Paul Zdobywca oraz pajak, ktory uratowal mu zycie. Chlopcy stali wpatrzeni w obraz. Za ich plecami przesuwali sie turysci, ktorymi wypelniala sie sala. Rozmawiali w roznych jezykach, takze po angielsku. Nosili aparaty fotograficzne lub przewodniki turystyczne, przewaznie jedno i drugie. W drzwiach stali dwaj krolewscy gwardzisci z pikami w rekach. Tuz za chlopcami przystanela para Amerykanow, tegi mezczyzna z zona. – Fuj! – wykrzyknela kobieta. – Popatrz na tego wstretnego pajaka! – Cii! – uciszyl ja mezczyzna. – Nie mow tego glosno przy tubylcach. To jest ich maskotka. Poza tym pajaki sa o wiele sympatyczniejsze, niz sie uwaza. Po prostu przylgnela do nich zla opinia. – Nic mnie to nie obchodzi – powiedziala kobieta. – Rozdepcze kazdego pajaka, na ktorego sie natkne. Pete i Bob usmiechneli sie. Djaro zmruzyl oczy. Przeszli dalej i okrazywszy wolno sale, znalezli sie pod drugimi drzwiami. Przy nich stal rowniez gwardzista. – Pragne wejsc, sierzancie – powiedzial Djaro. Zolnierz zasalutowal z respektem. – Tak jest, sire – powiedzial. Odsunal sie, a Djaro wyjal klucz i otworzyl masywne, nabijane mosieznymi cwiekami drzwi. Weszli do niewielkiego przedsionka, na koncu ktorego znajdowaly sie nastepne zamkniete drzwi. Po otwarciu ich, ukazaly sie drzwi trzecie, a raczej brama z kutego zelaza. Kiedy i te zostaly wreszcie otwarte, znalezli sie w pomieszczeniu wielkosci okolo dwudziestu czterech metrow kwadratowych. Wygladalo jak skarbiec i istotnie nim bylo. W gablotach pod sciana lezaly insygnia krolewskie – berlo i korona, a takze kilka naszyjnikow i pierscieni. – Bizuteria dla przyszlej ksieznej – powiedzial Djaro. – Niewiele mamy klejnotow, bo nie jestesmy bogaci. Za to, jak widzicie, strzezemy dobrze tego, co posiadamy. Ale nie to chcialem wam tu pokazac. Podszedl do gabloty, jedynej stojacej na srodku pokoju. Zawierala pajaka na srebrnym lancuchu, umieszczonego na specjalnej podporce. Chlopcy stwierdzili ze zdziwieniem, ze pajak wyglada jak zywy. – To srebro pokryte emalia – wyjasnil Djaro. – Spodziewaliscie sie, ze bedzie caly tylko ze srebra? Nie, to czarna emalia ze zlotymi cetkami. Oczy sa z malych rubinow. Ale to nie jest prawdziwy pajak Waranii. Oryginal jest o wiele wspanialszy. Pajak wydawal sie chlopcom doskonale wykonana bizuteria, ale wierzyli ksieciu na slowo. Ogladali pajaka uwaznie ze wszystkich stron, by dobrze zapamietac jego wyglad na wypadek, gdyby udalo im sie odnalezc oryginal. – Prawdziwy pajak zostal zabrany stad w zeszlym tygodniu i zastapiony ta imitacja – mowil Djaro z gorycza. – Podejrzewam tylko jedna osobe, jest nia ksiaze Stefan. Nie moge go jednak oskarzyc bez dowodow. Sytuacja polityczna jest bardzo delikatna. Wszyscy czlonkowie Rady Najwyzszej sa ludzmi Stefana. Dopoki nie zostane koronowany, posiadam niewielka wladze. Oni nie zycza sobie mojej koronacji. Kradziez ksiazecego pajaka jest pierwszym krokiem zmierzajacym do uniemozliwienia mi przejecia wladzy. Nie bede was nudzil dalszymi szczegolami. Poza tym sam musze wziac udzial w naradzie. Tak wiec wyprowadze was stad i bede musial was opuscic. Czeka na was samochod z szoferem. Mozecie zwiedzic miasto. Zobaczymy sie znowu wieczorem, po obiedzie, i wtedy porozmawiamy. Opuscili skarbiec. Djaro pozamykal starannie wszystkie drzwi. Nastepnie uscisnal im rece i objasnil, gdzie znajda oczekujacy ich samochod. – Kierowcy na imie Rudi. To oddany mi czlowiek. – Westchnal z zalem. – Chetnie pojechalbym z wami. Byc ksieciem to nudne zajecie, ale nie moge tego zmienic. Bawcie sie dobrze i do zobaczenia wieczorem. Odszedl spiesznie w glab korytarza. Bob podrapal sie w glowe. – Jak myslisz, Jupe? Czy uda nam sie znalezc tego pajaka? – Nie wiem jak – westchnal Jupiter. – Chyba ze dopisze nam nadzwyczajne szczescie. Rozdzial 5. Zlowieszcza rozmowa Przejazdzka po stolicy sprawila Trzem Detektywom radosc. Wychowali sie w Kalifornii, gdzie wszystko bylo stosunkowo nowe. Totez Warania wydala im sie nieslychanie stara. Nawet budynki mieszkalne zbudowane byly z kamienia lub zoltej cegly. Wiele dachow bylo krytych czerwona dachowka. Co krok trafiali na skwery z fontannami. Wszedzie, a zwlaszcza przed katedra Swietego Dominika, dostojnie stapaly golebie. Odbywali ture standardowym otwartym samochodem. Kierowca, mlody mezczyzna w zgrabnym uniformie, mowil dobrze po angielsku. Przedstawil im sie i powiedzial, ze moga mu ufac, gdyz jest lojalny w stosunku do ksiecia Djaro. Zawiozl ich na wzgorza za miastem, gdzie mogli podziwiac widok na rzeke w dole. Zrobili troche zdjec i wrocili do samochodu. Gdy wsiedli, Rudi powiedzial cicho: – Sledzono nas. Ktos jechal za nami, odkad ruszylismy spod palacu. Zawioze was teraz do parku. Bedziecie mogli tam pospacerowac, popatrzyc na wystepy. A teraz nie ogladajcie sie. Nie dajcie poznac po sobie, ze wiecie, ze jestesmy sledzeni. Nie ogladac sie! Trudno bylo sie oprzec. Kto ich sledzil? Dlaczego? – Chcialbym wiedziec, o co chodzi – mruczal Pete, gdy jechali przez barwne ulice. – Dlaczego ktos jedzie za nami? Nic o niczym nie wiemy. – Ktos moze myslec, ze wiemy – powiedzial Jupiter. – Ktos chcialby, zebysmy wiedzieli – odezwal sie Bob. Rudi zatrzymal samochod. Znajdowali sie przed duzym zadrzewionym skwerem, gdzie spacerowalo wiele ludzi. Z oddali dobiegaly dzwieki muzyki. – To nasz glowny park – Rudi wysiadl i otworzyl im drzwi samochodu. – Wejdzcie wolno do srodka. Przejdziecie kolo podium dla orkiestry, potem znajdziecie miejsce, gdzie wystepuja akrobaci i klauni. Zrobcie im zdjecia. Bedzie tam dziewczyna sprzedajaca balony. Zapytajcie, czy mozecie ja sfotografowac. To moja siostra Elena. Ja poczekam tu na was. Aha, i nie ogladajcie sie za siebie. Prawdopodobnie beda szli za wami, ale nie macie sie czego obawiac. Jeszcze nie. – Jeszcze nie – powtorzyl Pete, gdy szli wolno pod drzewami w strone, skad dobiegala muzyka. – No, przynajmniej jest na co czekac. – Jakze my mozemy pomoc ksieciu Djaro? – zastanawial sie Bob. – Kompletne strzelanie w ciemno, a z drugiej strony nie mozemy po prostu nic nie robic. – Musimy poczekac na dalszy rozwoj wypadkow – powiedzial Jupiter. – Moim zdaniem sledza nas, by sprawdzic, czy sie z kims nie kontaktujemy. Na przyklad z Bertem Youngiem. Wyszli na polane, gdzie wiele osob siedzialo na trawie. Na malenkiej estradzie osmiu mezczyzn w barwnych strojach gralo na klarnetach. Zakonczyli wlasnie jeden utwor, zebrali oklaski i z jeszcze wiekszym wigorem przystapili do wykonywania nastepnego. Trzej Detektywi okrazyli estrade i poszli dalej. Sporo ludzi spacerowalo po tej samej sciezce, trudno wiec bylo im sie zorientowac, czy ktos specjalnie idzie za nimi. Trafili z kolei na duzy, wybrukowany plac. Tu odbywaly sie wystepy, o ktorych mowil Rudi. Na trampolinie akrobaci wykonywali fantastyczne skoki. Ponizej, na ziemi dwaj klauni fikali koziolki. Podsuwali przechodzacym koszyczki, do ktorych ci wrzucali monety. Nieco dalej stala bardzo ladna dziewczyna w stroju ludowym, z ogromna wiazka balonow. Spiewala piosenke po angielsku. Slowa piosenki zachecaly do kupienia balonu i puszczenia go w powietrze, by zaniosl zyczenie do nieba. Wiele osob kupowalo balony i istotnie puszczali je w powietrze. Czerwone, zolte i niebieskie kule unosily sie w gore, coraz dalej, az wreszcie znikaly. – Sfotografuj klaunow, Pete – powiedzial Jupiter. – Ja zrobie zdjecia akrobatom, a ty, Bob, rozejrzyj sie dookola. Moze cos zwroci twoja uwage. – Dobra, Pierwszy – Pete poszedl w strone koziolkujacych klaunow. Jupiter i Bob staneli przed trampolina. Jupe otworzyl aparat fotograficzny i zaczal ustawiac obiektyw na akrobatow. Grzebal sie przy nim dlugo, niby to majac jakies problemy. W rzeczywistosci uruchamial walkie-talkie. – Tutaj Pierwszy – powiedzial cicho. – Czy mnie odbierasz? – Glosno i wyraznie – zamamrotal w aparacie glos Berta Younga. – Jaka jest sytuacja? – Zwiedzamy – odpowiedzial Jupe. – Ksiaze Djaro prosil nas o pomoc w znalezieniu srebrnego pajaka Waranii. Zostal skradziony i umieszczono na jego miejscu imitacje. – Och! – wykrzyknal Bert Young. – To gorzej, niz myslalem. Czy mozecie mu pomoc? – Nie bardzo wiem jak – wyznal Jupe. – Ja tez nie. Ale starajcie sie i miejcie oczy otwarte. Cos jeszcze? – Jestesmy teraz w parku, prawdopodobnie ktos nas sledzi. Nie wiemy kto. – Sprobujcie sprawdzic. Zglos sie pozniej, jak bedziecie sami. Ktos moze nabrac podejrzen, gdy bedziemy zbyt dlugo rozmawiac. Bert Young wylaczyl sie. Jupiter fotografowal, a Bob tymczasem rozgladal sie dookola. Nie zauwazyl nic, a raczej nikogo, kto moglby ich sledzic. Podszedl klaun i Bob wrzucil kilka amerykanskich monet do jego koszyczka. Klauni przyprowadzili pudla, ktory robil salta w powietrzu i stawal na przednich lapach. Tlum gapiow otoczyl ich i dziewczyna z balonami zostala sama na uboczu. – Teraz zrobimy jej zdjecie – szepnal Jupiter. Podeszli do niej w trojke. Jupiter ustawial aparat, na co dziewczyna usmiechnela sie i zaczela pozowac. Jupiter pstryknal zdjecie. Dziewczyna zblizyla sie do nich. – Kupicie balony, amerykanscy dzentelmeni? – zapytala. – Pozwolcie im poszybowac w chmury i zaniesc wasze zyczenia do nieba. Pete wyluskal z kieszeni banknot i podal jej. Wreczyla kazdemu z nich balon i odwrocila sie w poszukiwaniu reszty. Gdy pochylala sie nad monetami, szepnela niemal bezglosnie: – Ktos chodzi za wami. Sledza was. Mezczyzna i kobieta. Nie wygladaja niebezpiecznie. Wydaje mi sie, ze chca porozmawiac z wami. Dajcie im sposobnosc. Idzcie na lody, tam przy stolikach. Chlopcy wyrazili swe zyczenia i wypuscili balony. Patrzyli za nimi, az staly sie malenkimi kropkami na niebie. Potem wolno podeszli do stolikow rozstawionych na trawie i przykrytych obrusami w czerwona krate. Usiedli przy jednym z nich. Natychmiast zjawil sie wasaty kelner. – Lody? Moze goraca czekolada, sandwicze? Przystali na wszystko, co proponowal. Kelner odszedl, a chlopcy rozejrzeli sie wokol. Bob zobaczyl mezczyzne i kobiete kupujacych balony i rozpoznal w nich pare, ktora tego rana stanela za nimi przed portretem ksiecia Paula. Poczul z cala pewnoscia, ze to przez nich byli sledzeni. Podeszli z wolna i usiedli przy sasiednim stoliku. Zamowili lody i kawe, po czym spojrzeli na chlopcow i usmiechneli sie. – Czy jestescie Amerykanami? – zapytala kobieta. – Tak, prosze pani – odpowiedzial Jupiter. – Panstwo tez jestescie Amerykanami? – Oczywiscie – przytaknela kobieta. – Z Kalifornii, tak jak wy. Jupe zesztywnial. Skad wiedziala, ze sa z Kalifornii? – Jestescie z Kalifornii, prawda? – powiedzial szybko mezczyzna. – W kazdym razie wasze koszulki sa kalifornijskie. – Tak – odpowiedzial Jupiter – jestesmy z Kalifornii. Dopiero wczoraj przyjechalismy. – Widzielismy was rano na zamku, w sali pamiatek – odezwala sie kobieta. – Moj Boze, czy to nie sam ksiaze Djaro byl z wami? – Tak, oprowadzal nas – skinal glowa Jupiter i zwrocil sie do Boba i Pete'a. – Powinnismy chyba umyc rece, nim kelner przyniesie nasze jedzenie. Tam, za akrobatami widzialem tabliczke “do toalet”. – Chcemy pojsc do toalety – powiedzial do pary przy sasiednim stoliku. – Czy zechcielibyscie panstwo przypilnowac w tym czasie naszych aparatow fotograficznych? – Oczywiscie, synku – zgodzil sie mezczyzna z szerokim usmiechem. – Nie bojcie sie, przypilnujemy, zeby ich nikt nie ukradl. – Dziekuje panu – Jupiter wstal i ruszyl w strone toalet, nie dajac swym towarzyszom szansy odezwania sie. Chcac nie chcac pospieszyli za nim. – Co to za pomysl, Jupe? – szepnal Pete, gdy sie zrownali. – Dlaczego zostawilismy aparaty? – Ciii! – syknal Jupe. – Mam pomysl. Zaufaj mi. Gdy mijali dziewczyne z balonami, Jupiter powiedzial do niej nie zatrzymujac sie. – Obserwuj, prosze, te pare. Powiedz nam, gdyby ruszali aparaty fotograficzne. Za chwile wrocimy. Skinela glowa w odpowiedzi. Detektywi szli niespiesznie, rozgladajac sie, jak na beztroskich turystow przystalo. Toaleta, umieszczona dyskretnie wsrod drzew, byla niewielkim kamiennym budynkiem. Wewnatrz nie bylo nikogo i Pete z miejsca wybuchnal: – Co to za pomysl, Jupe?! – Ci dwoje – powiedzial Jupe odkrecajac kran – beda zapewne rozmawiac. Moze im sie cos wymknac. – No to co? Co nam z tego przyjdzie? – zapytal Bob. – Uruchomilem magnetofon w moim aparacie – powiedzial Jupe. – Jest bardzo czuly. Nagra wszystko, co powiedza. Teraz juz lepiej nie rozmawiajmy. Ktos moze podsluchiwac. Umyli rece w milczeniu i wrocili spacerem do stolika. Dziewczyna z balonami potrzasnela lekko glowa, gdy ja mijali. A wiec nic nie zaszlo podczas ich nieobecnosci. Aparaty fotograficzne lezaly, gdzie je zostawili, a mezczyzna i kobieta przy sasiednim stoliku popijali kawe. – Nikt nie probowal zabrac waszych aparatow – powiedzial mezczyzna wesolo. – To uczciwy kraj. Kelner byl juz z waszym zamowieniem, ale powiedzialem mu, ze musieliscie odejsc na pare minut. O, juz idzie. Kelner taszczyl zaladowana tace. Postawil przed nimi lody, goraca czekolade i sandwicze. Rzucili sie na to wszystko z apetytem. Pare minut pozniej para obok dopila swa kawe. Wstali, pozegnali sie i odeszli. – Jesli chcieli rozmawiac z nami, wyraznie zmienili zamiar – zauwazyl Pete. – Mam nadzieje, ze rozmawiali ze soba – powiedzial Jupiter. Nacisnal maly guzik w aparacie i tasma przewinela sie. Nacisnal inny i zaczela odtwarzac. Z poczatku slyszeli tylko niewyrazny szum. Wtem odezwal sie meski glos. Bob az podskoczyl podekscytowany. – To dziala! Tak jak sie spodziewales, Jupe! – Ciii! – przerwal mu Jupiter. – Sluchajmy, co powiedzieli. Nie przerywajcie jedzenia i nie patrzcie na aparat. Cofnal tasme i puscil ja ponownie, przyciszajac dzwiek tak, zeby tylko oni mogli slyszec. Wysluchali z uwaga nastepujacej rozmowy: Mezczyzna: – Freddie wyslal nas tu po nic. Kaktus urosnie mi na dloni, jesli te dzieciaki sa detektywami. Kobieta: – Freddie rzadko sie myli. Mowil, ze to spryciarze. Sprawdzil ich. Nazywaja siebie Trzema Detektywami. Mezczyzna: – Bawia sie tylko! Nie powiesz mi, ze kiedykolwiek cos wykryli. A jesli, to przez czysty przypadek. Gdyby sie mnie ktos pytal, jak wyglada glupek, wskazalbym tego grubego chlopaka. W tym momencie Bob i Pete z trudem powstrzymali sie od chichotu. Jupe staral sie zrobic na parze wrazenie gluptasa, ale ten komentarz to juz bylo troche za wiele. Kobieta: – Tak czy inaczej, Freddie kazal ich sledzic i sprawdzic, czy sie z kims nie kontaktuja. Uwaza, ze pracuja dla CIA. Mezczyzna: – Przeciez nie wiedza nic, o czym mogliby komukolwiek doniesc. Szwendaja sie dookola jak wszystkie dzieciaki. Niech ich ktos inny sledzi. Kobieta: – Nie masz wiec zamiaru porozmawiac z nimi, zeby namowili ksiecia Djaro do wspoldzialania z ksieciem Stefanem? Mezczyzna: – Nie, to nie jest dobry pomysl. Uwazam, ze jedynie to, co Freddie od poczatku zamierzal, jest rozsadne. Pozbyc sie ksiecia i zrobic Stefana stalym regentem. Mamy Stefana w garsci, wiec faktycznie krajem bedzie rzadzil syndykat nasz i Roberta. Kobieta: – Lepiej mow ciszej. Ktos moze uslyszec. Mezczyzna: – Nikogo nie ma w poblizu. Mowie ci, Mabel, trafila nam sie okazja, o jakiej mozna bylo marzyc. Niech tylko to przejmiemy, ksiaze Stefan bedzie figurantem, a my usamodzielnimy sie kompletnie. Czy myslalas kiedykolwiek, co mozna zrobic posiadajac wlasne panstwo? Kobieta: – Hazard, jak mowiles. Mozemy przescignac Monte Carlo. Mezczyzna: – Tak. Pozniej mozemy opanowac banki. Sa ludzie w Stanach, ktorzy chca ukryc pieniadze przed rzadem. Zaoferujemy im przywileje bankowe. Ale to tylko poczatek. Ustanowimy prawo o ekstradycji, inne kraje nie beda mogly aresztowac przestepcow, ktorzy tu zbiegna. Kazdy poszukiwany gdziekolwiek dla jakichkolwiek powodow tu bedzie bezpieczny… dopoty, dopoki bedzie nam placil haracz. Kobieta: – Swietnie, ale co bedzie jesli ksiaze Stefan nie zechce zaakceptowac naszych planow? Mezczyzna: – Jesli chce sie utrzymac przy wladzy, bedzie musial. Za duzo na niego mamy. Och, mowie ci, Warania to slodka, soczysta gruszka. Trzeba ja tylko zerwac. Kobieta: – Cii! Wracaja. Tasma zamilkla. Jupiter przesunal niedbalym ruchem aparat fotograficzny i nieznacznie zatrzymal tasme, po czym ja przewinal. – Rany – jeknal Pete – to fatalnie, tak jak sie Bert Young obawial. Nawet gorzej. Oni planuja obrocenie tego kraju w raj dla przestepcow, – Musimy powiedziec o tym Bertowi Youngowi! – wykrzyknal Bob. Jupiter zmarszczyl czolo. – Powinnismy. Chcialbym odtworzyc mu cala tasme, ale to trwaloby zbyt dlugo. Podamy mu tylko najistotniejsze szczegoly. Wzial aparat i udajac, ze zmienia w nim rolke filmu, wcisnal odpowiedni klawisz. – Pierwszy sie zglasza – powiedzial cicho. – Czy mnie odbierasz? – Glosno i wyraznie – dobiegl go glos Berta Younga. – Nowy obrot wypadkow? Jupiter opowiedzial mu, jak mogl najkrocej, co zaszlo. – Fatalnie – powiedzial Bert Young, gdy Jupe skonczyl. – Mezczyzna i kobieta, ktorych opisales, to chyba Max Grogan, hazardzista z Nevady i jego zona. Sa w Stanach czlonkami przestepczego gangu. Freddie i Roberto, o ktorych mowili, to pewnie Freddie “Palec” McGraw i Roberto Roulette, obaj hazardzisci na wielka skale. Cala ta sprawa jest duzo powazniejsza, niz nam sie w ogole snilo. Nie mniej, nie wiecej, tylko proba przejecia Waranii przez oszustow. Przy pierwszej sposobnosci musicie ostrzec ksiecia Djaro. Jutro przyjdzcie do ambasady. Palac moze nie byc juz dla was bezpiecznym miejscem. Sprobujemy pomoc ksieciu, ale musimy czekac, az on nas o to poprosi. Spisaliscie sie, jak dotad, doskonale. Nic lepszego nie moglismy sobie wymarzyc. Ale od tej chwili badzcie ostrozni! Rozdzial 6. Wstrzasajace odkrycie Przez, reszte popoludnia Trzej Detektywi zwiedzali miasto. Wstapili do kilku osobliwych starych sklepow i zwiedzili interesujace muzeum. Malym spacerowym stateczkiem odbyli rejs po rzece. Od czasu do czasu Rudi informowal ich, ze nadal sa sledzeni. Teraz jednakze chodzili za nimi agenci waranskiej tajnej sluzby, najeci przez ksiecia Stefana. – Byc moze tylko sie wami opiekuja – mowil ponuro Rudi – ale w to watpie. Chcialbym wiedziec, skad sie to bierze. Chlopcy takze chcieliby znac powod tego zainteresowania. Nie widzieli zadnej przyczyny, dla ktorej mieliby rozbudzic ciekawosc ksiecia Stefana. Nic dotad nie zdzialali, nic, co by moglo pomoc ksieciu Djaro. Tu i owdzie, na rogach ulic, zauwazyli male grupy muzykantow grajacych na roznych instrumentach. – To bardowie – wyjasnil Rudi. – Wszyscy sa potomkami rodziny, ktora przed laty ukryla ksiecia Paula. Ja rowniez do nich naleze, choc moj ojciec byl premierem, dopoki ksiaze Stefan go nie usunal. Jestesmy najbardziej wiernymi poddanymi ksiecia Djaro. Dzieki dekretowi ksiecia Paula, nie placimy podatkow. Utworzylismy tajna partie, opozycyjna wobec ksiecia Stefana. Nazywa sie Partia Bardow, w skrocie Bardowie. O jednym moge was zapewnic – ludzie nie lubia ksiecia Stefana. Ilekroc mijali grupe bardow, Rudi zwalnial, czekal az jeden z muzykantow lekko skinie mu glowa, po czym znowu ruszal predzej. – Ta gra jest dla dwoch osob – mruczal. – Obserwujemy tych, ktorzy nas obserwuja. Zaopiekujemy sie wami. Mamy swoich ludzi nawet w Ksiazecej Gwardii. Choc wiemy wiele, nie rozumiemy, dlaczego uznali was za tak godnych uwagi. Podejrzewamy, ze szykuje sie jakis spisek, a spisek ksiecia Stefana wrozy cos bardzo przykrego. Chlopcy zaabsorbowani dalszym zwiedzaniem miasta, powoli zapomnieli o sledzacych. Przejechali sie na wspanialej karuzeli w parku. Zjedli obiad w restauracji na swiezym powietrzu, gdzie specjalnoscia byly dania z ryb rzecznych. Wrocili wreszcie do palacu zmeczeni, ale w dobrych nastrojach i pelni wrazen. Na ich spotkanie wybiegl szambelan ksiazecy, maly, okraglutki czlowieczek, odziany w purpurowa szate. – Dobry wieczor, mlodziency – przywital ich. – Ksiaze Djaro wyraza zal, ze nie moze sie z wami dzisiaj zobaczyc, ale jutro zje z wami sniadanie. Zaprowadze was teraz do waszego pokoju. Obawiam sie, ze sami nie zdolacie trafic. Powiodl ich oszalamiajaca liczba schodow i korytarzy, mijajac po drodze licznych lokai. Gdy tylko znalezli sie na miejscu, wybiegl, jakby czekalo na niego pilne zajecie. Zamkneli masywne debowe drzwi i rozejrzeli sie wokol. Pokoj sprzatnieto, loze poscielono, a ich torby podrozne staly, gdzie je zostawili. Bob stwierdzil, ze wielka pajeczyna byla wciaz na miejscu, w kacie u wezglowia lozka. Gdy podszedl, duzy czarno-zloty pajak zbiegl z niej i ukryl sie w szparze miedzy podloga a boazeria. Bob usmiechnal sie. Zdazyl juz przyjac do wiadomosci fakt, ze w Waranii pajaki sa niemal swiete. Doszedl do wniosku, ze jesli przyjrzec im sie z bliska, sa nawet ladne. – Nic nowego nie zaszlo – powiedzial Jupiter – ale mysle, ze lepiej bedzie skontaktowac sie z panem Youngiem. Moze ma dla nas jakies instrukcje. Pete, na wszelki wypadek zamknij drzwi na klucz. Pete przekrecil klucz w zamku, a Jupe otworzyl swoj aparat fotograficzny i nacisnal klawisz. – Pierwszy sie zglasza. Czy mnie odbierasz? – Glosno i wyraznie – naplynela odpowiedz. – Cos nowego? – Nic specjalnego – powiedzial Jupiter. – Zwiedzalismy miasto przez reszte dnia i caly czas bylismy sledzeni przez tajna sluzbe ksiecia Stefana. – Niepokoicie go – powiedzial Bert Young z namyslem. – Czy rozmawialiscie juz z ksieciem Djaro? Jak przyjal nowiny? – Nie widzielismy sie z nim. Ksiazecy szambelan powiedzial nam, ze Djaro nie moze spotkac sie dzis z nami. Dopiero jutro rano. – Hm… – gleboki namysl Berta Younga byl niemal dotykalny. – Zastanawiam sie, czy aby nie celowo trzymaja go z dala od was. Jest niezmiernie wazne, zebyscie mu doniesli, co wiecie. A teraz wyjmij tasme z aparatu i trzymaj przy sobie. Musicie mi ja przyniesc tutaj, do ambasady. Wyjdzcie jutro niby na dalsze zwiedzanie i kazcie kierowcy, zeby was tu przywiozl. Zaczyna sie robic goraco, rozumiecie? – Tak, prosze pana – odpowiedzial Jupiter. – Pracujemy tu nad tym, jak pomoc Djaro. Ksiaze Stefan ma scisla kontrole nad radiem i telewizja, nie mozemy wiec ta droga dotrzec do spoleczenstwa. Cos jednak wymyslimy. A wy od jutra jestescie zwolnieni z obowiazkow. – Tak, prosze pana – powiedzial Jupiter. – Skonczone, wylaczam sie. Nacisnal klawisz i otworzyl spod aparatu. Wyjal stamtad malenka szpulke tasmy i podal Pete'owi. – Masz, Pete, ty to nos. Nie dopusc, zeby ci to ktos odebral. – Pewnie – Pete schowal tasme do wewnetrznej kieszeni. Tymczasem Bob grzebal w szufladzie wielkiej komody, w poszukiwaniu chusteczki do nosa. Znalazl chusteczki tam, gdzie je polozyl, gdy jednak wyciagal jedna z nich, uslyszal cichutki brzek. Zaciekawiony, zaczal obmacywac szuflade w poszukiwaniu zrodla dzwieku. Pod chusteczkami wymacal cos twardego, jakby metal. Wydobyl to, spojrzal i zaczal krzyczec. – Jupe! Pete! Patrzcie. Obrocili sie ku niemu zdziwieni. – Pajak! – wykrztusil Pete. – Rzuc to! – Jest nieszkodliwy – powiedzial Jupiter. – To pajak ksiecia Paula. Poloz go na podlodze, Bob. – Nie rozumiecie! – krzyczal Bob. – To nie jest jakis pajak. To ten pajak! – Ten pajak? – powtorzyl Pete. – O czym ty mowisz? – O srebrnym pajaku Waranii – odpowiedzial Bob. – Pajak, ktory zginal ze skarbca. To musi byc on. Jest tak doskonaly, ze wyglada jak zywy. Nie, nie jest zywy. Jest z metalu, tak jak tamten, ktorego widzielismy rano, tylko ten jest doskonalszy. Jupiter dotknal pajaka na dloni Boba. – Masz racje. To arcydzielo. Musi byc tym prawdziwym. Gdzies ty to znalazl? – Pod moimi chusteczkami do nosa. Ktos go musial tam ukryc. Rano z cala pewnoscia go nie bylo. Jupiter zmarszczyl czolo w glebokim namysle. – Po co by ktos chowal srebrnego pajaka Waranii w naszym pokoju? – zastanawial sie glosno. – To nie ma sensu, chyba ze ktos zamierza oskarzyc nas o kradziez. W tym wypadku… – Co robic, Jupe? – przerwal mu Pete, pelen niepokoju. – Przeciez jak nas przylapia z tym pajakiem, dostaniemy wyrok smierci! – Mysle… – zaczal Jupe, ale nie zdazyl skonczyc zdania. Z korytarza dobiegl ich odglos ciezkich krokow. Ktos zapukal glosno do drzwi i nacisnal klamke. Gdy nie ustapila, krzyknal ze zloscia: – W imieniu regenta otworzcie drzwi! Otworzyc w imieniu prawa! Po chwili zaskoczenia Jupiter i Pete rzucili sie do drzwi i zatrzasneli wielka zelazna zasuwe. Bob, zbyt zatrwozony, by myslec jasno, stal bez ruchu, ze srebrnym pajakiem Waranii na dloni, zastanawiajac sie mgliscie, co z nim zrobic. Rozdzial 7. Ucieczka Walenie do drzwi nie ustawalo i znowu ktos krzyknal: – W imieniu prawa i regenta rozkazuje otworzyc! Pete i Jupiter oparli sie o drzwi, jakby ich ciezar mogl je wzmocnic. Bob gapil sie na pieknie emaliowanego srebrnego pajaka i staral sie zebrac rozbiegane dziko mysli. Musi schowac pajaka. Ale gdzie? Przebiegl pokoj dookola, rozgladajac sie za kryjowka i nie znajdujac zadnej. Pod dywanem? Zle! Pod materacem? Tez zle! Wiec gdzie? Gdzie bedzie nie do znalezienia? Ciezkie uderzenia runely na drzwi. Gwardzisci je wywazali. Wtem nastapilo cos jeszcze bardziej zaskakujacego. Zaslony na oknie rozsunely sie i ktos wpadl do pokoju. Pete i Jupiter zwrocili sie blyskawicznie w tamta strone, by stawic czola nowemu atakowi. – To ja, Rudi! – zawolal glosnym szeptem przybysz. – I moja siostra Elena. Oboje wsuneli sie do pokoju. Elena byla ubrana jak chlopiec, w spodnie i marynarke. – Chodzcie – powiedziala naglaco – musicie uciekac. Chca was zaaresztowac za najwyzsze wykroczenie przeciw panstwu. Miarowe uderzenia w drzwi nie ustawaly. Ktos wyraznie walil w nie siekiera. Lecz drzwi byly grube, debowe i mogly sie opierac przez kilka minut. To bylo jak scena z filmu. Wszystko dzialo sie tak szybko. Nie sposob bylo zachowac spokoj. Chlopcy wiedzieli tylko jedno; musza sie stad wydostac. – Chodz, Pete! – krzyczal Jupiter. – Bob, przynies srebrnego pajaka i chodzmy! Bob zamarudzil jeszcze chwile, wreszcie biegiem przylaczyl sie do pozostalych. Za Elena wyszli wszyscy na balkon. Stloczyli sie na nim, otoczeni chlodnym mrokiem. W dole migotaly swiatla miasta. – Wokol budynku biegnie gzyms – powiedziala Elena. – Jest dosc szeroki, zeby isc po nim, jesli zapanujecie nad nerwami. Ja poprowadze. Wspiela sie nad balustrada balkonu i stanela na gzymsie. – Moj aparat! – przypomnial sobie Jupiter. – Nie ma czasu! – naglil Rudi. – Drzwi wytrzymaja jeszcze dwie, moze trzy minuty. Nie mozemy stracic ani jednej sekundy. Jupe z niechecia pozostawil swoj aparat fotograficzny i przelazl przez balustrade za Pete'em. Twarzami do muru, przycisnieci do szorstkich kamieni, posuwali sie za Elena, ktora poruszala sie zwinnie jak kot. Nie bylo czasu na lek. Z tylu wciaz dobiegaly donosne uderzenia w drzwi ich pokoju. Doszli juz do naroznika palacu. Uderzyl w nich nocny wiatr i Bob zachwial sie, tracac oparcie. Daleko, pod nim plynela wartko ciemna rzeka Denzo. Rudi chwycil go za ramie i pomogl odzyskac rownowage. Bob zebral sie w sobie i ruszyl za towarzyszami. – Szybciej! – szepnal mu do ucha Rudi. Dwa sploszone golebie zatrzepotaly dziko skrzydlami i wzlecialy nad ich glowy. Bob zlapal rownowage i przeszedl za pozostalymi przez balustrade nastepnego balkonu. Cala piatka zatrzymala sie na chwile. – Teraz musimy sie wspinac – szepnela Elena. – Mam nadzieje, ze potraficie, to jedyna droga. Po tej linie. Ma suply. Tam jest druga lina. Zwiesza sie na balkon ponizej, ale to tylko dla zmylenia tropu. Pomysla, ze ucieklismy w dol. Elena zaczela sie wspinac po linie zwieszajacej sie z gory. Za nia z latwoscia Pete, potem wolniej Jupiter, mruczac i sapiac. Bob dal mu przewage kilku metrow, po czym uchwycil szorstki wezel kolyszacej sie liny i wspial sie takze. Rudi zawrocil. Smialo przeszedl z powrotem po gzymsie i wyjrzal zza naroznika budynku. – Wciaz mocuja sie z drzwiami – zawolal cicho – musimy znalezc sie jak najpredzej w ukryciu. – Co? – Bob zatrzymal sie i odwrocil glowe w strone Rudiego. Reka obsunela mu sie przy tym z wezla, ktorego sie trzymal. Lina przesliznela mu sie miedzy palcami i zaczal spadac w tyl, w ciemnosc. Runal na cos, co zlagodzilo jego upadek. Byl to Rudi. Obaj zwalili sie na balkon. Bob wyrznal glowa w kamienna podloge i fale czerwonych i zoltych swiatelek zawirowaly mu w oczach. – Bob! – Rudi pochylil sie nad nim. – Bob, slyszysz mnie? Uderzyles sie? Bob otworzyl oczy i zamrugal powiekami. Lezal na kamieniach i bolala go glowa. Kolorowe swiatelka zamigotaly i odplynely. Zobaczyl nad soba pochylona twarz Rudiego. – Bob, czy cos ci sie stalo? – pytal Rudi z niepokojem. – Moja glowa – powiedzial Bob. – Boli, ale chyba wszystko jest w porzadku. Usiadl powoli i rozejrzal sie wokol. Byl na balkonie, tyle widzial. Nad nim wznosil sie masyw palacu, pod nim byla rzeka i dalekie swiatla Denzo. – Co ja tu robie? – zapytal Rudiego. – Widzialem, jak wchodziles przez okno i wolales, zebysmy uciekali, a teraz siedze na balkonie z guzem na glowie. Co sie stalo? – O, duchu ksiecia Paula, miej nas w swej opiece – jeknal Rudi. – Upadles i to cie otumanilo. Nie mamy czasu na rozmowy. Mozesz sie wspinac? Tu. Ta lina. Bedziesz mogl wspiac sie po niej? Wetknal line w reke Boba. Bob zacisnal na niej palce. O ile pamietal, nigdy przedtem nie widzial tej liny. Czul sie slaby i roztrzesiony. – Nie wiem – powiedzial. – Sprobuje. – To za malo. – Rudi ocenil stan Boba i podjal szybka decyzje. – Wciagniemy cie na gore. Stoj spokojnie, owiaze cie lina pod ramionami. Owinal line wokol piersi Boba i mocno zawiazal. – Dobra! Ja wejde na gore pierwszy, a potem ciebie wciagniemy. Sciana jest szorstka i ma pekniecia. Moze bedziesz mogl troche pomoc. Jesli nie, tylko luzno zawisnij. Nie upuscimy cie. Juz ide! – zawolal do pozostalych na gorze. – Cos sie stalo. Zaczal sie wdrapywac w gore, a Bob zostal, obmacujac guza na glowie. Zastanawial sie, skad sie tu wzial. Musial wraz z innymi pojsc za Rudim, ale zupelnie sobie tego nie przypominal. Ostatnia rzecza, ktora pamietal, byl Rudi wchodzacy przez okno i trzask siekier walacych w drzwi ich pokoju. Rudi byl juz na gorze, wchodzil przez okno do pokoju, w ktorym niespokojnie czekala pozostala trojka. – Bob spadl – powiedzial. – Jest w szoku. Musimy go wciagnac. W czworke damy rade. Chodzcie, do roboty. Uchwycili luzny koniec liny i zaczeli ja ciagnac z wysilkiem. Wezly na linie okazaly sie przeszkoda. Kazdy z nich trzeba bylo przeciskac nad parapetem okna. Ale Bob nie byl ciezki i w niedlugim czasie ukazala sie w oknie jego glowa, potem ramiona. Znalazl oparcie dla rak i sam sie wciagnal do srodka. – Jestem – powiedzial, otrzasajac z siebie line. – Chyba wszystko okay. To znaczy, glowa mnie boli, ale moge sie poruszac. Tylko nie moge sobie przypomniec, jak sie dostalem na ten balkon. – To teraz bez znaczenia – powiedziala Elena. – Jestem okay – powtorzyl Bob. Pokoj, w ktorym sie znajdowali, byl wilgotny, zakurzony i pozbawiony mebli. Rudi i Elena podeszli na palcach do drzwi, uchylili je lekko i wyjrzeli na korytarz. – Na razie droga wolna – oznajmil Rudi. – Musimy wam znalezc kryjowke. Jak myslisz, Elena? Zaprowadzic ich do piwnicy? – Chcesz powiedziec do lochow! – odparta Elena. – Nie, nie sadze. Lina, ktora zostawilismy, spowoduje, ze gwardzisci beda nas szukac w dolnej czesci palacu. Beda pewni, ze tam uciekli Jupiter, Bob i Pete. Popatrz. Podeszla do okna i wskazala w dol. Na widocznym stad skrawku dziedzinca poruszaly sie swiatelka. – Juz poslali gwardzistow na dziedziniec – mowila. – Moim zdaniem powinnismy isc do gory, na dach. Pozniej, moze jutro w nocy, postaramy sie przemycic ich do lochow i poprzez kanaly do miasta. Stamtad beda mogli zbiec do ambasady amerykanskiej. – Dobry pomysl – przyznal Rudi. – Idziemy na gore, chlopcy. Ta czesc palacu nie jest zamieszkana i jesli nasz wybieg sie udal, nie beda jej przeszukiwac. Daj mi twoja chusteczke, Jupe. Wyjal z kieszonki marynarki Jupitera biala chusteczke z monogramem “J.J.” – Upuscimy ja pozniej dla dalszego zmylenia tropu. A teraz, za mna. Elena, ty oslaniaj tyly. Owinal line wokol pasa i pierwszy wyszedl na korytarz. Szli szybko i cicho, nie oswietlonym korytarzem, potem schodami do polozonej wyzej, ciemnej jak noc sali. Poslugujac sie reczna latarka Rudi odnalazl niewidoczne w ciemnosciach drzwi. Otworzyly sie z glosnym piskiem zawiasow, co przerazilo ich wszystkich. Ale halas nie zaalarmowal nikogo. Wyraznie nikogo, oprocz nich, nie bylo na ostatnim pietrze palacu. Przemkneli sie jak duchy przez drzwi i w gore po waskich kamiennych stopniach. Tu, nastepne drzwi otwieraly sie na szeroki dach. Znalezli sie pod wygwiezdzonym niebem. Dach otoczony byl kamiennym murem, pocietym w rownych odstepach otworami. – Przez te otwory wystrzeliwano strzaly lub wylewano wrzacy olej – wyjasnil Rudi. – Dach sluzyl tez jako punkt obserwacyjny. Dlatego w kazdym rogu wzniesiono wartownie. Chodzmy. Przeszedl dach w poprzek, kierujac sie w strone malej, kwadratowej budki z kamienia. Jej drewniane drzwi otworzyly sie z pewnym oporem. W swietle latarki Rudiego ukazalo sie zakurzone wnetrze. Staly tam cztery drewniane lawy, dostatecznie szerokie, by sluzyc jako prycze. Waskie okna nie byly oszklone. – Niegdys w kazdej z tych wiezyczek trzymano warte – powiedzial Rudi. – Ale te czasy dawno minely. Przeczekacie tu bezpiecznie, poki po was nie wrocimy. Prawdopodobnie uda sie nam to dopiero jutro wieczor. Jupiter opadl na lawe. – Ciesze sie bardzo, ze na dworze jest cieplo, tym niemniej chcialbym wiedziec, o co wlasciwie chodzi. – Chodzi o jakis spisek – odpowiedziala Elena. – Mieliscie zostac zaaresztowani za kradziez krolewskiego srebrnego pajaka i to mialo byc wykorzystane w taki sposob, by zmusic Djaro do ustapienia z tronu. Tyle wiemy. Ale to oczywisty nonsens. Nawet gdybyscie chcieli, nie moglibyscie ukrasc srebrnego pajaka. – Nie – powiedzial Jupiter z namyslem – nie moglibysmy. A jednak go mamy. Pokaz im, Bob. Bob wlozyl reke do kieszeni marynarki. Potem do drugiej. Coraz bardziej zaniepokojony przeszukal wszystkie kieszenie. W koncu powiedzial zdlawionym glosem: – Przykro mi, Jupe, ale nie mam pajaka. Musialem go zgubic w calym tym zamieszaniu. Rozdzial 8. Utrata pamieci – Miales srebrnego pajaka i zgubiles go? – Rudi patrzyl na Boba ze zgroza. – To straszne – powiedziala Elena. – Jak w ogole doszlo do tego? Jupiter opowiedzial, jak Djaro wyznal im, co stalo sie ze srebrnym pajakiem, a nastepnie zaprowadzil ich do skarbca i pokazal imitacje klejnotu. Powiedzial tez o podejrzeniach Djaro, ze to ksiaze Stefan zabral prawdziwego pajaka, by uniemozliwic koronacje. Bob zas opowiedzial o znalezieniu autentyku wsrod swych chusteczek. – Zaczynam rozumiec, na czym polega ten spisek – wyszeptal Rudi. – Ksiaze Stefan ukryl pajaka w waszym pokoju, a nastepnie poslal do was gwardzistow. Zgodnie z planem mieli znalezc pajaka w waszym pokoju i was aresztowac. Potem ksiaze Stefan oglosilby, ze ukradliscie klejnot, a ksiaze Djaro umozliwil wam to swa nierozwaga. Djaro zostalby okryty hanba, was wydalono by z kraju i zerwano by wszelkie stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. Ksiaze Stefan rzadzilby nadal jako regent. I w koncu, skoro Djaro bylby ciagle w nielasce, ksiaze Stefan znalazlby jakis pretekst, by przejac i zatrzymac wladze. Co gorsza, moze dalej realizowac swoj plan, bo srebrny pajak przepadl. Nawet jesli zdolamy przerzucic was bezpiecznie do ambasady amerykanskiej, oskarzy was o kradziez i ukrycie pajaka. Pete krecil glowa pelen watpliwosci. – Wciaz nie rozumiem, dlaczego ten srebrny pajak jest tak wazny. Przypuscmy, ze zaginalby w pozarze czy innej katastrofie, co wtedy? – Wtedy – odpowiedziala Elena – caly kraj pograzylby sie w zalobie, ale nikt nie moglby obwinic ksiecia Djaro. Doprawdy trudno wytlumaczyc, czym jest dla nas pajak ksiecia Paula. To nie jest po prostu klejnot. To symbol. Uosabia wszystko, co najbardziej cenimy, a wiec nasza wolnosc, niepodleglosc i pomyslnosc. – Moze jestesmy zabobonni – dodal Rudi – ale z pajakiem laczy sie legenda. W czasie swej koronacji ksiaze Paul mial powiedziec, ze tak jak pajak uratowal go i umozliwil danie wolnosci narodowi, tak my musimy dbac o bezpieczenstwo pajaka. Jak dlugo bedzie bezpieczny, tak dlugo w Waranii bedzie panowala wolnosc i pomyslnosc. Byc moze wcale nie wypowiedzial tych slow, ale kazdy Waranczyk wierzy, ze to mialo miejsce. Utrata pajaka stalaby sie tragedia narodowa. A jesli uczyni sie Djaro, nawet posrednio, odpowiedzialnym za te strate, obywatele obroca sie przeciw niemu. Tak jak go teraz kochaja, tak zaczna nim gardzic. Rudi zamilkl i po dluzszej chwili ciagnal dalej: – Jesli nie zdolamy odzyskac dla ksiecia Djaro srebrnego pajaka, ksiaze Stefan zwyciezy. – Ojej, to fatalnie – jeknal Bob. – Czekajcie, pomozcie mi jeszcze raz go poszukac, moze sie gdzies zapodzial. Tym razem Pete i Jupiter przeszukali kieszenie Boba. Przewrocili kazda na lewa strone, zajrzeli do mankietow spodni, ale caly czas zdawali sobie sprawe, ze to beznadziejne. Bob nie mial pajaka. – Mysl, Bob! – mowil Jupiter naglaco. – Miales go w rece. Co z nim zrobiles? Bob zmarszczyl czolo, natezajac pamiec. – Nie wiem. Ostatnia rzecz, jaka pamietam, to walenie do drzwi i widok Rudiego, wchodzacego przez okno do pokoju. Potem pustka az do momentu, gdy lezalem na balkonie i Rudi pochylal sie nade mna. – Czesciowa amnezja – stwierdzil Jupiter, szczypiac warge. – To naturalna rzecz, gdy oberwie sie w glowe. Czasem zapomina sie kilka ostatnich dni czy nawet tygodni, czasem tylko kilka ostatnich minut. To wyraznie nastapilo w wypadku Boba. Kiedy wyrznal glowa w balkon, stracil pamiec o ostatnich trzech lub czterech minutach. Zazwyczaj taka pamiec wraca, ale nie zawsze. – Tak, to na pewno to – westchnal Bob, obmacujac guza na glowie. – Przypominam sobie mgliscie, ze biegalem po pokoju w poszukiwaniu dobrej kryjowki dla pajaka. Bylem bardzo zdenerwowany, ale pamietam, ze pomyslalem, ze na nic sie zda ukrycie go pod dywanem, materacem lub w szafie, bo znajda go tam natychmiast. – Zupelnie naturalne byloby, gdybys go na moj widok schowal do kieszeni – odezwal sie Rudi. – Wtedy mogl sie wysliznac, gdy spadles z liny. – Rownie dobrze moglem go wciaz trzymac w rece, gdy opuszczalismy pokoj – powiedzial Bob z nieszczesliwa mina. – Potem jak szedlem po gzymsie, moglem odruchowo otworzyc dlon i go upuscic. Moze upadl na gzyms, a moze w dol na dziedziniec. Zapadlo milczenie. – Jesli spadl na dziedziniec – odezwal sie wreszcie Rudi – znajda go, a wtedy dowiemy sie o tym. Jesli nie znajda… Spojrzal na Elene. Kiwnela glowa. – Ludzie ksiecia Stefana nie przeszukaja nawet waszego pokoju – powiedziala. – Pomysla, ze macie pajaka ze soba. Jesli wiec nie znajda go na dziedzincu, jutrzejszej nocy musimy wrocic i postarac sie go znalezc. Rozdzial 9. W wartowni Trzej Detektywi spedzili dluga noc w swej kryjowce na dachu. Nikt nie przeszukiwal tej czesci palacu. Uznano za oczywiste, ze zbiegli w dol. Przemyslnie zwieszona lina i chusteczka Jupitera, znaleziona przy zejsciu do piwnicy, skierowala poscig na mylny trop. Po odejsciu Rudiego i Eleny, Pete, Bob i Jupiter wyciagneli sie na drewnianych lawach. Mimo niewygodnego legowiska i wieczornych emocji, zapadli w sen i spali doskonale. Pete obudzil sie wraz ze wschodem slonca, ziewnal i przeciagnal sie. Jupiter juz nie spal. Gimnastykowal sie, by rozprostowac zesztywniale miesnie. Pete odszukal swoje buty, wlozyl je i wstal. Bob spal ciagle gleboko. – Zdaje sie, ze mamy ladny dzien – powiedzial Pete, wygladajac przez szpare waskiego okna wartowni. – Ale chyba nie zanosi sie na to, zebysmy dostali jakies sniadanie. Albo obiad czy kolacje. Czulbym sie o wiele lepiej, gdybym wiedzial, kiedy cos zjem. – Ja czulbym sie o wiele lepiej, gdybym wiedzial, jak sie stad wydostaniemy – odparl Jupiter. – Zastanawiam sie, co planuje Rudi. – A ja sie zastanawiam, czy po obudzeniu Bob bedzie pamietal, co zrobil ze srebrnym pajakiem. W tym momencie Bob usiadl i zamrugal powiekami. – Gdzie jestesmy? – zapytal i dotknal tylu glowy. – Oj, boli. Teraz pamietam. – Pamietasz, co zrobiles ze srebrnym pajakiem?! – Pete rzucil sie w jego strone. Bob potrzasnal glowa. – Pamietam, gdzie jestesmy i jak nabilem sobie guza. To znaczy pamietam, coscie powiedzieli o tym, jak sie to stalo. To wszystko. – Nie zaprzataj sobie teraz tym glowy – powiedzial Jupiter. – Trzeba poczekac. Moze pamiec sama ci wroci. – Och! – wykrzyknal stojacy przy oknie Pete. – Ktos wychodzi na dach. Patrzy w te strone. Wszyscy trzej stloczyli sie przy oknie. W drzwiach wiodacych na dach stal dziwnie przygarbiony mezczyzna w workowatym, szarym ubraniu i wielkim fartuchu. Niosl miotle, kubel i szmate. Rozejrzal sie ukradkiem, odlozyl swoj ekwipunek i przemknal sie do wartowni. – Wpusc go, Pete – powiedzial Jupe. – To nie jest gwardzista i najwyrazniej wie, ze tu jestesmy. Pete odblokowal drzwi. Mezczyzna wsliznal sie do srodka i odetchnal z ulga. – Czekajcie – powiedzial po angielsku, z obcym akcentem – upewnijmy sie, ze nikt nie szedl za mna. Obserwowali dach przez kilka minut, nikt jednak sie nie zjawil. Wtedy wszyscy sie odprezyli. – Dobrze – powiedzial mezczyzna. – Jestem sprzataczem. Przekradlem sie tu na gore. Mam wiadomosc od Rudiego. Pyta, czy ktos o imieniu Bob pamieta. – Powiedz mu, ze nie – odrzekl Jupiter. – Bob nie pamieta. – Powiem. Rudi prosil, zebyscie byli cierpliwi. Kiedy juz bedzie zupelnie ciemno, przyjdzie. Tymczasem tu macie jedzenie. Siegnal do kieszeni swego przepastnego fartucha i wydobyl kanapki, troche owocow i plastykowy pojemnik z woda. Chlopcy ochoczo odebrali od niego prowiant. Mezczyzna nie zwlekal dluzej. – Musze spieszyc z powrotem. Wielkie poruszenie na dole. Badzcie cierpliwi i niechaj ksiaze Paul ma w opiece was i naszego ksiecia – powiedzial i odszedl spiesznie. Pete lakomie zabral sie do kanapki. – Musimy racjonowac jedzenie, zeby nam starczylo na caly dzien – zauwazyl Jupe, podajac kanapke Bobowi. – Zwlaszcza wode. Co za szczescie, ze Rudi i Elena maja przyjaciol w palacu. – To nasze szczescie – powiedzial Bob. – Co to Rudi mowil wczoraj o organizacji bardow, wspierajacej ksiecia Djaro? Glowa mnie tak bolala, ze nie sluchalem uwaznie. – Czesc juz wiesz – odparl Jupiter miedzy jednym kesem a drugim. – Ale ci powtorze. Ojciec Rudiego i Eleny byl premierem rzadu ojca Djaro i jest potomkiem owej rodziny bardow, ktora ocalila ksiecia Paula. Kiedy ksiaze Stefan zostal regentem, zmuszono ojca Rudiego do przejscia na emeryture. Mial wiele podejrzen co do osoby ksiecia Stefana i zaczal tworzyc tajna organizacje, skupiajaca wszystkich ludzi lojalnych wobec ksiecia Djaro. Zadaniem ich jest sledzenie poczynan ksiecia Stefana, nazywaja sie Partia Bardow. Partia ma swych ludzi nawet wsrod strazy przybocznej i oficerow. Zapewne sluzacy, ktory przyniosl nam jedzenie, jest jednym z nich. Zeszlego wieczoru Bardowie, nalezacy do zalogi palacu, dowiedzieli sie o planach aresztowania nas i doniesli o tym ojcu Rudiego. Rudi i Elena przystapili natychmiast do akcji i na czas przybyli nam z pomoca. Jak pamietasz, jako dzieci oboje mieszkali w palacu i poznali go od piwnic po dach. Znaja tajemne przejscia, tunele i kanaly, o ktorych nikt inny nie wie. Tak wiec moga wchodzic do palacu i wychodzic nie zauwazeni. Pamietasz? Djaro mowil nam, ze palac zbudowano na ruinach starego zamku. – Wszystko pieknie – przerwal Pete – ale na razie tkwimy na szczycie palacu. Myslisz, ze Rudi i Elena naprawde beda w stanie nas stad wyprowadzic w nocy? Jesli oczywiscie nikt nas tu wczesniej nie przylapie. – Rudi i Elena wierza, ze im sie uda. Mysle, ze wciagna w to jeszcze kilku Bardow. Musimy sie stad wydostac. Trzeba dostarczyc do ambasady amerykanskiej tasme, ktora ci dalem. To wazny dowod rzeczowy. – Czulbym sie o wiele lepiej, gdybym byl Jamesem Bondem – mruknal Pete. – On znajduje wyjscie z kazdej sytuacji. Ale nie jestem nim i ty tez nie. Mam dziwne uczucie, ze to wszystko nie pojdzie tak gladko, jak sie Rudiemu zdaje. – Musimy robic, co w naszej mocy – powiedzial Jupe. – Zeby pomoc Djaro, a w koncu po to tu przyjechalismy, trzeba sie najpierw stad wydostac. Na razie nie mozemy zrobic nic, dopoki znowu nie otrzymamy wiadomosci od Rudiego i Eleny. A tak na marginesie, Drugi, czy wiesz, ze juz zjadles sniadanie i jestes w polowie obiadu? Pete szybko odlozyl kanapke, ktora wlasnie zamierzal ugryzc. – Dzieki, ze mi przypomniales. Nie znosze byc bez obiadu. Zapowiada sie dlugi dzien. Istotnie, to byl dlugi dzien. Na zmiane trzymali warte przy oknie i drzemali. Wreszcie slonce, niczym purpurowa kula, zaczelo chowac sie za kopula kosciola Swietego Dominika. Ptaki swiergotaly jeszcze sennie wsrod zieleni Denzo, w koncu umilkly. Z nastaniem zmroku zalegla cisza. Wszyscy w palacu zdawali sie uspieni, z wyjatkiem straznikow pelniacych sennie warte. Od tak dawna nie zaszlo w Waranii nic alarmujacego, ze mimo specjalnych rozkazow, trudno im bylo wykrzesac czujnosc. Tymczasem w mrokach przepastnych piwnic palacu dwie postacie przemykaly sie bezszelestnie poprzez sekretne, tylko im znane przejscia. Powoli Rudi i Elena osiagneli wyzsze kondygnacje. Na pewnej klatce schodowej, ktorej nie mogli uniknac, dopomogl im straznik, ktory odwrocil sie tylem i udawal, ze ich nie widzi. Wychyneli wreszcie w nocna cisze na dachu palacu. Przystaneli, by upewnic sie, ze nikt nie szedl za nimi, po czym przemkneli do wartowni tak bezglosnie, ze zaskoczyli pelniacego warte Pete'a. Wpuscil ich do srodka i Rudi zaryzykowal zapalenie ocienionej chustka latarki. – Jestesmy gotowi – powiedzial Rudi. – Wydostaniemy was stad i pomozemy zbiec do ambasady amerykanskiej. Chodza sluchy, ze ksiaze Stefan przyspiesza realizacje swoich planow. Przypuszczamy, ze zamierza jutro odwolac koronacje ksiecia Djaro i oglosic siebie regentem na czas nieokreslony. Niestety nie mozemy zrobic nic, zeby go powstrzymac. Gdyby ludzie poznali prawde, ruszyliby na zamek i uratowali ksiecia Djaro. Ale nie mamy sposobu powiadomienia spoleczenstwa, ze ksiaze jest w niebezpieczenstwie. Myslelismy o przejeciu radia i telewizji, ksiaze Stefan jest jednak zbyt przebiegly. Budynek radia i telewizji jest bardzo uwaznie strzezony. A co ze srebrnym pajakiem? Czy przypomniales sobie, Bob, co z nim zrobiles? Na dziedzincu go nie znaleziono. Bob potrzasnal tylko glowa. Czul sie okropnie. – Czy gdybysmy mieli pajaka, pomogloby to cokolwiek ksieciu Djaro? – zapytal Jupiter. – Mogloby pomoc – odpowiedziala Elena. – Bardowie mogliby wydac odezwe do spoleczenstwa w imieniu ksiecia Djaro, z wezwaniem o pomoc w obaleniu tyrana, czyli ksiecia Stefana. Srebrny pajak bylby gwarancja, ze istotnie dzialamy na rzecz ksiecia Djaro. Mialoby to ogromne znaczenie i zapewne odwrociloby bieg wydarzen, mimo ze prawdopodobnie aresztowano by nas natychmiast. – A wiec musimy odzyskac srebrnego pajaka – powiedzial Jupiter. – Proponuje odbyc na niego lowy, nim opuscimy palac. Moze znajdziemy go tam, gdzie Bob go upuscil. Wzdluz gzymsu lub w naszym pokoju. – Znalezienie pajaka bardzo by pomoglo – odezwal sie Rudi – ale to ogromnie niebezpieczne. Chociaz, z drugiej strony, wasz pokoj to ostatnie miejsce, gdzie ktokolwiek spodziewalby sie was zastac. Zaryzykujmy wiec. Rozdzial 10. Niebezpieczne lowy Opuszczali wartownie z zachowaniem wszelkich srodkow ostroznosci. Pozbierali papiery z kanapek i wetkneli je w kieszenie, by nie zostawic zadnych sladow. Czekali, az wszyscy w palacu uloza sie do snu. – Czekalismy dosc dlugo – zerwal sie wreszcie Rudi. – Mam tu jeszcze dwie male latarki. Jedna wez ty, Jupiter, druga Pete. Uzywajcie ich tylko w razie koniecznosci. Pojde pierwszy, Elena na koncu. W droge. Jedno za drugim ruszyli przez dach. Niebo, zaciagniete ciezkimi chmurami, bylo czarne. Zaczely padac wielkie krople deszczu. Zeszli ostroznie po waskich schodach, zatrzymujac sie i nasluchujac. Panowala cisza. Posuwali sie niemal po omacku, wiedzeni slaba poswiata latarki Rudiego, ktora zapalala sie i gasla jak robaczek swietojanski. Przeszli wzdluz korytarza, nastepnymi schodami w dol i znowu innym korytarzem. Chlopcy czuli sie zupelnie zagubieni, lecz Rudi dobrze znal droge. Zaprowadzil ich do jakiegos pokoju i zaryglowal drzwi. – Tu mozemy chwile odpoczac – powiedzial. – Jak dotad poszlo dobrze, ale to byla najlatwiejsza czesc zadania. Odtad bedzie niebezpiecznie. Co prawda nie sadze, by szukali was nadal w palacu, ale mozemy wpasc na nich niespodzianie. A wiec najpierw lowy na pajaka, a potem, nawet jesli go nie znajdziemy, musimy przedostac sie do piwnic. Stamtad do lochow i wreszcie do kanalow. Dalsza droge odbedziemy kanalami i te czesc przeprawy zaplanowalismy juz z Elena. Wyjdziemy z kanalow w poblizu ambasady amerykanskiej. Gdy juz sie tam bezpiecznie schronicie, Bardowie rozkleja po miescie afisze, gloszace, ze ksiaze Djaro jest w niebezpieczenstwie, gdyz ksiaze Stefan uzurpuje sobie prawo do tronu. A potem… potem kto wie, co sie stanie. Mozemy tylko zywic nadzieje. Mam ze soba line. Zejdziemy po niej przez okno na balkon. Elena ma druga line, ktora w razie czego moze sie przydac. Umocowal line, przerzucil ja przez okno i pierwszy zsunal sie po niej. Gdy dal im znak, ze jest juz na balkonie, ruszyl Pete i Jupiter. Bob i Elena zostali przy oknie wpatrujac sie w ciemnosc ponizej. Widzieli tanczace po balkonie swiatelko latarki. Zapewne tamci szukali pajaka. Mogl przeciez wypasc Bobowi z kieszeni przy upadku. Wreszcie latarka zgasla. – Chodzcie na dol – szepnal Rudi. Bob i Elena zsuneli sie po linie i zostawili ja zwieszona, by moc po niej wrocic. Stloczyli sie ciasno na balkonie, wsrod zupelnych ciemnosci. – Tu pajaka nie ma – szepnal Rudi. – Moglo sie zdarzyc, ze sie zesliznal w dol, do rzeki, ale w to watpie. Moim zdaniem Bob upuscil go, gdy wybiegal na balkon z waszego pokoju. Rozpoczeli wedrowke po gzymsie. Mial zaokraglona krawedz i kazdy nieostrozny krok mogl ich poslac do plynacej w dole cichej i czarnej rzeki. Uczepieni sciany posuwali sie ostroznie naprzod. Rudi zatrzymywal sie co pare krokow i omiatal swiatlem latarki gzyms przed soba. Pajaka jednak nie bylo i z pustymi rekami dotarli do balkonu pokoju chlopcow. Rudi sprawdzil najpierw ostroznie, czy pokoj jest pusty. Nastepnie Elena i chlopcy przycupneli na balustradzie, a Rudi przebadal przy swietle latarki kazdy centymetr balkonu. – Nie. Tu rowniez nie ma pajaka. – Co teraz robimy? – zapytal szeptem Pete. – Idziemy do srodka – odpowiedzial spiesznie Jupiter. – Trzeba przeszukac pokoj. Jedno za drugim rozeszli sie cicho do pokoju i staneli nasluchujac. Cisza byla tak gleboka, jakby caly palac wstrzymywal oddech. Zaklocalo ja jedynie cykanie swierszcza. – Swierszcz w pokoju zwiastuje szczescie, jak mi sie zdaje – szepnal Pete. – Nam by sie ono przydalo. – Mowiles, Bob, ze biegales po pokoju ze srebrnym pajakiem w rece – powiedziala cicho Elena. – Mogles go gdzies upuscic. Musimy przeszukac caly pokoj. Przejdziemy go na kolanach i zapalimy tylko nasze latarki. Nie mozemy ryzykowac, zeby zobaczyli swiatlo z zewnatrz. Podzielili pokoj miedzy siebie i kazde zaczelo na czworakach przeszukiwac swoja czesc. Bob nie mial latarki, szukal wiec pajaka wraz z Jupe'em. Wtem cos zalsnilo w swietle latarki. Znalezli! Bob podniosl blyszczacy przedmiot i ogarnelo go tak silne rozczarowanie, ze poczul w ustach jego gorzki smak. Byl to tylko kawalek folii aluminiowej z opakowania rolki filmu. Po tym falszywym alarmie, wrocili do dalszych poszukiwan. Bob wczolgal sie nawet pod lozko. Jupiter poswiecil mu tam latarka i wtedy malutkie, ciemne stworzenie skoczylo w poplochu. – Krik! – zacykalo. – Krik! Wystraszyli swierszcza. Jupe skierowal na niego swiatlo latarki. Zobaczyli, ze skoczyl wprost w pajeczyne, wciaz rozpieta w rogu. Swierszcz desperacko staral sie wydostac z pajeczyny, ale tylko zaplatywal sie w niej bardziej. Dwa pajaki obserwowaly go ze szpary miedzy podloga a boazeria. Wtem jeden z nich wybiegl, przesliznal sie po pajeczynie i zaczal otaczac swierszcza lepka nicia. Po chwili wiezien byl bezsilny. Bob powstrzymal sie od checi uwolnienia swierszcza. Laczyloby sie to ze zniszczeniem pajeczyny, moze nawet musialby zabic pajaka, a przeciez byl to w Waranii symbol powodzenia. – Mowiles, ze swierszcz w pokoju to szczescie – szepnal do Jupe'a. – Wyraznie nie dla niego. Miejmy tylko nadzieje, ze nie podzielimy jego losu. Jupiter milczal. Obaj wyczolgali sie spod lozka i dolaczyli do reszty. Zebrali sie przy szafie, ktora przeszukiwali Rudi i Pete. – Moze Bob w koncu schowal gdzies srebrnego pajaka – szepnal Jupiter. – Gdyby go po prostu upuscil, juz bysmy go znalezli. Chyba ze gwardzisci go znalezli wczoraj. – Nie, nie znalezli – odpowiedzial cicho Rudi. – Ksiaze Stefan jest wsciekly. Promienialby, gdyby mial pajaka. Wiec chyba Bob go schowal. Moze chociaz pamietasz, Bob, czy go schowales? Bob pokrecil glowa przeczaco. Nie mogl sobie przypomniec niczego, co dotyczylo srebrnego pajaka. – No coz, bedziemy szukac – powiedzial Rudi. – Przetrzasnijmy walizki. Elena, sprawdz pod materacem i pod poduszkami. Bob mogl go tam wetknac, jesli nie znalazl lepszego miejsca. Pete i Jupiter przeszukali walizki, Elena lozko. Wciaz bez rezultatu. – Nie ma go tu – powiedzial Rudi, gdy zebrali sie bezradnie na srodku pokoju. – Mysmy go nie znalezli, gwardzisci go nie znalezli, przepadl. Obawiam sie, ze Bob wybiegl z nim na balkon i wypuscil go, gdy wdrapywal sie na gzyms. Nie rozumiem tylko, dlaczego go nie znaleziono na dziedzincu. – Co powinnismy teraz zrobic, Rudi? – zapytal Jupiter. Zazwyczaj Jupe przewodzil w ich poczynaniach, teraz jednak ustapil miejsca Rudiemu. Byl starszy i dobrze znal teren. – Wszystko, co mozemy zrobic, to zaprowadzic was w bezpieczne miejsce – szepnal Rudi. – Wracamy. W tym momencie drzwi otworzyly sie na osciez i pokoj zalalo swiatlo, Dwaj mezczyzni w szkarlatnych mundurach strazy palacowej wbiegli do srodka. – Stac! – krzyczeli. – Jestescie aresztowani! Zlapalismy amerykanskich szpiegow! W pokoju zakotlowalo sie. Rudi rzucil sie na gwardzistow. – Elena! – wrzasnal. – Zabierz ich stad! Mnie zostawcie! – Chodzcie! – zawolala Elena, pedzac ku drzwiom balkonowym. – Za mna! Bob nie mogl sie przedostac do drzwi balkonowych. Kiedy Rudi rzucil sie na jednego z gwardzistow z zamiarem zwalenia go z nog, drugi chwycil za kolnierz Jupitera. Obie walczace pary upadly na podloge, a Bob znalazl sie miedzy nimi. Ciezkie ciala mocujacych sie sciely go z nog i przygniotly. Padajac, ponownie wyrznal glowa o podloge. Dywan zlagodzil upadek, ale uderzenie w glowe bylo mocne. Bob po raz drugi stracil przytomnosc. Rozdzial 11. Tajemniczy Anton Bob lezal z zamknietymi oczami i przysluchiwal sie rozmowie Jupitera z Rudim. – No i dalismy sie zlapac niczym swierszcz w pajeczyne – mowil ponuro Jupe. – Do glowy mi nie przyszlo, ze wciaz beda trzymac straz pod naszym pokojem. – Ani mnie – powiedzial rownie ponuro Rudi. – Myslalem, ze skoro pokoj byl pusty, zaniechaja pilnowania go. Dobrze, ze chociaz Pete i Elena sie wydostali. – Czy moga cos zdzialac? – zapytal Jupe. – Nie wiem. Moze nic, poza doniesieniem memu ojcu i innym, co sie z nami stalo. Watpliwe, czy ojcu uda sie nas wyratowac, ale chociaz sam zdola sie ukryc. Ksiaze Stefan bedzie sie mscil. – Ma w garsci nas i Djaro – mruknal Jupiter. – Przyjechalismy tu, zeby pomoc ksieciu, a skonczylo sie kompletna klapa. – Klapa? Nie rozumiem tego slowa. – Plajta. Niepowodzenie – wyjasnil Jupiter. – Patrz, chyba Bob sie ocknal. Biedna Dokumentacja, ma teraz dwa guzy. Bob otworzyl oczy. Lezal pod kocem na waskiej pryczy. Zmruzyl oczy, porazone przydymionym swiatlem. Powoli odzyskiwal jasnosc widzenia i objal wzrokiem migocaca swiece, kamienna sciane obok i kamienny sufit. Zobaczyl po drugiej stronie izby masywne drzwi z malym wizjerem. Jupe i Rudi pochylili sie nad nim. Usiadl. Glowa pekala mu z bolu. – Jak sie nastepnym razem wybiore do Waranii, zaloze kask futbolowy – powiedzial, starajac sie usmiechnac. – Dobrze, grunt ze jestes zdrow i caly! – ucieszyl sie Rudi. – Bob, czy pamietasz? – zapytal Jupiter naglaco. – Mysl intensywnie. – Pewnie, ze pamietam – odpowiedzial Bob. – Gwardzisci wpadli do pokoju, ty i Rudi mocowaliscie sie z nimi, a ja przewrocilem sie i rabnalem sie w glowe. Do tego momentu pamietam. A teraz jestesmy pewnie w jakims wiezieniu. – Nie to mialem na mysli – powiedzial Jupiter. – Czy pamietasz, co zrobiles ze srebrnym pajakiem? Czasami, gdy jedno uderzenie w glowe wywoluje amnezje, drugie przywraca pamiec. – Nie – Bob potrzasnal glowa – wciaz pustka. – Moze to i dobrze – powiedzial gorzko Rudi. – Przynajmniej ksiaze Stefan nie moze cie zmusic do mowienia. W tym momencie w zamku zazgrzytal klucz. Ciezkie drzwi otworzyly sie i dwaj mezczyzni w mundurach gwardii ksiazecej weszli do celi. Kazdy z nich mial w jednej rece silna latarnie elektryczna, w drugiej miecz. – Chodzcie – odezwal sie burkliwie jeden z nich. – Ksiaze Stefan kazal was doprowadzic do pokoju przesluchan. Wstawajcie. Bedziecie szli miedzy nami i nie probujcie zadnych sztuczek, bo bedzie z wami zle. Potrzasnal zlowieszczo mieczem. Chlopcy podniesli sie z wolna. Wyszli za jednym z gwardzistow na kamienny, wilgotny korytarz. Drugi gwardzista zamykal pochod. Za nimi korytarz opadal ku jakiejs niewiadomej ciemnosci, przed nimi wznosil sie w gore. Mineli inne, zamkniete drzwi i weszli na schody. U ich szczytu stali jeszcze dwaj gwardzisci. Wepchnieto ich do dlugiego, oswietlonego latarniami pokoju. Bob wydal cichy jek i nawet Jupiter pobladl. Widzieli juz tego rodzaju pokoje w filmach. Byla to sala tortur sprzed stuleci. I byla autentyczna. Po jednej stronie stalo przerazajace kolo tortur, na ktorym rozciagano przywiazane ofiary za pomoca wielkich ciezarow. Za nim drugie wielkie kolo, do ktorego przywiazywano ofiary i mlotem lamano im rece i nogi. Byly jeszcze inne masywne urzadzenia z drewna, ktorych przeznaczenia woleli sie nie domyslac. Na srodku sali stal zelazny posag kobiety. Byl wydrazony w srodku, a jego przednia czesc, umieszczona na zawiasach, otwierala sie. Wewnatrz sterczaly zardzewiale szpikulce. Urzadzenie to zwalo sie Zelazna Dama. Stawiano ofiare wewnatrz i zamykano wolno przednia sciane, a zardzewiale szpikulce… ale ani Jupe, ani Bob nie chcieli o tym myslec. – Pokoj przesluchan – szepnal Rudi, a glos drzal mu lekko. – Slyszalem o nim. Pochodzi z czasow Czarnego Ksiecia Jana, krwawego tyrana z okresu sredniowiecza. O ile wiem, nie uzywano go od tamtych czasow. Mysle, ze ksiaze Stefan kazal nas tu przyprowadzic, zeby nas nastraszyc. Nie odwazy sie nas torturowac! Zapewne Rudi mial racje. Tym niemniej widok kola tortur, Zelaznej Damy i innych diabelskich urzadzen przyprawial Boba i Jupe'a o mdlosci. – Cisza! – ryknal gwardzista do Rudiego. – Ksiaze Stefan nadchodzi! Gwardzisci, stojacy przy drzwiach, wyprezyli sie na bacznosc. Do sali wkroczyl ksiaze Stefan, za nim ksiaze Rojas. Wyraz brzydkiej satysfakcji malowal sie na twarzy ksiecia Stefana. – A wiec mamy myszy w pulapce! – powiedzial. – Czas, by zaczely piszczec. Powiecie mi, co chce wiedziec, albo gorzko tego pozalujecie. Gwardzisci wzieli z kata fotel, odkurzyli go i ustawili przed drewniana lawa, na ktorej posadzono chlopcow. Ksiaze Stefan usiadl i jal stukac palcami w porecze fotela. – Ach, mlody Rudolf – zwrocil sie do Rudiego. – Tak wiec jestes w to wmieszany. Zabiore sie do twego ojca i rodziny, nie mowiac o tobie. To ci moge przyrzec. Rudi zacisnal usta i nie odezwal sie slowem. – A teraz wy, moi mlodzi Amerykanie – kontynuowal ksiaze Stefan. – Wpadliscie. Przynajmniej dwaj z was. Nie bede was pytal, po co jestescie w tym kraju. Aparaty fotograficzne, ktore zostawiliscie uciekajac, powiedzialy nam wszystko. Jestescie agentami rzadu amerykanskiego! Szpiedzy! Przyjechaliscie tu spiskowac przeciw Waranii. Dopusciliscie sie jeszcze wiekszej zbrodni. Ukradliscie srebrnego pajaka Waranii. Wychylil sie ku nim z fotela i twarz mu pociemniala. – Powiedzcie mi, gdzie on jest, a obejde sie z wami lagodnie. Wybacze wam, bo jestescie po prostu mlodzi i glupi. Mowcie! – My nie ukradlismy pajaka – powiedzial smialo Jupiter. – Ktos inny to zrobil i ukryl go w naszym pokoju. – Oho! – wykrzyknal ksiaze Stefan. – Przyznajesz, ze go macie. To juz jest przestepstwem. Ale ja mam miekkie serce i wyrozumialosc dla mlodosci i jej szalenstw. Powiedzcie mi tylko, gdzie jest, zwroccie mi go, a wam wybacze. Bob czekal, by Jupiter zabral glos. Jupe zawahal sie. Uznal w koncu, ze najlepiej bedzie powiedziec prawde. – Nie wiemy gdzie jest. – Stawiasz sie, co? – ksiaze Stefan rzucil mu grozne spojrzenie. – Niech wiec drugi mi powie. Jesli oczekujesz litosci, mala myszko, mow, gdzie jest srebrny pajak. – Nie wiem – powiedzial Bob. – Nie mam zielonego pojecia. – Ale mieliscie go przeciez! – ryknal ksiaze Stefan. – Przyznaliscie sie do tego. Wiecie wiec, gdzie jest. Czyscie go ukryli? Daliscie komus? Odpowiadac, bo bedzie z wami zle. – Nie wiemy, gdzie sie podzial – odparl Jupiter. – Moze nas pan wypytywac cala noc i nic innego nie bedziemy w stanie panu powiedziec. – A wiec to tak. Jestescie uparci – ksiaze Stefan zabebnil palcami w porecz fotela. – Mozemy was wyleczyc z tej przypadlosci. Mamy tu urzadzenia, ktore zmusily doroslych mezczyzn, o wiele odwazniejszych niz wy, do krzykow i blagan, by pozwolono im zeznawac. Jak by sie wam podobalo, na przyklad, stanac w objeciach Zelaznej Damy? Jupe przelknal sline w milczeniu. Rudi zas smialo wykrzyknal: – Nie odwazysz sie! Planujesz przejecie tronu i oczekujesz, ze narod uzna cie za sprawiedliwego i lagodnego wladce. Jesli rozejdzie sie wiesc, ze kogos torturowales, podzielisz los Czarnego Ksiecia Jana. Pamietaj, ze przed wiekami narod powstal i rozerwal go na strzepy, kawalek po kawalku! – Co za odwaga – zadrwil ksiaze Stefan. – Nie potrzebuje jednak Zelaznej Damy ani kola tortur, by wydobyc prawde z tych winowajcow. Mam inne metody. – Tu dal sygnal gwardzistom i rozkazal: – Przyprowadzcie Cygana, starego Antona. – Sedziwy Anton! – szepnal Rudi poruszony. – On… – Cicho! – zgromil go ksiaze Stefan. Chlopcy wyciagneli szyje w strone drzwi. Wchodzil w nie stary czlowiek w eskorcie dwoch gwardzistow. Byl wysoki, a raczej bylby, gdyby nie pochylal sie nisko, wsparty o laske. Nosil kolorowe lachmany, mial w uszach zlote krazki, a jego policzki byly tak zapadniete, ze przywodzily na mysl trupia czaszke. Blekitne oczy, plonace w tej twarzy, na jej ciemnym tle wydawaly sie jeszcze jasniejsze. Szedl kustykajac i zatrzymal sie przed ksieciem Stefanem. – Jam jest stary Anton – powiedzial tonem osoby uwazajacej sie za wiele wazniejsza od swego rozmowcy. – Potrzebuje twych tajemnych sil – powiedzial ksiaze Stefan. – Ci chlopcy wiedza cos, czego nie chca wyjawic. Musisz wydobyc z nich dla mnie te wiadomosc. Trupia twarz sedziwego Cygana przecial ironiczny usmiech. – Staremu Antonowi sie nie rozkazuje – rzekl. – Dobranoc, ksiaze Stefanie. Ksieciu Stefanowi twarz pociemniala wobec tej bezczelnosci Cygana. Opanowal jednak zlosc i wyjal z kieszeni kilka sztuk zlota. – Nie chcialem ci rozkazywac, Anton. Blagam cie o pomoc. Dobrze zaplace. Oto zloto. Cygan zatrzymal sie. Siegnal szponiasta dlonia po zloto i schowal je pod lachmanami. – Anton pomoze osobie tak hojnej – powiedzial i zabrzmialo to, jakby naigrawal sie z ksiecia. – Jakiej wiedzy szukasz, ksiaze Stefanie? – Te mlode diabliki wiedza, gdzie sie znajduje srebrny pajak Waranii. Ukryli go i nie chca powiedziec gdzie. Moglbym latwo dowiedziec sie wszystkiego – wskazal reka narzedzia tortur – ale jestem milosierny. Twoje moce sa wielkie i bezbolesne. Przesluchaj ich. – Stary Anton jest posluszny – zarechotal Cygan. Stanal twarza do chlopcow. Spomiedzy lachmanow wyciagnal miedziany kubek i woreczek. Wzial z woreczka kilka szczypt czegos o wygladzie nasion i wsypal do kubka. Nastepnie, ku zdziwieniu wszystkich, wydobyl nowoczesna zapalniczke i podpalil nia nasiona. Ciezki, blekitny dym uniosl sie w powietrze. – Wdychajcie, malcy – nucil jekliwie, wodzac kubkiem tam i z powrotem przed nosami chlopcow. – Wdychajcie gleboko. Anton kaze wam wdychac dym prawdy. Starali sie odwrocic glowe i wstrzymac oddech, lecz nie mogli. Dym wkrecal im sie w nozdrza. Wdychali go wbrew woli. Byl gryzacy, ale nie byl niemily. Poczuli sie odprezeni, a ich mysli stawaly sie przyjemnie senne. – Teraz patrzcie na mnie – powiedzial stary Anton. – Patrzcie na mnie, malcy. Patrzcie mi w oczy. Chcieli sie temu oprzec, ale ich twarze same zwrocily sie ku Cyganowi. Spojrzeli w swietliste, niebieskie oczy i wydalo im sie, ze sa to dwa rozlegle, glebokie jeziora, w ktore sie zanurzaja. – A teraz mowcie! – rozkazal Anton. – Srebrny pajak! Gdzie jest? – Nie wiem – odpowiedzial Rudi, mimo ze usilowal zachowac milczenie. Bob i Jupiter powtorzyli za nim jak echo: – Nie wiem… – Nie wiem… – Ach! – mruknal Anton. – Wdychajcie jeszcze. Wdychajcie gleboko. Ponownie przesuwal im przed twarzami kubek. Bob czul sie tak, jakby szybowal gdzies wysoko na bardzo wygodnym obloku. Cygan polozyl lekko palec na czole Rudiego, pochylil sie i patrzyl mu z bliska w oczy, bez mrugniecia powiek. Rudi czul, ze nawet za cene zycia nie bylby w stanie odwrocic wzroku. – Nie mow nic teraz – szepnal stary Anton. – Mysl o srebrnym pajaku. Mysl, gdzie jest… ach! Po dlugiej chwili odjal palec od czola Rudiego i powtorzyl ten sam zabieg z Jupiterem. Znowu mruknal “ach!” i przeszedl do Boba. Pod dotknieciem jego palcow Bob poczul mrowienie, jakby lekkie porazenie pradem. Widzial jedynie oczy Antona. Niebieskie, przenikliwe, zdawaly sie czytac mysli. Bob stwierdzil, ze mysli o srebrnym pajaku. Zobaczyl go na swej dloni. Nagle pajak znikl. Bob nie mial pojecia, gdzie sie podzial. Nie mogl sobie tego przypomniec. Jakby chmura zaslonila mu mysli. Sedziwy Cygan zdawal sie byc zaskoczony. Zwlekal, powtarzajac: “Mysl, mysl!” Wreszcie westchnal i odwrocil sie. Bob zamrugal powiekami. Czul sie, jakby go uwolniono z zaklecia. Stary Anton kiwnal glowa i zwrocil sie do ksiecia Stefana: – Ten pierwszy nie widzial srebrnego pajaka i nie wie, gdzie on jest. Ten gruby widzial pajaka, ale go nie trzymal. Nie wie, gdzie jest. Ten maly mial pajaka w rece, a potem… – Tak? – powiedzial ksiaze Stefan naglaco. – Mow! – Chmura zasnula jego mysli. Srebrny pajak znikl w tej chmurze. Nigdy dotad nie spotkalem takiego przypadku. Byl czas, ze wiedzial, gdzie podzial sie srebrny pajak, ale pustka wypelnila mu umysl i zapomnial. Dopoki sobie nie przypomni, nic wiecej nie moge zrobic. – Do stu piorunow! – fuknal ksiaze Stefan. Jego palce znow zaczely bebnic w porecz fotela. – Powiedz no mi, Cyganie… – zaczal, ale zmienil ton: – Stary Antonie, doceniam twoje wysilki. Nie twoja wina, ze chlopcy nie potrafia powiedziec, gdzie jest srebrny pajak. Lecz, byc moze, ty sie domyslasz? Wszyscy wiemy, ze posiadasz liczne zdolnosci. Co stalo sie z pajakiem i… – dodal z hamowana pozadliwoscia – czy uda mi sie przejac tron w Waranii, by glupi i slaby chlopiec na nim nie zasiadl? Przebiegly usmiech pojawil sie na twarzy starego Antona. – Co do srebrnego pajaka – powiedzial – choc srebrny, to tylko pajak. Co do tronu w Waranii, uslyszysz dzwon bijacy na zwyciestwo. A teraz dobranoc. Starzec taki jak ja potrzebuje snu. – Zachichotal gardlowo i skierowal sie do wyjscia. Ksiaze Stefan skinal na gwardzistow. – Odprowadzcie go do domu. Slyszales?! – zwrocil sie do ksiecia Rojasa. – Srebrny pajak to tylko pajak, czyli, ze nie ma znaczenia i mozemy go zignorowac. I Anton powiedzial, ze odniose zwyciestwo. Wiemy, ze Anton sie nie myli w takich sprawach. Nie bedziemy czekac dluzej. Rano przepchniemy proklamacje. Ksiaze Djaro jest aresztowany, a ja pozostaje regentem do nastepnego obwieszczenia. Wystap z oskarzeniem Stanow Zjednoczonych o probe ingerencji w nasze wewnetrzne sprawy. Oglos aresztowanie tych dwoch szpiegow i zlodziei. Oglos nagrode za znalezienie trzeciego. Zgarnij wszystkich czlonkow rodziny Rudolfa i wszystkich tak zwanych Bardow, jakich tylko uda ci sie wyluskac. Oskarz ich o zdrade stanu. Do jutra bede mial Waranie mocno w garsci. Zdecydujemy potem, czy wytoczyc publiczny proces tym tu lotrzykom, czy tylko wypedzic ich z kraju. Straz. Wziac ich z powrotem do celi. Niech sobie tam pomedytuja. Przysunal sie do Boba. – Tymczasem, myszko, staraj sie sobie przypomniec, co zrobiles ze srebrnym pajakiem. Anton powiedzial, co prawda, ze nie ma on znaczenia, wolalbym go jednak miec na piersi, gdy zostane koronowany ksieciem Waranii. A teraz zabierajcie ich! Rozdzial 12. W kanalach Dwoch straznikow eskortowalo Jupitera, Boba i Rudiego z powrotem do celi w podziemnych lochach. Gdy schodzili z loskotem po kamiennych stopniach, idacy za Rudim straznik przysunal sie blisko i szepnal mu do ucha: – Przyjazne szczury sa w kanalach. Rudi skinal glowa. Chwile pozniej wprowadzono ich do malej kamiennej celi o wilgotnych scianach, oswietlonej jedna migocaca swieca. Zelazne drzwi zamknely sie za nimi ze zgrzytem i zostali sami. Dwaj straznicy staneli na warcie za drzwiami. Milczeli i w zupelnej ciszy dobiegl ich ledwie uchwytny odglos, jakby plynacej wody. – Pod palacem biegna kanaly odplywowe Denzo – wyjasnil Rudi. – Na dworze musi byc silny deszcz i wypelnia scieki. Kanaly Denzo maja setki lat i nie sa, jak moglibyscie przypuszczac, rurami. To sa kamienne tunele, miejscami przewyzszajace wysokoscia wzrost mezczyzny. Maja plaskie dno i zaokraglone sklepienie. W czasie suszy mozna nimi isc kilometrami. Gdy pada deszcz, mozna sie nawet posluzyc lodka. Niewielu odwazylo sie w nie zaglebic, ale Elena, ja i jeszcze kilka osob znamy je dobrze. Gdyby udalo nam sie przedostac do kanalow, a woda w nich nie bylaby zbyt gleboka, doszlibysmy nimi w bezpieczne miejsce. Moglibysmy wyjsc na ulice w poblizu ambasady amerykanskiej i tam byscie sie schronili. Przez chwile Jupiter rozwazal slowa Rudiego. Wreszcie potrzasnal glowa. – Jestesmy zamknieci w celi. Nie wyglada na to, bysmy sie mogli gdziekolwiek przedostac. – Gdyby udalo nam sie wyjsc z celi choc na chwile – powiedzial Rudi w zadumie – na samym koncu korytarza jest wlaz do kanalow… Urwal, po czym mowil dalej: – Ktos czeka w kanalach, by przyjsc nam z pomoca. Jeden ze straznikow przekazal mi wiadomosc. Powiedzial “przyjazne szczury sa w kanalach”. Gdybysmy tylko zdolali sie tam przedostac. – Chyba Jupe ma racje – odezwal sie Bob. – Nie wyjdziemy stad, dopoki ksiaze Stefan nas nie wypusci. Kto to byl, ten Cygan Anton? Odnioslem wrazenie, ze czytal nasze mysli. Rudi skinal glowa. – Tak, czul je. Anton jest krolem nielicznych pozostalych w Waranii Cyganow. Mowia, ze ma sto lat i posiada dziwne sily, nikt nie wie skad. Z pewnoscia znal prawde o srebrnym pajaku. Zmartwilo mnie to, co powiedzial ksieciu Stefanowi o dzwonach bijacych na zwyciestwo. Jesli je slyszal, nasza sprawa jest beznadziejna. Moj ojciec zostanie uwieziony. Takze moi przyjaciele. Elena i ja… – zamilkl strapiony. Bob rozumial, jak Rudi musi sie czuc. – Nie mozemy sie poddawac, nawet jesli nie widac nadziei – powiedzial z moca. – Jupe, moze masz jakis pomysl? – Mam pomysl, jak sie stad wydostac – odparl Jupiter cicho. – Przede wszystkim musimy sie postarac, zeby straznicy otworzyli drzwi. Wtedy ich obezwladnimy. – Obezwladnic dwoch doroslych mezczyzn? – szepnal Rudi. – Bez broni? To niemozliwe. – Cos mi sie przypomnialo – mowil Jupiter w zadumie. – Oczywiscie to tylko opowiadanie, ale mysle, ze mogloby sie zdarzyc naprawde. Bylo w ksiazce z tajemniczymi opowiesciami, ktora dal nam pan Hitchcock. – Przejdz do tego pomyslu, Jupe – zniecierpliwil sie Bob. – W ostatnim opowiadaniu, chlopiec i dziewczynka sa zamknieci wlasnie tak, jak my teraz. Dra przescieradla, skrecaja je w sznury i robia na obu koncach petle. Nastepnie prowokuja oprawcow do wejscia do celi. – Jupe opisal dalej szczegolowo, jak podstep w opowiadaniu sie udal. Rudi sluchal z rosnacym zainteresowaniem. – To jest mozliwe! – wykrzyknal w koncu, po czym znizyl glos, by go nie uslyszano przez maly wizjer w drzwiach. – Ale z czego zrobimy sznury? – Z tych kocy na pryczach – odpowiedzial Jupiter. – Sa stare i wystrzepione na brzegach. Dadza sie rozerwac na pasma. Takie pasma beda dostatecznie silne i nawet nie musimy ich skrecac, zeby zrobic z nich cos w rodzaju sznura. – To sie moze udac – mruczal Rudi. – Jeden ze straznikow nam sprzyja i bedzie tylko udawal, ze walczy. Jesli zlapiemy drugiego… dobra, sprobujmy. Zabrali sie do roboty. Koce istotnie byly w strzepach, darly sie wiec z latwoscia. Chlopcy pracowali wolno, bardzo wolno, by nie narobic halasu. Oddarli najpierw jeden pas, szerokosci okolo dziesieciu centymetrow, potem nastepny i nastepny. Byla to zmudna i meczaca praca, chwilami musieli pomagac sobie zebami. Nie ustawali jednak w wysilkach. Mieli juz cztery pasy. Po pewnym czasie osiem, wtedy Jupiter zaproponowal odpoczynek. Wyciagneli sie na twardych pryczach, ale niecierpliwosc nie pozwolila im dlugo odpoczywac. Zabrali sie wiec znowu do roboty. Jupiter mocno zwiazal ze soba dwa pasy. Nastepnie na ich obu koncach zrobil luzne petle. Wyprobowal swoje dzielo na Rudim. Petle zacisnely sie, jak trzeba, na nogach i ramionach. Rudi promienial, pelen uznania i podekscytowania. – Brojas! – szepnal. – To bedzie dzialac. Czy cztery takie sznury wystarcza? – Starcza na straznikow – odszepnal Jupiter. – Zrobimy ich wiecej i zabierzemy ze soba – powiedzial Rudi. – Przydadza sie w kanalach. Oddarli jeszcze osiem pasm i powiazali je w jeden dlugi sznur, ktorym Rudi owinal sie w pasie. – Teraz bierzmy sie do trudniejszej czesci zadania – szepnal Jupiter. – Bob, wyciagnij sie na pryczy i zacznij jeczec. Najpierw cicho, potem glosniej. Rudi, uloz petle pod drzwiami tak, zeby wchodzacy musial w nie stapnac. Gdy wszystko bylo przygotowane, Bob zaczal stekac, potem jeczec. Jeczal coraz glosniej i robil to tak prawdziwie, jakby istotnie mial bole. Po minucie jeden ze straznikow zajrzal przez wizjer. – Cicho tam! – zawolal. – Skoncz z tym! Rudi stal przy drzwiach, podczas gdy Jupiter ze swieca w rece pochylal sie troskliwie nad Bobem. – On jest ranny – powiedzial Rudi po waransku. – Uderzyl sie w glowe, kiedy go schwytano. Ma teraz goraczke i potrzebuje doktora. – To podstep, ty draniu! – Mowie ci, ze jest chory! – krzyknal Rudi. – Wejdz i dotknij jego czola. Przekonasz sie i przyprowadzisz lekarza. Zaczniemy mowic, jesli to zrobisz. Powiemy, gdzie jest srebrny pajak. Ksiaze Stefan bedzie uradowany. Straznik wciaz nie mogl sie zdecydowac i Rudi zaczal mowic z wieksza natarczywoscia: – Wiesz dobrze, ze ksiaze nie chcialby, zeby cos sie naprawde stalo tym Amerykanom. Maly potrzebuje lekarza, dlatego sa gotowi oddac srebrnego pajaka. Pospiesz sie, on moze byc bardzo chory! – Zobaczmy lepiej, czy to prawda – odezwal sie drugi straznik. Byl to ten, ktory przekazal Rudiemu wiadomosc. – Wole sie nie narazac ksieciu Stefanowi. Ty sprawdz, czy chlopiec jest naprawde chory, a ja bede pilnowal drzwi. Nie ma sie czego bac, to tylko chlopcy. – Dobrze – powiedzial pierwszy straznik – sprawdze, czy ma goraczke. Jesli to jest jakis podstep, gorzko pozaluja. Wielki klucz zazgrzytal w zamku. Zelazne drzwi otworzyly sie ze skrzypieniem i straznik wszedl do celi. Pierwszy krok postawil prosto w oczekujaca petle. Rudi zaciagnal ja blyskawicznie i straznik padl ciezko na podloge, wypuszczajac z reki latarnie. Jupiter zakrecil druga petla jak lassem i zarzucil ja na glowe lezacego, zas Rudi trzecia petla unieruchomil jego bijace wokol rece. – Na pomoc! – wrzeszczal straznik. – Na pomoc! Zlapaly mnie te diably! Drugi straznik wbiegl do celi. Rudi juz czekal na niego. Petle zarzucil mu na szyje, nastepna zacisnela sie wokol nog. Petle na drugim koncu sznurow zalozyli przedtem na pierwszego straznika, tak wiec mieli teraz obu straznikow ciasno zwiazanych ze soba. Gdy lezacy straznik kopal i wierzgal, petle na stojacym zaciskaly sie tak, ze w koncu upadl na towarzysza. Rudi pochylil sie nad nim i szepnal mu do ucha: – Walcz mocno! Szarp sie! Nie ustawaj. Straznik usluchal. Zmagajac sie, obaj zaciskali petle na sobie nawzajem i wkrotce zaden nie mogl sie juz ruszyc. Rudi zachichotal. Pomyslal, ze dwaj straznicy wygladaja jak muchy w pajeczynie, i uznal to za dobry omen. Poczul, ze wraca mu odwaga i nadzieja. – Szybko! – zawolal. – W glebi korytarza sa inni straznicy i moga uslyszec. Musimy sie spieszyc. Jupe, wez druga latarnie i za mna! Pobiegl w dol korytarza. Lochy ponizej byly ciemne choc oko wykol. Bob i Jupiter pedzili za nim co tchu. Latarnia Jupe'a rzucala przed nim skaczace plamy swiatla. Dopadli do jakichs schodow. Zbiegli po nich i zatrzymali sie. Rudi, schylony, szarpal duza zelazna obrecz, przytwierdzona do podlogi. W swietle latami zobaczyli, ze byla to wiekowa, zardzewiala klapa wlazu, osadzona w kamiennej podlodze. – Zacieta sie – wysapal Rudi. – Zardzewiala. Nie moge jej ruszyc. – Szybko! – zawolal Jupiter. – Sznur. Przeloz przez obrecz i bedziemy ciagnac razem. – Dobra! – Rudi zakrecil sie w kolko, odwijajac z siebie sznur z koca. Przewlokl go przez obrecz i wszyscy trzej zaczeli ciagnac. Pokrywa ani drgnela. Za nimi rozlegly sie okrzyki i stukot stop. Szarpneli sznur ze zdwojona sila. Pokrywa odskoczyla i opadla na podloge z loskotem. Odslonila sie czarna dziura i dal sie slyszec bulgot plynacej wody. – Pojde pierwszy – Rudi wyciagal sznur z obreczy. – Wszyscy trzymajmy sie sznura. Nie damy rady zalozyc pokrywy z powrotem. Opuscil nogi w glab wlazu, uchwyt latarni wlozyl sobie miedzy zeby i trzymajac sznur znikl w otworze. Bob za nim. Dziura wlazu i odglos wody ponizej nie zachecaly do wejscia, ale nie bylo czasu na wahanie. Przez dluga, nie konczaca sie chwile spadal w proznie. Wreszcie wyladowal na dnie antycznego scieku. Spadl z wysokosci zaledwie poltora metra. Nie moglo mu sie nic stac i woda byla tylko po kolana, ale przewrocilby sie w nia niechybnie, gdyby Rudi nie zlapal go w pore. – Uwaga – szepnal Rudi – leci Jupiter. Zejdz mu z drogi. Jupiter mial mniej szczescia. Stracil rownowage i nim zdolali go pochwycic, usiadl w plynacej bystro wodzie. Rudi podal mu reke i Jupe sapiac pozbieral sie na nogi. – Zimna! – prychnal. – To tylko deszczowa woda – powiedzial Rudi. – Jeszcze sie w niej dosc wymoczymy, nim stad wyjdziemy. Plynie do rzeki, na koncu jest gruba, zelazna krata. Nie wyjdziemy tamtedy. Musimy isc pod prad. Chodzcie za mna i trzymajcie sie sznura. Gniewne okrzyki rozniosly sie echem i w gorze rozblyslo swiatlo latarni. Ale chlopcy ruszyli juz w droge. Szli spiesznie przez rwaca wode, schylajac sie, gdy sklepienie bylo w jakims miejscu niskie. Oddalali sie szybko od wlazu, swiatel i okrzykow. Wkrotce kanal, ktorym szli, polaczyl sie z innym, wiekszym i mogli sie wyprostowac. Trzymajac sie kurczowo sznura brneli naprzod. Dwie latarnie, ktore mieli, nie rozpraszaly glebokich ciemnosci. Doslyszeli piski i cos wlochatego otarto sie Bobowi o noge, plynac w przeciwnym kierunku. Wzdrygnal sie i szedl uparcie dalej. – Straznicy beda szli za nami – powiedzial Rudi. – Musza, z obawy przed ksieciem Stefanem. Ale nie znaja tych kanalow, a ja znam je dobrze. Przed nami jest miejsce, gdzie sie zatrzymamy dla zlapania tchu. Niemal ciagnal ich za soba. Woda byla teraz glebsza. W pewnym miejscu spadala z gory jak wodospad i zmoczyla ich od stop do glow. Bob domyslil sie, ze byl to sciek uliczny. Mineli nastepny maly wodospad i nagle otworzyla sie przed nimi duza, okragla komora, z ktorej wybiegaly cztery tunele. Rudi zatrzymal sie i zatoczyl luk latarnia. W jej swietle dostrzegli wystep biegnacy wokol komory, a takze zelazne klamry, wbite w kamienna sciane, jedna nad druga. – Moglibysmy wyjsc tedy na gore – powiedzial Rudi – ale lepiej nie probowac. Zbyt blisko palacu. Odpoczniemy tylko na tym wystepie. Jestem pewien, ze mamy przewage kilku minut nad straznikami. Mozecie byc spokojni, ze nie beda sie w tych kanalach spieszyc. Wdrapali sie na wystep i wyciagneli na nim z ulga. – No i udalo sie – powiedzial Bob. – W kazdym razie, jak dotad. Gdzie wlasciwie teraz jestesmy? Rudi zaczal mu odpowiadac, lecz nagle urwal. – Zgascie latarnie! – szepnal naglaco. Zgasili swiatla i wpatrzyli sie w ciemnosc. W tunelu na wprost zalsnila slaba poswiata i wyraznie zblizala sie do nich. Ktos szedl w ich strone. A za nimi postepowali straznicy! Byli w pulapce! Rozdzial 13. Ucieczka przez ciemnosci – Wstawajcie! – syknal Rudi. – Musimy wyjsc na ulice. Pojde pierwszy. Zaczal piac sie w gore po zelaznych klamrach, mokrych i sliskich. Bob i Jupiter za nim. Zapalili jedna z latarn tylko na chwile, zeby odnalezc klamry wylazu, teraz wspinali sie w ciemnosciach. Rudi byl juz na szczycie. Zaparl sie obiema rekami, podsadzil ramiona pod skraj zelaznej pokrywy i wyprostowal sie powoli. Uniosla sie nieco i promien dziennego swiatla wdarl sie przez szpare. Rudi podparl pokrywe jeszcze pare centymetrow wyzej, tak ze mogl uniesc glowe i wyjrzec na zewnatrz. Wydal okrzyk przerazenia i opuscil pokrywe z powrotem. – Patrol tuz na rogu, czekaja na nas – szepnal. – Nim zdazymy zdjac pokrywe i wyjsc, dopadna nas. – Moze zdolamy sie ukryc tu, gdzie jestesmy – powiedzial Jupiter bez specjalnego przekonania. – Nic wiecej nie mozemy zrobic – westchnal Rudi. – Modlmy sie, zeby poszli dalej. W dole, na wodzie zamigotalo swiatlo. Wpatrywali sie w nie uporczywie. Potem ukazala sie waziutka lodz. Na jej rufie siedzial jakis czlowiek i odpychal lodz bosakiem. Na dziobie zas przysiadla dziewczyna z silna latarkaelektryczna w rece. – Rudi! – wolala. – Rudi, gdzie jestes? – Elena! – wykrzyknal Rudi. – Tu, na gorze. Stojcie. Lodz zatrzymala sie. Swiatlo latarki ogarnelo trzech chlopcow, schodzacych po klamrach w dol. – Chwala ksieciu Paulowi! Jestescie! – radowala sie Elena. – Wiec zdolaliscie uciec. Chlopcy wtloczyli sie do lodzi, podczas gdy mezczyzna na rufie utrzymywal ja w rownowadze. Natychmiast zawrocil lodz i poteznymi uderzeniami bosaka skierowal ja tam, skad przybyla. – Straznik przekazal mi wiadomosc o przyjaznych szczurach w kanalach – powiedzial Rudi do Eleny. – Wygladamy was od wielu godzin – odparla Elena. – Balismy sie, ze nie uda sie wam uciec. Och, Rudi, jakze sie ciesze, ze was widze! – A my cieszymy sie, ze widzimy was – rozesmial sie Rudi i wskazujac mezczyzne na rufie, powiedzial do chlopcow: – To moj kuzyn Dmitri. – Po czym zwracajac sie do Eleny zapytal: – Jakie nowiny? – Nie czas teraz na rozmowy. Powiem ci pozniej, jak sie zatrzymamy. Patrzcie! Snop dziennego swiatla rozdarl ciemnosci przed nimi. – Podniesli pokrywe wlazu! – krzyknal Dmitri. – Czekaja na nas. Postaram sie przesliznac. Zaczal mocniej dzgac wode bosakiem. Mala lodz wystrzelila do przodu i znalazla sie w kregu swiatla. Spojrzeli w gore. Straznicy schodzili po klamrach do kanalu. Jeden z nich krzyknal i skoczyl w kierunku lodzi. Przewrociloby ja to niechybnie, ale Dmitri zboczyl ostro. Straznik wpadl z pluskiem do wody i zanurzyl sie w niej, parskajac. W sekunde wplyneli w ciemny, ponury tunel i mkneli nim chyzo dalej, pod miastem. – Beda nas scigac, ale pieszo sa wolniejsi od nas – odezwal sie Rudi. – Raczej otworza wlaz przed nami i tam beda czekali – powiedzial Dmitri. – Zmieniam kurs. Tu jest rozgalezienie. Wplyneli do nastepnej wielkiej komory, gdzie wpadala woda z trzech duzych tuneli. Dmitri skierowal lodz do najmniejszego z nich, po lewej stronie. Rudi pochwycil mniejszy bosak i umiejetnie ochranial dziob lodzi przed obijaniem sie o kamienne sciany. Czasami sklepienie bylo tak niskie, ze musieli schylac glowy. – Mojego kuzyna widzieliscie wczoraj w parku. Dyrygowal orkiestra – powiedzial Rudi. – Jest jednym z nielicznych, ktorzy znaja te kanaly rownie dobrze jak Elena i ja. Tunel obnizal sie do tego stopnia, ze sklepienie bylo tuz nad woda. Bob obawial sie, ze nie uda im sie przecisnac. Ale mijali jakos krytyczne miejsca i nic nie wskazywalo na to, ze sa scigani. – Gdzie jest Pete? – zapytal Jupiter przycupniety obok Eleny. – Czeka na nas. Nie byloby dla niego dosc miejsca w lodzi. Poza tym lepiej, zeby pozostal tam, gdzie jest. Proponowalam, zeby przedostal sie w bezpieczne schronienie, ale nie chcial sie bez was ruszyc. Nie tracil nadziei, ze was uratujemy. Tak, to byl caly Pete. – Gdzie jestesmy, Dmitri? – zawolal Rudi. – Pogubilem sie chyba. – Robimy kolo, ale dostaniemy sie do kryjowki w piec minut – odpowiedzial Dmitri. Znow znalezli sie w komorze, w ktorej spotykalo sie kilka tuneli. Tym razem Dmitri pchnal lodz w tunel srodkowy. Byl wiekszy od poprzedniego i mogli siedziec swobodnie. Plyneli jakis czas, gdy nagle dostrzegli niewyrazne swiatlo przed soba. – Ktos jest przed nami! – zawolal Bob zaniepokojony. – Pewnie Pete, jesli szczescie nam sprzyja – powiedziala Elena. – To nasze miejsce spotkania. Swiatlo stawalo sie coraz jasniejsze i widzieli juz, ze rzuca je elektryczna latarnia, stojaca w niewielkiej niszy. Obok latarni siedzial przykucniety Pete. Powital ich entuzjastycznie: – Jak sie ciesze, ze was widze! Zaczynalo mi tu byc samotnie. Szczury chcialy mi, co prawda, dotrzymac towarzystwa, ale je przepedzilem. Dmitri ustawil lodz tuz przy scianie, a Rudi umocowal ja lina, ktora wcisnal miedzy kamienie. Wdrapali sie wszyscy do niszy. Jej skaliste sciany mialy naturalna szorstkosc, w przeciwienstwie do gladkich i przylegajacych do siebie kamieni kanalow, ktore budowali rzemieslnicy stulecia temu. – Znaleziono te podziemna jaskinie w czasie budowy kanalow – mowil Rudi, gdy rozsiedli sie zmeczeni na kamieniach. – Prosciej bylo zostawic ja, niz zabudowac. Odkrylem ja przed laty. Zalozylismy tajemne stowarzyszenie badaczy kanalow. Nasz ojciec robil wszystko, zeby polozyc kres towarzystwu. Nigdy nie przypuszczalismy, ze tak przydatne okaza sie nasze dzieciece zabawy. – Musimy sie teraz naradzic – odezwala sie Elena z niepokojem. – Nie sadze, by mozna bylo zrealizowac nasz pierwotny plan. – Ale najpierw powiedzcie nam, co zaszlo. Jak znalazles sie tutaj, Dmitri? – zapytal Rudi. – Bylem u twego ojca, gdy gwardzisci przyszli go aresztowac. Ucieklem przez sekretne drzwi, stanalem pod nimi i sluchalem. Kapitan wygrazal twemu ojcu. Mowil: “Twoj syn-zdrajca zostal schwytany i wkrotce wszyscy staniecie przed sadem”. Nie napomknal slowem o Elenie, mialem wiec nadzieje, ze uciekla. Znalem jej plany. Poszedlem do kanalow, by ja odszukac i sluzyc w razie potrzeby pomoca. Padalo, w kanalach bylo duzo wody. Wzialem wiec stara lodz z ukrycia. – Tak, Dmitri znalazl nas w sama pore – podjela opowiesc Elena. – Ucieklismy z Pete'em z palacu tak, jak bylo zaplanowane. Zeszlismy do kanalow i spotkalismy sie z Dmitrim. Zdecydowalismy trwac na czatach, jak tylko sie da najdluzej, bo moze uda sie wam uciec. Doszlismy do wniosku, ze jedyna szansa jest dla was ucieczka przez lochy. No i nie mylilismy sie. Ale czas porozmawiac o przyszlosci. – Posluchajmy najpierw radia – powiedzial Dmitri. – Pete, masz je? – Oczywiscie – Pete wydobyl z kieszeni malenkie radio tranzystorowe. – Wylaczylem je, bo nie rozumialem ani slowa. Dmitri wlaczyl radyjko. Poplynal potok waranskich slow, a potem dzwieki wojskowej muzyki. Elena tlumaczyla Trzem Detektywom: – Wzywaja wszystkich obywateli Waranii do sluchania radia i ogladania telewizji, gdyz o godzinie osmej rano zostanie ogloszone wazne obwieszczenie. Powiedzial, ze bedzie to obwieszczenie najwyzszej wagi. To byl glos premiera. Na pewno z tasmy. A wiec o godzinie osmej maja zamiar oglosic, ze zostal wykryty spisek zagraniczny, czyli wy trzej, i ze ksiaze Djaro jest w niego wmieszany. Ksiaze Stefan bedzie sprawowal wladze az do nastepnego zawiadomienia. Nie spodziewali sie, oczywiscie, ze uciekniecie. Spodziewali sie natomiast, ze beda mogli wytoczyc wam publiczny proces, pokazac wasze aparaty fotograficzne i nie wiadomo co jeszcze. Potem wygnaliby was z kraju, a Rudiego i naszego ojca wsadzili do wiezienia. A potem… och, najwstretniejsze rzeczy, jakie tylko moga przyjsc na mysl. – Rany – westchnal Bob zgnebiony. – Pogorszylismy tylko sytuacje Djaro. Byloby dla niego lepiej, gdybysmy zostali w domu. – Nikt nie mogl tego przewidziec – powiedziala Elena. – Teraz musimy doprowadzic was bezpiecznie do ambasady amerykanskiej. Prawda, Dmitri? – Tak, masz racje, Elena. – Ale co z wami? Co z waszym ojcem? Co z Djaro? – pytal Jupiter. – Pomyslimy o tym pozniej – odparla Elena i westchnela. – Obawiam sie, ze spisek jest zbyt dobrze przygotowany jak na nasze mozliwosci. Moglibysmy go obalic, gdybysmy oswobodzili Djaro i wzniecili powstanie wsrod ludnosci miasta Denzo. Ale, jak juz mowilismy, wszystko skupione jest w rekach ksiecia Stefana. – Tak – podjal Dmitri – najpierw wasze bezpieczenstwo, potem pomyslimy, co da sie zrobic dla nas. Obawiam sie, ze jestesmy na straconej pozycji. Moze ktoregos dnia los sie odmieni. Teraz musimy ruszac. Na dworze juz ranek. Za godzine radio i telewizja nadadza obwieszczenie premiera. Miejmy nadzieje, ze do tego czasu bedziecie bezpiecznie w ambasadzie. A wiec, za mna. Stad pojdziemy na piechote. Lodz nie pomiesci nas wszystkich. Opuscil sie do plynacej bystro wody. Jedno za drugim poszli w jego slady. Ruszyli w droge gesiego, trzymajac sie sznura z koca. Z ciezkimi sercami brnal maly pochod przez kanaly Denzo. Rozdzial 14. Natchniony pomysl Jupitera Deszcz ustal w miescie rozciagajacym sie nad ich glowami i woda w kanalach stawala sie coraz plytsza. Wkrotce siegala im zaledwie do kostek i mogli isc swobodniej. Mijali liczne komory z rozgalezieniami tuneli, lecz Dmitri znal dobrze droge. – Idziemy do wylazu na ulicy, przy ktorej znajduje sie ambasada amerykanska – zawolal do nich w pewnej chwili. – Modlcie sie, zeby nie bylo tam strazy. Trudno bylo odmierzyc czas w ciemnosciach kanalow, ale zdawalo im sie, ze ida bardzo dlugo. Na pewno przeszli juz pod ulica na dlugosci osmiu lub dziesieciu przecznic. Weszli wlasnie do kolejnej okraglej komory z wylazem, gdy Dmitri sie zatrzymal. – Co jest? – zawolal Rudi. – Musimy minac jeszcze dwie przecznice. – Wiem – odparl Dmitri – ale cos mi mowi, ze tam straz bedzie na pewno. Domyslaja sie, ze tam zmierzamy, i wylapia nas jak myszy wylazace z nory. Jesli sie nie myle, jestesmy teraz pod targowiskiem kwiatow za kosciolem Swietego Dominika. Tam nas nie beda szukali i mozemy sie stamtad przekrasc na zaplecze ambasady. – Chyba masz racje – przytaknal Rudi. – Dobrze. Nie zostaniemy tu przeciez do konca zycia. Wychodzimy. Staneli pod zelaznymi klamrami. Dmitri wspial sie na gore i dzwignal ramieniem klape wlazu. Zelazna pokrywa uniosla sie i upadla z brzekiem na bruk uliczny. Dmitri wydrapal sie na zewnatrz. – Chodzcie szybko! – zawolal. – Pomoge wam. Jego silne rece chwycily i wyciagnely najpierw Elene, potem Boba. Bob mrugal oczami, oslepiony dziennym swiatlem, od ktorego odwykl. Dzien byl pochmurny, ulice lsnily po nocnym deszczu. Znajdowali sie w waskiej uliczce, obrzezonej starymi domami. Wzdluz uliczki rozstawione byly stragany na dzien targowy. Sprzedawcy w oryginalnych strojach wykladali kwiaty i owoce. Ze zdziwieniem przygladali sie przemoczonej grupce gramolacych sie z kanalu. Rudi z Dmitrim zasuneli z powrotem zelazna pokrywe, po czym Dmitri, ignorujac ciekawe spojrzenia sprzedawcow, ruszyl wzdluz ulicy. Przeszli nie wiecej niz piecdziesiat metrow, gdy Rudi zatrzymal sie gwaltownie. Zza rogu ulicy wyszlo dwoch gwardzistow palacowych, w szkarlatnych mundurach. – Zawracac! – syknal Dmitri. – Kryc sie. Ale bylo za pozno. Dostrzezono ich. Moze nawet nie zostaliby rozpoznani, gdyby nie przemoczona odziez. Gwardzisci podniesli krzyk i rzucili sie w pogon za uciekinierami. – Poddajcie sie! – wrzeszczeli. – W imieniu regenta jestescie aresztowani. – Najpierw musicie nas zlapac – odkrzyknal Dmitri wyzywajaco. Zawrocil i machajac rekami do swych towarzyszy, wolal: – Za mna! Do kosciola! Jest szansa… Pozostale slowa utonely w zgielku. Lawirujac miedzy sprzedawcami, pedzili za Rudim. Za nimi bieglo okolo tuzina gwardzistow. Musieli sie jednak przeciskac przez tlum gapiow, ktorzy wybiegli na srodek waskiej uliczki. – Na bok! Z drogi! – pokrzykiwali gwardzisci. Bob zaczynal dyszec z wysilku. Widzial juz zlota kopule kosciola Swietego Dominika, gorujaca nad dachami starych domow. Co nam da ukrycie sie w kosciele? – myslal. Odwlecze tylko aresztowanie. Ale Dmitri zdawal sie miec jakis plan i nie byl to moment, by zadawac pytania. Jeden z goniacych ich gwardzistow posliznal sie i upadl. Kilku jego towarzyszy w rozpedzie wpadlo na niego. Zwalili sie jeden na drugiego, dajac tym sposobem kilkadziesiat metrow przewagi uciekajacym. Bob pomyslal, ze moze upadek gwardzisty nie byl przypadkowy. Byc moze byl to przyjaciel, ktory staral sie pomoc. Wypadli za rog ulicy i tu wyrosl o jedna przecznice przed nimi majestatyczny kosciol. Lecz przy nim, rowniez w odleglosci jednej przecznicy, stali gwardzisci i patrzyli w ich strone. Nie dotra do bram kosciola! Ale Dmitri nie zamierzal sie tam dostac. Przecial w poprzek ulice i biegl ku malym drzwiom na tylach katedry. Wpadli do srodka i zdazyli sie zaryglowac w momencie, gdy ich przesladowcy znalezli sie przed drzwiami Wsciekle uderzenia piesci zabebnily w masywne drewno. Bob ogarnal szybkim spojrzeniem pomieszczenie, w ktorym sie znalezli. Byl to kwadratowy pokoj, ktory zdawal sie nie miec sufitu. Sciany wznosily sie w gore i w gore, jak daleko siegal wzrok. Po jednej stronie biegly schody, obudowane ciezka zelazna krata. Osiem grubych lin zwisalo z gory, a ich konce przewleczone byly przez zelazne obrecze, przytwierdzone do kamiennej sciany. Tyle zdazyl zauwazyc Bob. – Zejdziemy teraz do katakumb – mowil Dmitri. – Wiecie, co to sa katakumby? To miejsce na groby w podziemiach kosciola. Grzebano tam zmarlych w pradawnych czasach. Maja wiele poziomow i korytarzy. Tam mozemy sie ukryc… – Co za sens dalej sie ukrywac? – przerwal mu niespodziewanie Jupiter. – Zlapia nas predzej czy pozniej. Wszyscy wpili w niego wzrok. – Masz cos na mysli, Jupe! – wykrzyknal Pete, – Jestem pewien. Ale co? – Te liny – wskazal Jupe – uruchamiaja dzwon ksiecia Paula? – Dzwon ksiecia Paula? – Rudi patrzyl na niego chmurnie, starajac sie zrozumiec, do czego zmierza. – Nie, zwykle koscielne dzwony. Dzwon ksiecia Paula jest w innej dzwonnicy, po drugiej stronie kosciola. Tam jest ten jeden dzwon i uruchamia sie go tylko w swieta panstwowe. – Wiem – mowil szybko Jupiter – ale ksiaze Djaro powiedzial nam, ze przed wiekami ksiaze Paul bil w ten dzwon, by zawiadomic swoich zwolennikow, ze zyje i wzywa ich, i w ten sposob zdlawil rebelie. Wpatrywali sie w niego uwaznie. Dmitri tarl brode. – Tak – powiedzial – kazdy uczen to wie. To czesc naszej historii. Ale co masz na mysli? – To, ze byc moze, gdy uderzymy w dzwon, ludzie powstana i przyjda z odsiecza ksieciu Djaro! – wykrzyknal Rudi. – Nigdy o tym nie pomyslelismy. Byla to dla nas tylko stara opowiesc o zdarzeniach sprzed wiekow. Rozwazalismy tylko, jak uzyc gazet lub radia, lub telewizji. Ale przypuscmy, ze dzis… – Dzwon zacznie bic! – wpadla mu w slowa niezwykle ozywiona Elena. – I to po tych wszystkich komunikatach radiowych o majacym nastapic obwieszczeniu. Ludzie kochaja ksiecia Djaro. Gdyby tylko wiedzieli, ze znalazl sie w trudnej sytuacji i potrzebuje ich pomocy, ruszyliby tlumnie. – Ale jesli… – zaczal Dmitri. – Nie ma czasu na “jesli”! – krzyknal Rudi. – Slyszysz, jak wala w drzwi? Zostaly nam sekundy. – Dobrze – Dmitri nie wahal sie dluzej. Gwardzisci pedzili pewnie takze do glownego wejscia. – Prowadz ich, Rudi. My z Elena zejdziemy do katakumb. Jesli pojda za nami, zyskacie czas. Elena, trzeba zostawic cos, co naprowadzi ich na nasz trop. Daj twoj pantofel. – Zgubie go uciekajac, niczym Kopciuszek – powiedziala Elena zdejmujac pantofel i zdobyla sie nawet na usmiech. – Idz juz, Rudi, spieszcie sie! – Tedy! – zawolal Rudi. – Za mna! Biegl przez kosciol do dzwonnicy po drugiej stronie. Bob, Pete i Jupiter za nim. Elena i Dmitri szli spiesznie ku drzwiom w glebi kosciola, prowadzacym do katakumb. Bob zaczal kulec i zostal w tyle. Z przemeczenia rozbolala go noga, na ktorej do niedawna nosil aparat usztywniajacy, po fatalnym zlamaniu. Ale pozostali zatrzymali sie i Bob, kulejac z kazdym krokiem coraz bardziej, dogonil ich. Weszli do pomieszczenia podobnego do tego, ktore opuscili. Tu rowniez nie bylo sufitu. Z gory zwieszala sie tylko jedna gruba lina, zabezpieczona uchwytem w scianie. Na gore wiodly podobne schody, obudowane zelazna krata. Rudi uwolnil line z uchwytu i wbiegl na schody. – Chodzcie! – wolal. – Szybko! Na gore. Pete wzial Boba pod ramie i tak rozpoczeli szalona wspinaczke. Rozdzial 15. Dzwon ksiecia Paula Bob pokonywal z wysilkiem strome schody. Rudi spostrzegl, jak mu ciezko. Przystanal i podal mu koniec sznura z koca ze slowami: – Trzymaj sie tego. Pomoge ci. Teraz, gdy Rudi ciagnal go, uczepionego sznura, Bobowi szlo sie znacznie lzej. Przeszli jedno pietro, drugie. Gwardzistow wciaz jeszcze nie bylo na ich tropie. U szczytu trzeciego pietra zatarasowala im przejscie potezna furta. Pchneli ja i otworzyla sie opornie, ze zgrzytem. Gdy przez nia przeszli, Rudi zasunal gruby zelazny skobel. – To ich zatrzyma – powiedzial. – W dawnych czasach nawet kosciol bywal szturmowany przez wojska. Ksieza chronili sie wowczas na dzwonnicy, zamykajac za soba furty. Sa jeszcze dwie. Zamykali wlasnie druga furte, gdy na dole do dzwonnicy wtargneli gwardzisci. Dostrzegli uciekinierow i wbiegli za nimi na schody. Ale musieli sie zatrzymac przy pierwszej furcie. Potrzasali nia bezskutecznie i wykrzykiwali rozkazy, by przyniesiono narzedzia do ciecia zelaza. – Niepredko sie przebija – dyszal Jupiter, gdy spiesznie pieli sie w gore. – Ale tak czy inaczej, niewiele mamy czasu. Byli juz powyzej kopuly. Widzieli ulice w dole i poruszajace sie na niej miniaturowe figurki ludzi i malutkie samochody. Wszystko tam wygladalo zwyczajnie, lecz tu na dzwonnicy toczyla sie walka. Tu byl wrog, ktorego musieli pokonac. Dotarli wreszcie do otwartej galerii na szczycie dzwonnicy, gdzie na poteznej belce pod spiczastym dachem zawieszony byl dzwon ksiecia Paula. U wejscia na galerie byla trzecia furta. Zatrzasneli ja i zaryglowali. Stado golebi, wystraszonych halasem, sfrunelo z balustrady. Chlopcy staneli, lapiac oddech. Na dole gwardzisci atakowali pierwsza furte z hukiem i zamieszaniem, ale bez skutku. – Zaraz posla po specjaliste – powiedzial Rudi. – Lepiej zaczynajmy. Pomyslmy, jak uruchomic ten dzwon. Och, przede wszystkim trzeba wciagnac na gore line. Moze im przyjsc do glowy, zeby ja zamocowac na dole. W podlodze galerii byla spora dziura, przez ktora przechodzila lina. Rudi stanal pod dzwonem, chwycil line i zaczal ja ciagnac. Pete i Jupiter pospieszyli z pomoca i wkrotce lezala na gorze w wielkich zwojach, jak wlochaty waz. Gdy lina sunela w gore, gwardzisci na dole podniesli krzyk, ale spostrzegli sie za pozno i nie zdolali pochwycic jej dyndajacego konca. Majac line na gorze, chlopcy zabrali sie do dokladnych ogledzin dzwonu. Mial rozmiary imponujace. Wokol krawedzi biegl lacinski napis. Lina przechodzila przez kolo umieszczone na boku dzwonu. Obrot kola powodowal rozkolysanie dzwonu, wtedy wewnetrzne sciany uderzaly w jego potezne serce. To skonsternowalo chlopcow. Zetkneli sie dotad tylko z malymi dzwonami, ktore bily przez rozhustanie samego serca. – O rany – powiedzial Pete, szacujac wzrokiem rozmiary dzwonu – jak nam sie uda to uruchomic? – Stad, na gorze, nie da sie tego zrobic zwyklym sposobem – odrzekl Jupiter z namyslem. – Musimy odchylic w bok sam dzwon, a potem bedziemy ciagnac serce tak, zeby w niego uderzalo. To powinno sie udac. Wszyscy czterej zlapali line dzwonu. Na sygnal Jupitera zaczeli ciagnac. Powoli kolo obrocilo sie i ciezki dzwon przechylal sie, az zawisl przekrzywiony tak, ze jego serce znalazlo sie o centymetry od klosza. Rudi owinal line wokol jednego z ozdobnych filarow galerii. Zamocowal ja dosc silnie, by utrzymywala dzwon w tej niezwyklej pozycji. Dokonawszy tego, odpoczeli przez chwile. Slonce wyszlo zza chmur i przez otwarta galerie dzwonnicy powialo swiezoscia. Golebie zataczaly kola z trzepotem skrzydel, przysiadaly na balustradzie i znow odtruwaly z glosnym swiergotem. – Ktora godzina? – zapytal Jupiter. Rudi spojrzal na zegarek. – Za dwadziescia osma. Dwadziescia minut do mowy premiera w radiu i telewizji. Musimy sie spieszyc. – Co za szczescie, ze wciaz mamy nasz sznur z koca – powiedzial Jupiter po namysle. – Trzeba go zawiazac wokol serca, a potem je rozkolysac. Zarzucenie petli sznura na gruszkowate serce dzwonu zajelo im zaledwie minute. Zaciagneli ja dobrze i Rudi z Pete'em, jako najsilniejsi, cofneli sie i pociagneli sznur. Serce zakolysalo sie i uderzylo w dzwon. Gleboki, donosny dzwiek niemal ich ogluszyl. Bob wyjrzal w dol. Ludzie na ulicy obracali glowy i patrzyli w gore ze zdziwieniem. – Uszy nam popekaja! – krzyknal Jupiter. – Szkoda, ze nie mamy waty, zeby je zatkac! Bob, Pete, macie chusteczki? Wygrzebali chusteczki z kieszeni i podarli je w male kwadraty. Kazdy kawalek zwineli w kulke i wetkneli do uszu. Tak zabezpieczeni zdwoili wysilki, by bil legendarny dzwon ksiecia Paula. Pete i Rudi wykonywali wiekszosc zadania. Odciagajac w bok serce dzwonu, a potem puszczajac, wprawiali je w ruch wahadlowy i uzyskiwali serie glebokich tonow o wiele szybciej, niz gdyby sie bilo w dzwon normalnym sposobem. Po minucie bicie ustawalo, po czym wielki dzwon dzwieczal znowu, tak glosno, ze zdawalo sie, iz slychac go w calym ksiestwie Waranii. Przez sama nieregularnosc uderzen, dzwon zdawal sie wolac: “alarm! alarm!” Nie slyszeli gwardzistow na dole. Mimo zatkanych uszu, ogluszeni byli biciem dzwonu. Bob przykucnal przy balustradzie i patrzyl w dol. Na ulicy gromadzil sie tlum. Wciaz przybywalo ludzi. Biegli, spogladajac na wieze dzwonnicy, gdzie wielki dzwon wybijal swe gromkie przeslanie. Czy domysla sie, ze ksiaze Djaro jest w niebezpieczenstwie i potrzebuje pomocy? Jupiter podszedl do Boba. Wskazal mu cos. W tlumie powstalo zamieszanie. Kilku mezczyzn zdawalo sie krzyczec, wyciagajac rece w strone odleglego palacu. Zawrzalo w ludzkiej masie, z ktorej niczym potok zaczal sie wylewac pochod ku palacowi. Gwardzisci, dobrze widoczni w swych czerwonych mundurach, starali sie wedrzec w tlum, lecz zostali odepchnieci. Tlum rosl, mimo ze mnostwo ludzi szlo w kierunku palacu. Wygladalo to tak, jakby zrozumiano przeslanie, odebrano wolanie o pomoc. Dzwon raptownie przestal bic. Pete i Rudi podeszli, by popatrzec w dol. Rudi trzymal wlaczone radio, ale nic nie slyszeli. Nagle przypomnieli sobie o zatyczkach w uszach. Wyciagneli je. Z radia buchnal piskliwy glos. Rudi tlumaczyl: – To premier. Mowi, ze zostal wykryty grozny spisek przeciw Waranii. Koronacja zostala odlozona bezterminowo. Ksiaze Stefan przejmuje rzady i sprowadzi przestepcow, czyli was, przed sad. Ksiaze Djaro jest w areszcie domowym. Apeluje sie do wszystkich Waranian o utrzymanie prawa i ladu. – O rany, to brzmi fatalnie! – powiedzial Pete. – To brzmi tak jakos wiarygodnie, chociaz to wszystko klamstwo. – Ale nikt tego nie slucha! – krzyczal radosnie Rudi. – W calym miescie uslyszano dzwon i wszyscy wyszli na ulice dowiedziec sie, dlaczego bije. Patrzcie, jaki tlum. I cala masa idzie w strone palacu. Chcialbym zobaczyc, co tam sie dzieje. – Patrzcie! – krzyknal Jupiter. – Gwardzisci rozbili furty. Ida na gore! Wszyscy rzucili sie ku schodom. Gwardzisci w szkarlatnych mundurach istotnie biegli w gore. Byli juz pod ostatnia furta, u progu galerii dzwonnicy i potrzasali nia groznie. – Otwierac w imieniu regenta – krzyknal oficer. – Jestescie aresztowani! – No to nas aresztuj! – odpowiedzial mu Rudi wyzywajaco. – Chodz, Pete, poki nie sforsuja furty, mozemy bic w dzwon. Chwycili znowu sznur i rozbujali ciezkie serce dzwonu. Ponownie dzwon rozbrzmial nad miastem, wybijajac swe wolanie na alarm, zdajac sie naglic kazdego Waranczyka do czynu. A tuz obok gwardzisci wywazali furte mlotem kowalskim i lomami. Przez piec minut jeszcze chlopcy bili w dzwon ksiecia Paula. Potem furta upadla z brzekiem, gwardzisci wtargneli na galerie i ich obezwladnili. – A teraz – ryknal dowodzacy oficer – dostaniecie to, na co zasluzyliscie. Rozdzial 16. Na tropie pajaka Chlopcy bez oporu dali sie sprowadzic w dol. U podnoza schodow gwardzisci uformowali ciasny pierscien wokol aresztowanych i wyprowadzili ich bocznym wyjsciem z kosciola. Na ulicy wciaz bylo sporo ludzi, choc tlum nie byl juz tak liczny. Patrzyli na nich ciekawie i schodzili z ociaganiem z drogi na krzyki gwardzistow. Chlopcow odprowadzono do pobliskiego starego budynku z kamienia. W srodku przekazano ich dwom oficerom w niebieskich mundurach policji. – Przestepcy polityczni! – rzucil sucho oficer gwardzistow. – Zamknijcie ich w celi, dopoki ksiaze Stefan nie przysle dalszych rozkazow. Policjanci zawahali sie. – Dzwon ksiecia Paula… – zaczal jeden z nich. – Rozkaz regenta! – ucial gwardzista. – Ruszcie sie. Oficer policji ustapil. Poprowadzil ich wzdluz korytarza do czterech pustych cel za zelaznymi kratami. Pete i Rudi zostali umieszczeni w jednej, Jupe i Bob w przeciwleglej. Drzwi cel zamknely sie ze szczekiem. – Zaplacisz, jesli nie bedziesz dobrze pilnowal! – krzyknal gwardzista, – Wracamy do palacu zawiadomic regenta. Zostali sami. Rudi opadl na jedna z dwu prycz w celi. – No to maja nas teraz – powiedzial ze znuzeniem. – Zrobilismy, co w naszej mocy. Ciekaw jestem, co dzieje sie w palacu. Jupiter usiadl na swojej pryczy. – Bylismy na nogach cala noc – mowil. – Jedyne co nam zostalo, to odpoczac troche w oczekiwaniu na dalszy rozwoj wypadkow. Trzeba wiedziec, ze dzwon jako sygnal alarmu… Reszta zdania utknela w szerokim ziewnieciu. Jupe potarl oczy. Spojrzal na swych towarzyszy. Bob lezal gleboko uspiony. Pete i Rudi po drugiej stronie korytarza nie sluchali go rowniez. Spali. Jednakze gdy Jupiter zaczynal cos mowic, lubil skonczyc swoja mysl. Mowil wiec dalej, mimo ze nikt go nie sluchal. – Dzwon jako sygnal alarmu ma setki lat – mamrotal, padajac na wznak na prycze. – Jest o wiele starszy od radia i telewizji. Gdy Turcy podbili Konstantynopol w 1453 roku, zabronili surowo bicia w dzwony, by zapobiec wezwaniu ludnosci do rewolty i… i… Tym razem Jupe skapitulowal i nie skonczyl zdania. Spal gleboko. Bob stracil grunt pod nogami w ciemnej, bystrej wodzie kanalow Denzo. Nioslo go, podrzucalo, obijalo o sciany, a Jupiter krzyczal do niego z daleka: “Bob! Bob!” Z wysilkiem staral sie stanac na nogi. Ktos chwycil go za ramie. Glos Jupitera dzwieczal mu teraz w samym uchu. – Bob! Obudz sie! Obudz sie! Bob rozespany zamrugal powiekami i ziewnal. Usiadl z wysilkiem. Jupe, sam troche zaspany, usmiechnal sie do niego. – Bob! Mamy goscia. Zobacz, kto to. Jupe przesunal sie i Bob zobaczyl rozesmianego Berta Younga. – Dobra robota, Bob! – Bert podszedl i uscisnal mu reke. – To, co zrobiliscie bylo wspaniale! Naprawde bardzo sie niepokoilismy, gdy przestaliscie sie z nami kontaktowac. Ale, jak widac, daliscie sobie sami rade o wiele lepiej, niz mozna bylo oczekiwac. Bob patrzyl na niego mrugajac oczami. – Ksiaze Djaro? – zapytal. – Nie jest juz w niebezpieczenstwie? – Miewa sie doskonale i zaraz tu przyjdzie – odparl Bert Young. – Ksiaze Stefan, premier i wszyscy gwardzisci na ich uslugach zostali aresztowani. Ojca Rudiego wlasnie zwolniono z wiezienia i zostal ponownie mianowany premierem. Ale jestem pewien, ze chcecie wiedziec, co zaszlo po waszym szalenczym biciu w dzwon. Chcieli, oczywiscie. Rudi i Pete weszli do ich celi, a policjanci stali obok z usmiechem. Oficer gwardzistow znikl bez sladu. Bert Young opowiedzial im o zajsciach, jak mogl najkrocej. Tegoz rana – teraz bylo popoludnie – udal sie wraz z ambasadorem Stanow Zjednoczonych do palacu, by dowiedziec sie, co stalo sie z Pete'em, Jupiterem i Bobem. Bramy byly zamkniete i gwardzista palacowy odmowil im wstepu. Wciaz spierali sie z gwardzista, gdy rozleglo sie zlowieszcze bicie dzwonu ksiecia Paula. Na pierwsze uderzenia wszyscy oniemieli, zaskoczeni. Potem, gdy dzwon bil nadal, pod bramami palacu zaczeli gromadzic sie ludzie. Tlum rosl i rosl i wkrotce plac przed palacem byl juz zatloczony. Zgromadzeni zaczeli wolac ksiecia Djaro. Gwardzisci usilowali rozpedzic tlum, ale byli bezsilni. Wtem ktos wspial sie na slup przy bramie i zaczal krzyczec do tlumu, ze ksiaze Djaro musi byc w niebezpieczenstwie, ze bicie dzwonu nie moze oznaczac nic innego i ze trzeba ksiecia ratowac. – Wtedy ja wkroczylem do akcji – mowil z usmiechem Bert Young. – Znam troche waranski, wykrzykiwalem wiec: “Ratujcie ksiecia Djaro! Precz z ksieciem Stefanem!” i tym podobne. Tlum byl juz teraz mocno wzburzony. Ruszyl na bramy i wylamal je z wielkim trzaskiem. Wlal sie do srodka, a ja wraz z nim. Zgadalem sie z czlowiekiem, ktory pierwszy przemowil do tlumu. Powiedzial mi, ze jest Bardem. Na czele tlumu wtargnelismy do palacu. Gwardzisci zostali zmieceni jak zapalki. Moj towarzysz Lonzo… – To moj brat! – wykrzyknal Rudi z duma. – Wiec takze uciekl! – Tak. Lonzo znal droge do apartamentow ksiecia Djaro. Podprowadzilismy tam ludzi, a gwardzisci zobaczywszy, co sie swieci, szybko przeszli na nasza strone. Wiekszosc z nich nie robila nam juz trudnosci. Uwolnilismy Djaro, a on zapanowal nad sytuacja, jak na ksiecia przystalo. Rozkazal gwardzistom zaaresztowac ksiecia Stefana i premiera. Te lotry staraly sie ukryc, ale ich schwytano. Troche czasu zabralo wyluskanie wszystkich nielojalnych gwardzistow, ale pomogli ci, ktorzy potajemnie byli zawsze oddani ksieciu Djaro. Ksiaze Djaro osobiscie pilnuje, by wszyscy spiskowcy zostali aresztowani, i jak tylko sie z tym upora, przyjdzie tutaj. Przy okazji, chce wam powiedziec, ze wszystko wskazuje na to, ze zderzenie z samochodem ksiecia, do ktorego o malo nie doszlo w Kalifornii, nie bylo przypadkiem. Bylo czescia planow pozbycia sie ksiecia Djaro. Tu przerwaly mu okrzyki wznoszone na korytarzu: – Ksiaze! Niech zyje ksiaze! Niebawem pojawil sie sam Djaro. Twarz mial blada, lecz oczy radosne. Stloczyli sie ciasno jeden przy drugim, by zrobic mu miejsce, gdy wszedl do celi. – Moi amerykanscy przyjaciele! – wykrzyknal i usciskal ich. – To jest wasz dzien. Coz za natchniony pomysl bic w dzwon ksiecia Paula! Jak na to wpadliscie? – To Jupiter wpadl na ten pomysl – odezwal sie Rudi. – My tak uporczywie chcielismy zaapelowac do spoleczenstwa przez radio, telewizje lub prase, ze nawet nie pomyslelismy o dzwonie. – Mowiles nam – podjal Jupiter – ze twoj przodek, ksiaze Paul, dzwonem wezwal pomoc podczas rewolucji 1675 roku. Od tego czasu dzwonu uzywano tylko na odswietne okazje. Pomyslalem, ze nadszedl moment, by uzyc go ponownie – na trwoge. Jakby nie bylo, dzwony sa o wiele starsze od radia i telewizji, a takze gazet. Zawsze bito w nie, by zebrac ludzi, by zawiadomic o pozarze, by ostrzec przed niebezpieczenstwem i tak dalej. Przeto… Znowu nie dane mu bylo skonczyc. Ksiaze Djaro rozesmial sie radosnie i klepnal go w plecy. – Postapiles wspaniale! – zawolal. – Sam ksiaze Paul bylby z ciebie dumny. Ksiaze Stefan jest w wiezieniu pod straza, a spisek, ktory, jak sie dowiedzialem, byl o wiele grozniejszy, niz sadzilem, zostal unicestwiony. Rozkazalem bic w dzwon ksiecia Paula az do zmierzchu na chwale zwyciestwa. Wszystko wiec uklada sie dobrze, mimo ze wciaz nie odnaleziono srebrnego pajaka. – Dzwon bije na zwyciestwo – wyszeptal Jupiter i oniemial na moment. Wreszcie doszedl do siebie i rzekl: – Ksiaze Djaro, mysle, ze droga dedukcji doszedlem, gdzie znajduje sie srebrny pajak. Lecz by go odnalezc, musimy sie udac do palacu. Pietnascie minut pozniej jechali samochodem ksiecia Djaro przez zatloczone wiwatujacym tlumem ulice. Djaro klanial sie i machal reka do wiwatujacych z sunacego wolno samochodu. Przybyli na koniec do palacu i znalezli sie wreszcie przed pokojem, ktory byl sypialnia Trzech Detektywow. Pete, Bob, Jupiter i ksiaze Djaro weszli do srodka. – A teraz sprawdzimy moja dedukcje – powiedzial Jupiter. – Jestem niemal pewien jej slusznosci, poniewaz przeszukalismy juz wszystkie inne mozliwe miejsca. Pozostalo tylko jedno, gdzie moze znajdowac sie pajak. Moge sie mylic, ale… – Mniej gadania, wiecej dzialania! – zniecierpliwil sie Pete. – Nie czas teraz na wyglaszanie przemowien. Pokaz nam! – Dobrze – Jupiter poszedl w rog pokoju. Opuscil sie na czworaki i podsunal sie na kolanach do wielkiej pajeczyny, wciaz rozpietej miedzy lozkiem a sciana. Wielki czarno-zloty pajak czmychnal przed nim i znikl w szczelinie miedzy podloga a boazeria. Drugi czarno-zloty pajak patrzyl na Jupitera ze szczeliny swymi oczkami jak koraliki. Jupiter ostroznie wyciagnal reke i zrywajac tylko kilka nitek, wsunal ja pod pajeczyne. Obserwujacy oczekiwali, ze i drugi pajak czmychnie, lecz ten pozostal na miejscu. Jupiter nacisnal go koniuszkiem palca, wysunal ze szczeliny, po czym wyciagnal go spod pajeczyny. – Spojrz! – powiedzial, wstajac i podchodzac z otwarta dlonia do Djaro. – Srebrny pajak Waranii! – wykrzyknal ksiaze Djaro. Wzial pajaka z reki Jupe'a. -.Znalazles go! – Wydedukowalem w koncu, gdzie byl – odparl Jupiter. – Widzisz, w momencie gdy gwardzisci wywazali drzwi, a Rudi naglil nas do ucieczki, Bob wpadl na genialny pomysl. – Naprawde? – odezwal sie Bob z powatpiewaniem. Zalowal, ze nie moze sobie tego przypomniec. – Tak. Tyle ze zapomniales o tym zupelnie, gdy rozbiles sobie glowe o balkon. Musiales pomyslec, ze jedyne miejsce, gdzie nikt nie bedzie spodziewal sie znalezc sztucznego pajaka, jest w poblizu prawdziwej pajeczyny. Wsunales wiec srebrnego pajaka do szczeliny za pajeczyna. Widzielismy go, przeszukujac pokoj, ale nie zdawalismy sobie sprawy z tego, na co patrzymy. Powinienem jednakze pamietac, ze dwa. pajaki nie buduja jednej pajeczyny. – Brojas, Bob! Doskonale! – Djaro klepal Boba po plecach. – Wiedzialem, ze moge na was liczyc, moi amerykanscy przyjaciele! – Dopiero kiedy ty, ksiaze – kontynuowal Jupiter – powiedziales o dzwonie bijacym na zwyciestwo, uprzytomnilem to sobie. Zeszlego wieczoru stary Anton, krol Cyganow, wyrzekl dziwne slowa. Powiedzial ksieciu Stefanowi, ze slyszy dzwon bijacy na zwyciestwo i ze pajak, choc sztuczny, jest tylko pajakiem. Nie umiem odgadnac, jakimi silami wlada stary Anton, ale wiedzial on wiecej, niz powiedzial ksieciu Stefanowi. Dzwon bije na zwyciestwo i jak sie okazalo, bije dla ciebie. Zdalem wiec sobie sprawe, ze jesli pajak to tylko pajak, winnismy go szukac tam, gdzie mozna znalezc zwyklego pajaka, to jest w poblizu pajeczyny. Byla to dluga mowa, ale tym razem nikt Jupiterowi nie przerywal. Wzial wiec gleboki oddech i rzekl na zakonczenie: – Jak wiec widzisz, nie zasluguje na wielkie uznanie. W istocie… – Zaslugujesz na cale uznanie, jakim tylko moge cie obdarzyc! – wykrzyknal zachwycony Djaro. Zawinal pieczolowicie srebrnego pajaka Waranii w chusteczke i schowal do kieszeni. – Nie sposob w pelni wyrazic mego uznania, lecz zrobie co w mojej mocy, i to tu, teraz. Wyjal z drugiej kieszeni trzy pieknie rzezbione w srebrze pajaki, zawieszone na srebrnych lancuszkach. – Stancie, prosze, jeden kolo drugiego – powiedzial i gdy Trzej Detektywi ustawili sie w szeregu, zawiesil na piersi kazdego z nich srebrnego pajaka. – Jestescie teraz kawalerami Orderu Srebrnego Pajaka. Jest to najwyzsze odznaczenie, jakie jestem w mocy przyznac. Nadawane jest tylko osobom, ktore dokonaly czegos wyjatkowego dla Waranii. Poniewaz przysluguje jedynie Waranianom, oglaszam was niniejszym honorowymi obywatelami mego kraju. A teraz powiedzcie, co jeszcze moge uczynic, by okazac ma wdziecznosc? Proscie o wszystko, zrobie, co tylko w mojej mocy. – Wiec… zaczal Jupe, ale Pete szybciej wyrazil zyczenie wszystkich trzech. – Czy mozemy dostac cos do jedzenia? – zapytal. Na zakonczenie kilka stow od Alfreda Hitchcocka Niewiele mozna dodac do historii Trzech Detektywow i srebrnego pajaka Waranii. Ksiaze Djaro zostal koronowany z entuzjastyczna aprobata Waranian. Nie czekajac na planowane wspaniale ceremonie, bez zwloki wzial wladze w swe rece. Ksiaze Stefan i jego wspolspiskowcy zostali uwiezieni, a cudzoziemcow, planujacych obrocenie Waranii w raj dla przestepcow, schwytano w czasie ucieczki i ukarano surowymi wyrokami. Przez wzglad na polityke miedzynarodowa, udzial naszych trzech chlopcow w rozbiciu zlowieszczego spisku nie zostal ujawniony. Jupiter, Pete i Bob uczestniczyli w koronacji, po czym ruszyli w droge powrotna do domu. Zabrali ze soba gorace podziekowania ksiecia Djaro i jego zaproszenie na dluzszy pobyt. Maja nadzieje, ze kiedys z tego zaproszenia skorzystaja. Niestety, nie zezwolono im na zatrzymanie specjalnych aparatow fotograficznych. Byli jednak dostatecznie uszczesliwieni przywozac do domu odznaczenia nadane im przez ksiecia Djaro – Ordery Srebrnego Pajaka. Odtad calkowicie zmienil sie ich stosunek do pajakow, ktorych wiekszosc to ciezko pracujace male stworzenia, bardzo pomocne w tepieniu owadow. Obecnie, Trzej Detektywi przegladaja pilnie swa korespondencje, w oczekiwaniu na list, ktory zawiodlby ich na tropy nowej, ciekawej zagadki. Jestem pewien, ze napotkaja ja niebawem, choc zupelnie nie moge sobie wyobrazic, jakie z kolei czekaja ich przygody. Jedno wiem na pewno – beda pelne emocji! Читайте больше книг на сайте онлайн-библиотеки mir-knigi.org