Автор : Cornick Nicola Название книги: Skandalistka Читать на сайте: https://mir-knigi.org/author/cornick-nicola/skandalistka PROLOG 1802 Lady Juliana Tallant nie pamietala matki. Miala zaledwie cztery lata, kiedy markiza uciekla z kochankiem, a markiz Tallant polecil usunac portret wiarolomnej zony z blekitnego salonu. Teraz obraz, owiniety plotnem, tkwil na strychu, gdzie pokrywal sie coraz grubsza warstwa kurzu i zasuszonych pajakow. Cieplo i witalnosc markizy, tak wiernie oddane przez mlodego artyste, kolejnego z jej kochankow, skryly ciemnosci. Ilekroc w domu robilo sie nazbyt ponuro, Juliana ukradkiem wspinala sie na strych, sciagala przescieradlo, ktore skrywalo hanbe jej matki, i godzinami wpatrywala sie w piekna twarz namalowana na plotnie. W rogu strychu stalo stare, popekane lustro, Juliana stawala przed nim w tych swoich przyciasnych sukienkach, wzbudzajac tumany kurzu stopami obutymi w atlasowe pantofle, i probowala doszukac sie podobienstwa miedzy wlasnymi rysami a twarza kobiety z portretu. Obie mialy takie same oczy, szmaragdowozielone ze zlotymi plamkami, male nosy i pelne usta, zbyt szerokie, by mozna je bylo uznac za klasyczne pieknosci. Juliana miala inny owal twarzy i kasztanowe wlosy charakterystyczne dla rodziny Tallantow, chociaz kiedys podsluchala, jak ojciec mowil, ze na pewno nie jest jego dzieckiem i ze trudno zrozumiec, jakim sposobem odziedziczyla po nim kolor wlosow. – Nielatwo dziewczynce chowac sie bez matki. – To ciotka Beatrix uzyla tych slow w rozmowie z markizem, ale Bevil Tallant poslal wowczas siostrze spojrzenie, ktore mowilo, ze jest niemadra, i powiedzial, iz mala ma sluzbe i guwernantke, wiec czego wiecej moglaby chciec? Tego szczegolnego letniego popoludnia Juliana smiertelnie znudzona lekcja francuskiego, ktory panna Bertie usilowala wbic jej do glowy, blagala na wszystko o pozwolenie wyjscia na dwor. Wreszcie znekana guwernantka wyrazila zgode i Juliana w podskokach zbiegla po schodach, nie reagujac na polecenia panny Bertie, wolajacej, zeby wziela parasolke i zachowywala sie jak mlodej damie przystoi. Mlode damy nosily czepki, nie biegaly po lakach porosnietych polnymi kwiatami, nigdy nie rozmawialy z dzentelmenami, ktorym nie zostaly przedstawione. Majac czternascie lat Juliana wiedziala, ze rola mlodej damy moze byc wyjatkowo wyczerpujaca i nudna. Byla urodzona buntowniczka. Drzwi do blekitnego salonu byly uchylone. Przez brzek filizanek do herbaty dobiegl ja glos ojca. W Ashby Tallant bawila z wizyta ciotka Beatrix, co nie zdarzalo sie zbyt czesto. – Widzialam sie z Marianne. Mieszka w Rzymie z hrabia Calzionim – mowila wlasnie niezamezna ciotka, odpowiadajac na pytanie markiza. – Pytala o dzieci, Bevil. Markiz chrzaknal. – Domyslam sie, ze chcialaby wrocic do Anglii i zobaczyc sie z nimi, lecz to niemozliwe, naturalnie. Markiz chrzaknal ponownie. A potem zapadlo milczenie. – Slyszalam, ze Joss bardzo dobrze sobie radzi w Oxfordzie – podjela Beatrix z ozywieniem. – Nie rozumiem, dlaczego nie poslales do szkoly takze Juliany. Jestem przekonana, ze tym razem by jej sie powiodlo. Wiesz, jak bardzo zalezy jej na tym, zeby cie zadowolic. – Z checia bym ja poslal na pensje, ale to tylko strata czasu – zaoponowal markiz. – Ostatnim razem posluchalem twojej rady i widzisz, co z tego wyszlo, Trix! Ta dziewczyna jest naprawde nieokielznana, dokladnie tak samo jak jej matka. Beatrix cmoknela z niezadowoleniem. – Nie uwierze, ze Juliana zasluguje na tak bezwzgledne po tepienie, Bevil. Ten incydent w szkole to niefortunne… – Niefortunne? Czytanie francuskiej pornografii? Powie dzialbym raczej, ze to skandal. – To wcale nie byla pornografia – zaznaczyla Beatrix z calym spokojem. – Pare frywolnych historyjek obrazkowych przemyconych do szkoly przez ktoras z dziewczat. Poza tym gdyby Juliana miala ochote poczytac ksiazki tego rodzaju, nie musialaby daleko szukac. Wystarczy zajrzec do twojej wlasnej biblio teki, Bevil! Markiz odchrzaknal po raz trzeci, najwyrazniej poirytowany. Juliana rozejrzala sie, sprawdzajac, czy w poblizu nie ma nikogo ze sluzby, po czym przysunela sie do wpolotwartych drzwi, zeby lepiej slyszec. – Zawsze pozostaje malzenstwo – mowila z namyslem Beatrix. – Jest troszke za mloda, ale za kilka lat… – Jak tylko skonczy siedemnascie – burknal markiz ze zloscia – wydam ja za maz i bedzie spokoj. – Miejmy nadzieje – powiedziala cierpko siostra. – Marianne to nie pomoglo, prawda, Bevil? – Marianne byla rozpustnica. – Bevil Tallant nie przebieral w slowach, mowiac o wiarolomnej zonie. – Stracila rachube swoich kochankow. Tak, a to jej nieodrodna corka. Zapamietaj moje slowa, Trix. Ona zle skonczy. Rozmowa trwala, ale Juliana odwrocila sie, przemierzyla powoli wylozona czarnym i bialym marmurem sien i zeszla po szerokich kamiennych schodach frontowego wejscia rezydencji Ashby Tallant. Jak tylko wychynela z cienia portyku, uderzyly ja fale goraca, odbijajace sie od bialych kamieni. Twarz ja zapiekla. Zapomniala czepka i parasolki. Jutro bedzie miala jeszcze wiecej piegow. Przeciela podjazd i ruszyla aleja wysadzana lipami, a potem przez lake w kierunku rzeki. Szla noga za noga pograzona w myslach. Nie rozumiala, dlaczego ojciec od zawsze chcial ja stad odeslac. Dzien w dzien spedzal z nia meczacy kwadrans, podczas ktorego relacjonowala mu, czego nauczyla sie na lekcjach. Instynktownie wyczuwala, ze tak naprawde wcale go to nie interesuje. Jak tylko rozlegalo sie bicie zegara, czym predzej ja odprawial, nie poswiecajac jej ani jednego spojrzenia. Sprawial wrazenie zadowolonego, kiedy poslal ja na pensje panny Evering i wyjatkowo zlego, kiedy ni stad, ni zowad wrocila do domu wbrew wczesniejszym ustaleniom. Teraz wygladalo na to, ze jesli chce go zadowolic, powinna wyjsc za maz. Najszybciej jak sie da. Pewnie moglaby to zrobic. Wiedziala ze jest ladna. Niemniej jakis cichy glosik mowil jej, ze bez wzgledu na to, co zrobi, ojciec i tak nie bedzie z niej zadowolony. Nigdy. Nigdy nie bedzie jej kochal. Ruszyla sciezka wsrod trzcin rosnacych na brzegu rzeki. Tutaj, w poblizu wioski Ashby Tallant, woda z uwagi na liczne zakola zwalniala bieg i nieopodal wierzb tworzyla spore rozlewisko, w ktorym kaczki czyscily sobie piorka, a w plyciznach przemykaly ryby. Juliana odgarnela kurtyne z wierzbowych galazek i wsliznela sie w zlocisty polmrok. Ktos juz tu byl. Kiedy jej oczy przyzwyczaily sie do cienia, spostrzegla chlopca, ktory pospiesznie zerwal sie na nogi, wycierajac dlonie o bryczesy. Byl wysoki i tyczkowaty, o wlosach koloru siana i twarzy pokrytej tradzikiem – zmora mlodzienczego wieku. Juliana stanela jak wryta i wpatrzyla sie w niego. Wygladal jak syn farmera, moze pomocnik kowala. Aczkolwiek z nich dwojga on byl wyzszy, spojrzala na niego z gory. – Cos ty za jeden? – Przemowila chlodno i protekcjonalnie, nasladujac glos, ktorym ciotka zwracala sie do sluzacych i spodziewala sie, ze odniesie to taki sam skutek. Jednakze chlopiec – a moze stosowniej byloby go okreslic mianem mlodzienca, bo musial miec przynajmniej pietnascie lat – usmiechnal sie, slyszac ten ton. Juliana zauwazyla, ze zeby mial bardzo biale i rowne. Sklonil sie niezrecznie, acz dwornie, co nie szlo w parze z jego zaplamiona trawa koszula i starymi spodniami. – Martin Davencourt, do uslug, szanowna pani. A pani? – Lady Juliana Tallant z Ashby Tallant. Chlopiec mial doprawdy ujmujacy usmiech. Zrobily mu sie od niego dwie glebokie bruzdy na policzkach. A to z kolei odwrocilo uwage Juliany od szpecacych pryszczy i przywiodlo jej na mysl blask swiatla slonecznego na wodzie. – Dziedziczka we wlasnej osobie? – Gestem reki wskazal kamienie, pozostalosci po starym mlynie rozrzucone w wysokiej trawie. – Usiadziemy? Spojrzala na trawe i zobaczyla ksiazke, ktorej strony poruszal leciutki wietrzyk. Byly w niej wykresy i rysunki, a nieopodal lezal papier i olowek. Martin Davencourt najwyrazniej sporzadzal jakies szkice. W wysokiej trawie wsrod kamieni walaly sie tez kawalki drewna, sznurek i gwozdzie. Juliana podniosla wzrok. Zorientowala sie, ze blednie ocenila pozycje spoleczna nieznajomego chlopca, i teraz czula sie niezrecznie. Nie jestes z wioski? – spytala z pretensja w glosie. Martin Davencourt wybaluszyl oczy. Piekne oczy, pomyslala, zielononiebieskie, ocienione gestymi ciemnymi rzesami. – A mowilem, ze jestem? Zatrzymalem sie w Ashby Hall. Sir Henry Lees to moj ojciec chrzestny. Powoli podeszla blizej. – Czemu nie jestes w szkole? – Chorowalem, przykro mi. – Usmiechnal sie przepraszajaco. – Wracam do szkoly pod koniec lata. – Do Eton? – Harrow. Juliana usiadla na trawie, wziela do reki kawalek drewna o dziwnych ksztaltach i zaczela obracac go w palcach. – Probuje zbudowac fortyfikacje – wyjasnil Martin – ale nie udaje mi sie ustawic sciany pod wlasciwym katem. Matematyka nie idzie mi najlepiej. Juliana ziewnela. – O Boze, matematyka! Moj brat Joss byl taki sam jak ty, wciaz bawil sie olowianymi zolnierzykami i rozgrywal bitwy. Smiertelnie nudne zajecie. Martin przykucnal przy niej. – Jakie zabawy w takim razie preferujesz, lady Juliano? – Jestem za powazna na zabawy – odparla wyniosle. – Mam juz czternascie lat. Za kilka lat pojade do Londynu i znajde sobie meza. – Prosze o wybaczenie – powiedzial z blyskiem w oku. – Tak czy inaczej chyba nudno sie nie bawic. Jak w takim razie spedzasz czas? – Och, tancze, gram na pianinie, haftuje i… – nagle zamilkla. To co wymienila, zabrzmialo dosc blaho nawet w jej wlasnych uszach. – Widzisz, jestem sama jedna – dodala cicho – wiec musze zajmowac sie sama soba. – Na przyklad wymykac sie na wagary nad rzeke, gdy swieci slonce? Juliana usmiechnela sie. – Czasami. Spedzila nad rzeka cale popoludnie. Siedziala w trawie, a Martin usilowal dopasowac do siebie kawalki drewna i zbudowac most zwodzony, przy czym czesto odwolywal sie do ksiazki i klal pod nosem. Kiedy slonce schowalo sie za drzewami, pozegnala sie, ale Martin ledwie oderwal glowe od swoich obliczen. W drodze do domu usmiechala sie, wyobrazajac go sobie, jak siedzi w wierzbowym namiocie do zapadniecia zmroku i zapomina o kolacji. Ku jej zaskoczeniu byl tam nastepnego popoludnia i nastepnego. Pogoda dopisywala, totez przez dwa tygodnie spotykali sie niemal codziennie. Martin pracowal nad makietami dziwnych wojskowych konstrukcji albo przynosil ze soba ksiazke – cos z filozofii, poezji czy prozy. Juliana plotla, co jej slina na jezyk przyniosla, a on odpowiadal monosylabami, ledwie unoszac glowe znad ksiazki. Czasami besztala go, ze jej nie slucha, ale na ogol byli zadowoleni ze swego towarzystwa. Juliana trajkotala, a Martin w milczeniu zglebial tajniki nauki, co obojgu zdawalo sie odpowiadac. Pewnego popoludnia pod koniec sierpnia, kiedy w powietrzu czulo sie juz zapach jesieni, Juliana rzucila sie na trawe i zaczela marudzic, ze wyprawa do Londynu w celu zlapania meza jest z jej strony glupota, bo nikt nie bedzie chcial sie z nia ozenic. Byla brzydka, brakowalo jej oglady, a wszystkie sukienki byly na nia za krotkie. Niewazne, ze do stolicy mogla pojechac nie wczesniej niz za dwa lata. Wowczas sprawy beda wygladaly jeszcze gorzej niz teraz. Martin, ktory dla zabicia czasu szkicowal pare kaczek zalecajacych sie do siebie w plytkim rozlewisku, zgodzil sie z cala powaga, ze jesli bedzie jeszcze rosla, jej sukienki za dwa lata beda o wiele krotsze niz teraz. Juliana rzucila w niego ksiazka. Zlapal ja zrecznie, odlozyl na bok i ponownie wzial olowek. – Martin… – zaczela Juliana. – Tak? – Uwazasz, ze jestem ladna? – Tak. – Nie podniosl glowy. Jasny kosmyk opadl mu na czolo. Brwi, ciemne i wyraznie zaznaczone, teraz byly sciagniete w wyrazie skupienia. – Ale przeciez mam piegi. – Masz. One tez sa ladne. – Papa twierdzi, ze nigdy nie znajde meza, bo jestem chlopczyca. – Juliana skubala zdzbla trawy. – Mowi, ze jestem tak samo nieokielznana jak mama i ze zle skoncze. Nie pamietam mamy – dodala z pewnym smutkiem – ale jestem pewna, ze nie moze byc az tak zla, jak sie o niej mowi. Martin przestal rysowac. – Ojciec nie powinien mowic ci takich rzeczy – rzekl szorstko. – Czy to on powiedzial ci, ze jestes brzydka i brak ci oglady? – Pewnie ma racje – orzekla Juliana. Martin pozwolil sobie na jakas niezbyt grzeczna uwage, ktorej Juliana na szczescie nie zrozumiala. Zapadla cisza. Patrzyli na siebie przez dluga chwile, po czym Martin odezwal sie: – Jesli w wieku trzydziestu lat bedziesz jeszcze potrzebowala meza, chetnie sie z toba ozenie. – Glos mial ochryply, a oczy patrzyly niesmialo. Juliana utkwila w nim wzrok, po czym wybuchnela smiechem. – Ty? Och, Martin! Odwrocil sie do niej plecami i wzial do reki ksiazke. Juliana obserwowala, jak rumieniec wypelza mu na szyje i zaognia twarz az po korzonki wlosow. Nie spojrzal na nia wiecej, skupiajac sie na lekturze. – Trzydziesci lat to powazny wiek – zauwazyla Juliana, uspokoiwszy sie. – Zapewne wowczas od wielu lat bede mezatka. – To bardzo prawdopodobne – zgodzil sie Martin, nie patrzac na nia. Zapadla troche niezreczna cisza. Juliana bawila sie rabkiem sukienki i zerkala na Martina spod rzes. Sprawial wrazenie pograzonego w lekturze, choc moglaby przysiac, ze czytal te sama strone wciaz od nowa. – To byla bardzo szlachetna propozycja – odezwala sie, kladac niesmialo dlon na jego dloni. Czula pod palcami ciepla, gladka skore. Wciaz na nia nie patrzyl, ale tez jej nie odtracil. – Jesli w wieku trzydziestu lat bede wolna, z radoscia przyjme twoje oswiadczyny – dodala cicho. – Dziekuje ci, Martinie. W koncu uniosl glowe. Oczy mu sie smialy, a palce mocno zacisnal wokol jej palcow. Kiedy na niego spojrzala, poczula w sercu cieplo. – Bedzie mi bardzo milo, Juliano – powiedzial. Siedzieli, trzymajac sie za rece, az w koncu Julianie zaczelo sie robic zimno od wiatru wiejacego od wody i oswiadczyla, ze musi isc do domu. Nazajutrz padalo, nastepnego dnia tez. A potem nie zastala juz Martina pod wierzbami. Od sluzby dowiedziala sie, ze chrzesniak sir Henry'ego Leesa pojechal do domu. Minelo szesnascie lat, nim Juliana Tallant i Martin Davencourt spotkali sie ponownie, a wowczas Juliana prosta droga zmierzala ku przeznaczeniu, ktore przepowiedzial jej ojciec. ROZDZIAL PIERWSZY 1818 Pani Emma Wren byla powszechnie znana z urzadzania wyjatkowo szalonych, ekscentrycznych przyjec, totez o zaproszenia zabiegaly nawet kobiety lekkich obyczajow i mlodzi rozpustnicy, ktorych ekscesy spotykaly sie z glosnym potepieniem ze strony co stateczniejszych person z towarzystwa. Pewnej goracej czerwcowej nocy pani Wren wydawala bardzo szczegolna kolacje dla dobranego grona przyjaciol, chcac w ten sposob uczcic zblizajacy sie slub jednego ze stalych gosci, oslawionego kobieciarza, lorda Andrew Brookesa. Ulozenie menu na te okazje wywolalo zajadly spor miedzy pania Wren a jej kucharzem, ktory omal nie zrezygnowal z posady, kiedy zapoznano go z oczekiwaniami co do deseru. Ostatecznie udalo sie osiagnac kompromis; specjalnie na ten wieczor wynajeto francuskiego kuchmistrza, a kucharz wycofal sie do swego kata, mamroczac pod nosem ze Careme, kucharz ksiecia regenta bedzie tu bez watpienia najlepszy, jako o wiele bardziej przyzwyczajony do takich bezecenstw niz on. Godzina byla pozna i powietrze w jadalni bylo geste od dymu swiec i oparow wina, kiedy wniesiono deser. Goscie, w znakomitej wiekszosci panowie, siedzieli rozparci wygodnie w fotelach, najedzeni, opici, poddajac sie karesom dam z polswiatka, ktore pani Wren bez oporu zaliczala do grona swych znajomych. Jedna z prostytutek siedziala na kolanach przyszlego pana mlodego, wkladala mu do ust winogrona lezace na srebrnej misie posrodku stolu i prowokujaco szeptala mu cos do ucha. Juz zdazyl wsunac reke za jej stanik i piescil ja od niechcenia, a twarz czerwieniala mu coraz bardziej pod wplywem alkoholu i zadzy. Kiedy otwarto podwojne drzwi i do jadalni wkroczyli lokaje, pani Wren zaklaskala w dlonie, proszac o cisze. – Panie i panowie… – prowokacyjnie zawiesila glos – przyjmijcie, prosze, wasz deser, szczegolny twor dla upamietnienia tej smutnej okazji. W sali rozlegly sie szepty i smiechy. – Jestem – pewna, ze Andrew nas nie opusci – ciagnela slodko pani Wren, zerkajac znaczaco na Brookesa, ktory jedna reka sciskal wypelniony po brzegi kieliszek brandy, a druga prostytutke. – Zeby rozdzielic mezczyzne z jego przyjaciolmi trzeba czegos wiecej niz malzenstwa. Andrew, oto nasz prezent dla ciebie. Rozlegly sie brawa. Pani Wren odsunela sie i dala znak lokajom trzymajacym wielka tace, zeby umiescili ja posrodku stolu. Co uczyniwszy, wycofali sie, a kamerdyner w liberii uniosl srebrna pokrywe. Zapadla cisza. Goscie byli zszokowani. Kilku rozpustnikow wyprostowalo sie w fotelach i zastygli tak, z ustami otwartymi ze zdumienia. Brookes znieruchomial i nawet nie zauwazyl, ze mloda kobieta zsunela sie z jego kolan. Na srebrnej tacy posrodku stolu spoczywala lady Juliana Myfleet w pelnej krasie, naga i prowokujaca. Kasztanowe wlosy, podpiete do gory, podtrzymywal olsniewajacy brylantowy diadem. Prawe udo zdobila podwiazka wysadzana klejnotami, a szyje cienki srebrny lancuszek. W pepku spoczywalo winogrono, zakretasy smietanki byly rozmieszczone strategicznie na jej ciele, a kiscie winogron, truskawki i plastry melona artystycznie przeslanialy jej nagosc. Cale jej cialo przyproszono cukrem pudrem, totez lsnila w bladym swietle swiec. Z nieznacznym kocim usmieszkiem wyciagnela srebrna lyzeczke w kierunku Brookesa. – Poczestuj sie pierwszy, moj drogi. Brookes skwapliwie skorzystal z zaproszenia, zagarniajac owoce i smietanke z takim zapalem, ze reka mu zadrzala i omal nie upuscil wszystkiego na podloge. Za nim napierali pozostali panowie, przy akompaniamencie gwizdow i wiwatow. Sir Jasper Colling, jeden z najwytrwalszych adoratorow lady Juliany, przepchal sie do przodu. – Chce zanurzyc ma lyzke w tym deserze – powiedzial. Brookes odepchnal go na bok. – Musisz poczekac na swoja kolej, stary. To moje przyjecie i moj deser. Niech mnie, jesli za chwile nie bede go wylizywal. Towarzyszaca mu dama z polswiatka wygladala na wyjatkowo obrazona z powodu zejscia na drugi plan. Lady Juliana leniwie odwrocila glowe. Jej wzrok spoczal na dzentelmenie, ktorego nigdy wczesniej nie widziala na wieczornych przyjeciach u Emmy. Byl wysoki, jasnowlosy i, choc szczuplej budowy, mial szerokie ramiona i sprawial wrazenie silnego. Z wyrazista opalona twarza i ostro zarysowana linia szczek wygladal tak, ze chcialoby sie miec go za sprzymierzenca w razie klopotow. Siedzial rozparty w fotelu, cala swoja postawa wyrazajac pogarde dla chetnych otaczajacych stol, a jego spojrzenie w mrocznym pokoju bylo gniewne i nieprzeniknione. Juliana miala wrazenie, ze skads go zna. Usmiechnela sie do niego prowokujaco. – Pozwol tutaj, moj drogi. Nie badz taki niesmialy. Bardzo ciemne zielononiebieskie oczy szacowaly ja przez chwile z lodowata obojetnoscia. – Dziekuje, nie przepadam za deserami. Juliana nienawykla do spotykania sie z odmowa. Spokojnie odpowiedziala spojrzeniem na spojrzenie. Wygladal na jej rowiesnika, mogl miec dwadziescia dziewiec lat, moze troche wiecej. W jego wzroku dostrzegla pewne zmeczenie swiatem, co sugerowalo, ze widywal takie sceny i nie tylko takie wiele razy. Z niklym, cynicznym usmiechem na wargach wytrzymal wzrok Juliany. Przez ulamek sekundy znow byla bardzo mloda i bardzo skonsternowana, jakby cala ta kiczowata scenka byla jakas potworna pomylka, w ktorej znalazla sie przez fatalny przypadek. Drapiezne usmiechy, zachlanne rece… zapragnela zerwac sie z tacy i uciec. Jej usmiech znikl, ale wciaz nie mogla oderwac wzroku od twarzy nieznajomego. W koncu odwrocil sie i skinal na lokaja, by napelnil mu kieliszek. Dziwne wrazenie ustapilo. Juliana lekko wzruszyla polyskujacym ramieniem i obdarzyla usmiechem najmlodszego i najbardziej podekscytowanego z dzentelmenow. – Simon, kochany, nie masz ochoty zlizac smietanki z tego miejsca? Na moment wygiela cialo, wychodzac naprzeciw zachlannym dloniom, po czym wstala, rozsypujac owoce na marmurowa posadzke i skinela na pokojowke, ktora trzymala w pogotowiu jej peniuar. Rozlegly sie jeki zawodu mezczyzn, ale co bardziej przedsiebiorcze prostytutki i smielsze damy juz przysuwaly sie do stolu, gotowe podjac to, co przerwala Juliana; nabieraly lyzeczkami owoce i smietanke z tacy i podsuwaly dzentelmenom. Juliana szybko zerknela przez ramie i zobaczyla, ze kolacja zaczyna przeradzac, sie w kolejna ze slawnych orgii Emmy. Lokaj, czerwony po same uszy, przytrzymal jej drzwi do jadalni. Szybko zniknela za nimi, boso, strzasajac resztki deseru na polerowane marmurowe kafelki, ktorymi wylozono hol. Smietanka kleila sie do peniuaru, a cukier puder zaczynal drapac skore. Oby tylko Emma nie zapomniala powiedziec sluzacym, ze maja naszykowac kapiel. Drzwi do jadalni zamknely sie i szum rozmow przybral na sile, bo goscie zaczeli rozwodzic sie nad jej najnowszym smialym wybrykiem. Wygiela wargi w lekkim usmiechu. Beda mieli o czym rozmawiac w swoich klubach! Chocby jutrzejszy slub byl nie wiedziec jak wytworny, malzenstwo Brookesa bedzie sie wszystkim kojarzyc ze skandalicznymi wydarzeniami, ktore mialy miejsce w poprzedzajaca je noc. I znow szacowne matrony z towarzystwa beda z oburzeniem komentowac szokujace zachowanie lady Juliany Myfleet, corki markiza Tallanta, ktora niegdys byla jedna z nich i tak spektakularnie utracila ich szacunek. – Tedy, prosze pani. – Pokojowka wskazala jej krecone schody. Byla bardzo mloda i niezbyt ladna. Juliana uswiadomila sobie, ze Emma zatrudnia brzydkie pokojowki; zapewne nie jest w stanie zniesc jakiejkolwiek konkurencji. Dziewczyna poprowadzila ja do otwartych drzwi na pietrze, prowadzacych do pokoju, z ktorego Juliana korzystala juz wczesniej, kiedy zdejmowala stroj, w ktorym przyszla. Za kolejnymi drzwiami znajdowalo sie mniejsze pomieszczenie, gdzie inna pokojowka wlewala parujaca wode do wanny. Na widok wchodzacej uniosla glowe i jej spocona twarz zrobila sie jeszcze czerwiensza. Oproznila dzban, dygnela, wyraznie podenerwowana, po czym umknela, zupelnie jakby samo przebywanie w jednym pomieszczeniu z najbardziej rozwiazla wdowa w Londynie moglo wystawic ja na niebezpieczenstwo. Juliana posiala czarujacy usmiech pierwszej z dziewczat, zsunela peniuar, pochylila sie, by odpiac podwiazke z nogi i weszla do wody. – Dziekuje ci. Teraz zostaw mnie sama. Pokojowka w odpowiedzi usmiechnela sie do niej zacisnietymi wargami i podniosla ubrudzony peniuar z podlogi. Dygnela z dezaprobata i bez oniesmielenia, po czym wyszla. Juliana wybuchnela smiechem. Cukier puder w wodzie robil sie lepki, totez Juliana siegnela po szczotke na dlugiej drewnianej raczce, chcac sie porzadnie wyszorowac. Wolala robic to sama. Na mysl o tym, ze jej delikatna skore mialaby atakowac pokojowka o dloniach jak szynki, az sie wzdrygnela. Pozostalosci smietanki plywaly po powierzchni wody jak obrzydliwe szumowiny, a miedzy nimi wirowal kawalek jablka. Skrzywila sie. Nastepstwa jej skandalicznego postepku okazywaly sie o wiele mniej przyjemne niz sam figiel. Zdaje sie, ze bedzie potrzebowala drugiej kapieli, by zmyc pozostalosci pierwszej. Odchylila glowe i zamknela oczy, odtwarzajac w myslach chwile, w ktorej lokaje uniesli pokrywe srebrnej tacy i odslonili ja w calej okazalosci. Wywolane tym poruszenie bylo naprawde zabawne. Kobiety gotowaly sie z wscieklosci, a mezczyzni sprawiali wrazenie malych chlopcow w sklepie ze slodyczami. Juliana usmiechnela sie z satysfakcja. Bardzo przyjemnie jest wzbudzac takie emocje. Podziw, pozadanie… i pogarde. Usiadla raptownie, bo przed oczami stanela jej twarz jasnowlosego nieznajomego. „Dziekuje, nie przepadam za deserami”. Co za bezczelnosc! Jak on smial potraktowac ja z taka pogarda? To byl przeciez tylko zart. A w ogole co taki purytanin robil na szalonej kolacji u Emmy? Zapewne szedl na jakies spotkanie w kosciele i zgubil droge. Wstala, rozchlapujac wode poza krawedz wanny na podloge, i siegnela po recznik. Gdy narzucala go na ramiona, brylantowy diadem zaczepil o material, totez Juliana szybkim, niecierpliwym ruchem sciagnela diadem z wlosow i rzucila na toaletke. Nagle zapragnela stad wyjsc. Przeszla przez sypialnie, zostawiajac na dywanie slady mokrych stop. Jej ubranie lezalo na lozku. Wystarczylo tylko zadzwonic na niechetna mala pokojowke, by pomogla jej sie ubrac, ale Juliana nie chciala czekac. Zostawila Hattie, wlasna pokojowke, w swoim domu na Portman Square. Ona rowniez nie pochwalala jej zachowania do tego stopnia, ze przyjaciele Juliany pytali, czemu nie znajdzie sobie nowej sluzacej. Juliana nie reagowala. Prawde mowiac, surowosc pokojowki calkiem jej odpowiadala. Czesciowo rekompensowala jej brak matki, ktorej nie mogla pamietac. Usiadla przy toaletce i uwaznie przyjrzala sie swemu odbiciu w lustrze. Nie miala najmniejszego pojecia, co zrobic z wlosami, ktore po zdjeciu diademu opadly jej na plecy w nieladzie. Rozpuszczone wlosy zlagodzily linie wspanialych kosci policzkowych i sprawily, ze wygladala mlodziej. Kilka piegow u nasady nosa jeszcze potegowalo wrazenie mlodzienczosci. Piegi wytrzymaly lata energicznego szorowania i oparly sie wszystkim probom ich usuniecia za pomoca masci cytrynowej doktora Jinksa. Juliana przyblizyla twarz do lustra. W oczach dostrzegla cien wrazliwosci, do ktorej nie miala ochoty sie przyznac. Drzwi sie otworzyly i do pokoju wpadla Emma Wren. Juliana z miejsca zorientowala sie ze Emma troche za duzo wypila. Miala wypieki, roz na policzkach rozmazal sie, a treska byla lekko przekrzywiona. – Juliana, moja droga! – Pani domu najwyrazniej nie mogla zapanowac nad podnieceniem. – Bylas absolutnie wspaniala! Wiesz, panowie nie mowia o niczym innym! Wszyscy na ciebie czekaja, moja droga. Jestes gotowa do zejscia na dol? Juliana znow odwrocila sie do lustra. Zdawala sobie sprawe, ze sie wykreca. – Niezupelnie. Potrzebuje pomocy w ubieraniu i czesanku. Emma cmoknela z niezadowoleniem. – Powinnas byla zadzwonic na pokojowke. Dessie zajmie sie tym w mgnieniu oka. Chociaz – cofnela sie o krok i przyj rzala uwaznie przyjaciolce – wygladasz niezwykle czarujaco i figlarnie tak jak teraz, moja droga. Panowie z pewnoscia to docenia. Te rozpuszczone wlosy sa calkiem, calkiem, wiesz, wygladasz z nimi tak mlodo i niewinnie. – Wybuchnela smiechem. – Zawrocisz w glowach im wszystkim! Juliana nie po raz pierwszy pomyslala, ze Emma marnuje sie jako zona podsekretarza stanu. Prawdziwy sukces odnioslaby jako wlascicielka domu uciech. Prawde mowiac, wytwornie urzadzony londynski dom pani Wren nie roznil sie zbytnio od domu schadzek w Covent Garden. A pod pewnymi wzgledami rowniez od burdelu w mniej eleganckiej czesci miasta. Juliana odwrocila sie. Mogla tolerowac niektore co bardziej szokujace pomysly Emmy dla swojej wlasnej przyjemnosci, ale nie miala zamiaru tanczyc tak, jak jej zagraja. Figiel z okazji przyjecia dla Brookesa rozproszyl jej znudzenie przynajmniej na godzine, teraz jednak nie zamierzala schodzic na dol i odgrywac prostytutki. – Sir Jasper Colling pytal o ciebie – powiedziala Emma znaczaco, przysuwajac umalowana twarz do twarzy przyjaciolki na tyle blisko, ze Juliana wyczula nieswiezy oddech. – Simon Armitage tez. To slodki chlopiec i taki mlody i przejety. Po mysl, jak zabawnie byloby wprowadzic go… Juliane ogarnelo obrzydzenie. Naiwne uwielbienie Simona Armitage'a mialo w sobie cos niewypowiedzianie slodkiego i wyjatkowym oszustwem byloby przyjecie tego uwielbienia i spozytkowanie go dla wlasnej przyjemnosci. Nie byla az tak rozwiazla bez wzgledu na to, co o niej mowiono. Nie zamierzala dac sie zlapac na pochlebstwa Emmy, chciala sie jednak czegos dowiedziec. Dolozyla staran, zeby jej glos brzmial zdawkowo. – Ten dzentelmen, Emmo, ten, ktory wyglada jak rozpustnik, lecz zachowuje sie jak pastor… Co to za jeden? – Och, rozumiem! Wolisz kogos nowego! Nic tak nie intryguje jak nieznajomy, nieprawdaz, moja droga? – Zmarszczyla brwi. – Przed paroma godzinami powiedzialabym, ze nie moglabys wybrac lepiej, lecz teraz nie jestem juz tego taka pewna. – Rzucila sie na lozko. – To Martin Davencourt. Jeden z tych Davencourtow z Somersetshire, wiesz. Nie ma wprawdzie tytulu, ale jest bogaty jak krezus i spokrewniony z polowa ziemian w tym kraju. Wrocil do Londynu w ubieglym roku, zaraz po smierci ojca. – Davencourt – powtorzyla Juliana. Nazwisko wydalo jej sie znajome, ale pamiec ja zawiodla. Emma ciagnela nadasanym tonem. – Tak, Martin Davencourt. Mowiono mi, ze jest zabawny. Rzeczywiscie powinno tak byc, skoro przez kilka lat krazyl po stolicach calej Europy. – Juliana w lustrze spostrzegla, ze przyjaciolka sie skrzywila. – Zaprosilam go, bo myslalam, ze okaze sie dobrym kompanem, tymczasem on robi wrazenie wyjatkowego nudziarza, bez odrobiny polotu. Moze to dlatego, ze chce dostac sie do parlamentu i obnosi sie ze swoja powaga. Niewykluczone, ze zmeczyla go opieka nad siedmiorgiem meczacych przyrodnich braci i siostr. Cokolwiek to jest, on nie zdradza najmniejszej ochoty do zabawy. – Martin Davencourt. – Juliana zmarszczyla czolo. – Nazwisko wydaje mi sie znajome, ale nie sadze, bysmy sie kiedykolwiek spotkali. Na pewno bym go zapamietala. – Jako dyplomata przez dluzszy czas przebywal poza krajem. Jednakze, nawet jesli go nie znasz, zawsze mozesz udac, ze jest inaczej. Zejdz na dol i namow go do odnowienia starej znajomosci. Juliana przez chwile sie wahala, ale koniec koncow pokrecila glowa. Wstala i wziela peleryne, ktora lezala na lozku. – Nie sadze, Emmo. Pan Davencourt jest nieczuly na moje wdzieki. A ja, niestety, musze odmowic twemu zaproszeniu na dalszy ciag przyjecia. Boli mnie glowa i chyba pojde dzis wczesniej spac. Emma zerwala sie, najwyrazniej dotknieta. – Alez, Juliano, panowie czekaja. Wszyscy licza, ze zaraz zejdziesz! Obiecalam im. – Co takiego? – Juliana popatrzyla na nia z niedowierzaniem. W glosie Emmy Wren wyczuwalo sie nutke paniki. Nagle doznala olsnienia. Uswiadomila sobie, co sie stalo. Obiecano ja jako czesc rozrywki – nie tylko jako huryse na tacy. Miala znalezc sie wsrod gosci podczas orgii, wraz z prostytutkami z Haymarket, ktore Emma wynajela na te okazje. Ta mysl doprowadzila ja do wscieklosci. – Nie zamierzam schodzic na dol i bawic sie w prostytutke dla przyjemnosci Simona Armitage'a, Jaspera Collinga czy kogokolwiek innego – oznajmila tak spokojnie, jak zdolala. – Jestem zmeczona i zamierzam udac sie do domu. – Nie rozumiem, dlaczego zaostrzenie apetytow moich gosci przez ukazanie sie nago na tacy jest do przyjecia, a spedzanie z nimi czasu… – Przeciez nie chodzi ci tylko o moj czas. – Juliana poczula, ze na twarz wystepuja jej rumience. Wiedziala, ze w twierdzeniu niegdysiejszej przyjaciolki tkwi ziarno prawdy. Rozmyslnie postanowila szokowac i prowokowac, a teraz chciala sie wycofac, nie ponoszac konsekwencji. – Zgodzilam sie na splatanie figla Brookesowi, bo bylo to zabawne, ot, zart dla rozbawienia i zaszokowania twoich gosci! Nic ponadto nie wchodzi w gre! Emma prychnela z oburzeniem. – Prostytutki przynajmniej sa uczciwe! Juliana poczerwieniala. – Wykonuja swoja prace. Nie mam ochoty na meskie towarzystwo. – Rzadko jest inaczej. Myslisz, ze tego nie zauwazylam? Flirtujesz, popisujesz sie i draznisz, lecz nigdy nie dajesz tego, co obiecujesz. Mam wrazenie, moja droga, ze twoja reputacja rozwiazlej wdowy to czysta fikcja! Juliana rozesmiala sie. Kiedy Emma byla podchmielona, najlepiej bylo ja ignorowac. Gdyby odpowiedziala w podobnym tonie, ich znajomosc dobieglaby konca, a Juliana potrzebowala tej przyjazni. – Odnosze wrazenie, ze jestes troche rozbita, Emmo. Chyba powinnas wracac do gosci. Zobaczymy sie jutro na slubie. – Zobaczymy sie w piekle! – zaskrzeczala Emma, chwytajac oprawna w srebro szczotke do wlosow z toaletki, celujac nia w plecy oddalajacej sie Juliany i nie trafiajac. – Jestes tylko mdla panienka, ktora nie ma wystarczajaco duzo hartu na gry, za ktore sie bierze. Uciekaj, mala dziewczynko! Nigdy ci nie wybacze, ze zepsulas moje przyjecie! – Wybaczysz mi wystarczajaco szybko, kiedy bedzie ci potrzeba pieniedzy na wista – mruknela Juliana pod nosem. Zbiegla po kreconych schodach. Za soba slyszala, jak kolejne przedmioty uderzaja z hukiem o sciane. Najwyrazniej Emma demolowala sypialnie. Od zawsze wiedziala, ze Emma latwo wpada w zlosc, niejednokrotnie byla swiadkiem jej zachowania wobec pechowych sluzacych i sprzedawcow, ale sama nigdy dotad nie byla celem tych atakow. Przed oczami stanal jej ojciec. „Uwazasz te kobiete za swoja przyjaciolke, Juliano? Te zle wychowana przekupke, ktora nie ma ani gustu, ani stylu? Wielkie nieba, jak moglo do tego dojsc?” Juliane przeszly ciarki. Nie bylo tajemnica, ze markiz Tallant odnosil sie z zimna dezaprobata do swojej jedynej corki. Nie bylo tez tajemnica, ze mial watpliwosci, czy Juliana jest jego dzieckiem, i ubolewal nad tym, ze poszla w slady matki. Podczas gdy siedzial pelen potepienia w Ashby Tallant, Juliana szalala w miescie, grajac o wysokie stawki i przestajac z miernotami. Przed dwoma laty, po slubie brata, Jossa, odziedziczyla miano rodzinnej czarnej owcy i usilnie starala sie na nie zasluzyc. Hol wejsciowy tonal w mroku, ktory rozpraszal jeden wysoki swiecznik przy drzwiach frontowych. Z jadalni dobiegaly meskie smiechy, dzwieki fortepianu i okrzyki zachety. Zapewne jedna z prostytutek – a moze ktoras z dam zaproszonych przez Emme – wykonywala taniec siedmiu zaslon. Zobaczyla lokaja stojacego na warcie przy jednym z filarow i skinieniem przywolala go do siebie. Ciekawe, czy byl wsrod tych, ktorzy wczesniej wnosili ja do jadalni. W kazdym razie unikal jej wzroku, jakby nie doszedl do siebie po wpatrywaniu sie w inne szczegoly jej budowy. – Sprowadz moj powoz, jesli laska – polecila wladczym tonem. Nie zaszkodzi pokazac, kto tu rzadzi. – Naturalnie, prosze pani. – Mezczyzna wybiegi jak oparzony, a Juliana ruszyla ku drzwiom. Jej stangret doskonale wiedzial, ze nie znosi czekac. Za pare minut opusci ten dom, a wieczor, ktory okazal sie fiaskiem, dobiegnie konca. Cala przyjemnosc z figla, ktory splatala Brookesowi, wyparowala podczas napadu zlosci Emmy. Juliana westchnela. Powinna byla wiedziec, ze rozwiazlosc przyjaciolki znacznie wykracza poza zwykle zarty, przewidziec, ze na wieczor zaplanowane sa jeszcze inne atrakcje. Dotarla do glownego wejscia i rozgladala sie wlasnie w poszukiwaniu kamerdynera, ktory otworzylby jej drzwi, kiedy z cienia ktos sie wylonil. – Ucieka pani, lady Juliano? Nie zamierza pani skonczyc tego, co pani zaczela? Az do tej chwili Juliana nikogo nie zauwazyla, totez nagle pojawienie sie tego mezczyzny wytracilo ja z rownowagi. Byl ubrany jak do wyjscia i wlasnie wkladal rekawiczki. Wykrzywil wargi w niklym usmiechu. Rozpoznala Martina Davencourta i stracila pewnosc siebie, co bylo jak na nia dosc niezwykle. Obserwowal ja uwaznie, a w jego spojrzeniu bylo cos takiego, ze poczula sie bezbronna. – Wracam do domu – oznajmila chlodnym tonem. – Zdaje sie, ze tutejsze rozrywki panu rowniez nie odpowiadaja, panie Davencourt. – W samej rzeczy. – W glosie Martina Davencourta dawalo sie slyszec ton wisielczego humoru. – Jestem kuzynem Eustach Havard, lady Juliano – damy, ktora jutro wychodzi za maz za lorda Andrew. Nie zdawalem sobie sprawy, ze to ma byc jego… – zawiesil glos, po czym zakonczyl ironicznie – kawalerski wieczor, zdaje sie, ze tak nalezaloby to okreslic. Miana usmiechnela sie. Chlodna dezaprobata to cos, z czym radzila sobie z latwoscia. Spotykala sie z nia wystarczajaco czesto. – Jak widze, nie pochwala pan naszych malych rozrywek, panie Davencourt. Byc moze na drugi raz powinien udac sie pan do Almacka albo na bal debiutantek. Podobno nawet podaja tam lemoniade. Zapewne to odpowiadaloby panu bardziej, skoro dzisiejszy wieczor okazal sie dla pana zbyt… wartki. – Byc moze skorzystam z pani rady – odparl Martin Davencourt. Nie spuszczajac z niej zamyslonego wzroku, skinal w strone zamknietych drzwi jadalni. – Swoja droga, dziwi mnie, ze pani juz wychodzi, lady Juliano. Przyjecie dopiero sie zaczyna, a po pani wczesniejszym wystepie mozna byloby sadzic, ze wniesie pani znaczacy wklad w reszte wieczoru. Juliana wybuchnela smiechem. Nawet jesli Martin Davencourt mial osobliwie nudne upodobania, nie mozna mu bylo odmowic cietego dowcipu. Slowna potyczka z takim mezczyzna sprawiala jej przyjemnosc. – Prosze o wybaczenie, skoro pana rozczarowalam, panie Davencourt. Dzisiejszego wieczoru nie mam nastroju na rozrywki u Emmy. – Zmruzyla oczy i popatrzyla na niego z namyslem. – Chociaz, gdyby mial pan ochote mi towarzyszyc, moglabym dac sie przekonac. Martin Davencourt obdarzyl ja usmiechem i spojrzeniem tych swoich marzycielskich, ciemnoniebieskich oczu, pod wplywem ktorego zrobilo jej sie goraco. Przemowil lagodnie: – Zawsze jest pani tak nieustepliwa, lady Juliano? Sadzilem, ze jedna odmowa pani wystarczy. Juliana wyniosle uniosla brwi. – Nie nawyklam do tego, ze mi sie odmawia. – Ach. Coz, predzej czy pozniej zdarza sie to nam wszystkim. Powinna pani sie z tym pogodzic. Krew uderzyla jej do glowy ze zlosci, przede wszystkim na siebie. Sama sie prosila. Wszystko przez te jej dume. Chciala, zeby Martin Davencourt pozalowal swojej wczesniejszej obojetnosci, zeby jej zapragnal, co pozwoliloby jej prowadzic zwykla gre. Najpierw osmielala zalotnika, a potem porzucala go, zanim jego atencje staly sie nazbyt uciazliwe. Byla w tej sztuce prawdziwa mistrzynia. Coz z tego, skoro Martin Davencourt nie byl zainteresowany. Przejechala palcami po krawedzi futryny, zerkajac na niego z namyslem spod rzes. – Slyszalam, ze wiele pan widzial, panie Davencourt, a jednak zachowuje sie pan niezwykle pruderyjnie. Wyraznie pan tu nie pasuje. – Zdaje sobie sprawe, ze jestem w niewlasciwym miejscu – potwierdzil z lagodnym usmiechem – ale byc moze o pani mozna powiedziec to samo. Prosze posluchac mojej rady, lady Juliano, i odciac sie od tego wszystkiego. Kazdy musi kiedys dorosnac. Nawet taka rozpustnica, za jaka pani chce uchodzic. Miana rozesmiala sie. – To tak pan o mnie mysli? Ze jestem rozpustnica? – Ta rola nie jest zastrzezona dla mezczyzn, jesli o to chodzi. Czy to nie taka reputacje pani sobie wyrabia? Wzruszyla ramionami. – Reputacja moze byc przejaskrawiona. – To prawda. Mozna takze ja utwierdzac. Z gory dobiegl loskot, tak ze oboje podskoczyli. Glos Emmy Wren przeszedl w crescendo. Drzwi do pomieszczen dla sluzby otworzyly sie gwaltownie i kilka przerazonych pokojowek pobieglo na gore. – Czas stad odejsc – zauwazyla Juliana. – Obawiam sie, ze Emma jest dzis na mnie zla. Odmowa przylaczenia sie do gry tak czesto uraza, prawda? – Usmiechnela sie. – Panu nie potrzebuje tego mowic, mam racje, panie Davencourt? Sprawia pan na mnie wrazenie kogos, kto lubi obrazac, odmawiajac stosowania sie do regul gry. – Gram wedlug wlasnych zasad – przyznal Martin Davencourt. – Zdaje sie, ze pod tym wzgledem jestesmy do siebie bardzo podobni, lady Juliano. – Jesli tak jest, w takim razie to jedyne, co mamy ze soba wspolnego. Martin Davencourt pytajaco przekrzywil glowe. – Jest pani tego pewna? – Jakze inaczej? – Uniosla brwi. – Pan jest stateczny, przywiazany do konwencji, a moze nawet lekko zszokowany towarzystwem, w jakim sie pan znalazl. Martin rozesmial sie. – Odgadla pani bardzo duzo po tak krotkiej znajomosci. – Potrafie rozszyfrowac mezczyzne w trzydziesci sekund. – Rozumiem. A siebie? Zdaje sie, ze zamierzala pani poczynic jakies spostrzezenia na temat swego wlasnego charakteru. – No coz. Jestem niekonwencjonalna, zbuntowana i… – Szalona? – W glosie Martina Davencourta zabrzmiala nutka ironii, zupelnie jakby wymienione przed chwila cechy raczej nie zaslugiwaly na podziw. Juliana niedbale wzruszyla ramionami. – Jestesmy jak noc i dzien, panie Davencourt. Nie, po namysle dochodze do wniosku, ze nie. Obie pory maja zalety. Wino i woda? Prawde mowiac, przypomina mi pan zwietrzalego szampana. Tyle zmarnowanego potencjalu. – Zawsze jest pani taka nieuprzejma wobec przypadkowych znajomych, lady Juliano? – Zawsze. Ale to nic w porownaniu z tym, jaka potrafie byc, zapewniam pana. Jestem dla pana wyjatkowo mila. – Wierze pani. – Martin zmienil ton. – Powinna pani dwa razy pomyslec, zanim pozwoli sobie pani na taka gre, lady Juliano. Pewnego dnia wezmie pani na siebie wiecej, niz zdola uniesc. Na chwile zaleglo milczenie. – Nie sadze – powiedziala wreszcie Juliana lodowatym tonem. – Potrafie zatroszczyc sie o siebie. Kacik ust Martina Davencourta zadrgal w usmiechu. Jego spojrzenie przesunelo sie po niej, powoli, wnikliwie. Od czubka glowy do palcow stop. Na moment zatrzymalo sie na rozpuszczonych kasztanowych lokach okalajacych jej twarz i na piegach u nasady nosa. Spoczelo na wcieciu w talii i szykownych pantofelkach balowych wystajacych spod sukni. Nie zrobil ani kroku w jej kierunku, a jednak Juliana czula sie dziwnie bezbronna. Kiedy to sobie w pelni uswiadomila, zabraklo jej tchu. Otulila sie ciasniej peleryna, palcami przytrzymujac ja przy szyi, by ukryc cieniutka niebieskozielona suknie. – Jest pani pewna? – Martin Davencourt przemowil cicho, nie odrywajac badawczego spojrzenia niebieskich oczu od jej twarzy. – Jest pani pewna, ze potrafi zatroszczyc sie o siebie? Juliana odchrzaknela, nieswiadomie zaciskajac palce na pelerynie. – Oczywiscie, ze jestem pewna! Mieszkam sama, robie, co mi sie podoba, i postepuje tak, odkad skonczylam dwadziescia trzy lata. Martin Davencourt wyprostowal sie. Usmiechal sie. – To brzmi jak mantra, lady Juliano. Rodzaj zaklecia, w ktore, jesli powtarza sie je wystarczajaco czesto, zaczyna sie wierzyc. A wiec skoro to prawda, ze jest pani… zatwardziala rozpustnica, ciekawe, czemu przed chwila sprawiala pani wrazenie przerazonej pensjonarki. Julianie nie spodobala sie ta uwaga. Za bardzo zgadzala sie z tym, co sama widziala wczesniej w lustrze. – To bardzo pozyteczna umiejetnosc, zapewniam pana – odparta nonszalancko. – Panowie uwielbiaja, kiedy odgrywam wcielenie niewinnosci. Nawet kurtyzany pytaly mnie, jak mi sie to udaje. Mam wrazenie, ze falszywa cnota jest w cenie. – Jest pani niezwykle opanowana, pozwoli pani, ze jej to przyznam, lady Juliano. Niemniej, dam pani pewna rade. Jesli przyrzeka pani cos mezczyznie, musi pani byc przygotowana na dotrzymanie obietnicy. W przeciwnym razie okrzykna pania oszustka. W Julianie po raz kolejny wezbrala zlosc. – Dwie rady jednego wieczoru – zauwazyla z przekasem. – Powinien pan pobierac oplaty, panie Davencourt. Moglby pan zbic fortune. Choc z drugiej strony… – zrobila mine – moze nie. Nie jest pan zbytnio interesujacy. Martin Davencourt rozesmial sie. – Byla pani takim slodkim dziewczatkiem, lady Juliano. Co sie z pania stalo? Juliana zawahala sie. – Probuje pan mi wmowic, ze poznalismy sie juz kiedys, panie Davencourt? – Niczego nie probuje pani wmowic, lady Juliano. Mam wrazenie, ze nie pamieta pani naszego poprzedniego spotkania. Pozwoli pani, ze o nim przypomne. Spotkalismy sie w Ashby Tallant, przy rozlewisku pod wierzbami, jednego z tych dlugich goracych letnich dni. Miala pani wowczas czternascie lat i byla takim slodkim, niewinnym dziewczatkiem. Co pania tak odmienilo? Juliana odwrocila glowe. – Pewnie doroslam, panie Dayencourt. Chcialabym moc po wiedziec, ze sobie pana przypominam, ale tak nie jest. – Uniosla brwi. – Ciekawe dlaczego? Poczula, ze wije sie pod badawczym spojrzeniem Martina Davencourta, a policzki zaczynaja ja piec. Zamierzala cos powiedziec, cokolwiek, byle rozproszyc skrepowanie tej chwili, kiedy uslyszala stukot podkow na bruku. Powoz zajechal. Rzadko zdarzalo jej sie odczuwac taka ulge na mysl o tym, ze wybrnela z trudnej sytuacji. – Och, zdaje sie, ze to moj powoz. Martin usmiechnal sie. – W sama pore. Tym sposobem moze pani uciec jeszcze raz, lady Juliano. – Dwornie przytrzymal jej drzwi wyjsciowe. – Dobrej nocy. Wyszedl za nia i niedbale skinawszy dlonia, oddalil sie niespiesznie ulica. Juliana przez dluga chwile odprowadzala go wzrokiem mimo panujacych ciemnosci, z noga oparta o stopien powozu. Byla przyzwyczajona do tego, ze ludzie – na ogol mezczyzni – probowali wmowic jej, iz poznala ich wczesniej, ale Martin Dayencourt raczej do nich nie nalezal. Jasno dal jej do zrozumienia, ze jej nie podziwia. Jednakze, jesli naprawde spotkali sie, bedac dziecmi, moglo to tlumaczyc osobliwe wrazenie rozpoznania, ktore budzilo sie w niej, ilekroc byl w poblizu. Dotkniecie kropli deszczu na twarzy przywolalo ja do rzeczywistosci, totez zajela miejsce w powozie, po czym pochylila sie, aby zaciagnac zaslonki przy oknie. W tym momencie jej uwage zwrocil ruch po drugiej stronie placu. Jakis mezczyzna wkroczyl w krag swiatla rzucany przez lampy uliczne. Juliana wbila w niego wzrok. Serce zaczelo jej walic jak szalone. Patrzyl wprost na nia, a przekrzywienie jego glowy i ksztalt ramion wydaly jej sie znajome. Wygladal jak jej zmarly, nieoplakiwany maz, Clive Massingham. Ale przeciez Massingham zginal ugodzony nozem w bojce w jakims wloskim wiezieniu! Powoz gwaltownie ruszyl i zaslonka powedrowala na miejsce, a Juliana oparla sie o siedzenie. Gra swiatel i tyle. Pamiec splatala jej figla. Nie bylo powodu do niepokoju. Co do Martina Davencourta, najlepiej bedzie o nim nie myslec. Martin Davencourt z prawdziwa ulga wciagnal w pluca swieze nocne powietrze. Atmosfera w domu Emmy Wren byla duszna doslownie i w przenosni. Wyprostowal ramiona, pozbywajac sie w ten sposob denerwujacego uczucia irytacji, ktore przesladowalo go przez caly wieczor. Sam byl sobie winien, skoro zalozyl, ze tak zwana wyrafinowana kolacja w domu pani Wren da mu moznosc prowadzenia inspirujacych rozmow. Najwidoczniej za dlugo byl poza Londynem. A moze zaczynal sie starzec. Niewybredna rozpusta, ktorej byl swiadkiem tego wieczoru, napelnila go niesmakiem. Martin pokrecil glowa. Bogu wiadomo, ze sam nie byl swiety, jednak bezsensowna amoralnosc gosci Emmy Wren przygnebila go bardziej niz cokolwiek innego. A najbardziej przygnebiajace bylo to, ze Andrew Brookes nastepnego dnia zenil sie z jego kuzynka. Martin nie znal Eustach zbyt dobrze – kilka lat byl poza krajem, a jego stosunki z ciotka i jej rodzina, aczkolwiek serdeczne, cechowal dystans – niemniej wcale mu sie nie podobalo, ze jego kuzynka wychodzi za takiego rozwiazlego typa. Z miejsca poczul niechec do Brookesa. Eustacia nie miala, jego zdaniem, wiekszych szans na szczescie malzenskie niz ksiaze regent. Skrecil na Portman Square. Wieczor byl bezgwiezdny, wietrzny i deszczowy. W powietrzu czulo sie zapach swiezosci. Nagle bolesnie zatesknil za Davencourt. Jak tylko sezon dobiegnie konca, byc moze… Teraz nie mogl wyjechac z miasta, nie tylko ze wzgledu na prace. Dla jego najmlodszych siostr wyprawa do Londynu byla nie lada atrakcja i gdyby postanowil wrocic na wies przed ustalonym terminem, bylyby niepocieszone. Musial tez pamietac o starszym rodzenstwie, zwlaszcza o Clarze, ktorej debiut i tak opoznil sie o rok z powodu smierci ojca. Wywolala calkiem spore poruszenie w towarzystwie i moglaby znalezc doskonala partie, gdyby tylko udalo sie ja namowic, zeby ciagle nie przysypiala, bo jak dotychczas skutecznie zniechecala tym potencjalnych wielbicieli. Gdyby udalo mu sie wydac ja za maz, no i znalezc tez meza dla Kitty. Martin zmarszczyl brwi. Kitty nie wykazywala zainteresowania zadna z rozrywek, ktore Londyn mial do zaoferowania, poza jedna, a mianowicie okazja do przegrywania bajonskich sum przy karcianych stolikach. Martin zdawal sobie sprawe z tego, ze zachowanie przyrodniej siostry wynika z glebokiego smutku, ale nie chciala rozmawiac z nim na ten temat. Nie bylo sie czemu dziwic, poniewaz byl o dobre dziesiec lat starszy od niej i prawde mowiac, nie znali sie zbyt dobrze. Tymczasem Kitty grala, nie zwazajac na konsekwencje, a ludzie plotkowali. Kwestia hazardu ponownie przywiodla mu na mysl lady Juliane Myfleet, ktora miala za soba dwa malzenstwa i licznych kochankow. Od ich pierwszego spotkania minelo niemal szesnascie lat. Nic dziwnego, ze o nim zapomniala. W tym czasie spotkal wiele kobiet podobnych do Juliany Myfleet: znudzonych zon, ktorych uroda przeminela wraz z wiecznym niezadowoleniem, albo zblazowanych wdow, ktore pragnely uchodzic za niezwykle wyrafinowane. Martin skrzywil sie. Jedyna roznica miedzy Juliana Myfleet a wszystkimi innymi kobietami tkwila w tym, ze ona czesto zapedzala sie za daleko. Pomyslal, ze robi to umyslnie, bada i prowokuje; nieznosne dziecko, ktore wyroslo na zepsuta kobiete. Tyle ze kiedy ich spojrzenia spotkaly sie po raz pierwszy tego wieczoru, zobaczyl tylko bezbronna dziewczyne grajaca role, ktora ja przerosla. Wrazenie wywolane tym widokiem bylo tym silniejsze, im bardziej kontrastowalo z jej prowokacyjna bezwstydna poza. Podczas gdy inni mezczyzni ploneli z pozadliwosci, on ni stad, ni zowad zapragnal ja chronic i otoczyc czula opieka choc zarazem na widok tego, co z siebie zrobila, doznal gorzkiego rozczarowania. Moze sie mylil, uwazajac ja za bezbronna. Pozniej nie pokazala po sobie niczego procz drazliwosci i znudzenia, co nie powinno go zaskoczyc, no i pewnej zlosliwosci mogacej swiadczyc o tym, ze nie czula sie szczesliwa. Tak czy inaczej nie byla to jego sprawa. Mial wystarczajaco duzo wlasnych problemow. Skrecil w Laverstock Gardens i po chwili wszedl na schody swej miejskiej rezydencji. Wszystkie swiece byly pozapalane, choc minela druga w nocy. Martin uznal to za zly znak. Liddington, kamerdyner, otworzyl drzwi z tak wiele mowiacym wyrazem twarzy, ze Martin do reszty stracil dobry humor. – Az tak zle, Liddington? – spytal, gdy zdjal plaszcz. – Tak, sir. – Kamerdyner nie owijal w bawelne. – W bibliotece czeka na pana pani Lane. Probowalem ja naklonic, zeby odlozyla to do rana, ale bardzo nalegala. – Panie Davencourt! – Drzwi biblioteki otworzyly sie na osciez i jego oczom ukazala sie pani Lane w szelescie sukien. Byla postawna kobieta o siwiejacych wlosach i z wiecznie zbolala mina. Kiedy Martin zobaczyl ja po raz pierwszy, zastanawial sie, czy cierpi na jakas przypadlosc, ktora sprawia jej nieustanny bol. Ostatnio doszedl do wniosku, ze przyczyna tych cierpien jest trud sprawowania opieki nad jego siostrami. – Panie Davencourt, po prostu musze z panem pomowic! Ta dziewczyna jest nie do wytrzymania i zupelnie sie mnie nie slucha! Musi pan z nia porozmawiac. Nadaje sie wylacznie do Bedlam [1] . – Jak przypuszczam, mowi pani o Clarze, pani Lane? – Martin chwycil starsza dame za ramie i poprowadzil z powrotem do biblioteki, byle dalej od ukrywajacych rozbawienie sluzacych. – Wiem, ze jest troche leniwa. – Leniwa! Ta dziewczyna to kokietka. – Poirytowana pani Lane uwolnila ramie z uscisku. – Udaje, ze zapada w sen, by moc ignorowac zalotnikow. Nic dziwnego, ze zaden dzentelmen dotychczas jej sie nie oswiadczyl. Koniecznie musi pan z nia porozmawiac, panie Davencourt. – Zrobie to, naturalnie – obiecal Martin. Ostatnim razem, kiedy probowal omowic z Clara jej zachowanie, odniosl wrazenie, ze zmaga sie z wyjatkowo sliska ryba. Robila niewinne miny, udawala zaskoczona i powiedziala mu, ze naprawde stara sie okazywac zainteresowanie tym, co maja do powiedzenia jej rozmowcy, ale londynski sezon jest okropnie meczacy. W jej oczach dostrzegal upor i mial przykra swiadomosc tego, ze przyrodnia siostra probuje go oszukac, nie zdolal jednak dojsc przyczyn jej zachowania. – Co zas sie tyczy panny Kitty… – Pani Lane nadela sie gniewnie. – Ta dziewczyna wdala sie w zle towarzystwo, sir. Jakim sposobem ma znalezc meza, skoro cale dnie spedza na grze w karty? Na pewno przegrywa kieszonkowe, chociaz ta smarkata do niczego sie nie przyznaje. – Z Kitty tez porozmawiam – obiecal Martin. Rozpaczliwie potrzebowal odrobiny alkoholu. – Moze ma pani ochote na kieliszek ratafii, pani Lane? – Nie, dziekuje, panie Davencourt – odparla pani Lane, zupelnie jakby Martin zaproponowal jej cos niewypowiedzianie wulgarnego. – Nigdy nie pije alkoholu po jedenastej wieczorem. Fatalnie wplywa na moj organizm. – Wstala. – Chce jeszcze tylko dodac, ze jesli panna Kitty i panna Clara nie zmienia postepowania, bede zmuszona zaoferowac swoje uslugi komus innemu. Mnostwo mlodych dam cieszyloby sie, majac mnie za przyzwoitke i na pewno nie przysporzylyby mi trosk. Mam wielkie wziecie, jak pan wie. Sama mysl o utracie pani Lane, choc pozbawionej poczucia humoru, napelnila Martina przerazeniem. Nie zdolalby znalezc innej szanowanej damy sklonnej do opieki nad Kitty i Clara, na dodatek w srodku sezonu, skoro dziewczeta mialy opinie wyjatkowo trudnych. Jego siostra Araminta bardzo ciezko pracowala, zeby pani Lane sie zgodzila. Przyzwoitka sugerowala, ze dom z siodemka dzieci, w ktorym na dodatek brak kobiecej reki, na pewno jest siedliskiem zla, a teraz jego siostry przyrodnie wlasnie udowadnialy, ze miala racje. Martin przeczesal reka wlosy. – Prosze, niech nas pani nie zostawia, pani Lane. Jak dotad radzi sobie pani doskonale. – Wyczuwal nieszczerosc we wlasnym glosie. – Pomysle o tym – odrzekla przyzwoitka laskawie. – Naturalnie, jesli pan uwaza, ze tak doskonale sobie radze, panie Davencourt, moglby pan uwzglednic to w moim wynagrodzeniu. Kolejny szantaz. Zaledwie przed tygodniem byl zmuszony podniesc pensje guwernerowi mlodszego brata, chcac powstrzymac go przed natychmiastowa rezygnacja z posady. Nastepnie guwernantka zagrozila, ze sie zwolni po tym, jak jego mlodsze siostry wsadzily jej do lozka mus jablkowy. Do kompletu brakowalo tylko wymowienia niani. Przytrzymal drzwi pani Lane. – Zobacze, co sie da zrobic, szanowna pani. Tymczasem prosze sie nie martwic. Na pewno porozmawiam zarowno z Kitty, jak i z Clara. – Martin! – Placzliwy glosik wypelnil hol. W polowie schodow prowadzacych na pietro siedziala Daisy, przewieszajac nogi przez azurowa balustrade z kutego zelaza. Przytulala pluszowego niedzwiadka. Daisy miala zaledwie piec lat i byla poznym dzieckiem, owocem ostatniej niefortunnej proby porozumienia miedzy panem a pania Davencourt. Martin popedzil na schody, porwal dziewczynke w objecia i poczul jej gorace lzy kapiace mu na koszule. – Mialam zly sen, Martinie – wykrztusila najmlodsza siostra wsrod czkawki. – Snilo mi sie, ze wyjechales i zostawiles nas na zawsze. Pogladzil ja po wlosach. – Cicho, kochanie. Jestem tutaj i obiecuje, ze nigdy nie wyjade. Na podest wybiegla niania, ze swieca w dloni, w szlafroku zarzuconym pospiesznie na nocna koszule. Z jej zaspanych oczu wyzieral niepokoj. Wyciagnela rece. – Co sie dzieje, panno Elizabeth? Prosze wracac do lozka. Daisy uczepila sie Martina jak rzep, zarzucajac mu pulchne ramionka na szyje. – Chce, zeby Martin polozyl mnie do lozka i opowiedzial mi bajke! Niania popatrzyla na niego blagalnie. – Gdyby pan byl taki dobry, sir. Panna Elizabeth ostatnio miewa zle sny. Jestem pewna, ze bedzie spala lepiej, jesli to pan ja utuli. Stojaca w glebi holu pani Lane wciaz obserwowala Martina z wyrazem chciwosci w bystrych szarych oczach. Jej mina przypominala mezczyznie kota na lowach, wyczekujacego momentu, w ktorym zada ostateczny cios. Poczul zlosc i bezsilnosc zarazem. Odwrocil sie i ucalowal splatane jasne loki dziewczynki. [1] Bedlam – najstarszy na swiecie zaklad opieki dla chorych psychicznie otwarty w 1247 r. (przyp. tlum.) – Chodzmy wiec, kochanie. Opowiem ci bajke o ksiezniczce na ziarnku grochu. Daisy przytulila sie do niego. Dotyk cieplego cialka dodal mu otuchy. W ubieglym roku, kiedy dotarly do niego straszliwe nowiny o smierci ojca i macochy, byl zszokowany i wstrzasniety. Zmarli panstwo Davencourt od dawna rzadko spedzali czas razem. Na wyjatkowa ironie losu zakrawalo, ze oboje zgineli w pozarze, ktory strawil ich rezydencje w Londynie. Philip Davencourt jako zagorzaly torys ubolewal nad wigowskimi sklonnosciami syna, ale mimo krancowo odmiennych pogladow politycznych ojciec i syn darzyli sie nawzajem szacunkiem, a kiedy Martin wszedl w sklad delegacji Castlereagha na Kongres Wiedenski, wiedzial, ze ojciec jest z niego dumny. Jedyne, czego ojciec nie pochwalal, to kawalerski stan syna. Moze ojciec rzeczywiscie mial racje, pomyslal Martin smetnie, niosac Daisy do pokoju dziecinnego. Mezczyznie, ktory ma pod opieka siedmioro mlodszych przyrodnich braci i siostr, potrzeba wsparcia i o wiele trwalszego zwiazku niz przelotny romans. Poza tym w przyszlosci bedzie potrzebowal zony, ktora godnie wywiazywalaby sie z obowiazkow zony polityka. Przytulil Daisy mocniej. Po smierci rodzicow jego rodzona siostra Araminta drugie dziecko z pierwszego malzenstwa ojca utrzymywala ze mlodsze dziewczynki powinny z nia zamieszkac. Martin omal sie nie skusil, koniec koncow postanowil jednak odrzucic jej propozycje. Moze i mial dopiero trzydziesci jeden lat i nie byl zonaty, ale to wszystko bylo niczym w porownaniu z ogromem wspolczucia dla mlodszego rodzenstwa. Dosc sie nacierpieli wskutek smierci rodzicow i nie mogl brac na siebie odpowiedzialnosci za ich rozdzielenie. Zostali wiec z nim i robil dla nich wszystko co w jego mocy. Niemniej potrzebowal zony. Juliana lezala w swoim wielkim lozu z baldachimem i obserwowala gre cieni na scianie. Dom byl pograzony w zupelnej ciszy. Nawet w ciagu dnia nie bylo w nim dzieci, ktore zaklocalyby spokoj. Juliana mieszkala sama, bez towarzyszki, ktora sluzylaby jej za przyzwoitke i zamykala usta plotkarkom. Zdecydowala sie na takie rozwiazanie, utrzymujac, ze mieszkanie z nudna uboga krewna doprowadziloby ja do szalenstwa. Przewrocila sie na bok i przycisnela policzek do chlodnej poduszki. Bylo jej goraco, z trudem powstrzymywala lzy, a zarazem gotowala sie ze zlosci, bo nie rozumiala, dlaczego chce jej sie plakac. Uderzyla piescia w poduszke. Przypomniawszy sobie gre, w ktora grala jako dziecko, probowala wyliczyc powody, dla ktorych powinna byc szczesliwa. Po pierwsze, miala pieniadze, wystarczajaco duzo pieniedzy, by kupic wszystko, czego zapragnela, a reszte przetracic przy zielonym stoliku. Ojciec, choc ubolewal nad jej postepowaniem, chcial jej oszczedzic klopotow finansowych, totez nigdy nie musiala sie martwic, ze zabraknie jej gotowki. Po drugie, Andrew Brookes zeni sie z Eustacia Havard, a ona zostala zaproszona na slub. Jutro nie zagrozi jej nuda. Nie bedzie nawet samotna, bo otocza ja ludzie. Na te mysl poczula sie nieco lepiej. Przygnebienie ustapilo. Po trzecie, byla piekna i mogla miec kazdego mezczyzne, ktorego zapragnela Zmarszczyla czolo. Ta mysl, zamiast poprawic jej samopoczucie, przyprawila ja o lekki dreszcz. Od dawna nie spotkala mezczyzny, ktorego by naprawde pragnela. Armitage, Brookes, Colling… byli na jej kazde skinienie, tak samo jak cala masa innych. Prawde mowiac, wcale jej na nich nie zalezalo. Od czasu nieszczesnego malzenstwa z Clive'em Massinghamem bala sie milosci. Nie pozwoli znow zrobic z siebie idiotki. Pozostal jeszcze Martin Davencourt. Surowy, sztywny, opanowany. Uosabial wszystko, co zazwyczaj odrzucala u mezczyzny. Byc moze wlasnie dlatego postanowila go do siebie przyciagnac. Chciala sprawdzic, czy jest rzeczywiscie taki zasadniczy, na jakiego wyglada. Zamierzala zobaczyc, czy uda jej sie wygrac z cnota. „Spotkalismy sie w Ashby Tallant przy rozlewisku pod wierzbami jednego z tych dlugich goracych letnich dni. Miala pani wowczas czternascie lat i byla takim slodkim, niewinnym dziewczatkiem”. Zasadniczo Juliana starala sie nie pamietac o dziecinstwie, poniewaz nie byl to dla niej zbyt szczesliwy czas. Teraz jednak probowala powrocic myslami do tamtego lata. Na brzegu rozlewiska rzeczywiscie rosly wierzby. Czesto uciekala i kryla sie tam przed guwernantka, gdy z nieba lal sie zar, a w pokoju szkolnym nie sposob bylo wytrzymac z duchoty. Miala zwyczaj lezec w wysokiej trawie, wpatrywac sie w niebo przez falujace galezie drzew i sluchac plusku kaczek na nieruchomej wodzie. To byla jej kryjowka, ale pewnego lata, kiedy miala okolo czternastu lat, pojawil sie tam ktos jeszcze; chlopiec o wlosach koloru siana, o dlugich nogach i rekach, lubujacy sie w czytaniu nudnych filozoficznych dziel. Juliana usiadla na lozku. Martin Davencourt. Zawsze trzymal nos w ksiazce albo bawil sie jakimis wynalazkami. Nie interesowal go jej dziewczecy szczebiot o londynskim sezonie, balach, przyjeciach i mlodych kawalerach, ktorych pozna, kiedy zadebiutuje w towarzystwie. Tamtego lata zawarli pewien pakt. Usilowala sobie przypomniec, co to bylo. Martwila sie, ze nigdy nie spotka mezczyzny, ktory bedzie chcial sie z nia ozenic, a Martin, ktory wlasnie probowal naprawic wyrzutnie katapulty albo jakiegos innego wynalazku, uniosl glowe i powiedzial, ze jesli w wieku trzydziestu lat oboje beda wolni, on sie z nia ozeni. Bylo to bardzo mile ze strony Martina, ale oczywiscie pojechala do Londynu, zakochala sie po uszy w Edwinie Myfleecie i wyszla za niego za maz. Od tamtej pory nie widziala Martina Davencourta. Az do dzis. To bylo piekne sloneczne lato, choc Martin z tym swoim niezdarnym zachowaniem i obsesja na punkcie ksiazek byl troche nudny. Usmiechnela sie. Pewne rzeczy sie nie zmienily. Byl nieciekawy wowczas i nudny teraz. Jego wyglad zmienil sie na korzysc – to najlepsze, co mogla o nim powiedziec. Zawahala sie. Jakims cudem – nie byla pewna, jak to sie stalo – Martin Davencourt zalazl jej za skore jak ostry ciern. W nim i w zdradzieckiej zazylosci, ktora odczuwala w jego towarzystwie, bylo cos zdecydowanie niepokojacego. Uswiadomila sobie, ze Martin bedzie na slubie Andrew Brookesa. Byla speszona tym, ze wkrotce znow sie spotkaja. Nie rozumiala, skad sie to bierze. Jej wybryk na przyjeciu u Emmy byl tylko zartem, a to czy Martin Davencourt bedzie ja za to chwalil, czy nie, nie mialo najmniejszego znaczenia. Wiedziala ze jesli zaraz nie zasnie, na slubie bedzie wygladala okropnie i nikt nie bedzie jej podziwial. Podreptala boso przez pokoj do drewnianej komody w rogu pokoju. Pudelko z pigulkami lezalo w glebi gornej szuflady, pod jedwabnymi ponczochami. Szybko polknela dwie tabletki laudanum i popila je woda z dzbanka stojacego na nocnym stoliku. Tak lepiej. Zaraz zasnie, a kiedy sie obudzi, bedzie ranek. Czekaja duzo zajec i mase spotkan i wszystko bedzie dobrze. Po pieciu minutach zasnela. ROZDZIAL DRUGI _– _ Liczymy na ciebie, Martinie. – Davinia Havard, matka na rzeczonej, wbila grozny wzrok w bratanka. Ponad jej ramieniem Martin widzial swoja siostre, Araminte, ktora robila przepraszajace miny. On i Araminta zawsze byli sobie bliscy. To naturalne, ze bedac jedynymi dziecmi z pierwszego malzenstwa Philipa Davencourta, stali sie sojusznikami i Martin byl wdzieczny Aramincie za okazywane mu wsparcie i serdecznosc. Byli w kosciele, gdzie za niecale dziesiec minut miala sie rozpoczac ceremonia zaslubin Eustacii. Dlatego tez rozmowa polegala na dyskretnych posykiwaniach pani Havard i uprzejmych szeptach Martina w odpowiedzi. Pani Havard osaczyla bratanka w lawce i zawisla nad nim, przygwazdzajac go do miejsca zarowno poteznym cialem, jak i sila osobowosci. Zmienil pozycje i zalozyl noge na noge w nadziei, ze bedzie mu wygodniej. Liczyl tez na to, ze ciotka troche sie odsunie. Wialo od niej silnym zapachem kamfory, od ktorego zawsze swedzialo go w nosie. – Jestem na twoje uslugi, naturalnie, ciociu Davinio – szepnal uprzejmie – ale nie za bardzo wiem, o co ci chodzi. A dokladniej, co wlasciwie mialbym robic? Davinia Havard westchnela przeciagle. – Licze na ciebie, Martinie. – Dla podkreslenia szturchnela go tlustym palcem w piers. – Licze, ze nie dopuscisz, by ta przerazajaca kobieta, Juliana Myfleet, zepsula slub Eustacii. Popelnilam blad, pozwalajac, by sie tu zjawila! Lady Lestrange wlasnie opowiedziala mi, co ona zrobila wczorajszego wieczoru na kolacji na czesc Andrew Brookesa. Slyszales o tym? – Slyszalem? – mruknal Martin, jakby do siebie. Po czym usmiechnal sie smetnie do ciotki. – Obawiam sie, ze to widzialem, nie tylko slyszalem. Araminta patrzyla na niego z wyrzutem i rozbawieniem. Pochylila sie do przodu i przenikliwym szeptem wlaczyla sie do rozmowy. – Martinie! Chyba nie chcesz powiedziec, ze byles na orgii u Emmy Wren? Jak mogles? Nie posadzalam cie o tak zly gust. – Wyszedlem, zanim orgia sie zaczela – odparl Martin polglosem, usmiechajac sie do siostry. – Bylem tylko na przystawkach. Popelnilem ten blad, bo slyszac, jak ktos okreslil przyjecia u pani Wren mianem stymulujacych, pomyslalem, ze chodzi o toczone tam rozmowy. Araminta z trudem powstrzymywala sie od smiechu. Davinia Havard wygladala na wstrzasnieta. Martin natychmiast pozalowal impulsu, ktory pchnal go do zartu. Ciotka, w przeciwienstwie do Araminty, nie miala za grosz poczucia humoru. – W takim razie wiesz, do czego jest zdolna ta kreatura Myfleet, Martinie! Jestem pewna, ze dopusci sie czegos niewypowiedzianie wulgarnego i moja biedna mala Eustacia przezyje upokorzenie w dniu swego slubu! Martin skrzywil sie. Slyszac, ze o Julianie mowi sie jako o „tej kreaturze Myfleet” z tak gleboka pogarda, poczul gwaltowny przyplyw rozdraznienia. Sprobowal sie opanowac. – Jestem pewien, ze zanadto ponosi cie wyobraznia, ciociu Davinio – zauwazyl chlodno. – Lady Juliana z pewnoscia ni czego takiego nie zamierza. Ciotka popatrzyla na niego ponuro. – Przypomne ci o tym, kiedy zakloci uroczystosci i wystawi nas na posmiewisko! Martinie – znizyla glos jeszcze bardziej i usilowala go zjednac – mamy szczescie, ze jestes swiatowcem. Wiem, ze moge na tobie polegac. Na pewno poradzisz sobie z ta kreatura, gdyby cos poszlo nie tak. Teraz niemal wszyscy zgromadzeni goscie obserwowali ich ze zle skrywana ciekawoscia i wyciagali szyje, starajac sie podsluchac, o czym rozmawiaja. Andrew Brookes, siedzacy po drugiej stronie nawy, sprawial wrazenie ciezko chorego i wyczerpanego. Martin poczul gwaltowny przyplyw wscieklosci, a potem westchnal z rezygnacja. W kazdym razie pan mlody stawil sie na slub, nawet jesli przybyl tu wprost z lozka kurtyzany. Martin ujal ciotke pod ramie i stanowczo zaprowadzil ja do jej wlasnej lawki. Przyblizyl wargi do jej ucha. – Zdaje sie, ze niepotrzebnie tak sie denerwujesz, ciociu Davinio, bo nie widze lady Juliany wsrod gosci. Niemniej, gdyby zaszla koniecznosc interwencji, zrobie co w mojej mocy. Pani Havard ciezko usiadla na swoim miejscu. – Dziekuje ci, Martinie, moj drogi. – Nie martw sie, ciociu. Za chwile bedzie tu Eustacia i wszystko pojdzie jak po masle, nie mam co do tego watpliwosci. Pani Havard po omacku grzebala w ozdobnej torebce w poszukiwaniu soli trzezwiacych. Ktos wsrod gosci zachichotal nerwowo na widok matki panny mlodej w takim stanie. Martin; pelen potepienia dla wystrojonego, zlosliwego towarzystwa, ktore stawilo sie tlumnie na slub jego kuzynki, obiecal sobie, ze jesli on sie kiedykolwiek ozeni, uroczystosc odbedzie sie w kameralnym gronie. To widowisko bylo po prostu smieszne. Wiekszosci zebranych szczescie Eustach bylo najzupelniej obojetne, przybyli tu wylacznie dla rozrywki. Wielkimi krokami udal sie na swoje miejsce i usiadl obok siostry. – Nie jestem w stanie uwierzyc, ze obawy ciotki moglyby sie sprawdzic – szepnal. Araminta polozyla mu dlon na ramieniu. – Martinie, wiesz przeciez, ze cioci Davinii najlepiej przytakiwac. A poza tym gdyby przypadkiem lady Juliana Myfleet zaczela rozbierac sie w kosciele, bedziemy pewni, ze ty opanujesz sytuacje. – Mam tu czworo dzieci, ktorych musze dopilnowac. Czy to nie za duzo wymagac ode mnie, zebym byl rowniez nianka lady Juliany Myfleet? Nie rozumiem, dlaczego w ogole zostala zaproszona, skoro jest kochanka Andrew Brookesa. To wyjatkowy afront wobec Eustacii. – Powiedzialabym, ze to wymowny dowod na to, jakim czlowiekiem jest Brookes. – Chyba wiedzialas o tym juz wczesniej. – Ja tak, ale ciotka Davinia nie. – Araminta znow westchnela. – Mimo tej calej fanfaronady, jesli chodzi o zwyczaje przyjete w naszym srodowisku, jest wyjatkowo naiwna. Widocznie Brookes przekazal jej liste swoich gosci, a ciotka Davinia zaakceptowala ja bez czytania. Kiedy odkryla prawde, o maly wlos nie dostala apopleksji. Martin pokrecil glowa. – Gdyby nie wpadlo im do glowy wydawac Eustacii za Brookesa… – Wiem. – Araminta dyskretnie rozlozyla rece. – Niestety, brak mu charakteru, ale jest synem markiza i Eustacii na nim zalezy. – A ktory z tych czynnikow zawazyl na decyzji Havarda, kiedy dawal zgode na to malzenstwo? – spytal sarkastycznie Martin. Nie przepadal za wujem, ktory byl wyjatkowym karierowiczem. Martin od poczatku uwazal, ze Justin Havard wzenil sie w rodzine Davencourtow dla zaspokojenia ambicji, a teraz w ten sam sposob sprzedawal swoja corke. Pieniadze tutaj, tytul tam. Oto sposob, w jaki mezczyzna pokroju Havarda mogl zyskac wplywy w swiecie. Siostra patrzyla na niego z rezygnacja. – Jestes zbyt pryncypialny, Martinie. – Bardzo przepraszam. Nie bylem swiadomy tego, ze to mozliwe. – Czasem trzeba troche ustapic – westchnela, najwyrazniej poirytowana. – Jako przyszly czlonek parlamentu powinienes o tym wiedziec. Martin wiedzial. Po prostu mu sie to nie podobalo. – Gdyby przypadkiem lady Juliana probowala wywolac zamieszanie, obiecuje, ze wyprowadze ja z kosciola chocby sila. W za mian musisz mi jednak przyrzec, ze bedziesz pilnowala Daisy. Araminta nachylila sie i pocalowala go w policzek. – I Marii, i calej reszty stadka, obiecuje. Dziekuje ci, Martinie. Jestes naprawde mily. – Miejmy nadzieje, ze nie bede zmuszony do wywiazania sie z mego przyrzeczenia – zauwazyl ponuro jej brat. Lady Juliana Myfleet wsliznela sie do lawki na tylach kosciola i obdarzyla promiennym usmiechem mlodego druzbe, ktory ja doprowadzil na miejsce. Siedziala z tylu nie dlatego, ze nie chciala rzucac sie w oczy, ale po prostu dlatego, ze sie spoznila. Decyzja, co na siebie wlozyc, skromna zielen czy szokujacy szkarlat, nalezala do naprawde trudnych. W koncu zdecydowala sie na szkarlatna suknie z glebokim dekoltem, srebrny naszyjnik w ksztalcie polksiezyca, ktory zawsze nosila, i pasujaca do niego srebrna bransolete. Mroczny kat na tylach kosciola nie uchronil jej przed rozpoznaniem. Wsrod zebranych bylo wielu ludzi, ktorych znala, zarowno zyczliwych, jak i mniej zyczliwych. Spostrzegla swego brata Jossa i jego zone Amy. Siedzieli obok Adama Ashwicka, jego niedawno poslubionej zony Annis i brata Edwarda. Edward Ashwick usmiechnal sie do niej i skinal glowa. Juliana poczula, ze serce jej topnieje. Poczciwy Ned. Zawsze taki mily, mimo ze byl duchownym, a ona upadla kobieta. Inni znajomi okazali sie mniej sympatyczni. Juz kilka glow sie odwracalo, a czepki dam poruszaly sie potakujaco. Towarzystwo przekazywalo sobie smakowita plotke o jej poczynaniach na przyjeciu minionej nocy. Juliana usmiechnela sie lekko. Bez watpienia cala historia w miare wedrowki po klubach, a stamtad do domow arystokracji nabrala karykaturalnych rozmiarow. Zadziwiajace, jak szybko szerzy sie plotka. Teraz stateczne matrony beda mialy jeszcze jeden powod do cmokania, jak bedzie przechodzila, kolejna historie do wciagniecia na liste skandali z jej udzialem. Ojciec slyszal o nich wszystkich – skandaliczne figle, ryzykowne zaklady, parada rzekomych kochankow. Wiele osob myslalo, ze Juliana i Andrew Brookes byli kochankami, ale ona wiedziala swoje. Widywano go z nia na miescie przez pare miesiecy, to fakt, lecz nie krylo sie za tym nic poza wygoda i dobra zabawa. Taki uklad zapewnial jej towarzystwo, a Brookes mogl sie pochwalic piekna kobieta. Zadne z nich nie widzialo w tym powodu do narzekan. Zabawne, Brookes czekajacy na narzeczona wygladal na wyjatkowo skrepowanego. Rumiana twarz o jasnej karnacji poczerwieniala, jakby za duzo wypil dla dodania sobie odwagi przed ceremonia zaslubin. Co rusz wsuwal palec za fular, jakby ciasny wezel go dusil. Juliana cynicznie pomyslala, ze Brookesa zapewne przytlacza sama mysl o malzenstwie, aczkolwiek gorzka pigulke mialo mu oslodzic piecdziesiat tysiecy funtow. Mimo to dalaby glowe, ze nim malzenskie loze zdazy wystygnac, on wroci do swojej najnowszej kochanki. Poprawiajac faldy przepieknej sukni ze szkarlatnego jedwabiu i skromnie nasuwajac kapelusz na czolo, Juliana myslala, ze pieniadze to za malo, by zatrzymac takiego czlowieka jak Brookes. Na moment zrobilo jej sie zal panny Havard. Jej serce wezbralo szczerym wspolczuciem, ktore zniklo rownie szybko, jak sie pojawilo. Jak sobie poscielisz, tak sie wyspisz. W nowoczesnym malzenstwie nie ma miejsca na sentymenty. Obserwowal ja jakis mezczyzna. Stal w cieniu otwartych drzwi, przez ktore slonce rzucalo ukosnie oslepiajace promienie na kamienne plyty posadzki. Juliana, nawykla do meskiego podziwu, nie omieszkala zauwazyc, ze mezczyzna wpatruje sie w nia wyjatkowo bacznie. Zerknela na niego spod ronda kapelusza i poczula sciskanie w zoladku. Martin Davencourt. Przez chwile wpatrywali sie w siebie, po czym Juliana raptownie oderwala od niego wzrok i utkwila go w rzezbionym aniele na prospekcie organowym. Poczula, ze pieka ja policzki. Zarumienila sie. Zdarzalo sie jej to niezwykle rzadko. Jak on smial tak na nia dzialac? Zazwyczaj czyjas dezaprobata sprawiala, ze poczynala sobie jeszcze odwazniej. Pojawila sie narzeczona, czarujaca drobna dziewczyna o blond lokach. Juliana nie znosila mdlych panienek. Sezon w Londynie ostatnimi czasy w nie obfitowal, a to ich mizdrzenie sie, chichoty i niewinnosc byly nie do wytrzymania. Panna mloda miala na sobie skromna suknie z bialego muslinu, a na niej bialy szal. Kraj sukni i boki szala ozdabial wypukly wzor atlasowych kwiatkow, a sam szal byl przetykany bladozolta nicia. Wygladala slicznie i byla bardzo przejeta. Siedem malych druhen w bialych sukienkach z bialymi wstazkami na slomkowych czepkach przepychalo sie i wiercilo w drzwiach. Katem oka – bo przeciez nie patrzyla na niego – spostrzegla, jak Martin Davencourt pochyla sie i z usmiechem gladzi po policzku najmlodsza z druhen. Przypomniala sobie, jak Emma mowila, ze Martin ma kilka mlodszych siostr. Panna mloda ruszyla glowna nawa w kierunku oltarza. Juliana obserwowala twarz Andrew Brookesa na ktorej malowalo sie rosnace przerazenie. Brookes wreszcie zostal schwytany w malzenska pulapke. Predzej czy pozniej czekalo to wszystkich rozpustnikow do wziecia. Pozostal juz tylko przyjaciel Jossa, Sebastian Fleet, jesli pominac calkowicie nieodpowiednich libertynow, takich jak Jasper Colling. Wkrotce nie bedzie nikogo, kto by jej towarzyszyl na miescie. Brookes przynajmniej nie kryl, ze zeni sie dla pieniedzy. Zarowno Joss, jak i Adam okazali sie obrzydliwie sentymentalni, bo obaj zakochali sie w swoich przyszlych zonach. Juliana nie miala czasu ani ochoty na sentymenty. Kiedys tego poprobowala i uznala, ze wystarczy. Wiercila sie na lawce. Zalowala, ze przyszla. Wywolac zamieszanie, przychodzac na slub domniemanego kochanka to jedno, ale byc zmuszona siedziec spokojnie podczas calej nudnej ceremonii to calkiem co innego. Probowala powstrzymac kichniecie. Za cokolem po jej prawej stronie stala wielka waza z liliami. Wygiete preciki pokrywal aromatyczny pomaranczowy pylek, co wygladalo na wyjatkowo wulgarny symbol plodnosci. Ciekawe, czy Eustacia zostanie podobnie poblogoslawiona. Brookes nie chcial miec dzieci. Twierdzil, ze przeszkadzaja w czerpaniu z przyjemnosci. Juliana zgadzala sie z nim, niemniej kiedy zobaczyla mala siostrzyczke Martina, serce jej sie scisnelo z zalu. Kichnela i ukryla nos w chusteczce. Pylek dusil ja w gardle i oczy zaczely jej sie napelniac lzami. To bylo wyjatkowo krepujace. Na pewno niedlugo bedzie paskudnie wygladala. Kichnela znow, raz po razie. Kilka osob odwrocilo sie, zeby ja uciszyc. Pastor wlasnie mowil monotonnie o celach malzenstwa. Juliana nagle przypomniala sobie siebie, jak stoi przed oltarzem, mlodziutka, osiemnastoletnia debiutantka zakochana do szalenstwa. Edwin mocno scisnal jej reke w swojej, a ona usmiechnela sie do niego promiennie. Jedenascie lat temu. Gdyby tylko jej nie zostawil. Wstala i zaczela powoli isc w strone glownego wyjscia, po drodze depczac ludziom po nogach. Nie widziala, dokad idzie, a kiedy na koncu lawki potknela sie i ktos zlapal ja za ramie i pomogl odzyskac rownowage, poczula wdziecznosc. – Tedy, lady Juliano – uslyszala, jak ktos szepcze jej do ucha. Jej ramie zniknelo w mocnym uscisku i wkrotce znalazla sie przy drzwiach. – Dziekuje panu. Zorientowala sie, ze wyszli na zewnatrz, bo poczula slonce na twarzy, a lekki wietrzyk piescil jej skore. Oczy wciaz jej lzawily i byla niemal pewna, ze zaraz beda czerwone jak u krolika, ktorego miala w dziecinstwie. Nic nie mozna bylo na to poradzic. Cierpiala na katar sienny od lat, ale to prawdziwy pech, ze musial ja dopasc na oczach tylu ludzi. Czula, ze cieknie jej z nosa i po omacku szukala chusteczki. Delikatny batyst starczy najwyzej na jedno porzadne wydmuchanie. Kiedy czerwona ze wstydu wahala sie, czy wytrzec nos rekawem, czy zostawic tak, jak jest, mezczyzna wcisnal jej w dlon duza, biala chustke, ktora Juliana chwycila z wdziecznoscia. – Dziekuje panu. – Tedy, lady Juliano – powtorzyl mezczyzna. Mocniej scisnal jej ramie, prowadzac ja w dol koscielnych schodow. W pewnej chwili Juliana potknela sie i za moment poczula, jak otacza ja ramieniem. Nabrala tchu, gotowa zaprotestowac, bo uznala to za wyjatkowo niestosowne, ale bylo juz za pozno. Przez lzy zobaczyla, jak przed nimi zatrzymuje sie powoz, a nastepnie drzwiczki sie otworzyly i mezczyzna wepchnal ja do srodka. Nie miala czasu krzyknac. Ledwie zdazyla zaczerpnac powietrza, kiedy wskoczyl za nia i stangret popedzil konie. Rzucona na siedzenie, bez tchu, ze spodnica podciagnieta do kolan, z oczami wciaz oslepionymi lzami, usilowala odzyskac rownowage i godnosc. – Co pan wyprawia, na litosc boska? – Prosze sie uspokoic, lady Juliano. Porywam pania. Chyba cos takiego nie powinno dziwic w przypadku kobiety o takiej reputacji? A moze woli pani porwac mnie? Juliana wyprostowala sie na siedzeniu. Rozpoznala ten glos po ukrytej kpinie. Teraz kiedy lzy przestaly plynac, zobaczyla twarz swego towarzysza. Wyprostowala sie jeszcze bardziej. – Pan Davencourt! Nie prosilam, zeby mi pan gdziekolwiek towarzyszyl! Prosze laskawie kazac stangretowi, zeby zatrzymal konie, bo zamierzam wysiasc. – Zaluje, lecz nie moge tego zrobic – odparl Martin Davencourt z niezmaconym spokojem. Zdazyl zajac miejsce naprzeciwko Juliany i siedzial teraz w swobodnej pozie, obserwujac ja ze zdawkowa obojetnoscia. – A dlaczego nie? To chyba prosta prosba. Martin Davencourt wzruszyl ramionami. – Slyszala pani kiedys, zeby porwanie zakonczylo sie tak banalnie? Nie sadze. Nie moge pani puscic, lady Juliano. Miala wrazenie, ze za chwile eksploduje ze zlosci. Oczy wciaz jej lzawily, glowa bolala, a ten nieznosny typ zachowywal sie tak, jakby jedno z nich bylo szalone. Wiedziala ktore. Sprobowala mowic spokojnie. – W takim razie moze mi pan przynajmniej wyjasni, o co tu chodzi. Nie wierze, ze ma pan zwyczaj porywac damy w taki sposob, panie Davencourt. Gdyby pan tak robil, szybko znalazlby sie pan w Newgate [2] , a poza tym jest pan zbyt przyzwoity, by pozwalac sobie na cos takiego! Martin przekrzywil glowe. – Czy to wyzwanie? – Nie! – Juliana wyniosle odwrocila glowe. – Co za afront! Odwrocila wzrok do okna, za ktorym szybko przesuwaly sie londynskie ulice. Przez chwile rozwazala, czy nie wyskoczyc z powozu, jednak odrzucila ten pomysl jako ryzykowny. Nie jechali szybko – w Londynie rzadko mozna bylo sobie na to pozwolic – ale i tak bylo to niemadre. Moglaby sie ubrudzic albo, co gorsza, skrecic noge. Ponownie zerknela na Martina Davencourta. Moze minionej nocy rozbudzila w nim nieposkromiona namietnosc, wiec postanowil ja uprowadzic i zmusic do uleglosci? Juliana byla dosc prozna, ale nie brakowalo jej tez zdrowego rozsadku, totez odrzucila te mozliwosc jako malo prawdopodobna. Zaledwie pol godziny temu Martin patrzyl na nia z pogarda, nie z upodobaniem. Teraz w zamysleniu przesuwal po niej wzrokiem, zupelnie jakby sporzadzal inwentarz jej cech. Juliana uniosla podbrodek. – No i? Surowe usta Martina Davencourta wygiely sie w usmiechu. Wokol oczu dostrzegla wyrazne zmarszczki, swiadczace o tym, ze czesto sie smial. Mial tez dwie dlugie bruzdy na policzkach, ktore poglebialy sie, kiedy sie usmiechal. Juliana nagle przypomniala sobie, jak bardzo podobal jej sie jego usmiech, kiedy byla podlotkiem. Naprawde czarujacy. Martin Davencourt byl wyjatkowo atrakcyjnym mezczyzna. Kiedy uswiadomila sobie, ze uwaza go za atrakcyjnego, zirytowala sie. – Co i? – spytal Martin. – Coz, wciaz czekam na wyjasnienie, sir. Zdaje sobie sprawe, ze przez dlugi czas nie bylo pana w Londynie, ale nie jest przyjete zachowywac sie w ten sposob, wie pan. Nawet ja ostatnio rzadko bywam porywana. Martin rozesmial sie. – Stad koniecznosc wywolywania sensacji w inny sposob, tak sadze. Naturalnie uwazam, ze awantura na slubie pani kochanka bylaby w wyjatkowo zlym guscie, lady Juliano. Miana zmarszczyla czolo. – Awantura. Och, rozumiem! Myslal pan, ze chce zrobic scene! Mimo wszystko nie zdolala powstrzymac usmiechu. A wiec Martin myslal, ze ona zamierza odegrac role porzuconej kochanki i rzucic sie na pana Modego u stop oltarza w ostatnim namietnym lzawym pozegnaniu. Andrew Brookes nie byl wart takiej sceny, nawet gdyby przyszlo jej do glowy cos takiego. Spojrzala na Martina ze szczerym rozbawieniem. – Jest pan w bledzie. Nie mialam zamiaru… Martin spostrzegl jej usmiech i wytlumaczyl go sobie zupelnie inaczej. Zacisnal usta. – Niech sie pani nie trudzi, lady Juliano. Prawde mowiac, sadzilem, ze pani wyskok ostatniej nocy byl az nadto skandaliczny, lecz to przechodzi granice. Ta szkarlatna suknia… – Znow omiotl ja wzrokiem. – Te krokodyle lzy… jest pani do skonala aktorka, mam racje? Miana az sie zatchnela. – Lzy? Cierpie na katar sienny. Martin wyjrzal przez okno, jakby jej tlumaczenia zupelnie go nie interesowaly. – Moze pani sobie darowac protesty. Jestesmy na miejscu. Juliana zerknela przez okno powozu. Znajdowali sie na ladnym niewielkim placu okolonym pietrowymi domami, przypominajacymi jej wlasny. Powoz wjechal z klekotem w waska, lukowata brame i znalezli sie na dziedzincu stajennym. Juliana odwrocila sie i spojrzala na Martina. – Dokad przyjechalismy? Jedynym miejscem, w ktorym chcialabym sie teraz znalezc, jest moj dom! Martin westchnal. [2] Newgate – wiezienie w Londynie otwarte w 1188 r., sluzace miedzy innymi wiezniom oczekujacym na egzekucje (przyp. tlum.). – Zapewne. Nie moge jednakze zostawic pani samej, a wiec przywiozlem pania do siebie. Obiecalem ciotce, ze nie spuszcze pani z oka i nie pozwole, zeby zepsula pani ceremonie zaslubin. Juliana usiadla wygodniej. – Ciotce? Jak rozumiem, ma pan na mysli matke panny Havard? – Wlasnie. Kiedy uslyszala, ze jest pani kochanka Brookesa, zaczela sie obawiac, ze zrobi pani cos strasznego, by zepsuc dzien slubu jej corki. Wyglada na to, ze miala racje. – Rozumiem. Myslalam, ze jestem pomyslowa, panie Davencourt, ale panska pomyslowosc znacznie przewyzsza moja. W koncu, przy takich przypadkach szalenstw w rodzinie, kogo mogloby to dziwic? Zapewniam pana, ze pan – i pani Havard – jestescie w wielkim bledzie. – Chcialbym pani wierzyc – powiedzial Martin uprzejmie – obawiam sie jednak, ze nie moge podjac takiego ryzyka. Jesli pozwole pani teraz odejsc, zdazy pani wrocic w sama pore, by zepsuc weselne sniadanie. – Moglabym na przyklad zatanczyc na stole – zauwazyla Juliana z sarkazmem – na dodatek rozebrana! – Zrobila to pani ubieglej nocy, o ile sobie przypominam. – Spojrzenie Martina Davencourta przygwozdzilo ja do miejsca. – Wejdzie pani do srodka dobrowolnie czy mam pania wniesc? Obawiam sie, ze byloby to nieprzyzwoite. Juliana spiorunowala go wzrokiem. – Nigdy nie robie niczego nieprzyzwoitego. Martin rozesmial sie. – Doprawdy? A jak okreslic to, ze kiedy zazywala pani slawnych kapieli blotnych doktora Grahama w Piccadilly, uparla sie pani, by sluzacy wyniesli wanne na zewnatrz? To musialo byc prawdziwe widowisko dla motlochu. Czy to bylo przyzwoite? – Kapiele blotne bralam dla zdrowia – powiedziala Juliana wyniosle. – Poza tym trudno byloby kapac sie w ubraniu. Wie pan, jakie byloby brudne? – Hm. Pani argument mnie nie przekonal. A co pani powie na to, ze przebrala sie pani za dame z polswiatka, by podstepem naklonic lorda Berkeleya do zdrady? Czy to bylo przyzwoite? Albo mile? – To byl tylko zart – powiedziala nadasana Juliana. Zaczynala czuc sie jak nieposluszne dziecko, ktore spotyka nagana. – Poza tym Berkeley sie na to nie nabral. – Jesli nawet, smiem watpic, czy lady Berkeley uznala ten zart za szczegolnie zabawny – zauwazyl Martin oschle. – Podobno przez pare dni plakala. – Coz, to jej problem – burknela Juliana, wyprowadzona z rownowagi. – Za to pan okazuje sie prawdziwym nudziarzem, panie Davencourt. Co pan robi dla rozrywki? Czyta gazety? A moze to zajecie zbyt pana podnieca? – Czasami czytam „Timesa” – przyznal Martin – albo doniesienia z parlamentu. – Powinnam byla sie tego domyslic! Martin pominal jej slowa milczeniem. Lokaj otworzyl drzwiczki powozu i opuscil schodki. Juliana przyjela jego pomoc przy wysiadaniu, aczkolwiek z pewna niechecia i jak tylko bylo to mozliwe, uwolnila sie z uscisku. Cala sytuacja wydawala sie absurdalna, ale w tej chwili nie przychodzilo jej do glowy nic, co moglaby na to poradzic. Martin Davencourt nie zamierzal sluchac jej wyjasnien, a poza tym byla na niego taka zla ze i tak nie miala ochoty sie tlumaczyc. Znalezli sie w impasie. Rozejrzala sie wokol siebie z ciekawoscia. Stali na porzadnym podjezdzie wylozonym kostka, na tylach rzedu domow, a za moment Martin poprowadzil ja ku drzwiom wiodacym do rezydencji. W pasie czula stanowczy dotyk jego cieplej dloni. Doznala dziwnego uczucia. Zla na siebie, wypalila: – Szmugluje mnie pan przez tylne drzwi, panie Davencourt? Boi sie pan, ze zaczne sie awanturowac, jesli ktos mnie zobaczy? – Z pewnoscia pani nie ufam – odparl Martin z niklym usmiechem. Przytrzymal dla niej drzwi. – Tedy, lady Juliano. Drzwi zamknely sie za nimi z cichym trzaskiem. Wylozony kamiennymi plytkami korytarz byl przyjemnie chlodny po zarze panujacym na zewnatrz. Kiedy oczy Juliany przywykly do polmroku, zobaczyla, ze Martin prowadzi ja do przestronnego holu wylozonego bladorozowym marmurem, zdobionego posagami i bujna zielona roslinnoscia. Swiatlo dostawalo sie do srodka przez duza kopule umieszczona nad schodami, a promienie sloneczne przesaczaly sie przez rosliny, tworzac roztanczone cienie na posadzce. Calosc byla czarujaca i tchnela spokojem. – Och, jak ladnie! – zawolala Juliana odruchowo i z miejsca spostrzegla, ze Martin wyglada na nieco zaskoczonego tym wybuchem entuzjazmu. – Dziekuje. Bardzo sie ucieszylem, kiedy rzeczywistosc dorownala mojemu projektowi. Spojrzala na niego ze zdziwieniem. – Chyba nie projektowal pan tego sam? – Czemu nie? Nie bylo to trudne, zapewniam pania. W trakcie moich podrozy widzialem wiele wloskich palacow. To one mnie zainspirowaly. Moja siostra Clara pomogla mi dobrac kolory i urzadzic wnetrza. Ma dryg do takich rzeczy. Juliana westchnela. Ona takze podrozowala po Wloszech, ale to co widziala, bylo tak dalekie od palacow jak to tylko mozliwe. Pensjonaty z zapchlonymi lozkami i wilgocia sciekajaca po scianach, cuchnace kanaly, w ktorych obok siebie plywaly zepsute warzywa i rozkladajace sie ciala psow. Upal, smrod, halas, i nieustanne pijackie wrzaski Clive'a Massinghama, ktory namowil ja do ucieczki z Anglii, chcac uniknac placenia dlugow, a dwa tygodnie po slubie zostawil na pastwe losu. Wzdrygnela sie. Martin otworzyl przed nia drzwi i przepuscil ja przed soba do malego salonu. Byl pomalowany na kolor cytrynowy i bialy i wskutek tego wydawal sie pelen swiatla. Meble z drzewa rozanego doskonale tu pasowaly. Pomyslala, ze Clara Davencourt rzeczywiscie zna sie na stylowym urzadzaniu wnetrz. – Czy moge zaproponowac pani cos do picia, lady Juliano? – spytal z wyszukana uprzejmoscia. Popatrzyla mu prosto w oczy. – Chetnie napije sie wina, dziekuje, A moze moj pobyt sie przedluzy? Moze powinnam zazyczyc sobie porzadnego obiadu? Usmiechnal sie. – Mam nadzieje, ze nie bedzie pani musiala zostawac tu tak dlugo. – Och, pan tez ma taka nadzieje! Coz, to zachecajace! – Obdarzyla go szerokim usmiechem. – Mysl, ze zamierza pan narzucac mi swoje towarzystwo przez dlugie godziny, przejela mnie dreszczem. Martin westchnal. – Prosze spoczac, lady Juliano. Usiadla na sofie z drzewa rozanego i podskoczyla, bo cos ostrego wbilo jej sie w biodro. Dochodzenie wykazalo, ze to maly drewniany zaglowiec, dziecieca zabawka. Ostroznie odlozyla ja na stolik. – To lodka mojej siostry Daisy – wyjasnil Martin, podajac jej kieliszek wina. – Prosze o wybaczenie, lady Juliano. Daisy rozrzuca zabawki po calym domu. Teraz szczegolnie upodobala sobie stateczki, bo czesto opowiadam jej o moich podrozach. Raptownie przerwal, zupelnie jakby nagle przypomnial sobie, ze nie prowadzi towarzyskiej rozmowy, a ich spotkanie ma inny cel. Zapadla niezreczna cisza. Po kilku minutach przepiekny zegar z bialego zlota stojacy na kominku wybil dwunasta. Juliane cala ta sytuacja zaczynala bawic. – Zdaje sie, panie Davencourt, ze teraz, kiedy tu jestem, nie za bardzo pan wie, co ze mna poczac. Przyszlo mi do glowy, ze skoro mamy spedzic razem jeszcze troche czasu, moglibysmy sprobowac poznac sie lepiej i… – Nie! – Martin nie czekal, az skonczy. Nachmurzyl sie. – Nie zamierzam skorzystac z pani propozycji, lady Juliano. Poza tym moj mlodszy brat wkrotce powinien wrocic z Cambridge. – W takim razie moze porozmawiam z nim, skoro pan nie ma ochoty rozmawiac ze mna – powiedziala Juliana ukladnie. Z satysfakcja spostrzegla ze sie zaczerwienil. Trafila go, bezdyskusyjnie. – Porozmawiac! Myslalem, ze chodzi pani o… – Martin Davencourt gwaltownie przerwal. – Myslal pan, ze znowu bede sie panu narzucac? – Juliana skromnie poprawila faldy jedwabnej sukni i upila ryk wina. Obserwowala go znad krawedzi kieliszka. – Moj drogi panie Davencourt, zapewniam pana ze potrafie zrozumiec aluzje tak dobrze jak inni. Poza tym pan sam zasugerowal, ze nie nadaje sie pan na moja zdobycz i ze powinnam byc bardziej wybredna. – Zdaje sie, ze na to zasluzylem. – Wargi Martina Davencourta wygiely sie w niklym usmiechu. Wygladal na zawstydzonego. Nawet jej sie to spodobalo. Mezczyzni, z natury dumni, na ogol nie potrafili dac za wygrana kiedy zostali zapedzeni w kozi rog, ale Martin byl na tyle pewny siebie, ze nie wahal sie przyznac, iz zostal pokonany. – Skoro nie chce pan dac sie uwiesc – ciagnela slodko – moze powspominamy dawne dzieje? Ile to juz lat minelo od czasu, gdy spotkalismy sie w Ashby Tallant? Czternascie? Pietnascie? – Przekrzywila glowe na bok i spojrzala krytycznie na swego rozmowce. – Powinnam byla sie domyslic, ze wyrosnie z pana ktos taki. Nudny chlopak czesto staje sie nudnym mezczyzna, choc musze przyznac, ze przynajmniej pan wyprzystojnial. Martin nie wydawal sie urazony tym dwuznacznym komplementem. Rozesmial sie. – Pani tez sie zmienila, lady Juliano. Uwazalem pania za taka urocza dziewczyne. – Albo panska pamiec szwankuje, albo majac pietnascie lat, pomylil sie pan w ocenie sytuacji – zauwazyla Miana. – Z cala pewnoscia bylam dokladnie taka jak teraz. Jestem zaskoczona, ze w ogole mnie pan pamieta, bo wiecznie budowal pan tame na strumieniu, fortyfikacje czy cos w tym rodzaju, jak to chlopcy. Usmiechnal sie. – Jestem pewny, ze oboje dzialalismy sobie na nerwy, lady Juliano. Chlopcy i dziewczeta rzadko miewaja wspolne zainteresowania. Pani myslala tylko o balach i tancach i zasnela pani, kiedy probowalem pani wytlumaczyc plan bitwy Nelsona pod Tratalgarem. – A pan nie zatanczylby kadryla, nawet gdyby od tego za lezalo panskie zycie – zakonczyla Juliana. – Zapewne nie mielismy ze soba wiele wspolnego wowczas, a nic wspolnego teraz. – Wygladzila szkarlatna spodnice i ziewnela ostentacyjnie. – Czeka nas wyjatkowo dluga godzina, czy tak? Martin przygladal sie jej uwaznie. – Prosze zaspokoic moja ciekawosc, lady Juliano. Naprawde sadzila pani. ze Andrew Brookes zostawi narzeczona przy oltarzu? A moze chodzilo pani tylko o wywolanie zamieszania? Westchnela. A wiec znow do tego wrocili. Wiedziala, ze poprzednio jej nie uwierzyl. – Panie Davencourt – powiedziala tak cierpliwie, jak byla w stanie – nie sprawia pan na mnie wrazenia nierozgarnietego. wiec powtorze to tylko raz. Panskie podejrzenia co do mnie sa calkowicie bezpodstawne. Nie zamierzalam popsuc slubu panskiej kuzynki, a tym bardziej zatrzymac Brookesa dla siebie. Po co mialabym to robic, skoro wykorzystalam caly jego potencjal. Zapewniam pana, ze nie chcialabym go, nawet gdyby byl ze zlota! Przelotny usmiech w oczach Martina Davencourta zniknal rownie szybko, jak sie pojawil. – Ale przeciez byl pani kochankiem. – Nie byl. A nawet gdyby, nie upadlam az tak nisko, zeby zepsuc dzien zaslubin panskiej kuzynki. – Nie? – Martin wygladal na zamyslonego. – Milosc moze prowadzic do najdziwniejszych zachowan. – Wiem o tym. Mam watpliwosci, czy pan to wie, panie Davencourt. Nie wydaje mi sie prawdopodobne, ze sie pan kiedykolwiek zakochal. Pewnie uznal pan to za zbyt niebezpieczne. Martin rozesmial sie. – Myli sie pani, lady Juliano. Wszyscy mlodzi mezczyzni w jakims momencie sie zakochuja. – Ale nie wtedy, gdy osiagaja wiek dojrzaly? – Zrobila mine. – Wydaje mi sie, ze pan jest za stary na takie rzeczy. – Wlasnie, lady Juliano. To prawda, nie zywilem szczegolnych uczuc do zadnej damy od wielu lat. Ale mowilismy o pani bylych kochankach, nie moich. – Nie, nie mowilismy – burknela Miana. – Nie mam ochoty opowiadac panu historii swego zycia ani roztrzasac z panem kwestii moralnosci. Uwazam, ze mezczyzni sa w tej sprawie wyjatkowymi hipokrytami. – Doprawdy? Chce pani powiedziec, ze nie podoba sie pani podwojna moralnosc, z ktora tak czesto mamy do czynienia? – Oczywiscie, ze nie! Jaka rozsadna kobieta moglaby sie z tym zgodzic? Z zasada, ktora glosi, ze mezczyzna moze zachowywac sie jak rozpustnik i nikt go za to nie potepi, a jesli kobieta robi to samo, nazywa sieja dziwka. Musial to wymyslic mezczyzna, chyba sie pan ze mna zgodzi? Martin rozesmial sie. – Niesprawiedliwe, przyznaje, ale wielu ludzi, kobiet i mezczyzn, w to wierzy. – Zdaje sobie z tego sprawe. – Juliana wzruszyla ramionami. – Zmienmy temat, bo obawiam sie, ze wpadne w gniew. – No dobrze. Wrocmy do sprawy, o ktorej rozmawialismy. – Martin westchnal. – Skoro zle odczytalem pani zamiary, w takim razie przepraszam, lady Juliano. Mialem powody sadzic, ze sie nie myle. – Chodzi panu o absurdalne przypuszczenia – skorygowala Miana. – Nie takie absurdalne. Nie po pani zachowaniu wczorajszego wieczoru. – Chcialabym, zeby przestal pan do tego wracac! – Miana byla naprawde poirytowana. – Wczorajszy wieczor mial byc zartem. A co do moich lez na slubie, jesli pan podejrzewa, ze oszukuje pana co do tego kataru siennego… w takim razie prosze podejsc do mnie z wazonem roz stojacym na kominku. Bede kichala tak dlugo, ile bedzie trzeba, zeby pana przekonac. – Odstawila kieliszek i wstala. – Uwazam, ze wyczerpalismy ten temat, panie Davencourt. Panskie towarzystwo mnie znudzilo, to pewne. Zakladam, ze jestem wolna i moge sobie pojsc? Martin nieznacznie skinal glowa. – Naturalnie. – Nie boi sie pan, ze udam sie na weselne sniadanie i wywolam skandal? – Nie przypuszczam. Powiedziala pani, ze nie Mala pani takiego zamiaru, a ja pani wierze. Ozieble sklonila glowe. – Dziekuje. W takim razie byloby milo, gdyby postaral sie pan o powoz. Tyle przynajmniej moze pan dla mnie zrobic. Martin zerwal sie z miejsca. – Zaraz kaze zaprzac powoz dla pani. Podszedl blizej i przez chwile patrzyl jej w twarz. – Katar sienny – powiedzial powoli. – Kiedy zobaczylem pania w kosciele, dalbym sobie uciac glowe, ze pani placze. Uniosl reke i kciukiem delikatnie starl slad lez z jej policzka. Poczula, jak serce jej zamiera. Andrew Brookes nie jest wart niczyich lez – burknela. Reka Martina opadla. Cofnal sie o krok. Juliana poczula ulge. Przez chwile byla calkiem bezbronna. – Podzielam pani opinie o Brookesie, lady Juliano – przyznal – ale chcialbym, zeby Eustacia byla szczesliwa. Byloby straszne, gdyby tak szybko sie rozczarowala. – Stanie sie to wczesniej czy pozniej – zauwazyla Juliana, kierujac sie do drzwi – a pan bylby naiwny, gdyby myslal inaczej. Andrew Brookes nie potrafi dochowac wiernosci. Martin skrzywil sie. – Sklaniam glowe przed pani niezwykla znajomoscia meskiej natury, lady Juliano. Przemawia przez pania cynizm. Czy pani zdaniem wszyscy mezczyzni sa niewierni? Juliana zawahala sie i nie odpowiedziala twierdzaco. W Martinie Davencourcie bylo cos takiego, co wydawalo sie wymagac bezwzglednej uczciwosci. To ja niepokoilo. – Nie – odparla powoli. – Wierze, ze kiedy mezczyzna naprawde kocha, potrafi byc wierny. Ale niektorzy mezczyzni nie sa zdolni do milosci ani wiernosci, a Brookes do nich nalezy. – Slyszalem, ze to pani ulubiony typ. Brookes, Colling, Massingham. – Nie wybieram mezczyzn z powodu ich wiernosci, panie Davencourt. Co za dziwaczne spostrzezenie! Wybieram ich ze wzgledu na ich walory rozrywkowe. – Rozumiem – powiedzial Martin z gryzaca ironia. – W ta kim razie nie bede pani dluzej zatrzymywal. Nie wyobrazam sobie, ze w tym domu znajdzie pani to, czego pani szuka. Juliana skrzywila sie. – Nie, ja tez nie. – Po chwili milczenia podjela: – Pewnie juz jest po slubie. – Na pewno. – Martin zerknal na zloty zegar na kominku. – Zaluje pani, ze pozwolila Andrew Brookesowi odejsc, lady Juliano? – Nie – odparla grzecznie. – Chodzilo mi tylko o panska siostre Daisy. To byla ta mala druhna, zdaje sie? Bedzie sie martwila, gdzie pan sie podzial. Nastapila pauza. Przez chwile Juliana widziala zdziwienie w oczach Martina, zupelnie jakby go zaskoczyla. – Moja siostra Araminta zaopiekuje sie Daisy i pozostalymi dziewczynkami – wyjasnil. – Poza tym Daisy jest tak zachwycona rola druhny, ze na pewno nie bedzie jej mnie brakowalo. – Watpie. – Poczula lekkie uklucie w sercu na mysl o Daisy Davencourt. – Zapewniam pana, ze dzieci zauwazaja takie rzeczy. Zdala sobie sprawe, ze zabrzmialo to smutniej, nizby chciala. Martin wciaz przygladal sie jej z zaduma w oczach. To spojrzenie dzialalo jej na nerwy. Usmiechnela sie do niego promiennie. – Jesli mi pan wybaczy, sir, juz pojde. Jeszcze tyle malzenstw do rozbicia, rozumie pan! Nie moge sobie pozwolic na marnowanie czasu. Chociaz… – w jej glosie pojawil sie cieplejszy ton, bo uderzyla ja pewna mysl. – Moze uda mi sie jeszcze pogorszyc moja reputacje, jesli wszyscy sie dowiedza, ze porwal mnie pan prosto ze slubu. Tak, tak zrobie, podsyce plotki. Ogarnela nas dzika namietnosc i nie moglismy sie jej oprzec. – Lady Juliano – powiedzial Martin stanowczo – jesli uslysze, ze rozglasza pani te historie, zaprzecze wszystkiemu publicznie. Juliana otworzyla szeroko oczy. – Ale to przeciez panska wina, panie Davencourt! Wszystko przez te panskie smieszne podejrzenia. Wiekszosc mlodych dam wykorzystaloby takie porwanie, by zmusic pana do slubu. Zadrgal mu kacik ust. – Posuwa sie pani za daleko, lady Juliano. Nawet przez chwile nie potrafie sobie wyobrazic, ze chcialaby mnie pani poslubic. – Nie, naturalnie, ze nie. Ale moze pan dla mnie zrobic przynajmniej tyle: pozwolic mi to wykorzystac dla pogorszenia mojej reputacji. – Nie ma mowy. Juliana nadasala sie. – Och, pan jest taki sztywny. Ale sadze, ze pod jednym wzgledem ma pan racje – nikt nawet za sto lat by nie uwierzyl, ze mogl mi sie pan spodobac. Patrzyli na siebie przez dluga chwile, ale zanim Martin zdolal odpowiedziec, dobiegly do nich czyjes glosy i odglos krokow na wylozonej marmurowymi plytkami posadzce holu. Drzwi otworzyly sie gwaltownie i do salonu wtargnal jakis dzentelmen. – Martinie, bylem… – Raptownie przerwal. – Bardzo przepraszam. Myslalem, ze bedziesz na slubie, a kiedy Liddington powiedzial, ze jestes w domu, nie przyszlo mi do glowy, ze masz goscia. – Bylem na slubie i mam goscia. – Martin usmiechnal sie lekko. – Lady Juliano, pozwoli pani sobie przedstawic mego brata Brandona? Brandonie, oto lady Juliana Myfleet. Brandon spojrzal na starszego brata z niebotycznym zdziwieniem, ktore przeszlo w szelmowskie rozbawienie, kiedy podszedl blizej, by ucalowac dlon Juliany. – Bardzo mi milo pania poznac, lady Juliano – powiedzial. Juliana zauwazyla, ze Martin zmarszczyl czolo, totez rozmyslnie powitala Brandona znacznie serdeczniej, niz z poczatku zamierzala. Przypuszczala, ze przyrodni brat Martina nie ma wiecej niz dwadziescia dwa lata, a na dodatek cechowala go werwa i wdziek, ktorych braklo Martinowi. Brandonowi Davencourtowi bardzo trudno byloby sie oprzec i wiekszosc dam prawdopodobnie nawet tego nie probowala. Temperament Martina sprawial wrazenie celowo wzietego w ryzy i trzymanego pod kontrola, za to Brandona lsnil pelnym blaskiem. Mlodzieniec sklonil sie z niewymuszonym wdziekiem i wpatrzyl sie w nia ze szczerym podziwem w blekitnych oczach. Nie mialem pojecia, ze zna pani Martina, lady Juliano. Miana spojrzala kpiaco na Martina, co skwitowal szczegolnie dretwa mina, nawet jak na niego. – Nie znamy sie zbyt dobrze, panie Davencourt. Zawarlismy znajomosc jako dzieci, a wczoraj widzielismy sie po raz pierwszy po szesnastu latach. – To wspaniale, ze sie znacie – ucieszyl sie Brandon, patrzac na nia rozesmianymi oczami. – Od wielu miesiecy chcialem pania poznac, lady Juliano. – Powinien pan po prostu podejsc i przedstawic sie – odparla slodko. Katem oka obserwowala Martina, totez nie uszlo jej uwagi pelne dezaprobaty spojrzenie, ktorym ja obrzucil. – Uwielbiam poznawac przystojnych mlodych mezczyzn. Brandon rozesmial sie, a Martin znaczaco odchrzaknal. – Lady Miana wlasnie wychodzila. Drzwi sie otworzyly i wszedl kamerdyner w liberii. – Jest tu pastor Edward Ashwick, panie Davencourt. Mowi, ze przybyl odprowadzic lady Juliane Myfleet do domu. Juliana pozwolila sobie na usmieszek zadowolenia. – Kochany Edward. Jakiz on szarmancki. Bardzo pozytecznie miec kilku wielbicieli na podoredziu. Martin ujal jej dlon. – Do widzenia, lady Juliano. Jeszcze raz przepraszam za pomylke. – Do zobaczenia, panie Davencourt – odparla szelmowsko Juliana. – Prosze nie probowac znow mnie porywac. ROZDZIAL TRZECI – Co to, do diabla, bylo, Juliano? – spytal Edward Ashwick z bezposrednioscia, na jaka pozwalala mu dlugoletnia znajomosc. – Trzeba przyznac, ze wywolalas calkiem spore zamieszanie, opuszczajac kosciol w towarzystwie Davencourta tuz po rozpoczeciu mszy. Czasami sie zastanawiam, czy potrafisz zrobic cokolwiek bez zwracania uwagi na siebie! – Prawdopodobnie nie. – Juliana westchnela. Poczula sie nagle bardzo zmeczona, zupelnie jakby laudanum, ktore wziela poprzedniego dnia, znow zaczelo dzialac. Ale przeciez nie mogla tak po prostu udac sie do domu i polozyc do lozka. Ledwie minelo poludnie i w domu nie bylo nikogo, musialaby wiec zadowolic sie wlasnym towarzystwem, a tego by nie zniosla. Pod wplywem impulsu zwrocila sie do swego towarzysza: – Mozemy teraz wrocic na weselne sniadanie, Eddie? Prosze! To byloby takie zabawne! Rumiana twarz Edwarda poczerwieniala jeszcze bardziej jak zawsze, kiedy zwracala sie do niego zdrobnialym imieniem. Juliana zorientowala sie, ze przyjaciel rozwaza ten pomysl, i nabrala pewnosci, ze moze go sobie owinac dookola malego palca. – Prosze, Eddie. – Nie sadze, Juliano. – Edward mowil szorstko, chcac ukryc zaklopotanie. – Spowodowalas juz dosc zamieszania. Dajmy temu spokoj. Odwioze cie do domu. – Nie! – Za zadne skarby nie chciala przyznac, ze czuje sie samotna. Znacznie latwiej bylo udawac znudzenie i tym samym potegowac wrazenie, ze jej plochy umysl potrzebuje rozrywki. – Czy w takim razie nie moglibysmy odwiedzic Jossa i Amy? Albo Adama. – Wszyscy oni przez dobre pare godzin beda na przyjeciu – zauwazyl Edward. – Powinnas o tym pomyslec, zanim wywolalas kolejne plotki. Poza tym w towarzystwie mowi sie tylko o tym, czego dopuscilas sie ubieglej nocy. Czy to prawda, ze pozwolilas sie podac Brookesowi na srebrnej tacy? – Edward wygladal, jakby za chwile mial dostac ataku apopleksji. – Obawiam sie, ze tak – potwierdzila z westchnieniem. – To byl tylko zart, Eddie. – Zart! Boze, miej nas w opiece, Juliano! Twoje poczucie humoru staje sie coraz dziwniejsze. – Zaczynasz mowic jak moj ojciec – burknela ze zloscia. – Albo pan Davencourt. Co ja takiego zrobilam, ze otaczaja mnie tacy nudziarze? Edward zmarszczyl brwi. – Naprawde sie dziwisz, ze nas to zbulwersowalo? Joss jest na ciebie wsciekly. Juliana poczula, ze serce jej zamiera. Joss byl jedyna osoba, ktorej opinia miala dla niej znaczenie. Gdyby stracila rowniez jego, byloby fatalnie. I tak zle sie stalo, ze odkad sie ozenil, nie poswiecal jej tyle uwagi co dawniej. – Ty, Joss, moj ojciec. Wszyscy jestescie tacy sami – powiedziala z gorycza – Nie znosze, kiedy mowicie mi, co mam robic! Kiedys nie byles takim nudnym starym zrzeda, Eddie. – Mowie o tym tylko dlatego, ze zalezy mi na tobie, Juliano. Przeciez wiesz. Zaden z nas nie chce twojej zguby. Wiedziala, ze to prawda. Edwardowi naprawde na niej zalezalo. Byl jednym z jej najwierniejszych wielbicieli i przyjmowala jego troske za pewnik. Drogi, solidny Edward. Byl bardzo mily, ale nie wywolywal w niej ani odrobiny podniecenia. – Powinnas znow wyjsc za maz, Juliano – odezwal sie Edward. Patrzyl teraz wprost na nia, z nadzieja w ciemnych oczach. – Bylas bardzo szczesliwa z Myfleetem i moglabys sprobowac jeszcze raz. Wiedziala, co mial na mysli. Nie mogla zniesc blagania w jego oczach. Oswiadczyl jej sie kiedys, delikatnie dala mu kosza i juz nigdy nie wracali do tej sprawy. – Tak sie sklada, ze ostatnio nikt mi sie nie oswiadcza, Eddie – rzucila lekko. – Moja reputacja zapewne odstrasza wszystkich uczciwych mezczyzn. – Choc mowiac te slowa, czula, jak serce jej zamiera, wiedziala, ze tak jest. Edward patrzyl na nia z uporem i oddaniem. – Najdrozsza Juliano, wiesz, ze to nie do konca prawda. Ja po czytalbym sobie za honor, gdybys rozwazyla moja propozycje. Miana rozejrzala sie desperacko w poszukiwaniu mozliwosci ucieczki, a kiedy ja dostrzegla, uchwycila sie jej niczym tonacy brzytwy. Chodnikiem nieopodal powozu szla Emma Wren wraz ze swoja przyjaciolka lady Neasden, ktora wisiala jej na ramieniu. Niewazne, ze ubieglego wieczoru rozstaly sie w gniewie. Emma byla tak pijana, ze moze nie bedzie o tym pamietac. Miana postukala w dach powozu, dajac stangretowi znak, by sie zatrzymal, i opuscila okienko, przerywajac Edwardowi ponowne oswiadczyny. – Emma! Mary! Zaczekajcie na mnie! Widzac, ze Edward kuli sie w rogu powozu, usmiechnela sie do niego pocieszajaco. – Eddie, najdrozszy, wiesz, ze nie pasujemy do siebie. Nie mniej bardzo ci dziekuje, ze wyzwoliles mnie z lap pana Davencourta. Naprawde sie balam, ze umre z nudow. A teraz musze uciekac. – Pochylila sie i ucalowala go leciutko w policzek, po czym otworzyla drzwiczki powozu i szybko dala znak lokajowi, zeby opuscil schodki. – Wybieracie sie po zakupy, Emmo? Zaczekajcie, ide z wami! – Co ty, do diabla, sobie wyobrazasz, Juliano? – spytal Joss Tallant pewnego wieczoru w nastepnym tygodniu, powtarzajac niemal doslownie pytanie Edwarda Ashwicka. Mowil znacznie lagodniejszym tonem, niz zamierzal, a to za przyczyna wspanialej kolacji, ktora przyjela go siostra, i butelki wybornej slodowej whisky, stojacej w zasiegu jego reki. Wieczor byl cieply, totez siedzieli na tarasie domu Juliany, az ksiezyc wzeszedl nad koronami drzew i cmy zaczely krazyc wokol plomieni swiec. Od czasu do czasu Juliana i Joss jadali kolacje tylko we dwoje – Juliana w myslach okreslala je jako czas, kiedy Amy spuszczala Jossa ze smyczy – i zazwyczaj te spotkania sam na sam sprawialy jej przyjemnosc, ale dzisiejszego wieczoru bylo inaczej. Joss dolaczyl do dlugiej listy denerwujacych osob, wypytujacych ja o powody jej zachowania. – Przede wszystkim ta skandaliczna historia, jakobys zostala podana Brookesowi na srebrnej tacy – ciagnal brat – a potem… – Prosze, nie przypominaj mi o tym, Joss! – przerwala Juliana gwaltownie. Miala serdecznie dosyc tego, ze mieszano ja z blotem za figiel na przyjeciu u Emmy Wren. – Wciaz powtarzam, ze to byl tylko zart, ale wy wszyscy uparliscie sie mnie za to potepic. – Moze nie dostrzegamy zabawnej strony tej sceny. – Brat popatrzyl na nia przeciagle. – Jakby tego bylo malo, jeszcze ta historia na slubie Brookesa. Slyszalem jakas absurdalna plotke, jakoby Martin Davencourt cie z niego porwal. – Absurdalna to wlasciwe slowo – powiedziala zrzedliwie Juliana, nalewajac sobie kolejny kieliszek porto. – Martin Davencourt nie ma pojecia, jak nalezy porywac kogos wlasciwie! – Chcesz powiedziec niewlasciwie? – Niewazne. Ten czlowiek jest nadety jak wypchany eksponat w muzeum. Nie wiem, co sie stanie z polityka, kiedy bedzie my miec takich nudnych parlamentarzystow. Brat rozesmial sie. – Zakladam wiec, ze celem Davencourta nie bylo uwiedzenie? – Naturalnie, ze nie. Myslalam, ze go znasz. W takim razie musisz sobie zdawac sprawe z tego, jakie to malo prawdopodobne – odparla Juliana. – To znaczy rzeczywiscie mnie porwal, ale nie z powodu, o ktorym wszyscy mysla. Sadzil, ze zamierzam rzucic sie na posadzke przed oltarzem i blagac Andrew Brookesa, zeby do mnie wrocil, czy cos rownie idiotycznego. Zupelnie jakby kiedykolwiek zalezalo mi na Brookesie! – Wielu uwaza, ze ci zalezalo – zauwazyl Joss. – Tylko dlatego, ze sprawilam, by w to uwierzyli. – Juliana leniwie wyciagnela reke i odgonila zblakana cme od plomienia swiecy. – Wiesz, ze nigdy nie bylam kochanka Brookesa. – Wiem takze, ze nie masz tylu kochankow, ilu przypisuja ci plotkarze. – Joss zmruzyl oczy od swiatla. – Dlaczego wprowadzasz ich w blad, Ju? Kiedy brat nazywal ja Juliana, mowiac tym ohydnie surowym tonem, wiedziala, ze jest naprawde zly, ale kiedy uzywal zdrobnienia, byla na bezpieczniejszym gruncie. Lekko wzruszyla ramionami. – Jak mam wisiec, niech przynajmniej wiem za co. Skoro wszyscy wierza w to co najgorsze, czemu ich wyprowadzac z bledu? – Dlaczego pogarszasz swoja sytuacje? Zawahala sie, bo na uczciwa odpowiedz skladalo sie wiele wyjasnien, a wszystko to byly powody, ktorych nie miala ochoty ujawnic. „Gram w te gry, bo jestem znudzona, bo jestem samotna, bo nie mam odwagi zaryzykowac i pokochac raz jeszcze”. Przyznajac sie do takiej slabosci, poczulaby sie nieprawdopodobnie bezbronna. – Zawzielam sie, zeby zyc zgodnie z ustalona reputacja. – Poslala bratu promienny usmiech. Nie pierwszy raz o tym rozmawiali, a Joss za kazdym razem probowal namowic ja do zmiany postepowania. – Wiesz, ze moja dobra reputacja przepadla, kiedy ucieklam z Massinghamem. – Glos Juliany stal sie cieplejszy, bo przepelnialy go prawdziwe uczucia. – Nic co bym teraz powiedziala badz zrobila, nie poprawi mojej sytuacji, po co wiec probowac? Joss westchnal. – Juliano, wyszlas za Massinghama za maz. Malzenstwo przekresla dawne grzechy i przywraca ludzki szacunek. Gdybys tylko prowadzila nieco spokojniejsze zycie, ludzie wkrotce zapomnieliby o twoich ekscesach. Nawet ojciec by ci przebaczyl. – Uzyskac przebaczenie ojca? Na to trzeba byloby czegos wiecej, Joss! A co do towarzystwa… Jak daleko siega hipokryzja? Ludzie sa gotowi puscic wszystko w niepamiec, o ile zaczne sie zachowywac przyzwoicie. Wszystkie moje ekscesy zostana zapomniane, jesli sie zmienie. Przeciez wyszlam za Massinghama – niemal wyplula te slowa – choc porzucil mnie po dwoch tygodniach! Liczy sie tylko swiadectwo slubu. Joss wzruszyl ramionami. – Hipokryzja, przyznaje, ale takie zasady rzadza spoleczenstwem. – Nienawidze tego! To takie obludne. – Wszyscy wiemy, ze nie znosisz kompromisow. Jednak jestes owdowiala corka markiza Tallanta i jako taka nalezysz do towarzystwa. – Blysnal zebami w usmiechu. – Po prostu. – Przemowil lagodniej. – Ulatw to sobie, Ju. Porzuc tak zwanych przyjaciol i ich niemadre zarty. Znajdz cos sensownego, co wypelni ci zycie. Odwrocila wzrok. Niewygodne prawdy zawsze sprawialy, ze czula sie nieswojo. Rozmowa o Massinghamie wzbudzila jeszcze bardziej nieprzyjemne wspomnienia. Bol po jego ucieczce ustal, ale zlosc i rozczarowanie pozostaly. Zauroczyl ja, zakochala sie w nim bez pamieci i zostala brutalnie pozbawiona zludzen. Zabil cala jej milosc w dniu, w ktorym ja opuscil, zabierajac ze soba jej pieniadze, porzucajac sama w obcym kraju. Juliana kochala dwa razy w zyciu i obydwie milosci zakonczyly sie placzem z takiego czy innego powodu. Dawno temu przysiegla sobie, ze nigdy wiecej nie da sie zranic. Zwrocila sie do brata: – Joss, mowisz niczym metodysta. Gdyby Massingham wciaz byl wsrod zywych, dopiero mielibysmy skandal. Dreszcz mnie przenika na sama mysl o zamieszaniu, ktore spowodowalby do tej pory. – Szczesciem dla niego jest martwy – powiedzial Joss oschle, ale wyciagnal ku niej reke. – Przykro mi, Ju. Wiem, ze ci na nim zalezalo. – Kiedys. Kiedys mi na nim zalezalo. Teraz na sama mysl o nim robi mi sie niedobrze. – To dlatego nigdy nie przyjelas jego nazwiska? Juliana upila rozgrzewajacy lyk porto. – Chcialam zapomniec o ponizeniu, jakie to malzenstwo po ciagnelo za soba. – Wzruszyla ramionami. – Paradoksalne, skoro wlasnie ono pozwala mi sie cieszyc pozorami szacunku w towarzystwie. Tak czy inaczej ta sprawa od dawna nalezy do przeszlosci, ale mowi sie, ze skandal nie umiera nigdy, czy nie tak, Joss? A wiec rownie dobrze moge dostarczac plotkarzom tematow i siac zgorszenie wsrod zrzedliwych matron. Joss westchnal. – A najnowsza plotka to uprowadzenie cie przez Davencourta, ktory rozni sie od Massinghama jak dzien od nocy. Rozesmiala sie. – Tak, to prawda. Ostrzeglam go, ze naraza na szwank swoja reputacje. – Co o nim myslisz? Juliana skrzywila sie. – Rozczarowal mnie. To cale porwanie mogloby byc nawet zabawne, tyle ze Martin Davencourt nalezy do tych obrzydliwie zasadniczych ludzi, ktorzy biora wszystko na powaznie. Wiedziales o tym, ze poznalismy sie, bedac dziecmi? Jego ojciec chrzestny to ten ekscentryczny starszy pan z Ashby Hall. – Nie przypominam sobie, zebym znal go w dziecinstwie. – Nie, ty byles w (Mordzie, kiedy Martin Davencourt przyjechal do Ashby. Byl meczacym, nudnym mlodziencem z pryszczami i tlustymi wlosami. – Juliano! – Coz, sadze, ze od tego czasu zmienil sie na korzysc – powiedziala uczciwie – ale w dalszym ciagu jest smiertelnie nudny. Zapewne po czesci wynika to z tego, ze podjal sie opieki nad calym rodzenstwem, a po czesci z tego, ze urodzil sie nudny. – Odnioslem wrazenie, ze dobrze ci sie z nim rozmawialo na kolacji u lady Everley pare dni temu – zauwazyl brat. Niedbale wzruszyla ramieniem. – Trzeba probowac. Wszyscy czesto miewamy do czynienia z uciazliwymi goscmi na przyjeciach. Zapewne Mary Everley celowo wyznaczyla nam miejsca obok siebie. – O czym rozmawialiscie? Juliana zmarszczyla brwi. – Coz, to bylo najdziwniejsze. Na poczatku probowalam z nim flirtowac, ale on jakos tak zmienil temat, ze skonczylismy na rozmowie o Davencourt. Wyglada na to, ze to wielki wytworny dom, a Martin Davencourt jest do niego bardzo przy wiazany. – W takim razie dziwi mnie, ze podtrzymywalas rozmowe – skomentowal brat z usmiechem – bo przeciez nie znosisz wsi. – Szczera prawda. – Sama byla troche zdziwiona. – Ja dosc lubie Martina – zauwazyl Joss. – Sprawia wrazenie rozsadnego czlowieka. Charles Grey bardzo go ceni. Po nastepnych wyborach na pewno zostanie czlonkiem parlamentu i Grey, zdaje sie, uwaza, ze Davencourt ma przed soba swietlana przyszlosc. – Boze, polityka! Juz zaczynam przez ciebie ziewac, Joss. – Juliana usmiechnela sie. – Tak czy inaczej nie dziwi mnie, ze lubisz Martina Davencourta, bo on mi ciebie przypomina pod pewnymi wzgledami. A moze nie chcialbys byc nazywany pryncypialnym? Czy spotkaliscie sie wczesniej? – Davencourt jest przyjacielem Adama Ashwicka, jeszcze z wojska, tak mi sie zdaje. Byl na kolacji u Ashwickow w ubieglym tygodniu, kiedy bylismy tam z wizyta. – Joss spojrzal bystro na Juliane. – Ty chyba tez bylas zaproszona? Juliana znow wzruszyla ramionami. – Zaproszono mnie jako partnerke Edwarda, wiec odmowilam. Wy wszyscy jestescie tak przejrzysci, jesli chodzi o swatanie. Zupelnie jakbym nadawala sie na zone Edwarda Ashwicka. – Czemu nie? – spytal Joss lagodnie. – Jemu bardzo na tobie zalezy. – Zapewne. Ja tez go kocham… jak brata. – Juliana usmiechnela sie. – Choc nie tak jak ulubionego brata. Nie tak jak ciebie. Na wargach Jossa dostrzegla cien usmiechu. – Dziekuje ci, Ju. Robi mi sie cieplo kolo serca, kiedy to slysze. A wiec dlaczego nie wyjdziesz za Ashwicka i nie pozwolisz mu naprawic twojej reputacji? – Okropnosc! – Juliana skrzywila sie. – Nie chce, zeby Edward poswiecal sie dla mnie. A wyobrazasz sobie, jak by te wszystkie stare plotkarki skrzeczaly, gdyby duchowny poslubil upadla kobiete. Dwukrotnie zamezna wdowa ze zbrukanym nazwiskiem. Poza tym, Joss, ja nie mam ochoty sie zmieniac. – Ciasniej otulila ramiona jedwabnym szalem. – Nie wyjde juz wiecej za maz, moj drogi. Jest zbyt wiele powodow, dla ktorych nie moge tego zrobic. Zapadla cisza. – Kolacja i tak sprawilaby ci przyjemnosc – powiedzial w koncu Joss. – Ashwickowie maja znakomitego kucharza. – Zapewne podaje obfitsze desery niz Emma Wren kolacje. – Znacznie. Usmiechneli sie do siebie, po czym Juliana westchnela. – Chyba powinnam byla przyjac to zaproszenie. Ostatnio nie otrzymuje ich wielu z przyzwoitych domow. Joss rozesmial sie. – Moglabys sie nawet dobrze bawic. – Moze. Choc uwazam zony za zbyt szacowny gatunek, nie wylaczajac twojej, obawiam sie, moj drogi… Brat usmiechnal sie do niej blado. – Wiem. Wierze, ze polubilabys Amy, gdybys zadala sobie odrobine trudu. Juliana pokrecila glowa. Nawet gdyby probowala z calych sil – a prawde mowiac nie bardzo sie starala – nie moglaby polubic Amy Tallant. Bylo w niej cos tak mdlego i zdrowego, czego nie byla w stanie strawic. – Nie sadze. Ja i Amy interesujemy sie zupelnie innymi sprawami. Co zas do Annis Ashwick, coz, przyznaje, ze mnie w jakims sensie przeraza, taka z niej sawantka! – Mowisz zupelne bzdury, Ju – powiedzial Joss chlodno. Spojrzal na zegarek. – Czas na mnie. Amy na pewno juz wrocila z teatru. Wybrala sie z Annis na „Krola Lira”. – Szekspir, okropnosc! – Juliana wzdrygnela sie z teatralna emfaza. – Potwierdziles moj punkt widzenia, Joss. Wolalabym raczej dac sobie wyrwac wszystkie wlosy peseta, niz wysiedziec na ktorejs tragedii Szekspira. Po wyjsciu brata Juliana zostala jeszcze jakis czas na tarasie, obserwujac dopalajace sie swiece i cmy przypiekajace sobie skrzydelka nad niklym plomieniem. W ogrodzie robilo sie coraz zimniej. Wstala i ciasniej otulila sie szalem. Nowa jedwabna suknia, wynik wyprawy po zakupy z Emma Wren poprzedniego dnia, sprawila jej przykre rozczarowanie, bo cisnela pod pachami. Julianie czesto zdarzalo sie robic zakupy pod wplywem impulsu, ale nigdy tego nie zalowala. Nazajutrz odesle suknie do sklepu i odmowi zaplaty. Niewazne, ze raz miala ja na sobie i ze na spodnicy ze srebrnej gazy byla plamka od porto. Gdy zegar wybil jedenasta trzydziesci, weszla do srodka. Na kominku lezal stosik kart wizytowych. Miala slusznosc, mowiac bratu, ze niewiele z nich pochodzilo od osob godnych szacunku. Na szczescie tych niezbyt szacownych bylo na tyle duzo, ze zapelnialy luke. Wybrala karte o srebrnych brzegach i postukala w nia w zamysleniu. Crowns to nowy ekskluzywny salon gry, zalozony przez byla kurtyzane, Susanne Kellaway. Idealne miejsce dla cieszacej sie zla slawa wdowy gotowej przegrac swoje pieniadze. Po co siedziec w domu i uzalac sie nad soba, skoro w zasiegu reki sa pieniadze, ktore mozna wygrac i przegrac? Juliana wbiegla na schody, po drodze wolajac pokojowke. Pierwsza osoba ktora zobaczyla po wejsciu do Crowns godzine pozniej, byl jej brat Joss. Wraz z Adamem Ashwickiem i Sebastianem Fleetem, popijal drinka w rogu salonu. Usmiechnela sie do siebie. Hipokryzja mezczyzn nigdy nie przestala jej zdumiewac. Oto Joss, ktory tak niedawno deklarowal z poczuciem wyzszosci, ze udaje sie do domu, do Amy, a tymczasem godzine pozniej tkwil w salonie gry. Adam tez, zonaty zaledwie od roku… Juliana pokrecila glowa, a jej wargi wygial cyniczny usmieszek. Obaj powinni sie wstydzic. Uswiadomila sobie, ze byla rozczarowana bratem i jego przyjacielem. Interesujace. Byc moze nie stracila calkowicie wiary w ludzka nature, mimo wszystko. Spostrzegla, ze nie tylko ona sie im przyglada; w kierunku trzech dzentelmenow wyraznie przesuwala sie grupka luksusowych prostytutek. Juliana ich nie winila. Jej brat, Adam i Seb nalezeli do najprzystojniejszych mezczyzn w Londynie, totez stanowili wyjatkowa pokuse dla kazdej ambitnej kurtyzany. Zrecznie odsunela dziewczeta i wsliznela sie do boksu obok Adama, usmiechajac sie przez ramie. – Spedze tu tylko chwile, a potem ich wam zostawie, moje drogie. Dziewczeta w odpowiedzi usmiechnely sie do niej czujnie i przeszly troche dalej. Joss nie wydawal sie zadowolony z jej obecnosci, choc zarowno on, jak i Adam uprzejmie wstali. Sebastian Fleet wycofal sie, mruczac cos o tym, ze przyniesie jej drinka. – Nie spodziewalem sie, ze znow cie dzis ujrze, Juliano – odezwal sie brat. – Najwyrazniej nie – zauwazyla Juliana, patrzac znaczaco na prostytutki. – Co ty sobie wyobrazasz, Joss? Bardzo mnie zawiodles. Joss nie wygladal na rozbawionego, ale Adamowi zadrgaly wargi. – Smieszne, ze wlasnie ty mowisz cos takiego, Juliano – rzekl. – Co ty tu robisz? – Przyszlam zagrac, naturalnie. – Juliana zmruzyla oczy i popatrzyla na niego. – Nie zmieniaj tematu, Adamie. Rozmawiamy o waszych rozrywkach, nie moich. Zapewne za wiele slodyczy w domu po pewnym czasie traci urok i niezbedne jest antidotum. Nie winie was… Sama uwazam, ze nadmiar cnoty moze byc meczacy. – Wszyscy wiemy, ze ty i cnota to naturalni wrogowie – po wiedzial Joss oschle. – Jednakze wyciagnelas mylne wnioski, Ju. Nie przyszlismy tu grac, a tym bardziej zabawiac sie w towarzystwie kurtyzan. Juliana z niedowierzaniem uniosla brwi i usmiechnela sie. – Doprawdy? Och, rozumiem! Tak, oczywiscie, ale jestem glupia. Kiedy nastepnym razem spotkam sie z Annis i Amy, bede pamietac, jaka popelnilam omylke, podejrzewajac was o gonienie za rozrywkami. Sadze, ze zasluzyly na to, byscie je zdradzali, bo inaczej by was tu nie bylo. Napotkala chlodne spojrzenie szarych oczu Adama. – Wiesz, Juliano – wycedzil – ze gdybys byla mezczyzna, do tej pory wiele razy wyzwalbym cie na pojedynek. Juliana usmiechnela sie do niego. – Chyba ze nie chcialbys obrazic Jossa, bo a nuz bys mnie zastrzelil! Adam i Joss popatrzyli na siebie. – Och, to by mnie na pewno nie powstrzymalo – rzucil lekko Adam. – Ciesz sie, ze zachowuje dla ciebie odrobine galanterii. Niemniej prawdziwa z ciebie wiedzma. Juliana odchylila glowe i wybuchnela smiechem. – Mowisz tak tylko dlatego, ze was przylapalam. – Niezupelnie. Nie przylapalas nas, cokolwiek o tym myslisz. Poza tym prawienie zlosliwosci sprawia ci przyjemnosc. Odwrocila sie do brata. – Joss? Zamierzasz tak to zostawic? – Tak sie sklada, ze zgadzam sie z Adamem. Rozesmiala sie ponownie. – Wielkie nieba, takich dwoch nieuprzejmych dzentelmenow jak wy trudno byloby znalezc ze swieca. Ja jednak nie zamierzam sie na was obrazac. – Wiem – powiedzial Joss smutno. – To jedna z cech twego charakteru, dzieki ktorej wciaz jestes lubiana. Teraz uciekaj, bo musimy porozmawiac o interesach. – Och, interesy! – Otworzyla szeroko oczy. – Rozumiem! Jakie interesy mozecie miec wy dwaj, ze trzeba o nich rozmawiac w salonie gry? – Chodzi o polityke – rzucil Joss lakonicznie. – Naturalnie. To znacznie stosowniejsze miejsce niz klub White'a. – Przyszedl Davencourt – wtracil Adam, wstajac. – Wybacz nam, Juliana. Martin Davencourt zmierzal do boksu w rogu, z niewymuszonym wdziekiem torujac sobie droge przez tlum wypelniajacy salon gry. Na widok nadchodzacego Martina prostytutki zaczely szeptac do siebie jak grupka podekscytowanych uczennic. Nietrudno bylo sie domyslic dlaczego. Wsrod tego zniewiescialego, wyperfumowanego tlumu robil wrazenie meskiego, bezkompromisowego i oszalamiajaco przystojnego. Juliana poczula nagle, niewytlumaczalne uklucie zazdrosci. Martin zauwazyl ja i spojrzal na nia z lekkim zdziwieniem tymi swoimi zielononiebieskimi oczami. Poczula, ze sie leciutko rumieni. Jakiez to denerwujace. Nie bylo powodu, dla ktorego mialaby sie irytowac, a jednak tak sie stalo. – Dobry wieczor, panie Davencourt – powiedziala, rzucajac znaczace spojrzenie na krazace nieopodal prostytutki. – Zostawiam panow, zebyscie bez przeszkod mogli zajac sie interesami. Poltorej godziny pozniej, po przegraniu skromnej sumki do Sebastiana Fleeta przy karcianym stoliku i wypiciu kilku kieliszkow doskonalego wina, Juliana wstala od stolika pikiety. Adam i Joss wlasnie wychodzili. Stala za filarem, obserwujac, jak nakladaja plaszcze, sciskaja dlon Martina Davencourta i ruszaja ku drzwiom. Prostytutki przeszly tuz obok nich, ale Adam zbyl je lakonicznie, totez odeszly. Juliana poweselala. Zdaje sie, ze panowie naprawde nie klamali. Moze, o zgrozo, wiernosc malzenska wchodzi w mode? – Spokojnie tu dzis, prawda? – szepnela jej do ucha Susanna Kellaway. – Co moge zrobic, kiedy tacy swietni dzentelmeni jak twoj brat i Ashwick okazuja sie wiernymi mezami? To doprawdy irytujace. – Przyjrzala sie Julianie uwaznie. – Slyszalam o twoim wyskoku na przyjeciu u Emmy Wren. Moze troche urozmaicisz nam dzisiejszy wieczor, moja droga? Juliana miala wlasnie wezwac powoz, kiedy poczula na sobie mroczne, pelne dezaprobaty spojrzenie Martina Davencourta. Zmarszczyla czolo. Najpierw Joss i Adam, a teraz jeszcze Martin Davencourt patrzyl na nia z potepieniem. Zupelnie jakby miala caly szwadron dokuczliwych starszych braci. Postanowila zrobic cos, co go zaszokuje. Skoro byl tak zdecydowany ja krytykowac, mogla przynajmniej dac mu powod. Usmiechnela sie promiennie do Susanny, zlapala kieliszek z winem od zaskoczonego lokaja i wypila zawartosc jednym haustem. – Czemu nie? Niech kwartet smyczkowy zagra gige, Susanno. Wyciagnela reke do zaskoczonych dzentelmenow przy najblizszym karcianym stoliku i wdrapala sie na blat, zrzucajac karty. Po sali przeszedl szmer zaskoczenia, a potem pomruki wyczekiwania. Muzycy zaczeli grac. Juliana zagarnela spodnice, pokazujac liczne halki i bardzo zgrabne kostki. Dzentelmeni jeden przez drugiego wyciagali szyje, by zerknac jej pod spodnice. Muzycy grali szybko i rytmicznie. Juliana prowokacyjnie poruszala biodrami, krecila sie w kolko, wlosy wysunely sie z podtrzymujacych je szpilek i splynely na ramiona. Tlumowi udzielil sie nastroj chwili i zaczeto klaskac w rytm muzyki. Jedna z prostytutek wgramolila sie na sasiedni stolik i dolaczyla do niej przy akompaniamencie okrzykow i wulgarnych wrzaskow. Juliana stracila rownowage i bylaby spadla ze stolu, gdyby entuzjastyczne dlonie jej nie podtrzymaly. Tanczyla tak zawziecie, ze piers wysunela jej sie ze stanika, za co zostala nagrodzona hucznym wiwatem. W koncu, zarumieniona, potargana i bez tchu, chetnie przyjela kieliszek wina, ktory ktos wcisnal jej w dlon. Pijac, spostrzegla Martina Davencourta. Mial ponura, zawzieta mine. Trzymal w dloni peleryne. Zanim zdolala odgadnac jego zamiary, wyjal jej kieliszek z reki, odstawil gwaltownie na stol, otulil ja peleryna i mocno przyciagnal do siebie, obejmujac ramieniem jej talie. Mruknal lakonicznie: – Chodzmy, lady Juliano. Zabieram pania do domu. Juliana rzucila mu rozbrajajace spojrzenie i przytulila sie do niego. Zasluzyl na to, by wprawic go w zaklopotanie. Oto mezczyzna, ktory posadzil ja o chec wywolania skandalu na slubie jego kuzynki. Oto mezczyzna, ktory uwazal, ze Londyn jest pelen jej kochankow, a wiec rownie dobrze mogla postapic tak, jakby byla to prawda. – Nie musimy tak sie spieszyc, Martin, kochanie. Jestem tylko twoja – zaszczebiotala slodko, usmiechajac sie do niego. – Zabierz mnie stad. – Szczesciarz z ciebie, Davencourt – zauwazyl ktos zartobliwie. Martin czym predzej wyprowadzil ja z sali, a wlasciwie wyniosl, bo Juliana z artystycznym wyczuciem przylgnela mu do ramienia niczym plozacy sie bluszcz. W pelni zdawala sobie sprawe z usmiechow i komentarzy tlumu. – Zwolnij, prosze, Martin, kochanie – powiedziala glosno. – Tak ci spieszno do naszego sam na sam? – Prosze sie uspokoic! – wysyczal polglosem. Jak tylko znalezli sie w holu, z dala od widzow, puscila go i poprawila wymieta suknie. Nie bylo tu nikogo, totez nie widziala potrzeby udawania. – Panie Davencourt, ta sklonnosc do porwan ktoregos dnia przyczyni panu klopotow. Powinno mi pochlebiac, ze tak panu za lezalo na moim towarzystwie, wiem jednak, ze nie o to chodzi. Martin przeszyl ja wscieklym spojrzeniem. – Robie to dla pani brata, lady Juliano. Nie uwierze, ze chcialby, zeby zabawiala sie pani w takim miejscu! – Zabawiala sie? Mowi pan jak ze sredniowiecza, panie Davencourt. A moze wrecz sprzed potopu. – Juliana rozesmiala sie. – A co do Jossa, bardzo sie pan myli. Zapewniam pana, ze zostawilby mnie samej sobie. Kaciki ust Martina wykrzywily sie w dezaprobacie. – Wcale mu sie nie dziwie. – A wiec na drugi raz prosze zostawic mnie w spokoju. Dziekuje za pomoc, ale nie ma potrzeby, zeby odgrywal pan role blednego rycerza. Wyszli na schody prowadzace do frontowego wejscia. Zimne nocne powietrze podzialalo na Juliane jak wiadro wody. Nie zdawala sobie sprawy z tego, ze tak duzo wypila, a teraz przylgnela instynktownie do ramienia Martina, zeby nie upasc. Jej uszu dobieglo zrezygnowane westchnienie. – Och, wiem, ze troche wypilam. – Jest pani sprytna – zauwazyl Martin. – W dalszym ciagu chce pani, zebym zostawil ja sama? Juliana wybuchnela smiechem. – Moze mnie pan zawiezc do domu z moim blogoslawienstwem, panie Davencourt, o ile zdaje pan sobie sprawe, jaka to szkode wyrzadza panskiej nieskazitelnej reputacji. Martin wydal z siebie dzwiek przypominajacy parskniecie i pomogl jej wsiasc do powozu. – Portman Square – polecil stangretowi. Pchnal ja niezbyt delikatnie na siedzenie, po czym wsiadl sam. Juliana uswiadomila sobie, ze jego bliskosc chyba sprawia jej przyjemnosc. Wypity w nadmiarze alkohol pozbawil ja zahamowan. Zarzucila Martinowi ramiona na szyje, a kiedy probowal sie uwolnic, nie pozwolila mu na to. – Prosze mnie puscic, lady Juliano – powiedzial chlodno, odrywajac sila jej ramiona od szyi i wciskajac ja w rog powozu. Juliana, porwana nagla, zadziwiajaca fala pijackiego pozadania, wdrapala sie Martinowi na kolana. Znow sprobowal ja odepchnac. – Zejdz! – Zabrzmialo to tak, jakby mowil do nieposluszne go psa. – Zostaw mnie w spokoju, prosze. Wiercila sie na jego kolanach. Czula, jaki jest spiety. Wspaniale pachnial cynamonowa woda kolonska i swiezym powietrzem. To smieszne, ze spodobal jej sie Martin Davencourt, sztywny, zamkniety w sobie Martin, ktorego wyobrazenie o przyjemnosciach sprowadzalo sie do czytania raportow ministerstwa finansow. Niemniej ta surowa meskosc okazala sie niezwykle pociagajaca. Kiedy delikatnie umiescil ja z powrotem na siedzeniu, westchnela zalosnie. – Nie chcesz mnie? Polozyla reke na jego udzie i dlon Martina zamknela sie jak zelazne imadlo na jej nadgarstku, zanim palce Juliany dotarly do celu. – Boli! – Skrzywila sie, a bol pomogl rozjasnic jej w glowie. – Musze panu pogratulowac surowosci panskich zasad moralnych, panie Davencourt. – Prosze mnie nie dotykac! – warknal Martin, puszczajac jej dlon. – Nie mam zyczenia stac sie obiektem pani pijackich zalecanek, lady Juliano. – Jest pan niesprawiedliwy wobec siebie, panie Davencourt. – Wyprostowala sie i odsunela. – Chyba nie chce pan powiedziec, ze trzeba byc kompletnie pijana, zeby uznac pana za atrakcyjnego? Martin odwrocil sie bokiem, calkowicie ja ignorujac. – Wiem, ze mnie pan nie lubi. Wyrazil to pan wystarczajaco jasno, kiedy widzielismy sie poprzednim razem. – Jest pani pijana, lady Juliano. Jutro bedzie pani zalowac, ze ta rozmowa miala miejsce. – To niezwykle malo prawdopodobne. Nigdy nie zaluje tego, czego nie moge zmienic. To strata czasu. Znow zapadla cisza. – Czy w ogole nie zamierza pan ze mna rozmawiac? – spytala Juliana. Przebierala palcami po aksamitnej poduszce siedzenia, az musnela wierzch jego dloni. Byla ciepla i pelna zycia i zapragnela jej dotknac mocniej. Zaryzykowala i wsunela swoja dlon w jego reke. Po chwili westchnal z rezygnacja i usiadl wygodniej, odprezony. Juliana przysunela sie nieco blizej. – A wiec nie chce pan ze mna rozmawiac i nie chce pan mnie pocalowac. Martin lekko zwrocil glowe w jej strone. – Z pewnoscia nie. – Tak jak powiedzialam, zasadniczy z pana czlowiek. – Hm. – Nie wygladalo na to, ze mu pochlebila. – Dlaczego zadaje pan sobie trud, by odwiezc mnie do domu, skoro pan mnie nie lubi? – Nie jestem pewien, dlaczego zadaje sobie ten trud. – Martin usmiechnal sie niewyraznie. – To nie tak, ze pani nie lubie, lady Juliano. Lubie. Bog raczy wiedziec dlaczego, ale jakos nie potrafie sie powstrzymac. To bardzo skomplikowane. Juliana usmiechnela sie slodko. – W porzadku. Naprawde jestem mila. Martin rozesmial sie. – Za mocno powiedziane, lady Juliano. Poza tym pani mnie nie lubi. Mowi mi to pani wystarczajaco czesto. – Fakty swiadcza o czyms wrecz przeciwnym, nieprawdaz? – Przekrzywila glowe i spojrzala na niego. – Zdaje sie, ze nie potrafie sie panu oprzec, panie Davencourt. – W takim razie prosze sie bardziej postarac. Pani jest jedyna zainteresowana, bo ja pania odtracam. Jestem dla pani nowoscia. Juliana polozyla dlon na siedzeniu obok siebie. – To mogloby byc wytlumaczenie, tak sadze, ale… Nie, nie wydaje mi sie, ze o to chodzi. Gleboko wierze, ze miedzy nami istnieje jakies powinowactwo. Moze to dlatego, ze oboje jestesmy takimi milymi ludzmi. Martin parsknal smiechem. – Powiedziala to pani juz wczesniej. Co, u licha, pozwala pani myslec, ze jest pani mila? – Wbrew pozorom jestem. Naprawde. – Dlaczego w takim razie zachowuje sie pani tak niestosownie? Juliana z trudem sformulowala odpowiedz. – Ja tak naprawde nie zachowuje sie w ten sposob. Tylko udaje. – Calkiem przekonujaco to pani wychodzi – zauwazyl Martin oschle. – To taka gra. Dla zabawy. – Zabawa. Rozumiem. – Martin przybral sardoniczny ton. – I jest? – Jest co? – Jest zabawnie? Juliana wzruszyla ramionami. – Przyznaje, teraz nie jest zbyt zabawnie. Rozmowa z panem przypomina rozwiazywanie krzyzowki po wypiciu zbyt duzej ilosci brandy. – To trudne dla pani. – W glosie Martina wciaz pobrzmiewal cynizm. – Prosze mi w takim razie odpowiedziec na inne pytanie. – Pochylil sie nieco bardziej. – Czy zalecanie sie do mnie to byla z pani strony gra? Zastanawiala sie przez chwile. – Nie… tak… Tak mysle. Zrobilam to po prostu dla kaprysu. Wiedzialam, ze pan nie ulegnie. – Bylaby pani zdziwiona, gdybym ulegl? – Bardzo. I bardziej niz troche zaniepokojona. Martin rozesmial sie. – Jest pani szczera, musze to pani przyznac, lady Juliano. Zerknela na niego z ukosa. – Nie mam zwyczaju klamac, juz to panu mowilam. Tak czy inaczej, czy mialoby jakies znaczenie, gdybym postapila pod wplywem kaprysu? Wiedzialam, ze pan sie na to nie nabierze, i nie mylilam sie. W spojrzeniu niebieskich oczu Martina bylo cos tak niepokojacego, ze Juliana zadrzala. Nachylila sie lekko ku niemu. – Panie Davencourt. – Lady Juliano? – Martin mial lekko zachrypniety glos. – Panie Davencourt, jesli nie zamierza mnie pan pocalowac, prosze przestac patrzec na mnie w ten sposob. – Nie patrze na pania w zaden szczegolny sposob, lady Juliano. – Alez tak, patrzy pan. – Juliana usmiechnela sie. – No, no, panie Davencourt. Uwazalam pana za prawdomownego. Bylam z panem uczciwa, a teraz panska kolej. Prosze przyznac, ze uwaza mnie pan za atrakcyjna. Zapadla cisza. – Moze powinnismy zaczac od czegos prostszego – odezwala sie Juliana, przerywajac milczenie. – Mam wrazenie, ze kiedys uwazal mnie pan za calkiem ladna. – To prawda. – Ton Martina nie powiedzial jej wiele. – Mialem wowczas pietnascie lat. – Aha. A teraz? Znow nastapila pauza, a potem Martin wyznal z ociaganiem: – Teraz uwazam, ze jest pani piekna, lady Juliano. – Jest pan za uczciwy na polityka, panie Davencourt, ale dziekuje za komplement. – Polozyla dlon na siedzeniu. – Moge pytac dalej? Moze pan udawac, ze jest pan w Izbie Gmin, jesli tak bedzie panu latwiej. Dzieki temu nabedzie pan troche praktyki. – Dziekuje, ale nie wydaje mi sie, zeby to pomoglo. Musze odmowic odpowiedzi na dalsze pytania, obawiam sie… Juliana rozesmiala sie. – A wiec jednak ma pan zadatki na polityka! Wasnie zamierzalam zapytac, czy jest pan pewien, ze naprawde nie chcial mnie pan pocalowac. Ma pan szczescie, panie Davencourt, bo zdaje sie, dojechalismy do Portman Square. Tym razem sie panu upieklo. Segsbury, kamerdyner Juliany, pospieszyl otworzyc drzwi, ale Martin sam pomogl jej wysiasc z powozu i ku jej zaskoczeniu wniosl ja po schodach do frontowego wejscia. Spoczywala spokojnie w jego objeciach, przytulajac policzek do jego ramienia. W holu postawil ja delikatnie na nogi, podczas gdy Segsbury dyskretnie zniknal. – Prosze teraz pojsc spac – polecil lagodnie Martin. – My sle, ze wlasnie tego pani potrzebuje. Obejmowal ramieniem jej talie i Juliana z wyjatkowym trudem powstrzymala sie od oparcia glowy o jego szerokie ramie. Polozyla mu dlon na piersi. – Panie Davencourt… – Tak? – Martin pochylil sie blizej, leciutki zarost na twarzy musnal przez chwile jej policzek. Pod Juliana ugiely sie kolana. – Dziekuje, ze odwiozl mnie pan do domu, panie Davencourt. Jest pan prawdziwym dzentelmenem. Ale przeciez o tym wiedzialam. Martin usmiechnal sie, a od tego usmiechu Julianie zaczelo jeszcze bardziej krecic sie w glowie. Przysunal wargi do jej ucha. – Nie jestem takim znowu dzentelmenem. Obawiam sie, ze pani pytania podsunely mi do glowy najrozniejsze pomysly. Skierowala spojrzenie szeroko otwartych zielonych oczu na jego twarz. Martin usmiechal sie lekko. – Odpowiedz na pani pytanie brzmi: tak. Tak, bardzo chcialem pania pocalowac, ale jako dzentelmen musialem sie oprzec pokusie wykorzystania sytuacji. Juliana usmiechnela sie niezwykle slodko. – Och, niech pan przyzna, panie Davencourt! To zwykle wymowki. Oparl sie pan temu, bo obawial sie pan, ze calowanie mnie to stanowczo zbyt niebezpieczna rozrywka. – Rozesmiala sie. – Niewazne. Jest pan usprawiedliwiony. – Niebezpieczna rozrywka? – W jego oczach dostrzegla psotne rozbawienie. – Sadze, ze jakos bym to przezyl. Wciaz obejmowal ja jedna reka, a teraz przyciagnal ja do siebie, dotykajac ustami jej warg. Juliana wydala stlumiony okrzyk zaskoczenia, ktory zdusil pocalunkiem. Az do tej chwili nie wierzyla, ze on naprawde to zrobi. To byla jej pierwsza omylka. Druga bylo to, ze uwazala, iz calowanie Martina Davencourta moze byc nieciekawym doswiadczeniem. Juliana, ktora przez ostatnie trzy lata nie pocalowala zadnego mezczyzny, odkryla ze nie jest to wcale takie trudne. Westchnawszy cichutko, pocalowala go w odpowiedzi i zarzucila mu ramiona na szyje. Na dluga chwile znieruchomieli w namietnym uscisku, az odglos ciezkich krokow Segsbury'ego na marmurowej posadzce obwiescil jego powrot i Martin wypuscil ja z objec. Niebezpieczna – powtorzyl Martin. – Moze mimo wszystko ma pani racje, lady Juliano. – Ujal jej dlon i zlozyl na niej pocalunek. – Dobranoc. Juliana patrzyla za odchodzacym Martinem, podczas gdy Segsbury zamykal za nim drzwi. Widziala swoje odbicie w podluznym lustrze w pozlacanych ramach, wiszacym na scianie; wlosy potargane, zielone oczy wciaz zamglone namietnoscia, usta spuchniete od pocalunkow. Do diabla! Nie zamierzala posunac sie tak daleko. To bylo zbyt intymne. Miala wrazenie, ze za bardzo sie odslonila. Nie chciala nikogo dopuszczac tak blisko. Jedno bylo pewne. Sposob, w jaki Martin calowal, nie mial nic wspolnego z dzentelmeneria. Juz nigdy nie pomysli o nim jako o nudziarzu. Segsbury przygladal sie jej z niepokojem. – Dobrze sie pani czuje? Czy mam pani cos podac? – Tak, dziekuje ci, Segsbury – powiedziala powoli. – Napije sie porto w sypialni. Porto to lekarstwo na wszystko, tak sadze. Zwlaszcza jesli wypije sie go na tyle duzo, by zdusic problem w zarodku. ROZDZIAL CZWARTY Martin przygladal sie, jak pani Lane sadowi Kitty i Clare na krzeselkach z wyplatanymi siedzeniami, ustawionych na widoku tuz przy parkiecie. Lekko zmarszczyl brwi. Obie dziewczyny mialy ponure miny; nie mial pojecia dlaczego. Przeciez znalazly sie na jednym z najznakomitszych balow kostiumowych sezonu. Martin, w konserwatywnym czarnym dominie i masce, zachodzil w glowe, czemu, u licha, jego siostry wygladaja, jakby im wyrywano zeby, skoro biorac na zdrowy rozum, powinny byc najszczesliwszymi mlodymi damami na tej sali. Odwrocil sie i zaczal sobie torowac droge przez tlum do pokoju, w ktorym zorganizowano bufet. Pomyslal, ze rozsadnie bedzie pojawic sie na balu wydawanym przez pania Selwood i tym samym uciszyc wszelkie plotki o wyczynach Kitty i Clary. Liczyl na to, ze w jego obecnosci siostry beda sie zachowywac jak nalezy i nie dojdzie do skandalu. Niemniej czekal go nudny wieczor. Wiekszosc gosci to byly debiutantki i ich wielbiciele, bo lady Selwood, jako matka dwoch corek na wydaniu, byla zdecydowana pozbyc sie z domu przynajmniej jednej w tym sezonie. Martin nie przepadal za balami debiutantek; nie mial ochoty na tance z mizdrzacymi sie niewiniatkami, a po tylu latach pobytu za granica nie znal w Londynie zbyt wielu osob. Zaraz po jego powrocie Araminta zaproponowala, ze wyda dla niego kilka przyjec, ale Martin niezbyt zapalil sie do tego pomyslu. Wolal skromne kolacje w gronie przyjaciol, gdzie mogl odpoczac i porozmawiac na interesujace tematy. Nie znosil salonowych rozmow o niczym, aczkolwiek byl w tym naprawde biegly. Lata misji dyplomatycznych sprawily, ze potrafil rozmawiac o wszystkim i z kazdym. Z wyjatkiem swego rodzenstwa. Zmarszczyl brwi na mysl o trudnosciach, jakie napotykal w porozumiewaniu sie z przyrodnimi bracmi i siostrami. W porownaniu z tym jego zadanie na Kongresie Wiedenskim bylo kaszka z mlekiem. Wzial kieliszek szampana od lokaja i potoczyl wzrokiem po sali. Adam Ashwick, jego zona Annis, Joss i Amy Tallantowie stali w niewielkiej odleglosci od niego, zatopieni w rozmowie. Adam widzac go, uniosl dlon na powitanie i Martin odpowiedzial szerokim usmiechem. Mial wlasnie podejsc i dolaczyc do grupki, gdy spostrzegl lady Juliane Myfleet. Przynajmniej zakladal, ze to ona. Otulona w srebrzysta gaze dama, ktora znalazla sie na linii jego wzroku, wygladala niczym zjawisko. Jej wspaniale kasztanowe wlosy byly zaczesane do gory, a fryzure wienczyl ksiezyc i gwiazdy. Oczy przyslaniala srebrna maseczka, z ramion splywala cieniutka jedwabna peleryna. Instynkt podpowiedzial mu, ze to Juliana, co samo w sobie bylo powodem do niepokoju. Nie potrafil wytlumaczyc, jak to sie stalo, ze rozpoznal ja z daleka, nie widzac twarzy, zaledwie po paru spotkaniach. Musialo to miec cos wspolnego z faktem, ze ja pocalowal. Niebezpieczna rozrywka, tak to okreslila, a on uznal to wowczas za zabawne. Nie mial pojecia, na jakie niebezpieczenstwo sie naraza. Calowanie, pomyslal ze smutkiem, nie bylo spokojnym zajeciem, a teraz, skoro juz raz pocalowal Juliane, ogarnela go nieodparta chec powtorzenia tego doswiadczenia. Wbrew sobie Martin nie potrafil sie powstrzymac od obserwowania Juliany, ktora wlasnie przemknela tuz obok, obdarzajac go jedynie zdawkowym spojrzeniem. Wygladala niewinnie, slicznie i o wiele za mlodo jak na rozwiazla wdowe bedaca tematem tych wszystkich plotek. Juliana Myfleet miala w sobie cos tajemniczego, cos, co nie pasowalo do tego obrazu. W jej pocalunkach tamtej nocy bylo stanowczo za duzo skrepowania. Zachowywala sie z rezerwa, niemal niesmialo. Miala w sobie niewinnosc, ktora stala w jawnej sprzecznosci z jej postepowaniem i reputacja. Przypomnial sobie jej szokujace zachowanie na kolacji u Emmy Wren, kiedy to wyraz jej oczu pozostawal w calkowitej sprzecznosci z bezwstydem zachowania. Miala w sobie pewna bezbronnosc, ktora przemawiala do jego opiekunczych instynktow. Skrzywil sie. Mowiac szczerze, wzbudzala w nim nie tylko to uczucie. Odkrywal wlasnie, ze opiekunczosc w polaczeniu z silnym pozadaniem to niebezpieczna mieszanina. Wiedzial, ze nie moze sobie pozwolic na uwiklanie w gierki Juliany. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebowal, to kolejne komplikacje. Dosc, ze Kitty i Clara zachowywaly sie, jakby byly na publicznej egzekucji, a nie na balu kostiumowym. Brandon nie chcial wyjasnic, dlaczego tak pochopnie przerwal studia w Cambridge i znikal na dlugie godziny w ciagu dnia i noca, a Daisy wciaz miewala koszmary senne. Juliana Myfleet zniknela i Martin odwrocil sie, stajac twarza w twarz z siostra. Przed paroma dniami wygadal sie, ze szuka zony, i od tej pory Araminta zaangazowala sie w te sprawe z gorliwoscia, ktora uznal za niepokojaca. W ciagu trzech dni zdazyla przedstawic go tak wielu szanowanym damom, ze Martin nie byl w stanie zapamietac ich imion. U boku Araminty stala drobna blondynka, ktora jego siostra popychala do przodu. Lekko zmarszczyl brwi, ale pochwycil znaczace spojrzenie siostry i zmusil sie do usmiechu. – Martinie, pozwolisz, ze ci przedstawie pania Serene Alcott? – spytala Araminta znaczaco. – Sereno, oto moj brat, Martin Davencourt. Martin sklonil sie. Pani Alcott odwzajemnila jego pozdrowienie niesmialym skinieniem glowy. Jej policzki zabarwil delikatny rumieniec. Byla wyjatkowo ladna i delikatna. Martin zauwazyl to wszystko i po sekundzie skonstatowal ze zdziwieniem, ze nie czuje absolutnie nic. Zadnego zainteresowania oczekiwania i z pewnoscia zadnego niepokoju, choc stal przed potencjalna towarzyszka zycia. Ale moze bylo to calkiem normalne – a nawet pozadane – skoro w gre wchodzil wybor zony. Taka decyzje nalezalo podjac z zimna krwia On w kazdym razie wybierze zone, kierujac sie racjonalnymi wzgledami. Z pewnoscia nie bedzie to uwienczeniem romansu, kiedy to angazuje sie emocje kosztem intelektu. Przez ulamek sekundy miedzy Martinem a Serena Alcott pojawil sie obraz Juliany Myfleet – takiej jaka zostawil tamtego wieczoru, o zarozowionej, rozpromienionej twarzy, o wargach obrzmialych od jego pocalunkow. Odchrzaknal. – Hm… jak sie pani ma, pani Alcott? Serena Alcott zatrzepotala rzesami. Kacik jej ust uniosl sie w usmiechu sugerujacym, ze spodobalo jej sie to, co zobaczyla. Oczywiscie byla to niezwykle subtelna sugestia. Nie sposob bylo sobie wyobrazic pani Alcott miotanej emocjami, pomyslal Martin. Przypomnial sobie ustawiczne przedstawienia w swoim domu i doszedl do wniosku, ze powinien poczuc ulge. Araminta znaczaco odchrzaknela i Martin podskoczyl na widok jej piorunujacego wzroku. – Och! Tak… pani Alcott, czy uczyni mi pani ten zaszczyt i zatanczy ze mna? Serena Alcott zajrzala do karnetu. Byl zapisany po brzegi. – Moglabym pana wcisnac do kotyliona pod koniec balu, panie Davencourt. – Jej slowom towarzyszyl uroczy usmiech. – Bedzie mi bardzo milo. Martin znow sie sklonil, tym razem nieco sztywno. Odniosl nawet wrazenie, ze potraktowano go protekcjonalnie, choc nie potrafilby powiedziec, dlaczego tak to odebral. Przeciez nie powinien oczekiwac, ze pani Alcott zatrzyma dla niego wszystkie tance. W koncu poznali sie dopiero przed chwila. Araminta i jej protegowana odeszly, a Martin odwrocil sie i jeszcze raz spojrzal na sale. Kitty siedziala obok pani Lane jak ofiara losu. Clara tanczyla, ale z mina mlodej damy, dla ktorej jest to stanowczo zbyt klopotliwe. Byla przynajmniej o piec taktow opozniona w stosunku do wszystkich pozostalych, co wprowadzilo zamet wsrod tanczacych. Jej partner, mlody earl Ercol, sprawial wrazenie nieco urazonego tym brakiem entuzjazmu. Martin westchnal. Ercol byl wyjatkowo dobra partia, ale nie ma co liczyc na to, ze oswiadczy sie Clarze, skoro ta wygladala, jakby miala za chwile ziewnac mu prosto w twarz. – I coz – rzucila wyczekujaco Araminta, znow materializujac sie u jego boku – co niej myslisz? Martin zamrugal. Przez moment myslal, ze siostra mowi o Julianie, ale uswiadomil sobie, ze pyta go o Serene Alcott. – O kim? Ach. Chodzi ci o pania Alcott! Coz… sadze, ze spelnia moje kryteria. Robi wrazenie spokojnej i rozsadnej. Araminta nie wygladala na usatysfakcjonowana. – Boze drogi, jaki ty jestes oschly i pompatyczny, Martinie! Moglbys okazac nieco wiecej entuzjazmu. Nie uwazasz, ze jest ladna? – Nawet bardzo. – Coz, nie wydajesz sie z tego szczegolnie zadowolony. Nie bede wiecej wystepowala w twoim imieniu. – Jestem pewien, ze nie bedziesz musiala. Pani Alcott wy daje sie idealna pod kazdym wzgledem. Araminta, daleka od zadowolenia z tego oswiadczenia, zmarszczyla czolo. – Nie wiem, jakim sposobem wyrobiles sobie poglad w niespelna dwie minuty! Chyba zdajesz sobie sprawe, ze ona moze okazac sie nie do przyjecia. To cos innego niz.kupowanie nowego konia. – Naturalnie. – W oczach Martina zablysly iskierki. – Sprawdzanie nowego nabytku do mojej stajni zajeloby mi znacznie wiecej czasu. Araminta cmoknela z niezadowoleniem. – Jesli juz musisz podchodzic do tego w taki sposob, to wiedz, ze pochodzenie Sereny jest bez zarzutu. Jest siostrzenica markiza Tallanta i cioteczna siostra Jossa Tallanta i lady Juliany. Martin doznal naglego wstrzasu. Mysl o nadskakiwaniu kuzynce Juliany budzila w nim wyjatkowy niesmak. Odczul to jako zdrade. – Trudno o gorsza rekomendacje. – Bzdury! – upierala sie Araminta. – Joss Tallant to wyjatkowo czarujacy i przystojny mezczyzna, a poza tym nie brak mu rozsadku. Na litosc boska, to przeciez twoj przyjaciel! – Tak i watpie, czy nawet on by zaprzeczyl, ze Tallantowie maja w sobie szalenstwo. – Och, lady Juliana jest, delikatnie mowiac, oryginalna, a Joss za mlodu byl uwodzicielem, to fakt, ale nie sadze, ze to wady dziedziczne. Ojciec Sereny Alcott byl skonczonym dzentelmenem, a jej matka to siostra markiza, bardzo stateczna i szanowana matrona. Co zas do samej Sereny, miala spokojne dziecinstwo, wyszla stosownie za maz i jako wdowa prowadzi zycie na uboczu. Martin skrzywil sie. Nie byl pewien, dlaczego mysl o idealnym zyciu Sereny Alcott wzbudza w nim irytacje, niemniej tak sie stalo. – Z tego co o niej mowisz, wynika ze jest straszna nudziara. Araminta zmarszczyla brwi. – Boze drogi, ale ty dzis jestes przekorny, Martinie! Czego wlasciwie chcesz – spokoju i rozsadku czy werwy i uporu? Bo zapewniam cie, ze nie uda ci sie znalezc tego i tego w jednej kobiecie. Odeszla naburmuszona, a Martin westchnal, uswiadamiajac sobie, ze tak naprawde nie wie, czego chce. Z pewnoscia Serena Alcott miala wszystkie atrybuty uleglej zony. To jego wina, skoro nagle uznal, ze mu to nie wystarcza… Lady Juliana Myfleet wlasnie tanczyla. Martin zauwazyl ja w kotylionie, jej partnerem byl mezczyzna w krzykliwym stroju arlekina. Obserwowal ich, wsparty o filar. Juliana Myfleet i ten szubrawiec Jasper Colling. Dziwne, ze lady Selwood upadla tak nisko, by zapraszac Collinga na przyjecie tego rodzaju. Chociaz… Colling mial zarowno tytul, jak i pieniadze, a Martin wiedzial, jak daleko sa w stanie posunac sie niektore matki, byle zlapac mezow dla swoich corek. On rowniez przyciagal wzrok niektorych debiutantek. Kiedy sie rozejrzal, spostrzegl grupke mlodych dam stojacych w poblizu niczym flotylla zaglowcow i blokujacych go w kacie. Zerkaly na niego zza wachlarzy i chichotaly. Ledwo udalo mu sie powstrzymac grymas niecheci. Skloniwszy sie damom, Martin przesliznal sie zwinnie obok nich i ruszyl na poszukiwanie drinka. – Jak wspaniale znow pania widziec, lady Juliano! – Brandon Davencourt, szeroko usmiechniety, podszedl do Juliany, ktora wlasnie wyszla z pokoju gier. – Moge pani przyniesc kieliszek wina? A moze zechcialaby pani zatanczyc? Juliana usmiechnela sie. – Bylabym zachwycona, panie Davencourt. Rzadko tanczyla, ale teraz widzac, ze Martin Davencourt obserwuje ich ponuro z sali balowej, usmiechnela sie czarujaco do Brandona i wziela go pod ramie, prowokujac tym samym Martina do okazania dezaprobaty. Nie widziala go od tamtej nocy przed tygodniem, kiedy odwiozl ja do domu z Crowns. Pocalunek w holu, ktory wydal jej sie taki slodki, najwyrazniej okazal sie w przypadku Martina pomylka, i to taka, o ktorej nalezy zapomniec. – Tak sie ciesze, ze sie pani zgodzila, lady Juliano – ciagnal Brandon, prowadzac ja na parkiet. – Myslalem, ze mi pani odmowi. – Mowili, ze pani nie zatanczy, ze pani nigdy nie tanczy. – Kto? – Wszyscy inni panowie. Beda chorzy z zazdrosci. Juliana rozesmiala sie. Nie sposob bylo sie oprzec takiemu nieskomplikowanemu pochlebstwu. Okazalo sie balsamem na jej zranione uczucia. – Coz, panie Davencourt… lubie byc nieobliczalna. – Jakie to szczescie dla mnie. Wystarczy Brandon, lady Juliano. – Porwal ja do walca. – Tak dobrze zna pani nasza rodzine. Juliana skrzywila sie. – Za duzo powiedziane. Mam wrazenie, ze panski brat odnosi sie do mnie z dezaprobata. – Ostatnio Martin potepia wszystko i wszystkich. – Czolo Brandona przeciela zmarszczka. – Dzisiaj straszliwie zmyl mi glowe, wie pani… Wszystko pod haslem, ze studia powinny byc najwazniejsze i ze marnuje szanse, porzucajac Cambridge na ostatnim roku. Jestem przekonany, ze go rozczarowalem. Prosze o wybaczenie. To niezbyt odpowiedni temat na bal. – To nie ma znaczenia – uspokoila go Juliana. Rozmowy z atrakcyjnymi mezczyznami nie byly w koncu takie uciazliwe. Lekko zmruzyla oczy. – Nie sadzilam, ze ukonczyl pan studia. Brandon skinal glowa. – Przedwczesnie, obawiam sie. Nie nadaje sie na naukowca. – Skrzywil sie. – Zdaje sie ze to jeden z powodow, dla ktorych Martin rozczarowal sie co do mnie. On w swoim czasie byl jednym z najlepszych studentow. – Przypominam sobie, ze panski brat byl pracowity, kiedy go poznalam – powiedziala. – Musial miec wtedy okolo pietnastu lat, tak mi sie wydaje, a bez przerwy obmyslal nowe rownania matematyczne, czytywal poezje i ksiazki filozoficzne. Wstyd przyznac, te jego uczone zajecia calkiem mnie usypialy. Brandon smialo okrecil ja wokol siebie. – Filozofia, tak? Musze to zapamietac na wypadek, gdybym kiedys nie mogl zasnac. Na pewno biblioteka Martina jest po brzegi zapchana takimi ksiazkami. – Zapewne pan Davencourt nie ma teraz za wiele czasu dla filozofow, skoro opiekuje sie siodemka rodzenstwa – zauwazyla chlodno. – A moze szostka, bo pan nie wyglada na kogos, kto nie potrafi zatroszczyc sie o siebie, Brandonie. Pewnie uwaza sie za szczesciarza, jesli zdola znalezc troche czasu na przeczytanie gazety, nie mowiac o powaznej ksiazce. – Chyba rzeczywiscie sprawiamy mu sporo klopotow – przyznal. Ja tez mu nie pomoglem, opuszczajac Cambridge wczesniej, niz bylo ustalone, ale… – przerwal w pol zdania. – Klopoty finansowe, tak? – spytala Juliana wspolczujaco. Az za dobrze znala dwa podstawowe powody, dla ktorych mlodzi mezczyzni zazwyczaj porzucaja studia. Brandon zerknal na nia szybko i usmiechnal sie ze smutkiem. – Nie, nie finansowe. Innego rodzaju. – Ach, rozumiem. W takim razie romans. – Wiekszosc zdrowo myslacych kobiet bylaby podatna na urok Brandona. Wystarczylo tylko rozejrzec sie po sali. Wszystkie debiutantki przeszywaly ja zlym wzrokiem, zupelnie jakby sprzatnela im sprzed nosa najlepsza partie. – Tak. Wpakowalem sie w nie lada klopoty – przyznal Brandon otwarcie. – Czy panski brat o tym wie? Brandon nie patrzyl jej w oczy. – Jeszcze nie. Nie znalazlem odpowiedniej chwili, zeby mu o tym powiedziec. – Odpowiednia chwila nigdy nie nastapi – orzekla Juliana z westchnieniem. – Uwierz mi na slowo, Brandonie. Troche sie znam na trudnych wyznaniach. Lepiej miec to za soba, zwlaszcza jesli problem nalezy do klopotliwych albo wiaze sie z duzymi wydatkami. – To nie tak! – zaprzeczyl Brandon, caly zarumieniony. – Chodzi o to, lady Juliano, ze jest pewna mloda dama, ktora ja… wyjatkowo szanuje, ale jej rodzice nie aprobuja naszego malzenstwa a Martin, jestem przekonany, tez by go nie zaaprobowal. Okrazyli sale po raz kolejny, dzieki czemu Juliana miala okazje zerknac na Martina Davencourta. Wciaz ich sledzil tymi swoimi spokojnymi, zadumanymi zielonoblekitnymi oczami. Poczula laskotanie w krzyzu. – Rozumiem – powiedziala. – Jednak twoje uczucie jest szczere, czy tak? Brandon zarumienil sie po chlopiecemu. – O tak, jak najbardziej. Zapewne – dodal zarliwie – teraz pani powie, ze jestem za mlody, by myslec o malzenstwie? – Nie – odparla Juliana. – Bylam mlodsza od ciebie, kiedy wychodzilam za maz po raz pierwszy, a moj maz byl zaledwie o pare lat starszy ode mnie. Gleboko wierze w to, ze gdyby Myfleet nie umarl, bylabym najszczesliwsza kobieta na ziemi. – Usmiechnela sie do niego promiennie. – Liczy sie tylko jedno. Musisz byc pewien, ze dokonales wlasciwego wyboru. Muzyka zblizala sie do finalu. Wykonali ostatnia figure. – Bardzo dziekuje, lady Juliano – powiedzial Brandon. – I dziekuje za rade. Bardzo milo mi sie z pania rozmawialo. To zupelnie nie przypominalo rozmowy z kobieta. Wlasciwie czulem sie, jakbym rozmawial z kolega, choc naturalnie temat byl inny, bo my nie dyskutujemy o uczuciach. – Porownanie do mezczyzny to dla mnie nowe doswiadczenie, Brandonie. Czy powinno mi to pochlebiac? – Bardzo przepraszam… – Mlodzieniec zarumienil sie. – To mial byc komplement, ale moze nie wyszlo najlepiej. – Z radoscia potraktuje twoje slowa jak komplement – zapewnila Juliana z usmiechem. Ujela go pod ramie i, jak bylo w zwyczaju, mieli sie przejsc po sali, ale prawie natychmiast wpadli na Martina Davencourta. Najwyrazniej na nich czekal, gotow przerwac ich sam na sam. Nie wygladal na zadowolonego. Juliana poczula, ze sie rumieni. Swiadomosc czyjejs obecnosci nigdy nie dzialala na nia tak dojmujaco, nawet dawno, dawno temu, kiedy debiutowala w towarzystwie. Miala wrazenie, ze cala jej swiatowa oglada zostala unicestwiona za jednym zamachem. – Brandonie, jestem przekonany, ze po tancu lady Juliana chcialaby sie napic wina – odezwal sie Martin. Czy bylbys tak dobry, by przyniesc kieliszek z bufetu? I kieliszek dla mnie, jesli laska. Brandon rzucil jej przepraszajace spojrzenie. Wiedziala, ze nie bedzie sie opieral. Nikt nie sprzeczal sie z Martinem Davencourtem, a co dopiero jego mlodszy brat. – Prosze pania o wybaczenie – sklonil sie. – Za chwile bede z powrotem. – Nie musisz sie spieszyc. – Martin podal ramie Julianie. – Lady Juliana i ja mamy ze soba do pomowienia. Z ociaganiem wsunela dlon pod jego ramie. Nerwy miala napiete jak postronki. To co zaczelo sie jako towarzyska gra, lada moment moglo przerodzic sie w cos calkiem innego i miala powazne obawy, ze sytuacja ja przerasta. – Pochlebia mi, ze pana zdaniem mamy wiele do omowienia, sir – rzucila beztrosko. – Ja odnosze wrazenie, ze jest wrecz odwrotnie. Martin usmiechnal sie. – Dlaczego pani tak mowi? – Coz, udalo nam sie trzymac z dala od siebie przez caly miniony tydzien, prawda? Powoli skinal glowa. – Myslalem, ze lepiej bedzie zachowac dystans, lady Juliano. – Jakie to wywazone z pana strony. Nie oczekiwalam niczego innego. Mam nadzieje, ze nasze ostatnie spotkanie zbytnio panem nie wstrzasnelo, panie Davencourt. Nie chcialabym byc za to odpowiedzialna. – Zapewniam pania, ze nie jestem wstrzasniety – powiedzial uprzejmie – chociaz rozumiem, ze moglem pania zaskoczyc. – O, tak. – Nie miala zamiaru dopuscic do tego, by zorientowal sie, jak bardzo ja poruszyl. – Jest pan pelen niespodzianek, panie Davencourt. Martin usmiechnal sie krzywo. – Zbytnia pewnosc siebie nie zawsze poplaca. Lustrowal ja spojrzeniem z niepokojaca dokladnoscia zupelnie tak samo jak wtedy w holu u Emmy Wren. Wlosy, oczy, usta. Zatrzymal sie dluzej na wygieciu warg i jego spojrzenie rozblyslo. – Panie Davencourt, jestesmy w zatloczonej sali balowej. – W takim razie wyjdzmy na zewnatrz. Jego bezczelnosc zaparla jej dech. Z nich dwojga to ona miala byc ta z doswiadczeniem, o zlej reputacji. Ktos tracil ja w ramie i przeprosil. Nie miala pojecia, kto to byl, ale czar prysnal. Odsunela sie nieco. – Moze ma pan racje, panie Davencourt – powiedziala tak lekkim tonem, jak tylko zdolala. – Jest pan pelen niespodzianek, na przyklad nie spodziewalam sie, ze pana tu dzis spotkam. Zamierza pan pilnowac swojego rodzenstwa? Martin przyjal zmiane tematu rozmowy wymownym uniesieniem brwi. To oznaczalo, ze byl gotow pozwolic jej dyktowac tempo – na razie. – Powiedziala to pani tak, jakbysmy byli na kinderbalu, lady Juliano. – Coz, tym wlasnie jest – dla pana. – Juliana rzucila mu kpiace spojrzenie z ukosa. Teraz, na neutralnym gruncie, poczula sie bezpieczniejsza, poza wplywem jego mrocznego przyciagania. – Dni panskiej mlodosci naleza juz do przeszlosci, sir. Jak zreszta mogloby byc inaczej przy gromadce dzieci, ktore wymagaja nieustannej opieki? Martin skrzywil sie. – Musi pani byc tak okrutna, lady Juliano? Nie jestem jeszcze zdziecinnialym starcem. – Nie, ale rownie dobrze moglby pan nim byc, skoro i tak nie znajduje pan czasu dla siebie. Podobno trudy wychowywania dzieci sa nieslychanie wyczerpujace. Nietrudno sie domyslic, ze nie bedzie mial pan czasu na prace w parlamencie, ktora z pewnoscia wymaga uwagi. Martin rozesmial sie. – W takim razie chyba powinienem sie ozenic i zostac glowa rodziny. – Zauwazylam, ze czyni pan szybkie postepy w tym kierunku. Moja kuzynka, pani Alcott, bedzie dla pana doskonala zona. Martin wygladal na zaskoczonego. – Za szybko wyciaga pani wnioski, lady Juliano. Poznalem pania Alcott dopiero dzisiaj. – Po co tracic czas? Jestem przekonana, ze to idealna kobieta dla pana. Uniosl brwi. – Czy pani kuzynka jest choc troche podobna do pani? – W najmniejszym stopniu. Jest moim calkowitym przeciwienstwem, stad moje przekonanie, ze bedziecie mieli ze soba wiele wspolnego. Poza tym… – Juliana usmiechnela sie slodko – panska oferta jest naprawde kuszaca. Gotowa siedmioosobowa rodzina! Serena nie bedzie musiala sie klopotac rodzeniem wlasnych dzieci. Coz mogloby byc lepszego? Najwyrazniej zbila go z tropu. – Mialem nadzieje na wlasna rodzine – zauwazyl. – Och, coz, w takim razie bedzie panu potrzeba duzo sily. – Wyciagnela niewielka piersiowke ze srebrnej ozdobnej torebki na pasku. – Napije sie pan? Martin wybuchnal smiechem. – Co to jest? Brandy? – Nie, porto. Bardzo dobre. Ratuje mi zycie, kiedy przychodze na bale debiutantek. – Dziekuje za propozycje, ale wole dobra brandy. Nie sposob sie nie zastanawiac, czemu zadala sobie pani trud, zeby tu przyjsc dzisiejszego wieczoru, lady Juliana Jesli pania zdziwil moj widok, musze przyznac, ze pani zaskoczyla mnie jeszcze bardziej. Nigdy bym nie pomyslal, ze tego rodzaju rozrywka moze pani odpowiadac. – Ma pan racje, naturalnie. Bardzo tu nudno. – Juliana ostentacyjnie pociagnela lyk porto. Cieply alkohol rozgrzal zoladek i juz tak nie drzala. Kilka matron stojacych w poblizu mierzylo ja wzrokiem, zaciskajac usta z dezaprobata. – Po prostu mialam taki kaprys – wyjasnila, zakrecajac buteleczke i wsuwajac ja na powrot do torebki. – Kolejny z moich dziwacznych kaprysow, niestety. Slyszalam kiedys, jak lady Selwood mowiac o mnie, uzyla sformulowania „ta kreatura Myfleet” i dodala, ze nie dopusci do tego, by zapraszano mnie na jej przyjecia. Postanowilam wiec uswietnic jej bal w ramach kary. – Juliana poslala Martinowi olsniewajacy usmiech. – Poniewaz to bal kostiumowy, biedna dama nie poznala mnie od razu i przyjela niezwykle serdecznie. Specjalnie poprosilam Jaspera Collinga, zeby mi towarzyszyl, bo lady Selwood uwaza go za obrzydliwego rozpustnika. – Taki wlasnie jest. – Wiem o tym. Nie dostrzega pan pikanterii tej sytuacji? Jasnie pani nie moze nas teraz wyrzucic, bo wywolalaby jeszcze wiekszy skandal. Wie jednak, kim jestesmy, tak samo jak wszyscy jej goscie. Wystawilam ja na posmiewisko. Widzi pan, Jasper nawet tanczy z panna Selwood! Martin przygladal sie Julianie. Wygladalo na to, ze jej wspolczuje. Wspolczuje i jest rozczarowany. Na widok tej miny serce jej sie scisnelo i poczula, jak wzbiera w niej gniew. Jak on smial sie nad nia litowac? Odpowiedziala mu wyzywajacym spojrzeniem. – Jak widze, pana koncepcja rozrywki i moja diametralnie sie od siebie roznia, panie Davencourt. Skoro tak, nie musi sie pan dluzej torturowac, spedzajac czas w moim towarzystwie. Chyba ze chcial mi pan powiedziec cos szczegolnego. – Jest pewna sprawa – powiedzial powoli. Nie patrzyl na nia; jego spojrzenie spoczywalo na Brandonie, ktory bawil rozmowa jakas ladniutka debiutantke. – Czy ma to cos wspolnego z pana bratem? – Ma pani slusznosc. – Wygladal na rozbawionego. – Czyzbym byl tak przezroczysty? – Jak szklo, panie Davencourt. – Spojrzala na niego. – Chcialby pan, zebym nie podtrzymywala tej znajomosci. – Naturalnie, ze tak. Brandon jest mlody i podatny na wplywy. – Nie zauwazylam u niego niczego takiego. Jak na mlodzienca w jego wieku, sprawia wrazenie wyjatkowo dojrzalego. – On ma – podkreslil wyraznie zdenerwowany Martin – dwadziescia dwa lata, lady Juliano. To tylko mlokos i calkiem traci glowe przy pani. Miana rozesmiala sie. Czy to nie absurdalne, ze Brandon zwierzal jej sie ze swej milosci do innej damy, podczas gdy Martin obsadzil ja w roli uwodzicielki niewinnych mlodziencow? – Mlodzi mezczyzni u progu dojrzalosci zawsze sie zakochuja, panie Davencourt – zauwazyla. – Sam pan to mowil, o ile dobrze pamietam. Moze zdazyl pan zapomniec, jak to bylo. W kazdym razie zachowuje sie pan tak, jakby mial pan nie trzydziesci lat, a dziewiecdziesiat piec. – Bylbym wdzieczny, gdyby pani nie kokietowala Brandona, lady Juliano – powiedzial Martin z godnym uznania spokojem. – To wszystko, o co prosze. – Rozumiem… – Miana blysnela zebami w usmiechu. – Jaki pan jest przewidywalny, sir. Rozczarowuje mnie pan. Dokladnie to spodziewalam sie uslyszec. Martin lekko wzruszyl ramionami. – Chyba nie jest pani zaskoczona? – Nie, naturalnie, ze nie. – Nie byla zaskoczona, raczej przykro rozczarowana. – Hipokryzja nigdy mnie nie zaskakuje. A wiec inna zasada obowiazuje pana, a inna Brandona? Swoja droga, nie sadze, ze ktokolwiek moglby pana scharakteryzowac jako mlodego i ulegajacego wplywom, panie Davencourt, nawet pana najdrozsi i najbardziej naiwni krewni. – Naturalnie, ze nie. Pani tez nie jest taka, lady Juliano, dlatego sie rozumiemy. Odwrocila sie. Poczula sie urazona, zupelnie jakby oczekiwala, ze Martin bedzie mial o niej lepsze zdanie, i rozczarowala sie, ze tak nie jest. A zarazem byla zla na siebie. W koncu to ona dala mu do zrozumienia, ze ugania sie za mezczyznami dla rozrywki. Nie mogla winic go za to, ze jej uwierzyl. Musiala koniecznie wyleczyc sie z tego niewytlumaczalnego pociagu do Martina. – Bardzo przepraszam – powiedziala. – Widze sir Jaspera Collinga. Bez watpienia mnie szuka, bo jestesmy partnerami w kotylionie. Milej zabawy. Martin zlapal ja za ramie. – Chwileczke. Nie obiecala mi pani, ze nie bedzie kokietowac Brandona. Spojrzala na niego z pogarda. – Nie i nie zrobie tego. Panski brat jest czarujacy i milo sie z nim rozmawia. Nalezy zalowac, ze pan nie odziedziczyl takich samych cech. Co wiecej, jako dorosly Brandon z pewnoscia po trafi sam podejmowac decyzje. Zegnam, panie Davencourt. Zdazyla dostrzec blysk gniewu w jego oczach, zanim Martin puscil jej ramie. Odeszla i z miejsca poczula ogromna ulge. W glowie kolatala jej mysl, ze jesli chodzi o Martina Davencourta, wziela na siebie wiecej, niz byla w stanie uradzic. Jako kochanek czy jako przeciwnik – nie byla pewna, kim wlasciwie moglby byc – robil wrazenie. W polowie drogi przez sale spotkala Brandona. Niosl dwa kieliszki wina i oddychal ciezko, zupelnie jakby sie bardzo spieszyl. Wiedzac, ze Martin ich obserwuje, umyslnie przystanela i wyciagnela reke. – Dziekuje ci za taniec, Brandonie. – Przysunela sie blizej, tak ze niemal dotykali sie glowami. Byla pewna, ze Martin uzna to za niedopuszczalna zazylosc. Znizyla glos. – Nalegam, zebys powiedzial bratu o wszystkim. Cokolwiek zrobiles, jestem przekonana, ze on zdola ci pomoc. Brandon usmiechnal sie do niej blado. Wygladal na zmeczonego. – Obiecuje, ze sprobuje znalezc odpowiednia chwile, lady Juliano i… – lekko dotknal jej nadgarstka – bardzo pani dziekuje. Patrzyla, jak Brandon podchodzi do brata i podaje mu jeden z kieliszkow. Martin wzial wino, podziekowal, ale chlodnego spojrzenia ani na moment nie oderwal od Juliany i, choc nie mogla odczytac wyrazu jego twarzy, wiedziala, ze wciaz jest zly. Na te mysl po jej skorze przebiegl lekki dreszcz. Wolno podeszla do Jaspera Collinga, swiadoma, ze Martin obserwuje ja przez cala droge. Nie musiala odwracac glowy, zeby to wiedziec. Czula na sobie jego spojrzenie i to ja niepokoilo. Colling odwrocil jej uwage. Pociagnal ja za jedwabny rekaw i szepnal: – Juliano, moja droga, mam dla ciebie pewna propozycje. Na pewno bardzo ci sie spodoba. Spojrzala na Martina po raz ostatni, po czym usmiechnela sie zniewalajaco do Collinga. – W takim razie baw mnie, Jasper. ROZDZIAL PIATY W Hyde Parku o dziesiatej wieczorem bylo bardzo zimno. Juliana, ukryta w buczynowym lasku, gdzie nie dochodzil blask ksiezyca, doszla do wniosku, ze byc moze jest to najglupszy czyn w jej zyciu. Zadrzala na mysl o tym, co ojciec albo Joss, a nawet Martin Davencourt mogliby powiedziec, gdyby cala sprawa wyszla na jaw. Naturalnie kiwaliby glowami nad jej najnowszym wyskokiem, ale ta dezaprobata, ktora w przeszlosci zawsze pobudzala ja do zlego, teraz wydawala sie az nadto sluszna. Po raz pierwszy w zyciu miala watpliwosci. Z poczatku wszystko wygladalo na wspanialy zart. Ona, Jasper Colling i Emma Wren ulozyli caly plan przed tygodniem, w pokoju karcianym na balu u lady Selwood – ona i Colling mieli zatrzymac powoz Andrew Brookesa i upozorowac napad. Juliana zawsze chciala zabawic sie w rozbojnika, totez pomysl wydal sie jej wart zachodu. Teraz zmienila zdanie, tyle ze bylo za pozno, by sie wycofac. Chociaz zeby jej dzwonily, a palce u nog zmarzly na kosc w cienkich butach do konnej jazdy, nie mogla zrezygnowac i wrocic do domu. Pociagneloby to za soba utrate twarzy przed przyjaciolmi. – Ten kapelusz jest tak potwornie brzydki – powiedziala, poprawiajac sie w siodle i liczac na to, ze Colling nie zauwazy drzenia jej glosu – a spodnie wprost obrzydliwe. Nie mogles znalezc dla mnie bardziej twarzowego przebrania, Jasper? Slowo daje, jesli nas zlapia, zostane oskarzona nie o rabunek na goscincu, tylko o przestepstwo przeciwko modzie! Jasper Colling rozesmial sie. – Juliano, moja droga, nikt nas nie zlapie, totez nie musisz martwic sie o to, ze ktokolwiek oskarzy cie o brak gustu. Poza tym to przeciez zart. Zgotujemy Brookesowi i jego zonie powitanie, o ktorym nigdy nie zapomna! Ksiezyc swiecil pelnym blaskiem. Noc byla chlodna, jasna. Juliana wybrala dluga czarna peleryne, a kasztanowe wlosy zwiazala z tylu i ulozyla tak, by nie rzucaly sie w oczy. Colling dostarczyl jej starego trojgraniastego kapelusza nalezacego do jego stangreta. Dal jej tez niewielki srebrny pistolet, ale nie miala pojecia, jak go uzyc. Zaledwie przed kwadransem wszystko wydawalo sie zabawne. Teraz nagle eskapada nabrala dla niej takiego samego powabu jak pobyt we Fleet [3] , gdzie przypuszczalnie trafi, jesli ich zlapia. Colling dotknal jej ramienia. Wyczuwala jego podekscytowanie i sama zareagowala na to podnieceniem polaczonym z niepokojem. – Jada! Droga w ich kierunku toczyl sie powoz, przysadzisty i ciemny w swietle ksiezyca. Juliana wstrzymala oddech. – Nie wydaje mi sie… – zaczela, ale jej towarzysz juz po pedzal konia. Plochliwy gniadosz stanal deba i omal nie zrzucil go z siodla, wkrotce jednak Colling galopowal za powozem. Po chwili wahania Juliana ruszyla za nim. Po mniej wiecej minucie uswiadomila sobie, ze to nie ten powoz, ale wowczas bylo juz za pozno. Colling strzelil w pudlo pojazdu, na co stangret omal nie spadl z kozla. Skulil sie ze strachu, pochylajac twarz ku konskim szyjom i zawolal drzacym glosem: – Kim jestescie? Czego chcecie? Juliana zobaczyla, ze Colling dusi sie ze smiechu. – Pieniadze albo zycie! Szarpnal drzwiczki powozu i w tym momencie zlapala go za ramie. – Co ty wyprawiasz? To nie jest powoz Brookesa. – Co to, u diabla, za roznica? – burknal Colling bez zastanowienia. – To przeciez tylko zart. Na poduszkach w rogu powozu siedziala skulona drobna staruszka. Z jej oczu wyzieralo przerazenie, kacik ust drzal zalosnie. Trzesace sie dlonie juz zdazyly powedrowac do brylantowej kolii na szyi, ale nie mogla jej rozpiac. Juliana chwycila Collinga za ramie, tym razem mocniej. – Nie! Zostawmy ja! – Sto gwinei albo twoja cnota! – zawolal Colling, usilujac sie nie smiac. Starsza dama, ktora zdaniem Juliany musiala miec przynajmniej siedemdziesiatke, wygladala, jakby miala zaraz zemdlec na sama mysl o tym, jak ten mlody rozbojnik wrzucaja do rowu. – Wezcie moja torebke, ale mnie oszczedzcie. Jestem taka stara i taka zmeczona… – Glos jej sie zalamal i nie dokonczyla. – Na litosc boska! – Julianie zrobilo sie niedobrze. Puscila ramie Collinga i zawrocila koniem. – Zostaw ja! To zbyt niebezpieczne. Ja wracam. Przy uchu uslyszala swist kuli. Colling zaklal. Teraz sie nie smial. Nie mowiac nic wiecej, uderzyl konia szpicruta i pogalopowal w kierunku, z ktorego przybyli, zostawiajac Juliane przy otwartych drzwiczkach powozu. Na ziemi lezala torebka starej damy. Lada chwila mogla byc stratowana przez konskie kopyta. Juliana obejrzala sie. Droga nadjezdzal inny powoz, ktorego stangret i pasazer strzelali do nich. Szybko zeskoczyla z konia, podniosla torebke, wsunela glowe do powozu i wcisnela torebke do rak staruszki. – Prosze ja wziac. Przepraszam. To byl tylko zart. Wdrapala sie na siodlo i popedzila konia w kierunku domu. Colling wyjechal spod oslony bukow i dolaczyl do niej, ale nie zdolal dotrzymac jej szalenczego tempa, wiec zmuszony zamykac tyly, wyrzucal z siebie na przemian blagania, zeby zwolnila, i nerwowe pytania, co w nia, u diabla, wstapilo. Juliana nie odpowiadala. Pare razy zamaszyscie otarla lzy z policzkow, pilnowala sie jednak, zeby Colling niczego nie spostrzegl, a kiedy wyjechali na oswietlone ulice miasta, przeszla w spokojny klus i podziekowala swemu towarzyszowi za udzial w przygodzie. Colling wciaz kipial podnieceniem. – Strzelali do nas! Daje slowo, co za wspaniala ucieczka! Widzialas, kto byl w tamtym powozie, Juliano? Davencourt, masz pojecie! Davencourt strzelal do nas! Juliane przejal nagly lek, ktoremu towarzyszylo uczucie nudnosci. – Martin Davencourt? Jestes pewny? Nie widzial cie, prawda, Jasper? – Watpie – odparl Colling niefrasobliwie. – Zreszta i tak nie moglby nam niczego udowodnic. – Niczego nie ukradlismy i nie wyrzadzilismy krzywdy. – Polozyl dlon na jej dloni trzymajacej wodze. – Noc dopiero sie zaczela. Moze sie przebierzemy i pojedziemy na wieczor do lady Babbacombe? A moze… – sugestywnie znizyl glos – moglibysmy uczcic nasze wstapie nie na droge przestepstwa razem, tylko we dwoje. Juliana wyszarpnela dlonie. Wzbudzal w niej odraze. – Raczej nie, Jasper. Bylo milo, ale na tym koniec. – Z wyjatkiem tego, ze teraz mamy wspolny sekret, prawda? – Colling spojrzal na nia pozadliwie – Bede cie jeszcze mial, Juliano. Przekonasz sie. Juliane mysl o tym, ze jest zdana na laske Collinga, napelnila niesmakiem. Poza tym byla jeszcze Emma Wren, rowniez wtajemniczona w plan zatrzymania powozu Andrew Brookesa. Emma uwazala to za doskonaly zart, a jak tylko uslyszy, co stalo sie tej nocy, doda dwa do dwoch i uswiadomi sobie, kto sie za tym kryje. Rozstala sie z Collingiem na Portman Square i do domu weszla sama. W holu jak zwykle plonelo dwanascie swiec, bez specjalnego powodu. Juliana tak sobie zyczyla. Dzieki temu dom nie wydawal sie taki pusty. Jednakze nic nie mogla poradzic na cisze, ktora nalezalo czyms wypelnic. Nie byla w stanie wysiedziec w domu sama. Drzwi do pomieszczen dla sluzby otworzyly sie i pojawila sie w nich pokojowka Juliany, Hattie. Na widok swojej pani w spodniach pisnela: – Boze milosierny, jak pani wyglada? Chyba nie jezdzila pa ni po Londynie w meskim stroju? Juliana natychmiast poweselala. – Obawiam sie, ze tak, Hattie. A teraz potrzebuje twojej po mocy. Musze zdjac te lachy i przeistoczyc sie w dame w ciagu pol godziny. I blagam, powiedz Jeffersowi, zeby kazal zaprzac powoz. Wybieram sie na przyjecie do lady Babbacombe. Dopiero kiedy sciagnela spodnie i lniana koszule, odkryla, ze jej srebrny naszyjnik z polksiezycem, podarunek od meza, zniknal. Szukala goraczkowo, sprawdzala, czy nie zaczepil sie o material koszuli. Na prozno. Nie bylo go na podlodze ani w faldach peleryny. Zgubila go. – Slyszalas? – Emma Wren rozdala karty, po czym usiadla wygodniej aby, sprawdzajac, co jej sie trafilo, podzielic sie najnowsza plotka. – W Hyde Parku niespelna dwie godziny temu napadnieto powoz hrabiny Lyon! Rozbojnicy w Hyde Parku! Myslalam, ze takie napasci wyszly z mody wiele lat temu. Juliana pewna dlonia pozbyla sie jednej karty, biorac w zamian inna. Graly w wista we czworke, a jej partnerka byla stara lady Bestable, ktora nawet w najbardziej sprzyjajacych okolicznosciach zachowywala sie nieobliczalnie. Teraz, majac swiadomosc, ze w drodze do domu moze zostac napadnieta i obrabowana, stara dama trzesla sie tak bardzo, ze ledwie widziala, co trzyma w reku. Przegrana wydawala sie oczywista. Juliana poczula na sobie spojrzenie Emmy, bystre i zlosliwe, i zmusila sie do usmiechu. – Czy ktos zostal ranny? – spytala lekko. – Wlasciwie nie… – Glos zabrala lady Neasden, ostatnia z czworki, mrugajac oczami z podniecenia. – Rozbojnicy uciekli, bo nadjechal drugi powoz. – Jakie to szczescie – powiedziala uprzejmie Juliana, nie odrywajac wzroku od swoich kart. – Kraza pogloski, ze to nie byli rozbojnicy, ale mlodzi znudzeni nicponie – poinformowala lady Bestable i wzdrygnela sie. – Gdyby nie niespodziewane pojawienie sie pana Davencourta, biedna lady Lyon bez watpienia zostalaby obrabowana i wrzucona do rowu. Wszystko dla uciechy jakiegos mlodego rozpustnika z mnostwem pieniedzy i czasu, a za to wyzutego z jakichkolwiek zasad moralnych! – Jest pani zbyt surowa. Moze chcieli sobie tylko zazartowac – wtracila Juliana. – Zazartowac! – Lady Bestable wygladala, jakby za chwile miala dostac ataku apopleksji. – Wlasnie o to mi chodzi, lady Juliano. Kazdy kto uwaza, ze wystraszenie starej kobiety niemal na smierc jest zabawne, nadaje sie do Bedlam! Damy graly w ciszy przez pare minut. Juliana odczula zlosliwa satysfakcje, ze ograla lady Bestable. Zastanawiala sie, jak szybko bedzie mogla udac sie do domu. Po raz pierwszy w zyciu mysl o spokojnym domowym zaciszu wydala jej sie wyjatkowo kuszaca. – Pan Davencourt jest bez watpienia bohaterem chwili – szepnela lady Neasden, skinawszy glowa w strone otwartych drzwi pro wadzacych do sali balowej. – Zaraz pojde i mu pogratuluje. [3] Fleet – wiezienie w Londynie wybudowane w 1197 r., przeznaczone przede wszystkim dla dluznikow i bankrutow (przyp. tlum.) Odeszla od stolika, zabierajac ze soba lady Bestable. Emma Wren nachylila sie i powiedziala: – Zdawalo mi sie, ze wybieralas sie w okolice Hyde Parku dzisiejszego wieczoru, Juliano, kochanie. Pamietasz, ta eskapada, ktora planowalismy we trojke, z Jasperem Collingiem. Juliana spojrzala jej prosto w oczy. Nie chciala, zeby Emma zadawala jej niewygodne pytania. Musiala wymyslic cos, co odwroci jej uwage. – Jasper Colling i ja rzeczywiscie spedzilismy dzisiejszy wieczor razem, aczkolwiek nie w taki sposob, jak poczatkowo zamierzalismy – odparla, przybierajac odpowiedni, sugestywny ton. – Niestety, bylismy stanowczo zbyt zajeci, zeby wybierac sie az do Hyde Parku. Emma Wren otworzyla szeroko oczy. – Doprawdy! Pomyslalam sobie, ze Jasper wyglada na nieco zmeczonego, kiedy go dzis zobaczylam. Gratulacje, moja droga! – Pochylila sie jeszcze bardziej, gotowa wysluchac zwierzen. – Slyszalam, ze jest bardzo utalentowany. Juliana wzruszyla ramionami i uciekla wzrokiem. – Znalam gorszych. Emma z przejecia nie mogla usiedziec na miejscu. – Och, opowiadaj. Wiem, ze Massingham byl do niczego, kiedy sobie wypil. Podobno kiedys zasnal na Harriet Templeton, ale poniewaz jej placil, nie przejela sie tym, tylko kazala mu zaplacic podwojnie. Juliana pozwolila, by trajkotanie Emmy po niej splynelo. Kiedys, gdy byla mlodsza i wrazliwsza, takie rozmowy napawaly ja obrzydzeniem. Teraz prawie sie na nie uodpornila. W koncu sama starala sie o to, zeby Emma Wren, Mary Neasden i im podobne przyjely ja do swego wesolego kregu. Nawet wyrobila sobie reputacje osoby sklonnej do szalonych wybrykow. Chyba nie mogla teraz przeistoczyc sie w swietoszke i zaczac narzekac, ze wypowiedz Emmy pasuje jedynie do burdelu. Katem oka dostrzegla Martina Davencourta otoczonego przez podziwiajace go damy. Juz wczesniej postanowila, ze tak czy inaczej bedzie go unikac, ale teraz wydawalo sie to szczegolnie wazne. Jesli podjechal do powozu i rozmawial z lady Lyon, dowiedzial sie, ze jeden z napastnikow byl kobieta. Choc zdawala sobie sprawe, ze Martin nie ma powodu, by laczyc ja z tym wydarzeniem, na sama mysl przebiegl ja zimny dreszcz. Martin uniosl glowe i na chwile ich spojrzenia sie spotkaly. Dlon Juliany powedrowala ku szyi, gdzie zwykle spoczywal srebrny polksiezyc. Tego wieczoru zalozyla inny naszyjnik. Jak tylko dotknela ciezkich szmaragdow, poczula kolejne, ostre uklucie niepokoju. Spojrzenie Martina przesunelo sie z jej oczu na szyje i zatrzymalo sie tam, obserwujac jej dlon nerwowo bawiaca sie naszyjnikiem. Pospiesznie odwrocila glowe. – Zagramy jeszcze? – spytala. Martin Davencourt w koncu zdolal uwolnic sie od tych wszystkich, ktorzy koniecznie musieli mu pogratulowac, i wymknal sie do bufetu na poszukiwanie alkoholu. Siostry przyrodnie, zachwycone jego mestwem, dzieki ktoremu pokonal kilku zdesperowanych rozbojnikow, caly wieczor zabawialy towarzystwo opowiadaniem tej historii. Martin czul sie tym poirytowany. Zwlaszcza z uwagi na to, co wiedzial o tozsamosci jednego z przestepcow. Podly nastroj nie opuszczal go przez caly dzien. Tego popoludnia wrocil do miasta z Davencourt, gdzie doszlo do przykrego incydentu z udzialem pokojowki o lepkich palcach i rodzinnych sreber. Ledwie odprawil dziewczyne, otrzymal wiadomosc od Araminty, ktora pisala, ze Kitty przegrala kilkaset gwinei w faraona, a dom pograzyl sie w chaosie. Po przyjezdzie do domu znalazl sie w oku cyklonu. Pani Lane zarzucala Kitty i Clarze bezczelna zlosliwosc, Kitty byla arogancka, a Clara wyplakiwala oczy. Jej lzy wkrotce udzielily sie mlodszym siostrom, ktore zawodzily jak gromada placzek, az Martin myslal, ze glowa mu peknie. W koncu odeslal Kitty i Clare do sypialn, pozostale dzieci do pokoju dziecinnego, a pania Lane do agencji posrednictwa pracy. Przyzwoitka byla oburzona zwolnieniem i Martin mial wszelkie powody przypuszczac, ze nawet teraz rozpowszechnia pogloski o tym, jak to jego siostrom brak moralnego kregoslupa. Wczesnym wieczorem usiadl w swoim gabinecie i zastanawial sie nad tym, co zrobic z Kitty. I z Brandonem, Clara, Maria Daisy i Bertramem. Czasami wydawalo mu sie, ze jego zycie zostalo puszczone na zywiol. Nie wystarczalo zatrudnic kompetentna guwernantke, przyzwoitke czy nianke i liczyc na okazjonalna pomoc Araminty, ktora niedawno sama zalozyla rodzine. Stanowczo potrzebowal zony. Praktycznej, zaradnej kobiety, ktora przejelaby zarzadzanie domem i trzymala jego dzieci twarda reka. Przez chwile pozwolil sobie na piekne marzenie o uporzadkowanym domostwie, w ktorym nie ma duszonych jablek w lozkach, a po sali balowej nie biegaja myszy. Po czym raptownie powrocil do rzeczywistosci. Postanowil sam towarzyszyc Kitty i Clarze na wieczorze u lady Babbacombe. Chcial zdusic w zarodku wszelkie pogloski, jakoby w jego domu panowalo zamieszanie. Ponadto wiedzial, ze bedzie tu Serena Alcott, bo Araminta nie omieszkala mu o tym powiedziec. Uswiadomila mu, jakim wzorem zony bedzie pani Alcott. Stateczna wdowa ktora moglaby wywrzec na wszystkich dobry wplyw. Zatrzymal__ wzrok na lady Julianie Myfleet. Widzial ja przez otwarte drzwi prowadzace do pokoju gier. Swiatlo swiec odbijalo sie w drobnych szmaragdach w jej kasztanowych wlosach i dobranym do nich naszyjniku wokol smuklej szyi. Sprawiala wrazenie chlodnej i wynioslej. Martin usmiechnal sie ponuro. Ze wszystkich nieodpowiednich wdow… Jednak nie byl w stanie zaprzeczyc, ze cos ich do siebie mocno przyciaga. Zaczelo sie od gry; Juliana sprowokowala go, a on odwrocil sytuacje, wychodzac naprzeciw pierwotnej potrzebie scigania i posiadania wlasciwej mezczyznom. Tyle ze niemal natychmiast cala sprawa okazala sie znacznie bardziej skomplikowana. Jej towarzystwo sprawialo mu przyjemnosc. Polubil ja. A raczej, lubil ja az do dzisiejszego wieczoru w Hyde Parku. Czul groze i obrzydzenie na mysl o tym, co zrobila Juliana. Kiedy podjechal do powozu hrabiny Lyon, biedna dama wciaz siedziala skulona w rogu, przyciskajac do siebie torebke i powtarzajac „Prosze, nie robcie mi krzywdy”. Przekonanie jej, ze jest bezpieczna, zajelo Martinowi przynajmniej dziesiec minut. Stangret byl w niewiele lepszym stanie. Byl niemal tak wiekowy jak jego pani i roztrzesiony niedawnym doswiadczeniem. Kiedy lady Lyon szepnela „Myslalam, ze ona mnie zabije”, Martin sadzil, ze sie przeslyszal. Gdy jednak wysiadal z powozu, w swietle latarni ujrzal w trawie lancuszek ze srebrnym polksiezycem zwisajacym z delikatnych ogniwek. Natychmiast przypomnial sobie, gdzie go widzial. Mogl go sobie nawet wyobrazic na szyi lady Juliany Myfleet, sierp ksiezyca spoczywajacy w zaglebieniu miedzy obojczykami. Srebrny lancuszek spoczywal teraz w jego kieszeni. Martin zerknal ponownie na pogodne rysy Juliany i zalala go fala naglego, irracjonalnego gniewu. Napad w Hyde Parku to najstraszniejsze, najbardziej bezmyslne przestepstwo, jakie mozna sobie wyobrazic. I wszystko w imie rozrywki, bez watpienia. Samby! przeciez swiadkiem zartow, jakich dopuszczala sie Juliana, aby rozproszyc nude. Po nieporozumieniu na slubie zaczal sie zastanawiac, czy niektore z krazacych o niej historii nie zostaly wymyslone. Zapewnila go, ze jej szalencze wybryki to tylko gra, i teraz zdal sobie sprawe, ze bardzo chcial uwierzyc w jej slowa. Odniosl wrazenie, ze stara sie uchodzic za o wiele gorsza, niz jest. Teraz wiedzial, ze to nieprawda. Uswiadomil sobie, ze zaciska piesci w kieszeniach. Lubil Juliane i jej pragnal. To bylo irracjonalne, zupelnie niewytlumaczalne. Teraz jednak byl zly na nia i na siebie, ze dal sie oszukac. Juliana podniosla sie od karcianego stolika i zmierzala teraz powoli w kierunku sali balowej, odpowiadajac na pozdrowienia znajomych lekkim, kocim usmiechem. Wiekszosc z tych znajomych stanowili mezczyzni i wszyscy wydawali sie pozostawac z nia w dosc zazylych stosunkach. Martina ni stad, ni zowad ogarnela kolejna fala gniewu. A wiec lady Juliana Myfleet byla amoralna, przejawiala sklonnosc do okrutnych zartow i miala obsesje na punkcie hazardu. To nie powinno miec dla niego zadnego znaczenia. Najmniejszego. Niestety, mialo. W trzech dlugich krokach znalazl sie przy Julianie. – Zatanczy pani? Wygladala na nieco zaskoczona jego naglym pojawieniem sie – zaskoczona i… zalekniona? Opanowala sie jednak i usmiechnela uprzejmie. – Dziekuje, panie Davencourt, ale rzadko tancze. To zbyt meczace. – Z pewnoscia mniej meczace niz szybka przejazdzka konna – powiedzial ponuro Martin, dostosowujac swoje kroki do jej krokow. – Jezdzi pani konno, lady Juliano? – Niezbyt czesto, sir. – Usmiech Juliany robil wrazenie przyklejonego. – Niestety, niemal wszystkie cwiczenia napawaja mnie odraza. Przyspieszyla. Martin tez. – A wiec nie trzyma pani konia podczas pobytu w Londynie? Juliana usmiechnela sie do niego nieznacznie, zlosliwie. – Jesli zalezy panu na znalezieniu dobrej stajni, sir, poprosze ktoregos z mych przyjaciol o porade. – Chodzilo mi raczej o pani zajecia, nie o moje – podkreslil Martin. – Bywa pani czasem w Hyde Parku, lady Juliano? Tym razem podskoczyla i poczul satysfakcje, ze przebil fasade obojetnosci. Kiedy jednak sie odezwala, jej glos brzmial zupelnie spokojnie. – Czasami odbywam tam przejazdzki. Czemu pan pyta? – Jestem ciekaw, jak pani spedza wolny czas. Na przyklad dzis wieczorem. Usmiechnela sie do niego ponownie, w zamysleniu mruzac te swoje wspaniale zielone oczy. Jej rzesy na tle bladokremowej skory byly bardzo ciemne. Teraz sie z niego smiala, zdecydowana wprowadzic go w zaklopotanie. – Bedzie pan musial zwrocic sie do Jaspera Collinga, jesli chce pan wiedziec, co robilam dzisiejszego wieczoru. Mam jednakze nadzieje, ze jest zbyt wielkim dzentelmenem, by panu od powiedziec, a moze pan jest zbyt wielkim dzentelmenem, zeby sie o to dopytywac. Martin wykrzywil wargi w parodii usmiechu. Trzeba przyznac, ze potrafila zachowac zimna krew. Jednak nawet teraz nieswiadomie sie zdradzila, bo jej reka powedrowala bezwiednie do szyi, gdzie, tuz nad linia dekoltu jedwabnej sukni w kolorze miedzi, spoczywala szmaragdowa kolia. – Zdaje sie, ze zgubila pani srebrny naszyjnik – powiedzial ze zwodnicza lagodnoscia. – Naszyjnik? – powtorzyla obojetnie, co go prawie przekonalo. Prawie, lecz nie calkiem. Postaral sie, by w jego glosie zabrzmiala nuta pogardy. – Na pewno pani pamieta. Maly srebrny polksiezyc, ktory miala pani na szyi, kiedy podali pania Brookesowi na tacy. I potem na slubie. Zapewne blyskotka od ktoregos z pani kochankow. Zacisnela wargi i uniosla podbrodek, napotykajac uporczywe spojrzenie Martina. – To byl prezent od mego zmarlego meza, panie Davencourt. I nie zginal. – Nie, rzeczywiscie nie zginal. Mam go tutaj. Jak tylko go znalazlem, od razu domyslilem sie, ze nalezy do pani. Charakterystyczny, prawda? Wyjal naszyjnik z kieszeni. Juliana zbladla i szybko rozejrzala sie po sali balowej, chcac zobaczyc, czy nikt nie patrzy. – Musialam go tu upuscic. – Nie wierze pani, przykro mi. Widzi pani, lady Juliano, znalazlem go w trawie obok powozu hrabiny Lyon. Na pewno do tej pory zdazyla pani uslyszec o calej historii? Jak hrabina zostala napadnieta przez rozbojnikow w Hyde Parku dzisiejszego wieczoru? Juliana lekko strzepnela rekami. – Slyszalam o tym. Rzeczywiscie, dzis nie mowi sie o ni czym innym. Jesli zyczy pan sobie, zebym dolaczyla swoje gratulacje z powodu panskiej odwagi do tych wszystkich wyrazow uznania, ktore pan juz otrzymal, rozczaruje sie pan. I to bardzo. Moim zdaniem pan sie tylko przechwala. Martin rozesmial sie. – Moze gdyby moja kula dosiegla pania, teraz traktowalaby mnie pani powazniej. Gwaltownie poderwala glowe i wbila w niego pelen wscieklosci wzrok. – Nie strzelil pan wystarczajaco celnie, prawda? Zabieram swoj naszyjnik i ide. Niech pan poszuka kogos, komu spodobaja sie panskie historyjki. – Och, nie! – Martin szybko odsunal srebrny lancuszek, kiedy wyciagnela reke, by go chwycic. Druga reka zlapal ja za nadgarstek i pociagnal za kompozycje z palm w donicach w rogu pokoju. Przypominalo to szamotanine z tygrysica. Juliana byla napieta jak struna i ze wszystkich sil starala mu sie oprzec, a jak tylko znalezli sie poza zasiegiem wzroku tlumu, zaczela walczyc. Ujal jej rece powyzej lokci i trzymal mocno. – Prosze mnie natychmiast puscic. Zaczne krzyczec i wywolam skandal. Mowila bardzo spokojnie i Martin jej uwierzyl. Wywolanie skandalu w zatloczonej sali balowej nie sprawiloby lady Julianie Myfleet najmniejszych trudnosci. Bylaby to dziecinna igraszka w porownaniu z innymi jej postepkami. – Alez prosze – powiedzial pogodnie. – Jesli chce pani wy wolac skandal, prosze sie nie krepowac. Ja wywolam wiekszy, kiedy doniose na pania konstablowi. W jej oczach zobaczyl blysk powatpiewania. – Za dlugo byl pan za granica, panie Davencourt. Nikt w towarzystwie nie zdradza nikogo ze swojej sfery. To w zlym guscie. – Och, doprawdy? W takim razie moze pani brat albo ojciec chcieliby uslyszec o pani najnowszej eskapadzie? A moze z ich opinia rowniez sie pani nie liczy? Zapewne nie upadlaby pani tak nisko, gdyby bylo inaczej. Jak daleko jest pani w stanie sie jeszcze posunac, lady Juliano? Potrzasnal nia. Kipial z gniewu, ktory podsycila jej pozorna niefrasobliwosc. Jedna ze szmaragdowych szpilek wysunela sie z jej wlosow i z lekkim brzekiem upadla na posadzke. Zadne z nich nie spojrzalo w dol. Nie odrywali wzroku od siebie i nawet gdyby wszyscy w sali balowej patrzyli na nich, oni by tego nie zauwazyli. Martin puscil Juliane i odsunal sie nieco. – Rozbieranie sie i udawanie prostytutki to nic w porownaniu z pani ostatnim wyczynem. Czy zdaje sobie pani sprawe z tego, co pani zrobila tej starej kobiecie? Czy rozumie pani jej strach i bol? Czy to pania w ogole obchodzi, czy tez zatracila pani te zdolnosc dawno temu? – Z gleboka odraza wciskal jej lancuszek do reki. – Niech go pani wezmie. Ale jesli kiedykolwiek uslysze, ze znow dopuscila sie pani czegos podobnego… Gdy opuscil go gniew, zobaczyl, ze Juliana przeciska sie przez tlum na koncu sali, oddalajac sie pospiesznie od niego, ze spuszczona glowa. Nie wziela naszyjnika; wciaz trzymal go w reku. W jej pochylonej glowie i opuszczonych ramionach byla bezbronnosc. Wstydzil sie samego siebie i byl zly, ze tak sie czuje, bo wiedzial, ze racja jest po jego stronie. Mimo to serce wzbieralo mu wspolczuciem na mysl o tym, kim stala sie Juliana Myfleet. Musiala poczuc na sobie jego wzrok, bo wyprostowala ramiona i zatrzymala sie przy grupce dzentelmenow, z szelmowskim usmiechem i wyzywajaca postawa. Na moment odwrocila ku niemu glowe, po czym wsunela reke pod ramie najblizszego ze swych adoratorow i majestatycznie wyszla z sali. Martin czul sie rozdarty miedzy podziwem dla jej tupetu a zlym przeczuciem, ze jego slowa nie wywarly na niej najmniejszego wrazenia. Juliana nie pamietala twarzy ludzi, ktorych mijala po drodze, a Edward Ashwick musial zwrocic sie do niej trzykrotnie, zanim go zauwazyla. Podal jej ramie i razem wyszli z sali, a kiedy poprosila go, zeby odprowadzil ja do powozu, wyrazil tylko rozczarowanie, ze nie zamierzala zostac dluzej. Podczas drogi mowil o tym i owym i wygladalo na to, ze nie oczekuje odpowiedzi. I cale szczescie, bo Juliana slyszala tylko przepelniony wsciekloscia glos Martina Davencourta: „Rozumie pani, co pani zrobila tej starej kobiecie? Rozumie pani jej strach i bol? Czy to pania w ogole obchodzi, czy tez zatracila pani te umiejetnosc dawno temu?”. I, jak echo, glos hrabiny Lyon: „Oszczedzcie mnie. Jestem taka stara i zmeczona”. – Dobrze sie czujesz, Juliano? – spytal nagle Edward. – Jestes bardzo blada. Z wdziecznoscia podchwycila wymowke. – Troche sie zmeczylam. Prosze, wybacz mi, Eddie. Ja… musze przez chwile odpoczac. Pojde do gotowalni. – Naturalnie – powiedzial Edward z miejsca. – Skoro jestes pewna, ze poradzisz sobie sama. – Jestem calkiem pewna, dziekuje. – W takim razie zajrze jutro, zeby sprawdzic, jak sie czujesz. – Bardzo prosze. Od swiatel rozbolala ja glowa. Wylozony marmurem korytarz byl chlodny i opustoszaly. Oparla sie o framuge najblizszych drzwi i przylozyla dlon do czola. Byla taka zmeczona. I czula sie taka nieszczesliwa. Z oczu poplynely lzy. Otarla je. Probowala udawac przed sama soba, ze nie placze. Ukradkiem zerknela w glab korytarza. Szczesciem nikogo tam nie bylo, a wiec pozwolila sobie na krotki szloch. Jego intensywnosc zaskoczyla ja i bardzo trudno bylo powstrzymac sie od kolejnego. „Byc moze pani brat albo ojciec chcieliby uslyszec o pani najnowszej eskapadzie? A moze z ich opinia rowniez sie pani nie liczy?” Kiedys uwazala, ze Martin Davencourt jest nieciekawy, wrecz nudny. Teraz w jego oczach bylo tyle gniewu i namietnosci, ze od razu zrozumiala swoj blad. Jak by to bylo wzbudzic w takim mezczyznie milosc zamiast wscieklosci i szyderstw? Zaledwie przed tygodniem trzymal ja w ramionach i wowczas pragnela calej jego milosci i namietnosci. Teraz nigdy ich nie pozna. Juliana pociagnela nosem, po czym rozszlochala sie na calego mimo prob powstrzymania placzu. Zakryla twarz rekami, usilujac sie opanowac. To bylo takie zenujace. I calkiem niewytlumaczalne. Nigdy nie plakala. Ktos delikatnie polozyl jej dlon na ramieniu. – Lady Juliano? Przez sekunde, zdezorientowana, laknaca pociechy, pomyslala, ze to Joss, jej brat. Znow miala osiem lat i wiedziala, ze brat obejmie ja mocno, po chlopiecemu. Bedzie zaklopotany i szorstki, ale ona poczuje sie lepiej. Wtedy rozpoznala ten glos. Jego glos. Martina Davencourta. Odskoczyla od niego jak oparzona, bolesnie swiadoma, ze twarz ma zalana lzami i nie ma sposobu, by to ukryc. Przez dluga chwile patrzyli na siebie. Twarz Martina byla ciemna i surowa, lecz w jego oczach kryla sie lagodnosc, na ktorej widok zapragnela rzucic mu sie w ramiona i blagac, zeby ja kochal i chronil. Przypomniala sobie zyczliwosc, ktora okazal jej w Ashby Tallant tamtego lata. Nawet jako pietnastolatek Martin Davencourt wiedzial, co to honor i prawosc. – Przepraszam, jesli… – zaczal, ale wyzywajaco spojrzala mu w oczy i weszla mu w slowo. – Jesli choc przez chwile pomyslal pan, ze martwie sie z powodu panskich slow, panie Davencourt, w takim razie grubo sie pan myli. Ruszyla w glab korytarza z wyprostowanymi plecami, nie odwracajac glowy i nie patrzac na Martina. Przez cala droge czula na sobie jego wzrok. ROZDZIAL SZOSTY _– _ Mozemy porozmawiac, Juliano? Mocny glos Jossa Tallanta przebil sie przez szum w pokoju karcianym. Juliana niechetnie podniosla sie z miejsca. Przeprosila swoich towarzyszy przy stoliku faraona, po czym pozwolila bratu wziac sie za ramie i zaprowadzic w spokojniejsze miejsce, czyli w rog pokoju. Domyslala sie, o czym Joss chce z nia rozmawiac. Przez ostatnie piec dni rzeczywiscie grala o duze stawki, a pogloski o jej przegranych sprawily, ze znalazla sie na ustach calego miasta. Wiedziala, ze brat w koncu ja dopadnie i zazada, zeby mu powiedziala, o co w tym wszystkim chodzi. Nie chciala nawet podjac proby wyjasnienia swego obecnego stanu ducha, bo sama ledwie rozumiala, co sie z nia dzieje. Widziala Martina Davencourta kilka razy i byla wobec niego ozieble uprzejma, ale to tylko jeden z powodow jej niedoli. Na reszte skladaly sie koszmarne sny, w ktorych przesladowala ja twarz hrabiny Lyon, oraz gorzkie przeswiadczenie, ze wszystko idzie nie tak, a ona nie znajduje sposobu, by to zmienic. A teraz Joss przyszedl zobaczyc sie z nia i sadzac po jego minie, czekalo ja nudne kazanie. – Dobrze wygladasz, Joss – powiedziala lekko, kiedy brat podal jej kieliszek wina z tacy podsunietej przez lokaja. – Zdaje sie, ze malzenskie zycie doskonale ci sluzy, moj drogi. Spodzie wam sie, ze Amy jak zwykle ma sie swietnie? Spostrzegla, ze Joss sie usmiechnal, rozpoznajac jej chytra taktyke. – Dobra proba, Juliano, ale to me przejdzie. Nie obchodzi cie zdrowie Amy, a ja nie przyszedlem tutaj na towarzyskie pogawedki, tylko po to, zeby porozmawiac o twoich dlugach. Juliana skrzywila sie. Rozmowa zapowiadala sie dokladnie tak zle, jak to sobie wyobrazala, jesli nie gorzej. – Moglbys przynajmniej poczynic pare ustepstw na rzecz grzecznosci, Joss – powiedziala pogodnie. – I nie powinienes mowic, ze zdrowie Amy mnie nie obchodzi. Naturalnie, ze mnie obchodzi. Brat westchnal. – Amy czuje sie doskonale. Zamierzamy za miesiac wyjechac do Ashby Tallant. Moze bys sie z nami wybrala, Juliano? Mogloby sie okazac, ze wlasnie tego ci potrzeba. Juliana wzdrygnela sie. Na sama mysl o uwiezieniu na wsi z Jossem grajacym role czulego meza i bladolica Amy zrobilo jej sie niedobrze. Jesli dodac do tego brak towarzystwa, mozliwosci grywania w karty i robienia zakupow, wyjazd nie wchodzil w rachube. Skoro byla nieszczesliwa tu, tam 'popadlaby w obled. – Nie mam ochoty odgrywac roli tej trzeciej w waszym towarzystwie – odparla nonszalancko. – Wciaz jestes tak szalenczo zakochany, ze wszystkich pozostalych to krepuje. Poza tym wiesz, ze nienawidze wsi, Joss. Nie czuje potrzeby przeniesienia sie na wies, skoro wszystkie rozrywki mam tutaj. – Slyszalem o tym – mruknal Joss dosc ponuro. Wbil w siostre szczegolnie przenikliwe spojrzenie, pod ktorym az sie wzdrygnela. Przez jedna przerazajaca sekunde zastanawiala sie, czy slyszal o eskapadzie w Hyde Parku, jednak szybko uswiadomila sobie, ze niepokoily go wylacznie jej karciane dlugi. Dzieki Bogu i za to. – Ile tym razem, Ju? Juliana saczyla wino i zastanawiala sie, czy powiedziec bratu prawde. Z jednej strony byloby dobrze pozyczyc troche pieniedzy od Jossa, z drugiej sprawilaby mu kolejne rozczarowanie. Robila to wiele razy przedtem. – Zaledwie pietnascie tysiecy, moj drogi – powiedziala, dzielac kwote na pol. Joss z niedowierzaniem uniosl brwi. – A reszta? – Coz, moze troche wiecej. – Usmiechnela sie do niego ujmujaco. – Gdybys mogl pozyczyc mi kilka tysiecy. Joss gwaltownie odstawil kieliszek. – Obawiam sie, ze nie, Juliano. Nie tym razem. Z poczatku sadzila, ze sie przeslyszala. Lekko zmarszczyla brwi. – Dlaczego nie? Czyzbys sam gral i przegral? Och, Joss! Amy bedzie taka niezadowolona. – Nie – odparl szorstko brat. – Wcale nie gralem. Chodzi po prostu o to, ze nie moge juz cie finansowac, kiedy ty doprowadzasz sie do ruiny. Wciaz naciagasz mnie na pieniadze. Naszego ojca tez. Juliana skrzywila sie. Byla zdezorientowana i spanikowana. – Ale przeciez musisz mnie finansowac! Ty albo ojciec. Z uwagi na honor rodziny. Joss przybral cyniczna mine. – Jak bardzo dbasz o honor rodziny? – Ale ja… – Dopila wino. Poczula sie silniejsza, kiedy cieplo alkoholu rozlalo sie po zoladku. Zdobyla sie na odwage. – To pewnie Amy cie do tego namowila. Mala, niechetna mi Amy. – Amy nie ma z tym nic wspolnego – powiedzial Joss spokojnie, choc zrobilo mu sie przykro. – To dla twego wlasnego dobra, Juliano. Musisz nad tym zapanowac. – I ty to mowisz! – Juliana z wscieklosci omal nie walnela kieliszkiem o marmurowa posadzke. – Wielkie nieba, ty, najbardziej niepoprawny gracz, jakiego znam. Zapewne teraz powiesz, ze uratowala cie milosc dobrej kobiety? Jaki obrzydliwie ckliwy sie stales. – Niech ci bedzie. – Na wargach Jossa pojawil sie cien usmiechu. – Bylas kiedys bardzo szczesliwa mezatka, Juliano. Nie sprobowalabys tego ponownie? – Boze, nie. Przypuszczam, ze mi to odpowiadalo, kiedy bylam mloda i naiwna, ale teraz potrzeba mi rozrywek, nie jakiejs nudnej rutyny. Juz nigdy nie wyjde za maz! – Szkoda – zauwazyl Joss. – Moze wlasnie tego potrzebujesz. Jak rozumiem, nie skusisz sie na wyjazd na wies? Coz… – Wzruszyl ramionami i odwrocil wzrok – W takim razie musisz liczyc na to, ze zaczniesz wygrywac, moja droga, i to szybko. W przeciwnym razie wszyscy bedziemy odwiedzac cie we Fleet. – Milczal przez chwile. – Ojciec od jakiegos czasu choruje – podjal szorstko. – Blagam, nie zawracaj mu glowy swoimi najnowszymi wyczynami. Obecnie jest za slaby na twoje melodramaty, a pan Mnghoe wszystkie sprawy finansowe uzgadnia ze mna. Strach Juliany spotegowal sie, poczula gniotacy ciezar na piersi. – Joss, zaczekaj! Jesli ojciec jest taki chory, a ty mi nie pomozesz… – Tak? – spytal brat. Juliana widziala jego determinacje i zdawala sobie sprawe, ile go to kosztuje. Ona i Joss zawsze byli sobie bliscy, tym blizsi, ze udzielali sobie nawzajem wsparcia w czasach samotnego dziecinstwa. Chciala na niego pomstowac, oskarzyc o to, ze ja porzuca. Ale cos jej szeptalo, ze Joss probuje jej pomoc. Chciala tez go winic, doszla jednak do wniosku, ze nie jest w stanie. Caly zapal do walki uszedl z niej w dlugim westchnieniu. – Nie moge uwierzyc, ze mi to robisz. Joss skrzywil sie. – Juliano… Wyciagnela reke i dotknela jego ramienia. – Wiem, ze chcesz dla mnie jak najlepiej. Wiem nawet, ze mnie kochasz. Jesli nie bede miala pieniedzy, jak mam sie bawic? – Uslyszala blagalna nute w swoim glosie. Pogardzala soba za to. – Musze chodzic po sklepach i miec pieniadze na gre i… – Och! – Glos jej sie zalamal z irytacji. – Jak mam sobie poradzic, Joss? Nie moge wystepowac na balach i przyjeciach w tym samym stroju dzien po dniu. – Jestem pewien, ze cos wymyslisz – powiedzial brat bez zajaknienia. – Dopilnuje, zeby twoje domowe rachunki byly oplacane, naturalnie, a jesli zgodzisz sie przyjechac do Ashby Tallant, splace wszystkie twoje dlugi karciane. Przez chwile Juliana odczuwala wielka pokuse. Swiadomosc, ze moglaby wyjsc z dlugow, zaczac znow z czystym kontem, byla niezwykle kuszaca. Wtedy wyobrazila sobie, jak to by bylo dac sie uwiezic na wsi; bez kart, gosci i rozrywek. Patrzyc, jak Joss czuli sie do zony, i skrecac sie z zazdrosci, bo na nia nikt nie patrzyl choc z odrobina takiego oddania; znosic obojetnosc, a moze zimna pogarde ojca. Wiedziala, ze tego wieczoru nie byla zbyt mila dla Jossa, ale to tylko dlatego, ze tak sie bala. – Dziekuje ci, ale nie – odparla, probujac ocalic dume, bo wiedziala, ze Joss moze zmusic ja do przeniesienia sie na wies, jesli zechce. – Na pewno sobie poradze. Joss pokrecil glowa. – Wiesz, gdzie mnie znalezc, jesli bedziesz mnie potrzebowala. – A co by mi z tego przyszlo – burknela ze zloscia – skoro i tak nie dasz mi pieniedzy. Przez chwile wpatrywali sie w siebie, po czym Juliana mruknela cos i rzucila sie w objecia Jossa, nie zwazajac na ciekawe spojrzenia graczy. Przez dluga chwile tulila sie do niego, przyciskajac twarz do jego piersi. – Och, Joss… Brat oddal uscisk. – Prosze, Ju… prosze, sprobuj. Dla dobra nas wszystkich. Juliana puscila go i skinela glowa. – Sprobuje. Teraz idz, zanim naprawde sie na ciebie rozgniewam. – Usmiechnela sie do niego blado. – Jak powiedziales, wiem, gdzie cie znalezc. I wiem, ze nie pozwolisz mi gnic we Fleet. – W kazdym razie nie na dlugo – zapewnil ja Joss. Z tym zapewnieniem pocalowal ja w policzek. – Dobranoc, Ju. Wrociwszy do karcianego stolika, Juliana zobaczyla, ze do Emmy Wren i Mary Neasden dolaczyla blada dziewczyna, mniej wiecej dwudziestoletnia. Miala na sobie nieciekawa, choc droga suknie i desperacko sciskala karty w dloni. Rozbiegane ciemne oczy zdradzaly wyjatkowe podenerwowanie. – Juliano, moja droga, to Kitty Davenport – powiedziala Emma swobodnie. Posluzyla sie swym najbardziej uspokajajacym tonem, ktorego uzywala do zwabiania niczego niepodejrzewajacych ofiar do swej pulapki. – Kitty dopiero przyjechala do Londynu i z radoscia pozna nowych przyjaciol. Kitty, kochanie, to lady Juliana Myfleet. Juliana przez moment myslala, ze zle uslyszala i ze Emma powiedziala „Davencourt”, ale po chwili przypomniala sobie, ze zna Davenportow, bajecznie bogata, lecz smiertelnie nudna rodzine. Bez watpienia ta nieszczesna dziewczyna byla mloda mezatka albo zblakana corka szukajaca odrobiny rozrywki. – Milo mi pania poznac – powiedziala dziewczyna po kornie. – Milo mi – odparla uprzejmie Juliana. Pochwycila wzrok Emmy, ktora leciutko do niej mrugnela. To mrugniecie oznaczalo, ze mloda dama wkrotce rozstanie sie ze swymi pieniedzmi. Juliana wciaz byla zla, ze Joss odmowil finansowania jej rozrywek, ale wygladalo na to, iz jest sprawiedliwosc na tym swiecie. Oto los wlasnie podsunal jej sposob zdobycia pieniedzy. Zerknela na Kitty i usiadla, gotowa oskubac dziewczyne do czysta. Wszystko skonczylo sie bardzo szybko. Nie minelo pol godziny, a Kitty przegrala dwanascie tysiecy gwinei i pobladla jeszcze bardziej. Emma Wren potasowala karty i ziewnela. – Dobra nasza! Szczescie ci dzis sprzyja, Ju, bez dwoch zdan! Z tymi dziesiecioma tysiacami, ktore jestem ci winna, plus dwunastoma od Kitty wkrotce znow bedziesz grala o grube stawki. Odkad gra dobiegla konca, Kitty nie odezwala sie ani slowem. Teraz powiedziala, zacinajac sie lekko: – Bardzo przepraszam, prosze pani, ale czy moge dac pani weksel? Nie moge splacic dlugu, dopoki… – glos jej zadrzal -…dopoki nie dostane nastepnej pensji. Juliana spojrzala na nia. Wydawalo sie niezwykle malo prawdopodobne, by mloda dama otrzymywala kwartalna pensje w wysokosci dwunastu tysiecy gwinei. Emma Wren usilowala powstrzymac smiech. – Na pewno dotrzymasz umowy? – spytala z okrucienstwem. – Nie powinnas grac powyzej swoich mozliwosci, moja droga. Biedna Kitty wygladala, jakby miala za chwile zemdlec. – Zapewniam pania, ze zaplace! – Rzucila Julianie blagalne spojrzenie. – Moge napisac weksel, prosze pani? Juliana westchnela. – Jesli chcesz – powiedziala obojetnie. Teraz uplyna cale miesiace, zanim dostanie pieniadze. O ile w ogole je dostanie. Szkoda, bo planowala zuzytkowac je na dalsza gre. Emma wstala od stolika, przywolala lokaja i polecila mu przyniesc pioro i atrament. Kitty zaczela gryzmolic. – Przepraszam. – Emma usmiechnela sie szeroko do Juliany. – Zobaczymy sie za moment, moja droga. Juliana siedziala, bebniac palcami po stoliku, a Kitty pisala. Po paru minutach Juliana spojrzala na jej pochylona glowe i goraczkowo zarumienione policzki. No nie, wygladalo na to, ze ta mala pisze powiesc. Co, u licha, zajmuje jej tyle czasu? Wtedy zobaczyla duza lze, ktora spadla na papier tuz przy prawej rece Kitty. Dziewczyna probowala ja wytrzec, co tylko doprowadzilo do tego, ze zamazala caly dokument. Zaszlochala cichutko. – Boze milosierny! – wyrwalo sie oslupialej Julianie. Kitty drgnela i spojrzala na Juliane z poczuciem winy. – Bardzo pania przepraszam. Moglabym dostac nastepny ar kusz papieru? Juliana wziela gleboki oddech. Swiatlo swiecy odbijalo sie we lzach na policzkach Kitty. Dziewczyna wygladala na pelna skruchy, zrozpaczona dwunastolatke. Juliana niespodziewanie dla siebie samej wyciagnela reke, wziela weksel i przedarla go na pol. – Nie zawracaj sobie glowy pisaniem nastepnego – powie dziala. – Dlug zostal anulowany. Kitty az sie zatchnela. – Prosze pani. – Nie masz srodkow na splate, prawda? – spytala Juliana. Dziewczyna uciekla wzrokiem. – Nie, ale zamierzalam powiedziec bratu. – Nie rob tego. – Julianie scisnelo sie serce. Gdzies w zakamarkach pamieci tkwilo wspomnienie o innej mlodej dziewczynie, nawet nie dwudziestoletniej, ktora stracila osiemdziesiat tysiecy funtow i omal nie doprowadzila rodziny do ruiny. Joss ja wtedy uratowal. Jesli teraz mogla cos zrobic dla Kitty… – Pochylila sie. – Nie mow mu o niczym, Kitty. Nie ma potrzeby. Tylko… – wyciagnela reke i dotknela dloni dziewczyny -…nie graj wiecej, jesli nie mozesz sobie na to pozwolic. Nie, nie, zapomnij o tym, co powiedzialam. Nie graj w ogole. Ta gra nie jest warta swieczki. Niespodziewana zyczliwosc w jej glosie otworzyla sluzy. Kitty wybuchnela placzem, pociagala nosem, chrzakala, krotko mowiac sprawila, ze Juliana zaczela zalowac swego postepku. Po kilku minutach, kiedy placz Kitty nie ustawal i obie przyciagaly uwage zebranych, Juliana wstala i wziela ja za reke. – Panno Davenport… Kitty… pozwoli pani, ze zaprowadze pania w jakies spokojniejsze miejsce. Wyprowadzila dziewczyne na korytarz i dalej, do malego saloniku, gdzie nalala odrobine brandy i wcisnela szklaneczke w dlon. – Masz, wypij to. – Nie znosze brandy – zaprotestowala Kitty w pierwszym przeblysku energii tego wieczoru. – Domyslam sie – powiedziala Juliana spokojnie. – Jednak alkohol pomoze ci sie uspokoic. Masz chusteczke? Kitty nie miala. Juliana z westchnieniem wyciagnela wlasna z ozdobnej torebki i podala dziewczynie, zeby wytarla twarz. Po chwili Kitty usiadla wygodniej, pociagnela lyk brandy, przelknela, zakaszlala i wziela gleboki oddech. – Teraz lepiej – skomentowala Juliana. – A wiec powiedz mi, Kitty… dlaczego grasz? – Rozesmiala sie z ironii zawartej w tym pytaniu. – Bogu wiadomo, ze w moich ustach to brzmi smiesznie, ale to zajecie naprawde nie przystoi mlodym damom, jak zapewne wiesz. Kitty saczyla brandy i zerkala na swoja dobrodziejke, wyraznie zazenowana. – Wiem, ze to naprawde straszne, lady Juliano. – Wziela kolejny oddech. – Chodzi o to, ze mialam nadzieje przegrywac i przegrywac, az sprawy beda przedstawialy sie tak zle, ze brat odesle mnie do domu. Pomyslalam, ze to jedyny sposob sciagniecia na siebie takiej nielaski, zeby mi pozwolono zamieszkac spokojnie na wsi. Juliana wpatrywala sie w nia z niedowierzaniem. Spodziewala sie roznych wyjasnien, ale na cos takiego nie wpadlaby nigdy w zyciu. – Chcialas zostac odeslana do domu za kare? – powtorzyla, nie mogac uwierzyc w to, co uslyszala. – To nie byl dobry plan, Kitty. – Wiem. – Dziewczyna zwiesila glowe. – Ale rozumie pani, tylko to przyszlo mi do glowy. Bo jak inaczej mloda dama moze sie skompromitowac? – Coz, moglabys uciec z jakims nieodpowiednim mezczyzna… – zaczela Juliana, po czym przerwala. – Nie, moze nie. Zapomnij, prosze, ze to powiedzialam. A wiec dzisiejszego wieczoru postanowilas przegrac duza sume. – Tak. – W spojrzeniu Kity malowala sie rozpacz. – Przegralam sporo w ciagu ostatnich paru tygodni, lady Juliano, wiec popadlam w nielaske brata. Wiedzialam, ze gdybym przegrala dzis, to by przepelnilo miare. Tyle ze jak juz to zrobilam, poczulam sie chora ze strachu i nie moglam uwierzyc, ze przegralam tak duzo. – Kitty zwiesila glowe. – Nagle zdalam sobie sprawe, jakie to bylo glupie. – To prawda – przytaknela Juliana w zamysleniu. – Ale dlaczego, na litosc boska, chcialas zostac odeslana do domu, Kitty? – Chce wracac do domu, bo nienawidze Londynu! Nienawidze tutejszego halasu, ludzi, brudnych ulic. Myslalam, ze po znam jakiegos sympatycznego dzentelmena i wyjde za niego za maz, tymczasem spotykam tylko nudziarzy, rozpustnikow i pa now, ktorzy nade wszystko lubia mowic o sobie. Gdyby udalo mi sie znalezc kogos, kto lubi wies, mogloby byc inaczej. Juliana probowala ja jakos pocieszyc. – Wielu mezczyzn lubi polowanie i lowienie ryb. Kitty z rezygnacja machnela reka. – Tak, ale ja chcialabym poslubic kogos, kto dba o przyrode, zamiast ja niszczyc. – To dosc niezwykly poglad i nie dziwi mnie, ze do tej pory nie spotkalas tego wcielenia cnot. – Juliana spojrzala w zamysleniu na Kitty. – Bede musiala sie zastanowic, czy znam kogos, kto bylby dla ciebie odpowiedni. A jesli nie, obmyslimy inny plan – taki, ktory bedzie mial wieksze szanse na sukces niz proba doprowadzenia do tego, by odeslano cie na wies za kare. – Spojrzala na zegar na kominku. – Teraz lepiej biegnij do swojej opiekunki, zanim zacznie cie szukac. Swoja droga dziwi mnie, ze jeszcze nie podniosla wrzawy. – Nie mam teraz przyzwoitki – wyjasnila Kitty – a lady Harpenden, ktora miala nas pilnowac, bardzo tego nie lubi, bo moja siostra Clara jest ladniejsza od jej corki. – Tak, rozumiem. Tak czy inaczej, lepiej juz biegnij. Oczy Kitty, ciemne jak bratki w deszczu, napelnily sie lzami wdziecznosci. – Dziekuje pani za zyczliwosc, lady Juliano. – Prosze, nie placz juz, Kitty – powiedziala Juliana pospiesznie. – Nie, nie! I nigdy juz nie bede grala – obiecala poslusznie dziewczyna. – Jest pani taka mila i dobra, lady Juliano. Bardzo pani dziekuje. Po odejsciu Kitty Juliana nalala sobie brandy i wypila ja duszkiem. Potrzebowala tego, by dojsc do siebie po szoku, ktorego doznala, kiedy uslyszala, ze jest mila i dobra. Wciaz nie mogla uwierzyc w to, co zrobila. Anulowala dlug, udzielala rad jakiejs debiutantce, wysluchiwala zwierzen. Chyba oszalala. Westchnela i nalala sobie jeszcze brandy. Wszystko przez te wspomnienia. Sytuacja, w jakiej znalazla sie Kitty, przypomniala jej wlasna niewyobrazalna glupote, kiedy, w wieku siedemnastu lat, grala i przegrywala, grala i przegrywala, az zaciagnela olbrzymi dlug, ktory omal nie zrujnowal rodziny. Potrzasnela glowa, chcac odpedzic wspomnienia. Coz, zrobila, co mogla, by uratowac Kitty. I choc obiecala jej pomoc, naprawde nie bylo potrzeby widziec sie z nia ponownie. Rodzina Kitty i tak by na to nie pozwolila. I bardzo dobrze. Nie zyczyla sobie zostac wciagnieta w te sprawe. Martin Davencourt pojawil sie na progu domu lady Juliany Myfleet nastepnego ranka. Przekazana przez kamerdynera informacja, ze lady Juliana jest jeszcze w lozku, nieco go zaskoczyla, postanowil jednak zaczekac. Po polgodzinnym oczekiwaniu przyszlo mu do glowy, ze Juliana byc moze nie jest sama i ze wczesny ranek to prawdopodobnie najgorsza pora na odwiedziny. Nie mial ochoty spotkac zadnego z jej kochankow, a co gorsza, poczuc sie zobowiazany do zjedzenia sniadania z obojgiem. Kiedy minela godzina, Martin juz mial wyjsc, ale wtedy Juliana weszla do biblioteki. – Pan Davencourt. Martin wstal. – Dzien dobry, lady Juliano. Dziekuje, ze zechciala pani mnie przyjac. Przepraszam za najscie o tak wczesnej porze, wbrew obowiazujacym zasadom. Juliana obdarzyla go olsniewajacym usmiechem, a Martin poczul, ze serce mu sie scisnelo. – Nie musi pan przepraszac – odparla uprzejmie. – Nie mam zadnych pilnych zajec. Jestem tylko zaskoczona tym, ze w ogole pan przyszedl, panie Davencourt. A moze chodzi o rzucenie mi w twarz kolejnego oskarzenia? Zapewniam pana, ze ostatnie bylo calkiem skuteczne. Nie ma potrzeby go powtarzac. Martin pokrecil glowa. Uswiadomil sobie, ze mimo dlugiego oczekiwania nie przygotowal sobie tego, co zamierzal powiedziec. Tak impulsywne zachowanie bylo u niego czyms niezwyklym. Od razu rzucil sie na gleboka wode. – Przyszedlem… chcialem… To znaczy chcialem o czyms z pania porozmawiac. Slyszac, jak sie placze, Juliana uniosla brwi. – Ach, tak. Napije sie pan kawy? Jeszcze nie jadlam sniadania. – Oczywiscie. – Martin sprobowal sie odprezyc. – Tak, chetnie napije sie kawy w pani towarzystwie. Martin obserwowal Juliane, podczas gdy lokaj wniosl srebrna tace z dzbankiem kawy i dwie filizanki. Choc nie patrzyla na niego, wiedzial, ze reaguje na jego bliskosc rownie silnie, jak on na jej obecnosc. Kawa pachniala wspaniale. Martin nagle uswiadomil sobie, ze od poprzedniego dnia nie mial nic w ustach i jest glodny. Juliana nalala kawy, precyzyjnie i sprawnie. Podala mu filizanke i pytajaco uniosla brwi. – A wiec… o czym chcial pan ze mna mowic, panie Davencourt? – Chodzi o Kitty – zaczal Martin. – O moja siostre Kitty Davencourt. Powiedziala mi, ze wczoraj wieczorem przegrala do pani dwanascie tysiecy gwinei. Juliana gwaltownie podniosla glowe. Sprawiala wrazenie troche zaskoczonej. – Nie wiedzialam, ze to byla panska siostra. Myslalam… Chodzi o to, ze zostala mi przedstawiona jako Kitty Davenport. Martin uniosl brwi. – Czy robiloby pani roznice, gdyby pani znala prawde? W oczach Juliany dostrzegl blysk rozbawienia. – Moze. Pomyslalabym dwa razy, zanim darowalabym jej dlug. Martin zastanawial sie, czy ona sie z nim droczy. Odchrzaknal. – Tak… Coz… powiedziala mi, ze pani darowala jej dlug. Zastanawialem sie, dlaczego pani to zrobila. Juliana spojrzala na niego przeciagle i z namyslem jak drapieznik szykujacy sie do ataku. A ja zastanawiam sie, co panna Davencourt tam robila. Natychmiast zostal zepchniety do defensywy, o co, jak doskonale wiedzial, chodzilo Julianie. – Ja spytalem pierwszy – powiedzial spokojnie. – Dlaczego darowala pani dlug Kitty? Wyczuwal, ze jest poirytowana jego uporem, choc jej twarz nie ujawniala zadnych uczuc. Machnela lekcewazaco reka. – Darowalam dlug, bo mialam na to ochote. Wczoraj wieczorem zebralo mi sie na wspanialomyslnosc. Martin utkwil w niej wzrok. – Zrezygnowala pani z dwunastu tysiecy gwinei dla kaprysu? Teraz wygladala na bardzo poirytowana. – To niezupelnie byl kaprys. Ale, tak, postanowilam jej darowac dlug, bo tak mi sie chcialo. Wychylil sie do przodu. Wiedzial, ze ona cos ukrywa, wiedzial, ze chodzi o cos wiecej, ale watpil, ze powie mu prawde. – Nie dlatego, ze zrobilo sie pani jej zal? Nie dlatego, ze jest taka mloda i, widzac jej zagubienie, poczula pani litosc? Juliana usmiechnela sie slabo. – Z pewnoscia nie. W pokoju karcianym nie ma miejsca na litosc, panie Davencourt. Wygrywaj albo plac. Martin stlumil w sobie gniew na mysl o tych wszystkich latwowiernych mlodych damach ulegajacych urokowi stolikow do gry. – Filozofia, ktora kieruje sie pani sama, jak przypuszczam – powiedzial lagodnie – choc slyszalem, ze ostatnio narobila pani sporo dlugow i nie moze ich posplacac. Juliana spojrzala na niego hardo. – To nie panska sprawa. – Chyba nie. Ale moja mlodsza siostra to moja sprawa i nie chce, zeby dostala sie pod wplyw wytrawnych graczy. – W takim razie powinien pan trzymac ja z dala od karcianych stolikow, panie Davencourt – zaznaczyla Juliana z nieskrywana pogarda. – Nie odpowiedzial pan na moje pytanie. Co ona tam robila? Od tego nalezaloby zaczac. Martin westchnal. Choc nie uwazal, ze jest winien Julianie Myfleet wyjasnienie, powiedzial: – Moje siostry ostatnio utracily przyzwoitke. Ubieglego wieczoru Kitty byla pod opieka lady Harpenden. Zdaje sie, ze jasnie pani czyms sie zajela i nie zauwazyla, jak Kitty wymknela sie do pokoju gier. Lady Harpenden byla naprawde zrozpaczona, kiedy to odkryla, dlatego Kitty byla zmuszona wyznac mi cala prawde. – Przerwal na chwile. – Powiedziala mi, ze radzila jej pani, zeby nic nie mowic, lady Juliano. Juliana wzruszyla ramionami. – Po co miala to robic, skoro darowalam jej dlug? – Westchnela. – Na nieszczescie mlode damy palaja, zdaje sie, przemozna checia wyznawania swych grzechow. Martin przytrzymal jej wzrok. – A nieco starsze? – Doswiadczenie uczy, ze nie nalezy wyjawiac sekretow – powiedziala lekko. Zmarszczyla brwi. – Cos martwi panska siostre, panie Davencourt. Zwierzyla sie mi wczorajszego wieczoru i uwazam, ze powinien pan z nia porozmawiac. – Zrobie to. – Martin znow sie zirytowal. Dlaczego Kitty latwiej przyszlo porozmawiac z Juliana Myfleet niz z wlasnym bratem? Najpierw Brandon, teraz jego siostra. – Nie ma potrzeby, zeby zaprzatala sobie pani glowe zachowaniem Kitty, lady Juliano – ciagnal surowo. – Zajme sie ta sprawa. – Rozumiem. – Juliana popatrzyla na niego z namyslem. – Jeszcze kawy, panie Davencourt? Martin wstal. – Nie, dziekuje. Musze podziekowac pani za zyczliwosc wobec Kitty, tak sadze. A moze byl to pani impuls wielko dusznosci? Juliana takze wstala. Byla wysoka; nie musiala zbytnio zadzierac glowy, zeby spojrzec mu w oczy. – Moze pan to nazywac, jak pan sobie chce, panie Davencourt. – Jesli spotka ja pani kiedys w pokoju do gry… – Prosze sie nie obawiac. Ogram ja bez litosci. – Juliana zmierzyla go wzrokiem. – Prosze trzymac Kitty z daleka od kart, panie Davencourt. Jestem przekonana, ze nie chcialby pan, by nabrala upodobania do hazardu. Martin westchnal ciezko. Byl przygnebiony. – Moze jest juz na to za pozno. – Zapewniam pana, ze nie. Ona nie gra dlatego, ze chce to robic. Gra, bo ma w tym pewien cel. Obiecala mi, ze z tym skonczy, jednakze naprawde powinien pan z nia porozmawiac. Ale juz o tym mowilismy i pan nie chce, zebym sie w to wlaczala. Juliana szybko przeszla przez pokoj, podeszla do kominka i wyciagnela reke, chcac pociagnac za tasme dzwonka. Martin przykryl jej dlon swoja. Wiedzial, ze ze strony Juliany chodzi tu o cos wiecej niz przelotny kaprys. Jeszcze raz go zaskoczyla i ani na krok nie przyblizyl sie do rozwiazania zagadki. – Jeszcze chwile, lady Juliano. Czy wie pani, jak zerwac z nalogiem gry? Juliana zawahala sie. Martinowi wydalo sie, ze w jej oczach dostrzega blysk gniewu. Uniosla podbrodek i zmierzyla go chlodnym wzrokiem. – Chodzi panu o moja gre czy o gre Kitty, panie Davencourt? Martin spojrzal na nia badawczo. – Jak sobie pani zyczy. Rzucilaby pani gre? Juliana rozesmiala sie krotko. – Z pewnoscia nie. Karty dostarczaja mi rozrywki. – Nie zapominajmy o upodobaniach do lekkomyslnych zartow. – Martin siegnal do kieszeni. – Wciaz mam pani naszyjnik. – Dziekuje. – Juliana wyciagnela reke i Martin polozyl na niej srebrny lancuszek. – Przepraszam za to, co powiedzialem tamtego wieczoru – powiedzial powoli. – Dlaczego mialoby panu byc przykro, panie Davencourt? Powiedzial pan prawde, tak jak pan ja widzial. – Bylem zbyt surowy. – Poradze sobie z tym, panie Davencourt. Nie rozmawia pan teraz z jakas skulona debiutantka Slyszalam juz wiele brutalnych slow. Poza tym mial pan slusznosc. To byla potworna omylka z mojej strony. Poczul sie zaskoczony tym uczciwym wyznaniem. Panowala nad soba doskonale, on jednak zachowal w pamieci inny obraz; twarz zalana lzami i kredowobiala, kiedy probowala ukryc rozpacz na balu u lady Babbacombe. – Slyszalem, ze ktos poslal lady Lyon olbrzymi kosz kwiatow z przeprosinami – zauwazyl. Juliana zachowala obojetny wyraz twarzy. – Wierze, ze komus bylo naprawde przykro z powodu tego, co sie stalo. Uwazam tez, ze naduzyl pan mojej goscinnosci, panie Davencourt. Prosze pozdrowic ode mnie siostre. Martin zawahal sie. – Musze pania prosic, zeby trzymala sie pani z daleka od Kitty – powiedzial ostroznie. – Wpadla na calkiem niestosowny pomysl, zeby sie z pania spotkac. Jestem pewien, ze mnie pani rozumie. Jest mloda i latwowierna i nie chcialbym, zeby dostala sie pod niepozadane wplywy. – Pan mnie obraza, panie Davencourt – powiedziala Juliana zimno. – A wiec jestem wystarczajaco dobra, zeby mnie pan calowal, kiedy przyjdzie panu ochota, ale nieodpowiednia, by rozmawiac z panska siostra. Mysle, ze w ten sposob dal mi pan az nadto jasno do zrozumienia, jaka pan ma o mnie opinie! Co do Kitty, nie chciala rozmawiac z panem, prawda? Moze i jestem nie do przyjecia, ale pan jest dla mnie niewlasciwym mezczyzna. Pod wieloma wzgledami. Martin zmruzyl oczy i zlapal ja za ramie. – Nie wierze, ze uznala mnie pani za niewlasciwego tamtej nocy po powrocie z Crowns. Juliana rozesmiala sie. Jej bystre spojrzenie najwyrazniej z niego kpilo. – Jakie to typowe dla mezczyzn! Nie mialam na mysli panskiej umiejetnosci calowania, panie Davencourt, i na pewno swietnie pan o tym wie. Uwazam, ze pod tym wzgledem byl pan znosny. Martin doskonale wiedzial, ze nie powinien drazyc tego tematu, ale nie byl w stanie sie powstrzymac. Juliana go rozgniewala, jak to miala w zwyczaju. Byla jak klujacy rzep pod konskim siodlem. Chocby nie wiem jak probowal, nie potrafil zapobiec irytacji. A jednak go intrygowala. – W porownaniu z dluga lista pani wielbicieli, jak sadze – powiedzial cicho. Spostrzegl jakis dziwny blysk w oczach Juliany, ale skwitowala jego uwage wzruszeniem ramion. – Panskie slowa, nie moje, panie Davencourt. Juz kiedys mowilam panu, ze nie zamierzam rozmawiac z panem o moich podbojach. Martin wpadl we wscieklosc. – Z pewnoscia! Za to ja mam! Chce wiedziec… – Co dokladnie chce pani wiedziec, panie Davencourt? – spytala Juliana oficjalnym tonem. – Nazwiska i szczegoly dotyczace wszystkich moich kochankow? Dlaczego chce pan to wiedziec? Czy to oznacza, ze jest pan zazdrosny? Nastapila pelna napiecia pauza. – Tak – odparl wreszcie Martin. – Tak, jestem. Jestem piekielnie zazdrosny. – Do diabla, myslalam, ze pan jednak sklamie. Martin podszedl blizej. Kiedy znizyl glowe do jej glowy, czas zatrzymal sie na jedno uderzenie serca. Dotyk jego warg, choc delikatny, rozpalil w obojgu plomien. Po sekundzie przytulil Juliane mocniej i pocalowal znow, juz nie delikatnie. Wtulila sie w niego, rozchylajac usta pod nieodpartym naciskiem jego warg. Teraz nie bylo udawania ani przedstawienia, tylko slodycz i niecierpliwosc, ktore oszolomily Martina, pozbawiajac go tchu i rozpalajac w nim pozadanie. Jego jezyk igral z jej jezykiem w zarlocznym, oszalamiajacym pocalunku, a potem Juliana cofnela sie, odpychajac go. Wyczul, ile wysilku ja to kosztowalo, i choc chcial przezwyciezyc jej skrupuly i na powrot przyciagnac ja do siebie, pozwolil, by rece mu opadly. – Nie – powiedziala Juliana. Uniosla glowe i spojrzala mu prosto w oczy. – Pan jest zdezorientowany, panie Davencourt. A teraz zbija pan z tropu takze mnie. Prosze pamietac, ze nie ma pan o mnie zbyt dobrego zdania. Mysle, ze powinien pan juz isc. Martin podniosl reke. – Juliano… – Aha, jeszcze jedno – dodala bardzo wyraznie. – Nie zamierzam zostac panska kochanka. Kochanka. Martin doznal szoku. Nawet nie przyszlo mu do glowy, zeby proponowac cos takiego. Juliana zdecydowanie pociagnela za tasme dzwonka. Segsbury zjawil sie natychmiast, zupelnie jakby czekal pod drzwiami, i Martin w mgnieniu oka znalazl sie na schodach jej domu. Odszedl z Portman Square na oslep i tylko cudem nie wpadl pod jakis powoz, bo nie widzial nikogo i niczego. Od dlugiego czasu czekal na ten pocalunek. Od ostatniego razu, prawde mowiac. A teraz, kiedy to sie stalo, chcial robic to znow. Wkrotce. Czesto. Jeknal. Fatalnie wybral czas. Ubiegal sie o reke innej damy, szanowanej wdowy, ktora uznal za idealny material na zone. Nie byl to wlasciwy moment na calowanie innej wdowy, niecieszacej sie szczegolnym szacunkiem. Co zas do romansu, wiedzial, ze nie moglby zlozyc Julianie takiej propozycji, nawet gdyby nalezal do mezczyzn, ktorzy maja zone i kochanke jednoczesnie. Nie byl dla niej wystarczajaco dobry. Zastanowil sie nad tym spostrzezeniem. Dlaczego nie byl dla niej wystarczajaco dobry? Cieszyla sie zla slawa i najwidoczniej romansowala z nie wiedziec iloma dzentelmenami. Nie byla uwazana za odpowiednia kandydatke na zone, jej reputacja byla zrujnowana. Gdyby miala majatek, byc moze sprawy przedstawialyby sie inaczej. Tak jednak nie bylo. Miala mnostwo dlugow karcianych. Wlasciwie tylko jej status wdowy i fakt, ze byla corka markiza Tallanta dawaly jej jaka taka pozycje w towarzystwie. Dziwne, ale uswiadomiwszy sobie sytuacje Juliany, wcale nie poczul sie lepiej. Przeciwnie, rozzloscil sie. „Jest pan zdezorientowany, panie Davencourt. A teraz zbija pan z tropu takze mnie”. Miala racje, pomyslal ze smutkiem. Byl piekielnie zagubiony i piekielnie zazdrosny. Kiedy trzymal ja w ramionach, odnosil wrazenie, ze jej miejsce jest wlasnie tu. Przywolalo to niechciane wspomnienie zadowolenia, jakiego doznal tamtego lata w Ashby Tallant. Ale nie mogl pozwolic, by takie mysli przeslonily mu umiejetnosc oceny sytuacji. Juliana byla nieprzewidywalna i niebezpieczna, a jej wplyw na Kitty mogl okazac sie zgubny. Zmarszczyl czolo na mysl o wspanialomyslnosci Juliany wobec Kitty. Nie byl to postepek kobiety, ktora zamierza zrujnowac jego siostre, wciagajac ja glebiej w siec hazardu. Czul sie rozdarty. Pragnal Juliany Myfleet, lecz wiedzial, ze nie moze jej miec, a w tym momencie nie potrafil znalezc zadnego wyjscia z sytuacji. ROZDZIAL SIODMY _– _ Jest tu pewna mloda dama, ktora chcialaby sie z pania zobaczyc – zakomunikowal Segsbury, kiedy Juliana wrocila z wyprawy na zakupy nastepnego popoludnia. Jego glos nie zdradzal zdziwienia, jakkolwiek mlode damy nigdy nie bywaly przy Portman Square 7. – Scisle biorac, dwie mlode damy. Panna Kitty Davencourt i panna Clara Davencourt, prosze pani. Wprowadzilem je do blekitnego salonu, bo pomyslalem… – Pomyslales, ze nagie posagi w bibliotece moglyby urazic ich panienska wrazliwosc – dokonczyla za niego. – Dziekuje ci, Segsbury. Jestem ci wdzieczna. Podala kamerdynerowi kapelusz i okrycie, obrzucila zadowolonym spojrzeniem stos pakunkow, ktory lokaj wypakowywal z powozu i ruszyla do biblioteki. Nie miala pojecia, czego moga chciec od niej Kitty i Clara Davencourt, za to byla niemal pewna, ze ich brat nie wie, dokad sie udaly. Postanowila pozbyc sie dziewczat tak szybko, jak sie da. Pogawedki z debiutantkami nie byly zajeciem, ktore ja chocby w najmniejszym stopniu interesowalo, i nie chciala utwierdzac Kitty w przekonaniu, ze jest jej przyjaciolka. Poza tym gdyby Martin sie dowiedzial, bez watpienia wyglosilby kolejne kazanie o tym, ze nie jest wystarczajaco przyzwoita, by utrzymywac stosunki towarzyskie z jego siostrami. A najgorsze ze wszystkiego bylo to, ze mial racje. Wizyta przy Portman Square mogla bezpowrotnie nadszarpnac reputacje siostr Davencourt. Stanela przed lustrem, poprawila wlosy i przygladzila faldy sukni. Byloby fatalnie, gdyby wizyta Kitty i Clary sprowadzila Martina w jej progi po raz kolejny. Nie miala ochoty go widziec, bo ilekroc do tego dochodzilo, pragnela, by ja kochal, i to doprowadzalo ja do szalu. Dawno temu przysiegla sobie, ze juz nigdy sie nie zakocha, totez teraz ubolewala nad soba, zwlaszcza ze wybrala mezczyzne, ktory mial o niej tak niskie mniemanie. W dodatku nie zamierzala wiecej wychodzic za maz. Wykrzywila sie do swego odbicia w lustrze. Nie znosila tez rozczulania sie nad soba. A wiec bedzie trzymala sie z daleka od Martina Davencourta. I od jego naprzykrzajacych sie siostrzyczek. Obie panny Davencourt zerwaly sie z miejsc, gdy tylko weszla do pokoju. Dzis Kitty ladnie wygladala w bladorozowej sukni, ale Clara przycmila ja calkowicie. Byla olsniewajacym stworzeniem, kipiacym zdrowiem i energia. Odziedziczyla jasna urode rodziny Davencourtow. Miala dlugie blond wlosy, ktore krecily sie urokliwie wokol jej twarzy, wspaniala mleczna cere i ogromne, ciemnoniebieskie oczy. Wygladala rownie ponetnie, jak pucharek truskawek ze smietana. – Lady Juliana! – zawolala Clara. Gapila sie na nia otwarcie i Juliana uswiadomila sobie, ze z trudem powstrzymuje sie od smiechu. Co takiego slyszala o niej ta dziewczyna? Moze szacowne matrony i przyzwoitki poslugiwaly sie nia jak straszydlem do terroryzowania mlodych dam? „Jak bedziesz sie zle zachowywac, staniesz sie podobna do lady Juliany Myfleet!” – Przyszlysmy… – Clara sprobowala wziac sie w garsc, choc nie przestala sie w nia wpatrywac. – To znaczy, chcialysmy pania prosic… – Tak? – podsunela Juliana. – Dlaczego przyszlyscie, panno Claro? Clara przez chwile wygladala na kompletnie zaskoczona, a potem sie usmiechnela. To bylo cudowne jak wschodzace slonce. Juliana pomyslala, ze ta dziewczyna musi odpedzac konkurentow kijami. – Przyszlysmy, bo chcialysmy sie z pania zobaczyc, naturalnie – odparla wprost. – Kitty tyle mi o pani opowiedziala. Juliana spojrzala na Kitty, ktora splonela rumiencem. – Wyobrazam sobie – odrzekla. – Jestem prawie pewna, ze wasz brat nie wie, dokad poszlyscie. Powinniscie stad isc, za nim sie tego dowie. Kitty szarpnela Clare za ramie. Byla najwyrazniej o wiele wrazliwsza na atmosfere niz jej siostra. – Lady Juliana ma racje, Claro. Nie powinnysmy byly jej nachodzic. Nagly przyplyw wspolczucia oslabil stanowczosc Juliany. Kitty byla taka przybita i rozczarowana. Przypomniala sobie, ze obiecala dziewczynie pomoc w znalezieniu meza. Musiala oszalec. Zaskakujaco jak na kogos o tak slodkiej powierzchownosci, Clara okazala sie bardziej stanowcza niz siostra. Odwrocila sie do Kitty z zacieta mina. – Ale ja chcialam prosic lady Juliane o pomoc! Obiecala, ze tobie pomoze. – Nie jestem dobra wrozka – zauwazyla Juliana, znacznie lagodniejszym tonem, niz zamierzala. Clara, wyczuwajac slabosc, usmiechnela sie ujmujaco. – Och, prosze, lady Juliano! Potrzebujemy pani rady, a Kitty mowila, ze byla pani dla niej taka mila. Juliana zawahala sie. Nie przewidziala, ze Kitty przedstawi ja w tak korzystnym swietle, niczym jakiegos opiekunczego aniola. To wszystko wydawalo sie takie dziwne. Popatrzyla na Clare, ktora odpowiedziala jej spojrzeniem przejrzystych blekitnych oczu. Juliana usmiechnela sie. Zawsze myslala, ze to Martin jest najbardziej upartym z Davencourtow. Ale to bylo, zanim poznala Clare. Westchnela. – No dobrze. Niewatpliwie moge poswiecic wam pare chwil. Moze usiadziemy, napijemy sie herbaty i opowiecie mi, o co chodzi? Pol godziny pozniej Julianie krecilo sie w glowie. Miedzy kesami muffinow i kolejnymi filizankami herbaty Clara wyrzucila z siebie cala smutna opowiesc o problemach wlasnych i siostry. Kitty siedziala cicho, w cieniu mlodszej siostry, ale od czasu do czasu przytakiwala albo wtracala slowko tu czy tam. – Nie chodzi o to, ze nie chcemy wyjsc za maz, lady Juliano – tlumaczyla Clara – tylko wszyscy dzentelmeni, ktorych poznalysmy do tej pory, sa nieodpowiedni. Kitty chcialaby znalezc mezczyzne, ktory kocha wies, a ja… coz, do tej pory nie udalo mi sie poznac kogos, przy kim nie usnelabym z nudow. – Wlozyla do ust kolejna buleczke. – Mam okropny zwyczaj zasypiania ni stad, ni zowad, wie pani. Uwazam, ze sezon jest tak bardzo meczacy, a przez te upaly wciaz przysypiam. Niestety, zdarza mi sie zasnac w najdziwniejszych miejscach. Na balach, w teatrze. – Och, w teatrze wszyscy przysypiaja – wpadla jej w slowo Juliana. – Naturalnie o ile przerwy w rozmowie sa na tyle dlugie, by im sie to udalo. Ale chyba nie zapadasz w sen, kiedy dzentelmeni probuja z toba rozmawiac? – Tak wlasnie jest – odezwala sie Kitty. Na policzki Clary wystapil rumieniec wstydu. – Zdarza sie. – Strzepnela rekami. – Wszyscy moi zalotnicy sa tacy nudni, lady Juliano! Obawiam sie, ze nie sa w stanie zrobic niczego, co powstrzymaloby mnie przed zasnieciem! Julianie udalo sie powstrzymac riposte, ktora sama pchala sie na usta. – Nie? Coz, mezczyzni potrafia byc nieznosnie nudni, ale pozostaje kilku, ktorymi moglabys sie zainteresowac. Przeciez chyba nie brak ci wielbicieli. Jestes wyjatkowo ladna dziewczyna. Clara lekko wzruszyla ramionami. – Och, mam wielu starajacych. Kitty i ja otrzymamy tez spore posagi, wiec zabiegaja o nas. To tylko wszystko utrudnia, bo wciaz musze sie pilnowac, zeby nie zasnac! Naprawde probuje. Earl Ercol wczoraj rano mi sie oswiadczyl, ale obawiam sie, ze zasnelam, kiedy to robil. Martin byl na mnie wprost wsciekly, a Ercol wczoraj wieczorem w operze potraktowal nas jak powietrze. – Nie mozna go za to winic. – Kitty przezuwala herbatnika. – Bylas okropnie nieuprzejma, Claro. – Niestety, twoja siostra ma racje – powiedziala Juliana surowo. – Wiekszosc dzentelmenow uwaza, ze sa najbardziej fascynujacymi rozmowcami na ziemi, zwlaszcza kiedy mowia o sobie. Jednak – dodala lagodnie – jesli spotkasz mezczyzne, ktory ci sie spodoba, Claro, moze sie okazac, ze zechcesz czuwac na tyle dlugo, by cieszyc sie jego towarzystwem. Rumieniec Clary stal sie ciemniejszy. – Wiem. Och, to takie trudne! Juliana uniosla brwi. – Czyzby chodzilo o to, ze chcesz mieszkac na wsi jak Kitty? Kitty stlumila smiech, a Clara wzdrygnela sie. – Z pewnoscia nie, lady Juliano! Wies jest dosc nudna. Wszystkie te spacery, przejazdzki konne i gra w krokieta. Nie, chodzi po prostu o to, ze sie martwie, bo prowadzenie wlasnego domu musi byc meczace. Sama mysl o tym napawa mnie prze razeniem. Juliana zmarszczyla brwi. – A wiec Kitty chce poznac kogos kochajacego wies, a ty potrzebujesz dzentelmena, ktory cie zainteresuje i zatrudni mnostwo sluzby dbajacej o dom. To nielatwa sprawa. Bede musiala pomyslec, Claro, i zobaczyc, kto moglby sie nadawac. – Prosze, moglaby pani myslec szybko? – blagala Clara z nadzieja w glosie. – Pani Alcott dala mi do zrozumienia, ze najlepiej byloby, gdybym poslubila jej brata, a ona jest tak apodyktyczna, ze na pewno w koncu sie poddam, z samego wyczerpania! – Och, nie mozesz wyjsc za Charliego Waltona – powiedziala Juliana szybko. – To najokropniejszy nudziarz pod sloncem. Taki sam jak jego siostra. Clara zachichotala i poweselala. – Ona jest okropnie nudna, prawda? I zawsze czepia sie Kitty i mnie. Jestem za gruba, za leniwa, zle ubrana. – Jestes za ladna i za bogata – orzekla Juliana. – Zaloze sie, ze ona ci zazdrosci, Claro. Dziewczyna otworzyla szeroko oczy. – Och, tak pani mysli? Tak, pewnie ma pani racje! Robi slodkie miny do Martina, za to mnie traktuje po prostu okropnie! Zdaniem Juliany nawet Serena Alcott nie zdolalaby wydac Clary za maz. Choc Clara byla leniwa, pod jej lenistwem kryla sie zelazna wola. – To mnie bardzo zlosci – oswiadczyla stanowczo milczaca od dluzszego czasu Kitty. – Martin nie jest w stanie dostrzec, jaka pani Alcott jest naprawde. Boje sie, ze sie z nia ozeni. Dlaczego mezczyzni sa tacy beznadziejni, lady Juliano? – Niestety, nie moga nic na to poradzic – odparla Juliana. – Rzadko dostrzegaja to, co maja przed nosem. Nie mozecie porozmawiac z panem Davencourtem o waszych obawach? Zwierzyc sie mu? Obie wygladaly na przerazone. – Och, nie! – zawolala Kitty. – Nigdy nie moglybysmy porozmawiac z Martinem. On jest ogromnie zajety i nie ma dla nas czasu. – Wspanialy z niego brat – wtracila Clara – i bardzo go kochamy, ale troszke sie go boimy, droga lady Juliano. – Boicie sie go? Jestem pewna, ze nie ma powodu. – Nie… – Kitty nie wygladala na przekonana. – Chodzi po prostu o to, ze on zawsze wydaje sie taki… – Pelen dezaprobaty – dokonczyla Clara. – Obawiam sie, ze bardzo go rozczarowalysmy. Brandon tez… Brandona cos gryzie, ale najwyrazniej nie zamierza powiedziec o tym Martinowi. – Wiem – powiedziala Juliana z westchnieniem. – Na pewno krzywdzicie pana Davencourta, myslac o nim w ten sposob. Wierze, ze potrafi oniesmielac, ale zalezy mu na was wszystkich, naprawde. – Rozesmiala sie. – Mam starszego brata, widzicie, stad wiem, co czujecie. Oczy Kitty rozblysly. – Boi sie go pani, lady Juliano? . – Tylko troche, ale bardzo zalezy mi na jego opinii. – Zdala sobie sprawe, ze to prawda. – Pani brat to Joss Tallant, prawda? – spytala Clara rozmarzonym glosem. – Taki z niego przystojny mezczyzna I ma przyjaciela, przy ktorym moze bym nie zasnela, gdyby tylko udalo mi sie go poznac! Juliana upadla na duchu. Mysl o tym, ze Clara zakochalaby sie w ktoryms ze znajomych Jossa z kawalerskich czasow, moglaby stac sie koszmarem kazdego rodzica. Bogu jednemu wiadomo, co powiedzialby na to Martin, gdyby sie dowiedzial. – Przyjaciel mego brata – powtorzyla ostroznie. – Ktorego z nich masz na mysli, Claro?. Clara zarumienila sie. – Ksiecia Fleet. Bardzo przystojny, prawda, lady Juliano? – Bardzo… – Juliana zmarszczyla czolo. – Sebastian Fleet to nalogowy hazardzista, Claro, no i rozpustnik. Jest dla ciebie zupelnie nieodpowiedni. Twoj brat nigdy nie zgodzilby sie na to malzenstwo. – Slyszalam, ze Fleet jest bardzo bogaty, a wiec przy nim moglabym prowadzic taki tryb zycia, do jakiego przywyklam. Przedstawi mi go pani, lady Juliano? – Nie. Zrobilabym to, gdyby chodzilo o kogokolwiek innego. Coz, prawie o kogokolwiek innego – skorygowala, myslac o Jasperze Collingu. – Seb Fleet absolutnie nie wchodzi w rachube. Clara wygladala na przybita, ale po chwili troche sie ozywila. – W takim razie co pani powie na brata lady Tallant, Richarda Bainbridge'a? Jest wyjatkowo czarujacy. – Richard to nieodpowiedzialny utracjusz. W dodatku nie ma pieniedzy. Claro, twoj gust, jesli chodzi o mezczyzn, jest niemal tak zly jak moj. Clara zachichotala. – To niezwykle, ze wszyscy ci dzentelmeni sa pani znajomymi. – Nie ma w tym nic niezwyklego. Jestem ostatnia osoba, ktora powinna sie brac do szukania meza dla ciebie czy Kitty. Wszyscy znani mi dzentelmeni sa zupelnie nie do przyjecia. – Jest jeszcze Martin – zauwazyla Kitty. – Zna go pani, a on jest do wziecia i szalenie ukladny. – Twoj brat to wyjatek potwierdzajacy regule – powiedziala Juliana. – Jedyny godny szacunku dzentelmen, jakiego znam. I nawet on, pomyslala w skrytosci ducha, nie jest taki ukladny, jak wszystkim sie wydaje. Z pewnoscia w sposobie, w jaki calowal, nie bylo nic ukladnego. Kitty westchnela. – Mam szczera nadzieje, ze Martin nie poslubi Sereny. Byloby o wiele zabawniej, gdyby ozenil sie z pania Najwyrazniej wybral nie te kuzynke, ktora powinien. – Dziekuje ci, Kitty. Niestety, twoj brat i ja nie pasowalibysmy do siebie. Clara obserwowala ja z wiele mowiacym wyrazem oczu. W tej chwili zadna miara nie wygladala na spiaca. Miana nagle pomyslala, ze dni kawalerskie Sebastiana Fleeta moga byc policzone. Jesli Clarze na czyms zalezy, pojdzie i wezmie to. Rozlegl sie dzwonek. Miana zamarla. Miala nadzieje, ze to nie Emma Wren albo, co byloby jeszcze gorsze, Jasper Colling. Oblal ja zimny pot na mysl o tym, co Jasper moglby powiedziec, gdyby zastal Kitty i Clare w jej salonie. Dziewczeta patrzyly na nia z niepokojem. – Sadzi pani…? – zaczela Kitty. Przygryzla warge. – Zastanawiam sie, czy Martin sie nie domyslil… – O, nie! – jeknela Clara. Drzwi sie otworzyly. – Pan Davencourt – zaanonsowal Segsbury bardzo dostojnie. – Mam przyslac dzbanek swiezej herbaty, prosze pani? Juliana zauwazyla pelna skruchy, zalekniona mine Clary, bladosc Kitty i gleboka zmarszczke na czole Martina Davencourta. – Tak, prosze, Segsbury – odparla uprzejmie. – Jestem pewna, ze filizanka dobrej herbaty zrobi dobrze kazdemu z nas. Martin odczul niewyobrazalna ulge na widok Kitty i Clary siedzacych niewinnie na sofie w salonie Juliany Myfleet. Nie chodzilo o to, ze wierzyl, iz Juliana zdeprawuje jego siostry, a raczej o to, ze nie miescilo mu sie w glowie, jak mogly wpasc na tak naiwny pomysl i odwiedzic cieszaca sie fatalna slawa osobe. Podejrzewal, ze inspiratorka byla Clara. Mimo calego swego lenistwa Clara nie byla glupia i Martin wiedzial, ze kiedy czegos chciala, stawala sie uparta jak osiol, co pozwalalo jej pokonywac wiekszosc przeszkod. A chciala porozmawiac z lady Juliana Myfleet. Nie z nim. Zadne z nich nie chcialo z nim rozmawiac. Brandon uparcie milczal, a Clara i Kitty wolaly Juliane. To bylo niewytlumaczalne i irytujace. Spojrzal na swoje siostry. Obie, skruszone i zaleknione, siedzialy, milczac, na swoich miejscach. Martin poczul, jak jego gniew wygasa. Nie chcial, zeby rodzenstwo sie go balo. Zdal sobie sprawe, ze Juliana wstala z miejsca i zbliza sie do niego z uprzejmym usmiechem przyklejonym do twarzy. Wyciagnela reke. Martin zacisnal zeby i sklonil sie. Z jej miny wywnioskowal, ze doskonale wie, co on czuje, i ze wie rowniez, iz on nie zrobi sceny w obecnosci siostr. Owional go zapach jej perfum. Lekki, slodki aromat lilii. Przywolal na mysl delikatna skore i rozpuszczone kasztanowe wlosy. Sprobowal sie skoncentrowac. Nie byla to dobra pora na uleganie niezaprzeczalnym fizycznym powabom lady Juliany Myfleet. – Witam, panie Davencourt – odezwala sie Juliana. – Usiadzie pan z nami i napije sie herbaty? Mial wlasnie odmowic, ale spostrzegl udreczona mine Clary i twarz mu sie wypogodzila. – Z przyjemnoscia – odparl tonem sugerujacym cos wrecz przeciwnego. Zajal miejsce naprzeciwko sofy i siostry jeszcze bardziej sie skulily pod jego badawczym spojrzeniem. – Martinie… – powiedziala Kitty, prawie szeptem – przyszlysmy tu… – Kitty i Clara byly na tyle mile, by mnie odwiedzic – dokonczyla Juliana bez zajaknienia, nalewajac mu herbate. – Mleka, panie Davencourt? Cukru? – Nie slodze. Dziekuje – odrzekl automatycznie. – Nie bylo potrzeby odwiedzania lady Juliany, dziewczeta. Ja juz zlozylem wizyte i przekazalem wyrazy wdziecznosci za zyczliwosc w swoim i waszym imieniu. Spostrzegl cyniczny usmieszek na wargach Juliany i znow sie zirytowal. Clara zarumienila sie. – Myslalam, ze lady Juliana moze… – zaczela, ale przerwala w pol zdania, bo Kitty kopnela ja w kostke. – Moze co? – spytal Martin. – Moze wziela torebke, ktora Kitty zgubila na raucie u lady Badbury – dokonczyla Juliana. – Niestety, nie wzielam. Martin spojrzal na nia. Wiedzial, ze klamie. Zdawal sobie sprawe, ze ona wie, iz on wie. W uniesieniu jej podbrodka krylo sie wyrazne wyzwanie, zupelnie jakby prowokowala go do zakwestionowania jej slow. – Jak rozumiem, Kitty i Clara nie maja teraz przyzwoitki, panie Davencourt – ciagnela Juliana. – Czy w przyszlosci bedzie im pan towarzyszyl osobiscie? Meska przyzwoitka, no, no. Moze tym sposobem wylansuje pan nowa mode. Clara zachichotala z cicha. Rozmowa sie nie kleila. Ani dziewczeta, ani Juliana nie byly sklonne do zabierania glosu, a Martin byl pewny, ze Juliana celowo milczy, chcac wprawic go w zaklopotanie. Zastanawial sie, o czym, u licha, mogly rozmawiac, gdy przyszedl. Tylko przez chwile, kiedy drzwi sie otworzyly, Clara wygladala na podekscytowana, a Kitty byla bardziej ozywiona niz kiedykolwiek. Wtedy pojawil sie on i wszystko popsul. Dopil swoja herbate. – Coz… chodz, Kitty, chodz, Claro – powiedzial nieprzekonujaco. W powozie podczas krotkiej drogi powrotnej na Laverstock Gardens Martin postanowil uswiadomic siostrom, jak nierozwazne jest skladanie wizyt wdowom cieszacym sie zla slawa. Rozmowa nie potoczyla sie tak, jakby sobie tego zyczyl. – Dlaczego uznalyscie, ze musicie odwiedzic lady Juliane? – spytal lagodnie. Kity zacisnela wargi, a Clara uciekla spojrzeniem w bok. – Chcialysmy jej podziekowac za zyczliwosc wobec Kitty, Martinie. No i spytac o torebke, oczywiscie. Martin nie skomentowal tego klamstwa. – Przeciez powiedzialem wam, ze podziekuje jej w imieniu calej rodziny. Nie bylo potrzeby, zebyscie robily to samo. Na prawde, to bylo calkiem niestosowne. Clara lekko wzruszyla kraglymi ramionami. Martin sprobowal ponownie. – Wolalbym, zebyscie nie odwiedzaly wiecej lady Juliany. To dotyczy was obu. Zapadla cisza. Kitty ze zniecheceniem skinela glowa, ale Martin widzial, ze Clara jest poirytowana i zaraz wybuchnie niczym wulkan. Postanowil przyspieszyc ten moment. – Zgoda, Claro? Clara podskoczyla. – Dlaczego, Martinie? Dlaczego nie mozemy odwiedzac lady Juliany? – Lady Juliana nie nalezy do dam, z ktorymi powinniscie utrzymywac znajomosci – powiedzial surowo. – Dlaczego nie? Przypomnialy mu sie czasy, kiedy byl mlodziencem, a malutkie siostry chodzily za nim krok w krok i bez przerwy zadawaly mu rozmaite pytania. Byly to na ogol pytania, na ktore trudno znalezc odpowiedz. Niektore rzeczy sie nie zmieniaja. Westchnal. – Bo nie cieszy sie dobra reputacja. – Dlaczego nie? Martin przeszyl ja gniewnym wzrokiem. – Claro, jestem pewien, ze osiagnelas wiek, w ktorym potrafisz odroznic dobra reputacje od zlej. Lady Juliana ma zla reputacje. Jest hazardzistka i… – I? – I wywiera zly wplyw – zakonczyl Martin. – Czy naprawde myslisz, ze mnie i Kitty mozna latwo do czegos naklonic, Martinie? – Mam nadzieje, ze nie. Ale to nie przyniesie wam niczego dobrego. – Zwlaszcza gdybysmy podczas odwiedzin u lady Juliany mialy spotkac jakichs nieodpowiednich dzentelmenow – powiedziala Clara, wzdrygnawszy sie teatralnie. – Araminta mowi, ze lady Juliana zna wielu nieodpowiednich dzentelmenow. Martin czul, ze sytuacja wymyka mu sie spod kontroli. – Claro… – Lubie lady Juliane. – Clara popatrzyla na brata badawczo tymi swoimi wielkimi niebieskimi oczami. – Kitty tez ja lubi. I Brandon. Ty tez lubisz lady Juliane, prawda? Widzialam, jak sie w nia wpatrujesz. Martin przeczesal palcami jasne wlosy. – Claro, prosze. To nie ma ze soba nic wspolnego. Brandon i ja mozemy przebywac w towarzystwie, ktore jest nieodpowiednie dla was. – To niesprawiedliwe! – Ani ty, ani Kitty nie zobaczycie sie wiecej z lady Juliana. Zapadlo milczenie. – Dlaczego nie? – spytala wreszcie Clara. Martin zmarszczyl czolo. – Bo ja tak mowie. Niebieskie oczy Clary patrzyly oskarzycielsko. Nawet Kitty spojrzala na niego z wyrzutem. Przypomnial sobie, ze zawsze sie zloscil, kiedy rodzice odpowiadali w ten sposob na jego pytania. To nie byl wystarczajaco dobry powod, gdy byli dziecmi i wiedzial, ze nie jest dobry teraz. – Spoznil sie pan dziesiec minut, panie Davencourt – powitala go chlodno Juliana, kiedy pojawil sie ponownie na Portman Square. – Slucham? – Martin uniosl brwi. Przygotowal sie na walke, a to stwierdzenie, pozornie niemajace nic wspolnego ze sprawa, ktora go tu sprowadzila, nieco zbilo go z tropu. Juliana ostentacyjnie spojrzala na zegar i policzyla czas na palcach. – Dziesiec minut na odwiezienie siostr na Laverstock Gardens, piec minut na zawrocenie i dziesiec minut na powrotna droge tutaj. Razem dwadziescia piec minut. Jest pan dziesiec minut spozniony. Martin przeszedl przez pokoj i stanal przy kominku. – Skad pani wiedziala, ze wroce? Juliana obrzucila go kpiacym spojrzeniem. – No, no, panie Davencourt! Wiedzialam, ze pan musi po wiedziec te wszystkie rzeczy, ktorych nie mogl pan wypowiedziec w obecnosci panskich siostr. Pozwolil sobie na lekki usmiech. Podziwial jej zimna krew. Jakkolwiek robila wrazenie calkowicie opanowanej, z pulsu bijacego w zaglebieniu ponizej szyi, tuz nad srebrnym polksiezycem, wnioskowal, ze tak nie jest. Kiedy uswiadomil sobie, ze wpatruje sie w Juliane, z trudem oderwal wzrok. – Czy moglaby mnie pani oswiecic, o czym musimy porozmawiac? – zachecil lagodnie. Juliana z gracja wzruszyla ramionami. – Skoro ma to panu zaoszczedzic trudu. Jak brzmialo to zda nie, ktorym posluzyl sie pan wczesniej? – Wyprostowala sie. – ”Chcialbym, zeby trzymala sie pani z dala od moich siostr. Sa mlode i podatne na wplywy, a ja nie zycze sobie, zeby ulegly pani zlym wplywom”. Martin zmierzyl ja wzrokiem. – Dziekuje. Sadze, ze zacytowala to pani niemal w doslownym brzmieniu. – Mysle, ze tak. Czy powiedzial pan Kitty i Clarze, zeby trzymaly sie ode mnie z daleka, panie Davencourt? W koncu to one do mnie przyszly, nie na odwrot. – Zdaje sobie z tego sprawe. To sie wiecej nie powtorzy. Juliana odwrocila sie. W jej glosie wyczuwalo sie gryzacy sarkazm. – Na pewno odczul pan ulge, widzac, ze Kitty i Clara przykladnie popijaja herbate, panie Davencourt, a nie oddaja sie rozpuscie, z ktorej slynie ten dom. – Odczulem ulge, rzeczywiscie, ale nie bylem zaskoczony – odpowiedzial Martin z rownie zimna krwia. – Nie sadzilem, ze dziewczeta znalazly sie w jaskini rozpusty, lady Juliano. To za mocno powiedziane. Przyznaje jednak, ze wolalbym, by mialy na tyle rozsadku, aby wiedziec, ze przychodzenie tutaj jest niestosowne. Juliana skrzywila sie. – Niestosowne. Co za przeklete slowo. Uznalam, ze oby dwie panskie siostry sa zachwycajacym towarzystwem, panie Davencourt. W przeciwienstwie do pana nie cierpia na nadmiar dezaprobaty. Martin poczul sie w najwyzszym stopniu poirytowany. – Lady Juliano, czy obieca mi pani, ze w przyszlosci nie bedzie sie pani zblizac ani do Kitty, ani do Clary? – Czy obiecam? – Juliana podeszla blizej, przekrzywila glowe i przygladala sie uwaznie jego twarzy. Poczul sie lekko wytracony z rownowagi tym badaniem. – Jaka wage przywiazuje pan do mojej obietnicy, panie Davencourt? Martin przestapil z nogi na noge. – Chcialbym wierzyc, ze jej pani dotrzyma. – Ale? – Ale po epizodzie w Hyde Parku nie wiem, w jakim stopniu moge pani zaufac. Owszem, powiedziala pani, ze pani tego zaluje, lecz… – Lecz? – Zawsze jest mozliwosc, ze moze pani zrobic cos podobnego w przyszlosci. Jest pani nieprzewidywalna, lady Juliano. – Az do szalenstwa, chcial pan powiedziec. – Juliana skrzywila sie. Martin odniosl wrazenie, ze ja zranil, choc wyraz jej twarzy tego nie zdradzal. Odsunela sie od niego. – Nie mozna pana winic za szczerosc, panie Davencourt. Pan jest uczciwy az do okrucienstwa. Coz, niech nie bedzie nieporozumien. Ja nie zblize sie do panskich siostr, jesli jednak beda chcialy zamienic ze mna pare slow, z pewnoscia nie kaze im odejsc. Lubie Kitty i Clare, panie Davencourt i sadze, ze potrzebuja… kogos, z kim moglyby porozmawiac. Martin odczuwal wscieklosc na mysl o tym, w jaki sposob tocza sie sprawy, i dokuczliwy lek, ze ona ma racje. Poczynil niewielkie postepy, rozmawiajac z Kitty i Clara wczesniej. Przypominalo to brodzenie w syropie z melasy i przesladowalo go uporczywe wrazenie, ze cos pominal. – Nie chce, zeby ta osoba byla pani, lady Juliano. – Nie? Panska przyszla zona bylaby odpowiedniejsza, jak mniemam? – Istotnie. – A czemuz to, panie Davencourt? Prosze to z siebie wyrzucic. Niech sie pan nie krepuje. Martin patrzyl wprost na nia. – Myslalem, ze to jasne. Od sluzenia za wzor bedzie moja przyszla zona. Pani jest… – Tak? – Nie chodzi o to, ze wierze, iz pani z rozmyslem wywarlaby na nie zly wplyw, lady Juliano. Uwazam, ze jest pani na tyle uczciwa, by nie sprowadzac moich siostr na manowce celowo. – Dziekuje. – Spojrzenie blyszczacych oczu Juliany wbijalo sie w niego, nie pozwalajac mu ruszyc sie z miejsca. – Jednak mimo wszystko nie podejmie pan ryzyka i nie pozwoli im pan sie ze mna widywac. Martin nieznacznie rozlozyl rece. – Na pewno zdaje sobie pani sprawe, jak odebraliby to inni! Nie chodzi tu o moja opinie o pani, ale o opinie calej naszej sfery. Jesli ktokolwiek zobaczy, ze Kitty i Clara spedzaja czas w pani towarzystwie, z pewnoscia zaszkodzi to ich reputacji. Juliana odwrocila sie od niego, szeleszczac jedwabiem. Martin wzial gleboki oddech. Czul taki sam zal jak wowczas, kiedy znalazl ja placzaca na korytarzu na balu u lady Babbacombe. Zapragnal wziac ja w objecia i pocieszyc, a jednak nie mogl tego zrobic. Oboje wiedzieli, ze to, co powiedzial, bylo prawda. – Chce tylko chronic Kitty i Clare – dodal. – Tak, rozumiem to… – Juliana pochylila glowe, a kiedy znow ja uniosla, jej oczy byly calkiem suche. – Najlepiej bedzie, jak pan szybko znajdzie sobie zone, panie Davencourt. Panskie siostry potrzebuja kogos, kto by sluzyl im rada. – I pomyslaly o pani? – Slowa wyrwaly mu sie, zanim Martin zdolal je powstrzymac. Wydalo mu sie, ze Juliana sie wzdrygnela, nie byl jednak pewny. – Coz, pana o to nie poprosily – zauwazyla. – Swoja droga, to dowodzi tylko ich rozsadku. Co pan wie o damskiej modzie, panie Davencourt? Czy wie pan, jakie rekawiczki pasuja do sukni spacerowej, a jakie do wieczorowej? Co powiedzialby pan mlodej damie, ktora wbila sobie do glowy, ze nie chce wyjsc za maz? Albo takiej, ktora uwaza, ze chce, ale wybrala nieodpowiedniego kandydata? Martinowi zrobilo sie zimno. – Chce pani powiedziec, ze moje siostry sa zakochane? Juliana usmiechnela sie pogodnie. – Alez nie, panie Davencourt. Gdyby jednak byly, czy wie dzialby pan, co im doradzic? – Napotkala jego wzrok. – Choc nie chca rozmawiac z panem, postanowily komus sie zwierzyc i wybraly mnie. To powinno panu dac do myslenia. Do widzenia, panie Davencourt. Po odejsciu Martina Julianie zrobilo sie zimno. Dom, ktory rozbrzmiewal smiechem podczas wizyty Kitty i Clary, teraz wydawal sie bardzo cichy. I opustoszaly. Poslala po pokojowke i polecila jej napalic w kominku, po czym usiadla nieopodal, probujac sie rozgrzac. Usilowala sobie wmowic, ze nie ma znaczenia, ze juz nie zobaczy Kitty i Clary, ze nie obchodzi jej rodzina Davencourtow, ale nagle te slowa wydaly jej sie nieszczere. Z przerazeniem uswiadomila sobie, ze mimo tak krotkiej znajomosci bardzo sie do nich przywiazala. Naprawde jej na nich zalezalo. Zadrzala. Bardzo glupio postapila, zaczynajac wierzyc, ze moze zapuscic korzenie w zyciu rodzenstwa Martina. Nie zdawala sobie sprawy, ze cos takiego chodzi jej po glowie, dopoki Martin nie odebral jej tego wszystkiego. A teraz czula sie osamotniona. To bylo glupie, niemniej prawdziwe. Zerwala sie i zaczela przerzucac zaproszenia lezace na kominku. Ostatnimi czasy troche zaniedbala starych przyjaciol. Wciaz jednak mogla do nich powrocic. Emma Wren wydawala tego wieczoru kolacje i mogloby byc zabawnie. Usiadla ponownie, zaproszenia wypadly jej z reki. Nie chciala siedziec i grac w karty w przegrzanych pokojach Emmy, sluchac zlosliwych plotek, zbywac dwuznacznych uwag Jaspera Collinga i jemu podobnych. Chciala byc w sali balowej lady Eaton, probowac szukac kawalera dla Kitty, obserwowac, jak Clara doprowadza do zawarcia znajomosci z ksieciem Fleet, co z pewnoscia uczyni, i zgadywac, w kim skrycie kocha sie Brandon. Nie byla jednak czescia tego wszystkiego. Nigdy tak nie bylo, a Martin tylko jej o tym przypomnial. Wstala i pociagnela za tasme dzwonka, zeby przywolac Hattie. Jesli wieczorne przyjecie u Emmy bylo jedyna atrakcja w ofercie, w takim razie bedzie musialo wystarczyc. ROZDZIAL OSMY Martin Davencourt sluchal przepieknej wloskiej arii i zachodzil w glowe, dlaczego czuje sie tak podminowany. Obok niego siedziala Clara, zatopiona w myslach, niezwykle wytworna w obloku rozowej gazy. Po drugiej stronie Clary zajela miejsce Kitty, dziewczeco smukla w bladozoltej sukni, a rzad zamykal Brandon, ktory bawil sie swoimi mankietami i nawet nie probowal udawac, ze muzyka go interesuje. Za Martinem, poza polem jego widzenia, za to wyryta w umysle, siedziala lady Juliana Myfleet. Choc znajdowala sie az trzy rzedy za nim na prawo, az nadto zdawal sobie sprawe z jej obecnosci. Minal tydzien, odkad widzieli sie po raz ostatni, i Martin myslal o niej przez wieksza czesc kazdego z tych siedmiu dni. Zastanawial sie, czy nie zlozyc jej wizyty i nie przeprosic za ostatnie spotkanie, bo zdawal sobie sprawe, ze zachowal sie wyjatkowo pompatycznie, a na dodatek obrazliwie. Juz prawie sie zdecydowal, ale poszedl na jakis bal, gdzie zobaczyl Juliane uczepiona ramienia Edwarda Ashwicka. Na ten widok wpadl we wscieklosc, a fakt, ze Edward towarzyszyl jej takze dzisiejszego wieczoru wydawal sie wystarczajacym powodem do zachowania dystansu. Siedzaca po drugiej stronie przejscia Serena Alcott pochylila sie, a kiedy zwrocila na siebie uwage Martina, usmiechnela sie i skinela glowa. Martin usmiechnal sie w odpowiedzi, kryjac irytacje. Jak tylko aria dobiegla konca i zapowiedziano przerwe. Serena delikatnym skinieniem przywolala go do siebie. Az sie wstrzasnal, ale posluszny dobrym manierom podszedl do niej. Serena powitala go z zadowoleniem, poklepujac wolne miejsce obok siebie. Martin usiadl i sprobowal zagaic rozmowe. – Podoba sie pani muzyka, pani Alcott? – Och tak, bardzo. – Serena zatrzepotala rzesami. – Bardzo piekna. – Nie uwaza pani, ze wysokie tony byly odrobine za… – Ostre? Alez nie. La Perla jest znakomita. – Wydawalo mu sie, ze jej spiew jest bardzo… – Dobry? Tak, jest wyjatkowo wszechstronna, nieprawdaz? – To idealna sala na… – Recital? Tak, to prawda, idealna. Martin lekko sie skrzywil. Zdawal sobie sprawe, ze Serena przyglada mu sie bardzo uwaznie, lekko marszczac brwi, jakby chciala przewidziec, co on takiego powie za chwile. Bylo to dosc denerwujace, zupelnie jakby juz przyjela zwyczaj czytania w myslach wspolmalzonka i konczenia zdan za niego. Martin sprobowal jeszcze raz. – Pani Duston zawsze organizuje… – Wytworne imprezy? Tak, istotnie. To bylo nie do zniesienia. Martin nie mogl uwierzyc, ze nie zauwazyl tego wczesniej. Zastanawial sie, czy kiedykolwiek bedzie mu wolno dokonczyc zdanie samodzielnie. Wstal. – Ma pani ochote na… – Lemoniade? O, tak, dziekuje. – W takim razie pojde do… – Bufetu. Prosze tez przyniesc sobie kieliszek wina. Martin obrzucil ja niechetnym spojrzeniem. – Dziekuje. Na pewno tak zrobie. Wycofal sie w pospiechu, a kiedy spojrzal przez ramie, Serena usmiechnela sie do niego wstydliwie i pomachala reka. Na ten widok ponownie sie wzdrygnal. Widok Brandona gawedzacego swobodnie z Juliana Myfleet nie poprawil mu humoru. Juliana byla ozywiona i niezwykle wytworna w sukni koloru starego zlota i dobranym do niej zlotym diademie we wlosach. Zauwazyl, ze poslala Edwarda Ashwicka po lemoniade dla Kitty, ktora zarozowiona i szczesliwa, przygladala sie Edwardowi, kiedy torowal sobie droge przez sale. Martinowi nasunelo sie pewne przypuszczenie. Kitty mogla trafic o wiele gorzej, ale czy Juliana rozmyslnie zapoznala ich ze soba? W koncu Ashwick byl jej najwytrwalszym adoratorem, na dodatek jedynym, ktory zaslugiwal na szacunek. Wzial dla siebie kieliszek wina i siegal wlasnie po szklanke z lemoniada, kiedy nieopodal mignelo mu cos rozowego. Clara stala tuz przy drzwiach do pokoju karcianego i prowadzila ozywiona rozmowe z dzentelmenem, w ktorym Martin rozpoznal ksiecia Fleet. Przez chwile byl tak oszolomiony widokiem Clary gawedzacej chetnie z mezczyzna, ze przymknal oczy na fakt, iz ksiaze Fleet jest rozpustnikiem i graczem, a jako taki zadna miara nie moze pretendowac do reki jego siostry. Jednakze po chwili groznie zmarszczyl brwi. Clara z pewnoscia nigdy nie powinna byla poznac Fleeta, nie mowiac juz o rozmawianiu z nim z takim entuzjazmem. Mial wlasnie podejsc i zainterweniowac, kiedy zobaczyl cos, co sprawilo, ze zatrzymal sie jak wryty. Juliana grzecznie przeprosila Brandona i spojrzala znaczaco na Clare. Ta, najwyrazniej posluszna najdrobniejszemu gestowi Juliany, przeprosila wdziecznie ksiecia Fleet i podeszla do niej. Martin widzial, jak Juliana mowi cos cicho do Clary i kreci glowa, widzial upor w twarzy siostry i znow to krecenie glowa Juliany. Z tej odleglosci nie mogl slyszec ani slowa, ale domyslal sie, o co chodzi. Juliana ostrzegala Clare przed Fleetem, a jego uparta siostrzyczka naprawde jej sluchala. Juliana wyczula na sobie jego badawczy wzrok, bo uniosla glowe i ich oczy sie spotkaly. Na moment przerwala rozmowe z Clara, a swiadomosc, ze tak bardzo na nia dziala, sprawila mu wyjatkowa przyjemnosc. Przez chwile przytrzymywal jej wzrok. Ujrzal slaby rumieniec wypelzajacy na jej policzki, zobaczyl, jak jej spojrzenie umyka w bok i powraca do niego, jakby przyciagane jakas nieodparta sila. Poczul tak silne pozadanie, ze az sie zachwial. – Martinie? Brandon przygladal sie bratu ze zdziwieniem. – Czyzbys mial jakies wyjatkowo meczace spotkanie z pania Alcott? Wygladasz, jakbys polknal zabe. Martin upil lyk wina. – Czy to bylo takie oczywiste? – Az nazbyt – rozesmial sie Brandon. Martin westchnal. – Zastanawiam sie, czy to nie za pozno… – Przerwac zaloty? Martin spojrzal ponuro na brata. – Blagam, nie zaczynaj i ty tego robic! Czy ona z kazdym rozmawia w ten sposob? – Obawiam sie, ze tak. – Dlaczego do tej pory tego nie zauwazylem? – Jest bardzo ladna. Moze sie zadurzyles? Martin utkwil w nim wzrok. Jakos dziwnie bylo sluchac o tym, ze Serena Alcott jest ladna, skoro jedyna kobieta, o ktorej myslal, jest Juliana. – Nie mow bzdur, Brandon! – Ja? – Brandon wzial kieliszek. – Wydaje mi sie, ze to ty zachowujesz sie jak glupiec, Martinie. Nadskakujesz nie tej kobiecie, co powinienes, i wplatujesz sie w klopoty. Lady Juliana Myfleet jest czarujaca, mila i szlachetna. Ma wszystkie te cechy, ktorych brak pani Alcott. Jednak watpie, czy lady Juliana by cie chciala. Jest za dobra dla ciebie. Patrzyli sie na siebie przez dluga chwile, po czym Martin zaczal sie smiac. – Do diabla, czy ty mi radzisz, z kim mam sie zenic? Brandon wzruszyl ramionami. Nie usmiechal sie. – O co chodzi, Martinie? Ty mozesz dawac rady, ale nie mozesz ich przyjmowac? Martin skrzywil sie. – Pewnie masz racje – powiedzial powoli. – Nie lubie ryzyka. W oczach Brandona pojawil sie cien usmiechu. – Nie jestem hazardzista – podjal brat – ale sadze, ze czasem warto zaryzykowac wszystko, zeby zgarnac cala pule. Uniosl swoj kieliszek w na poly ironicznym pozdrowieniu i odszedl, a Martin zabral swego drinka i wyszedl na taras, aby zaczerpnac swiezego powietrza, kompletnie zapominajac o lemoniadzie dla Sereny Alcott. Przypomnial sobie slowa Juliany „Prosze pamietac, ze nie ma pan o mnie najlepszego zdania” – i jak echo powrocily slowa Brandona „Jest za dobra dla ciebie”. Moze brat ma slusznosc, pomyslal. Rzeczywiscie byl powierzchowny i pelen dezaprobaty. Nazbyt krytycznie ocenial innych. Ignorowal swoj instynkt z szacunku dla konwenansow, a to ani nie dowodzilo odwagi, ani tez nie bylo godne podziwu. Tak naprawde nie dal Julianie Myfleet najmniejszej szansy. Sekunde pozniej ja zobaczyl. Stala w cieniu przy koncu balustrady, gdzie kapryfolium oplatajace stare kamienie tarasu napelnialo powietrze narkotycznym zapachem. W postawie Juliany rowniez bylo cos tesknego. Opierala sie o kamienna balustrade i wpatrywala sie w ciemnosc, a jej lekko opuszczone ramiona swiadczyly o bezbronnosci i samotnosci. Musial sie bezwiednie poruszyc, bo odwrocila sie i spojrzala na niego szeroko otwartymi oczami. – Dobry wieczor, panie Davencourt. Martin sklonil sie. Wszystkie jego zmysly ozyly. Chcial z nia porozmawiac. Chcial jej dotykac, poczuc te jedwabiste kasztanowe wlosy pod palcami. Chcial ja calowac, az oboje beda drzeli. Postapil krok ku niej, potem nastepny. Juliana ani drgnela. W mroku robila wrazenie drobnej. Przez krotka chwile Martin zmagal sie z dojmujacym pragnieniem chronienia jej, ktore zawsze w nim wzbudzala, a ktoremu towarzyszylo silne, przemozne pozadanie. Jesli to wszystko bylo z jej strony gra, w takim razie za chwile popelni najwieksza omylke w swym zyciu. Jego umysl, nawykly do racjonalnego podejmowania decyzji, cofal sie przed ryzykiem i niebezpieczenstwem. Ale ona byla tego warta. Zrobil jeszcze jeden krok i znalazl sie przy Julianie. Byli teraz zbyt blisko, by myslec o czymkolwiek poza pocalunkiem. Czul narkotyczny zapach kapryfolium, przez ktory przebijala slodycz liliowych perfum Juliany. Wyciagnal reke. Ale Juliana odsunela sie. Odeszla, szeleszczac zlocistymi spodnicami, a Martin poczul chlod wiekszy niz kiedykolwiek. Stlumione dzwieki muzyki dolatywaly z otwartych okien. Uslyszal kroki; to Serena Alcott scigala go wzdluz tarasu. Jej cien byl coraz blizej, gardlowym szeptem wolala jego imie. – Martin? Gdzie pan jest, moj drogi? Zniecierpliwienie Martina osiagnelo rozmiary przyplywu. Bez zastanowienia wymknal sie jej, zszedl z tarasu i wrocil do sali, w ktorej odbywal sie koncert. – Pewnie Joss cie przyslal – mruknela Juliana ze zloscia. Reka jej sie trzesla, totez podajac bratowej filizanke, rozlala troche herbaty na spodek. – Nie musialas mnie odwiedzac, wiesz o tym. Czuje sie doskonale. – Na pewno nie zachowujesz sie tak jak zwykle – powiedziala spokojnie Amy Tallant. – Przyszlam, bo przechodzilam nieopodal i przypomnialam sobie, ze nie najlepiej wygladalas na raucie u lady Stockley przed dwoma dniami. Zastanawialam sie… – Czy nie bylam pijana? Czy w koncu nie stracilam wszystkich pieniedzy? – Juliana ze zloscia zbierala okruchy ciastka ze spodnicy. W Amy bylo cos wyjatkowo irytujacego. Zawsze byla taka dobra. I nie pomagalo, ze miala racje. Juliana rzeczywiscie od paru tygodni czula sie bardzo nieszczesliwa i ten stan sie poglebial. W ciagu ostatnich dwoch tygodni kilka razy widziala sie z siostrami Davencourt, choc nie bylo to zamierzone. Spotkaly sie na Bond Street, gdzie Gara wpadla na nia z okrzykami radosci, a Kitty poprosila, troche spokojniej, o rade w doborze szala, ktory pasowalby do sukni. Zamienily pare slow na rozmaitych balach i w teatrze i gawedzily podczas wieczoru muzycznego. Brandon wyznal, ze jeszcze nie opowiedzial Martinowi o swoim romansie. Clara wciaz uparcie uganiala sie za ksieciem Fleet, ale przynajmniej Kitty zdobyla adoratora zaslugujacego na szacunek. Co do Martina, nie mogla liczyc na nic, pomimo szczegolnego powinowactwa, ktore zdawalo sie wiazac ich ze soba. Potrzebowala calej sily woli, zeby zostawic go na tarasie podczas wieczoru muzycznego, wiedziala jednak, ze nic innego nie wchodzi w gre. Na powrot odwrocila sie do Amy. – Zdawalo mi sie, ze ty i Joss wybieracie sie na wies – burknela z irytacja. – Dlaczego jeszcze tu jestescie? – Jossa zatrzymaly interesy. Jesli chcesz powiedziec mi, o co chodzi, Juliano… – Nie, dziekuje ci! Amy wstala. – Czasami sie zastanawiam, czemu zawracam sobie glowe odwiedzinami u ciebie. Najwyrazniej trace czas. Juliana poczula, ze cos sciska ja w gardle. – Tak, to prawda. Prosze, nie trudz sie wiecej. Bratowa popatrzyla Julianie prosto w oczy. Odstawila nietknieta filizanke i wstala. – W porzadku. Nie bede. Zegnaj. W tym momencie Juliana zaskoczyla zarowno siebie, jak i swego goscia, bo wybuchnela placzem. Byla rozdrazniona i zaklopotana. – Do diabla! Przydarza mi sie to po raz drugi w tym miesiacu. Nie mam pojecia, co we mnie wstapilo. – Uniosla glowe i zobaczyla, ze Amy sie jej przyglada. – Co ci sie u licha, stalo? – Nie wiedzialam, ze potrafisz plakac. Juliana przeszyla ja gniewnym wzrokiem. – No, oczywiscie, ze potrafie! Wszyscy to potrafia! Amy usmiechnela sie. – Tak, ale ja myslalam, ze tym masz jakas fizyczna niedomoge, ktora ci to uniemozliwia. Zawsze robisz wrazenie takiej opanowanej. Juliana poczula, ze w odpowiedzi usta rozciagaja jej sie w usmiechu. Natychmiast przestala plakac. Pociagnela nosem. – Pewnie nie masz chusteczki, Amy. Ja nigdy nie nosze chusteczek, bo na ogol ich nie potrzebuje. Amy bez slowa podala jej chusteczke. W tym momencie Juliana poczula do bratowej sympatie. Nie znioslaby falszywego wspolczucia czy bzdurnych komentarzy. Amy na szczescie milczala. Juliana otarla oczy, popatrzyla na chusteczke i oddalaja wlascicielce. Amy z wymowna mina wcisnela ja do torebki. – W takim razie juz ide – odezwala sie. – Nie – powiedziala nagle Juliana. Spojrzala na bratowa, starajac sie nie robic blagalnej miny. – Zostan, prosze, i napij sie ze mna herbaty. – Dobrze. – Amy usiadla na powrot. Zapadlo milczenie. – A wiec – przerwala je Amy – o co w tym wszystkim chodzi? Juliana zawahala sie. – Obawiam sie, ze sie zakochalam – wyrzucila z siebie. A jesli, pomyslala z wsciekloscia, powiesz, ze ci przykro, Amy, pozaluje tego epizodu i rzuce w ciebie filizanka. – Rozumiem. – Pewnie myslalas – mruknela Juliana ostro – ze do czegos takiego rowniez nie jestem zdolna? – Alez nie. – Amy powoli saczyla herbate. – W kim sie zakochalas? – Coz… – Juliana unikala jej wzroku. – W calej rodzinie Davencourtow, tak mi sie wydaje. Amy zakrztusila sie. Odstawila filizanke i wbila w Juliane spojrzenie brazowych oczu. – Dobry Boze, Juliano! W calej rodzinie? Jak to sie stalo? Juliana wziela gleboki oddech. Opowiedziala Amy wszystko: o grze Kitty i jej niecheci do miasta oraz o sennosci Clary i jej sklonnosci do nieodpowiednich mezczyzn, a takze o sekretnym romansie Brandona. Bratowa kiwala glowa i zadala jedno czy dwa pytania, ale glownie milczala. – A wtedy Martin Davencourt dal mi niedwuznacznie do zrozumienia, ze nie jestem odpowiednim towarzystwem dla je go siostr – zakonczyla Juliana i napotkala wzrok Amy. – Uswiadomilam sobie, ze skrycie zywilam nadzieje, iz bedzie mi wolno sie z nimi widywac, a pan Davencourt nagle pozbawil mnie zludzen. – Pokrecila glowa – Nie wiem, jak moglam do tego do puscic, w dodatku tak szybko. – Zakochalas sie w idei rodziny – orzekla Amy. – Tak jak powiedzialas. Takie rzeczy nie dzieja sie wedlug planu. – A teraz robi mi sie niedobrze – naprawde – na sama mysl o tym, ze nigdy ich nie zobacze. Nie moge uwierzyc we wlasna glupote! – Juliana zerwala sie na rowne nogi i zaczela krazyc po pokoju. – Nigdy nie zachowuje sie w ten sposob! Bratowa usiadla wygodniej. – Domyslam sie, ze to dla ciebie szok. – I to jaki! Nie podoba mi sie to. Jak myslisz, czy jest na to jakies lekarstwo? Amy pokrecila glowa. – Nie potrafie odpowiedziec, Juliano. Nie jestem nawet pewna, czy znam odpowiedz. – Czy to czas? A moze jakies inne zainteresowanie? – Juliana wyrzucila rece do gory. Teraz kiedy zaczela sie zwierzac, nie potrafila przestac. Dotad nie miala powierniczki, bo nie czula sie wystarczajaco swobodnie, by rozmawiac szczerze z Emma Wren, ale teraz bylo jej z tym zadziwiajaco dobrze. Amy bardzo latwo bylo sie zwierzac. – Myslalam, ze moze zabiore sie za robotki reczne – dodala. Amy powstrzymala smiech. – Naprawde wierzysz, ze bylabys w stanie wzbudzic w sobie taka sama namietnosc do haftu jak do Davencourtow? Juliana westchnela. Wiedziala, ze bratowa ma racje. Nienawidzila haftu nawet jako dziecko. – Moze wiec powinnam kupic sobie psa? Podobno sa bardzo oddane i wierne. – To jakas mysl. – Amy popatrzyla badawczo na szwagierke. – A co z Emma Wren, Jasperem Collingiem i wszystkimi twoimi starymi przyjaciolmi? Nie mogliby cie pocieszyc? – Nie chce, zeby to robili. – Juliana westchnela. – To brzmi tak, jakbym byla wyjatkowo niewdzieczna, a nawet nielojalna, ale nie jestem pewna, czy kiedykolwiek bede miala ochote na ich towarzystwo. – Dlaczego nie, na Boga! Zapadla cisza. – Nie naleza do ludzi, ktorych podziwiam – powiedziala Juliana powoli. – Och, byl taki moment, nie tak dawno temu, kiedy uwazalam ich towarzystwo za zabawne. W jakims sensie dalej tak uwazam. Ale to wygladalo tak, jakbysmy sie wzajemnie zabawiali dla zabicia czasu, bo nie mielismy nic lepszego do zrobienia. Teraz… nie wiem… jakos mi to nie wystarcza. Amy skinela glowa. – Potrzeba ci celu w zyciu i myslalas, ze znalazlas go w rodzinie Davencourtow. – Tak przypuszczam. – Juliana usmiechnela sie do niej blado. – To brzmi dosc melancholijnie, prawda? – Niezupelnie. Sadze, ze mozesz znalezc jakis inny cel, ktory wypelni ci zycie. Kominiarczycy, sierocince albo biedacy na wsi. Juliana skrzywila sie. Nie bylo to zbyt zachecajace. – Wielkie dzieki. Jestem pewna, ze nigdy nie udaloby mi sie byc az tak dobra! To mnie przerasta. – Coz, moze znajdziemy cel stosowniejszy dla ciebie. Bede musiala sie nad tym zastanowic. – Amy podala jej filizanke z niema prosba o napelnienie i poczestowala sie kawalkiem ciasta. – Mowilas o rodzinie Davencourtow – podjela powoli, z namyslem – a co z samym panem Davencourtem? Juliana odwrocila glowe i udala, ze sprawdza ile jeszcze herbaty zostalo w dzbanku. Teraz, kiedy zwierzyla sie Amy, zaczynala tego zalowac. Bratowa byla zadziwiajaco bystra. – Jak to? – Jego tez lubisz? Juliana zmarszczyla brwi. – Zdecydowanie nie. Pan Davencourt jest nieuprzejmy i krytyczny. Poza tym ma poslubic ten kurzy mozdzek, nasza kuzynke Serene Alcott. Amy skinela glowa. – Slyszalam o tym. Glupio robi. Serena jest nudziara. – Jedno warte drugiego. – Juliana zacisnela dlonie. Mysl o Martinie zeniacym sie z Serena sprawila jej bol. – Prawde mowiac, Amy, troche sie w nim zadurzylam. Mimo tych wszystkich problemow z bracmi i siostrami bardzo sie o nich troszczy, a ja chcialabym… – Tak? – Mysle, ze chcialabym, zeby ktos troszczyl sie tak o mnie. Chce, zeby ktos kochal mnie tak, jak Joss kocha ciebie. Czy to bardzo sentymentalne? – Nie bardzo. Prawde mowiac, powiedzialabym, ze calkiem rozsadne. – W kazdym razie jestem pewna, ze wkrotce mi to przejdzie. Wydaje mi sie, ze to zadurzenie przypomina troche moj podziw dla pana Taupin, mojego nauczyciela tanca. Uwazalam go za niezwykle wytwornego i bylam oczarowana jego wdziekiem. Amy uniosla brwi. – Tyle ze wowczas moglas miec najwyzej czternascie lat. Juliana westchnela. – Zasada jest ta sama. Myslalam, ze go podziwiam, ale tak naprawde byl to klasyczny przypadek zadurzenia podlotka. – I myslisz, ze do Martina Davencourta czujesz wlasnie cos takiego? Zadurzenie podlotka? – Coz… – Pocalowal cie? Juliana doznala szoku. Jej bratowa nie byla ani w polowie tak sztywna, na jaka wygladala. – Amy! Co to za pytanie? – No, zrobil to? Z pewnoscia pamietasz, jak sie czulas, jesli to zrobil. Juliana przygryzla warge. – Zrobil to. Naturalnie nie powinien, skoro ma sie zenic z Serena. To nie bylo z jego strony dzentelmenskie. Mezczyzni sa bolesnie rozczarowujacy, prawda? – Czesto, ale nie zawsze. Nie zmieniaj tematu, Juliano. – Amy byla powazna. – Czy pocalunki Martina Davencourta rozczarowaly cie? Juliana zmarszczyla czolo i usmiechnela sie jednoczesnie. – Niezupelnie. – Jak bylo? Juliana zawahala sie. Jej usmiech stal sie szerszy. – Och… cieplo, slodko, podniecajaco i bardzo, bardzo namietnie. – Pochwycila wzrok Amy. – Dlaczego tak na mnie patrzysz? Amy rozesmiala sie. – Jestes w nim zakochana. – Nie, to niemozliwe. Wykluczone. – Milosc czesto taka wlasnie jest – zauwazyla Amy z blyskiem w oku i westchnela. – Taki prawy mezczyzna moze byc wyjatkowo atrakcyjny, nie sadzisz? Juliana takze westchnela. – To nie ma zadnej przyszlosci. Nie wyjde juz nigdy za maz. Nie moge. Poza tym Martin nie moze sie ze mna ozenic! To by bylo calkiem niestosowne. Amy wybuchnela smiechem. – Wiesz, Juliano, jestem przekonana, ze to ty robisz trudnosci. Przestan protestowac i niech sie dzieje, co ma sie dziac! – Spojrzala na zegar. – Przepraszam, ale obiecalam Annis Ashwick, ze przyjde na lunch. – Zawahala sie. – Moze moglabym znow cie odwiedzic? – Naturalnie – odparla Juliana. – Dziekuje ci, Amy. Dziwne, ale slyszac, ze bratowa juz wychodzi, doznala rozczarowania. Zapragnela, by ja tez zaproszono na ten lunch. Nie mogla pogodzic sie z mysla o siedzeniu we wlasnych czterech scianach przez cale popoludnie. Zadzwonil dzwonek przy drzwiach i Segsbury wprowadzil do salonu Emme Wren. Emma, nieco zaskoczona widokiem Amy, uklonila jej sie chlodno na powitanie, po czym natychmiast ja zignorowala. – Juliano, moja droga! – zawolala, afektowanie przeciagajac spolgloski. – Jestem w drodze na Bond Street. Zamierzam wydac mase pieniedzy i dobrze sie bawic. Wybierzesz sie ze mna? Juliana widziala, ze Amy ja obserwuje. Przeniosla wzrok z bratowej na niegdysiejsza przyjaciolke. Nie miala szczegolnej ochoty na spedzanie czasu w towarzystwie Emmy, tyle ze w takim razie pozostawala jej samotnosc… a Bond Street i znajome paplanie Emmy byly na wyciagniecie reki. Skinela glowa. – Zaraz bede gotowa, Emmo. Wybacz mi, Amy. Amy nie zmienila wyrazu twarzy, ale Juliana poczula sie winna, totez rzucila bratowej lekko wyzywajacy usmiech. – Czlowiek potrzebuje rozrywki. Co w koncu pozostaje, kiedy jest sie nieszczesliwie zakochanym? – Nie wiem, czego Juliana chce – powiedzial Joss Tallant do zony pozniej tego wieczoru, w zaciszu malzenskiej sypialni. – Zdaje sie, ze ona rowniez tego nie wie. Amy wlasnie zrelacjonowala mu ze szczegolami swoja wizyte u Juliany, a teraz powoli odlozyla szczotke na toaletke i odwrocila sie do meza. – Chce dwoch rzeczy, tak mi sie zdaje – Martina Davencourta i… celu w zyciu. – Czy to nie jedno i to samo? – Alez z ciebie arogant! Cel w zyciu kobiety nie musi oznaczac wyjscia za maz, wiesz! Joss rozesmial sie. – Bardzo cie przepraszam! Chodzilo mi tylko o to, ze gdyby Juliana wyszla za maz, nadaloby to jej zyciu sens. – Malzenstwo samo w sobie nie wystarczy. – Amy zmarszczyla brwi. – Juliana to naprawde niezalezna kobieta, choc to stwierdzenie moze wydawac sie dziwne. Zupelnie nie przypomina proznej poszukiwaczki przyjemnosci, jaka wszyscy w niej widzimy. Popatrz, w jaki sposob chciala pomoc bratu i siostrom Martina. Ona potrzebuje celu. – Zona dla polityka – powiedzial Joss powoli. – Czemu nie? Jest czarujaca, madra i dobrze zorganizowana. W tej roli moglaby byc doskonala. – Nie interesuje sie polityka. Amy wzruszyla ramionami. – To naprawde nie ma znaczenia, Joss. Jest wystarczajaco inteligentna, zeby sie nauczyc. – To prawda. Ale czy to by ja interesowalo? Ju szybko sie nudzi. A wyobrazasz ja sobie jako zastepcza matke siedmiorga dzieci? – Zastepcza siostre. Wszystkie juz ja kochaja. Nie zauwazyles, jak szukaja jej towarzystwa? Poza tym Brandon Davencourt jest na tyle dorosly, by pojsc wlasna droga, a Kitty jak sadze, wkrotce wyjdzie za maz. Joss spojrzal na zone z nieopisanym zdumieniem. – Naprawde? Ale przeciez ona nie ma wielbicieli? – Och, Juliana juz znalazla Kitty zalotnika kochajacego wies. – Amy usmiechnela sie psotnie. – Nie zauwazyles, ze Edward Ashwick poswiecal starszej z panien Davencourt wyjatkowo duzo uwagi na wczorajszym wieczorze muzycznym? – Edward Ashwick? Dobry Boze! – Nigdy nie siegasz poza koniec wlasnego nosa – zawyrokowala Amy z zadowoleniem. – Na to wyglada. Wydawalo mi sie, ze Edward jest najwytrwalszym z wielbicieli Ju. – Tak bylo. Zdaje sie, weszlo mu to w krew, nie sadzisz? Uwazam, ze Juliana postapila wyjatkowo sprytnie, stawiajac Kitty na jego drodze wczorajszego wieczoru. Joss wpatrywal sie w nia ze zdziwieniem. – Nie zauwazylem. – Naturalnie, ze nie. – Amy usmiechnela sie. – Ciekawa jestem, kogo wybierze dla Clary, jak tylko wybije jej z glowy Seba Fleeta. – Zawsze pozostaje Jasper Colling – zauwazyl jej maz z gryzaca ironia. Amy wzdrygnela sie. – Nawet Fleet bylby lepszy od Collinga! – A czy Martin Davencourt jest odpowiedni, dla Juliany? – spytal Joss z niewiele mniejszym sarkazmem. – Z pewnoscia wie, co o niej sadzic. A ona chcialaby zasluzyc na jego dobra opinie. – Juliana jest przyzwyczajona do zycia zgodnie z ustalona reputacja. Poza tym nie zauwazylem u Martina Davencourta zadnej slabosci dla Juliany. – Tez cos! – Amy spojrzala na niego pogardliwie. – Skoro wlasciwie nie odrywa od niej wzroku? Mowilam, ze nie widzisz nawet tego, co masz pod nosem. – Pewnie nie. A Davencourt to widzi? Smiem watpic, bo jest prawie zareczony z nasza kuzynka Serena. – Tak. – Amy przechylila glowe i przygladala sie odbiciu Jossa w lustrze. – To niedobrze, ale jeszcze jej sie nie oswiadczyl. Joss usmiechnal sie lekko. – Potrzebujesz sojusznika? Jesli tak, moze mam dla ciebie kogos takiego. Wczoraj dostalem od ojca list, w ktorym donosi mi, ze odezwala sie do niego ciotka Beatrix. Podobno wlasnie jest w drodze do Londynu. Amy rozblysly oczy. – Ciocia Trix! To jest to! Ona nie znosi Sereny, prawda? Joss zmarszczyl czolo. – Tak… nazywa ja panna fajtlapa. – Doskonale – powiedziala uszczesliwiona Amy. Spostrzegla zdziwiona mine Jossa i wybuchnela smiechem. – Miedzy na mi mowiac, jestem pewna, ze ja i ciocia Trix polaczymy Martina i Juliane. I poradzimy sobie z Serena, jesli zajdzie taka po trzeba! ROZDZIAL DZIEWIATY Juliana powoli budzila sie z ciezkiego snu spowodowanego laudanum. W sypialni bylo ciemno i ponuro. Z trudem przypominala sobie, co dzialo sie poprzedniego dnia i wieczoru, ktory Zaczal sie od szalenstwa zakupow na Bond Street, a skonczyl pijacka kolacja u Emmy Wren, gdzie Jasper Colling wspinal sie po scianach salonu, wykorzystujac uchwyty kinkietow jako stopnie, i hustal sie na krysztalowym zyrandolu. Wszyscy ryczeli ze smiechu, az Colling stracil czucie w rekach i spadl na stol zastawiony do kolacji, ladujac posrodku sarniego udzca. Potem pili dalej i grali w pikiete. Juliana przegrala i z Emma, i z Collingiem. Przewrocila sie na brzuch i jeknela. Wieczor byl smiertelnie nudny, nie potrafila udawac, ze bylo inaczej. Siedziala jak widmo na uczcie, zalujac, ze nie jest gdzie indziej. Zarowno starzy przyjaciele, jak i ulubione miejsca raz na zawsze utracily caly swoj urok, a poniewaz nie miala niczego, czym moglaby ich zastapic, czula sie, jakby znalazla sie gdzies daleko, na ziemi niczyjej. Nie pamietala dokladnie momentu pojscia do lozka, teraz jednak wydawalo jej sie stanowczo za wczesnie na wstawanie. Z dolu dobiegl rumor przewroconego mebla i podniesione glosy. Narzuciwszy peniuar na nocna koszule, wybiegla na korytarz i stanela na szczycie schodow, zdecydowana zrugac niezrecznych sluzacych, ktorzy najwyrazniej nie potrafili przesuwac mebli, nie robiac przy tym halasu. Jej oczom ukazala sie szokujaca scena. Posrodku holu stal Segsbury, z rekami na biodrach, uosobienie bezsilnosci i nieszczescia, podczas gdy dwaj muskularni mezczyzni w wyswieconych czarnych ubraniach wchodzili i wychodzili frontowymi drzwiami, wynoszac meble z salonu. Za ktoryms razem zarysowali rog sekretarzyka. Juliana wzdrygnela sie i pospiesznie zbiegla ze schodow. – Co tu sie, u diabla, dzieje? Obaj mezczyzni staneli jak wryci, upuszczajac krzeslo na podloge z glosnym trzaskiem. Juliana wzdrygnela sie ponownie. Przyjrzeli sie jej dokladnie, po czym jeden z nich, o bezczelnej twarzy i czerwonych policzkach, stulil wargi i gwizdnal z aprobata. – O kurcze! Moze pogadamy o innym sposobie zaplaty, kochanie? Julianie zrobilo sie niedobrze. Przebieglo jej przez glowe wspomnienie rozmowy z Jossem na temat jej dlugu. Calkiem o tym zapomniala. A moze raczej postanowila zapomniec. Ile wydala wczoraj? Ile przegrala ostatniej nocy? Przeszyla przybyszow gniewnym wzrokiem. – Pytalam, co robicie z moimi meblami? – Zabieramy je jako zaplate, kochanie – odparl komornik, podnoszac krzeslo i niefrasobliwie rzucajac frontowymi drzwiami. – Czterdziesci tysiecy funtow to na oko cale wyposazenie domu. – Na litosc boska! – Juliana zmarszczyla brwi. Przez otwarte drzwi widziala ludzi gromadzacych sie na ulicy przed domem, zerkajacych do srodka, rozmawiajacych o tym, co sie dzieje. Z wsciekloscia zwrocila sie do starszego z komornikow. – Co to wszystko znaczy? Moglibyscie przynajmniej miec na tyle przyzwoitosci, by mnie uprzedzic, zanim zaczeliscie oprozniac moj dom! Mezczyzna podrapal sie w glowe. – Pan Needham wykupil wszystkie pani dlugi, szanowna pani. Polecil nam, zebysmy je sciagneli w postaci ruchomosci. To nie. pora na grzecznosci, prosze pani, nie wtedy, kiedy jest praca do wykonania. – Prosze o wybaczenie, milady. – Segsbury wygladal na zdruzgotanego. – Nie bylo czasu pani budzic, zanim ci ludzie zaczeli pustoszyc dom. – Obudzilabym sie wkrotce, gdyby te typy zaczely wynosic moje meble z sypialni wraz ze mna w lozku – warknela Juliana z wsciekloscia. Odwrocila sie twarza do komornikow, ktorzy pogwizdywali wesolo, wrociwszy po czwarty ladunek. – Na litosc boska, wniescie te rzeczy z powrotem do salonu i postawcie je dokladnie tam, gdzie staly. Mam brylantowy komplet, ktory powinien w zupelnosci wystarczyc na zaspokojenie roszczen pana Needhama. Starszy z komornikow mial watpliwosci. Mlodszy oblizal wargi. – Brylanty. Moze warto rzucic na nie okiem, panie Maggs? – Tak, tak mi sie wydaje – burknal niechetnie starszy mezczyzna. – Zawsze mozemy tu wrocic. – Po moim trupie. – Juliana, kipiac gniewem, poszla za nimi do holu i zatrzasnela frontowe drzwi na oczach tlumu. – Zaraz przyniose bizuterie, a wy w tym czasie zdejmiecie meble z wozu i wniesiecie je tu z powrotem. Zrozumiano? I zamykajcie za soba te przeklete drzwi! Wbiegla na schody i do sypialni, gdzie grzebala w szufladzie z bielizna, az odnalazla wylozona aksamitem kasete z brylantowym naszyjnikiem, kolczykami i bransoleta. Joss zawsze powtarzal jej, ze powinna trzymac bizuterie w banku. Teraz byla zadowolona, ze go nie posluchala. Poza tym nie znosila tego brylantowego kompletu. Byl to slubny prezent od jej ojca, o wiele za ciezki i zbyt staromodny, by nadawal sie do noszenia. Nigdy nie miala ani pieniedzy, ani ochoty, zeby dac go do przerobienia. Skrzywila sie na mysl o reakcji markiza na to, co zrobila. Niewazne, teraz bylo za pozno. Gdyby tylko nie wyrzucala tych wszystkich rachunkow bez czytania. Prawde mowiac, nie potrzebowala rachunkow, zeby wiedziec, ile ma dlugow. Hazard, pozyczki, rachunki za suknie od najmodniejszych krojczyn z Bond Street, rachunki dostawcow. Wszyscy beda sie z niej smiali, kiedy to sie rozejdzie. To dlatego, ze Joss sie zawzial i nie chcial jej pomoc. Przysiadla na brzegu lozka, sciskajac kurczowo brylanty. Wiedziala, ze Joss nie byl niczemu winien. Ostrzegl ja, ze nie bedzie finansowal jej dluzej, a ona postanowila zignorowac jego slowa. Sama na siebie sprowadzila upokorzenie. Niecierpliwie wrzucila brylanty do kasety i zbiegla po schodach. Bose stopy zdazyly jej zmarznac. Frontowe drzwi znow byly otwarte na osciez i do srodka dostal sie podmuch wiatru. Slyszala glosy w salonie, narzekania komornikow, ktorzy umieszczali meble na powrot na swoich miejscach. Byla wsciekla jak diabli. – Zdawalo mi sie, ze powiedzialam wam, byscie zamykali te przeklete drzwi! – wrzasnela jak przekupka, wpadajac do pokoju. – A jesli zobacze, ze jakies meble sa uszkodzone, wystapie przeciwko panu Needhamowi do sadu o odszkodowanie! Stanela jak wryta. Posrodku dywanu stala starsza dama, obserwujac z zywym zainteresowaniem, jak komornicy ze skrzypieniem i trzaskiem umieszczaja meble na swoich miejscach, klnac przy tym pod nosem. Byla wysoka, szczupla i trzymala sie wyjatkowo prosto w sukni z szarego jedwabiu i dobranymi do niej nieskazitelnymi perlami na smuklej szyi. Kiedy Juliana weszla do pokoju, odwrocila sie, a jej bursztynowe oczy rozblysly psotnym rozbawieniem. – Juliano, kochanie. Poznalam cie po glosie. – Ciocia Beatrix! Juliana wpatrywala sie w nia z przerazeniem. Wtem jej wzrok przesunal sie na postac mezczyzny stojacego u boku lady Beatrix Tallant. Martin Davencourt odpowiedzial jej spojrzeniem, w ktorym leciutki blysk zdradzal rozbawienie. Juliana nagle dotkliwie uswiadomila sobie, ze jej peniuar jest calkiem przezroczysty, stopy ma bose; a rozczochrane wlosy spadaja na ramiona. – Co sie tu, do diabla, dzieje? – spytala niegrzecznie. – Wy dawalo mi sie, ze pozegnalismy sie raz na zawsze! Lady Beatrix uniosla brwi. – Mowisz do mnie czy do pana Davencourta, Juliano, moja droga? – Wszystko jedno! Jak sie komu podoba. – Hm… Coz, jestem tu, bo wrocilam z podrozy i musze sie gdzies zatrzymac. – Beatrix odwrocila sie do Martina. – Pan Davencourt jest ze mna, bo w swej uprzejmosci zaoferowal sie, ze przywiezie mnie tu z domu twego brata. Co przypomina mi… – Lekko zmarszczyla czolo. – Jestes w dezabilu, moja droga, a to wysoce niestosowne w obecnosci dzentelmena i nie do zaakceptowania w obecnosci handlarzy. Najlepiej bedzie, jak pojdziesz na gore i sie ubierzesz. I pospiesz sie. Martin na prozno usilowal powstrzymac usmiech, slyszac ton lady Beatrix. Juliana przeszyla go zlym wzrokiem. – Prosze, powiedz, zeby ci przyniesiono herbate, kiedy sie bede ubierac, ciociu. Panie Davencourt, dziekuje, ze przywiozl pan tu ciocie Beatrix. Jestem pewna, ze kiedy wroce, pana juz tu nie bedzie. Jednakze byla w bledzie. Kiedy, jakies trzy kwadranse czy godzine pozniej, weszla do oranzerii, zastala Beatrix i Martina siedzacych na sofie. Raczyli sie herbata i ciasteczkami i byli najwyrazniej wyjatkowo zadowoleni ze swego towarzystwa. Poczula, ze jej irytacja rosnie. Lady Beatrix uniosla glowe na widok wchodzacej bratanicy i usmiechnela sie do niej promiennie. – Jakie to mile z twojej strony, ze zaoferowalas mi dach nad glowa. – Nie mialam swiadomosci, ze to zrobilam – burknela Juliana ze zloscia. Wziela filizanke i nalala sobie herbaty. Zachowanie lady Beatrix udajacej roztargniona stara dame nie zwiodlo jej. Wiedziala, ze ciotka ma bystry umysl, a do tego ciety jezyk. Lady Beatrix dolala herbaty sobie i Martinowi, postanawiajac zignorowac komentarz Juliany. – Bede w Londynie tylko przez czas jakis, ale skoro juz tu jestem, milo mi bedzie miec towarzystwo. – Tu jest mnostwo dobrych hoteli – zauwazyla Juliana. – Bertram's albo Grand. – Grand jest gorszy, niz o nim mowia – wtracil sie Martin jak gdyby nigdy nic. – Aczkolwiek przynajmniej nie musialaby sie pani obawiac utraty lozka podczas snu, lady Beatrix. Juliana poslala mu zabojcze spojrzenie i ostentacyjnie odwrocila glowe. Pochylila sie ku ciotce, opierajac lokcie na stole. – Dlaczego nie zatrzymalas sie u Jossa i Amy? Lady Beatrix usmiechnela sie. – Och, nalegali, zebym zostala, ale wiedzialam, ze ty potrzebujesz mnie bardziej, Juliano. – Ze smutkiem pokiwala glowa. – W ubieglym tygodniu bedac w Bath, uslyszalam o tym, jakobys zamierzala wyjsc za maz za czlowieka, ktory zepsul kolacje u lady Bilton, gaszac swiece pistoletem. – Sir Jasper Colling – podsunal Martin. – Tak, to on. Okropny, pospolita rodzina. – Lady Beatrix wzdrygnela sie. – Co do tej sztuczki z pistoletem – taka przebrzmiala! Coz, lord Dauntsey zrobil to po raz pierwszy, kiedy bylam jeszcze dzieckiem. – Nie zamierzam wychodzic za sir Jaspera, a wiec nie musisz sie niepokoic z tego powodu – powiedziala stanowczo Juliana. – I nic nikomu do tego… – Przeszyla wzrokiem Martina. – Zwlaszcza panu, sir. Martin usmiechnal sie. – Dlaczego zwlaszcza mnie? Julianie nagle zrobilo sie goraco. Przywolala lokaja. – Tu jest bardzo duszno, Milton. Prosze, otworz gorne okna. Lady Beatrix usmiechnela sie do niej. – Tak sie ciesze, ze nie zamierzasz wychodzic za Collinga, moja droga. Z takimi podejrzanymi typami sa same klopoty. – Z aprobata usmiechnela sie do Martina. – Co innego, gdybys miala wybrac takiego mezczyzne jak pan Davencourt. – Watpie, czy sa jacys inni mezczyzni podobni da pana Davencourta – przerwala Juliana bez ceremonii. – On jest jedyny w swoim rodzaju. Usmiech Martina stawal sie coraz szerszy, a Juliana odnosila wrazenie, ze oranzeria szybko robi sie najbardziej dusznym miejscem w Londynie. – Obawiam sie, ze pan Davencourt jest juz zajety, ciociu Trix – dodala. – Twoja druga bratanica, Serena, ma szczescie byc dama, do ktorej reki on aspiruje. Beatrix popatrzyla od jednego do drugiego. – Serena Alcott. Boze drogi, panie Davencourt. Boze drogi! – Powinnas mu zyczyc szczescia – zauwazyla Juliana. – Nawet gdybym to zrobila, nic by sie nie zmienilo – powiedziala lady Beatrix ze smutkiem. – Nic a nic. Podac panu kawalek ciasta? – Nie, dziekuje. Czas na mnie. – Martin wstal. – Mam nadzieje, ze bedzie mi wolno pania odwiedzic i spytac, jak sie pani wiedzie, lady Beatrix? – Pod warunkiem, ze nie przyprowadzi pan ze soba tej gesi Sereny – odparta lady Beatrix, wbijajac widelczyk w kolejny kawalek ciasta orzechowego. – Ale prosze mnie odwiedzic, panie Davencourt, nalegam! Bede tu przez kilka tygodni. – O, nie, nie bedziesz – mruknela Juliana pod nosem, wyprowadzajac Martina z oranzerii. – Jest pani w wyjatkowo zlym humorze dzisiejszego ranka, lady Juliano – zauwazyl Martin, kiedy znalezli sie w holu. – Skutek wstania przed jedenasta rano, jak przypuszczam. To musialo byc dla pani bardzo trudne. Juliana przeszyla go wzrokiem bazyliszka. – Dziekuje, ze przywiozl pan tu lady Beatrix, zeby mnie przesladowala. – Prosze bardzo. Pod wieloma wzgledami jestescie do siebie bardzo podobne, wie pani? Juliana uniosla brwi. – Czyzby? – Obie nie lubicie owijania w bawelne i zadna z was nie znosi glupcow. – To prawda – odparla Juliana, myslac o Serenie Alcott. – Dlatego jestem przekonany, ze dobrze bedzie sie wam razem mieszkalo. – Martin usmiechnal sie. To byl cieply, serdeczny usmiech, od ktorego lekko zawirowalo jej w glowie. Zapomniala, ze stoi z nim posrodku holu, i myslala wylacznie o silnych objeciach Martina i o intymnosci jego pocalunku. Ujal jej dlon. – Lady Juliano, ciesze sie, ze zajrzalem tu dzisiejszego ranka, bo musze z pania porozmawiac. – Watpie, sir – powiedziala sztywno, cofajac dlon. – Przeciwnie, chcialem sie wytlumaczyc. Juliana odsunela sie. – To ladnie z pana strony, panie Davencourt, zapewniam jednak, ze nie musi pan tego robic. Martin ruszyl za nia, wiezac ja miedzy filarem i duza palma w donicy. Przysunal sie blizej, az cialem otarl sie o nia. Juliana czula, ze robi jej sie coraz gorecej. Katem oka spostrzegla, ze lokaj stojacy przy drzwiach odwrocil wzrok i wpatrzyl sie w podloge. Znizyla glos do szeptu. – Niech sie pan wstydzi, panie Davencourt. Zachowywac sie tak w obecnosci moich sluzacych. – Przepraszam. – Martin pochylil sie, az jego oddech poruszal loczki przy jej uchu. – Ucieka pani przede mna od tamtego wieczoru na koncercie, coz wiec mi pozostaje? – Prosze przestac! – syknela Juliana. – Prosze sie odsunac. – Ja chce tylko z pania porozmawiac. Powiedzialem juz pani, musze przeprosic, omowic z pania pewne sprawy. – Coz, nie powinien pan. – Juliana wysliznela sie z pulapki i zaczela wygladzac suknie lekko drzacymi palcami. – Ta, do ktorej powinien sie pan umizgiwac jest moja kuzynka, pani Alcott. Martin westchnal. – Mozemy na chwile o niej zapomniec? – Na pewno nie! Jakie to typowe dla mezczyzny. – Spiorunowala go wzrokiem. – Jest pan z nia prawie zareczony i juz pan mysli o zapominaniu o niej, jeszcze przed slubem! – Nie o to mi chodzilo. Nie jestem zareczony z pania Alcott, a wkrotce bede jeszcze mniej zareczony. Juliana uniosla brwi. Zdlawila podniecenie i niepokoj wywolane jego slowami. – Nie rozumiem, co to wszystko ma wspolnego ze mna. Martin zlapal ja za nadgarstek i przyciagnal do siebie. Uniosla dlonie do jego piersi, ale nie mogla sie uwolnic, bo objal ja ciasno. – Powiem pani, co to ma wspolnego z pania. To nie Sereny pragne, tylko pani. Przykro mi, Juliano, ze zle pania ocenilem i bylem rozmyslnie nieuprzejmy. Juliana zatkala dlonmi uszy. To byl blad, bo tym sposobem znalazla sie jeszcze blizej. Piersiami naciskala na jego tors, co bylo wyjatkowo denerwujace, a chcac do niego mowic, musiala zadrzec glowe, tak ze prawie dotykala jego twarzy. – Mam nadzieje – powiedziala glosno – ze nie ma pan zamiaru przeniesc swoich afektow z jednej kuzynki na druga, pa nie Davencourt. To dowodzi wyjatkowej chwiejnosci charakteru. Nie mowiac juz o tym, ze ja jestem calkowicie nieodpowiednia, naturalnie. Lokaj splonal krwistym rumiencem. Martin tylko sie usmiechnal i pocalowal ja. Jego wargi byly gorace i slodkie. Julianie zakrecilo sie w glowie. – Zobaczymy – rzucil, wypusciwszy ja z objec. – Wroce pozniej i mam nadzieje, ze wowczas porozmawiamy jak nalezy. Milego dnia, lady Juliano. Wyszedl zamaszystym krokiem. Uswiadomila sobie, ze wpatruje sie niewidzacym wzrokiem w palme w donicy, w glowie jej sie kreci, a cialo wciaz drzy. Po chwili wziela gleboki, uspokajajacy oddech i pomaszerowala do oranzerii. Kiedy tam weszla, lady Beatrix otaksowala ja bacznym spojrzeniem. – Jestes uroczo potargana, moje dziecko. Czy to ma cos wspolnego z panem Davencourtem? Czarujacy, nieprawdaz? – Jest nie do zniesienia – wysyczala Juliana przez zacisniete zeby. – Arogancki, wladczy. Nie cierpie go! Lady Beatrix rozpromienila sie w usmiechu. – To dobry znak. Jego ojciec byl taki sam. I bardzo krzepki. Najwiekszy ogier w Londynie. Juliana, ktora wlasnie popijala herbate, chcac uspokoic roztrzesione nerwy, omal sie nie zakrztusila. – Ciociu Beatrix! Skad ty mozesz o tym wiedziec? – To oczywiste – powiedziala ciotka. – Dziewiecioro dzieci, a byloby jeszcze wiecej, gdyby ta glupia ges Honoria pod koniec nie zamknela przed nim drzwi do sypialni. Juliana przysiadla z wrazenia. – Skad czerpiesz swoje informacje, ciociu Beatrix? – spytala. – Jestes zupelnie jak ojciec. On tez wydaje sie wiedziec o wszystkim. Beatrix rozpromienila sie. – Umiejetnie gromadze fakty, moja droga, jesli wiesz, co mam na mysli. No wiec, dokad wybierzemy sie po lunchu? Bardzo chcialabym zobaczyc gabinet figur woskowych pani Salmon na Fleet Street. Mowiono mi, ze sa zupelnie jak zywe. – Obawiam sie, ze bedziesz musiala poprosic kogos innego, jesli chcesz sie tam wybrac – ostrzegla Juliana. – W towarzystwie jest pelno woskowych lalek, nie trzeba szukac gdzie indziej. Beatrix nie wygladala na obrazona. – W takim razie pojdziemy do Akademii Krolewskiej – oznajmila. – Bedziesz mi towarzyszyc, Juliano. Najwyzszy czas, zebys nabrala polom. – Na to jest juz o wiele za pozno. Moj gust zostal uksztaltowany dobre dwanascie lat temu. – Nigdy nie jest za pozno – poprawila ciotka. – A dzisiaj w Coburgu wystawiaja „Romea i Julie”. Spodoba ci sie. Juliana usmiechnela sie. – Uparlas sie, zeby tak czy inaczej doprowadzic mnie do lez, prawda, ciociu Trix? Przypomniala sobie, jak Martin mowil, ze przyjdzie, totez zgodzila sie na te wyprawe z niejaka ulga, traktujac ja jako ucieczke. Gra, ktora rozpoczela tak nierozwaznie z Martinem, stala sie rzeczywistoscia. Teraz on ja scigal, a na te mysl robilo jej sie slabo ze zdenerwowania. Co gorsza, zakochala sie, czego przysiegla nigdy wiecej nie robic. Nie miala pojecia, co poczac. Byla jedenasta trzydziesci i uplynelo zaledwie dziesiec minut od ich powrotu z teatru, kiedy rozlegl sie dzwonek u drzwi. Raz, uporczywie, potem znow, prawie natychmiast. Juliana i Beatrix, ktore popijaly razem goraca czekolade przed udaniem sie na spoczynek, wymienily spojrzenia. – Ktos bardzo chce sie z toba zobaczyc – zauwazyla Beatrix. – O co moze chodzic? W holu zapanowal zgielk. Slychac bylo wladczy meski glos i zagluszajacy go placz dziecka. Bardzo glodnego dziecka. Juliana i Beatrix nie zwlekajac, wybiegly do holu. W drzwiach wejsciowych stal Brandon Davencourt, obejmujac opiekunczo ramieniem mloda kobiete. Byla blada i wystraszona. W ramionach trzymala pakunek, ktory wydawal z siebie glosne wrzaski. Segsbury krazyl nieopodal, usilujac nie dac po sobie poznac, ze jest bliski paniki. Zarowno on, jak i Brandon odwrocili sie ku Julianie z identycznym wyrazem ulgi na twarzy. – Lady Juliano! – zawolal Brandon. – Dzieki Bogu, ze jest pani w domu. Potrzebuje pani pomocy! ROZDZIAL DZIESIATY _– _ Twoja zona! – zawolala Juliana. – Och, Brandonie! Emily Davencourt i jej synka ulokowano w drugim pokoju goscinnym Juliany. Beatrix udala sie na spoczynek, a Juliana zaprosila Brandona na dol, na szklaneczke brandy i zalegle wyjasnienia. Brandon przeczesal dlonia jasne wlosy. – Tak, moja zona. Wiem, ze namieszalem. – Delikatnie powiedziane. – Tak, ale teraz widzi pani, jakie to wszystko bylo skomplikowane. Nie moglem powiedziec Martinowi, ze sie ozenilem, skoro boczyl sie na mnie, ze rzucilem Cambridge. A im dluzej z tym zwlekalem, tym bylo mi trudniej. W koncu tylko dlatego, ze nie moglem zostawic Emily i Henry'ego w tamtej norze ani dnia dluzej, nie pozostalo mi nic innego, jak prosic pania o pomoc. Juliana westchnela. – Mysle, ze nie doceniasz swego brata. Jestem pewna, ze by ci pomogl, bez wzgledu na to, co zrobiles. – Nalala gosciowi szklaneczke brandy. Wzial ja z podziekowaniem i usiadl na sofie. Rzadko widywala mezczyzn w stanie takiego przygnebienia. Zmarszczki wokol oczu sprawialy, ze wygladal na znacznie wiecej niz dwadziescia dwa lata, ramiona mial przygarbione, a cala jego postawa swiadczyla o znuzeniu i przygnebieniu. Usiadla przy nim. – Wez sie w garsc – powiedziala pogodnie. – Przynajmniej wzieliscie slub, a Emily i Henry czuja sie dobrze. Brandon uniosl glowe. – Nawet pani nie spytala – odezwal sie z zaskoczeniem w glosie. – Kiedy przyprowadzilem tu Em, natychmiast polecila pani, zeby przygotowano dla niej pokoj goscinny… i nie zadala pani ani jednego pytania. – Czemu mialabym to robic? Ladnie by wygladalo, gdybym, widzac twoja Emily wyczerpana i glodna, zazadala, zebyscie pokazali mi swiadectwo slubu, zanim wpuszcze was w moje progi. Przyprowadziles ja do mnie i tylko to sie liczy. Brandon krotko, konwulsyjnie uscisnal jej dlon. Juliana z zaskoczeniem skonstatowala, ze ma scisniete gardlo. – Moze opowiesz mi cala historie od poczatku do konca? – powiedziala pospiesznie, w obawie, ze zaraz wybuchnie placzem, po raz trzeci w tym miesiacu. – Chyba wszystko zaczelo sie w ubieglym roku, kiedy pewnego wieczoru wyszedlem sie przejsc z paroma kolegami z Cambridge. Troche sobie popilismy, tak mi sie wydaje – poslal jej ujmujacy usmiech – i kiedy wracalismy chwiejnym krokiem do siebie, po drodze spotkalismy pewna dziewczyne. Mloda dame. Szla spiesznie sama jedna w ciemnosciach, a niektorzy z moich kolegow… – Wzruszyl ramionami. – Coz, poczynili pewne falszywe zalozenia, tak sadze. – Podczas gdy ty natychmiast zorientowales sie, ze to dama, naturalnie. Brandon blysnal zebami w usmiechu. – Naturalnie! Przekonalem pozostalych, zeby zostawili ja w spokoju, a sam postanowilem odprowadzic ja do domu. To byla Emily. Wyjasnila mi, ze byla na jakims zebraniu w miescie i niemadrze postanowila wracac do domu sama, w dodatku pieszo, bo jeden z mezczyzn zaczal sie jej narzucac. Juliana zmarszczyla czolo. – Ryzykowny pomysl. Dlaczego byla sama, bez przyjaciol? Brandon westchnal. – Emily mieszka… mieszkala z ojcem i macocha. Jej ojciec jest porzadnym czlowiekiem, tak sadze. – Juliana zauwazyla, ze z trudem zachowuje obiektywizm. – Bardzo prostolinijny i zdecydowany postepowac zgodnie z tym, co uwaza za sluszne. Prowadzi sklep. Macocha to schorowana kobieta, ktora od samego poczatku nie interesowala sie pasierbica. – Biedna Emily. Co wiec sie stalo, kiedy zaczales sie do niej zalecac, Brandonie? – Trzeba przyznac Plunkettowi – to ojciec Em – ze nie jest karierowiczem. Solidna klasa srednia. Kiedy zainteresowalem sie jego corka, wpadl w przerazenie. Probowal mnie zniechecic najgrzeczniej, jak potrafil, a Em zakazal widywania sie ze mna. Byl przekonany, ze mam nieuczciwe zamiary. – A bylo tak? – Nie, nigdy! – zaprotestowal z oburzeniem. – Od poczatku zamierzalem poslubic Emily. Tyle ze Plunkett nie chcial nawet o tym slyszec. Zywi gleboko zakorzeniona nieufnosc do arystokracji, no i planowal wydac Emily za ktoregos ze znajomych kupcow. Choc nie mam tytulu, przypial mi etykietke mlodego utracjusza. A wiec musielismy uciec. Em ma dopiero dziewietnascie lat, widzi pani. – O, Boze. Chyba nie pojechaliscie do Gretna Green, Brandonie? – Nie. Pewien pastor w parafii w poblizu Cambridge zgodzil sie udzielic nam slubu bez zbednych pytan. Za pieniadze, naturalnie. – Naturalnie. – Juliana zastanawiala sie, czy malzenstwo jest legalne, skoro Emily byla niepelnoletnia i nie miala pozwolenia rodzicow. Prawdopodobnie nie. – Emily mogla sie wymknac z domu bez wzbudzania podejrzen, udajac, ze chce na jeden dzien wybrac sie do przyjaciolki. Potem… wrocila wieczorem do domu jak gdyby nigdy nic. – Brandon skrzywil sie i pociagnal solidny lyk alkoholu. – Wiedzialem, ze to niemadre, ale nie mielismy pojecia, co innego moglibysmy zrobic. Nie moglem sobie pozwolic na wynajecie mieszkania dla nas obojga, a poza tym mialo tak byc tylko na poczatku. Jednak im dluzej to trwalo, tym trudniej bylo powiedziec prawde. – Zapewne widywaliscie sie ze soba przy kazdej okazji? Brandon rzucil jej spojrzenie pelne zawstydzenia. – Spotykalismy sie, kiedy tylko sie dalo. Czasami Emily przychodzila nawet do mego mieszkania. Widzac wzrok Juliany, rozlozyl rece. – Wiem, ze zasluguje na kazda nagane, ktorej zechce mi pani udzielic. – Uspokoj sie – powiedziala Juliana oschle. – Jestem pewna, ze wiele razy gromiles sam siebie. – Oczywiscie, ze tak! Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, wiem. – Brandon ukryl twarz w dloniach. – W koncu Emily zaszla w ciaze, jak to bywa w malzenstwie. – Tak. Oczywiscie Plunkett wyrzucil ja z domu. Nie interesowaly go jej wyjasnienia ani swiadectwo slubu, krotko mowiac nic, co zmniejszyloby jej grzech w jego oczach. Powiedzial, ze nie chce jej wiecej widziec. Wtedy zwrocila sie do mnie, a ja… coz, co moglem zrobic? Bylem zmuszony wynajac dla nas mieszkanie i zyc ponad stan, a potem przyszlo na swiat dziecko i Emily zachorowala i wtedy postanowilem opuscic Cambridge i namowic Martina, zeby kupil mi patent oficerski. – Chciales wstapic do armii? – Nie bardzo, ale dzieki temu zdolalbym utrzymac Emily i Henry'ego, no i mogliby byc przy mnie. – Pokiwal glowa. – Wiem, zylem marzeniami. Martin byl wsciekly, ze rzucilem studia i popadlem w dlugi, i odmowil kupna patentu, twierdzac, ze nie nadaje sie do armii. – Dlaczego nie powiedziales mu prawdy? – Wiedzialem, ze w koncu wszystko wyjdzie na jaw. Pewnie nie chcialem rozczarowac Martina, a zdawalem sobie sprawe, ze bedzie bardzo rozczarowany, kiedy dowie sie prawdy. – Dlaczego? Przeciez chyba nie wstydzisz sie Emily? Brandon gwaltownie uniosl glowe. – Oczywiscie, ze nie! Ale bardzo zaluje, ze postapilem w taki sposob. Rozleglo sie glosne stukanie do frontowych drzwi. W tym samym momencie dom napelnil sie gniewnym zawodzeniem dziecka, glodnego dziecka, ktore postanowilo wszystkich o tym powiadomic. Drzwi otworzyly sie gwaltownie. Do pokoju wszedl chwiejnym krokiem Segsbury bardziej wzburzony niz przez te wszystkie lata sluzby u Juliany. – Przyszedl pan Martin Davencourt, prosze pani. Czy mam go wprowadzic? Juliana wyminela go i weszla do holu. Strop zdawal sie wibrowac od krzykow Henry'ego. Nieopodal drzwi wejsciowych stal Martin zaskoczony i poirytowany. Odwrocil sie gwaltownie na odglos krokow. – Lady Juliano, przepraszam, ze niepokoje pania o tej porze, ale pomyslalem, ze moze pani wie, gdzie moglbym znalezc Brandona. Nie ma go w klubie, a czlowiek o nazwisku Plunkett pojawil sie u mnie w domu, wysuwajac zadziwiajace zadania. Henry znow zakrzyczal gniewnie. Martin zmarszczyl czolo. – Co, u diabla…? – Przybyl pan w sama pore, panie Davencourt. Brandonie, moze zaprowadzisz brata do salonu i wszystko mu wyjasnisz? Karafka z brandy stoi na kredensie, na wypadek, gdybyscie jej potrzebowali – powiedziala Juliana i z pogodnym usmiechem popchnela braci Davencourtow do pokoju, po czym bardzo starannie zamknela za nimi drzwi. Brandon przyszedl nastepnego ranka i spedzil dzien przy Portman Square w towarzystwie zony i syna. Zamierzal przeprowadzic ich na Laverstock Gardens, ale Emily troche sie przeziebila i wszyscy uznali, ze powinna zostac u Juliany, dopoki nie dojdzie do siebie. Juliana nie miala nic przeciwko temu; Emily robila wrazenie milego dziewczecia, po uszy zakochanego w Brandonie, a maly Henry byl zachwycajacym dzieckiem o wilczym apetycie. Od czasu do czasu ona i Beatrix zbywaly najrozniejszych odwiedzajacych, ktorzy wpadali pod najbardziej blahymi pretekstami, uslyszawszy plotke o Brandonie i Emily. Jednym z pierwszych gosci byla Serena Alcott, ktora wyrazila swoja dezaprobate dla zachowania Brandona, po czym zostala zbesztana przez Beatrix. Brandon przyniosl tez wiadomosc od Martina. Kiedy Juliana znalazla chwile dla siebie, rozlozyla list i przebiegla wzrokiem tekst. Sadzac po gryzmolach, musial pisac w wyjatkowym pospiechu. Pomyslala ze jesli czekalo go uporzadkowanie sprawy malzenstwa Brandona, udobruchanie zagniewanego tescia i wszystkie inne zwykle obowiazki, nie bylo w tym nic dziwnego. List sformulowano formalnym jezykiem; Martin dziekowal jej za zyczliwosc dla Emily i Brandona i wyrazal nadzieje, ze dodatkowi lokatorzy nie sprawia zbyt wielkiego klopotu. Juliana usmiechnela sie cierpko, bo wrzaski Henry'ego domagajacego sie jedzenia wlasnie dolaczyly do uniesionego glosu Beatrix Tallant, ktora pozbywala sie kolejnego nieproszonego goscia. Na dole listu byl dopisek. Martin zawiadamial, ze wpadnie wieczorem, najwczesniej jak bedzie mogl, i wyrazal nadzieje, ze wreszcie uda im sie porozmawiac. Serce Juliany, ktore dawno temu uznala za odporne na milosc, a ktore sprawilo jej taki zawod, mocniej zabilo z radosci. Kiedy nadszedl wieczor, przemierzala dywan tam i z powrotem, niezdolna sie skupic. Brandon dawno temu udal sie do domu, a Beatrix dotrzymywala towarzystwa Emily, ktorej nieco wzrosla goraczka. Noc byla wilgotna, totez Juliana otworzyla wysokie okna wychodzace na taras, ale nawet najlzejszy podmuch wiatru nie poruszal zaslonami. W koncu wyszla na zewnatrz i zaczela krazyc po tarasie, a jak juz sie tam znalazla, wpadla na pomysl pojscia do lodowni i przyniesienia troche lodu na zimny kompres dla Emily. Nie zwlekajac, wziela swiece z kredensu i ruszyla w ciemnosc. Lodownia miescila sie w koncu ogrodu, w kopcu ziemnym, pod drzewami, ktore podczas upalnych letnich dni dodatkowo chronily ja przed sloncem. Markiz kazal ja zbudowac przed pietnastu laty. Juliana zawsze uwazala, ze posiadanie wlasnej lodowni to przesada, skoro w St. James Park miescila sie doskonala lodownia do publicznego uzytku. Niemniej dobrze, ze byla pod reka. Postawila swiece, otworzyla drzwi i podparla je nieduzym kamieniem. Wziela wiaderko na lod stojace tuz przy drzwiach i ruszyla korytarzykiem, a nastepnie po schodach w dol do piwniczki. Wlasnie grzebala w warstwach slomy, napawajac sie panujacym tu chlodem, kontrastujacym z parna noca, kiedy pod wplywem przeciagu swieca zamigotala i rozlegl sie charakterystyczny odglos zatrzaskujacych sie drzwi. Martin odsiedzial dziesiec minut w salonie, zanim odwazyl sie wyjsc na taras w poszukiwaniu Juliany. Uswiadomil sobie, ze wprost nie moze sie doczekac spotkania z nia nie tylko po to, by porozmawiac o sytuacji brata. Kiedy opieral sie o balustrade, zobaczyl swiatelko migoczace w koncu ogrodu i ruszyl w tamta strone, chcac sprawdzic, co to takiego. Ogrod, pachnacy i chlodny w blasku ksiezyca, wydal mu sie zachwycajacy, a chlod wiejacy od lodowni nawet bardziej. Ruszyl korytarzykiem do schodkow. U ich podnoza ujrzal zwrocona ku sobie twarz Juliany. Wlosy miala lekko potargane, a w lokach zaplatala sie nic pajecza. Miala na sobie zwyczajna codzienna suknie w kolorze rudawego brazu i kremowy szal na ramionach i ten prosty stroj sprawil, ze wygladala bardzo mlodo. – Co pani tu robi? – spytal. Juliana sprawiala wrazenie poirytowanej. – Ja pana tez witam, panie Davencourt! Jak to, co ja tu robie? To moja lodownia. – Tak, ale po co pani lod w srodku nocy? Juliana westchnela glosno. – To na goraczke Emily. Pomyslalam, ze przydalby sie jej chlodny kompres. – Uniosla spodnice i ruszyla po kamieniach do podnoza schodkow. – A co pan tu robi, panie Davencourt? – Przyszedlem tu w poszukiwaniu pani, oczywiscie. Czekalem czas jakis, ale skoro sie pani nie pojawila, wyszedlem na taras. Wowczas zobaczylem pani swiatlo. – I przyszedl tu pan, i zamknal drzwi. Nie bylo to zbyt madre z pana strony. Zamknal nas pan w srodku. Martin zmarszczyl czolo. – Nie zamknalem drzwi. – Nie, zamknely sie same, bo wchodzac odsunal pan kamien. Slyszalam trzask zapadki. Kamien byl po to, by nie dopuscic do zatrzasniecia drzwi. Martin westchnal z irytacja. – Skad mialem o tym wiedziec? To jasne, ze drzwi, ktorych nie mozna otworzyc od wewnatrz, zostaly zle zaprojektowane. Juliana przeszyla go ironicznym wzrokiem. – Tak, powinnam byla sie domyslic, ze zainteresuje pana techniczny aspekt tej sytuacji. – Odstawila swieczke na niewielka polke przy schodach. – Ja w kazdym razie nie mam najmniejszej ochoty tkwic z panem w pulapce. Mam powazne watpliwosci, czy ta piwniczka jest wystarczajaco duza dla nas dwojga, by zapobiec rekoczynom. Martin rozejrzal sie wokol. Lodownia byla bardzo mala. Gleboka najwyzej na dziesiec stop, solidnie zbudowana z cegiel, ze sklepionym stropem. Juz zaczynalo mu sie robic zimno. – Rzeczywiscie dosc tu kameralnie – zauwazyl. – Coz, zapewniam, ze nie sciagnelam tu pana rozmyslnie – odparla Juliana z rozdraznieniem – na wypadek gdyby pan sobie pochlebial. Martin rzucil jej leniwy usmiech. To ze jest z nia uwieziony, szczerze go ucieszylo. – Prawde mowiac, mysle, ze mogloby to byc calkiem uzyteczne. Gwaltownie uniosla glowe. – Uzyteczne? A to jakim sposobem? – Musze z pania porozmawiac, a w tej sytuacji przynajmniej znow mi pani nie ucieknie. Choc zapewne wkrotce sluzacy domysla sie, gdzie pani jest. – Spojrzal na nia. – Ktos przeciez musi wiedziec, dokad pani poszla. Juliana westchnela z irytacja. – Niestety, nikt nie wie. Ciotka Beatrix jest na gorze z Emily, a ja nie powiedzialam nikomu, ze sie tu wybieram. Sluzba najprawdopodobniej zalozy, ze wyszlam gdzies z panem. Wbiegla po schodach i po chwili uslyszal jej szybkie, niecierpliwe kroki w korytarzyku prowadzacym do wyjscia. Stukala w drzwi i wolala. Martin zalozyl ramiona na piersi i, usmiechajac sie do siebie, czekal na jej powrot. Wiedzial, skad sie brala nuta niepokoju w jej glosie. Bala sie tego, co mogl jej powiedziec, a moze nawet bardziej tego, ze zdradzi sie ze swymi uczuciami do niego. Wiedzial, ze nie jest jej obojetny – przyznala to juz dawniej – ale to nieodparte pozadanie bylo nowe dla nich obojga. Musial bardzo uwazac. Przeciez nie chcial jej przestraszyc. Wracala. Kiedy spojrzala na niego pod swiatlo spod przymknietych powiek, swieca w jej dloni zadrzala. – W Londynie noca ludzie tak halasuja, ze nikt nie zwraca na nic uwagi. Pewnie nie ma pan wytrycha? Martin rozesmial sie. – Obawiam sie, ze nie. Nie jest to cos, co zwykle nosze ze soba. Juliana westchnela. – Niewazne. Jesli nikomu nie wpadnie do glowy zajrzec tu wczesniej, na pewno ktos przyjdzie rano. Zawsze biora lod o swicie. Glos miala rzeczowy, ale Martinowi wydalo sie, ze wyczuwa w nim lekkie drzenie. Probowal ja uspokoic. – Jesli usiadziemy tuz przy drzwiach, moze ktos zauwazy swiatlo, przyjdzie i nas wypusci. Nie powinnismy tez zbytnio zmarznac, bo noc jest parna. Po chwili Juliana kiwnela potakujaco glowa. Ruszyla przed nim korytarzem, ze swieca w dloni. Zamkneli wewnetrzne drzwi i ulokowali sie na kamiennym stopniu tuz przy wejsciu do lodowni. Slyszeli podmuchy wiatru poruszajacego wierzcholkami drzew, a nawet widzieli swiatla domu po drugiej stronie trawnika, ale nie mogli sie wydostac. Od wolnosci odgradzaly ich drzwi z solidna metalowa zapadka. Juliana przesunela sie na kamiennym siedzisku i postawila swiece na progu przed nimi. Lekko przygarbila ramiona. Po chwili Martin przykucnal obok niej. – Powiedziala pani, ze jestem ostatnia osoba, z ktora pragnelaby pani znalezc sie w potrzasku – podjal. – Kogo chcialaby pani widziec na moim miejscu? – Och! – Juliana uniosla glowe i usmiechnela sie blado. – Poza slusarzem, chce pan powiedziec? Moze ksiecia Wellingtona. Przynajmniej moglibysmy spedzic ten czas na interesujacej rozmowie. – Moze pani rozmawiac ze mna. Potrafie byc interesujacy, jesli sie przyloze. Spojrzala na niego przelotnie. – W takim razie niech pan lepiej siada. Stopien byl maly, totez stykali sie cialami. Martin udem otarl sie o Juliane, a kiedy sie poruszyl, rekawem musnal jej piersi. Juliana udala, ze niczego nie zauwazyla. – O czym chcialaby pani porozmawiac? – Proponuje zrezygnowac z klopotliwych tematow. To wyklucza wiekszosc. – Juliana zawiesila glos. – Mam! Panska praca. Martin spojrzal na nia z rozbawieniem. – Nie wydaje mi sie, ze mogloby to pania zainteresowac. – Prosze sprobowac – naciskala Juliana. – Doskonale. Teraz zabiegam o poparcie, zeby zostac wybranym do parlamentu na nastepnej sesji. Henry Grey Bennet przyjal moja pomoc w pracach nad ustawa zakazujaca zatrudniania kilkuletnich chlopcow jako kominiarczykow. To barbarzynskie i nieetyczne. – A na dodatek niepotrzebne. Slyszalam, ze sa urzadzenia, ktore czyszcza kominy rownie sprawnie. – Juliana wzdrygnela sie. – Nie moge zniesc takiego okrucienstwa. Martin wygladal na zaskoczonego. – Czytala pani o tych sprawach? – Naturalnie, ze nie! Ale mam oczy i patrze. Kiedys wyrzucilam kominiarza ze swego domu, bo bezmyslnie znecal sie nad pomocnikami, a potem dalam im troche pieniedzy, zeby nie odczuli skutkow utraty pracy. – Juliana zamilkla. – Dlaczego pan tak na mnie patrzy, panie Davencourt? To nie byl zaden filantropijny gest. Martin nagle uswiadomil sobie, ile dobrych uczynkow spelnila Juliana, jednoczesnie udajac obojetnosc. – Zapewne pani brat rozmawia o takich sprawach – podsunal ostroznie. – Tak. Joss ostatnimi czasy zmienia sie w polityczne zwierze – potwierdzila. – Ashwickowie zawsze interesowali sie reformami spolecznymi. Podejrzewam, ze w glebi serca wszyscy jestesmy radykalami. Martin usmiechnal sie. – Wlasnie o tym rozmawialem z pani bratem i z Adamem Ashwickiem tamtego wieczoru w Crowns. Potrzebujemy calego poparcia, ktore uda sie zdobyc w Izbie lordow. – Ale Joss nie zasiada w Izbie Lordow. – Nie, ale ma tam wplywy. Ashwick tez. Stad bardzo zalezalo mi na ich poparciu. Ta ustawa ma poteznych wrogow, ktorzy z latwoscia moga obalic projekt. Jeden z nich to Lauderdale. – Och, earl Lauderdale nalezy do tych, pozal sie Boze, zartownisiow, ktorych tak bawia ich wlasne dowcipy, ze nie sa w stanie dostrzec, iz inni ich nie znosza. Moim zdaniem jego samego nalezaloby sila wepchnac do komina. – Ciekawa mysl – zauwazyl Martin, obserwujac gre swiatla na ozywionej twarzy Juliany. – Interesuje sie pani polityka? – Nieszczegolnie, ale ta sprawa jest bez watpienia interesujaca, bo wszyscy ja popieracie. – Juliana zerknela na niego kpiaco. – Jest pan zaskoczony, prawda? Zdaje sobie sprawe, ze uwaza mnie pan za plytka. – Nie, nigdy w zyciu. – Martin mowil szybko, szczerze. – Darze pani inteligencje najwyzszym szacunkiem, lady Juliano. Myslalem tylko, ze takie sprawy pani nie zajmuja. Wygiela wargi w lekkim usmiechu. – Szczerze mowiac, ciesze sie, ze pana zaskoczylam. – Ich spojrzenia sie spotkaly. – Teraz moze mi pan opowiedziec o swoich doswiadczeniach w swiecie dyplomacji, panie Davencourt – dodala lekkim tonem. Martin ukryl rozczarowanie. Wiedzial, ze ona probuje trzymac go na dystans, sprawic, zeby mowil dalej. Zrobilaby niemal wszystko, by odwiesc go od intymnych gestow. Ale czekala ich dluga noc. Doprowadzi ja do celu powoli. Jedno bylo pewne. Tym razem mu nie ucieknie. Martin mowil i caly czas przygladal sie Julianie – odbiciu plomienia swiecy w jej oczach, usmiechowi i cieniom, ktore pojawialy sie i znikaly z pelnej wyrazu twarzy. Kiedy opowiedzial jej o podrozach po Europie, spytala o Davencourt. W ten sposob uplynelo kolejne pietnascie minut. Gdy sam sprobowal ja o cos zapytac, na powrot skierowala konwersacje na jego temat. Martin usmiechal sie do siebie i czekal. Wreszcie rozmowa zaczela tracic tempo i Juliana zauwazyla: – Powinnam byla spytac o pana Plunketta. Czy ojciec Emily pogodzil sie juz z tym malzenstwem? – Udalo mi sie go ulagodzic – odparl Martin z krzywym usmiechem. – Plunkett to prawy obywatel przerazony perspektywa skandalu, obawiajacy sie wszystkiego, co wykracza poza jego niewielki swiatek. Jest pelen dezaprobaty dla Brandona i Emily, a nie mozna powiedziec, ze sposob, w jaki postapili, przyczynil sie do poprawy ich sytuacji w tej mierze. Jednak… – Martin westchnal. – Jednak, kiedy przekonal sie, jakim filarem spoleczenstwa jest starszy brat Brandona, z pewnoscia doszedl do wniosku, ze Brandon nie moze byc calkiem zly? – spytala Juliana chytrze. Martin rozesmial sie. – Moze tak, moze nie. Plunkett nie ufa politykom. Uwaza, ze my wszyscy dbamy wylacznie o wlasne interesy. – To skandal! Skad przyszedl mu do glowy taki pomysl? Martin rzucil jej rozbawione spojrzenie. – Jest pani cyniczna jak zawsze, lady Juliano. Wierze jednak, ze ucieszy sie pani, kiedy powiem, ze pogodzil sie z tym malzenstwem i jest nawet gotow, aczkolwiek poniewczasie, dac swoja zgode. – A wiec nie bedzie niewygodnych pytan o nielegalnosc? – Mam nadzieje, ze nie. Poczul, ze siedzaca obok Juliana odprezyla sie. – Och, dzieki Bogu! Choc jestem przekonana, ze Brandon poslubilby Emily ponownie chocby jutro, gdyby okazalo sie to niezbedne – tym razem za zgoda jej ojca – bardzo sie ciesze, ze nie dotknie jej oszczerstwo, co na pewno mialoby miejsce, gdy by malzenstwo okazalo sie nielegalne. Martin przygladal sie jej twarzy. – Zawsze bardzo zywo reaguje pani na takie sprawy. – Coz, naturalnie. Emily to takie slodkie stworzenie i nazwanie jej upadla kobieta byloby absurdalne. A jednak tak by sie stalo, gdyby plotkarze podchwycili te historie. Ucieczka, niewazny slub, nieslubne dziecko. Mieliby ucieche, gdyby cala sprawa wyszla na jaw, a Emily bylaby ta, ktorej reputacja na tym by ucierpiala. Zawsze cierpi kobieta! – Kiedys juz o tym mowilismy. Wiem, ze ma pani bardzo zdecydowane poglady w takich sprawach, i doskonale rozumiem, o co pani chodzi. Juliana odwrocila twarz. – A wiec da pan Brandonowi farme w Davencourt? On chcialby tam osiasc i hodowac konie, wie pan. Jestem przekonana, ze doskonale mu sie powiedzie. – Jak widze, powiedzial pani o wszystkim. – Wyjatkowe przywiazanie jego rodzenstwa dla Juliany juz Martina nie martwilo. – Tak, farma stanie sie wlasnoscia Brandona. Lepiej niech sie postara wyhodowac zwyciezce Derby w ciagu pieciu lat, zeby moja inwestycja mi sie zwrocila. – Spowaznial. – Zaproponowalem, zeby Brandon i Emily przeniesli sie do Davencourt, jak tylko Emily wyzdrowieje, a tymczasem jestem pani niewypowiedzianie wdzieczny, ze ofiarowala im pani goscine u siebie. – Teraz, kiedy mieszka tu ciotka Beatrix, to zaden problem. – Pewnie nie. – Martin spojrzal na jej pochylona glowe. – Tak naprawde chodzi jednak o to, ze byla pani tak mila, iz zgodzila sie ich przyjac, lady Juliano. Jestem pani niezwykle zobowiazany. – Przeciez nie moglam ich wyrzucic na ulice. – Niektorzy by tak postapili, jestem pewien. Prosze wiec przyjac moje podziekowania. – Zamiast panskiej krytyki? – Juliana usmiechnela sie do niego i poczul, ze serce mu sie scisnelo. – To spora zmiana, tak mi sie wydaje. A to przypomina mi… jak sie maja Kitty i Clara? – Doskonale. Wyglada na to, ze pan Ashwick stanie sie czestym gosciem przy Laverstock Gardens. Byl juz z wizyta dwa razy, przyslal kwiaty i zabral Kitty na przejazdzke. Juliana uniosla glowe. – Ciesze sie. Pomyslalam, ze Kitty i Edward beda do siebie doskonale pasowac. – Naprawde? – Martin wygladal na skrepowanego. – Nie ma pani nic przeciwko temu? Pan Ashwick od dawna nalezal do grona pani wielbicieli. Juliana rozesmiala sie. – Och, Edward jest jednym z moich najlepszych przyjaciol. Bylabym zachwycona, gdyby on i Kitty sie pobrali. Ona jest bardzo niesmiala, a Edward to najmilszy czlowiek, jakiego znam, i jestem pewna, ze bedzie dla niej dobry. – A poniewaz mieszka na wsi, Kitty nie bedzie zmuszona przebywac za duzo w miescie, czego najwyrazniej nie znosi. Juliana usmiechnela sie. – Powiedziala panu o tym? – Tak, w koncu. – Martin rozesmial sie. – Opisala caly plan, ktory mial doprowadzic do jej zeslania do Davencourt. – O, Boze. Z pewnoscia nie bylo panu do smiechu. – Nie bardzo. Jednakze zaniepokoilo mnie co innego, a mianowicie to, ze taki pomysl w ogole przyszedl jej do glowy. – Martin przeczesal wlosy palcami. – Sadze, ze nigdy nie pojme, w jaki sposob pracuja umysly mego rodzenstwa. Wydawalo mi sie, ze nie rozumiem tylko dziewczat, ale po fiasku z Brandonem pogodzilem sie z faktem, ze zadne z nich nie ma ochoty mi sie zwierzac. Juliana przysunela sie nieco. Martin poczul jej miekkie cialo tuz przy swoim i troche zmienil pozycje. Powoli schodzili na osobiste tematy. Na niebezpieczny grunt. – Jestem przekonana, ze po tym, co sie stalo, zaczna panu ufac. – Juliana mowila, jakby probowala go pocieszyc. Martin byl wzruszony. – Nie znali pana za dobrze, a teraz, skoro sie przekonali, ze nie jest pan potworem… – Potworem! – powtorzyl Martin. Zlagodzil ton. – Na pewno zachowam sie jak potwor wobec Clary, jesli nadal bedzie robila slodkie oczy do Fleeta. – Nie wyjdzie za niego. – Juliana mowila cicho, z przekonaniem. – Rozmawialam z nia na wieczorze muzycznym. – Widzialem. Dziekuje pani, Juliano. – Prosze bardzo. Ale czy nie moglby pan obrocic tej sytuacji na swoja korzysc? Gdyby Fleet zostal panskim szwagrem, zyskalby pan ogromne wplywy. Martin rozesmial sie. – Kuszace, przyznaje, jednak nie zmienie zdania. – Tak wlasnie myslalam. Jest pan zbyt pryncypialny. – Za malo pryncypialny dla pani Alcott, jak sie zdaje. Juliana gwaltownie uniosla glowe. – Co pan chce przez to powiedziec? – Tylko tyle, ze ona nie jest w stanie tolerowac krewnych, ktorzy trudnia sie handlem, i zdazyla mi juz o tym powiedziec wprost. Kiedy podkreslilem, ze nikt jej nie prosi, by zmieniala swoje zasady, wchodzac w taka rodzine, uciekla jak niepyszna. Juliana zdusila chichot. – Jakie to niestosowne z panskiej strony, Martinie. – Wiem. – Martin byl pelen samozadowolenia. – Serena zyje pod kloszem. – Juliana lekko rozlozyla rece. – Trzeba wziac na to poprawke. – Moge brac poprawke na wiele spraw – powiedzial Martin, a w jego glosie pojawily sie stalowe tony – ale nie na snobizm. Juliana spojrzala na niego. – Zawsze wiedzialam, ze Serena jest… swiadoma swojej pozycji bratanicy markiza. – Swiadoma swojej pozycji! Delikatnie powiedziane, zapewniam pania. Zachowywala sie jak oburzona arcyksiezna. – O Boze. Ciotka Beatrix potrafi namieszac, bez dwoch zdan. Podejrzewam, ze to ona namowila do tego Serene dzisiejszego ranka. Serena byla tu przed wizyta u pana. – W takim razie jestem zobowiazany lady Beatrix. Ulatwila mi sytuacje. Nigdy nie zamierzalem dopuscic, by sprawy zaszly tak daleko, i ogarnelo mnie przerazenie, kiedy sobie uswiadomilem, ze wszyscy zaczynaja mnie uwazac za jej narzeczonego. – Musi pan byc ostrozniejszy – zauwazyla Juliana. – Tak czy inaczej chyba powinnam panu wspolczuc. Teraz bedzie pan musial zaczac poszukiwania zony od poczatku. – Na to wyglada. Tym razem sprobuje jednak nie zrobic z siebie durnia. – Martin przerwal na chwile. – Moze zreszta nie bede musial daleko szukac. W lodowni zapanowala napieta cisza. Juliana bawila sie faldami spodnicy i nie patrzyla na Martina, a on irytowal sie, ze siedzac tuz obok niej na stopniu, nie moze widziec wyraznie jej twarzy. Pochylil sie i w tym samym momencie Juliana odwrocila glowe i spojrzala wprost na niego. – Dlaczego tak mi sie pan przyglada? – spytala glosem, w ktorym nie bylo sladu wzburzenia. – Przepraszam. To pewnie dlatego, ze czesciej widuje pania w jedwabiach niz w codziennych sukniach. Juliana zmarszczyla brwi. – Jakie to niezwykle, ze pan to w ogole zauwazyl, panie Davencourt. Myslalam, ze rzadko zdaje sobie pan sprawe z tego, co dama ma na sobie. Widze, co pani miewa na sobie, zapewniam pania. Juliana odchrzaknela i odwrocila wzrok. Martin byl przekonany, ze obmysla, jak sprowadzic rozmowe na inny temat. – No, coz… chyba nie byloby stosowne, gdybym poszla po lod ubrana w balowa suknie, prawda? – Chyba nie. Swoja droga dlaczego nie poslala pani kamerdynera? – Bo jak tylko wpadlam na ten pomysl, natychmiast wzielam sie do realizacji. Wydawanie polecen sluzbie jest takie czasochlonne, nie uwaza pan? Zanim zadzwonilabym po Segsbury'ego, moglam byc z powrotem w domu z wiaderkiem lodu. – Spojrzala na niego ponuro. – I tak by wlasnie bylo, gdyby pan nie stanal mi na drodze. – Nie sadze, ze wracanie do tego tematu przyniesie nam jakiekolwiek korzysci – westchnal. Zawtorowala mu. – Pewnie nie. Dlugo tu jestesmy, jak pan mysli? – Wydaje mi sie, ze jakies poltorej godziny. Noc dopiero sie zaczela. Przez szpary w drzwiach do srodka wtargnal podmuch wiatru, od ktorego zadrzaly pajeczyny. Swieca zgasla. Martin uslyszal, jak Juliana gwaltownie zaczerpnela tchu. Teraz zupelnie inaczej postrzegal sytuacje, w ktorej sie znalezli. Przedtem udawalo mu sie okielznac mysli wskutek usilnego skupienia na rozmowie i na rozlicznych problemach Brandona, Kitty i Clary. Wyciagnal reke i poszukal dloni Juliany. Przywarla do niego. – Boi sie pani ciemnosci? – Staral sie mowic wyjatkowo lagodnie. – Nie. To niedokladnie tak. – Juliana mowila jakos inaczej. Stanowczosc, charakterystyczna wladczosc znikly z jej glosu. – To znaczy nie lubie ciemnosci, ale bardziej boje sie nietoperzy. Nie chce, by wygladalo, ze jestem tchorzem, ale przeraza mnie mysl, ze beda fruwac naokolo mojej glowy, a ja nie bede ich widziala. Martin rozesmial sie i uscisnal jej dlon. – Dla mnie brzmi to calkiem rozsadnie. Zaloze sie, ze nigdy w zyciu nie byla pani tchorzem, Juliano. – Nie, mysle, ze nie. Ojciec tego nie pochwalal, a poniewaz musialam liczyc glownie na siebie, byl to luksus, na ktory raczej nie moglam sobie pozwolic. Martinowi nigdy dotad nie przyszlo do glowy, ze Juliana mogla czuc sie samotna. Oczywiscie wiedzial, ze owdowiala na dlugo przedtem, zanim uciekla z Clive'em Massinghamem, ale sadzil – teraz uswiadomil sobie, ze byl o tym przekonany – iz przez caly ten czas nie brakowalo jej meskiego towarzystwa. Zalozyl, ze przez te lata, ktore uplynely od smierci Massinghama, miala niezliczonych kochankow. Jednak z jej slow wynikaloby, ze przez wiekszosc tego czasu byla zupelnie sama, jesli nie samotna. Albo ci mezczyzni pojawiali sie i znikali jak efemerydy albo… albo caly ten sznur kochankow w ogole nie istnial. Tylko czy mialo to dla niego jakies znaczenie? Nie byl juz tego taki pewny. Nie teraz, kiedy Juliana nalezala do niego. A tak bylo, niezaleznie od tego, co mowila i jak bardzo bronila sie przed przeznaczeniem. Martin wyczuwal slaby, slodki zapach lilii, ktory wydawal sie promieniowac ze skory i wlosow Juliany. Poruszyl sie gwaltownie. Przy tym ruchu jeszcze bardziej sie do niej zblizyl, bo stopien byl zbyt waski na skomplikowane manewry. Zamierzal sie odsunac, a tymczasem osiagnal wrecz odmienny skutek. Tuz przy ramieniu poczul dotyk jej miekkiej piersi. – Dobrze sie pan czuje, panie Davencourt? – Glos Juliany nie zdradzal niczego poza towarzyska uprzejmoscia. – Ja… tak, czuje sie bardzo dobrze, dziekuje. – Boi sie pan ciemnosci? – Nie. Z pewnoscia nie. – Nie musi sie pan wstydzic. Kazdy ma swoje slabosci. Martin wiedzial, na jaka slabosc cierpi w tej chwili. Siedziala tuz przy nim. – Moze jest panu zimno? – ciagnela Juliana, z niepokojem w glosie. – Lodownia, jak sama nazwa wskazuje, nie sluzy do zatrzymywania ciepla. Martin probowal sie skupic. Niestety, rozmowa o jego samopoczuciu nie pomagala mu, bo naprowadzala jego mysli na dosc uciazliwe dolegliwosci. Nie bylo mu zimno. Niektore partie jego ciala byly az za gorace. – Nie jest mi zimno, dziekuje, lady Juliano. A pani? Moge pani dac swoj surdut, jesli pani sobie zyczy. Ledwie to powiedzial, uswiadomil sobie, ze zdejmowanie ubrania nie pomoze mu w najmniejszym stopniu. Jak juz zacznie, nie bedzie w stanie przestac, a potem zabierze sie za suknie Juliany. – Teraz jest mi calkiem cieplo, a poza tym nie powinnam pana pozbawiac okrycia – zauwazyla Juliana rzeczowo. – Moj szal jest dosc gruby. – Rozesmiala sie. – Jacy uprzejmi dla siebie jestesmy dzisiejszego wieczoru, panie Davencourt! To tylko dowodzi, ze mozemy sobie z tym poradzic, jesli sprobujemy. – Mimo wszystko – zauwazyl Martin – powinnismy sie postarac nie dopuscic do utraty ciepla na wypadek, gdyby temperatura spadla. Czy gdybym otoczyl pania ramieniem, lady Juliano, mialaby pani cos przeciwko temu? Nastapila kolejna pauza. – Uwazam, ze to jest do przyjecia. – Juliana poruszyla sie lekko, zeby Martin mogl uwolnic reke uwieziona miedzy ich cialami i objac nia jej plecy. Po chwili przylgnela do niego i oparla mu glowe na ramieniu. – Tak jest bardzo wygodnie – powiedziala, ziewajac. – Dziekuje panu, panie Davencourt. Milczeli przez czas jakis, choc w milczeniu Martina nie bylo nic z bezczynnosci. Zdazyl zarejestrowac miekki nacisk jej ciala przy swoim, musniecie jej wlosow na policzku, irytujaco kuszacy zapach lilii, cieplo jej dloni, kiedy ufnie przesunela ja przez jego piers i oparla w pasie, jej usta w odleglosci zaledwie paru cali od jego ust. – Szkoda, ze nie ma pani damy do towarzystwa – zauwazyl od niechcenia. – Na wypadek gdyby pani zaginela, mialby kto narobic alarmu. Juliana lekko uniosla glowe. – Ja tego nie zaluje. Dlaczego mialabym znosic towarzystwo jakiejs meczacej ubogiej krewnej dzien po dniu tylko po to, zeby, jesli pewnego dnia znikne, mial mnie kto szukac? Martin wybuchnal smiechem. – Jesli przedstawia to pani w ten sposob, mozna zrozumiec pani racje. – Pan ma dom pelen krewnych. Czy czasami nie uwaza pan tego za meczace? Martin zawahal sie. – Wlasciwie nie. Lubie towarzystwo. – A poza tym pan jest mezczyzna. Ma pan o wiele wieksza swobode robienia tego, na co panu przyjdzie ochota. Martin z zalem pomyslal, ze wlasnie teraz nie ma najmniejszej swobody robienia tego, na co przyszla mu ochota, choc jedynym, co stalo mu na drodze w pogoni za szczesciem, bylo jego opanowanie. Powinien dostac medal za tak pelna determinacji powsciagliwosc. Odchrzaknal. – Lady Juliano, chcialbym przeprosic za to, ze powiedzialem, by trzymala sie pani z dala od Kitty i Clary. Zdaje sobie sprawe, ze musialo to byc bardzo pompatyczne. Przepraszam. Nastapila pauza. – Byl pan okropnie pompatyczny – potwierdzila Juliana. – Sadze, ze teraz, kiedy mieszka tu ciotka Beatrix, Kitty i Clara moglyby mnie odwiedzic. – To nie ma nic wspolnego z lady Beatrix. A wlasciwie w pewien sposob ma. – Oczywiscie, ze ma! Nie pozwolil im pan mnie odwiedzac, gdy mieszkalam sama. Uwazal pan, zdaje sie, ze moj dom cieszy sie zla s lawa. Za to teraz, kiedy jest tu ciotka Beatrix, bez przerwy przychodza do niej najbardziej szacowni goscie, jakich mozna sobie wyobrazic. Przez nia i ja na powrot staje sie godna szacunku. To okropnie irytujace. Martin usmiechnal sie. – Lady Juliano, ta sprawa nie ma nic wspolnego z lady Beatrix. Dowodzi wylacznie mojej glupoty. Byla pani bardzo mila dla Kitty i Clary – i dla Brandona – a to samo w sobie powinno wystarczyc, by uczynic z pani najlepsza przyjaciolke rodziny. Niestety, ja okazalem sie aroganckim glupcem i nie mialem odwagi postapic wbrew konwenansom, za co przepraszam. Poczul, ze Juliana lekko sie poruszyla. W jej glosie wyczuwal usmiech. – Przeprosiny przyjete, sir, ale tylko wowczas, jesli obieca pan, ze przestanie mnie pan przepraszac. To bardzo meczace. Martin znow uscisnal jej reke. – Prosze nie zartowac. To jest dla mnie bardzo wazne, Juliano. Chce, by pani uwierzyla, ze robie to, bo uswiadomilem sobie, iz bylem uprzedzony. Blask ksiezyca odbil sie w oczach Juliany. Byly szeroko otwarte i ciemne. – Przeciez nie mogl pan nagle uwierzyc w moja dobroc, skoro do niedawna uwazal pan, ze jest akurat na odwrot. – Nie o to chodzi. – Martin zmarszczyl czolo. – Widze, ze usprawiedliwianie sie idzie mi bardzo zle. To proste. Przedtem bylem krytycznym glupcem. A teraz. – Teraz? – Teraz opinia publiczna nie obchodzi mnie nic na nic. Wiem, czego chce. Cos wynurzylo sie z ciemnosci i lekko otarlo o jego policzek. Podskoczyl. Juliana pisnela i jeszcze bardziej wtulila twarz w jego ramie. – Czy to byl nietoperz? – Najwyrazniej brakowalo jej tchu. Martin mocniej objal ja ramieniem. – Tak mi sie zdaje. Boi sie pani? – Ja… tak, troche. Martin pozwolil sobie delikatnie pogladzic ja po wlosach. Miekko wily sie pod jego palcami. Uswiadomil sobie, ze trudno mu oderwac dlon, a po chwili przestal probowac. – Nie zrobia pani krzywdy. Nawet jesli pofruna pani prosto w twarz, sa calkiem nieszkodliwe. – Wolalabym tego nie sprawdzac. – Martin poczul, ze Juliane przeszedl dreszcz. Po sekundzie objal ja druga reka i delikatnie wzial w ramiona. Nawet sie spodziewal, ze ona bedzie sie bronic, tymczasem przysunela sie jeszcze blizej. To wystarczylo, by przestal sie kontrolowac. Pocalunek Martina byl tak kuszacy, ze Juliana wyciagnela reke, chcac przyciagnac go blizej. – Prosze… Martin odpowiedzial na blaganie w jej glosie, a kolejny niespieszny pocalunek oddala mu z cala namietnoscia, jaka w niej wyzwolil. Po pewnym czasie Martin oderwal usta od jej warg i lekkimi pocalunkami wytyczyl szlak od szyi do zaglebienia miedzy obojczykami. Jego wlosy niczym miekkie piorka laskotaly Juliane w szyje. Nie byla w stanie spojnie myslec. Objela go, a on ulozyl ja sobie w zaglebieniu ramienia i przytulil do siebie. Ich pozycja na stopniu byla w najwyzszym stopniu frustrujaca, bo nie mogli przylgnac do siebie dostatecznie blisko. W koncu Martin rozwiazal ten problem, pociagajac Juliane na kamienna podloge. Plyty byly zimne i twarde, ale ona nawet tego nie zauwazyla. Martin znow ja pocalowal, jezykiem musnal jej dolna warge i wsunal go jej do ust. Jeknela cicho i przez cale jej cialo przebiegl dreszcz. Poczula dlon obejmujaca jej piers i kciuk gladzacy brodawke przez cienki jedwab. Martin zaczal zsuwac jej stanik sukni. Wyciagnela reke, chcac go powstrzymac. Nagle wydalo jej sie niezwykle wazne, zeby nie uznal jej za rozpustnice. – Nie… – Dlaczego nie? – Cichy szept polaskotal ja w ucho. – Myslalem, ze nie obchodzi cie, kto cie oglada? Na kolacji na czesc Brookesa i w kasynie… – To wszystko nie mialo znaczenia. – A teraz jest inaczej? – W glosie Martina wyczula usmiech. – Ciesze sie. Calowal ja znow, gleboko, zachlannie. Julianie zabrakl tchu wyzbyla sie resztek skrupulow. Przejechala dlonmi po jego plecach i poczula, jak miesnie mu sie napiely pod obcislym surdutem. Jego cialo bylo cieple, mocne i tak wspaniale pasowalo do jej ciala. Prawie zapomniala, jak to jest. Martin calowal zaglebienie ponizej szyi, musniecia jego jezyka przyprawialy ja o rozkoszne dreszcze. Zsunal jej suknie z ramienia i piescil odslonieta skore, az Juliana krzyknela, wyginajac sie w luk, gdy wytyczyl linie jej obojczyka ustami i jezykiem. Kiedy tym razem zsunal stanik jej sukni, nie sprzeciwila sie, a narastajace podniecenie domagalo sie zaspokojenia. Obrocila sie, omal nie uderzajac glowa o sciane, i powiedziala: – Martinie, to nie czas ani miejsce. Martin najwyrazniej rowniez oprzytomnial. Objal ja i mocno przytulil, wlasnym cialem chroniac przed chlodem kamiennej podlogi. Po chwili Juliana przestala sie opierac, totez pociagnal ja wyzej i ponownie usiedli obok siebie na stopniu. Polozyla glowe na jego ramieniu. – Tylko nie przepraszaj, Martinie – ostrzegla. – Musiala bym zakazac ci odwiedzin, gdybys powiedzial, ze jest ci przykro. Wtulil usta w jej wlosy. – Nawet mi to nie przyszlo do glowy. A poza tym wcale nie jest mi przykro. Podobalo mi sie. Spojrzala na niego z ukosa. – Och. – Prosze, nie mow mi tylko, ze tobie sie nie podobalo. Pomijajac uszczerbek na ambicji, bylbym zmuszony znow zaczac przepraszac za marne umiejetnosci. Juliana usilowala powstrzymac smiech. Zmruzyla oczy i spojrzala na niego. – Coz, to, czy mi sie podobalo, czy nie, nie ma nic do rzeczy. Dopiero przyzwyczajam sie do mysli, ze znow jestem godna szacunku i nie zamierzam pozwolic ci, bys wszystko zepsul. Martin uniosl brwi. – Jakim sposobem? Czy w calowaniu jest cos nagannego? – Z pewnoscia tak. Jak mozesz o to pytac? Samotna dama, w dodatku wdowa, musi uwazac na reputacje. Pocalunki sa wykluczone. – Juliana odsunela sie nieco. – To dlatego nie calowalam sie z nikim, wylaczajac ciebie, od blisko trzech lat. Martin najwyrazniej doznal szoku. – Nie calowalas sie z nikim przez trzy lata? – Prawie trzy lata. Czy musisz powtarzac wszystko, co powiem? Przez to sprawiasz wrazenie nierozgarnietego. – Tak, ale… trzy lata? Juliana usmiechnela sie leniwie. – Powiedzialam ci kiedys, ze jesli idzie o mnie, zbyt wiele przyjales za pewnik. Martin przeganial dlonia wlosy. – Ale w takim razie nie moglas miec… To znaczy… tych wszystkich kochankow. Zmarszczyla brwi i spojrzala na niego. – Teraz jestes po prostu gruboskorny, Martinie. Dzentelmen nie wypytuje damy o takie sprawy. – Nie, ale Andrew Brookes… i Jasper Colling… – Juz ci mowilam, ze nie bylam kochanka Andrew Brookesa. A co do Collinga, musisz miec marne mniemanie o moim dobrym smaku. Martin uscisnal ja mocniej. – Blagam, przestan ze mnie kpic, Juliano! Co wlasciwie chcesz mi powiedziec? Popatrzyla mu prosto w oczy. – Skoro tak pan nalega, panie Davencourt, oswiadczam panu, ze w ciagu calego zycia spalam tylko z dwoma mezczyznami i obaj byli moimi mezami. A jesli dziwi sie pan, ze moja reputacja jest taka, jaka jest, to dlatego, iz chocby nie wiem co, nie ugne sie pod presja opinii spolecznej i nie bede zachowywac sie jak potulna wdowa. – Przerwala i polozyla dlon na ustach. – Do diabla! Nie moge uwierzyc, ze ci o tym powie dzialam! Martin smial sie cicho. – Juliano, chyba wlasnie raz na zawsze polozylas kres swojej zlej reputacji. – Blagam, zapomnij o tym, co powiedzialam! – Nie sadze, zebym byl w stanie to zrobic. Poza tym wcale tego nie chce. Wyrwala sie z jego uscisku. – Naturalnie, ze nie chcesz. Wszyscy mezczyzni lubia myslec, ze ich kobiety sa niewinne albo prawie niewinne. – Wstala. To bylo dla niej szalenie wazne. Odsunela sie od niego tak daleko, jak zdolala, stanela plecami do zamknietych drzwi i przytrzymala sie ich. – Pomysl o tym, Martinie. To nie tylko rozwiazlosc wyrzuca kobiety na margines spoleczenstwa. Chcac mnie usprawiedliwic, nie zapomnij o calej reszcie. Szalone przyjecia, glupie zarty, hazard, egoizm. – Weszla na szczyt schodow, po czym odwrocila sie i wbila w niego wzrok. – Pamietaj, co mi powiedziales, kiedy odkryles te eskapade do Hyde Parku! Nic nie wiesz! Kiedy mialam zaledwie osiemnascie lat, omal nie zrujnowalam rodziny przez brawurowy hazard. Uratowal mnie Joss, biorac wine na siebie, tak samo jak uratowal mnie przed trzema laty, kiedy ze zlosci i zazdrosci probowalam szantazowac byla przyjaciolke. Zanim sie pospieszysz i uznasz mnie za wzor cnot, przypomnij sobie, ze romansowalam z Clive'em Massinghamem, zanim wyszlam za niego za maz. Zadurzylam sie w nim. – Skrzywila sie i zakryla twarz dlonmi. – Popelnilam tyle bledow, ze starczyloby na niejedno zycie, a na domiar zlego postanowilam grac role rozwiazlej wdowy, bo mialam zbyt wiele dumy, by pokornie wrocic do stada. Martin wstal, ale nie zrobil kroku w jej strone. – Nie rozumiem, dlaczego chcesz, bym zle o tobie myslal – powiedzial cicho. – Czasami nienawidze siebie samej i chcialabym, bys ty takze mnie znienawidzil. – To sie nie uda. Usmiechnela sie kpiaco. – Wiem. To bardzo trudne. Nalezysz do mezczyzn, ktorzy kurczowo trzymaja sie swego zdania. Teraz, kiedy postanowiles mnie polubic, obawiam sie, ze tak juz zostanie. Byloby o wiele latwiej, gdybys mnie nie cierpial. Martin wygial wargi w lekkim usmiechu i przysunal sie nieco blizej. – Nigdy tak nie bylo. W spojrzeniu Juliany dostrzegl szyderstwo. – Nie? No coz, ja nie znosilam cie z calego serca, Martinie. Jestes dla mnie za dobry. Przez ciebie chce zyc tak, jak ty uwazasz za sluszne. Popatrz na mnie! W moim domu zagniezdzila sie stara ciotka, ktorej jeszcze niedawno kazalabym sie spakowac. Udzielilam schronienia mlodziutkiej dziewczynie i jej dziecku. Daje darmowe rady twoim siostrom i bratu. Co dalej? Tylko patrzec, jak otworze sierociniec! Martin usmiechnal sie z czuloscia. – Nie powinnas myslec, ze ta zmiana dziala tylko w jedna strone, Juliano. Popatrz na mnie. Bylem najbardziej upartym, pelnym uprzedzen glupcem, czlowiekiem, ktory trzyma sie kurczowo wlasnego zdania, tak jak slusznie powiedzialas. Ty mnie zmienilas. Dzieki tobie zobaczylem, ze taki upor nie zawsze jest dobra rzecza. Bylem slepy. – Podszedl i wzial ja w objecia. – Nie probuj sprawic, bym ujrzal cie w innym swietle – szepnal tuz przy jej wargach. – Widze tylko ciebie, a ty jestes… – Tak? – Czarujaca. Znow dotknal ustami jej warg w dlugim pocalunku zapierajacym dech w piersiach. Wtem uslyszeli na zewnatrz jakies krzyki i zobaczyli blyski swiatel. Martin puscil Juliane. Przed drzwiami stala Beatrix Tallant, ktora najwyrazniej miala na tyle przytomnosci umyslu, ze wziela ze soba Segsbury'ego, latarnie i kilka duzych kocow. Kamerdyner otworzyl drzwi do lodowni. Juliana wyszla pierwsza, potknela sie o prog i prawie wpadla w objecia ciotki. Martin wzial jeden z kocow i otulil nim Juliane. – Prosze mi pozwolic odprowadzic sie do domu. Wyrwala sie z jego uscisku. Teraz, kiedy ich uwolniono, nie byla pewna, co czuje. Szok, konsternacja i euforia walczyly w niej o lepsze. – Nic mi nie jest, panie Davencourt. – Glos lekko jej drzal. – Prosze… potrzebuje czasu, zeby pomyslec. Martin odsunal sie. – Dobrze, lady Juliano. W takim razie dobrej nocy. Jutro musze wyjechac z Londynu, ale niedlugo wroce i wowczas pa nia odwiedze. Juliana rowniez zyczyla Martinowi dobrej nocy, lecz nie powiedziala nic ponadto, a Segsbury odprowadzil goscia na schody tarasu i do wyjscia. Juliana i Beatrix udaly sie za nimi, nieco wolniej. Juliana ciasniej otulila sie kocem, by powstrzymac dreszcze. – Mam nadzieje, ze nic ci nie bedzie, moja droga – powie dziala Beatrix, patrzac na nia rozpromienionymi, bursztynowymi oczami. – Zostawilam was tam na tak dlugo, jak uznalam za potrzebne. Kochaliscie sie? – Mowisz jak wlascicielka domu uciech, ciociu Trix! Beatrix rozesmiala sie. – Ten mezczyzna jest zakochany w tobie po uszy, Juliano. Bierz go i dziekuj losowi. Juliana zadrzala. To nie bylo takie latwe. Jakas jej czesc goraco pragnela milosci Martina, ale druga bardzo sie tego obawiala. – Nie moge znow wyjsc za maz, ciociu Trix. – Probowala mowic dalej, lecz glos jej sie zalamal. – Nie moge. Beatrix ujela jej reke i mocno scisnela. – Czy to z powodu Myfleeta? Bardzo go kochalas. – Nie chodzi o to, ze wciaz go kocham. – Juliana chwycila dlonia za balustrade tarasu, probujac sie uspokoic. – Ale kiedy go stracilam, serce mi peklo, a gdyby to mialo sie powtorzyc… – Pokrecila glowa. – Nie znioslabym tego, ciociu Trix. Nigdy wiecej. ROZDZIAL JEDENASTY _– _ Co ja widze, masz przyzwoitke – rzekl Joss z rozbawieniem, kiedy spotkali sie nastepnego wieczoru w sali balowej lady Knighton. – W twoim wieku, Ju! Juliana popatrzyla na niego surowo. – Tylko dlatego, ze ty i Amy nie zgodziliscie sie, by ciocia Trix zamieszkala u was. Co mialam robic – wyrzucic ja tak jak wy? – Wcale bym sie nie zdziwil, gdybys tak zrobila. – Joss sie rozesmial. – Coz, nie moglam. Co to za bzdura o tym, ze bardziej potrzebuje towarzystwa niz wy dwoje? Nigdy nie slyszalam takich bezczelnych klamstw. – A czy tak nie jest? – Joss uniosl brwi. – Przyznaj sie, spodobalo ci sie, ze masz z kim wychodzic. Podobno widuje sie ciebie na miescie nawet w ciagu dnia. – Tak, wczoraj bylysmy na koncercie, a dzisiaj na jakiejs nudnej wystawie w muzeum. Boze, balam sie, ze zasne na stojaco. – Jak dlugo Beatrix zamierza pozostac w Londynie? – Nie mam pojecia. Planuje wybrac sie do Ashby Tallant, zanim wyruszy w kolejna podroz. Jak wiesz, wieksza czesc ostatnich dwudziestu lat spedzila za granica. – Ciekawe, czy wiedziala, ze w Europie trwa wojna? – Och, kontynent rozdarty wojna to dla niej o wiele za malo. Ciocia Beatrix byla w Egipcie, w Indochinach i w Japonii. – Nic dziwnego, ze jedna krnabrna bratanica to dla niej zadne wyzwanie. – Moze powinna przeniesc uwage na Clare Davencourt – zauwazyla Juliana ze smiechem. – Komu jak komu, ale cioci Beatrix mogloby sie udac wywrzec na nia wplyw. – Slyszalem, ze Clara slucha tylko ciebie. Choc nie do konca wykonalas swoje zadanie. Jak tylko Fleet zostal pokonany, Clara zainteresowala sie bratem Amy, Richardem. Wyglada na to, ze sie w nim niezle zadurzyla. Juliana zaslonila sobie usta dlonia. – A to mala kokietka! Ostrzegalam ja przed nim. To zatwardzialy, niepoprawny hazardzista. – Ale wysoki, jasnowlosy i do tego przystojny. No i szuka bogatej narzeczonej. Juliana przebiegla wzrokiem sale i zauwazyla Edwarda Ashwicka siedzacego obok Kitty Davencourt. Clara najwyrazniej nie zajela swego zwyklego miejsca na krzesle z wyplatanym siedzeniem, tylko tanczyla, tym razem zgodnie z rytmem muzyki. Smiala sie do Richarda Bainbridge'a i paplala jak najeta. Juliana zmarszczyla brwi. – Bede musiala znowu z nia porozmawiac. Ma wyjatkowa, wrecz przerazajaca sklonnosc do nieodpowiednich mezczyzn. Z czego sie smiejesz? Joss spowaznial. – Bez powodu, Ju. W pelni sie z toba zgadzam. Clara Davencourt nie moze wyjsc za Richarda. – A co na to wszystko Amy? Usmiech Jossa znikl bez sladu. – Och, Amy jest zdania, ze Richard nie powinien poslubiac nikogo. – Moge to zrozumiec. Wystarczy popatrzec, do czego ich ojciec doprowadzil matke przez ten okropny hazard, zeby wiedziec, jaki los czeka zone Richarda. Brat usmiechnal sie do niej niewyraznie. – Tak, Amy obawia sie o los kazdej mlodej damy, ktora Richard moglby poslubic, ale ja nie jestem tego taki pewny. W koncu spojrz na mnie. Bez trudu zmienilem swoje przyzwyczajenia i choc wciaz grywam od czasu do czasu, nie zapominam przy kartach o calym swiecie. To samo mogloby sie stac, gdyby Richard postanowil zalozyc rodzine. Juliana wsunela mu reke pod ramie. – Ach, ale ty jestes podobny do mnie, Joss. Oboje gralismy tylko po to, by rozproszyc nude. A Richard Bainbridge, tak samo jak jego ojciec, gra, bo nie jest w stanie sie powstrzymac. To swego rodzaju obsesja. Joss nie sprzeciwial sie. – Przestalas grac, Ju? – spytal lekko. Skrzywila sie. – Czy mialam inne wyjscie wobec braku srodkow? – Brak pieniedzy nigdy dotad cie nie powstrzymywal – zauwazyl Joss. – Slyszalem, ze ojciec wykupil twoja kolie. – Tak, czy to nie pech? Jest taka brzydka. – I ze wezwal cie do Ashby Tallant. – Tak. – Przestala sie usmiechac. – Nie mam ochoty tam jechac. – Chcialbym, zebys pojechala, Ju. – Twarz Jossa przybrala wyraz powagi. – Jestem pewien, ze ojciec chce sie z toba pogodzic. Jest uparty i trudny, ale robi tylko to, co uwaza za najlepsze. – Za pozno, Joss – przerwala Juliana. – Szkoda. Napomknalem Davencourtowi, ze myslisz o wyjezdzie do domu, a on zaoferowal swoje towarzystwo. Widocznie zamierza odwiedzic ojca chrzestnego w Ashby Hall. Czy teraz dasz sie skusic? – Wrecz przeciwnie – burknela Juliana, bliska paniki. Mysl o podrozy w towarzystwie Martina Davencourta wyjatkowo ja zdenerwowala. – Wolalabym raczej, zebys sam mnie tam za wiozl. Dlaczego musisz skazywac mnie na towarzystwo Martina? Joss wygladal na rozbawionego. – Przepraszam. Chcialem tylko byc pomocny. – No coz, to wcale nie jest pomocne! Staram sie unikac pana Davencourta – chwilowo. – Dlaczego, do diabla, mialabys to robic? – Poniewaz… – Juliana nie mogla spojrzec bratu w oczy. – Poniewaz lubisz go za bardzo i boisz sie tego, co moze sie stac? – Poniewaz lubie go za bardzo i probuje wyleczyc sie z tego uzaleznienia. – Na litosc boska, Juliano, po co? – Joss uniosl brwi. – Dlaczego nie pogodzisz sie z przeznaczeniem? – Zerknal przez sale na Amy i usmiechnal sie pod nosem. – Ja tak zrobilem. – Wydaje mi sie, ze pamietam, jak bardzo sie przed tym broniles – zauwazyla Juliana. – Mowilam ci kilkakrotnie, ze jestes zakochany w Amy, a ty zaprzeczales. – A wiec teraz role sie odwrocily i ja moge oddac ci taka sama przysluge. Kochasz Martina Davencourta i mysle – nie, jestem pewny – ze on kocha ciebie. Na czym wiec polega trudnosc? Czego sie boisz, Juliano? – To az nazbyt oczywiste. Moje malzenskie notowania sa najgorsze z mozliwych. Poza tym doskonale wiesz, ze taki mezczyzna jak Martin Davencourt nie moze poslubic kobiety z moja reputacja. Ty o tym wiesz, on o tym wie, ja o tym wiem. To jasne, ze przed nami nie ma przyszlosci. A wiec probuje wytworzyc dystans miedzy soba a Martinem Davencourtem, zanim bedzie za pozno. Joss znow spojrzal na Amy. – To tak nie dziala, Ju. Im bardziej starasz sie ignorowac swoje uczucia, tym staja sie mocniejsze. – Dziekuje ci za zrozumienie. Jestes dzis wyjatkowo pomocny. – Poza tym to, kogo poslubi Davencourt, to jego sprawa. Nie probuj podjac tej decyzji za niego. – Ja tylko probuje nie dopuscic do tego, by wybral mnie, bo wtedy bylabym zmuszona mu odmowic i wszyscy bylibysmy nieszczesliwi. – W takim razie przyjmij go. Juliana przeszyla go wzrokiem. – I naturalnie uwazasz sie za eksperta w tych sprawach, Joss! De czasu zajelo ci przyznanie, ze kochasz Amy? – Zbyt duzo. Jednak w koncu to zrozumialem. Dlatego mysle, ze moglabys skorzystac z mego doswiadczenia. – Dziekuje ci, ale wiesz, ze wszyscy musimy popelniac wlasne bledy. – Juliana westchnela. – Lepiej odprowadz mnie do cioci Beatrix. Przyzwoitka to ktos, kogo w tej chwili potrzeba mi najbardziej. Nastepnego dnia Juliana, Joss, Amy i Beatrix Tallant wyruszyli do rodzinnego domu. Beatrix oswiadczyla, ze juz najwyzszy czas odwiedzic brata, Joss zakonczyl przeciagajace sie interesy w Londynie, a Juliana niechetnie zgodzila sie im towarzyszyc, chcac miec wreszcie za soba grzecznosciowa wizyte u ojca. Zastali markiza w lepszym zdrowiu, lecz wciaz byl przykuty do lozka i uskarzal sie na swoich lekarzy. Oparty na poduszkach, nadstawil corce szorstki policzek do ucalowania, co poslusznie uczynila. Pomyslala, ze wyglada starzej niz ostatnio, taki wyschniety i pomarszczony na tle snieznobialej poscieli. Okna sypialni byly pootwierane, totez w pokoju chorego nie czulo sie charakterystycznego kwasnego odoru, ale Juliane zdjal nagly przestrach. Ojciec byl stalym punktem odniesienia w jej zyciu, bez wzgledu na to, jak zle ukladaly sie ich stosunki, i wcale nie byla pewna, jak by sie czula, gdyby miala go teraz utracic. Jednakze markiz nie zamierzal rozstawac sie z zyciem, zanim nie uzna, ze jest na to gotow. Jego bursztynowe oczy byly bystre jak zawsze, jezyk rownie ostry. Wskazal corce krzeslo przy lozku i utkwil w niej wzrok. – Slyszalem, ze chrzesniak sir Henry'ego Leesa zaproponowal ci swoje towarzystwo w podrozy, Juliano. Lees i ja od czasu do czasu grywamy w szachy. Para staruszkow. – Markiz zamyslil sie. – Martin Davencourt, tak? Czy to twoja ostatnia zdobycz? A moze jest za wielkim dzentelmenem, by myslec o ta kich rzeczach? Juliana rozesmiala sie. – Och, pan Davencourt jest dzentelmenem w kazdym calu, ojcze. I nie – on i ja nie jestesmy… zainteresowani. – Nie masz zbyt dobrej opinii o mezczyznach, prawda, Juliano? Po tej klesce z Massinghamem dajesz wszystkim odprawe, czy tak? – Twoje informacje sa jak zwykle scisle, ojcze – powiedziala lekko. Zawsze zdumiewalo ja, ze ojciec dysponuje tak dobra siecia wywiadowcow, choc byl slabego zdrowia i nie opuszczal wsi. – Slyszalem interesujace rzeczy o tobie. – Markiz przygladal sie corce badawczo spod strzechy wlosow. – Teraz kiedy mieszkasz pod jednym dachem z ciotka Beatrix, podobno porzucilas starych przyjaciol, zaprzyjaznilas sie z Amy i Annis, chadzasz do opery i do teatru. – Markiz skinal glowa. – Milo mi o tym slyszec, dziecko. – Prosze, nie przywiazuj do tego zbyt wielkiej wagi, ojcze. Jestem pewna, ze to tylko faza, ktora minie. Markiz rozesmial sie ponownie. – Faza przyzwoitosci, czy tak? Wciaz masz to przeklete dziwaczne poczucie humoru, prawda? Zupelnie jak ja. Juliana zadrzala od podmuchu, ktory wpadl przez otwarte okno. – Nie sadze, ojcze – odparla chlodno. – Z tego co zrozumialam, nie odziedziczylam po tobie niczego. Zapanowalo niezreczne milczenie. Markiz poruszyl sie na lozku. – Wlasnie o spadku chcialem z toba pomowic. Pomyslalem, ze dam ci jeszcze jedna szanse. Nie pozyje juz dlugo, wiec postanowilem porozmawiac z prawnikami. – Z irytacja krecil sie na poduszkach. – Wiekszosc majatku pozostawiam naturalnie Jossowi, zeby zachowal to mauzoleum. – Naturalnie – przytaknela Juliana. – Biedny Joss. – Jednakze… – Markiz odetchnal chrapliwie. – Splacilem twoje dlugi po raz ostatni i poinformowalem kogo trzeba, ze przeznaczylem dla ciebie sto piecdziesiat tysiecy funtow. Juliana nie wierzyla wlasnym uszom. – Sto piecdziesiat tysiecy funtow – powtorzyla slabo. – Tak. Nieduzo, jesli roztrwonisz wszystko na gre w karty. – Ojciec popatrzyl na nia sardonicznie. – Jednakze dosc, by skusic paru zalotnikow. Juliana zmarszczyla brwi. – Co takiego, ojcze? Markiz westchnal. – Wyglada na to, ze jedyny czas, kiedy bylas szczesliwa, to okres twego malzenstwa z Myfleetem, moja droga. Pomyslalem wiec, ze dam ci posag, ktory powinien przyciagnac zalotnikow. – Spojrzal na nia. – To jedyny warunek otrzymania tych pieniedzy, Juliano. Masz wyjsc za maz w ciagu trzech miesiecy od swoich trzydziestych urodzin. Ta sprawa musi zostac zalatwiona szybko. Juliana milczala. Byla wstrzasnieta. Ojciec zamierzal kupic jej meza. Doszedl do wniosku, ze powinna wyjsc za maz, ale nie wierzyl, ze sama znajdzie kogos, kto zechce sie z nia ozenic, jesli on go nie kupi i nie zaplaci. Wstala, podeszla do okna i chwytala lapczywie chlodne, kojace powietrze. Sila woli powstrzymala slowa, ktore wyrywaly sie z jej ust. W koncu, kiedy sie troche uspokoila, powiedziala ostroznie: – Wybacz mi, ojcze, jesli czegos nie rozumiem, mam jednak wrazenie, ze potrzebuje wyjasnienia. Oznajmiles swiatu, ze otrzymam posag w wysokosci stu piecdziesieciu tysiecy funtow, jesli wyjde za maz w ciagu trzech miesiecy od moich trzydziestych urodzin? Markiz z irytacja szarpnal przescieradlo. – Wlasnie tak. Chodzi o malzenstwo z czlowiekiem honoru, nie z jakims szalbierzem. Twoje urodziny przypadaja w przyszlym tygodniu, czy tak? – Tak. Jednakze zaluje, lecz nie znam mezczyzny… – glos jej sie zalamal, poniewaz ta czesc jej wypowiedzi nie byla prawda – nie znam mezczyzny, ktorego powazam na tyle, by chciec zostac jego zona. Markiz robil wrazenie nieco zdezorientowanego. – Nie znasz nikogo, za kogo chcialabys wyjsc za maz? Masz trzy miesiace na to, by go znalezc. Poza tym z pieniedzmi na zachete… – Pieniadze nie sa zacheta dla mnie – powiedziala Juliana grzecznie – a skoro maja byc zacheta dla moich zalotnikow, w takim razie nie chce ich. Markiz zmarszczyl brwi. – Nie rozumiem, o co chodzi. Odrzucasz moja propozycje, moja droga? – Tak. – Juliana podeszla do lozka i usiadla niedaleko ojca, tak ze poscierane lustro nad kominkiem odbijalo twarze ich obojga. – Ja wyjde za maz jedynie z milosci, ojcze. Bylam szczesliwa z Edwinem Myfleetem, bo sie kochalismy. To jedyny powod, ktory moglby mnie sklonic do malzenstwa. Ojciec lekcewazaco machnal reka. – Slub z milosci… Uwazam, ze tu sie mylisz, Juliano. – Ty ozeniles sie, zeby podtrzymac rod – spokojnie podkreslila Juliana – i nie wyszlo najlepiej, prawda? Ciagnela odwaznie, choc ojciec chcial jej przerwac. – Sadze, ze nie doceniasz sily milosci, ojcze. Spojrz na mnie. Mam kasztanowe wlosy Tallantow. Moja twarz ma taki sam ksztalt jak twoja, jest ulepiona z tej samej gliny. Sam powiedziales, ze mam twoje poczucie humoru. A jednak przez cale trzydziesci lat nie wierzyles, ze jestem twoja corka. Nigdy mnie nie kochales. Och… – machnela lekko reka – nie powiedziales tego wyraznie, ale wszyscy wiedzieli, ze uwazasz, iz nie jestem twoim dzieckiem i dlatego ci na mnie nie zalezy. – Ja… – I moze rzeczywiscie nie jestem. – Juliana odwrocila sie do niego, nagle zaciekla. – Moze mimo tych wszystkich podobienstw, ktore, jak mi sie wydaje, dostrzegam, miales racje i jestem dzieckiem jednego z kochankow mojej matki. Musisz w to wierzyc, ojcze, bo z tego powodu od trzydziestu lat mnie karzesz. – Wstala. Glos jej sie lamal. – Tylko czy to powinno miec jakies znaczenie? To przeciez nie byla moja wina! Dalabym kazdego funta z tych stu piecdziesieciu tysiecy za jedno slowo milosci badz aprobaty z twoich ust. Coz, nigdy ich nie uslyszalam. W koncu przestalam probowac. A wiec bez skrupulow przyznaje, ze zrobilam prawie wszystkie te rzeczy, ktore przyniosly mi twoja dezaprobate w ciagu minionych trzydziestu lat. A teraz jest juz za pozno, ojcze. Nie zazegnamy naszych nieporozumien za pomoca pieniedzy. – Juliano, zaczekaj! – zawolal markiz. Juliana pokrecila glowa. Podeszla do lozka, pochylila sie i ucalowala ojca w policzek. – Wybacz mi, ojcze. Wracam do Londynu. Nigdy nie lubi lam wsi i zaluje, ze tu przyjechalam. Teraz zycze ci zdrowia i… – usmiechnela sie – wielu dlugich lat zycia. Na dworze pachnialo swiezoscia kontrastujaca z duchota panujaca w pokoju chorego. Juliana byla tak zla, ze nie chciala rozmawiac ani z Jossem, ani z Amy, ale tez nie miala ochoty na natychmiastowy powrot do Londynu. Zostawila powoz gotow do drogi przed glownym wejsciem i ruszyla sciezka przez zapuszczony ogrod w kierunku rzeki. Rozgarnawszy wierzbowe galazki, wsliznela sie w zielona ciemnosc tuz przy brzegu, usiadla na trawie i podciagnela kolana pod brode, tak jak robila w dziecinstwie. Czula sie nieszczesliwa. Po policzku splynela jej pojedyncza lza. Otarta ja, oparta czolo o kolana i mocno je objela. Sto piecdziesiat tysiecy funtow. Tak duzo pieniedzy. Na swoj sposob ojciec zlozyl jej bardzo hojna oferte. Jednak czymze byly pieniadze w porownaniu z miloscia i troska, ktorych nie byl jej w stanie dac? Tak wiele mogla powiedziec – tak wiele gniewnych slow sie w niej gotowalo – ale w koncu zdusila je, doszedlszy do wniosku, ze to nie ma sensu. Nie teraz, po tylu latach. Kup sobie meza. Czyzby upadla tak nisko, ze musiala przekupic przyzwoitego mezczyzne, zeby przymknal oczy na jej przeszlosc i sie jej oswiadczyl? Jej ojciec najwyrazniej tak uwazal. Sama mysl o tym byla nie do zniesienia, a jednak w glebi serca w to wierzyla. Dawno temu powiedziala Jossowi, ze juz nigdy nie wyjdzie za maz; ze zaden godzien szacunku mezczyzna nie zapomni o jej zlej reputacji. Ta mysl bolala. Nagle dobiegl jej uszu trzask lamanej galazki, ostry krzyk ptactwa nad leniwie plynaca rzeka. Odwrocila sie szybko. Pod jedna z wierzb stal Martin Davencourt. Nic nie mowil. Juliana otworzyla usta, chcac cos powiedziec, po czym zamknela je na powrot. Nie chciala nawet myslec o tym, co mogl wyczytac z jej twarzy. Czula, jak na policzki wstepuje jej krwisty rumieniec, jakby zostala przylapana na goracym uczynku. Zerwala sie na nogi. Wowczas Martin sie poruszyl, dwoma krokami pokonujac dzielaca ich przestrzen. Objal ja, przytulil do siebie, a potem calowal z gwaltownoscia, ktora Juliana uznala za przerazajaca, a jednoczesnie nieprawdopodobnie delikatna. Po dlugiej chwili uwolnila sie z jego uscisku. – Martinie… – Juliano… dobrze sie czujesz? – Oczywiscie. Przyszlam tu na krotki samotny spacer przed powrotem do Londynu. Probowala poprawic wlosy, ale drzenie palcow i niepewny, sciszony glos zadawaly klam pozornej obojetnosci. Martin uchwycil jej palce w swoje i uniosl jej dlon do warg. Juliana spojrzala na niego i uciekla wzrokiem. W jego oczach dostrzegla tyle czulosci, ze ogarnelo ja wzruszenie. – Dlaczego plakalas? – spytal Martin. – Och, nic takiego. Ojciec zaoferowal mi fortune, a ja odmowilam. Zastanawialam sie, co ze mnie za idiotka. – Dlaczego zaoferowal ci fortune? Julianie zrobilo sie zimno. Chciala mu sie zwierzyc, ale powiedzenie Martinowi Davencourtowi, ze ojciec zaoferowal jej fortune, zeby zwabila meza, wydalo jej sie wyjatkowo ponizajace. – Och, nie mowmy o tym! To zbyt ponure. Musze wracac do Londynu. Martin wciaz zagradzal jej droge. – Musialo to byc cos nad wyraz przykrego, skoro doprowadzilo cie do placzu. – Nie tak bardzo – Juliana przywolala usmiech na twarz. Byla pewna, ze zarowno jej usmiech, jak i ona sama wygladaja upiornie i nieprzekonujaco. – Przeciez zalewam sie lzami z byle powodu, wiesz o tym! To jeden z moich talentow, nawiasem mowiac, wyjatkowo uzyteczny. – Skoro mamy nie rozmawiac o twojej fortunie, moze w takim razie porozmawiamy o tym, co sie dzieje miedzy nami – zaproponowal. – Tamtej nocy w lodowni… Juliana zerknela na niego spod rzes. – Nie ma o czym mowic. Nagle pozadanie to nic niezwyklego, Martinie. Konczy sie tak samo szybko, jak sie zaczyna. Cos o tym wiem. Takie rzeczy czasami sie zdarzaja i tyle. – Bzdura. – Blekitne oczy Martina zwezily sie ze zlosci. Dziwne, ale Julianie wydalo sie to wyjatkowo pociagajace. – Mnie sie to nie zdarza. Tobie tez nie, sadzac po tym, co powiedzialas mi tamtej nocy, wiec nie udawaj. Znalazla sie w potrzasku. – Wiem, co powiedzialam. – No coz… – Martin skrzyzowal ramiona na piersi. – Juliano, jesli w dalszym ciagu bedziesz tak sztuczna i bedziesz trzymala mnie na dystans, znajde inny sposob… Zlozyla rece jak do modlitwy. – Ale ja jestem sztuczna. Bez przerwy ci to powtarzam. Dlaczego mnie nie sluchasz? – Jestes na pewno nieprawdopodobnie uparta. Kazdy, kto potrafi calowac w ten sposob, i udawac, ze to nic nie znaczy… Juliana na oslep wepchnela wlosy pod czepek. Musiala stad uciec. Jeszcze troche i prawie na pewno ustapi, przyzna, ze go kocha, i zacznie mowic najrozniejsze zenujace, beznadziejne glupstwa. Musiala sie go jakos pozbyc. Teraz, zanim bedzie za pozno. – Przykro mi, ale ja nie mam ochoty tego ciagnac. To nic dla mnie nie znaczy. Martin dlonmi scisnal jej ramiona i odwrocil ja twarza do siebie, lecz kiedy przemowil, jego glos byl nadspodziewanie lagodny. – Juliano, moja cierpliwosc jest na wyczerpaniu. Nigdy wiecej przede mna nie udawaj. Drzalas, kiedy cie calowalem, i nie chce wierzyc, ze to nic dla ciebie nie znaczy. – Palcami, leciutko jak piorkiem, wytyczyl linie od konca jej brwi do kosci policzkowej i nizej, do luku szczeki. Kciukiem musnal jej dolna warge. Zadrzala. Nie mogla nic na to poradzic. W oczach Martina spostrzegla blysk satysfakcji. – Widzisz? A to dopiero poczatek. – Przeniosl skupiony wzrok na jej usta. Julianie zrobilo sie goraco i slabo jednoczesnie. Probowala sie wywinac, ale Martin trzymal ja mocno. – Pamietaj, jestem ci calkiem obojetny, wiec nie musisz sie niczego obawiac – podkreslil. Jego wargi byly bardzo blisko jej warg. – Niczego. Kiedy ja pocalowal, Juliana najpierw poczula ulge, a potem ogarnelo ja szalone pozadanie. Oparla sie o Martina, drzaca, steskniona, wdzieczna. Martin oderwal usta od jej warg. – Calkowicie obojetny – powiedzial ze smiechem wyczuwalnym w glosie. Znow ja pocalowal, rozdzielil jej wargi, muskal jezykiem jej jezyk. Juliana jeknela cicho, gardlowo, na znak poddania. Oderwala sie i oparla dlonie o jego piers. Oddychala urywanie, a cale cialo tesknilo za jego dotykiem. – Martinie, dowiodles, ze masz racje. Znow wzial ja w objecia. Po dlugiej chwili wreszcie ja puscil i cofnal sie o krok, ale wyczuwala, ze z trudem nad soba panuje. – Teraz i ja jestem usatysfakcjonowany. Odwrocil sie w kierunku kurtyny z galazek wierzbowych. – Dokad idziesz? – spytala skonsternowana Juliana. Martin zatrzymal sie, przytrzymujac odchylone galazki. – Ide do twego ojca, aby poprosic go o pozwolenie ubiegania sie o twoja reke. – Nie wyjde za ciebie! Martin popatrzyl na nia. – Nie prosze cie o to – jeszcze. – A kiedy to zrobisz… – Kiedy to zrobie, ty sie zgodzisz. Markiz Tallant podniosl sie z lozka i przeszedl do biblioteki, gdzie popijal wino z synem, kiedy lokaj zapowiedzial Martina Davencourta. Gosc wszedl do biblioteki i sklonil sie obydwu dzentelmenom. Joss spojrzal na twarz przyjaciela, po czym odstawil kieliszek i ruszyl ku drzwiom. – Podejrzewam, ze sprawa, z ktora przyszedles, jest powaz na, Davencourt. Zostawie was samych. Bede w salonie, jesli przyjdzie ci ochota porozmawiac. Martin podniosl reke. – Prosze, nie wychodz przez wzglad na mnie, Tallant. Nie mam nic przeciwko twojej obecnosci przy tej rozmowie. – Zwrocil sie do markiza. – Milordzie, przyszedlem prosic o reke panskiej corki. – Chce sie pan zenic z Juliana? – Markiz rzucil okiem w kierunku Jossa. – Rozmawial pan z nia dzis rano, panie Davencourt? – Tak, milordzie. – Martin wygladal na nieco zaskoczonego. Widzialem sie z nia przed chwila i powiadomilem ja o zamiarze proszenia o panska zgode na ubieganie sie o jej reke. – Rozumiem – powiedzial markiz powoli. – Co ona na to? Martin usmiechnal sie z udanym smutkiem. – Ze moge prosic pana, skoro tak mi sie podoba, ale ona ni gdy sie nie zgodzi. Joss o malo nie udlawil sie ze smiechu. Ojciec spojrzal na niego z dezaprobata. – Przepraszam, ojcze – odezwal sie Joss – ale to takie podobne do Juliany. Po prostu ciesze sie, ze to wlasnie Davencourt chce sie z nia zenic i ze nie zrazila go ta demonstracja niecheci. – Dziekuje ci, Tallant. Naturalnie masz calkowita slusznosc, moje uczucie jest trwale. Milordzie… – zerknal na markiza – jesli moglbym prosic o zgode… – Chwileczke, panie Davencourt – przerwal markiz. – Czy moja corka wspominala panu o swoim majatku? Martin zmarszczyl brwi. – Powiedziala tylko, ze zaoferowal jej pan fortune, milordzie, i ze odmowila jej przyjecia. – Kiedy dotarlo do niego znaczenie slow markiza, na twarz wystapil mu lekki rumieniec. – Nie chce zenic sie z panska corka dla pieniedzy, milordzie! Mam wlasny majatek i nie jestem lowca posagu. – Spokojnie, Davencourt – zauwazyl markiz zartobliwie. – Nie ma potrzeby tak na mnie krzyczec. Nigdy pana o to nie podejrzewalem. Jestem panu zobowiazany i ciesze sie, ze chce sie pan zenic z Juliana. – Cala radosc po mojej stronie, milordzie. – Moja corka planuje natychmiast wracac do Londynu – ciagnal markiz. – Zapewne pan bedzie rowniez chcial wrocic i przekonac ja o swoich uczuciach? – Tak. – Cieszylbym sie – kontynuowal markiz powoli – gdyby wasz slub odbyl sie tu, w Ashby Tallant. – Wyciagnal reke, ktora po chwili Martin uscisnal. – Przywiez mi corke, Davencourt – powiedzial cicho. – To wszystko, o co prosze. Po wyjsciu Martina Joss siegnal po butelke wina z Wysp Kanaryjskich, stojaca na kredensie, w milczeniu ponownie napelnil kieliszek ojca i uniosl swoj do toastu. – To idealny maz dla Juliany, ojcze. – Wiem o tym. Dziewczyna ma szczescie. W koncu. – Markiz westchnal. – Myslisz, ze go przyjmie? – Bez watpienia. Kocha go. A Davencourt nie nalezy do tych, ktorych mozna latwo zniechecic, skoro raz zdecyduja sie dzialac w obranym kierunku. Markiz skinal glowa i stekajac, usiadl w fotelu. – Robi wrazenie rozsadnego czlowieka. To twoj przyjaciel, czy tak, Joss? – Tak, ojcze. Choc nie jestem pewien, czy potraktujesz to jak rekomendacje. Markiz parsknal smiechem. – Pasuje. Pasuje bardzo dobrze. – Westchnal. – A wiec Juliana odmowila spadku, a mimo to znalazla meza. Kroki nasze go Pana sa czasem niezbadane, prawda, Joss? Joss rozesmial sie. – I bardzo szybkie – dodal. Droga powrotna do Londynu okazala sie meczaca, totez Juliana nie ucieszyla sie zbytnio, kiedy ja powiadomiono, ze wlasnie przyszedl z wizyta sir Jasper Colling. Czekal w holu, podziwiajac swoje odbicie w srebrnym lustrze stojacym na bocznym stoliku. Na widok wchodzacej pani domu wyprostowal sie szybko i zaczesal wlosy do tylu. Zblizyl sie i ucalowal jej dlon, patrzac przy tym na nia z nieznosna poufaloscia. Juliana z trudem powstrzymala sie od natychmiastowej ucieczki na gore i starcia sladow pocalunku, ktory zlozyl na jej dloni. Nie mogla wprost uwierzyc, ze kiedys uwazala jego towarzystwo za mile. – Juliano. – Sklonil sie niedbale. – Jak sie miewasz? – Bardzo dobrze, dziekuje ci, Jasper. – Juliana westchnela. – Moze posiedzimy chwile w bibliotece? Gosc wszedl za nia do srodka i usiadl, odgarniajac poly fraka na boki. – Nie widzielismy cie cale wieki, pomyslalem wiec, ze wpadne z wizyta i zobacze, co u ciebie slychac. Podobno bylas w Ashby Tallant. – Wlasnie wrocilam, moge wiec poswiecic ci najwyzej kilka chwil. – Spojrzala na niego bacznie. – A wiec slyszales, ze pojechalam do domu? – Zakielkowalo w niej pewne podejrzenie. – Chyba nie dlatego przyszedles, Jasper? Co jeszcze slyszales? Colling usmiechnal sie, pokazujac zolte zeby. – Nie moge zaprzeczyc. Slyszalem pewna pogloske. Staruszek w koncu zaoferowal ci pieniadze, czy tak? Wiedzialem, ze nie wyrzeknie sie ciebie na dobre. Krew nie woda. Juliana gwaltownie westchnela. Powinna byla o tym wiedziec, powinna byla zdac sobie sprawe, ze ojciec juz zdazyl wcielic swoj plan w zycie, ujawniajac wiesc o jej spadku plotkarzom z towarzystwa. Najwyrazniej byl pewien, ze corka przyjmie jego warunki i choc tak sie nie stalo, teraz bedzie musiala odpierac ataki lowcow posagow, stad do Edynburga. – O co ci chodzi, Jasper? – Oto moja propozycja, Juliano. Pobierzemy sie, podzielimy sie pieniedzmi i kazde pojdzie w swoja strone. Nie da sie tego ujac lepiej. Nie bede ci sie narzucal. Juz dosc dawno temu zdalem sobie sprawe, ze nie jestes mna zainteresowana. Zapewne jestes oziebla. Massingham zawsze mowil… – Oszczedz mi tego. Czy dobrze zrozumialam? Chcialbys sie ze mna ozenic dla pieniedzy, podzielic sto piecdziesiat tysiecy funtow na dwie rowne czesci i niech kazde z nas robi, co mu sie zywnie podoba? – Wlasnie tak! Doskonaly plan, nie uwazasz? Juliana wstala. – Ta plotka jest juz nieaktualna, Jasper. Niepotrzebnie sie tak spieszyles. Za kilka dni wszyscy uslysza, ze odmowilam przyjecia propozycji ojca, i wowczas nie bede juz takim smacznym kaskiem. – Z satysfakcja przygladala sie jego czerwonej, wscieklej twarzy. – Nie pomyslales o tym? Tak, to prawda. Odrzuci lam sto piecdziesiat tysiecy funtow. Jasper wstal takze, z wyraznym trudem. – Na litosc boska, dlaczego, Juliano? – Nie spodobaly mi sie warunki, ktore postawil mi ojciec. Colling przeszyl ja gniewnym wzrokiem. – Jestes chorobliwie dumna. Ja dla stu piecdziesieciu tysiecy funtow zrobilbym wszystko. – Wlasnie. – Juliana usmiechnela sie czarujaco. – Wlasnie to udowodniles, czyz nie, Jasper? Do widzenia. Polecila Segsbury'emu, by odprawial wszystkich odwiedzajacych, a sama, kompletnie wyczerpana, polozyla sie do lozka i zapadla w gleboki sen. Nastepnego ranka sprawy wcale nie przedstawialy sie lepiej. Po sniadaniu Juliana oddalila sie do biblioteki. Zalowala, ze nie ma z nia Beatrix i ze Amy i Joss wyjechali z miasta. Teraz, kiedy przemyslala pare spraw, potrzebowala kogos, z kim moglaby porozmawiac. Dom znow wydal jej sie opustoszaly. Zastanawiala sie wlasnie, czy jednak nie zaryzykowac wyjscia i schronic sie u Annis i Adama, kiedy Segsbury zaanonsowal Edwarda Ashwicka. – Pan Ashwick chcialby sie z pania widziec, lady Juliano. Zdaje sobie sprawe, ze nie przyjmuje pani gosci, ale pomyslalem, ze w tym wypadku moze bedzie pani chciala zrobic wyjatek. Juliana odlozyla ksiazke, ktorej i tak nie czytala, i wyszla do holu. Wyciagnela obie rece na powitanie. – Eddie! Jak milo cie widziec. Edward Ashwick byl wyraznie skrepowany. Podszedl, obracajac kapelusz w rekach, pochylil sie i cmoknal ja w policzek. – Witaj, Juliano. Jak sie miewasz? – Bardzo dobrze, dziekuje – odparla z usmiechem. – Za to ty, Eddie… o co chodzi? Wygladasz na przygnebionego. – Alez nie! – zaprzeczyl Edward, przybierajac sztucznie pogodna mine, ktora wbrew jego intencjom spowodowala, ze sprawial jeszcze bardziej przygnebiajace wrazenie. – Przyszedlem… chcialem… to znaczy slyszalem o ofercie twego ojca. – Och, rozumiem – odparla Juliana, przestajac sie usmiechac. Dala mu znak, zeby udal sie za nia do biblioteki. – Chcialem ci powiedziec – zaczal Edward, najwyrazniej zrozpaczony – ze nie musisz poczuwac sie do przyjecia kazdej propozycji z jego strony tylko po to, by go zadowolic. To znaczy nie chcialbym, zebys myslala, ze powinnas poslubic kazdego lajdaka, by dostac te pieniadze. – Dziekuje ci. – Znow zaczela sie usmiechac, bo na mysl przyszedl jej Jasper Colling. – To mi nie grozi. – Nie, naturalnie. – Edward robil wrazenie speszonego. – Nie chcialem sugerowac, ze jestes gotowa poslubic jakiegos lowce posagu, moja droga, tylko po to, by dostac te pieniadze. Na to zbyt dobrze cie znam. Nie chcialbym tez, bys myslala, ze ja sam szukam fortuny, ale… – przerwal, marszczac brwi. – Ale? – podsunela Juliana. – Ale slyszalem jakas bajeczke o tym, ze odrzucilas propozycje ojca i tym sposobem stracisz wszystko, co masz. – Ponuro zwiesil ramiona. – Najdrozsza Juliano, juz kiedys ci powiedzialem, ze uczynilabys mi zaszczyt, gdybys zechciala zostac moja zona. Prosze, Juliano. Bardzo zalezy mi na tym, bys odzyskala dobra opinie ojca i nalezne ci miejsce w swiecie. Miana westchnela. Usiadla i dala mu znak, by poszedl w jej slady. Edward patrzyl na nia z niepokojem polaczonym z psim oddaniem. Usmiechnela sie do niego. – Eddie, moj drogi. Jestem ci niezmiernie wdzieczna za te propozycje. Jestes najmilszym czlowiekiem na ziemi, ale… – Ale zamierzasz mi odmowic. – Tak. Nie moge pozwolic na to, bys sie poswiecil tylko po to, by mnie uratowac. To byloby wyjatkowo niesprawiedliwe. – Ale twoje dlugi! To nie w porzadku, zebys zostala pozbawiona wszystkiego, ot tak! Jesli markiz nie zgadza sie ci pomoc, w takim razie musisz mi pozwolic, bym zaoferowal ci moje nazwisko, ktore cie ochroni. – Eddie – powiedziala Juliana spokojnie – jestes niezwykle szlachetny, lecz nie moge przyjac twojej propozycji. – Dlaczego nie? – Z kilku powodow. Od jakiegos czasu mam wrazenie, ze oswiadczasz mi sie raczej z przyzwyczajenia, nie dlatego, ze zywisz do mnie uczucie. – Do diabla! Jestem ci oddany, Juliano. Wszyscy o tym wiedza. – Spytaj swego serca, moj drogi. – Juliana pokrecila glowa. – Mam wrazenie, ze twoje uczucia od wielu lat byly trwale, a ja o tym wiedzialam i najbezwstydniej w swiecie wykorzystywalam cie, proszac, bys towarzyszyl mi tu czy tam. – Coz… – Edward zerknal na nia katem oka, zupelnie jakby nie byl pewien, czy ma temu przytaknac, czy nie. – Przyznaj, twoje uczucia w stosunku do mnie ostatnio ulegly zmianie – nalegala Juliana. – Tak sie stalo, mam racje? Czy nie kochasz mnie raczej braterska miloscia niz tak, jak powinien kochac potencjalny maz? Bo ja czuje do ciebie cos takiego. Kocham cie bardzo, Edwardzie – bardzo wysoko cie cenie, lecz nigdy nie moglabym wyjsc za ciebie za maz. Jestes dla mnie niczym brat. Na policzki Edwarda wypelznal krwisty rumieniec. – Coz… Sadze… – Mozesz sie do tego przyznac. Nie mam zamiaru rzucic ci sie do gardla. Edward westchnal. – To prawda, ze z poczatku mnie olsnilas, Juliano. Kocham cie od tak dawna. – Ale ostatnio pojawil sie ktos inny, kto zajal moje miejsce – przerwala Juliana lagodnie. – Nie chcialabym stawac miedzy toba a Kitty, Edwardzie, nie wtedy, kiedy zaczynasz ja kochac. Na zawsze zachowam w pamieci twoja zyczliwosc wobec mnie, lecz nie wykorzystam sytuacji. Poza tym zupelnie nie nadawalabym sie na zone wiejskiego pastora. – Ale co poczniesz, Juliano? – Jeszcze nie wiem. Sprzedam bizuterie i niektore meble, zeby posplacac dlugi, tak mysle, a potem zorientuje sie, na co moge sobie pozwolic po oplaceniu rachunkow. Wiem, ze Joss gotow jest mi pomoc, nie chce jednak stawiac go w niezrecznej sytuacji wobec ojca. – Wzruszyla ramionami. – Cos wymysle. – Wiesz, ze bedziesz zawsze chetnie widziana w Eynhallow, jesli zechcesz przyjechac. Jestem pewien, ze Adam i Annis powiedzieliby to samo. – Na pewno. Sa bardzo mili. Jednakze nie zamierzam stac sie jedna z tych desperatek, ktore narzucaja sie przyjaciolom i rodzinie jak rok dlugi, by oddalic widmo ubostwa. – Juliana zadrzala. – Nie znioslabym, gdyby uwazano mnie za nieproszonego goscia. Edward rozesmial sie. – Chyba nie bedziesz musiala zarabiac na zycie? – Mam nadzieje, ze nie! – Zmarszczyla brwi. – Mozesz sobie to wyobrazic? Raczej nie nadaje sie na guwernantke albo nauczycielke, a ludzie zatrudnialiby mnie tylko po to, by z idiotyczna satysfakcja chwalic sie tym przed przyjaciolmi. – Moze markiz zmieni zdanie. – Nie powinienes na to liczyc. Nie uczyni tego. – Juliana rozesmiala sie. – Usposobienie mego ojca nie nalezy do zmiennych. – Wyciagnela reke i siegnela do tasmy dzwonka. – A teraz, skoro tak milo zakonczylismy interesy, Edwardzie, moze sie czegos napijemy? I mozesz mi opowiedziec o swoim obiecujacym romansie z Kitty Davencourt. To w koncu mnie przypada zasluga przedstawienia was sobie, tak mysle. Moze, jesli w przyszlosci nie bede miala z czego zyc, zostane przyzwoitka. – Przyszedl pan Davencourt i chce sie z pania zobaczyc – zakomunikowal Segsbury o piatej tego popoludnia. – Pyta, czy pani go przyjmie. Mowi, ze to wyjatkowo pilne. Choc poniekad oczekiwala Martina, a zarazem miala nadzieje, ze sie nie pojawi, wpadla w panike. Rozmyslala o jego oswiadczynach niemal bez przerwy od wyjazdu z Ashby Tallant. Wiedziala, ze go kocha. Wiedziala tez, ze nie moze za niego wyjsc. – Powiedz panu Davencourt, ze nie ma mnie w domu – polecila. – Pan Davencourt mowi, ze bedzie czekal, dopoki sie pani nie zdecyduje, ze jest pani w domu. – No, dobrze! Wprowadz go. – W drzwiach, tuz za Segsburym, zobaczyla wysoka postac Martina. – Och, zdaje sie, ze juz tu jest. Dziekuje ci, Segsbury. Witam, panie Davencourt. Serce Juliany bilo troche za szybko. Martin wygladal wyjatkowo korzystnie i wszystko wskazywalo na to, ze nie da sie zbyc. – Witam, lady Juliano. Segsbury zamknal drzwi. Martin podszedl blizej. – Spoznilem sie? – spytal. Patrzyla na niego pytajaco. – Slucham? – O ile rozumiem, bardzo potrzebujesz meza. Poczucie sprawiedliwosci mogloby sklonic cie do przyjecia pierwszej oferty. Juliana usmiechnela sie slabo. – Pierwsza oferte zlozyl sir Jasper Colling. Chcialbys, ze bym ja przyjela? Martin podszedl blizej. – Z pewnoscia nie. A druga? – Edward. Biedny Ned, byl tak rozdarty miedzy dawna lojalnoscia a nowa miloscia. Martin zrobil jeszcze krok. – Co mu powiedzialas? – Podziekowalam mu i odeslalam do Kitty. Martin usmiechnal sie czule. Ujal jej dlonie w swoje. – A trzecia? Przygryzla wargi. – Nie jestem pewna, czy mam ochote wysluchac trzeciej. W oczach Martina pojawily sie wesole iskierki. – Wciaz uciekasz, Juliano? Mnie nie oszukasz. Mam przewage nad pozostalymi konkurentami. – Naprawde? – Naturalnie. Zgodzilas sie mnie poslubic, kiedy mialas zaledwie czternascie lat. Z pewnoscia o tym pamietasz? – O, tak! Uzalalam sie, ze moze nigdy nie wyjde za maz, a ty… – A ja powiedzialem, ze jesli bedziesz potrzebowala meza, kiedy dojdziesz trzydziestu lat, sam sie z toba ozenie. – Nie byly to zbyt wytworne oswiadczyny – zauwazyla Juliana z usmiechem. – Niemniej zachowales sie szarmancko i przepraszam, ze cie wtedy wysmialam. Martin przyciagnal ja nieco blizej. – A teraz sie smiejesz? – Nie, tylko ty trwasz w blednym przeswiadczeniu. – Zaczynala wpadac w panike. – Czuje sie w obowiazku powiedziec ci, ze nie szukam meza. – Slyszalem cos wrecz przeciwnego. Ze musisz wyjsc za maz i to szybko. – W takim razie sluchal pan plotek, sir. – Probowala uwolnic rece i Martin ja puscil, ale sie nie odsunal. Przygladal sie jej z marsowa mina. – To prawda, ojciec zaoferowal mi sto piecdziesiat tysiecy funtow jako zachete, majaca naklonic mnie do zamazpojscia – ciagnela, unikajac jego wzroku. – Inaczej mowiac oplacic kogos, kto nie zwazajac na moja reputacje, wezmie mnie za zone. To, jaka interpretacje wybierzesz, zalezy od ciebie. – Tak czy inaczej to afront wobec ciebie, Juliano. Nie zamierzam patrzec na to w ten sposob. – A wiec ucieszy cie, jesli sie dowiesz, ze odrzucilam propozycje ojca. Nie jestem na sprzedaz i nie mam ochoty oddac sie mezczyznie, ktory wezmie mnie tylko wowczas, gdy lapowka bedzie wystarczajaco duza. A wiec – Juliana wzruszyla ramionami – mozesz przestac sie martwic, Martinie. Nie szukam meza, niemniej – lekko zlagodzila ton – dziekuje ci za zyczliwosc. Martin wciaz patrzyl na nia ze skupieniem. – Teraz ty zle mnie zrozumialas, Juliano. Nie oswiadczam sie z zyczliwosci. Oswiadczam sie, bo pragne sie z toba ozenic. – Ujal jej rece w swoje, cieple i mocne. – Juliano, milo mi slyszec, ze odrzucilas propozycje ojca. Nie bede nalegal, bys zmienila zdanie w tej sprawie. Jedyna sprawa, w ktorej namawiam cie do zmiany zdania, to odrzucenie moich oswiadczyn. Chce sie z toba ozenic. – Alez nie ma takiej potrzeby! – Juliana zmarszczyla brwi. – Nie zrozumiales, co ci powiedzialam? – Doskonale zrozumialem. To ty mnie nie zrozumialas. Pragne cie. Chce sie z toba ozenic. Czy to musi byc takie trudne? Wziela gleboki oddech. – Przykro mi, nie mam ochoty ponownie wychodzic za maz. – Zerknela na niego spod rzes. – Myslalam jednak, ze – pospiesznie wyrzucila z siebie nastepne slowa – chetnie zostalabym twoja kochanka. Blekitne oczy Martina zrobily sie granatowe pod wplywem wscieklosci. – Co powiedzialas?! Juliana struchlala. Tym razem odsunela sie od niego na bezpieczna odleglosc i poszukala schronienia za sekretarzykiem. – Powiedzialam, ze chetnie zostalabym twoja kochanka. – Dziekuje ci – oswiadczyl Martin z nienaganna uprzejmoscia – tej propozycji nie ma w ofercie. Zaproponowalem ci malzenstwo przed szesnastu laty, a ty sie zgodzilas. Nie mozesz teraz sie wykrecac. Juliana wpatrywala sie w niego. – Ale ja nie nadaje sie na zone. Martin glosno westchnal. – Czy o to ci chodzi? Prosze, oszczedz mi uzalania sie nad soba, Juliano. Doskonale sie nadajesz. – Nie, nie nadaje sie! Och, Martinie, bylabym wyjatkowo nieodpowiednia zona dla parlamentarzysty. Z pewnoscia zdajesz sobie sprawe, ze slub ze mna zaszkodzilby twojej karierze? – Bzdura. – Co?! Miec zone, ktora zabawiala sie z polowa Londynu? Martin, badz powazny. – Juliano, powiedzialem ci, ze nie obchodzi mnie przeszlosc, tylko nasza przyszlosc. – Twoi wspolpracownicy nigdy mnie nie zaakceptuja. – Zaakceptuja, o ile ty zaakceptujesz sto piecdziesiat tysiecy funtow – zauwazyl Martin cynicznie. Po czym usmiechnal sie do niej tak cieplo i pewnie, ze Juliana zadrzala. – Przestan szukac wymowek, najdrozsza. – Chyba widzisz, ze to, co mowie ma sens. – W tej chwili – powiedzial Martin polglosem, kipiac z gniewu – widze tylko twoj przeklety upor i rozmyslna slepote. I – glos mu zlagodnial, kiedy jego spojrzenie przesliznelo sie po jej twarzy – widze tez te nadasane zmyslowe usta. Przysiegam, ze oszaleje, jesli cie teraz nie pocaluje. – Teraz? – Natychmiast. Z miejsca. – Martin obszedl sekretarzyk i wzial ja w objecia. Pocalunek sprawil, ze Juliane przeszly ciarki az do czubkow palcow u nog. Puscil ja. – A wiec, dalej odmawiasz? – Tak – odparla Juliana odwaznie. – Fakt, ze masz ochote mnie calowac, nie oznacza, ze bylabym odpowiednia zona. – Do diabla z tym. Twoj poglad na to, co jest odpowiednie, a co nie, najwyrazniej diametralnie rozni sie od mojego. – Martin przeganial dlonia wlosy. – To prawda, kiedys bylem na tyle glupi, by uznac, ze jestes nieodpowiednia. Jednakze, czyz to nie ironia losu, ze teraz, kiedy zmienilem zdanie, ty mowisz mi, ze nie bylabys odpowiednia zona. – Uwazam, ze na twoja ocene sytuacji zbytnio wplywaja inne czynniki – upierala sie Juliana. – Nie myslisz trzezwo. Martin przeszyl ja wzrokiem. – Chodz tu. – Dlaczego? – Zebym mogl pocalowac cie jeszcze raz. Chce znow poddac sie tym niekorzystnym wplywom. – Czy to twoj sposob perswazji? Jesli tak, jestem zmuszona powiedziec ci, ze marnujesz czas. – Daj sobie spokoj. Martin znow ja pocalowal. – To calkiem przekonujace – zauwazyla Juliana, kiedy znow mogla oddychac. Oczy mu plonely. – Kocham cie, Juliano. Wyjdziesz za mnie? Juliana spojrzala na niego. – Martinie, ja… – Kochasz mnie? – Tak, ale i tak nie moge za ciebie wyjsc. – Juliana uwolnila sie z jego objec i odsunela. – Nie chce juz wiecej wychodzic za maz. To dlatego powiedzialam, ze chetnie zostalabym twoja kochanka. – Prosze, nie wracaj do tego. W gre wchodzi malzenstwo albo nic. Dlaczego nie chcesz za mnie wyjsc, Juliano? Wiedziala, ze w koncu bedzie musiala mu to wyjasnic. Niemniej bylo to bardzo trudne. – Jednym mezczyzna, ktorego kochalam poza toba, byl Edwin Myfleet. Kiedy umarl, peklo mi serce. Nie chce, zeby stalo sie to znow. Martin potarl dlonia czolo. – Skoro i tak mnie kochasz, nie przestaniesz mnie kochac tylko dlatego, ze nie wyjdziesz za mnie za maz. – Nie, ale moge nie dopuscic, by stalo sie to jeszcze trudniejsze. Gdybym za ciebie wyszla, groziloby mi, ze z kazdym mijajacym dniem bede cie kochac bardziej i bardziej. Martin usmiechnal sie czule. – Mam taka nadzieje. – Sam widzisz. – Juliana bezradnie rozlozyla rece. – Juz to robisz! – Co robie? – Sprawiasz, ze kocham cie bardziej. Chcialabym, zebys przestal. Martin znow przyciagnal ja do siebie. – Juliano, to glupie. Jestem silny i zdrowy i nie mam zamiaru umierac i zostawiac cie sama, tak jak Myfleet. Juliana pokrecila glowa. – Skad mozesz o tym wiedziec, Martinie? – Lzy naplynely jej do oczu. – Nienawidzilam Edwina za to, ze mnie zostawil – nienawidzilam go! Nigdy mu nie wybaczylam! Kochalam go tak bardzo, a on mnie opuscil, i myslalam, ze sama umre z rozpaczy. Jak mogl mi to zrobie? Zostawic mnie, kiedy tak go potrzebowalam. Glos jej sie zalamal, rozszlochala sie i ukryla twarz na ramieniu Martina. Byla tak krucha w jego objeciach, jak motyl ze zlamanym skrzydlem. Serce przepelnila mu milosc i wspolczucie. W koncu, kiedy jej placz troche ucichl, odsunal ja nieco od siebie i popatrzyl na jej zbolala twarz. – To dlatego tak sie zachowywalas? Chodzi mi o to, ze trzymalas wszystkich na dystans. Juliana spojrzala na niego. – Czesciowo. Po Smierci Myfleeta myslalam, ze uda mi sie odnalezc szczescie z Clive'em Massingliamem Wydawalo mi sie, ze jestem w nim zakochana do szalenstwa, ale teraz widze, jakie to bylo falszywe. A kiedy Massingham pokazal swoja prawdziwa twarz, postanowilam, ze nigdy wiecej nie naraze sie na taki bol. A wiec uprawialam towarzyskie gry, zawsze trzymajac konkurentow na dystans. – Nie tylko mezczyzn. Ludzi, ktorzy mogli stac sie twymi przyjaciolmi, takich jak Amy i Annis, a nawet wlasna rodzine. Juliana z zaklopotaniem wzruszyla ramionami. – Bylam zazdrosna o Amy. Joss byl jedynym czlowiekiem, na ktorym mi zalezalo. Jedynym, ktory okazal sie lojalny wobec mnie. Kiedy sie ozenil, bylam wsciekla – i zazdroscilam mu szczescia. Ale to prawda, ze odrzucalam oferty przyjazni ze strony Amy i ze strony Annis. – Objela sie ramionami i troche odsunela. – Latwiej bylo zachowywac dystans. Zapewne mogla – bym nawet pogodzic sie z ojcem, gdybym nieco wczesniej troche sie o to postarala. Nie chcialam juz nikogo kochac. – A potem zaczelas dopuszczac ludzi do siebie. Juliana smetnie przytaknela. – Tak. Najpierw Clare, Kitty i Brandona, potem ciocie Trix i Amy, i nawet mego ojca, tylko troche. A potem ciebie. Byles najbardziej niebezpieczny ze wszystkich, bo pragnelam cie od poczatku, a jak juz cie pokochalam – pokrecila glowa – bylam zgubiona. Martin podszedl blizej. – Nie odejde, Juliano, wiesz o tym. Nie pogodze sie potulnie z odmowa i nie zostawie cie. Nie teraz, kiedy wiem, ze ci na mnie zalezy. Juliana westchnela. Czula, jak jej opor slabnie w obliczu takiej pewnosci. Tak naprawde wcale nie chciala sie opierac. – Ale, Martin, gdybym miala cie utracic… – Ciii. Tak sie nie stanie. Nigdy. Juliana znow znalazla sie w jego objeciach. Podjela ostatni wysilek. – Nigdy nie zmienie sie w slodka szacowna zoneczke, wiesz o tym. Nawet kiedy sie zestarzeje, bede jedna z tych starszych pan, ktore przepadaja za naprzykrzaniem sie rodzinie, jak Beatrix. Martin usmiechnal sie. – Nie moge sie doczekac, kiedy to zobacze – powiedzial i pochylil sie, by ja pocalowac. ROZDZIAL DWUNASTY Juliana Davencourt siedziala przed lustrem i wpatrywala sie dlugo, bacznie w swoje odbicie. Z jakiegos powodu oczekiwala, ze bedzie wygladac inaczej, zupelnie jakby sam fakt zostania zona Martina mial pociagnac za soba zauwazalna zmiane. Niezupelnie rozumiala, co sie stalo tego ranka. Odtworzyla wszystko w myslach, jakby dzieki temu to, co sie wydarzylo, moglo wydac sie bardziej realne. Byla teraz lady Juliana Davencourt. Zona Martina. Przysiegala, ze juz nigdy nie wyjdzie za maz. Kochala Edwina Myfleeta z calego serca, a Clive'a Massinghama z namietnoscia zrodzona z rozpaczy. Z Martinem polaczyly ja milosc, namietnosc, czulosc i przywiazanie, a wszystko razem tworzylo najniezwyklejszy prezent od losu. Nawet gniew na ojca nie zdolal oprzec sie temu wybuchowi szczescia. Kiedy Martin delikatnie zasugerowal, ze mogliby wziac slub w Ashby Tallant, Juliana niechetnie wyrazila zgode. Tego ranka, kiedy ojciec wprowadzil ja do kaplicy, gdzie miala poslubic Martina w obecnosci swiadkow, ktorymi byli Beatrix, Joss i Amy, miala wrazenie, ze serce rozsadzi jej piersi. Wstala, podeszla niespokojnie do okna, odsunela ciezkie zaslony i wyjrzala. Laka za parkiem rozciagala sie az do rzeki, ciemnej i mrocznej mimo gwiazd opromieniajacych rozowawy lipcowy zmierzch. Rzadko widywala Ashby Tallant w takiej krasie. Przez otwarte okno wpadl lekki wietrzyk, ktory poruszyl kotare przy lozku, a plomienie swiec zamigotaly. Wkrotce w przyleglym pokoju rozlegly sie glosy; Martin odprawial pokojowca. Julianie nagle zaschlo w ustach. Teraz… Drzwi sie otworzyly i wszedl Martin, cicho zamykajac je za soba. Zatrzymal sie i popatrzyl na nia, stojaca w nogach lozka w prostej, bialej nocnej koszuli. Wlosy miala zaplecione w ciezki miedziany warkocz i Martin usmiechnal sie do niej czule, gdy jego wzrok na nim spoczal. – Wygladasz najwyzej na osiemnascie lat z tymi wlosami, najdrozsza. – Postawil swiece na nocnym stoliku. – Chodz tutaj. Juliana powoli podeszla do Martina i polozyla mu dlon na piersi, wyczuwajac pod palcami gladki jedwab koszuli nocnej. – Martin, ja… troche sie boje. Usmiechnal sie i spojrzal jej w oczy. – Tak, wygladasz na przerazona. Nie ma potrzeby sie bac, moje kochanie. Pocalowal ja bardzo ostroznie, ledwie muskajac wargami jej usta, najdelikatniej jak potrafil. Westchnela cichutko. – Mmm… To bardzo mile. – Widzisz – czula, jak Martin sie usmiecha – nie ma najmniejszego powodu do obaw. Tym razem pocalowal ja mocniej, dotykajac jezykiem jej dolnej wargi, wsuwajac go jej do ust. Scisnal ja lekko w talii, czula cieplo jego dloni przez cienki material koszuli. Od tych slodkich doznan zakrecilo jej sie w glowie. Przytrzymala sie klap jego nocnego stroju i przyciagnela go blizej, az piersiami naparla na jego tors. Kolana sie pod nia uginaly. – Martinie. – Odsunela sie nieco. – Nie jestem pewna, czy wytrzymam dluzej. – To dobrze – przemowil Martin, lekko ochryplym glosem. Wzial ja na rece i ulozyl delikatnie posrodku wielkiego loza, a nastepnie usiadl przy niej. Jego dlonie powedrowaly do jej warkocza i zaczal delikatnie go rozplatac. Juliana zawisla wzrokiem na jego twarzy. Widac bylo malujace sie na niej napiecie. Powoli, nieslychanie powoli pochylil sie nad nia i pocalowal ja ponownie, wsuwajac palce w jej wlosy. Juliana wsunela dlonie pod jego koszule, po czym przejechala dlonmi po jego piersi, 'wbijajac palce w gladka, naga skore ramion. Martin z wielka ostroznoscia pociagnal za tasiemki i sciagnal jej koszule, znaczac przy tym lekkimi pocalunkami szlak od obojczyka w dol przez krzywizne piersi. Juliana miala wrazenie, ze tonie, trawiona nieugaszonym pozadaniem. Dotyk jego warg miedzy piersiami odebrala jak wyrafinowana torture. – Kocham cie, Juliano. Uslyszawszy te slowa, otworzyla oczy i spojrzala w twarz Martina z zachwytem i ulegloscia. Kiedy polozyl sie na niej calym ciezarem, nie czula nic poza radoscia. Otworzyla sie dla niego z jekiem ulgi polaczonej z desperacja i poczula, jak sie w niej porusza, delikatny i natarczywy, zarliwy i slodki, zrodlo niewyczerpanej rozkoszy. Krzyknela i wydalo jej sie, ze on tez, a kiedy ostatnie drzenia ustaly, zamknal ja w ciasnym uscisku, tulac do siebie. Wowczas znikly koszmary; Edwin umierajacy i lamiacy jej serce, Massingham porzucajacy ja na pastwe lekow. Czula sie wyjatkowo bezpieczna i wyjatkowo kochana. Odwrocila glowe do Martina i niezgrabnie pocalowala go w zaglebienie miedzy obojczykami. – Ja tez cie kocham – szepnela, wtulajac sie w niego jeszcze bardziej. Mruknal cos z sennym zadowoleniem i ulozyl ja sobie w zgieciu lokcia. Po chwili poruszyl sie lekko i wtulil wargi w jej wlosy. – Dlaczego sie smiejesz? Juliana musnela dlonia jego piers. – Smieje sie z ciebie, najdrozszy. Myslalam, ze jestes taki powazny, taki opanowany. Jeknela, kiedy Martin zagarnal ja pod siebie. W jego oczach plonal ogien. – A teraz? Smiech Juliany ucichl. – Teraz wiem, jak bardzo sie mylilam – szepnela, kiedy po chylil sie, by pocalowac ja jeszcze raz. Po kolacji nastepnego wieczoru Juliana przeprosila rodzine i udala sie na samotny spacer po ogrodzie. Pozwolili jej odejsc bez komentarza, wymieniajac usmiechy na widok spokojnego szczescia w jej oczach. Martin pocalowal ja lekko i powiedzial, ze jesli nie wroci za pol godziny, pojdzie jej szukac. Juliana krazyla bez celu w polmroku, wdychajac mocny zapach cisow i rozkoszujac sie pieszczota wiatru na twarzy. Jej kroki byly lekkie, a umyslu nie zaprzataly zadne troski. Wszystkie jej zmysly ozyly. Po raz pierwszy w Ashby Tallant byla szczesliwa – szczesliwa bez zastrzezen. Ale nawet teraz nie miala za wiele czasu, bo za pare dni planowali wracac do Londynu i juz nie mogla sie doczekac, kiedy znow zobaczy Kitty i Clare i poglebi znajomosc z nowa rodzina. Nawet chciala, zeby byli na slubie, ale wszystko zostalo zalatwione tak szybko i dyskretnie, ze nie bylo na to czasu. Miala nadzieje, ze jej wybacza, i beda sie cieszyc, ze zyskali nowa siostre. Minela jezioro i zawrocila ku tarasowi. Przez otwarte okna wlatywaly dzwieki fortepianu, smiech i glosy. Przyspieszyla kroku na mysl o tym, ze wkrotce dolaczy do Martina. Myslami juz wybiegla w czekajaca ich noc i przechodzil ja dreszcz niecierpliwego wyczekiwania, kiedy poczula inny dreszcz, nie tyle podniecenia, co leku. Rozejrzala sie wokol. Przez sekunde miala wrazenie, ze ktos ja obserwuje. Na prawo od tarasu rosl stary dab o poteznym grubym pniu i galeziach siegajacych ziemi. Za nim szelescily cicho krzewy wawrzynu poruszane wiatrem. Juliana przyspieszyla kroku, nagle zapragnela znalezc sie w srodku. Bylo bardzo ciemno. Ciemno i zimno. Ktos wyszedl na sciezke przed nia. Wyszedl i przemowil. Rozpoznala ten glos. Nie sadzila, ze jeszcze kiedykolwiek go uslyszy. – Dobry wieczor, Juliano – powiedzial Clive Massingham. – Czekalem na ciebie. ROZDZIAL TRZYNASTY _– _ Massingham – powiedziala Juliana tepo. Clive Massingham wyszedl z cienia krzewow wawrzynu i stanal w swietle ksiezyca. Srebrne promienie padaly na te doskonale zapamietana twarz, meskie rysy, teraz jakby pospolitsze, oczy zmruzone, wydatne wargi skrzywione w charakterystycznym grymasie zgorzknienia. Juliana zachodzila w glowe, jak mogla go kiedykolwiek kochac. Wydawalo sie to niemozliwe. Pomyslala, ze zaszla tak daleko, a jednak znow znalazla sie w punkcie wyjscia. – Zdawalo mi sie, ze widzialam cie wczesniej – zauwazyla bezbarwnym glosem. – Pod domem Emmy Wren ktorejs nocy i jeszcze raz na balu. Pomyslalam wtedy, ze mi sie przywidzialo. – Marzylas o mnie? – Massingham rozesmial sie. – Mimo to nie wydajesz sie szczegolnie uszczesliwiona widokiem mojej osoby, moja droga. Juliana zaplotla dlonie. – Nie jestem. Naturalnie, ze nie jestem. Myslalam, ze nie zyjesz. – Nie wydajesz sie zaskoczona tym, ze tak nie jest. Poruszyla sie lekko. Faktycznie, byla zaszokowana, ale ani troche nie zaskoczona. – Cos takiego po prostu do ciebie pasuje, Massingham. Zawsze mialam dziwaczne uczucie, ze nie pozbylam sie ciebie na dobre. – Dlaczego mialabys chciec sie mnie pozbyc? Sprawial wrazenie autentycznie urazonego. Najwyrazniej w swej nieslychanej zarozumialosci naprawde oczekiwal, ze ona padnie mu w ramiona z placzem radosci. Odparla chlodno: – Jest wiele powodow. Od czego powinnam zaczac? – Chodzi o twego nowego meza? – Gwaltownym ruchem glowy wskazal oswietlone okna holu. – Dobrze sobie poradzilas tym razem, Juliano, musze ci to przyznac. Wartosciowy, uczciwy czlowiek z zasadami, jakze rozny od… – Rozny od awanturnikow takich jak ty? Twarz Massinghama pociemniala, a gorycz na powrot wykrzywila mu rysy. – Kiedys dosc lubilas moje towarzystwo, Juliano. Oboje kombinowalismy, kazde na swoj sposob, i to nam odpowiadalo. Miana mocno zacisnela drzace palce. – Tak bylo, zanim wykorzystales swoj spryt do okradzenia mnie i porzuciles mnie sama w Wenecji. – Popatrzyla na niego. – Powiedzieli mi, ze umarles w wiezieniu, do ktorego trafiles za dlugi. Massingham znow sie rozesmial. – Wlasnie na to poszly twoje cenne pieniadze, moja droga. Calkiem latwo kupilem wolnosc i nowa tozsamosc. Dzieki temu poczulem sie wolny. – Ja tez sie uwolnilam – powiedziala Juliana spokojnie. – Z mojego zauroczenia toba. Boze, jakaz bylam idiotka, by tak wysoko cenic podniecenie! A tak naprawde to nie bylo podniecajace, prawda, Clive? Raczej koszmarne, ponizajace i dosc smutne. Nigdy nie byles mi wierny i nigdy ci na mnie nie zalezalo. Wolalabym, zebys nie wracal. – Kochasz Davencourta? – W glosie Massinghama pojawila sie szydercza nuta. – Mala dama sklonna do ryzykanckich zabaw postanawia stac sie godna szacunku i poslubia strasznego nudziarza. – Zdaje sie, ze masz na mysli czlowieka honoru. – Podniosla nieco glos. – Tak, kocham Martina calym sercem. Ma wszystkie te cechy, ktorych tobie tak wyraznie brak. – I dziekuje za to Bogu. – Massingham wsunal rece w kieszenie. Sprawial wrazenie wyjatkowo pogodnego. – Coz, to troche zmienia sytuacje, ale nie na gorsze. Obawialem sie, ze bede zmuszony udawac, ze za toba tesknilem. W takim ukladzie mozemy zawrzec transakcje, ty i ja, i nie musimy zadawac sobie trudu udawania uczuc, ktorych nie zywimy. Juliana patrzyla sie na niego nierozumiejacym wzrokiem. – Co masz na mysli, mowiac „transakcje”? – Daj spokoj, moja droga. Moze i stalas sie godna szacunku, ale gdzie sie podziala twoja bystrosc umyslu? Chyba nie sadzisz, ze potulnie odejde i zachowam milczenie, podczas gdy ty bedziesz zyla w raju milosci? – Zasmial sie z przymusem. – W bogatym raju. – Och, rozumiem. – Doznala olsnienia. – Tak, rzeczywiscie wykazalam sie naiwnoscia, zakladajac, ze przybylbys tu, gdybys niczego ode mnie nie chcial. – Oczywiscie. – Chodzi ci o pieniadze, jak sadze? – Oczywiscie – powtorzyl Massingham. – Jak slyszalem, masz teraz sporo pieniedzy, tak samo jak Davencourt. Bog jeden wie, dlaczego sie z toba ozenil. Nie macie ze soba nic wspolnego. Musze jeszcze sie nauczyc, ze interesujesz sie polityka. – Przyjrzal sie jej z namyslem. – Pewnie pragnal cie posiasc. Wciaz jestes cholernie pociagajaca kobieta, choc zimna jak lod. Miejmy nadzieje, ze nie rozczaruje sie tak jak ja. Juliana zacisnela dlonie w piesci. – Wybrales ciekawy sposob przekonania mnie, bym ci zaplacila, Clive. – Coz. – Massingham wzruszyl ramionami. – W twojej sytuacji nie powinnas sie uskarzac, prawda, moja droga? W koncu jestes moja zona. Jedno moje slowo i bedzie po wszystkim. Juliana tak mocno przygryzla warge, ze poczula smak krwi. Jego zona. Bylo to cos, o czym nie chciala w tej chwili myslec, bo obawiala sie, ze jak tylko to zrobi, jej swiat rozpadnie sie na kawalki i nigdy nie uda jej sie go poskladac. Wziela gleboki oddech. – Czego chcesz? – Chcialbym moc powiedziec, ze jedyne, czego od ciebie chce, to zaplata za ponowne znikniecie. Na nieszczescie dla nas obojga bardziej mi sie oplaca byc twoim mezem, niz szantazowac cie, moja droga. – Odczekal chwile, skoro jednak milczala, podjal: – Chce tych stu piecdziesieciu tysiecy funtow, ktore ojciec dla ciebie przeznaczyl, Juliano. To dlatego zamierzam powstac z martwych jako twoj maz. Julianie zrobilo sie zimno. – Ojciec nigdy nie zaplaci, jesli sie dowie, ze te pieniadze maja trafic do ciebie! Nienawidzi cie jak nikogo na swiecie! Wykrzywil pogardliwie usta. – Jeszcze jeden powod, dla ktorego powinno sie go zmusic do zaplaty. I oczywiscie to zrobi. Stary jest realista w przeciwienstwie do ciebie, moja slodka. Rozumie, ze swiatem rzadzi pieniadz, a nie staromodne sentymenty! – Ale… – Tak wlasnie bedzie – powiedzial Massingham glosem, od ktorego przeszly ja ciarki. – Oznajmie moj powrot do swiata zywych i pospiesze polaczyc sie z ukochana zona – szydzil. – Twoj ojciec zaplaci, chcac zminimalizowac skutki skandalu. Nawet nie probuj sie temu sprzeciwiac, Juliano, bo wowczas bede zmuszony rozglosic intymne szczegoly naszego romansu i ucieczki calemu swiatu i tak utytlam twoje imie w blocie, ze tym razem juz sie z tego nie podniesiesz. Twoje dawne wybryki w porownaniu z tym sa niczym, moja droga. Naturalnie pociagne Davencourta na dno wraz z toba. – Usmiechnal sie. – Cale szczescie, ze tym razem slub byl tak cichy, bo tym sposobem mozemy pozbyc sie Davencourta jak gdyby nigdy nic. Lepiej sie z nim czule pozegnaj, moja slodka. Mam zamiar wkrotce upomniec sie o ciebie i o moje miejsce w towarzystwie. – Chcesz powiedziec, ze masz zamiar upomniec sie o pieniadze – zauwazyla Juliana. – Nic innego cie nie obchodzi. – To niezupelnie prawda. Obchodzi mnie zemsta. – Usmiechnal sie. – Dlatego, moja slodka Juliano, nawet jesli twoj ojciec zlamie sie i da mi te pieniadze, nie zamierzam sie usunac. Chce, zebyscie cierpieli. Wszyscy. Ty, twoj ojciec, Davencourt. A ja wreszcie bede zadowolony. – Naprawde uwazam, ze jestes chory, Clive – skomentowala Juliana drzacym glosem. – Zatruty zazdroscia i gorycza. – Chory z biedy i z braku wlasnego miejsca w swiecie – dokonczyl Massingham. – To wszystko: Teraz masz powiedziec Davencourtowi, ze wrocilem i ze go odprawiasz. Bez klotni, bez lez, bez obietnic. Jestes moja prawowita zona, nie jego, i na tym koniec. – On nigdy tego nie zaakceptuje – oswiadczyla Juliana. – Nie zostawi mnie tak po prostu. – Zrobi to, jesli powiesz mu, ze zawsze mnie kochalas, a teraz, skoro ja, twoj prawdziwy maz, wrocilem, chcesz byc ze mna. – Nie moge tego zrobic! – Naturalnie, ze mozesz! – Massingham przysunal twarz do twarzy Juliany. – Mozesz, jesli nie chcesz zrujnowac kariery Davencourta. Pomysl o tym, co by sie z nim stalo, gdybym zaczal rozsiewac pogloski o tym skandalu. Zona bigamistka. Potraktowano by go jak kretyna czy tylko uczyniono by zen obiekt drwin? – Parsknal lekcewazaco. – Zrobilabys mu to, Juliano? Obydwoje bylibyscie skonczeni, nie mowiac juz o perspektywach tych jego slicznych malych siostrzyczek. Juliana wstrzymala oddech. Az do tej chwili myslala tylko o wlasnym polozeniu i skutkach, jakie te wydarzenia moga miec dla Martina. Nie miala czasu, by spojrzec na cala sprawe w szerszym kontekscie, lecz teraz dotarlo do niej, o co chodzi Massinghamowi. To dotyczylo nie tylko jej i Martina. Dotyczylo calej rodziny Davencourtow. Najprawdopodobniej perspektywy malzenskie Kitty nie uleglyby zmianie, bo Edward Ashwick byl w niej zakochany po uszy i staly w uczuciach. Jednak sytuacja Clary przedstawiala sie inaczej, a poza tym trzeba bylo tez pamietac o mlodszych siostrach. Nie mialyby szans na przyzwoite zamazpojscie, gdyby rodzina zostala zhanbiona. Nie mogla im tego zrobic. – Powiem mu natychmiast – zapewnila. – Musisz dac mi troche czasu na uporzadkowanie wszystkich spraw. Dzien? Spotkam sie z toba jutro wieczorem. – Wtedy znow porozmawiamy. – W glosie Massinghama wyczuwalo sie satysfakcje. Najwyrazniej myslal, ze ona juz sie poddala. – Biedny Davencourt. Utraci swa czarujaca ukochana zoneczke. – Jego glos byl przepojony sarkazmem. – Pawie mu wspolczuje. Juliana weszla do srodka i skierowala sie prosto ku schodom. Jak tylko znalazla sie w swoim pokoju, zamknela drzwi na klucz i polozyla sie na wielkim lozku, wpatrujac sie niewidzacym wzrokiem w sufit. To wydawalo sie nie do uwierzenia. Nawet w Londynie, kiedy odniosla wrazenie, ze zauwazyla Clive'a Massinghama, odpedzila te mysl, uznajac, ze umysl plata jej figle. Jednak nie bylo to zludzenie. Massingham wrocil naprawde, a ona znalazla sie w niewyobrazalnie trudnej sytuacji. Byl jej mezem i nic nie moglo tego zmienic. Ich malzenstwo bylo wazne pod wzgledem prawnym, nie dalo sie zaprzeczyc. Slub z Martinem okazal sie nielegalny. Dzieki Bogu, ze uroczystosc byla cicha, tylko w obecnosci najblizszych. Jesli zas chodzi o cala reszte, mieli powody sadzic, ze to zwykle spotkanie rodzinne. Nietrudno bedzie wyciszyc cala sprawe, zobowiazac domownikow do zachowania tajemnicy. Martin bedzie mogl wrocic do Londynu i zajac sie kariera w parlamencie, jego rodzenstwu nie zagrozi skandal, a ona za pare tygodni oswiadczy zaskoczonemu swiatu, ze maz, ktorego uwazala za zmarlego, powrocil. Ukryla twarz w dloniach. W praktyce nie bylo to takie proste. Przede wszystkim moglo byc tak, ze ojciec odmowi wyplacenia stu piecdziesieciu tysiecy funtow. Bez trudu wyobrazila sobie, jak nieprzejednany starzec tym razem umywa rece od calej sprawy. Ktoz moglby go za to winic? Czy mozna bylo wymagac od niego, by dal olbrzymia sume pieniedzy czlowiekowi, ktory uciekl z jego zona, a po latach ozenil sie z jego corka? Wstepne kroki na drodze do porozumienia, poczynione przez nia i ojca, zostana calkiem zniweczone. Jednakze, jesli markiz nie zaplaci, Massingham wystapi z najbardziej msciwymi, najobrzydliwszymi historiami na jej temat, jakie bedzie w stanie wymyslic, co gorsza, nie oszczedzi tez jej matki, a wowczas markiz sie zalamie. To byloby zbyt wiele dla tego slabowitego starego czlowieka. Zaszlochala na mysl o utracie Martina. Kochala go tak bardzo – byli tacy szczesliwi. Coz jednak mogli zrobic? Byla zona Massinghama, a co za tym idzie kochanka Martina. Ni mniej, ni wiecej. Nie mogli mieszkac razem, bo skandal zwichnalby mu kariere i zrujnowal zycie jego siostrom. Musi pozwolic jej odejsc. Znala Martina i wiedziala, ze to bedzie najtrudniejsze. Massingham sugerowal, zeby oklamala Martina, oszukala go. Wiedziala, ze nie moze tego zrobic. Byl czlowiekiem honoru i w zamian zaslugiwal na szczerosc i uczciwosc. Poza tym nigdy by nie uwierzyl, gdyby mu powiedziala, ze kocha Massinghama. Natychmiast by sie domyslil, ze to klamstwo. Skrzywila sie. Gdyby powiedziala mu cala prawde, nie pozwolilby jej odejsc. Na pewno staloby sie cos strasznego. Nalegalby, zeby sie rozwiodla z Massinghamem albo nawet gorzej, wyzwalby Massinghama na pojedynek i tak czy inaczej wybuchlby skandal i wszyscy mieliby zrujnowane zycie. Martin nigdy by jej nie zostawil. Jednak mimo wszystko musiala powiedziec mu prawde. Zsunela sie z lozka. W domu panowala cisza, tylko zza otwartych drzwi do salonu dobiegaly przyciszone smiechy i glosy. Przypomniala sobie, co powiedziala Martinowi zaledwie dzien wczesniej, kiedy spacerowali razem w ogrodzie „Nigdy nie bylam szczesliwsza niz tu i teraz”. Juliana wziela gleboki oddech. Kiedy stanela w cieniu drzwi prowadzacych do salonu, odwrocili usmiechniete twarze w jej strone i pomyslala, ze zapamieta ten moment na zawsze. Potem zobaczyla, jak twarze im sie zmieniaja i usmiechy zaczynaja znikac, bo zauwazyli jej mine i ktos, chyba Amy, spytal: – Co sie stalo? Juliana patrzyla na Martina, ktory juz zdazyl wstac i ruszyl ku niej przez salon. – Wybaczcie mi – przemowila opanowanym glosem, nawet na sekunde nie odrywajac oczu od twarzy meza. – Przepraszam, ale musze Martinowi o czyms powiedziec. A potem, tak mysle, musze o tym powiedziec takze wam. Martin obejmowal ja tak mocno, ze Juliana miala uczucie, ze zebra jej popekaja, lecz nie zaprotestowala ani slowem. Ukryl twarz w jej wlosach i powtarzal: – Nie pozwole ci odejsc. Nie pozwole ci odejsc. Nigdy. Juliana oswobodzila sie. Siedzieli w pustym salonie do pozna w noc. Powiedziala o wszystkim i spierali sie, az utkneli w martwym punkcie, bo Juliana probowala uswiadomic mu, jak wazne jest zachowanie calej sprawy w tajemnicy, a Martin upieral sie, ze liczy sie tylko to, zeby byli razem, i pal szesc konsekwencje. Wiedziala, ze tak wlasnie powie, chciala to uslyszec, a jednak byla przerazona. Odgarnela potargane wlosy z twarzy i usiadla wygodnie na sofie. – Martin, mowilismy juz o tym tyle razy, kochany. Nie ma innego wyjscia. Jestem zona Massinghama niezaleznie od tego, jak bardzo oboje tego nie chcemy. – Jestes pewna? – spytal nagle. – Jestes pewna, ze wasze malzenstwo bylo zgodne z prawem? Juliana popatrzyla na niego i zaczela sie smiac. – Och, Martinie, naprawde bys wolal, zebym zyla z nim w grzechu niz legalnie? – O wiele. – Podszedl i uklakl przy niej. – To nie bylaby twoja wina, a nawet gdyby, to nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Chodzi tylko o to, zebysmy byli malzenstwem. Oficjalnie, ma sie rozumiec, bo w sercu zawsze bedziesz moja najdrozsza zona. – Moje malzenstwo z Massinghamem bylo zgodne z prawem – powiedziala beznamietnie. – Slub dal nam angielski pastor w Wenecji. Mam swiadectwo slubu. Przykro mi, Martinie. Tez wolalabym, zeby bylo inaczej, ale, niestety, to prawda. Swiatlo zniklo z twarzy Martina jak zdmuchnieta swieczka. Przeganial reka wlosy. – W takim razie musisz sie z nim rozwiesc. Juliana z rozpacza rozlozyla rece. – Martin, juz o tym mowilismy. Nie znasz tego czlowieka! Rozpowszechni o mnie najobrzydliwsze plotki i wowczas bedziesz naprawde skonczony. – To nie ma znaczenia. Wciaz bede mial Davencourt. I ciebie. – A co z dziewczetami? – spytala Juliana. – Jak one beda sie czuly, kiedy ludzie przyczepia im etykietki szwagierek najbardziej znanej bigamistki w Londynie? Zapadla cisza. – Beda musialy sie z tym pogodzic – odezwal sie w koncu Martin. – Och, Martinie, nie mozesz im tego zrobic! Wiesz, ze nie mozesz. Martin znow podszedl do niej. – Albo to, albo wpakuje w niego kule. Wybieraj. Juliana pokrecila glowa. – To nie jest wyjscie, choc brzmi niezwykle kuszaco! Nie myslimy jasno. – Nie opuszcze cie – powtorzyl Martin. – Zalozmy, ze zaszlas w ciaze. Nie moglbym zgodzic sie ani na to, ze Massingham uzna dziecko za swoje, ani na to, zebys byla zmuszona wychowywac je sama. Juliana nie pomyslala o tym i teraz przeniknal ja nagly bol. Nosic pod sercem dziecko Martina, a jednak nie moc sie z nim polaczyc – to wydawalo sie nie do zniesienia. Nie nosic jego dziecka, kiedy tak rozpaczliwie tego pragnela – to wydawalo sie niemal rownie okropne. – Nasze dziecko? Och, Martinie, nawet o tym nie mysl. – Musze. Myslisz, ze to niemozliwe? Juliana zamknela oczy. – Nie. Przynajmniej wkrotce sie tego dowiemy. – To za malo. To tylko kolejny powod, dla ktorego nie moge zostawic cie z tym wszystkim sama. Juliana ukryla twarz w dloniach. – Nie jestem w stanie sie skupic. Przespijmy sie z tym, a rano wrocimy do tej rozmowy. Twarz Martina zlagodniala. – Wygladasz na wyczerpana, najdrozsza. Musisz sie polozyc. – Nie bez ciebie. – Juliana spojrzala na niego. Na ulamek sekundy pojawilo sie miedzy nimi dziwne napiecie. – Nie zasne bez ciebie. Martin wyciagnal reke i pomogl jej wstac. Pocalowal ja, wkladajac w to cala milosc. Chciala zatrzymac te chwile na wieki, ale wypuscil ja z objec i zrobilo jej sie zimno. – Chodzmy do lozka. Rano moze wszystko wyda sie prostsze. Dom byl pograzony w ciemnosci i ciszy. Weszli po schodach, trzymajac sie za rece, lecz kiedy znalezli sie na pietrze, Martin skierowal sie do swej garderoby. – Powinienem zostawic cie sama. Juliana usmiechnela sie drzacymi wargami. Uniosla reke i dotknela jego twarzy, wyczuwajac pod palcami szorstki zarost. – Zdawalo mi sie, ze powiedziales, iz mnie nie zostawisz? Tak szybko wycofujesz sie z tej obietnicy? Martin wtulil wargi w jej dlon. – Juliano, Bog mi swiadkiem, ze cie pragne. Tak bardzo cie kocham. Niemniej… teraz nie powinienem cie dotykac. – W takim razie Massingham juz wygral – zauwazyla Juliana ze znuzeniem – i nie ma nic wiecej do powiedzenia. Odwrocila sie, ale Martin zlapal ja za ramie. Z hukiem otworzyl drzwi do sypialni, pchnal ja do srodka i kopniakiem je zamknal za nimi. Hattie, ktora ogrzewala koszule Juliany przed kominkiem, uniosla glowe, wystraszona. – Zostaw nas samych, prosze – rzucil zwiezle. Ledwie za pokojowka zamknely sie drzwi, kiedy Martin jedna reka objal Juliane w pasie i mocno przytulil, a druga przesunal do wyciecia sukni. Sciagnal ja, oswobadzajac jej piersi, wystawiajac ja na swoje spojrzenia. Juliana wydala stlumiony okrzyk. Pozadanie i desperacja Martina przeniosly sie na nia. Ogarnelo ja szalenstwo. Przygnebienie i zal wypalily sie w gwaltownej burzy uczuc. Martin szybko pozbyl sie ubrania. Rzucil suknie Juliany na podloge i pociagnal ja za soba na lozko. Polizal cieple wglebienie miedzy jej piersiami i cale jej cialo przeszyl dreszcz, kiedy dotknal jezykiem brodawki, przygryzajac delikatnie. Wargami wytyczyl szlak przez jej brzuch, napiety z podniecenia i zarliwego oczekiwania. Nogi rozchylily sie bezwladnie pod naporem jego slodkich pocalunkow. Wkrotce powrocil do jej ust i znow calowal ja namietnie, az objela go mocno. Przetoczyli sie przez lozko i upadli na podloge przed kominkiem, gdzie ogien rzucal blask na wypolerowane deski. Juliana usilowala wstac, ale Martin ja przytrzymal. Barkami dotykala nagiego drewna, a on calym ciezarem przygniatal ja i nie puszczal. Byl na niej i w niej, piescil jej piersi, wolal jej imie, az ogarnela ja ciemnosc i bezwlad, a niedlugo potem dotarla do krawedzi ekstazy i dalej. Wtem przepelnilo ja wzruszenie. Odwrocila twarz i plakala, az wyplakala wszystkie lzy. I choc Martin przeniosl ja z powrotem na lozko, trzymal w ramionach i pocieszal, wiedziala, ze juz nigdy nie bedzie tak samo. ROZDZIAL CZTERNASTY Po sniadaniu spotkali sie w rodzinnym gronie i rozmawiali caly dzien, ale mimo to nie znalezli rozwiazania Markiz byl za splaceniem Massinghama. Juliana byla wstrzasnieta tym, ze ojciec jest gotow bez wahania dac cale sto piecdziesiat tysiecy funtow czlowiekowi, ktorego nienawidzil ponad wszystko. Twarz mial pomarszczona i znekana a kiedy podeszla by go ucalowac, poczula ze policzek ma mokry od lez, i omal sie nie rozplakala. – Pierwsze, co przychodzi mi do glowy, to wpakowac w nie go kule – zauwazyl Joss niefrasobliwie. – Pojedynek. Szybko i sprawnie. Co ty na to, Martinie? Martin skinal glowa. – Jestem zdecydowanie za. Zadne inne rozwiazanie nie jest ani w polowie tak dobre. – Rozesmial sie, a jego ponura twarz na moment pojasniala. – Juz to proponowalem. Trudnosc w tym, ze Juliana sie nie zgadza. – Jesli ktokolwiek ma prawo zastrzelic Clive'a Massinghama to przede wszystkim ja – odezwala sie Juliana, starajac sie dostroic do pogodnego tonu brata. – Jednakze nie mozemy zapominac o konsekwencjach. – Pozbedziemy sie ciala – powiedzial Joss krotko. – Nikt nie bedzie za nim tesknil, a on i tak nie zasluguje na nic lepszego. Zapadla cisza. – Kuszace – odezwala sie w koncu Juliana – ale nie moge sie na to zgodzic. Chyba nie mozemy popelnic morderstwa? – Zasadniczo me – odparla Amy z namyslem – ale w tym wypadku mozna byloby nieco nagiac zasady. Juliana westchnela. – Juz nic nie wiem. Bratowa ujela jej dlon i uscisnela pocieszajaco. – Mowilas, ze kiedy masz sie z nim znow spotkac? – Dzisiejszego wieczoru. – Juliana spojrzala na zegar. – Za godzine. W letnim domku nad jeziorem. Och, co my zrobimy? Zapanowalo milczenie. Joss i Martin wymienili spojrzenia. – Idz na to spotkanie – odezwal sie Martin – i staraj sie je przeciagac. Potrzebujemy wiecej czasu, zeby pomyslec… a przynajmniej nakreslic jakis plan. Joss skinal glowa. – Powiedz mu, ze jeszcze nie zdazylas porozmawiac z Martinem i ze zrobisz to dzis wieczorem. Powiedz mu, ze jego powrot wprowadzil zamet w twoich uczuciach. Martin i ja bedziemy w poblizu. Jesli sprawy zaczna wygladac groznie, ujawnimy sie i… – Mysle, ze gdybyscie pokazali twarze, byloby jeszcze gorzej. – Juliana zadrzala. – Bo jakby sie to skonczylo? Najlepiej zostawcie cala sprawe mnie. Poradze sobie z Massinghamem. Nie zmienil sie zbytnio. Na widok spojrzenia, ktore poslal jej Martin, przebiegl ja zimny dreszcz. Massingham swoim pojawieniem sie wbil klin miedzy nia a Martina. Z kazda chwila oddalali sie od siebie coraz bardziej. Massingham nie przyszedl. Juliana czekala w letnim domku, az ksiezyc wzeszedl nad stawem, a lekki wietrzyk zmarszczyl powierzchnie wody. Drzala z zimna i leku. Po godzinie Martin wyszedl z kryjowki wsrod drzew i zabral ja do domu. Zadne nie odezwalo sie slowem. Tej nocy Juliana spala sama. Nastepnego ranka przy sniadaniu wszyscy sprawiali wrazenie znuzonych, zupelnie jakby zadne z nich nie zmruzylo oka. Zmuszajac sie do wypicia filizanki herbaty i zjedzenia kawalka grzanki z miodem, Juliana uswiadomila sobie, ze nie jest w stanie spedzic kolejnego dnia w niepewnosci, na zastanawianiu sie, dlaczego Massingham nie przyszedl na spotkanie ubieglego wieczoru, czy rozmyslnie probowal powiekszyc ich cierpienie i co wydarzy sie teraz. Kiedy kamerdyner wszedl z listem zaadresowanym na jej nazwisko, byla niemal pewna, ze to od niego, totez wziela go z podziekowaniem i ciezkim sercem. Obejrzala uwaznie list. Nie wygladalo to na pismo Massinghama, ale nie miala pewnosci. Rozciela nozem pieczec i spojrzala na podpis. Martin nie spuszczal wzroku z jej twarzy. – Czy to od niego? – Nie – odparla Juliana powoli. – Jest podpisany przez kogos o imieniu Marianne. Markiz z brzekiem upuscil noz i lokaj podskoczyl, by go podniesc. Juliana spojrzala na ojca. Twarz mial biala jak papier, a Beatrix wyciagnela do niego reke. Juliana zobaczyla, ze Amy poslala Jossowi pytajace spojrzenie. Zmarszczyla czolo. – O co chodzi? Czy ja…? Drzwi sie otworzyly i kamerdyner wszedl ponownie. – Przyszedl pan Creevey, tutejszy konstabl, milordzie. Przeprasza za tak wczesne najscie, ale mowi, ze ma bardzo pilna sprawe. Mam powiedziec, zeby zaczekal? Markiz odrzucil serwetke. – Spotkamy sie z panem Creeveyem teraz, Edgarze. Wprowadz go do blekitnego salonu. Wszyscy niezwlocznie przeszli do salonu. Pan Creevey, blady z natury, wygladal na gleboko wstrzasnietego. Zaniepokoil sie jeszcze bardziej, widzac, ze musi przekazac nowiny w obecnosci dam, a kiedy markiz polecil mu przedstawic sprawe, z ktora przyszedl, z trudem sie opanowal. – Przepraszam, ze zaklocam spokoj, milordzie, ale pomyslalem, ze powinienem pana powiadomic o tym natychmiast. Zdarzyla sie szokujaca rzecz, milordzie, naprawde szokujaca. Jestem w Ashby Tallant tyle lat, a jeszcze nigdy nie mielismy tu morderstwa. – Konstabl sprawial wrazenie, ze traktuje to jako osobista zniewage. – W dodatku na kims obcym. Juliana rzucila Martinowi bystre spojrzenie. Odpowiedzial jej tym samym i leciutko pokrecil glowa. Wobec tego spojrzala na Jossa. Usmiechnal sie do niej blado i niemal niedostrzegalnie wzruszyl ramionami. – Morderstwo – powtorzyl markiz powoli. – Zaskakuje nas pan, panie Creevey. Kim jest nieszczesna ofiara? – Pewien dzentelmen, ktory zatrzymal sie w gospodzie Pod Piorami, milordzie. – Najwyrazniej przybysz z Londynu. – Lepsze to niz ktorys z mieszkancow – orzekla lady Beatrix swoim patrycjuszowskim tonem. – Tylko obcy mogl zachowac sie tak prostacko, zeby dac sie zamordowac niemal na progu naszego domu. – Szokujaco niestosowne – zgodzil sie markiz. – Spodziewam sie, ze wszystkim sie pan zajal, panie Creevey? Konstabl przytaknal posepnie. – Sprawa wydaje sie oczywista, milordzie. Ow dzentelmen – zajrzal do notatek – niejaki pan Masham, co wynika z dokumentow, ktore mial przy sobie, zatrzymal sie w gospodzie Pod Piorami. Najwyrazniej byl tu przejazdem. Znal go pan, milordzie? Markiz powoli pokrecil glowa. – Nigdy go nie spotkalem, Creevey. – Wlasnie, milordzie. Byloby dziwne, gdyby go pan znal, tak mysle. – Pan Creevey pokiwal glowa. – Pan Masham nie podrozowal sam. Byla z nim pewna dama, zdaje sie. Znow pokiwal glowa, ubolewajac nad amoralnoscia ludzka w ogole, a pana Mashama w szczegolnosci. – Skromna, spokojna dama, tak przynajmniej twierdzi Cavanagh, oberzysta. Starsza, nie zadna rozpustnica z Covent Gar den. Ale nigdy nic nie wiadomo. To te spokojne trzeba miec na uwadze. Martin polozyl reke na dloni Juliany, ktora mocno sciskala material obicia sofy. Na prozno probowala rozluznic uscisk. Nie miala pojecia, ku czemu to wszystko zmierza, ale byla calkowicie pewna, ze ofiara jest Clive Massingham. Pozostawalo pytanie jak… – Co sie stalo, czlowieku? – spytal markiz, calkiem opanowany. – Coz, sir. – Konstabl zerknal nerwowo w kierunku dam. – Wyglada na to, ze byly tam jakies figle – migle, jesli wie pan, co mam na mysli. Markiz spojrzal na niego z gory. – Nie bardzo. Musi pan wyrazac sie jasniej, panie Creevey. Pan Creevey zarumienil sie. – Milosne gierki, milordzie. Miedzy dama a dzentelmenem. – Aha. – Wyglada jednak na to, ze sie nie udalo. – Konstabl nerwowo przerzucal kartki w notatniku. – Ofiara, to znaczy pan Masham, zostala znaleziona calkiem naga, milordzie, zakneblowana i przywiazana do czterech rogow lozka. Na kominku stal wazon z piorami, a… – Dosc szczegolow, tak mysle, Creevey. – Glos markiza byl oschly. – Czy ustalono przyczyne smierci? – Uduszenie, milordzie. Knebel. – Pan Creevey spojrzal z zaklopotaniem. – Byl bardzo mocno zacisniety, milordzie. A temu biednemu dzentelmenowi o malo oczy nie wyszly z orbit z wysilku, kiedy probowal sie uwolnic i zaczerpnac powietrza. Ale wiezy byly mocne, widzi pan i… – Tak, dziekuje ci, Creevey. – Markiz bez skrupulow wszedl mu w slowo. – Sadze, ze mamy pelny obraz. Oczywista sprawa, tak pan powiedzial. A co z jego towarzyszka? Mam na mysli te dame. Creevey westchnal. – Wyjechala, milordzie. Z zimna krwia, jak gdyby nigdy nic. Ostatniej nocy zabrala powoz i konie tego dzentelmena i powie dziala, ze pan Masham nie zyczy sobie, by mu przeszkadzano, bo musi popracowac nad jakimis papierami. Poinformowala, ze wynajmie konia i pojedzie za nia do Londynu, totez Cavanagh pozwolil jej odjechac. – Creevey wzruszyl ramionami. – Dzis rano poszedl do pokoju, aby spytac, czy ma przyniesc sniadanie, i zobaczyl to! Joss przemowil spokojnie: – Mysli pan, ze jest jakas szansa odnalezienia tej kobiety, Creevey? – Najmniejszej, milordzie. Cavanagh nawet nie znal jej nazwiska i myslal, ze ma brazowe wlosy. Ktos inny twierdzi, ze to blondynka. Do tego stopnia nie rzucala sie w oczy, ze nikt nie potrafi jej opisac. Tak jak powiedzialem, zawsze te spokojne… – Coz, dziekujemy ci, Creevey. – Joss podchwycil wzrok ojca i wstal, by odprowadzic konstabla do drzwi. – Jestem pewien, ze da nam pan znac, jesli pojawi sie cos nowego w tej „sprawie. – Naturalnie, milordzie. – Creevey grzecznie przyjal odprawe. Sklonil sie niezrecznie. – Prosze szanowne panie o wybaczenie. Drzwi sie zamknely. Czekali, poki nie uslyszeli, jak Edgar zatrzaskuje drzwi frontowe. – Zabily go jego wlasne wystepki – przerwala cisze lady Beatrix z niewatpliwa satysfakcja w glosie. Juliana oparla sie o Martina. – Nie moge w to uwierzyc. – Znizyla glos do szeptu. – Nie moge uwierzyc, ze on nie zyje. – Czula cieplo promieniujace od Martina, totez przylgnela do niego bardziej. – Ten zbieg okolicznosci… – To nie byl zbieg okolicznosci – przemowil szorstko markiz. – Gdzie jest twoj list, Juliano? Juliana zmarszczyla brwi. Prawie zapomniala o liscie, zaskoczona nowina Creeveya. – Mam go tutaj. Ale… – Proponuje, zebys go przeczytala. – Markiz z trudem podniosl sie z fotela. – Jesli bedziesz chciala nam o czyms powiedziec, znajdziesz nas w pokoju sniadaniowym. Wyszedl, opierajac sie ciezko na ramieniu Beatrix, a po chwili podazyli za nim Amy i Joss. Kiedy Martin wstal, zamierzajac pojsc w ich slady, Juliana wyciagnela reke i zlapala go za rekaw. – Nie. Martinie, prosze, zostan ze mna. Rozlozyla list i zaczela czytac. _Kochana Juliano!_ _Nie chcialabym, abys odczytala ten list jako przyznanie sie do winy, ale jesli zechcesz tak go potraktowac, zostawiam to do twojej decyzji. Zapewne Clive Massingham powiedzial Ci, ze we Wloszech zmienil tozsamosc, i watpie, czy prawda kiedykolwiek wyjdzie na jaw. Mam nadzieje, ze nie. To nie mialoby zadnego sensu. On nie zyje, a kiedy bedziesz czytala ten list, mnie tez juz tu nie bedzie._ _Massingham odszukal mnie we Wloszech kilka miesiecy temu. Minelo ponad dwadziescia lat, odkad mnie zostawil, jednak zalozyl, ze sie uciesze – moze nawet bede szczesliwa – kiedy odnowimy nasza znajomosc. Mylil sie. No coz, zawsze mial wygorowane mniemanie o sobie i swoich wdziekach. To powszechna wada u mezczyzn jego pokroju, tak sadze. Ale zbaczam z tematu._ _Mialam wlasnie wyrzucic go z domu, gdy zaczal mowic o Tobie – o tym jak z Toba uciekl, wzieliscie slub, a wreszcie porzucil cie w Wenecji przed dwoma laty. Wydawal sie niezmiernie dumny z tego obrzydliwego postepku._ _Z poczatku nie moglam uwierzyc wlasnym uszom. Przyczynic takiego bolu memu dziecku. Mysle, ze moj smutek byl tym wiekszy, ze sama nigdy niczego dla Ciebie nie zrobilam, a teraz ten czlowiek opowiadal mi z taka duma o tych wszystkich niewypowiedzianych okrucienstwach, ktorych dopuscil sie wobec Ciebie. Sadze, ze ogarnela mnie wtedy cicha furia, bo gdybym miala pod reka bron, z pewnoscia niezwlocznie poslalabym go do Stworcy. Nie mialam pojecia, ile czasu uplynelo i jak sie zachowywalam, lecz kiedy zlosc we mnie nieco opadla, uswiadomilam sobie, ze on wciaz opowiada i nie ma najmniejszego pojecia o tym, co ja czuje._ _Kiedy zaproponowal, zebysmy wspolnie powrocili do Anglii i przekonali Twego ojca do zaplacenia fortuny za pozbycie sie nas, nie musial mnie zbytnio zachecac. Naturalnie mialam inne powody, niz to sobie wyobrazal Massingham, ten arogancki glupiec. Wiedzialam, ze zamierza przysporzyc Ci klopotow i ze nic moge na to pozwolic. Cokolwiek bylo miedzy Twoim ojcem a mna umarlo i zostalo pogrzebani: dawno temu, a Mannlngham juz wyrzadzil Ci wystarczajaco duzo zlego, za duzo zlego – i nie mozna bylo dopuscic, by znow to uczynil._ _Najpierw przyjechalismy do Londynu, gdzie przeprowadzil dyskretny wywiad na twoj temat, wypytal, gdzie mieszkasz i jak sie przedstawia twoja sytuacja. Byl zachwycony odkryciem, ze zaleca sie do Ciebie Martin Davencourt, bo dostrzegal potencjalne korzysci z tej sytuacji. Sadze, ze z poczatku planowal poprzestac na zwyklym szantazu, kiedy jednak uslyszal, ze ojciec zamierza Cie obdarzyc fortuna, natychmiast sie do tego zapalil. Zaplanowal, ze powroci jako Twoj maz, zagarnie pieniadze, a potem podzieli sie ze mna. Sadze, ze Ci o tym powiedzial, kiedy widzial sie z Toba przed dwoma dniami. Naturalnie dostrzegl w tym okazje do zemsty nas obojga na Twoim ojcu – i przy okazji zagarniecia sporych pieniedzy. Co dziwne, nigdy nie watpil, ze moj cel jest taki sam jak jego, i to byl blad._ _Reszta byla latwa. Tej nocy, kiedy mial zobaczyc sie z Toba ponownie, zwabilam go do sypialni. Tak jak powiedzialam, bylo to latwe. Massingham mial niezwykle pochlebna opinie o swoich wdziekach, a ja jestem jeszcze calkiem atrakcyjna kobieta. Nie podejrzewal niczego do momentu, kiedy wcisnelam mu knebel w usta z wieksza sila niz potrzeba w milosnej grze. Oszczedze ci nieprzyjemnych szczegolow jego smierci, obawiam sie jednak, ze sporo sie nacierpial. Coz, taki jest los niegodziwca._ _Kochana Juliano, nie bylo mnie przy Tobie, jak bylas dzieckiem, i bez watpienia znajda sie tacy, ktorzy powiedza, ze to co dla Ciebie zrobilam teraz, jest dosc niekonwencjonalne, nawet jak na matke. Niemniej bede sie modlic za Twoje szczescie u boku kochajacego meza. Wyjdz za niego jeszcze raz, najszybciej jak sie da i nigdy nie pozwol mu odejsc. To jedyna rada, jaka Ci daje, lecz plynaca prosto z serca. Zycze Ci wszystkiego co najlepsze…_ _Twoja matka Marianne_ – Juliano? – odezwal sie Martin, ale widzac wyraz jej twarzy, przytulil ja do siebie, nie mowiac slowa wiecej. Pozniej tego dnia, kiedy wszystko zostalo omowione, Juliana udala sie na strych. Odsunela tkanine okrywajaca portret markizy Tallant i dlugo wpatrywala sie w ladna twarz na portrecie. Mialy niewatpliwie takie same oczy: szmaragdowozielone ze zlotymi plamkami, blyszczace i swiadczace o niezlomnym charakterze. O, tak, Marianne Tallant byla niekonwencjonalna, nawet amoralna. Byli tacy, ktorzy potepiliby ja, gdyby wiedzieli, co zrobila. Byli tez tacy jak jej maz markiz, ktory zachowa milczenie do smierci, i tacy jak jej corka, ktora wiedziala, ze na swoj wlasny niezwykly sposob matka kochala ja i wyzwolila. Juliana usmiechnela sie z niejakim smutkiem i z powrotem nakryla portret tkanina. Wiedziala, ze zadne z nich juz nigdy nie zobaczy Marianne Tallant. Nastepnego dnia Juliana i Martin wybrali sie na spacer nad rzeke. Przeszli przez podmokla lake, odsuneli zaslone z wierzbowych galazek i wslizneli sie w zielony mrok. Dzis rzeka plynela spokojnie. Tutaj Martin rozkladal swoje ksiazki i papiery, rysowal szkice i budowal modele. Tutaj Juliana lezala w cieplej trawie i paplala o balach i przyjeciach podczas sezonu w Londynie, podczas gdy on skrzypial olowkiem po papierze i pozwalal jej mowic do woli. Niemal widziala ich cienie, siedzacych nad woda, niemal slyszala echo ich slow sprzed lat. „Jesli w wieku trzydziestu lat bedziesz jeszcze potrzebowala meza, chetnie sie z toba ozenie”. „Jesli w wieku trzydziestu lat bede wolna, z radoscia przyjme twoje oswiadczyny”. Juliana usmiechnela sie lekko. Czas swoim zwyczajem zatoczyl kolo. Plynal powoli, czasem nieprzewidywalnie, ale w koncu kolo sie zamknelo. Tego ranka, majac za swiadkow markiza, Beatrix, Amy i Jossa, pobrali sie ponownie, tym razem juz na zawsze. Martin bez slowa wyciagnal reke i objal zone. Juliana polozyla mu glowe na ramieniu. Jego oddech poruszal jej wlosy. – Wszystko dobrze? Juliana obrocila sie w jego ramionach i przycisnela policzek do jego policzka. Potarla go delikatnie, po czym objela rekami za szyje, przyciagnela jego glowe i pocalowala w usta. – Dobrze – odparla, usmiechajac sie. – Nawet bardzo dobrze. Читайте больше книг на сайте онлайн-библиотеки mir-knigi.org