Автор : Orczy Baroness Название книги: Eldorado Читать на сайте: https://mir-knigi.org/author/orczy-baroness/eldorado Baronowa Orczy Eldorado [Eldorado - pic_1.jpg] Tytul oryginalny: Eldorado Cykle: Szkarlatny kwiat (tom: 2) Od wydawnictwa „Eldorado” jest dalszym ciagiem ksiazki pt. „Szkarlatny kwiat”. W Paryzu, w okresie najwiekszego terroru rewolucji francuskiej dziala tajemniczy „Szkarlatny Kwiat”, ktory ratuje niewinnych ludzi od smierci. Policja duzo by dala, aby wpasc na jego trop. Owym tajemniczym, nieuchwytnym bohaterem jest mlody Anglik, ktory wraz z grupa przyjaciol utworzyl tajna lige. Jeden z jej czlonkow, Armand, zakochuje sie w aktorce i swym nieostroznym zachowaniem naprowadza policje na trop „Szkarlatnego Kwiata”. Dostaje sie on do wiezienia oskarzony o uprowadzenie syna Ludwika XVI aresztowanego przez rewolucjonistow. „Szkarlatny Kwiat” bestialsko torturowany zgadza sie na wydanie mlodego delfina. Komisarz policji w licznej asyscie i w towarzystwie „Szkarlatnego Kwiata” i jego ukochanej jada do rzekomej kryjowki syna Ludwika XVI. Jest to jednak podstep. Czy naszemu bohaterowi uda sie uratowac i czy Armand odzyska swoja piekna aktorke? O tym juz opowie ta ksiazka. Wstep Tyle mylnych twierdzen wkradlo sie w ostatnich latach do opinii badaczy i ogolu czytelnikow o tozsamosci „Szkarlatnego Kwiatu” z monarchista gaskonskim, znanym w historii pod nazwiskiem barona de Batza, ze chwila wydaje mi sie odpowiednia do wyswietlenia wszelkich pod tym wzgledem watpliwosci. Osoba „Szkarlatnego Kwiatu” nie ma nic wspolnego ze spiskowcem baronem de Batzem i kazdy dojdzie do przekonania, zbadawszy pobieznie nawet te sprawe, ze wielkie i zasadnicze roznice zachodza u tych dwoch ludzi w ich charakterze, indywidualnosci, a przede wszystkim w ich dazeniach. Wedlug kilku historykow, baron de Batz byl glownym agentem szeroko rozstawionej sieci konspiracyjnej, podtrzymywanej zagranicznymi funduszami, zarowno angielskimi jak i austriackimi, a majacej na celu obalenie rzadu republikanskiego i wskrzeszenie monarchii we Francji. Nie ulega watpliwosci, ze aby osiagnac ten przewrot polityczny, baron de Batz uzywal wszelkich sposobow, oslabiajacych rzad rewolucyjny i wzbudzajacych nienawisc oraz niezgode pomiedzy jego czlonkami, przez co Konwencja stawala sie wielkim zerowiskiem dzikich, nigdy nienasyconych zwierzat rozszarpujacych sie wzajemnie. Ci sami historycy, ktorzy wierzyli niezachwianie w tak zwane zagraniczne sprzysiezenie, przypisuja intrygom barona de Batza kazde wazniejsze zdarzenie podczas wielkiej rewolucji, jak: upadek zyrondystow, ucieczke delfina z Temple, smierc Robespierre'a. On to, twierdza, podburzal Robespierre'a przeciw Dantonowi, H~eberta przeciwko Robespierre'owi. Jego podszeptom przypisywac mozna rzez wrzesniowa, okrucienstwa w Nantes i w miesiacu termidor swietokradztwa i plawienie; a wszystko to de Batz czynil w tym celu, by sekcje zgromadzenia narodowego, wspolzawodniczac w okrucienstwach, zwrocily sie w koncu przeciw sobie i jak Sardanapal splonely wraz ze swymi orgiami na wielkiej hekatombie rozpadajacej sie anarchii. Czy ten potezny wplyw de Batza na wypadki dziejowe byl prawdziwy lub zmyslony, nie tu nalezy badac. Jedynym celem naszym jest wykazac roznice zachodzaca miedzy nim a „Szkarlatnym Kwiatem”. Baron de Batz byl spiskowcem, nie rozporzadzajacym wcale wlasnymi srodkami, lecz otrzymywal fundusze z zagranicy. Byl jednym z tych ludzi, ktorzy nie maja nic do stracenia, ale duzo do zyskania i rzucaja sie slepo w wir polityki miedzynarodowej. Choc niejednokrotnie usilowal wyratowac Ludwika XVI, krolowa i rodzine krolewska z wiezienia i smierci, proby jego zostaly, jak wiemy bezowocne. Nigdy nie przyszedl z pomoca innym niewinnym ofiarom, ktore choc mniej wysokiego pochodzenia, byly rowniez meczennikami najkrwawszej rewolucji, jaka kiedykolwiek wstrzasnela posadami cywilizowanego swiata. Co wiecej, gdy 29 prairiala (dziewiaty miesiac francuskiego kalendarza republikanskiego, maj – czerwiec) nieszczesliwi ludzie, mezczyzni i kobiety, zostali skazani i scieci za udzial w tzw. zagranicznym sprzysiezeniu, de Batz, ktory uwazany jest powszechnie za glownego agitatora tego ruchu, nie uczynil najlzejszego wysilku, by ratowac swych towarzyszy lub co najmniej zginac przy ich boku. I jezeli przypomnimy sobie ofiary kobiece z dnia 29 prairiala, jak: pania Grandmaison, wierna stronniczke de Batza, piekna Emilie de St. Amaranthe, mala Cecylie Renault, dziecko, nie liczace jeszcze 16 lat i meskie, jak: Michonisa, Roussela, oddanych slug de Batza, barona de la L~ezardi~ere i hrabiego de St. Maurice, jego przyjaciol, to nie mozemy miec najlzejszej watpliwosci, ze spiskowiec gaskonski i angielski gentleman sa odmiennymi postaciami. Cel Anglika nie byl wcale polityczny. Nie intrygowal nigdy dla przywrocenia monarchii lub zniesienia republiki, ktora pogardzal. Jedyna jego troska bylo wyciaganie bratniej reki ku nieszczesliwym, ktorzy przywiazani do swych dobr, religii i dawnej tradycji, wpadli w sieci zastawione przez wlasnych rodakow. „Szkarlatny Kwiat” nie pragnal karac winnych, lecz ratowac niewinnych. Dla swoich celow narazal zycie, ilekroc stawal na ziemi francuskiej, dla nich poswiecal mienie i wlasne szczescie rodzinne. Poza tym twierdzono, ze spiskowiec francuski mial w samym lonie Konwencji towarzyszy, ktorzy byli dosc wplywowi i potezni, by zapewnic mu bezpieczenstwo. Anglik przeciwnie, mial przeciwko sobie cala Francje. Baron de Batz nigdy nie zadowolil wlasnej ambicji i niczego nie dokonal, „Szkarlatny Kwiat” zas jest postacia, z ktorej caly narod angielski slusznie moze byc dumny. Czesc pierwsza Rozdzial I. W teatrze „National” A teraz ludowi przypadlo w udziale bawic sie, tanczyc, uczeszczac do teatrow i sluchac muzyki w otwartych kawiarniach w „Palais Royal”. Powstawaly nowe mody, krawcowe wystawialy swieze modele sukien, a i zlotnicy nie proznowali. Ohydny cynizm, zrodzony pod wplywem nieustannego niebezpieczenstwa, nazwal pewien kroj tunik wymyslna nazwa, ktora byla aluzja do gilotyny. Jedynie przez trzy wieczory w ciagu tych pamietnych czterech i pol lat teatry byly zamkniete: bezposrednio po strasznym dniu rzezi 2 wrzesnia w wiezieniu de l'Abbaye, gdy caly Paryz zatrzasl sie od zgrozy, a krzyki mordowanych zagluszylyby oklaski widzow, ktorych rece ociekaly krwia. Poza tym kazdego wieczora teatry na ul. Richelieu, w „Palais Royal” i w Luksemburgu podnosily kurtyny i zbieraly pieniadze za bilety wstepu. Ta sama publicznosc, ktora w ciagu dnia przygladala sie z obojetnoscia dramatom, rozgrywajacym sie bezustannie na Place de la R~evolution, gromadzila sie tu wieczorami, zapelniala loze i krzesla, smiejac sie z satyr Woltera lub placzac nad sentymentalnymi tragediami przesladowanego Romea i niewinnej Julii. W owych czasach smierc kolatala do tylu drzwi i byla tak ciaglym gosciem w domach krewnych i przyjaciol, ze kogo wspanialomyslnie mijala, ten usmiechal sie z pogarda, wzruszal ramionami i z obojetnoscia oczekiwal nazajutrz jej prawdopodobnego powrotu. Paryz, mimo scen terroru, rozgrywajacych sie w jego murach, pozostal w dalszym ciagu miastem uciechy i noz gilotyny spuszczal sie moze rzadziej niz kurtyna w antraktach. W ten zimny wieczor 27 niv~ose'a drugiego roku republiki, czyli raczej 16 stycznia 1794 wedle starego stylu, teatr „National” wypelniala wytworna publicznosc. Wystep ulubionej aktorki w roli molierowskiej bohaterki przyciagnal caly rozbawiony Paryz na wznowienie sztuki „Mizantrop” z nowa inscenizacja i kostiumami, a zapowiedziany wspoludzial czarujacej artystki dodawal uroku zlosliwemu humorowi autora. „Monitor”, ktory bardzo bezstronnie notowal owczesne wypadki, donosil pod data tego dnia, ze Konwencja oglosila nowe prawo, nadajace pelna wladze jego szpiegom. Mogli od tej chwili przeprowadzac rewizje po domach prywatnych i wtracac do wiezienia wrogow szczescia ludzkiego bez poprzedniego zawiadomienia komitetu bezpieczenstwa publicznego. Obiecywano im sume 35 liwrow za kazda sztuke zwierzyny zdobytej dla gilotyny. Pod ta sama data „Monitor” donosil, ze teatr „National” byl wypelniony po brzegi na wznowieniu komedii obywatela Moliera. Po wydaniu tego prawa, skazujacego tysiace ludzi na laske i nielaske kilku okrutnikow, zamkniete zostalo posiedzenie Konwencji, ktora udala sie na ulice Richelieu. Milczenie pelne uszanowania zapanowalo na sali, gdy ojcowie ludu, ktorych imiona wzbudzaly postrach i groze, przeciskali sie przez waskie przejscia i zajmowali miejsca w lozach teatru. Wkrotce ukazala sie postac obywatela Robespierre'a w towarzystwie nieodstepnego przyjaciela St. Justa i siostry Charlotty. Danton, podobny do wielkiego plowego lwa, posuwal sie ku lozom, podczas gdy Santerre, piekny rzeznik i ulubieniec ludu, rozsiadal sie w fotelu, ubrany w wytworny mundur gwardii, wsrod glosnych oklaskow zgromadzenia. Publicznosc w gornych galeriach i na parkiecie szeptala z ozywieniem; postrach siejace nazwiska przelatywaly z ust do ust wsrod dusznego powietrza sali. Kobiety wykrecaly szyje na wszystkie strony, aby ujrzec glowy, ktore moze nazajutrz stoczyc sie mialy do strasznego kosza u stop gilotyny. W jednej z malych loz, najbardziej zblizonych do sceny, dwoch mezczyzn zajelo juz dawno miejsca, zanim teatr sie zapelnil. Wnetrze lozy bylo pograzone w cieniu i waski otwor, pozwalajacy obserwowac zaledwie jedna czesc sceny, maskowal raczej, niz odslanial siedzace w niej osoby. Mlodszy z tych dwoch mezczyzn wydawal sie obcy w Paryzu, gdyz ile razy zjawial sie jakis dygnitarz lub znany czlonek rzadu, zwracal sie do towarzysza o wyjasnienia co do tych osobistosci. – Powiedz mi, de Batz – rzekl, wskazujac grupe mezczyzn, wchodzacych wlasnie na sale – kim jest ten obywatel w zielonym ubraniu, trzymajacy reke przy twarzy? – Gdzie? O ktorym mowisz? – Tam, patrzy wlasnie w te strone i trzyma w reku program; ma taka wystajaca brode i wypukle czolo, a twarz i oczy jak szakal. Widzisz? Jego towarzysz wychylil sie z lozy i malymi, ruchliwymi oczkami zaczal przebiegac po szczelnie zapelnionej sali. – Juz widze! – zawolal, gdy poznal twarz wskazana mu przez przyjaciela – to obywatel Fouquier Tinville. – Prokurator? – On sam, a obok niego stoi H~eron. – H~eron? – zapytal mlodzieniec. – Tak. On jest glownym agentem w „komitecie bezpieczenstwa publicznego”. – Co to znaczy? Obaj cofneli sie w glab lozy i ciemne ich postacie znikly w mroku. Od czasu, gdy nazwisko prokuratora zostalo miedzy nimi wymienione, instynktownie glosy ich znizyly sie do szeptu. Starszy mezczyzna, barczysty ospowaty czlowiek, o malych przenikliwych oczach, wzruszyl ramionami na pytanie przyjaciela, a potem rzekl z pogardliwa obojetnoscia: – To znaczy, moj drogi St. Just, ze ci dwaj ludzie, ktorych tam widzisz na dole spokojnie czytajacych program dzisiejszego wieczora i zamierzajacych zabawic sie w towarzystwie s.p. Moliera, sa dwoma psami mysliwskimi, rownie wszechwladnymi jak chytrymi. – Tak, tak – odrzekl St. Just i mimo woli dreszcz przeszyl go na wylot – Fouquier Tinville, wiem, znam jego chytrosc i znaczenie, ale tamten? – Tamten? – powtorzyl de Batz – H~eron? Pozwol mi powiedziec ci, przyjacielu, ze potega i chciwosc prokuratora bledna wobec wladzy H~erona. – Jakim sposobem? Nie rozumiem. – Bawiles tak dlugo w Anglii, ty szczesliwy czlowieku, ze choc wiesci o naszej tragedii niewatpliwie doszly do ciebie, nie znasz blizej aktorow, grajacych glowne role na krwawej arenie wzniesionej przez nienawisc. Przychodza i odchodza ci aktorzy, moj drogi St. Just, wstepuja na widownie i znikaja. Marat jest juz czlowiekiem przeszlosci, Robespierre – przyszlosci. Dzisiaj mamy jeszcze wciaz Dantona, Fouquier Tinville'a, P~ere Duch~esne'a i twego wlasnego kuzyna St. Justa, ale H~eron i jemu podobni beda zawsze z nami. – Szpiedzy? – Ma sie rozumiec – potwierdzil drugi – i jacy szpiedzy! – Czy byles dzisiaj na posiedzeniu Konwencji? – Nie. – Ale ja bylem. Slyszalem nowy dekret, ktory stal sie od dzis prawem. Mowie ci, przyjacielu, ze nie proznowalismy w tych dniach. Robespierre obudzil sie rano z pewnym pomyslem, po poludniu ten pomysl stal sie prawem, przeszedlszy przez rade sluzalczej garstki ludzi, nie majacych odwagi oprzec sie jego woli ze strachu, by im nie zarzucono umiarkowania lub litosci, najciezszych zbrodni, ktore mozna popelnic w tych czasach. – Ale Danton? – Ach, Danton!… On chcialby powstrzymac pozoge przez niego rozniecona, okielznac dzikie zwierzeta, ktorym sam zaostrzyl kly. Powiedzialem ci, ze Danton jest jeszcze czlowiekiem doby obecnej. Jutro zarzuca mu umiarkowanie. Danton zbyt umiarkowany? Moj Boze! Danton, ktory uwazal, ze gilotyna pracowala zbyt wolno i uzbroil trzydziestu zolnierzy w miecze, aby sciac trzydziesci glow rownoczesnie! Danton, moj drogi, zginie jutro jako zdrajca republiki pod zarzutem zbytniej slabosci wzgledem nieprzyjaciol; a tacy nedznicy jak H~eron, beda napawali sie krwia Dantona i jego wspolnikow. Umilkl na chwile, bo nie smial podnosic glosu, a szepty ich zagluszal zgielk, panujacy na sali. Kurtyna, ktora miala sie podniesc o osmej, wciaz jeszcze byla spuszczona, choc juz dochodzilo pol do dziewiatej, a publicznosc zaczynala sie niecierpliwic. Daly sie slyszec glosne tupania, a z galerii odezwaly sie gwizdy niezadowolenia. – Jezeli H~eron straci cierpliwosc – rzekl de Batz, gdy halas ustal na chwile – dyrektor teatru i rezyser, beda mieli jutro niemila przeprawe. – Wciaz tylko H~eron! – rzekl St. Just z pogardliwym usmiechem. – Tak, przyjacielu – odparl jego towarzysz spokojnie – zawsze H~eron, a dzis po popoludniu stal sie jeszcze potezniejszy. – Wskutek nowego dekretu? – Tak. Agenci komitetu bezpieczenstwa publicznego z H~eronem na czele otrzymali prawo rewizji w domach prywatnych i scigania nieprzyjaciol szczescia ogolnego. Jak to jasno brzmi, nieprawdaz? Kazdy moze sie stac wrogiem szczescia ogolnego, badz to wydajac za duzo pieniedzy, badz tez za malo, smiejac sie dzisiaj lub placzac jutro, noszac zalobe po smierci krewnego lub cieszac sie z powodu egzekucji drugiego. Moze byc zgubnym przykladem dla spoleczenstwa przez wytwornosc lub zaniedbanie, chodzac pieszo dzisiaj, a jezdzac powozem za tydzien. Agenci komitetu bezpieczenstwa publicznego sami rozstrzygac beda, na czym polega ten wrogi stosunek do szczescia ogolnego. Wszystkie wiezienia maja otwierac podwoje dla tych, ktorych oni wyznacza; maja prawo sadzic wiezniow prywatnie bez swiadkow i posylac ich przed trybunal bez dalszych upowaznien. Ich zadanie jest jasne – dostarczac zwierzyny dla gilotyny, zajecia dla prokuratora, ofiar dla trybunalow i ohydnych scen mordow na placu Rewolucji dla zabawy ludu. Za te robote dostaja po 35 liwrow za kazda glowe. Jezeli H~eron i jego pomocnicy wezma sie energicznie do pracy, to cieszyc sie beda ladnym dochodem, od czterech do pieciu tysiecy liwrow tygodniowo. Idziemy coraz dalej, przyjacielu St. Just, nie ma co mowic. Nie podnosil glosu, opowiadajac o tych nieludzkich spiskach przeciw wolnosci i godnosci calego narodu. Zdawalo sie, ze nie odczuwa najmniejszego oburzenia; raczej przebijal w jego mowie pewien odcien triumfu i humoru. A teraz smial sie wesolo, jak poblazliwy nauczyciel, patrzacy na wrodzone popedy okrucienstwa zepsutego chlopca. – Dlatego tez musimy wyratowac z tego piekla rozpetanego na ziemi – zawolal goraco St. Just – tonacych w tej powodzi krwi. Policzki jego palaly, oczy blyszczaly szlachetnym ogniem. Wygladal bardzo mlodo: Armand St. Just, brat lady Blakeney, przypominal siostre, ale rysy jego, choc meskie, nie odznaczaly sie energia, cechujaca urocza twarz Malgorzaty. Czolo zdradzalo raczej marzyciela niz mysliciela, niebieskoszare oczy – idealiste, a nie czlowieka czynu. Niewatpliwie bystre oczy de Batza spostrzegly to, gdy spogladal na mlodego przyjaciela z ta dobroduszna poblazliwoscia, ktora wydawala sie u niego tak naturalna. – Musimy myslec o przyszlosci, kochany St. Just, a nie o terazniejszosci – ciagnal dalej po krotkiej przerwie, mowiac wolno i przekonywujaco, jak ojciec do porywczego dziecka. – Co znaczy pare ludzkich istot wobec wielkich zasad, ktorym holdujemy? – Wskrzeszenie monarchii, wiem – odparl St. Just zywo – ale tymczasem… – Tymczasem – przerwal mu de Batz powaznie – kazda ofiara, bedaca igraszka tych ludzi, stanowi krok ku wznowieniu praworzadnosci, czyli monarchii. Tylko przez te gwaltowne naduzycia, wykonywane w imieniu ogolnego dobra, narod przekona sie, jak bardzo zostal w blad wprowadzony przez zgraje ludzi, ktorych jedynym celem jest wlasny interes i kariera. Kiedy ludowi obrzydna orgie ambicji i nienawisci, zwroci sie przeciwko dzikim okrutnikom i z radoscia przyczyni sie do odbudowy wszystkiego, co staral sie przedtem zniszczyc. Oto nasza jedyna nadzieja na przyszlosc, i wierzaj mi, przyjacielu, ze kazda glowa wydarta gilotynie przez waszego romantycznego bohatera jest nowa cegielka, polozona pod gmach tej niegodziwej republiki. – Nie wierze w to – zaprotestowal St. Just. De Batz wzruszyl ramionami pogardliwie i z niezachwiana pewnoscia siebie, a jego krotkie, pulchne okryte pierscionkami palce zaczely niecierpliwie przebierac po poreczy lozy. Zachowanie sie Armanda draznilo go bardziej, niz bawilo. Ale nic nie odpowiedzial, czekajac na tradycyjny sygnal, zapowiadajacy podniesienie sie kurtyny. Na odglos sygnalu niecierpliwosc widzow scichla, jakby za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki. Wszyscy usadowili sie wygodnie na swoich miejscach, przestali sledzic ruchy ojcow ludu i zwrocili cala uwage na aktorow. Rozdzial II. Sprzeczne cele Armand St. Just pierwszy raz odwiedzil Paryz od czasu, gdy zerwal z partia republikanska, ktorej on i jego piekna siostra Malgorzata byli swego czasu najszlachetniejszymi i najgorliwszymi zwolennikami. Juz poltora roku temu naduzycia partii przerazily go, choc daleko jeszcze bylo im do hanbiacych orgii, dochodzacych dzisiaj do szczytu w krwawych hekatombach niewinnych ofiar. Ze smiercia Mirabeau, umiarkowani republikanie, ktorych szlachetnym celem bylo wyswobodzenie ludu francuskiego spod autokratycznej tyranii Bourbonow, ujrzeli, ze wladza wymyka sie z ich czystych rak w rece demagogow, nie znajacych innego prawa, jak wlasne namietnosci. Nie byla to juz walka na tle politycznym i religijnym, lecz walka klasy z klasa, czlowieka z czlowiekiem. Armand St. Just, jeden z apostolow wolnosci, braterstwa i rownosci, przekonal sie wkrotce, ze najokrutniejsze naduzycia tyranii byly dokonywane w imie idealow tak przez niego uwielbianych. Jego siostra Malgorzata, ktora szczesliwie wyszla za maz w Anglii, byla powodem ostatecznego jego rozbratu z ojczyzna. Iskra zapalu, rozniecona przez nastepcow Mirabeau w sercach ucisnionego ludu, zamienila sie w niszczacy pozar. Wziecie Bastylii stalo sie haslem do rzezi wrzesniowej, ktorej cala potwornosc bladla wobec mordow dzisiejszych. Armand, wyratowany od zemsty rewolucjonistow dzieki poswieceniu „Szkarlatnego Kwiatu”, powrocil do Anglii i stanal pod sztandarem bohaterskiego wodza. Ale dotad nie mial sposobnosci do czynnego udzialu jako czlonek ligi. Wodz nie chcial narazac go na bezcelowe niebezpieczenstwo. Malgorzata oraz Armand St. Just zbyt dobrze byli w Paryzu znani. Malgorzata nie nalezala do kobiet, o ktorych latwo sie zapomina, i jej malzenstwo z angielskim arystokrata nie podobalo sie republikanskim kolkom, uwazajacym ja przedtem za swa krolowa. Wystapienie Armanda z partii i przylaczenie sie do szeregu emigrantow pociagalo za soba chec odwetu u przeciwnikow. Oboje, brat i siostra, mieli niezwykle zacietego wroga w kuzynie swym, Antonim St. Just, niedoszlym konkurencie Malgorzaty, a obecnie sluzalczym popleczniku Robespierre'a. Nic nie sprawiloby Antoniemu St. Just wiekszej radosci, jak sposobnosc okazania swej gorliwosci i patriotyzmu przez wydanie wlasnego kuzyna i kuzynki w rece trybunalu terroru. I „Szkarlatny Kwiat”, ktory trzymal piekna swa reke na pulsie rewolucji, nie chcial poswiecac dobrowolnie zycia Armanda lub niepotrzebnie go narazac. Dlatego tez choc rok mijal od tego czasu, Armand, zapalony czlonek ligi nie mogl byc w niczym pomocny. Cierpial z powodu tej przymusowej bezczynnosci, w jakiej utrzymywala go ostroznosc „Szkarlatnego Kwiatu”, podczas gdy on rwal sie do czynu u boku ukochanych towarzyszy i uwielbianego wodza. Z poczatkiem roku 1794 uprosil Blakeney'a, aby pozwolil towarzyszyc sobie w majacej nastapic wyprawie do Francji. Jaki byl jej cel glowny, o tym czlonkowie ligi dotad nie wiedzieli, ale nie watpili, ze grozniejsze niz dotad niebezpieczenstwa czyhaly na ich drodze. W ostatnich czasach okolicznosci bardzo sie zmienily. Z poczatku niezglebiona tajemnica, otaczajaca wodza, ulatwiala wielce jego plany. Ale teraz rabek tej zaslony zostal uchylony i Chauvelin, eksambasador przy dworze angielskim, nie mial zadnej watpliwosci o tozsamosci sir Percy'ego Blakeney'a. Cztery miesiace minely od tego dnia i „Szkarlatny Kwiat” prawie Francji nie opuszczal. Mordy w Paryzu i na prowincji powtarzaly sie coraz czesciej, tak ze poswiecenie malej garstki bohaterow stawalo sie z kazda chwila potrzebniejsze. Skupiali sie kolo wodza ze szlachetnym entuzjazmem i wrodzonym zamilowaniem angielskich gentlemenow do sportu, starajac sie o tym wieksza roztropnosc, im niebezpieczenstwo tych wypraw stawalo sie grozniejsze. Na jedno slowo ukochanego wodza zlota mlodziez Londynu porzucala rozrywki, przyjecia, rozkosze stolicy i oddawala mlode zycie wraz z majatkiem i stanowiskiem na uslugi niewinnych i bezbronnych ofiar. Zonaci, jak sir Andrew Foulkes, lord Hastings, sir Wallscourt, na skinienie wodza zostawiali zony i dzieci. Armand, niczym nie zwiazany, o rownie szlachetnych porywach, nie chcial pozostawac w tyle. Mimo stosunkowo niedlugiej, bo zaledwie pietnastomiesiecznej nieobecnosci w stolicy, zastal ja bardzo zmieniona. Przygnebienie panowalo w jej murach, choc tlumy zalegaly ulice. Nie widywal znajomych, ktorych dawniej czesto spotykal. Obce twarze otaczaly go zewszad, twarze o blednym wyrazie jakby zdziwienia, ze smierc ich jeszcze nie dosiegla. St. Just zlozyl rzeczy w wyznaczonym dla siebie mieszkaniu i o zmroku wyszedl na ulice. Instynktownie szukal znajomej twarzy, ktora by mu przypomniala wesole chwile, spedzone z Malgorzata w ich uroczym mieszkaniu na ulicy St. Honor~e. Przez godzine blakal sie bez celu. Czasem zdawalo mu sie, ze widzi znana postac, przemykajaca sie wsrod ciemnosci, ale zanim zdolal sie o tym przekonac, postac znikala w waskiej uliczce, z obawa ogladajac sie poza siebie. Armand uczul sie calkiem obcy we wlasnym rodzinnym miescie. Straszne egzekucje na placu Rewolucji skonczyly sie z nastaniem nocy. Ustal turkot wozkow ze skazancami i przedsmiertne krzyki nieszczesliwych nie rozlegaly sie juz po pustych ulicach. Armand nie spostrzegl od razu upadku tej pieknej niegdys stolicy, ale ogolny jej wyglad zmrozil mu serce. Nic wiec dziwnego, ze wracajac z wolna do domu, drgnal na dzwiek wesolego glosu. Bylo to jakby echo przeszlosci, kiedy to elegancki i zalotny baron de Batz, byly oficer gwardii w sluzbie zmarlego krola, a potem znany zwolennik wskrzeszenia monarchii, zabawial Malgorzate planami zrzucenia nowo powstalej wladzy ludu. Armand ucieszyl sie bardzo na jego widok, a gdy de Batz zaproponowal mu dluzsza pogawedke o dawnych czasach, mlodzieniec z radoscia przyjal zaproszenie. Dwaj mezczyzni, choc nie podejrzewali sie wzajemnie, nie spieszyli sie zbytnio z wyjawieniem miejsc zamieszkania. Zaraz na wstepie de Batz zaproponowal spedzenie wieczoru w teatrze, jako w najbezpieczniejszym miejscu dla dwoch starych przyjaciol, gdzie by mogli pogawedzic spokojnie bez obawy przed szpiegami. – Nie ma tu w obecnych czasach spokojnego kata, wierzaj mi, przyjacielu – rzekl – chronilem sie juz do wszystkich nor w tym przekletym miescie i przyszedlem do przekonania, ze loza teatralna jest jeszcze najlepsza kryjowka. Glosy aktorow i szmer rozmow na sali zagluszaja wszelka poufna rozmowe. Nietrudno bylo namowic mlodzienca, czujacego sie osamotnionym w wielkiej stolicy, by spedzil wieczor w towarzystwie znajomego, a de Batz byl wesolym towarzyszem w calym tego slowa znaczeniu; i chociaz wodz przestrzegal go przed lekkomyslnymi znajomosciami w Paryzu, mlodzieniec mial wrazenie, ze ta przestroga nie mogla dotyczyc takiego czlowieka jak de Batz, ktorego przywiazanie do stronnictwa monarchistycznego zblizalo sie do hasel ligi „Szkarlatnego Kwiatu”. Czul takze, ze bedzie bezpieczniejszy w zapelnionym teatrze niz w opustoszalych ulicach. Miedzy rozbawiona rzesza widzow, ciemna postac mlodzienca mogla uchodzic za studenta lub dziennikarza. Ale juz po dziesieciu minutach, spedzonych w towarzystwie de Batza w lozy teatru, Armand zalowal swego nierozwaznego kroku i nawiazania znajomosci z bylym oficerem gwardii krolewskiej. Choc uwazal go za gorliwego monarchiste, odczul wkrotce pewna nieufnosc do tego napuszonego osobnika, ktorego kazde zdanie tchnelo raczej egoizmem niz poswieceniem dla szlachetnej sprawy. Dlatego tez St. Just, gdy kurtyna podniosla sie na poczatek pierwszego aktu molierowskiej komedii, zwrocil sie ku scenie i probowal zainteresowac sie sprzeczka miedzy Philinta a Alcestem. Ale to zachowanie sie mlodzienca nie bylo na reke odnalezionemu przyjacielowi. Bylo jasne, ze de Batz nie uwazal rozmowy za wyczerpana i ze przyprowadzenie St. Justa dzis wieczor do teatru mialo inny cel niz podziwianie panny Lange w roli Celimeny. Obecnosc St. Justa w Paryzu zdziwila niemalo de Batza i nasunela mu rozmaite przypuszczenia. Chodzilo teraz o to, aby sie o nich upewnic i w tym celu pragnal dluzszej rozmowy z Armandem. Milczal chwile, spogladajac badawczo na mlodzienca. Przebieral niecierpliwie palcami po aksamitnej poreczy lozy, oczekujac pierwszej sposobnosci, by nawiazac przerwana rozmowe. Lekkim ruchem glowy zwrocil znow uwage Armanda na osobistosci, znajdujace sie w teatrze. – Twoj kuzyn Antoni St. Just jest obecnie prawa reka Robespierre'a. Gdy przed rokiem opuszczales Paryz, bezkarnie mogles pogardzac nim, uwazajac go za lekkoducha, ale teraz, chcac pozostac we Francji, musisz sie go wystrzegac, gdyz ma wielkie wplywy. – Wiem, ze nalezy do tej zgrai – odparl Armand niedbale. – Swego czasu kochal sie w mojej siostrze, ale dzieki Bogu nie zwracala na niego uwagi. – Opowiadaja, ze wlasnie dlatego przylaczyl sie do tej zgrai, jak ja nazywasz. Ogolem wziawszy, sa to sami malkontenci, nie majacy nic do stracenia. Gdy wszystkie te wilki pozra sie wzajemnie, wtedy dopiero bedziemy mogli myslec o wskrzeszeniu monarchii we Francji. Przyjaciel twoj, „Szkarlatny Kwiat” powinien byl raczej dopomagac tej krwawej rewolucji, niz ja tamowac, jezeli naprawde tak jej nienawidzi, jak twierdzi. Spojrzal pytajaco na Armanda i przerwal, jakby oczekujac odpowiedzi. Gdy St. Just milczal uporczywie, powtorzyl z naciskiem: – Jezeli naprawde nienawidzi krwawej rewolucji, jak twierdzi. To dwukrotne powtorzenie wskazywalo jasno pewna watpliwosc. St. Just wzdrygnal sie z oburzeniem. – „Szkarlatny Kwiat” – rzekl – nie zwaza na polityczne wzgledy. Uczynki milosierdzia, ktore spelnia, wyplywaja z poczucia sprawiedliwosci i litosci. – I sportu – dodal de Batz z przekasem – przynajmniej tak slyszalem. – On jest Anglikiem – ciagnal dalej St. Just – i jako taki nie wyjawi nigdy swych uczuc; ale mniejsza o pobudki, patrz na wyniki. – Tak, kilka ludzkich istot wydartych gilotynie… – Kobiety i dzieci, ktore zginelyby bez jego poswiecenia… – Im sa niewinniejsze, im bardziej bezbronne, tym glosniej wolaja o pomste do nieba przeciw potworom, skazujacym je na smierc. Armand nic nie odpowiedzial. Widoczne bezcelowe bylo sprzeczac sie z czlowiekiem, ktorego polityczne cele roznily sie od idealow „Szkarlatnego Kwiatu”, jak biegun polnocny od poludniowego. – Jezeli kto z was ma jakikolwiek wplyw na tego zapalenca, na tego waszego wodza – ciagnal dalej de Batz, nie zrazony bynajmniej milczeniem towarzysza, to starajcie sie przemowic mu do rozumu. – W jaki sposob? – spytal St. Just, usmiechajac sie mimo woli na sama mysl o tym, by on lub ktokolwiek inny mogl wplynac na plany Blakeney'a. Tym razem de Batz umilkl. Przez chwile nie mowil nic, a potem spytal zywo: – Wasz „Szkarlatny Kwiat” bawi obecnie w Paryzu, nieprawdaz? – Nie wiem – odrzekl Armand. – Nie zdolasz nic ukryc przede mna, moj drogi. Skoro tylko spojrzalem na ciebie, domyslilem sie w tej chwili, ze nie przybyles sam do Paryza. – Mylisz sie, kochany de Batz – rzekl mlodzieniec z naciskiem – przyjechalem sam do Paryza. – Wykrecasz sie, jak mozesz, ale daremnie. Czyz nie zauwazylem u ciebie pewnego niezadowolenia, gdy zatrzymalem cie na ulicy dzis wieczorem? – Znowu sie mylisz – ucieszylem sie bardzo; czulem sie osamotniony i z radoscia uscisnalem przyjazna dlon. To, co uwazales za niezadowolenie, bylo tylko zdziwieniem. – Zdziwiles sie? Ach, prawda? Nie mogles zrozumiec, aby czlowiek taki jak ja, mogl przechadzac sie spokojnie po ulicach Paryza i nie byl scigany przez cala policje miasta. Dziwisz sie, ze nie nalozono ceny na moja glowe, choc jestem niebezpiecznym spiskowcem, czyz nie? – Wiem, ze usilowales wyrwac krola i krolowa ze szponow tych niegodziwcow. – Lecz wszystkie te usilowania spelzly na niczym – dodal de Batz – gdyz plany zostaly zdradzone przez niektorych nieuczciwych konfederatow albo odkryte przez szpiegow zadnych zaplaty. Tak, moj drogi, dolozylem wielu staran, aby wyswobodzic krola Ludwika XVI i Marie Antonine, ale nie udalo mi sie; pomimo tego, jak widzisz, jestem wolny i nikt na mnie nie czyha. Chodze spokojnie po ulicach i rozmawiam smialo z przyjaciolmi. – Masz szczescie – rzekl St. Just z odcieniem ironii. – Staralem sie postepowac roztropnie – odparl de Batz – szukajac przyjaciol tam, gdzie najwiecej ich potrzebowalem, czyli w mamonie niesprawiedliwosci – rozumiesz? Zasmial sie glosno zadowolony z samego siebie. – Teraz rozumiem – rzekl St. Just z sarkazmem – miales zapewne austriackie pieniadze do dyspozycji. – Otrzymalem pewna sume – potwierdzil de Batz – i duzo z tych pieniedzy znajduje sie obecnie w patriotycznych rekach tych fabrykantow rewolucji. Tym zapewniam sobie wolnosc. Kupuje ja za cesarskie pieniadze i to ulatwia mi prace nad wskrzeszeniem monarchii we Francji. Znow zapadlo milczenie. Coz Armand mogl odpowiedziec na to wszystko? Podczas gdy otyly Gaskonczyk roztaczal przed mlodziencem ambitne i daleko siegajace plany, mysl jego zwrocila sie do innego spiskowca, do czlowieka o czystych i prawych celach, ktorego rece nie tknely nigdy obcego zlota, ale wyciagaly sie zawsze ku slabym i nieszczesliwym, dzialajac jedynie dla ich dobra, nigdy zas dla wlasnych korzysci. De Batz wszelako nie zdawal sobie sprawy z mysli towarzysza i ciagnal dalej. – Postepujemy bardzo wolno, krok za krokiem, moj drogi; nie udalo mi sie wyratowac monarchii w osobie krola i krolowej, ale osiagniemy to, ocalajac delfina. – Delfina? – wyrwalo sie z ust St. Justa. Ten mimowolny, ledwo doslyszalny szept zadowolil widocznie de Batza, gdyz odwrocil badawczy wzrok i przestal przebierac pulchnymi palcami po aksamitnej poreczy lozy. – Tak, delfina – rzekl, przytakujac glowa jakby w odpowiedzi na wlasne mysli – czyli raczej panujacego krola Francji, Ludwika XVII. To najcenniejsze zycie w obecnych czasach na calym swiecie. – Zgadzam sie z toba, przyjacielu – potwierdzil Armand z zapalem. – Najceniejsze zycie, ktore trzeba ratowac za wszelka cene. – Tak – rzekl de Batz z naciskiem – ale nie z pomoca twego przyjaciela „Szkarlatnego Kwiatu”. – Dlaczego? Ledwo wypowiedzial te slowa, juz ich pozalowal. Zagryzl wargi i gleboka bruzda wystapila na jego czole. Spojrzal nieufnie na towarzysza, ale de Batz usmiechal sie dobrodusznie. – Ach, drogi Armandzie! Nie jestes stworzony do dyplomacji. A wiec – dodal powazniej – twoj wytworny bohater „Szkarlatny Kwiat” ludzi sie nadzieja wydarcia naszego mlodego krola ze szponow szewca Simona i stada hien, stojacych przy nim na strazy? – Nie powiedzialem tego – sprostowal zywo St. Just. – Ale ja to mowie. No, no, nie rob sobie wyrzutow, moj lojalny mlodziencze! Czyz moglem w ogole watpic o tym, ze wasz romantyczny wodz zwroci predzej czy pozniej uwage na najtragiczniejsza postac w calej Europie, na meczenskie dziecko, wiezione w Temple? Dziwilbym sie raczej, gdyby „Szkarlatny Kwiat” nie zwracal uwagi na naszego mlodego krola, chocby przez sam wzglad na jego poddanych. Nie mysl, ze zdradziles tajemnice swego przyjaciela. Gdy spotkalem cie dzisiaj szczesliwym trafem, domyslilem sie od razu, ze jestes tutaj pod sztandarem tajemniczego czerwonego kwiatka, i odgadlem reszte. „Szkarlatny Kwiat” przebywa obecnie w Paryzu w nadziei wyprowadzenia Ludwika XVII z wiezienia. – Jezeli tak jest, to powinienes nie tylko nie przeszkadzac, ale pomagac mu w tym przedsiewzieciu. – Nie zrobie ani jednego, ani drugiego – odparl de Batz z flegma. – Jestem Francuzem. – Co to ma do rzeczy? – Bardzo duzo. Dziwie sie, ze jako Francuz nie rozumiesz mojego punktu widzenia. Ludwik XVII jest krolem francuskim, moj drogi, i musi zawdzieczac zycie i wolnosc jedynie Francuzom i nikomu innemu. – To szalenstwo – odparl Armand. – Czy wolisz, aby dziecko zginelo dla twoich wlasnych samolubnych planow? – Mozesz to nazwac samolubstwem, jezeli chcesz. Kazdy patriotyzm jest poniekad samolubstwem. Co to obchodzi caly swiat, czy jestesmy republika, monarchia czy tez beznadziejna anarchia? Pracujemy dla nas samych i nie potrzebujemy, by obcy wtracali sie do naszych spraw. – A jednak korzystasz z obcych pieniedzy? – To co innego. Nie moge zdobyc pieniedzy we Francji, wiec czerpie je, skad sie uda. Ja przeprowadze ucieczke Ludwika XVII i nam, monarchistom francuskim, przypadnie honor i slawa uratowania naszego krola. Rozmowa urwala sie po raz trzeci. St. Just ze zdumieniem przysluchiwal sie temu dzikiemu samolubstwu i proznosci. De Batz rozparl sie wygodnie na krzesle, spogladajac na mlodzienca z wyrazem pelnego zadowolenia z siebie samego. Mozna bylo teraz latwo zrozumiec, dlaczego cieszyl sie takimi niezwyklymi wzgledami pomimo rozmaitych spiskow: dbal o jedno tylko prawdziwie – o wlasna skore. Nie walczyl w kraju ani nie narazal sie na niebezpieczenstwa po miastach na wzor innych mniej szczesliwych monarchistow. Postaral sie o spokojniejsze zajecie: przeszedl granice, i zaofiarowawszy swe uslugi Austrii, zdobyl pieniadze cesarskie na korzysc wlasnej kieszeni. Czlowiek z mniejsza nawet znajomoscia swiata niz Armand bylby latwo odgadl, ze de Batz pragnal sam jeden przeprowadzic ucieczke biednego delfina i ze pobudki swoje czerpal nie tyle z patriotyzmu, ile z chciwosci. Najwidoczniej czekala go hojna nagroda w Wiedniu, jezeli Ludwik XVII stanie szczesliwie na ziemi austriackiej; nagroda ta przepadlaby niezawodnie, gdyby intrygancki Anglik wmieszal sie w te sprawe. Malo zastanawial sie nad tym, czy w ten sposob nie narazal zycia dziecka krolewskiego. Mial otrzymac zaplate, a ona wiecej mu lezala na sercu niz „najcenniejsze zycie w Europie”. Rozdzial III. Fatum St. Just zalowal gorzko, iz nie pozostal w swym brudnym podmiejskim mieszkaniu. Pojal niestety za pozno donioslosc otrzymanego ostrzezenia przed nawiazywaniem znajomosci we Francji. Ludzie zmieniaja sie zawsze z biegiem czasu, ale jakzez zmienili sie obecnie! Osobiste bezpieczenstwo stalo sie fikcja i trzeba bylo walczyc o nie nawet z narazeniem godnosci osobistej. Egoizm, ten niezawodny srodek do wywyzszenia sie, panowal wszechwladnie. De Batz, zaopatrzony w obce pieniadze, zapewnil sobie bezpieczenstwo, rozdajac zloto na prawo i lewo i zaspokajajac w ten sposob ambicje prokuratora i zachlannosc niezliczonych szpiegow. Reszty uzywal do podzegania demagogow jednych przeciw drugim, przez co zgromadzenie narodowe stawalo sie widownia zacietych walk. Bo i coz zalezalo na tym, ze tysiace ofiar marnie ginely? Wszak sluzyly one do nasycenia molocha rewolucji oraz jego wlasnym planom. Tylko „najcenniejsze zycie w Europie” nalezalo ratowac, jezeli nagroda za nie miala napelnic kieszenie de Batza i urzeczywistnic jego marzenia w przyszlosci. Zmienila sie dusza calego narodu. St. Just odczuwal rowna odraze do tego samolubnego monarchisty, jak i do okrutnikow, zabijajacych na prawo i lewo dla wlasnej satysfakcji. Rozmyslal nad sposobem wymkniecia sie z teatru w nadziei znalezienia w swym mieszkaniu wskazowki od wodza, ktora by mu przypomniala o tym, ze zyja jeszcze ludzie o wznioslejszych idealach. Kurtyna zapadla po pierwszym akcie, ale jak tego wymagaly sztuki Moliera, uslyszano prawie rownoczesnie sygnal, zapowiadajacy rozpoczecie sie drugiego aktu. St. Just wstal, chcac pozegnac towarzysza, ale w tej samej chwili kurtyna podniosla sie, odslaniajac Alcesta w ozywionej rozmowie z Celimena. Krotkie jest wstepne przemowienie Alcesta. Armand, odwrocony plecami do sceny, zegnal przez ten czas de Batza, ufajac, ze kilka uprzejmych slow bedzie dostatecznym wytlumaczeniem, dlaczego opuszcza teatr w chwili, gdy przedstawienie znow sie rozpoczyna. Ale Gaskonczyk nie uwazal rozmowy za zakonczona. Mial nadzieje, ze jego argumenty, wypowiedziane z tak wielka pewnoscia siebie, uczynily w umysle mlodzienca pewne wrazenie. Chcial jednakowoz wrazenie to utwierdzic i podczas gdy Armand suszyl sobie glowe nad znalezieniem odpowiedniej wymowki dla opuszczenia sali de Batz czynil to samo, aby go zatrzymac. A wtedy weszlo w droge przeznaczenie. Gdyby St. Just, wstawszy o dwie minuty wczesniej, znalazl byl rychlej wymowke, jakaz niezglebiona krzywda i straszna hanba bylyby ominely nie tylko jego, ale i tych, ktorych kochal. Te dwie minuty rozstrzygnely o jego przyszlym losie. Wyciagal wlasnie reke na pozegnanie, gdy Celimena zabrala glos, aby odpowiedziec swemu klotliwemu partnerowi. Armand obrocil sie zywo ku scenie i wyciagnieta reka opadla mu. Uslyszal bowiem glos pelen wdzieku, glos miekki i cieply, ktory utworzyl pierwsze ogniwo lancucha, majacego skuc go na zawsze. Czy rzeczywiscie istnieje milosc od pierwszego wejrzenia? Poeci i powiesciopisarze zapewniaja nas, ze tak, a idealisci twierdza, ze to jedyna milosc warta tego miana. Nie wiem, czy owa teoria dotyczy w tej chwili Armanda, ale glos panny Lange z pewnoscia oczarowal go i sprawil, ze zapomnial o nieufnosci wzgledem towarzysza. Mechanicznie usiadl na nowo i oparlszy lokcie o porecz lozy, zaczal sluchac. Slowa, ktore Molier wklada w usta Celimeny, sa dosc cierpkie; pomimo tego ile razy panna Lange zabierala glos, Armand nie spuszczal z niej wzroku. Coz w tym dziwnego, ze mlodzienca ujela pieknosc kobiety na scenie? Zwykla rzecz, z ktorej rzadko wyplywaja tragiczne lub smutne okolicznosci. Armand, namietnie kochajacy muzyke, bylby pozostal pod wrazeniem melodyjnego glosu panny Lange az do chwili spuszczenia kurtyny i rzecz bylaby sie na tym skonczyla. Ale de Batz zauwazyl w tej chwili wrazenie, jakie piekna artystka wywarla na mlodym entuzjascie. Byl to czlowiek, umiejacy wykorzystac kazda dobra sposobnosc dla swoich celow. Nie chcial stracic z oczu Armanda, a tu fatum dawalo mu moznosc otrzymania tego, czego pragnal. Przeczekal spokojnie caly akt, a gdy po spuszczeniu kurtyny Armand z westchnieniem oparl sie znow na poreczy krzesla, de Batz odezwal sie z udana obojetnoscia: – Panna Lange jest obiecujaca mloda aktorka. Czyz nie uwazasz, moj drogi? – Ma przecudny glos, nadzwyczaj mily dla ucha; nie pamietam niczego podobnego. – Jest tez bardzo piekna – ciagnal de Batz z usmiechem. – W ciagu drugiego aktu zauwazylem, ze otwierales nie tylko uszy, ale i oczy. W rzeczy samej cala postac panny Lange harmonizowala z jej glosem. Nie byla wysoka, ale bardzo zgrabna; twarz miala drobna, owalna, prawie dziecieca, co stanowilo dziwny kontrast z szerokimi ramionami jej kostiumu z czasow Moliera. Mlodzieniec nie zdawal sobie sprawy z tego, czy byla piekna. W porownaniu z pierwszorzednymi pieknosciami nie byla nia z pewnoscia, bo usta miala duze, a nos wcale nie klasyczny. Ale ciemne oczy o powloczystym spojrzeniu rzucaly niezwykly blask spod dlugich rzes, a pelne usta odslanialy w usmiechu zeby lsniacej bialosci. Jednym slowem byla urocza, choc nie mozna jej bylo nazwac skonczona pieknoscia. Malarz Dawid zrobil jej szkic. Wszyscy widzielismy go w Muzeum Carnavalet i dziwilismy sie, dlaczego urocza twarzyczka miala wyraz takiego smutku. Podczas pieciu aktow „Mizantropa” Celimena nie opuszczala prawie sceny. Przy koncu czwartego de Batz rzekl niedbale do St. Justa: – Mam przyjemnosc znac osobiscie panne Lange. Jezeli pragniesz byc jej przedstawiony, mozemy przejsc po przedstawieniu do zielonego gabinetu. Czy Armand uslyszal w owej chwili pokusy glos rozsadku lub lojalnosci wzgledem wodza? O tym trudno sadzic. Armand St. Just nie mial skonczonych dwudziestu pieciu lat, a melodyjny glos panny Lange przemawial widocznie donosniej niz roztropnosc, a nawet poczucie obowiazku. Podziekowal goraco de Batzowi i podczas gdy dziwaczny kochanek odpychal skruszona Celimene, ogarnelo go namietne, niepohamowane pragnienie, aby te usta wymowily choc raz jeden jego imie, a duze, ciemne oczy rzucily na niego choc jedno spojrzenie. Rozdzial IV. Panna Lange Zielony gabinet byl przepelniony, gdy de Batz i St. Just przybyli tam po przedstawieniu. De Batz rzucil przelotne spojrzenie przez otwarte drzwi. Panna Lange siedziala w glebi pokoju, otoczona tlumem wielbicieli, ofiarujacych jej kosze kwiatow i oddajacych hold jej pieknosci i talentowi. De Batz oderwal swego mlodego towarzysza od tego widoku i odciagnal go na powrot ku scenie. Tutaj, przy mrocznym swietle wysokich swiecznikow przytwierdzonych do scian, robotnicy zajeci byli zdejmowaniem dekoracji i nie zwazali na dwoch mezczyzn, przechadzajacych sie w milczeniu. Armand chodzil z rekoma w kieszeniach, zwiesiwszy glowe na piersi, ale co chwila rzucal wkolo siebie krotkie, niespokojne spojrzenia, gdy echa krokow lub czyjs glos rozbrzmiewaly po pustej scenie. – Czy to rozsadnie tu czekac? – pytal siebie raczej niz towarzysza. Nie dal sie o siebie samego, ale pamietal slowa de Batza: mamy zawsze za soba H~erona i jego szpiegow. Osobne drzwi prowadzily z zielonego gabinetu prosto na ulice. Tu szmer glosow, smiechow i przerywanych spiewow uciszal sie stopniowo. Goscie opuszczali teatr, splaciwszy artystom zwykly, banalny dlug komplementow i ofiarowawszy kwiaty najjasniejszej gwiezdzie wieczoru. Pierwsi odchodzili aktorzy, potem starsze aktorki, nie spodziewajace sie juz holdow. Przechodzili przez scene, gdzie z boku waskie drewniane schody wiodly do garderoby. Byly to ciasne, duszne, zle oswietlone kabiny, w ktorych pol tuzina podrzednych gwiazd popychalo sie wzajemnie, zmieniajac peruki i stroje. Armand i de Batz czekali z rowna niecierpliwoscia. Gdy tlum zaczal sie powoli rozpraszac, Armand mogl dostrzec od czasu do czasu wysmukla i zgrabna postac panny Lange, gdyz drzwi waskiego korytarza, prowadzacego ze sceny do zielonego gabinetu, byly szeroko otwarte. W rogu tego korytarza mlodzieniec zatrzymywal sie co chwila, wpatrujac sie z niemym zachwytem w delikatny profil dziewczecia, ktorego peruka o zapudrowanych lokach wydawala sie niewiele bielsza od snieznej szyi. De Batz, spogladajac z ukosa na Armanda, zauwazyl jego wzrok pelen uwielbienia. Sprawilo mu to widocznie wielkie zadowolenie. Godzina minela od chwili zapadniecia kurtyny, gdy wreszcie mloda aktorka, pozegnawszy swych wielbicieli, wybiegla na korytarz, klaniajac sie jeszcze wesolo tu i owdzie. Wygladala prawie jak dziecko, zwlaszcza w ruchach, calkiem nieswiadoma wlasnego uroku, lecz uradowana powodzeniem. Miala jeszcze na sobie stroj, odpowiadajacy jej roli, a zapudrowana peruka zakrywala bujnosc jej wlasnych wlosow. Olbrzymi pek pachnacych narcyzow, zdobycz z jakiejs uprzywilejowanej miejscowosci poludniowej, splywal z jej ramion i Armandowi zdawalo sie, ze nigdy w zyciu nie widzial czegos tak przykuwajacego i wdziecznego. Wypowiedziawszy w koncu ostatnie slowa pozegnania, panna Lange spotkala sie oko w oko z Armandem i cofnela sie wystraszona. Ale juz de Batz przylaczyl sie do nich i jego wesoly glos wystarczyl, aby ja uspokoic. Wyciagnal reke ku niej i rzekl z kurtuazja: – Bylas pani tak otoczona w zielonym gabinecie, ze nie smialem przebijac sie przez tlum wielbicieli, ale moim najwiekszym pragnieniem bylo powinszowac ci osobiscie powodzenia. – Ach, to ten poczciwy de Batz! – zawolala artystka wesolo. – Skad sie tu wziales, przyjacielu? – Cicho, cicho – szepnal, trzymajac jej drobna raczke w swej dloni i kladac palec na ustach z prosba o ostroznosc – nie wymieniaj mego nazwiska, prosze cie, pani. – E, co tam – odparla niedbale, choc wargi jej zadrzaly, zadajac klam slowom. – Nie powinienes sie obawiac tej czesci teatru. Wiadoma jest rzecza, ze komitet bezpieczenstwa publicznego nie wysyla swych szpiegow poza kulisy. Gdyby aktorow i aktorki posylano na gilotyne, nie byloby przedstawien. Artystow tak latwo zastapic nie mozna i zycie ich trzeba oszczedzac, inaczej „ojcowie ludu” nie wiedzieliby, gdzie spedzac wieczory. Ale choc przemawiala wesolo i swobodnie, widoczne bylo, ze nawet na tym dziecinnym umysle niebezpieczenstwa, grozace kazdemu, wycisnely swe pietno nieufnosci. – Przyjdz do mojej garderoby, monsieur – rzekla. – Nie moge tu pozostawac dluzej, bo zaczna gasic swiatla; mam osobny pokoj, gdzie mozemy spokojnie pogawedzic. Skierowala sie ku drewnianym schodom. Podczas tej krotkiej rozmowy Armand trzymal sie dyskretnie na uboczu, nie wiedzac wlasciwie, co poczac. De Batz skinal na niego i obaj podazyli za wesola aktorka, ktora biegnac po waskich schodach, nucila urywki popularnych melodii, nie ogladajac sie nawet poza siebie. Trzymala wciaz w ramionach pek narcyzow. Otworzywszy drzwi do malenkiej garderoby, wpadla do pokoju, rzucajac kwiaty bezladnie na stol, pokryty butelkami, lustrami, pudelkami z pudrem, jedwabnymi ponczochami i koronkowymi chusteczkami. Nastepnie zwrocila sie ku obu mezczyznom z filuternym usmiechem. – Zamknij drzwi, moj drogi panie – rzekla do de Batza – i usiadz, gdzie chcesz, byleby nie na moim najcenniejszym sloiku z wonnosciami lub pudelku pudru. Podczas gdy de Batz czynil, jak u przykazywano, zwrocila sie w strone Armanda i rzekla pytajaco: – Monsieur? – St. Just, do uslug pani – odparl Armand, klaniajac sie nisko wedle mody, panujacej na angielskim dworze. – St. Just? – powtorzyla ze zdziwieniem – z pewnoscia… – Krewny obywatela St. Justa, o ktorym pani zapewne slyszala – objasnil. – Moj przyjaciel Armand St. Just – wtracil sie do rozmowy de Batz – jest gosciem w Paryzu, gdyz osiadl na razie w Anglii. – W Anglii? – zawolala – opowiedz mi pan duzo o Anglii. Pragnelabym bardzo tam pojechac. A moze kiedys nadarzy sie sposobnosc. Prosze usiasc – ciagnela dalej, oblewajac sie rumiencem pod wplywem pelnego zachwytu wejrzenia Armanda. Sprzatnela z krzesla caly stos lekkiego jedwabiu i delikatnego batystu, aby zrobic miejsce dla okazalej postaci de Batza, a potem siadlszy na kanapie, skinela na Armanda, aby zajal miejsce kolo niej. Oparla sie o poduszki, i wyciagnawszy reke do stojacego tuz kolo niej stolu, wziela znow pek narcyzow. Rozmawiajac z Armandem, trzymala sniezne kwiaty tak blisko twarzy, ze mlodzieniec widzial tylko jej ciemne oczy, blyszczace spoza pekow kwiecia. – Prosze opowiedziec mi cos o Anglii – powtorzyla, sadowiac sie wygodnie wsrod poduszek jak zepsute dziecko, czekajace na stara ulubiona bajke. Armanda draznila obecnosc de Batza. Mial ochote opowiedziec tej milej osobce wiele o Anglii, gdyby tylko jego gruby towarzysz raczyl sie oddalic. Tymczasem czul sie nad wyraz oniesmielony i nie widzial co mowic. – Bardzo lubie Anglie – zaczal niezrecznie – moja siostra wyszla za Anglika i ja takze osiedlilem sie tam na stale. – Wsrod emigrantow? – spytala. Gdy Armand nie odpowiedzial, de Batz podchwycil zywo: – Nie potrzebujesz sie obawiac, moj drogi Armandzie, panna Lange ma wielu przyjaciol wsrod emigrantow, wszak prawda, pani? – Alez naturalnie – odparla zywo – mam wszedzie przyjaciol. Ich zapatrywania polityczne nie obchodza mnie wcale. Artysci nie mieszaja sie do polityki. Nigdy nie bede pytala pana o przekonania, obywatelu St. Just. Nazwisko twoje i stosunki rodzinne przemawiaja za tym, ze powinienes byc stronnikiem Robespierre'a, widze cie jednakowoz w towarzystwie de Batza, a mowisz, ze mieszkasz w Anglii. – On nie jest stronnikiem Robespierre'a – zawyrokowal znow de Batz – a zdaje mi sie, ze moge smialo wyjawic pani, iz moj przyjaciel ma na tym swiecie jeden jedyny ideal, ktory stawia na oltarzu swego serca, uwielbiajac go jak chrzescijanin swego Boga. – Jakiez to romantyczne! – zawolala, patrzac Armandowi prosto w oczy. – Powiedz mi, czy twoj ideal jest mezczyzna czy kobieta? Wymowne spojrzenie odpowiedzialo za niego. – Kobieta – rzekl cicho. Wciagnela w siebie odurzajaca won narcyzow i po raz drugi oblala sie goracym rumiencem. Dobroduszny usmiech de Batza pomogl jej ukryc zmieszanie. – To bylo pieknie powiedziane, kochany Armandzie – rzekl wesolo – lecz zapewniam cie, pani, ze zanim przyprowadzilem go na dzisiejsze przedstawienie, idealem jego byl mezczyzna. – Mezczyzna! – zawolala z lekka ironia. – Ktoz to? – Nie ma dla niego innego nazwiska, jak imie malego, niklego kwiatka: „Szkarlatny Kwiat” – odparl de Batz. – „Szkarlatny Kwiat”! – powtorzyla zdumiona, odrzucajac na bok narcyzy i patrzac na Armanda szeroko otwartymi oczyma. – I ty go znasz, monsieur? Mimo woli Armand odczul pewien rodzaj rozdraznienia. Choc obecnosc uroczej artystki i jej zainteresowanie sie jego osoba sprawialy mu niewymowna radosc, mial de Batzowi za zle jego niedelikatnosc i brak dyskrecji. Imie wodza bylo dla Armanda swietoscia, a nalezal on do ludzi, ktorzy wymawiaja nazwisko bostwa swych marzen jedynie w obecnosci osob holdujacych tym samym idealom. I znow pomyslal sobie, ze gdyby nie obecnosc de Batza, opowiedzialby pannie Lange wszystko o „Szkarlatnym Kwiecie”, widzac, ze znalazl w niej godnego sluchacza i kochajace gotowe do pomocy serce; poniewaz jednak uczynic tego nie mogl, wiec odparl krotko: – Tak, prosze pani, znam go. – Widziales go? Rozmawiales z nim? – Tak. – Ach! Opowiedz mi o nim. Wielu z naszych rodakow ma najwyzsze uznanie dla waszego bohatera angielskiego. Wiemy, ma sie rozumiec, ze jest wrogiem naszego rzadu, ale czujemy, ze nie jest wrogiem Francji. I my jestesmy narodem bohaterow, monsieur – dodala z wdziecznym wyrazem dumy – umiemy wiec ocenic poswiecenie i podziwiamy tajemniczosc, otaczajaca osobe „Szkarlatnego Kwiatu”. Ale wobec tego, ze go znasz, powiedz mi, jak wyglada. Armand usmiechnal sie. Byl calkowicie pod urokiem mlodej dziewczyny, od ktorej bilo tyle zapalu, tyle artystycznego temperamentu, ze kazde wrazenie odczuwala z wyrafinowana bystroscia i zrozumieniem. – Jak on wyglada? – powtorzyla. – Tego nie mam prawa powiedziec ci, pani. – Nie masz prawa mi powiedziec! – zawolala. – A jezeli rozkaze ci, monsieur? – Bede milczal nawet pod grozba twojej nielaski. Spojrzala na niego ze zdumieniem. To rozpieszczone dziecko, uwielbiane przez cale spoleczenstwo, nie spodziewalo sie podobnie otwartej odmowy. – Co za nudna pedanteria! – mruknela, wzruszajac ramionami z minka rozczarowania – i jakis ty, monsieur, nieuprzejmy dla damy! Nauczyles sie widocznie szkaradnych zwyczajow angielskich. Mowiono mi, ze w Anglii mezczyzni nie maja najmniejszej galanterii dla plci pieknej. Powiedz sam, monsieur – rzekla, zwracajac sie do de Batza – czy nie jestem przesladowana przez los kobieta? Przez cale dwa lata uzywalam wszystkich srodkow, aby dowiedziec sie czegos o tym zajmujacym „Szkarlatnym Kwiecie”, teraz spotykam tego pana, ktory go zna, jak twierdzi, a on odmawia mi wszelkich wyjasnien. – Obywatel St. Just nie powie na razie ci nic, pani – odparl de Batz z usmiechem – moja obecnosc zamyka mu usta, ale on czeka tylko sposobnosci, aby zwierzyc sie tobie i zapalic w twych pieknych oczach plomien zachwytu nad heroicznymi przygodami tego ksiecia bohaterow. Pewnego dnia wyludzisz z mego dyskretnego przyjaciela Armanda caly sekret – recze za to. Panna Lange nie odrzekla nic i skryla twarz w biale narcyzy. Ale Armand spostrzegl wsrod kwiatow pare ciemnych oczu, spogladajacych na niego z wyrazem niemej prosby. Nie poruszyla juz wiecej sprawy „Szkarlatnego Kwiatu”, ani nie pytala o Anglie i po chwili zwrocila rozmowe na sprawy biezace, na pogode, ceny wiktualow i trudnosci ze sluzba od czasu, gdy ja postawiono na rowni z chlebodawcami. Armand spostrzegl niebawem, ze palace kwestie dnia, okropnosc mordow i wir polityki nie przejmowaly jej zbytnio. Nie lamala dotad swej pieknej glowki nad zagadnieniami socjalnymi i humanitarnymi, nie miala nawet najmniejszej checi do rozmyslania nad tym. Bedac artystka do szpiku kosci, spedzala mlode zycie w ciezkiej pracy; starajac sie dopiac najwyzszej doskonalosci w grze, byla pograzona w nauce podczas dnia, a wieczorem usilowala oddac po mistrzowsku to, czego w dzien sie nauczyla. Sadzila, ze nic grozic jej nie moglo, skoro pracowala dla rozrywki publicznosci. Temperament artystyczny, oraz otoczenie trzymaly ja z dala od polityki. Krwawe sceny na placu Rewolucji przejmowaly ja dreszczem w ten sam sposob, co tragedie Racine'a lub Sofoklesa, ktorych uczyla sie na pamiec. Miala ten sam rodzaj wspolczucia dla biednej krolowej Marii Antoniny, co dla Marii Stuart, i wylala tylez lez nad krolem Ludwikiem XVI, jak nad Polyeuctem. W ciagu dalszej rozmowy de Batz wspomnial jej o delfinie, ale panna Lange podniosla reke, jakby chcac go powstrzymac i rzekla drzacym, wezbranym od lez glosem: – Nie wspominaj mi o dziecku, baronie de Batz! Coz moge uczynic dla niego, ja samotna, ciezko pracujaca kobieta? Staram sie nie myslec o nim, gdyz inaczej gotowam znienawidzic wlasnych rodakow i moja nienawisc odbilaby sie w mojej grze, co byloby wiecej niz szalenstwem – dodala z wielka naiwnoscia – bo dziecku i tak nie pomoge, a siebie zgubie. Ale czasem zdaje mi sie, ze umarlabym z radoscia, wiedzac, iz za te cene oddadza meczenskie dziecko tym, ktorzy je kochaja. Ale oni nie wezma mego zycia w zamian za jego zycie! – dodala, usmiechajac sie wsrod lez. – Moje zycie jest niczym wobec jego zycia! Wkrotce potem pozegnala obu panow. De Batz, uradowany z wieczoru, usmiechal sie z zadowoleniem, a Armand, rozstajac sie z panna Lange, zatrzymal w swej rece jak mogl najdluzej dlon pieknej artystki. – Wszak odwiedzisz mnie wkrotce, obywatelu St. Just? – spytala. – Do uslug twoich, pani – odrzekl goraco. – Jak dlugo pozostaniesz jeszcze w Paryzu? – W kazdej chwili moga mnie odwolac. – W takim razie przyjdz pan jutro. Bede wolna okolo czwartej po poludniu, plac du Roule. Nie mozesz sie pomylic, gdyz kazdy wskaze ci dom, w ktorym mieszka obywatelka Lange. – Jestem na twoje rozkazy, pani – odparl. Slowa brzmialy sztywno i ceremonialnie, ale oczy mlodzienca wyrazaly niewypowiedziana wdziecznosc i radosc. Rozdzial V. Wiezienie Temple Bylo juz okolo polnocy, gdy dwaj przyjaciele pozegnali sie u drzwi teatru. Nocny chlod owial ich na progu dusznej sali, obaj otulili sie starannie w plaszcze. Armand wiecej niz kiedykolwiek pragnal pozbyc sie de Batza. Wywody Gaskonczyka irytowaly go do najwyzszego stopnia i oczekiwal spokojnej chwili, by moc przezywac w samotnosci wrazenia ubieglego wieczora. Wyrzuty sumienia staczaly w jego umysle zacieta walke z urokiem, ktory rzucily na niego ciemne oczy dziewczecia. Przez ostatnie cztery lub piec godzin Armand postepowal wbrew najuroczystszym rozkazom wodza: nawiazal przyjazn, ktorej stokroc bylo lepiej nie odmawiac i zawarl znajomosc bez upowaznienia „Szkarlatnego Kwiatu”. Ale wszedl na droge uslana narcyzami o tak odurzajacej woni, ze uspily niebawem skrupulatne sumienie Armanda. Nie patrzac w prawo ani w lewo, doszedl do wylotu ulicy Richelieu i skierowal sie ku swemu mieszkaniu na Montmartre. De Batz, pozegnawszy go, stal chwile, dopoki nie znikla na zakrecie wysmukla, starannie ubrana postac St. Justa, a potem obrocil sie na piecie i poszedl w przeciwna strone. Jego czerwona, ospowata twarz przybrala wyraz ukontentowania i triumfu. – Tak, moj piekny „Szkarlatny Kwiecie” – syknal przez zeby – chciales mieszac sie do moich spraw i zdobyc dla siebie i swoich towarzyszy chwale wydarcia cennej zdobyczy z pazurow tych dzikich bestii. Zobaczymy! Zobaczymy, kto zgrabniejszy: czy francuska lasica, czy angielski lis. Ominawszy umyslnie najruchliwsza dzielnice, zwrocil sie ku rzece. Szedl pewnym krokiem, wymachujac laska o zlotej galce. Tu ulice byly ciche i puste, tylko przez szeroko otwarte drzwi malych szynkow dochodzil gwar rozmow. Z tych spelunek rozlegaly sie glosne klotnie i wrzaski, przerywane prostackimi przeklenstwami, ktore rozbrzmiewaly w ciezkim powietrzu, przesyconym dymem i zapachem taniego wina. De Batz obawial sie, by ten rozpolitykowany motloch nie wypadl z piesciami na ulice, jak czesto bywalo. Nie zyczyl sobie, by go wmieszano w walke uliczna, ktora konczyla sie zawsze wiezieniem i z ulga minal okolice Palais Royal, kierujac sie na lewo, ku pustemu Faubourg du Temple. Z daleka dochodzil przytlumiony odglos bebnow, ledwo doslyszalny wsrod nocnego wrzenia olbrzymiej stolicy. Rozlegal sie on z placu Rewolucji, gdzie kompania gwardii narodowej trzymala straz kolo gilotyny. Miarowy glos bebna przypominal wolnemu ludowi Francji, ze rewolucja jest zawsze przy pracy i czuwa pilnie dniem i noca. Od czasu do czasu cisze odleglych ulic przerywal nagly krzyk przerazenia, szczek broni, stek przeklenstw i wolanie o pomoc. Byly to powtarzajace sie wciaz krotkie tragedie, gloszace o domowych rewizjach, aresztowaniach i rozpaczliwych wysilkach uwolnienia sie, aby zyc chocby jeden dzien dluzej w tych samych warunkach upodlenia i przemocy, aby moc oddychac tym powietrzem, przepojonym krwia i blotem. De Batz, przyzwyczajony do owych scen grozy, nie zwracal na nie uwagi. Tak czesto slyszal te zlowrogie krzyki, po ktorych nastepowalo smiertelne milczenie! Dochodzily one z zamoznych domow lub brudnych mieszkan w zaulkach, gdzie padaly ofiara szpiegow ludzkie istoty. Trzydziesci piec liwrow za kazda glowe, spadajaca do kosza u stop gilotyny! Trzydziesci piec sztuk srebra za cene niewinnej krwi! Kazdy jek, kazde wolanie o ratunek znaczylo tyle, co nowa zdobycz i trzydziesci piec liwrow do rak Judaszow. A de Batz szedl niewzruszony tym, co slyszal i widzial, wymachujac laska z wyrazem triumfu. Na placu de la Victoire natknal sie na zalozony niedawno pod golym niebem oboz, w ktorym mezczyzni, kobiety i dzieci pracowali dla zaopatrzenia w bron i ubranie armii republikanskiej, walczacej z cala Europa. Narod francuski powstal przeciwko tyranii i obozowal na placach wielkiej stolicy dniem i noca, pracujac nad zbawcza bronia. A tymczasem dostal sie pod jarzmo tyranii o wiele wiekszej i bardziej absolutnej, niz wladza despotycznego krola. Na placu de la Victoire cwiczono o tej godzinie przy swietle pochodni, przesiaknietych zywica, mlodych chlopcow na zolnierzy. Na pol nadzy, pod ostrym powiewem polnocnego wiatru, glodni i zsiniali od zimna, dzwonili zebami ze strachu i wyczerpania. Kobiety szyly koszule dla wielkiej improwizowanej armii, wytezajac oczy nad sciegami przy migotliwym swietle pochodni, niszczac pluca i gardlo, podraznione dymem. Nawet dzieci naprawialy lachmany slabymi, niezgrabnymi paluszkami; wszyscy ci niewolnicy pracowali w nocy, zmeczeni, glodni i zziebnieci, jak tego zadala ojczyzna, wolajac: – Ludu francuski! Do broni przeciw tyranii! A z owej rzeszy ludu nie wyrywala sie najmniejsza skarga, czasami tylko cichy szept bolu lub westchnienie natychmiast zdlawione. Gluche milczenie panowalo w tym zaludnionym obozie, przerywane niekiedy trzaskiem palacej sie pochodni lub lopotem plotna w zimnym wietrze. Pracowali bez najmniejszej nadziei zaplaty. Marna strawa, wydarta robotnikom lub drobnym dzierzawcom uciemiezonym tak samo jak oni, byla jedynym wynagrodzeniem za trudy. Ani grosza – tylko strach przed grozaca wciaz kara… Wyraz zadowolenia spotegowal sie na twarzy de Batza na widok tego obozu. Niech pracuja, niech szemrza, niech gina z glodu! Im bolesniej cierpia, im ciezszy obcas ich miazdzy, tym predzej cesarskie pieniadze dokonaja swego dziela, tym predzej ci biedacy upomna sie o monarchie, a on, de Batz, doczeka sie bogatej nagrody. Tyrania, brutalnosc, mordy byly mu na reke. Rozkoszowal sie codziennymi ofiarami jak najzajadlejszy jakobin. Bylby chetnie wlasnymi rekoma dopomagal gilotynie, by jak najpredzej dopiac celu. Cel uswieca srodki! – brzmialo jego motto. Co mu to szkodzilo, ze przyszly krol francuski mial dojsc do tronu po stopniach wzniesionych z cial pomordowanych i ociekajacych meczenska krwia! Ziemia pod stopami de Batza byla twarda i biala od przymrozku. Nad nim blady zimowy ksiezyc spogladal obojetnie na olbrzymie miasto, tonace w oceanie niedoli. Sniegu bylo niewiele tego roku, ale zimno bylo dotkliwe. Na cmentarzu Des Saints Innocents, kolo ktorego przechodzil, cienka powloka mrozu pokryla nagrobki obrosle trawa i gladkie plyty kamienne. Tu i owdzie zlamany krzyz o porabanych siekiera ramionach byl niemym swiadectwem bezmyslnych gwaltow i barbarzynskiej checi niszczenia. Ale w tym przybytku smierci panowalo uroczyste milczenie; tylko mrozny zimowy wiatr szarpal galeziami cisow, ktore z bolesnym jekiem sypaly wkolo male, drobne krysztaly lodu, jakby zastygle lzy smierci. A wzdluz cichego cmentarza, na ulicach i placach stroze nocni czuwali pilnie z latarnia w reku i co piec minut rozlegaly sie wsrod nocy monotonne ich glosy: Spijcie, obywatele! Wszedzie cicho i spokojnie! De Batz skrecil w ulice St. Martin i znalazl sie niebawem pod poteznymi murami wiezienia Temple, owego groznego stroza tylu niezglebionych tajemnic i niedoli. Tu tak samo, jak na placu Rewolucji, nieustanny odglos przytlumionych bebnow swiadczyl o czujnosci gwardii narodowej. Poza tym zaden szmer nie rozlegal sie wkolo groznych scian. Jeki i lzy tlumily masywne mury, nie zdradzajace swych tajemnic. Migotliwe swiatelka tlily sie w kilku malenkich okienkach olbrzymiego labiryntu. De Batz przeszedl ulice du Temple i stanal pod zelazna brama, prowadzaca na wiezienne podworze. Na pytanie strazy podal haslo, oznajmiajac, ze pragnie widziec sie z obywatelem H~eronem. Zolnierz wskazal mu ciezki dzwonek umieszczony przy bramie i de Batz pociagnal go z calej sily. Przeciagly dzwiek spizowego dzwonka odbil sie kilkakrotnym echem o kamienne mury. Po chwili male okienko w bramie otworzylo sie ostroznie i ostry glos spytal znow o haslo nocnego intruza. De Batz odpowiedzial tonem rozkazujacym, ze przyszedl do H~erona z waznym interesem, nie cierpiacym zwloki. Rownoczesnie pokazal sztuke srebra, ktora przytknieta do samego okienka przyspieszyla znacznie otwarcie bramy. Masywne wrota otworzyly sie z wolna, zgrzytajac na ciezkich zawiasach, i zatrzasnely sie za gosciem natychmiast. Loza dozorcy znajdowala sie na lewo od bramy. Spytano po raz trzeci o haslo, ale widocznie twarz przybysza byla znajoma, gdyz nie stawiano zadnych trudnosci w dalszej drodze. Czlowiek w podartym plaszczu i dziurawych butach otrzymal rozkaz zaprowadzenia de Batza do mieszkania obywatela H~erona. Przewodnik szedl powoli, zgiety wpol powloczac nogami. Pek kluczy dzwonil w jego brudnych rekach, a ze korytarze byly bardzo zle oswietlone, mial do pomocy latarnie. Wkrotce skrecili w centralny korytarz, oswietlony z gory oknem w suficie. Srebrne swiatlo ksiezyca rzucalo po scianach fantastyczne cienie dwoch idacych mezczyzn. Po lewej stronie grupy zolnierzy trzymaly straz przy calym szeregu ciezkich debowych drzwi o zelaznych ryglach i grubo zakratowanych oknach. Otuleni w plaszcze, patrzyli spode lba podejrzliwym wzrokiem na przechodzacego nocnego goscia. Tu pelno bylo tajemniczych szelestow i glosow. Szepty modlitw, jeki, zdlawione skargi wydobywaly sie jakby ze scian i unosily sie w zimnym powietrzu korytarza. Od czasu do czasu w jednym z okien ukazywala sie biala reka. Chwytala zelazne ramy, probujac wyrwac je z zawiasow, a ponad reka stawalo zamglone widmo oblakanej twarzy mezczyzny lub kobiety, usilujacej rzucic wejrzenie pozegnalne na swiat, na niebo przed ostatnia podroza na miejsce stracenia. A wtedy jeden z zolnierzy z glosnym przeklenstwem zrywal sie na rowne nogi i klul bagnetem delikatne palce. Reka odrywala sie od zelaznych krat, a sina twarz zapadala w ciemnosci z rozdzierajacym jekiem. Krotkie, niecierpliwe westchnienie wydarlo sie z ust de Batza. Przeszedlszy za swym przewodnikiem obszerne podworze, ujrzal duza srodkowa wieze o malych oswietlonych oknach, w ktorej potomek zdobywcow swiata o najpiekniejszym w Europie nazwisku i najstarszej koronie spedzil ostatnie dni zycia w najglebszym smutku i ponizeniu. Przypomnial sobie noc wyznaczona na ucieczke krola i jego rodziny z wiezienia. Straz przekupiono i wszystko zdawalo sie sprzyjac spiskowcom, ale nie liczono sie z najglowniejszym czynnikiem – z nieprzeblaganym przeznaczeniem. I nie powiodlo sie – i znow probowal – i znow wysilki jego spelzly na niczym. A teraz, gdy kroki jego rozlegaly sie w pustym korytarzu, po ktorym nieszczesny krol i krolowa przebyli droge na krwawa Kalwarie, krzepil sie mysla, ze choc jemu sie nie powiodlo, to przynajmniej nikt inny go nie wyprzedzil. Czy ten intrygancki awanturnik angielski, ktory nazywal sie „Szkarlatnym Kwiatem”, planowal kiedykolwiek ucieczke krola lub krolowej? Tego nie wiedzial. Ale poprzysiagl sobie, ze pod zadnym warunkiem nie da wydrzec sobie zlotej nagrody, ofiarowanej przez Austrie za wolnosc malego delfina, i ze zadna sila na swiecie go nie pokona. – Raczej niech dziecko zginie – snula wyobraznia chorego mozgu – a ten przeklety Anglik niech zajmuje sie wlasnymi sprawami i swych konfederatow! – syknal przez zeby. Doszli do kretych, waskich kamiennych schodow, wiodacych do innego korytarza. Przewodniki zatrzymal sie wreszcie przed niskimi zelaznymi drzwiami o masywnym kamiennym obramowaniu. De Batz pozegnal go i pociagnal za dzwonek. Na przerazliwy odglos dzwonka stanela w progu wysoka postac w brazowym plaszczu z latarnia w reku, ktora rzucila snop swiatla na jowialna twarz de Batza. – To ja, towarzyszu H~eronie – rzekl, wstrzymujac jego okrzyk zdziwienia, aby nie rozbrzmial po dlugich korytarzach tego labiryntu, szerzac nowine, ze obywatel H~eron rozmawia z baronem de Batzem. – Prosze – rzekl H~eron krotko. Zaryglowal ciezkie drzwi za swym gosciem, a de Batz, ktory widocznie znal juz droge, przeszedl z waskiego korytarza wprost do pokoju. H~eron, postawiwszy latarnie na ziemi, pospieszyl za nim. Rozdzial VI. Agent komitetu Byla to waska, duszna izba o jednym okratowanym oknie, wychodzacym na podworze. Kopcaca lampa zwieszala sie na lancuchu z brudnego sufitu, a w rogu maly zelazny piecyk wydzielal raczej nieprzyjemny swad niz cieplo. Nie bylo prawie wcale mebli: dwa lub trzy krzesla, stol zawalony papierami i otwarta szafa, przedstawiajaca widok dziwnej zbieraniny przeroznych przedmiotow – zwitki papierow, rondel, kawalek zimnej kielbasy i dwa pistolety. Kleby dymu unosily sie w powietrzu wraz z zapachem kopcacej lampy i wilgoci. H~eron wskazal gosciowi krzeslo, sam usiadl i wsparl sie lokciami o stol. Wzial do reki krotka fajke odlozona widocznie na odglos dzwonka, pociagnal kilkakrotnie i rzekl krotko: – O coz chodzi? Tymczasem de Batz zrzucil plaszcz i kapelusz, polozyl je na plecionym krzesle i zajal miejsce kolo ognia. Zalozyl noge na noge i zaczal sie gladzic po lysej czaszce, nie spieszac sie widocznie z odpowiedzia. Zachowanie jego zdawalo sie dzialac na nerwy H~eronowi. – O coz chodzi? – powtorzyl, uderzajac piescia w stol, aby zwrocic uwage przybysza – odezwij sie wreszcie! Czemu przychodzisz o tak poznej porze? Czy po to, aby mnie i siebie skompromitowac? – Powoli, powoli, przyjacielu – odpowiedzial de Batz filozoficznie – nie trac czasu na prozne slowa. Czy przychodzilem kiedy do ciebie bez potrzeby? Czy miales kiedy powod do uskarzania sie na mnie? – Wizyty twoje beda w przyszlosci jeszcze kosztowniejsze, moj drogi, mam obecnie wieksza wladze – zamruczal H~eron. – Wiem o tym – odparl de Batz – nowe prawo. Mozesz zaskarzyc kogo zechcesz, poszukiwac i skazywac kogo chcesz i wysylac przed trybunal, nie dajac najmniejszej nadziei ratunku – wiem. – Czy po to przyszedles w nocy do mnie, aby mi to wszystko opowiedziec? – zaperzyl sie H~eron. – Nie. Przyszedlem tak pozno, gdyz przypuszczam, ze w przyszlosci ty i twoi powiernicy bedziecie tak zajeci przez caly dzien polowaniem dla gilotyny, ze tylko nocne godziny pozostana dla przyjaciol. Widzialem cie przed kilkoma godzinami w teatrze, wiec mialem nadzieje, ze jeszcze sie nie polozyles. – Dobrze, a czego zadasz? – Raczej, powiedzmy, czego ty zadasz, obywatelu H~eronie? – Za co? – Za moja ciagla swobode dzialania za twoimi plecami. H~eron odsunal naglym ruchem krzeslo i zaczal przechadzac sie po pokoju wielkimi krokami. Spogladal piorunujacym wzrokiem na de Batza, przypatrujacego sie z pochylona na bok glowa przymruzonymi oczyma spokojnie temu nieludzkiemu potworowi, ktory otrzymal tego dnia nieograniczona wladze nad tysiacami istot ludzkich. H~eron byl jednym z tych mezczyzn, ktorzy sa niepokazni pomimo wysokiego wzrostu. Glowe mial mala, waska, wlosy spadajace w nieladzie na czolo, plecy kablakowate, a nogi dlugie, kosciste, zgiete w kolanach jak u spracowanego konia. Zapadniete policzki i duze wylupiaste oczy o okrutnym wyrazie stanowily dziwna sprzecznosc z miekkim ksztaltem ust o czerwonych pelnych wargach i niklym podbrodku. Nawet w tej chwili, gdy patrzyl na de Batza, chciwosc i okrucienstwo staczaly w nim zacieta walke, ktorej wynik zawsze jest niepewny u ludzi tego pokroju, co on. – Nie wiem, czy w dalszym ciagu bede mial z toba do czynienia. Jestes obmierzla sztuka, ktora dosyc juz narzucala sie komitetowi bezpieczenstwa publicznego przez przeszlo dwa lata. Chcialbym z przyjemnoscia zmiazdzyc cie raz na zawsze jak uprzykrzona muche. – Z przyjemnoscia, nie watpie o tym, ale bardzo byloby to niepraktyczne z twojej strony – odparl zimno de Batz. – Otrzymasz trzydziesci piec liwrow za moja glowe, a ja ofiaruje ci dziesiec razy wiecej za moja wolnosc dzialania. – Wiem, ale ta gra staje sie zbyt niebezpieczna. – Czemu? Jestem bardzo malo wymagajacy. Zadam niewiele: nie puszczaj swej sfory na moj trop… – Masz zbyt wielu sprzymierzencow… – Nie chodzi mi wcale o nich – nie susze sobie glowy o ich bezpieczenstwo, niech sami sobie radza. – Ale ile razy zlowimy ktorego z nich, moga ciebie wydac w sadzie. – W czasie tortur, wiem – dodal de Batz spokojnie, wyciagajac nad ogniem ospowate rece. – Uzywacie teraz tortur w sadzie, prawda, przyjacielu? Ty z twoim poplecznikiem prokuratorem zaprowadziliscie wszystko, co tylko pieklo wymyslic moze. – Co ci do tego? – rzekl H~eron szorstko. – Alez nic a nic, naturalnie! Chcialem ci nawet zaofiarowac trzy tysiace piecset liwrow z obietnica, ze wiecej nie bede sie juz zajmowal tym, co sie dzieje w murach wiezienia. – Trzy tysiace piecset liwrow! – zawolal H~eron z takim zdumieniem, ze nawet jego oczy stracily blysk okrucienstw, przybierajac wyraz najwyzszej chciwosci. – Dwa male zera, dodane do trzydziestu pieciu, ktory otrzymalbys za moja glowe – rzekl de Batz, i jakby od niechcenia reka jego wsunela sie do kieszeni plaszcza. – Nie mieszaj sie do moich spraw przez trzy tygodnie, a pieniadze beda twoje. Zapadlo milczenie. Przez waskie, zakratowane okno srebrzyste promienie ksiezyca walczyly z zoltym swiatlem lampy oliwnej, oswiecajac blada twarz agenta komitetu, w ktorego duszy toczyla sie walka miedzy okrucienstwem a chciwoscia. – A wiec, czy zalatwimy interes? – spytal w koncu de Batz, swym miodowym glosem, na wpol wyciagajac kuszacy zwoj papierkow. – Daj mi tylko zwykle pokwitowanie, a pieniadze beda twoje. H~eron mruknal zawistnie: – To niebezpieczna zabawka, mowie ci. Pokwitowanie wpadnie w niepowolane rece i znajda sie ni stad ni zowad pod gilotyna. – Pokwitowanie moze wpasc jedynie w rece sprzymierzonych – odparl Gaskonczyk – bo nawet jezeli mnie zaaresztuja, to i w tym wypadku dostanie sie do rak agenta komitetu, ktoremu na imie H~eron. Musisz ryzykowac, przyjacielu – przeciez i ja czynie to samo. H~eron wahal sie jeszcze przez chwile. De Batz sledzil go spode lba. Niejednego juz z tych patriotow wyprobowal w ten sposob i zawsze austriackie pieniadze przewazaly na szali. Monarchistyczny konspirator nie lubil narazac wlasnej osoby, ale tu pewien byl wyniku. Patrzyl na H~erona, usmiechajac sie z zadowoleniem. – Dobrze – rzekl w koncu glowny agent. – Wezme pieniadze, ale pod jednym warunkiem. – A tym jest?… – Ze nie bedziesz sie wtracal do malego Kapeta. – Do delfina? – Wszystko mi jedno, jak go nazywasz – odparl H~eron, zblizajac sie do de Batza i patrzac na niego z gory z nietajona nienawiscia. – Nazwij, jak chcesz te mala zmije, ale pozostaw ja w spokoju. – To znaczy, ze chcecie go po prostu zabic… A w jaki sposob mam temu zapobiec? – Ty i twoi sprzymierzency wciaz spiskujecie, aby go wykrasc. To sie nie uda. Mowie wam, ze sie to nie uda. Gdyby ten dzieciak znikl z wiezienia, bylbym czlowiekiem straconym. Robespierre mowil mi to nieraz. Dlatego tez zostaw go, nie wtracaj sie do niego, bo inaczej nie rusze palcem dla ciebie, a w dodatku postaram sie, zeby raz z toba skonczyc. Wygladal tak drapieznie, ze mimo wolli samolubny spiskowiec wzdrygnal sie pod wplywem nieprzezwyciezonego strachu. Odwrocil wzrok od piorunujacego spojrzenia H~erona, podobnego w tej chwili do hieny, ktorej chca wydrzec zdobycz z pazurow. Wpatrzyl sie w ogien w glebokim zamysleniu. Slyszal ciezkie kroki przeciwnika i widzial jego cien, rysujacy sie na pustych scianach izby. Nagle uczul, ze ktos chwyta go za ramie. Zerwal sie z miejsca ze zdlawionym krzykiem leku, na ktory H~eron odpowiedzial wybuchem smiechu. Agent komitetu uradowany byl widocznym strachem przyjaciela. Nic go nie cieszylo wiecej, niz wzbudzanie przerazenia w otoczeniu. – Musze isc na zwykla nocna inspekcje – rzekl – chodz ze mna, obywatelu de Batz. Ponura wesolosc odmalowala sie na jego twarzy, gdy wymawial te slowa, brzmiace raczej jak rozkaz. A gdy de Batz wahal sie, skinal na niego raz jeszcze i wyszedl na korytarz z latarnia w reku. Wyciagnal z kieszeni pek kluczy i zadzwonil nimi niecierpliwie, przywolujac w ten sposob towarzysza. – Chodz, obywatelu – rzekl szorstko – chce pokazac ci jedyny skarb w tym domu, ktorego wasze przeklete palce nigdy nie dotkna. De Batz machinalnie wstal. Usilowal pohamowac strach, ktory nim owladnal, powtarzajac sobie w duchu, ze nie ma powodu do leku. H~eron nigdy nie osmieli sie targnac na niego. Chciwosc szpiega byla najlepszym zabezpieczeniem dla czlowieka, ktory rozporzadzal milionami, a H~eron wiedzial doskonale, ze mogl zrobic ze spiskowca niewyczerpane zrodlo dochodow. Trzy tygodnie przemina predko, i znow nadarzy sie sposobnosc zysku, poki de Batz zywy i wolny. H~eron czekal przy drzwiach. De Batz zastanawial sie, ile nedzy i okrucienstwa odkryje mu ta nowa inspekcja. Ostatecznym wysilkiem opanowal nerwy, wlozyl plaszcz na ramiona i wyszedl za H~eronem. Rozdzial VII. „Najcenniejsze zycie w Europie” I znow prowadzono go przez dlugie korytarze olbrzymiego gmachu. I znow z waskich zakratowanych okien dochodzily go rozdzierajace jeki, zdradzajace tajemnice groznych murow. H~eron szedl przodem tak szybko, ze de Batz zaledwie mogl dotrzymac mu kroku. Znal on dobrze rozklad starego wiezienia. Malo ludzi w Paryzu bylo tak dokladnie poinformowanych o tajnych przejsciach i calej sieci cel i korytarzy, zbadanych przez de Batza po niestrudzonych wysilkach. On sam mogl zaprowadzic H~erona do drzwi wiezy, gdzie wieziono malego delfina, ale niestety, nie posiadal do niej kluczy. Postawiono straze przy kazdej bramie i w koncu kazdego korytarza. Na wielkim podworzu, przepelnionym w porze obiadowej wiezniami, snuli sie zolnierze, choc w tej chwili nie bylo na nim skazancow. Kilku z nich przechadzalo sie tam i z powrotem z bagnetem na ramieniu, inni siedzieli na ziemi, palac fajki lub grajac w karty, lecz znac bylo, ze pilnie czuwaja. Poznawano wszedzie po drodze H~erona i choc w tych dniach rownosci nikt nie prezentowal broni, kazdy zolnierz na posterunku cofal sie na jego widok albo otwieral drzwi przed wszechpoteznym agentem komitetu. De Batz nie posiadal skutecznych srodkow, aby sie dostac do meczenskiego malego krola. Obaj mezczyzni szli jeden za drugim w milczeniu. Gaskonczyk zwracal baczna uwage na wszystko, co widzial: na drzwi bramy, posterunku, jednym slowem na wszystko, co moglo byc przeszkoda lub pomoca w jego wielkim przedsiewzieciu. W koncu znalazl sie powtornie przy bramie wejsciowej, gdzie miescila sie loza odzwiernego. Tu napotkal niezliczona ilosc zolnierzy. Dwoch stalo na strazy przy okienku, inni rzedem przy scianie. H~eron zapukal kluczami do drzwi odzwiernego; gdy nie otworzono mu natychmiast, popchnal je noga. – Gdzie dozorca? – spytal gniewnie. Z rogu malej izby doszla go mrukliwa odpowiedz: – Poszedl do lozka. Czlowiek, ktory poprzednio zaprowadzil e Batza do drzwi H~erona, powstal z wolna. Drzemal sobie widocznie w kacie i obudzil sie na dzwiek ostrego glosu agenta komitetu. Trzymal w jednej rece but, a w drugiej szczotke. – Wez te latarnie – rzekl H~eron – i chodz ze mna. Czemu jeszcze tu siedzisz? – dodal po chwili. – Obywatelowi odzwiernemu nie spodobal sie moj sposob czyszczenia butow – mamrotal czlowiek, spluwajac ze zloscia na ziemie. – Wybredny! Przeklete miejsce… dwadziescia cel sprzatac i buty czyscic lada dozorcy i odzwiernemu. Zapytuje, czy to odpowiednie zajecie dla prawego, wolno urodzonego patrioty? – Jezeli jestes niezadowolony, obywatelu Dupont – odrzekl zimno H~eron – mozesz odejsc, kiedy chcesz. Pelno jest innych, ktorzy czekaja na to miejsce. – Dziewietnascie godzin na dzien i dziewietnascie sous zaplaty… czternascie dni pracowalem w tym areszcie… Mruczal cos w dalszym ciagu, ale H~eron, nie zwracajac juz wiecej uwagi na niego, odezwal sie do grupy zolnierzy, stojacych w poblizu: – Naprzod, kapralu, wez ze soba czterech ludzi, idziemy do wiezy. Mala garstka ruszyla z miejsca. Przodem szedl czlowiek z latarnia, ow przewodnik de Batza ze zgietym krzyzem i kablakowatymi kolanami, potem kapral z dwoma zolnierzami, H~eron z de Batzem, a w koncu straz. H~eron wreczyl pek kluczy Dupontowi, ktory czekal przy bramie, az mala procesja przejdzie, a potem zamykal ja starannie. Przeszli krecone schody z masywnego kamienia i staneli przed zelaznymi drzwiami. De Batz zamyslil sie gleboko. Nie spodziewal sie tak silnej strazy, pilnujacej „najcenniejszego zycia w Europie”. Jakiej sumy zazadaja w zamian za nie? Jakaz nadludzka pomyslowosc i odwaga zerwie przeszkody, wzniesione wkolo mlodego zycia, wiednacego w czelusciach tej ciemnej wiezy? Gruby, maloduszny spiskowiec nie mial ani odwagi, ani sprytu, ale pieniedzy mial w brod. Sadzil, ze i tamte zalety posiadal w wysokim stopniu, ale niestety nie oddaly mu one wielkich uslug w probach, powzietych swego czasu dla wyratowania czlonkow rodziny krolewskiej. W nadmiernym swym egoizmie nie chcial przyznac, ze „Szkarlatny Kwiat” i jego liga przewyzszaja go pod kazdym wzgledem i nie zyczyl sobie ich pomocy. Glos H~erona obudzil go z tych rozmyslan. Naczelny agent wolal czlowieka z latarnia, by zblizyl sie ze swiatlem. Wyciagnal klucz z kieszeni i otworzywszy ciezkie drzwi, przepuscil de Batza i Duponta. Nastepnie podazyl za nimi, zamknal drzwi od wewnatrz i pozostawil zolnierzy na strazy przy schodach. Trzej mezczyzni znajdowali sie teraz w ciemnym, pustym przedpokoju, w ktorym nie bylo innych mebli procz duzej szafy, zajmujacej cala dlugosc sciany. Szara tapeta, czarna od wilgoci, zwieszala sie w strzepach tu i owdzie. H~eron zapukal do malych drzwi naprzeciwko. – Hola! – zawolal. – Simon, moj stary, jestes tu? Z wnetrza dala sie slyszec ozywiona rozmowa, jakby mezczyzny z kobieta, przeplatana dziecinnym glosem. Rownoczesnie uslyszano zblizajace sie kroki i drzwi otworzyly sie na osciez. Powietrze w pokoju bylo tak duszne, ze w pierwszej chwili uderzala jedynie won tytoniu i wodki. Dupont postawil latarnie na ziemi i usiadl w kacie korytarza. Widocznie czesto tu przychodzil, i malo go zajmowaly inspekcje H~erona. De Batz spojrzal dokola z ciekawoscia i obrzydzeniem. Sam pokoj byl dosc duzy, ale trudno bylo sadzic o jego rozmiarach, tak byl zastawiony przeroznymi sprzetami i meblami o rozmaitych stylach i ksztaltach. W jednym kacie stalo olbrzymie drewniane lozko, w drugim ogromna kanapa. Wielki stol na srodku otoczony byl co najmniej czterema szerokimi fotelami; nie brakowalo tez szaf, biurka, duzego zwierciadla i umywalni, przeroznych skrzyn, pudel, plecionych krzesel i kufrow. Wygladalo to raczej na sklad starych mebli niz na pokoj mieszkalny. Posrodku tego wszystkiego de Batz spostrzegl dwoje ludzi, patrzacych na niego spode lba. Mezczyzna tegiej budowy o myszowatych wlosach, zaczesanych w tyl glowy, mial jasne, szeroko otwarte oczy i niezwykle grube, obwisle wargi. Tuz za nim stala mloda jeszcze kobieta, ktorej ociezala postac i blada cera zdradzaly brak ruchu i watle zdrowie. Oboje patrzyli na de Batza z zaciekawieniem, a na H~erona z widocznym uszanowaniem. Po chwili kobieta odsunela sie nieco na bok i zimnym oczom Gaskonczyka ukazala sie bolesna twarzyczka niekoronowanego krola Francji. – Czemu Kapet jeszcze sie nie polozyl? – spytal H~eron, gdy spostrzegl dziecko. – Nie chcial zmowic dzisiaj pacierza ani wypic lekarstwa – odparl Simon, smiejac sie rubasznie. – To psi zawod… – Jezeli ci to miejsce nie dogadza – odparl sucho H~eron – mozesz prosic o zwolnienie – nie bedzie trudno o zastepce. Szewc mruknal gniewnie i splunal w strone dziecka. – To male szczenie wiecej sprawia klopotu niz mozna zniesc. Chlopiec malo zwracal uwagi na brutalne wyzwiska, ktorymi obrzucal go Simon. Stal spokojnie w kacie pokoju, zaciekawiony widokiem de Batza, ktorego nie znal. De Batz zauwazyl, ze dziecko mialo wyglad dobrze odzywionego. Mialo na sobie welniana ciepla koszule, sukienne spodnie, grube ponczochy i buciki, ale ubranie bylo brudne, jak rowniez rece i twarz. Zlote loki, gladzone niegdys wypieszczona reka mlodej krolowej, zwisaly w nieladzie kolo drobnej twarzyczki, z ktorej dawno juz zniknal wszelki slad godnosci osobistej. Ludwik XVII nie robil wrazenia dziecka katowanego, choc plecy jego czesto uginaly sie pod razami okrutnego opiekuna; blada jego twarzyczke cechowala raczej bierna obojetnosc i odpychajaca chec przypodobania sie. Gdy H~eron rozmawial z Simonem, kobieta zawolala chlopca. Zblizyl sie do niej bez najmniejszego strachu. Podniosla rog brudnego, ostrego fartucha i wytarla mu usta i twarz. – Nie moge utrzymac go w czystosci – rzekla, jakby dla uniewinnienia sie, spogladajac na de Batza. – A teraz zachowaj sie jak przystalo na grzecznego chlopca – dodala – zwracajac sie do delfina – wypij lekarstwo i zmow pacierz, aby ucieszyc „mame”. Potem pojdziesz do lozka. Wziela ze stolu szklanke, napelniona bezbarwnym plynem, ktory de Batz wzial w pierwszej chwili za wode i przytknela ja do ust dziecka. Odwrocilo glowe i zaczelo plakac. – Czy lekarstwo bardzo niedobre? – spytal Gaskonczyk. – Moj Boze! Alez nie, obywatelu, to najlepsza wodka, jaka mozna dostac – zawolala kobieta. – Kapet ja bardzo lubi, prawda? Ona dodaje ci humoru i spisz po niej lepiej. Wczoraj wychyliles chetnie cala szklanke, wiec i dzis uczynisz to samo. Wiesz dobrze, ze „papa” gniewa sie, gdy nie wypijesz przynajmniej pol szklanki – dodala, znizajac glos. Dziecko wzbranialo sie jeszcze przez chwile, ale w koncu doszlo widocznie do przekonania, ze rozsadniej bedzie nie upierac sie dluzej i wzielo szklanke z rak pani Simon. A wtedy de Batz ujrzal potomka Ludwika XVI pijacego wodke na rozkaz zony prostego szewca, ktora nazywal imieniem najswietszym i najdrozszym dla kazdego dziecka. De Batz, choc nie byl idealista, odwrocil sie ze wstretem. Simon przygladal sie tej scenie z widocznym zadowoleniem. Chichotal z ukontentowania i blysk triumfu zaswiecil w jego wylupiastych oczach. – A teraz, moj maly – rzekl jowialnie – chce, by obywatel uslyszal twoj pacierz. Skinal na Gaskonczyka, aby i on wzial udzial w majacym nastapic przedstawieniu. Wyciagnal z kata pokoju zatluszczona czapke, ozdobiona trojkolorowa kokarda i brudna podarta choragiew, ktora niegdys byla biala, z wyhaftowanym zlotym kwiatem lilii. Wsadzil czapke na glowe dziecka i rzucil choragiew na ziemie. – Twoj pacierz, Kapet! – zawolal chichoczac. Jego ruchy byly rubaszne – silil sie widocznie na najjaskrawsze prostactwo. Obijal sie o meble, chodzac po pokoju, kopal noga krzesla, stojace mu na drodze. De Batz pomyslal mimo woli o ciszy salonow wersalskich, o calych zastepach wytwornych dam, opiekujacych sie niegdys dzieckiem, ktore stalo teraz przed nim w czerwonej czapce na zlotej glowce z wyrazem bezmyslnej, tepej obojetnosci. Poslusznie, odruchowo chlopiec stanal na fladze, ktora Henryk IV mial pod Ivry, a krol_slonce stawial na froncie swych wojsk. I oto Ludwik XVII, krol Francji z Bozej laski, najstarszy syn Kosciola, tratowal nogami choragiew Ludwika swietego i tanczyl potworny taniec na jej strzepach. Krzykliwym glosem zaspiewal karmaniole. Jego blade zwykle policzki palaly, oczy blyszczaly nienaturalnym ogniem pod wplywem zabojczego trunku. W pieknej raczce trzymal czerwona czapke z trojkolorowa kokarda i krzyczal na caly glos: – Niech zyje republika! De Batz zatkal sobie uszy i chcial uciec z tego miejsca hanby. Pani Simon az klaskala w rece z uciechy, patrzac z duma i macierzynska jakby miloscia na swego wychowanka. Simon utkwil badawczy wzrok w H~eronie, oczekujac slowa uznania, ale ten skinal tylko potakujaco glowa. – Teraz twoj katechizm, Kapet! – krzyknal Simon ochryplym glosem. Chlopiec stanal na bacznosc w czapce na glowie, z rekoma na biodrach. Rozstawil szeroko nogi na starej choragwi o bialej lilii, dumie swych praojcow. – Twoje nazwisko? – spytal Simon. – Ludwik Kapet – odpowiedzialo dziecko jasnym, pewnym glosem. – Kim jestes? – Obywatelem republiki francuskiej. – Kto byl twoj ojciec? – Ludwik Kapet, krol, tyran, ktory zginal z woli ludu. – A twoja matka? – Byla… Z ust de Batza wyrwal sie mimowolny okrzyk zgrozy. Kimkolwiek ten czlowiek byl, urodzil sie dzentelmenem i krew burzyla sie w nim na widok tego, co sie tu dzialo. Ta haniebna scena przejela go wstretem – zwrocil sie gwaltownie ku wyjsciu. – Coz, obywatelu? – spytal glowny agent ironicznie. – Nie jestes zadowolony z tego, co widzisz? – Moze by ow obywatel wolal zobaczyc Kapeta na zlotym tronie, a nas kleczacych u jego stop, calujacych go po rekach? – wtracil jadowicie Simon. – W pokoju jest duszno – tlumaczyl sie de Batz, kierujac sie wciaz ku drzwiom – mam zawrot glowy. – Plun na te przekleta choragiew jako dobry patriota, za przykladem Kapeta – pouczyl go Simon szorstko. – A teraz, Kapet, moj synu – dodal, popychajac chlopca – idz do lozka, jestes dosyc pijany, jak przystoi na dobrego republikanina. Pociagnal chlopca zartobliwie za ucho i uderzyl go w plecy kolanem. Nie chcial bynajmniej dokuczyc dziecku, bo sie na nie w tej chwili nie gniewal. Przeciwnie, zadowolony byl z wrazenia, jakie uczynily na obecnych pacierz i katechizm Kapeta. Chlopiec po sztucznym podnieceniu odczul nieprzeparte pragnienie snu. Nie rozbierajac sie, ani myjac, rzucil sie na sofe. Pani Simon z troskliwoscia podlozyla mu poduszke pod glowe i dziecko usnelo natychmiast. – Dobrze, bardzo dobrze, obywatelu Simonie – rzekl H~eron, zwracajac sie ku drzwiom – doniose o tym komitetowi bezpieczenstwa publicznego. A wy, obywatelko Simon – dodal, zwracajac sie groznie do kobiety – zanadto troskliwosci okazujecie tej malej zmii. Nie potrzeba dawac poduszki pod glowe. Mamy wielu dobrych patriotow, ktorzy nie maja poduszek. Zabierz ja natychmiast. Buciki tez sa zbyteczne – chodaki wystarcza. Obywatelka Simon nic nie odpowiedziala, gdyz piorunujace spojrzenie meza stlumilo odpowiedz na jej ustach. De Batz rzucil ostatnie wejrzenie na spiace dziecko. Niekoronowany krol francuski pograzony byl w ciezkim snie z niedopowiedzianymi obelgami przeciwko zmarlej matce. Rozdzial VIII. Arcades Ambo – W ten sposob dochodzimy do swych celow – rzekl twardo H~eron, wracajac z towarzyszem do mieszkania. Pierwszy raz w zyciu de Batz byl pod wrazeniem tego, co widzial i na jego rumianej twarzy odbijaly sie slady glebokiego wzburzenia. – Jestesmy prawdziwymi szatanami! – wykrztusil. – Jestesmy prawymi patriotami – odparl H~eron – gdyz staramy sie, by nasienie tyranow wiodlo dzis takie zycie, jak tysiace dzieci za rzadow jego ojca. Co mowie, los jego jest jeszcze stokroc lepszy; ma co jesc i nosi cieple ubranie. Niezliczone rzesze niewinnych dzieci, ktore nie maja na sumieniu zbrodni despotycznego ojca, musza mrzec z glodu, podczas gdy on ma wszystkiego pod dostatkiem. Wyraz twarzy H~erona byl tak okrutny, ze po raz drugi de Batza przeszyl dreszcz. W porownaniu do Bourbonow, ktorych uwazal za ciemiezycieli ludu, glowny agent nie byl niczym innym jak dzikim zwierzeciem, pragnacym zatopic swoje kly w ciele tych, ktorych piety gniotly niegdys jego wlasny kark. De Batz doszedl do przekonania, ze nawet za cene milionow nie wyrwie z jego szponow syna Ludwika XVI. Zadne przekupstwo tu nie pomoze; jedynie przebieglosc lisia i genialna pomyslowosc zdolaja pokonac owa zwierzeca sile. H~eron rzucal na niego podejrzliwe spojrzenia. – Usune Simona, skoro tylko znajde lepszego patriote; nie dowierzam jego zonie. Lepiej obejsc sie bez niej. Dzis mamy srode, w niedziele juz ich nie bedzie. Widzialem, jak przypatrywales sie tej kobiecie – dodal, uderzajac koscista piescia o stol z taka sila, ze az pioro, atrament i papiery podskoczyly z halasem – i gdybym przypuszczal, ze ty… De Batz siegnal znow po zwitek papierowych pieniedzy, ukrytych w kieszeni plaszcza. – Gdybys sie odwazyl siegnac po Kapeta – rzekl H~eron juz spokojniej – oddalbym cie w tej chwili w rece trybunalu. Czynny umysl de Batza pracowal pilnie. Mial nadzieje, ze uda mu sie wyzyskac wizyte u delfina, ale zamiar oddalenia Simona rozczarowal go niemalo. Zone szewca mozna bylo latwo przeciagnac na swoja strone – teraz wszystkie te nadzieje spelzly na niczym. Choc H~eron szalal i rzucal sie jak hiena, de Batz ani na chwile nie odstapil od planu, ktory mial przysporzyc mu miliony. A co do tego Anglika, zwanego „Szkarlatnym Kwiatem”, to trzeba raz z nim skonczyc – on stanowil glowna przeszkode w korzystnym rozwiazaniu spisku. Poniewaz de Batz bedzie musial postepowac z wielka ostroznoscia wskutek wrogiej postawy H~erona, ten przeklety „Szkarlatny Kwiat” mogl go latwo wyprzedzic i pozbawic zlotej nagrody. Na sama mysl o tym porywala gaskonskiego rojaliste taka sama wscieklosc, jak i glownego agenta komitetu bezpieczenstwa publicznego. Rozmyslania de Batza przerwaly glosne wyrzekania H~erona. – Jezeli ten maly szczeniak ucieknie – rzekl – koniec ze mna. Znajde sie na szafocie razem z tymi podlymi arystokratami. Mowisz, ze jestem nocnym ptakiem, obywatelu? Zapewniam cie, ze nie spie ani w dzien, ani w nocy z powodu tego smarkacza. Nie dowierzam Simonom. – Nie dowierzasz im? – zawolal de Batz – nie znajdziesz chyba na swiecie gorszych potworow! – Gorszych potworow! – krzyknal H~eron – oni nie spelniaja nalezycie swego obowiazku. Dazymy do tego, by ow syn tyranow stal sie prawdziwym patriota i republikaninem, aby w razie gdyby wasi konfederaci go odbili, nie mogl juz sluzyc za krola, za tyrana, nie mogl zasiadac w Wersalu, w Luwrze, jesc na zlotych talerzach i nosic jedwabi. Widziales tego malca? Do swojej pelnoletnosci zapomni, jak zachowywac sie przy stole i nauczy sie co wieczor upijac wodka… Chcemy przerobic go na nasza modle… Ale prozne obawy! Nie odbierzecie go! Raczej udusze to szczenie wlasnymi rekami! Podniosl fajke do ust i umilkl. De Batz zamyslil sie gleboko. – Moj drogi – rzekl – unosisz sie zupelnie niepotrzebnie i odrzucasz zaofiarowane ci pieniadze w zamian za moja wolnosc dzialania. Kto ci powiedzial, ze chce mieszac sie do dziecka? – Nie przyniosloby ci to szczescia – zamruczal H~eron. – Otoz wlasnie… powiedziales mi to przed chwila. Ale czy nie uwazasz, ze byloby o wiele rozsadniej, zamiast sledzic tak uporczywie moja niegodna osobe, zwrocic wieksza uwage na duzo niebezpieczniejszego spiskowca? – Na kogo? – Na Anglika. – Myslisz o czlowieku, ktorego nazywaja „Szkarlatnym Kwiatem”? – Tak jest. Czyz nie dal sie juz wam dostatecznie we znaki, obywatelu H~eronie? Zdaje mi sie, ze Chauvelin moglby niejedno o nim powiedziec… – Dawno powinien byc sciety za swa pomylke… – Uwazaj, by nie powiedziano tego samego o tobie, przyjacielu – rzekl z naciskiem de Batz. – Coz znowu… – „Szkarlatny Kwiat” jest obecnie w Paryzu. – Szatan wcielony. A co ty myslisz? W jakim celu? Zapadlo znow milczenie; po czym de Batz ciagnal dalej dobitnie: – Aby wyrwac najcenniejszego wieznia z Temple. – Skad wiesz o tym? – wrzasnal H~eron. – Zgadlem. – W jaki sposob? – Widzialem w teatrze „National” dzis wieczorem pewnego osobnika… – No i coz? – Ktory jest czlonkiem ligi „Szkarlatnego Kwiatu”. – Do stu diablow! A gdzie go szukac? – Daj mi pokwitowanie na 3500 liwrow, ktore ci ofiaruje, a ja ci powiem. – Gdzie sa pieniadze? – U mnie w kieszeni. Bez dalszych komentarzy H~eron przysunal kalamarz i arkusz papieru, wzial do reki pioro i skreslil pare slow rozwleklym pismem. Posypal papier piaskiem i podal go przez stol de Batzowi. – Czy to wystarczy? – spytal szorstko. Gaskonczyk przeczytal pismo uwaznie. – Jak widze, pozostawiasz tylko dwa tygodnie do mojej dyspozycji – zauwazyl. – Za te sume dwa tygodnie wystarcza. Jezeli potrzeba ci dluzszego czasu, musisz wiecej zaplacic. – Niech i tak bedzie – rzekl zimno de Batz, skladajac arkusz papieru. – Co prawda dwa tygodnie wolnosci we Francji to i tak niezwykle zjawisko, a pragne pozostac z toba w stycznosci, moj drogi H~eronie. Zwroce sie znow do ciebie niebawem. Wyciagnal z kieszeni portfel, wyjal zwitek banknotow i podal je H~eronowi. Glowny agent przeliczyl pieniadze. Na jego twarzy odbil sie wyraz wielkiego zadowolenia. – A teraz – rzekl, upewniwszy sie o ilosci banknotow, co mi powiesz o tym czlonku ligi? – Znam go od lat – odpowiedzial de Batz – jest krewnym Antoniego St. Justa i nalezy z pewnoscia do ligi. – Gdzie mieszka? – To twoja sprawa. Widzialem go w teatrze, a nastepnie w zielonym gabinecie. Asystowal obywatelce Lange. Slyszalem, ze mial ja odwiedzic jutro o czwartej; wiesz chyba, gdzie ona mieszka. De Batz poczekal, az H~eron skreslil znow pare slow na skrawku papieru, po czym wstal spokojnie, nalozyl plaszcz na ramiona i zwrocil sie ku wyjsciu. Pozegnanie miedzy tymi dwoma ludzmi bylo krotkie. De Batz skinal glowa, a H~eron odprowadzil go do drzwi i zawolal zolnierza, pelniacego sluzbe na korytarzu. – Wskaz obywatelowi droge do bramy – rzekl krotko. – Do widzenia – dodal w koncu, zwracajac sie do towarzysza. W dziesiec minut pozniej Gaskonczyk znalazl sie na ulicy miedzy murami Temple a malym kosciolkiem sw. Elzbiety. Spojrzal do gory ku zakratowanemu okienku w wiezy – blade swiatelko wskazywalo miejsce, gdzie syna Bourbonow uczono przeklinac tradycje swego rodu na rozkaz szewca, dawnego marynarza, karanego swego czasu za kradziez i niesubordynacje. I nie zdajac sobie sprawy z haniebnego czynu, popelnionego przed chwila, pomyslal o H~eronie z oburzeniem, a o Simonie z obrzydzeniem. Nastepnie mysl jego odbiegla daleko od glownego agenta. – Ten intrygancki „Szkarlatny Kwiat” bedzie mial dopiero robote jutro! – pomyslal – przynajmniej przez kilka dni nie bedzie mial czasu mieszac sie do moich spraw. Zdaje sie, ze po raz pierwszy czlonek tej cennej ligi znajdzie sie w pazurach tak malo pozadanych ludzi, jakimi sa H~eron i jego zgraja. Rozdzial IX. Co moze milosc – Wczoraj byles niegrzeczny i nieuprzejmy. Jakze moglam sie usmiechac, gdy byles taki zimny. – Wczoraj nie bylem z toba sam na sam. Czyz moglem byc szczery, gdy obojetne uszy sluchaly tego, co mialo byc wylacznie dla ciebie? – Ach, monsieur! Czy w Anglii nauczono cie tych pieknych slowek? – Nie, mademoiselle, one rodza sie pod wplywem twych pieknych oczu. Panna Lange siedziala na malej staroswieckiej kanapie z wiazka wczesnych fiolkow, ktora przyniosl jej St. Just, wiedzac, ze lubi kwiaty. Piekna glowke oparla o miekkie jedwabie poduszek – przypominala Armandowi rzezbiona kamee, ktora widzial u swojej siostry Malgorzaty. Usadowil sie u jej stop na niskim taborecie i wydawalo mu sie, ze salonik byl jakby sliczna ramka do uroczego obrazu, ktory mial przed oczyma. Wszystko tu bylo tak przytulne, choc powazne: male stylowe meble, miniaturowe stoliki „Vernis_Martin”, miekkie draperie i dywan „Aubusson” o jasnych tonach. Panna Lange byla sierota; zyla samotnie pod opieka ubogiej starszej krewnej, wystepujacej w roli towarzyszki, gospodyni i sluzacej: ona to trzymala z dala zbyt natarczywych wielbicieli mlodej, popularnej aktorki. Panna Lange opowiedziala Armandowi cala swa przeszlosc i dziecinstwo spedzone w zakladzie zlotnika M~ezi~ere, krewnego jej matki. Zwierzyla mu sie, w jaki sposob zrodzilo sie w niej pragnienie artystycznej kariery, jak musiala walczyc z przesadami rodziny i jak w koncu, zwyciezajac wszystkie przeszkody zdobyla niezaleznosc. Nie robila najmniejszej tajemnicy ze swego niskiego pochodzenia; przeciwnie, dumna byla, ze doszla tak daleko o wlasnych silach. Liczyla dopiero 20 lat, a miala juz wybitne stanowisko w artystycznym swiecie Paryza. Armand sluchal jej szczebiotu z zajeciem, wypytujac ja z taktem o rozmaite szczegoly, a ona nawzajem pytala o jego lata dziecinne i o piekna Malgorzate, ktora byla swego czasu najjasniejsza gwiazda w wytwornym zespole artystow „Komedii Francuskiej”. Nie widziala nigdy na scenie Malgorzaty St. Just, ale do tej pory Paryz wyslawial jej talent i wszyscy milosnicy sztuki dramatycznej ubolewali, ze opuscila teatr. W ten sposob rozmowa zeszla znow na Anglie; panna Lange oswiadczyla, ze zywi wielka sympatie dla przybranej ojczyzny Armanda. – Dawniej zdawalo mi sie, ze to brzydki kraj, pelen halasu i wrzenia przemyslowego zycia, przesycony mgla i dymem zabojczym dla roslinnosci. – A zatem w przyszlosci – pani – odrzekl – mysl o Anglii jako o kraju okrytym zielonoscia, gdzie na wiosne drzewa owocowe przystrajaja sie kwieciem, jak w czarownej bajce, a bujna trawa roztacza puszysty kobierzec w cieniu prastarych debow i odwiecznych zamkow obroslych bluszczem i powojem. – A „Szkarlatny Kwiat”? Opowiedz mi o nim, monsieur. – Ach, mademoiselle, czegoz jeszcze o nim nie wiesz? „Szkarlatny Kwiat” jest czlowiekiem, ktory poswiecil cale zycie cierpiacej ludzkosci. Slucha tylko jednego glosu – jeku uciemiezonych. – Przeciez twierdza, monsieur, ze filantropia gra podrzedna role u waszego bohatera, i ze naraza sie jedynie dla sportu. – Jak kazdy Anglik, mademoiselle, „Szkarlatny Kwiat” wstydzi sie wszelkiej uczuciowosci. Bedzie sie jej wypieral do upadlego, choc szlachetne jego serce odczuwa gleboko kazdy bol. Sport?… A moze sport i milosc blizniego zblizone sa do siebie pod pewnym wzgledem? Zawody na smierc i zycie, walka o zwyciestwo, rzucanie na hazard wlasnego zycia z pogarda smierci… – Lekaja sie go we Francji, monsieur; wybawil tylu, tylu ludzi skazanych przez „komitet bezpieczenstwa publicznego”! – Daj Boze, by wiecej jeszcze wyratowal. – Ach, monsieur! Niech ratuje biedne dziecko, wiezione w Temple! – Litujesz sie nad nim, mademoiselle? – Jak kazda dobrze mi myslaca kobieta we Francji. Ach! – dodala, wdziecznym ruchem skladajac rece i patrzac na Armanda oczyma pelnymi lez – gdyby wasz szlachetny „Szkarlatny Kwiat” chcial zajac sie tym niewinnym jagniatkiem blogoslawilabym go z calego serca! – Niech cie Bog blogoslawi za te slowa, mademoiselle – rzekl Armand z uniesieniem i olsniony jej urokiem i kobiecoscia kleknal przed nia na jedno kolano. – Zaczalem tracic wiare we wlasny narod, uwazajac Francuzow za podlych, a kobiety za godne pogardy. Moglbym dziekowac ci na kolanach za slodkie slowa wspolczucia i prawdziwie macierzynskie serce dla malego delfina. Nie wstrzymywala lez. Wzbieraly w jej oczach i splywaly po swiezych policzkach, nie odejmujac uroku twarzyczce. W jednej rece trzymala koronkowa chusteczke, ktora od czasu do czasu ocierala oczy, a druga oddala prawie bezwiednie Armandowi. Zapach fiolkow wypelnial pokoj. St. Just kleczal u jej stop, przyciskajac usta do jej reki. Armand byl bardzo mlodym idealista. W tej chwili trudno bylo twierdzic, ze kochal sie w pannie Lange. Milosc przyszla pozniej, gdy nieszczescie spadlo na niego jak grom – teraz poddawal sie tylko czarowi jej osoby z calym entuzjazmem. Uwazal za rzecz zupelnie naturalna, ze zgina kolana przed urocza mala kamea, ktorej poznanie dalo mu tyle radosci i estetycznego upojenia. Wkolo niego swiat szedl za popedem najnizszych instynktow; ludzie zwalczali sie wzajemnie wsrod obludy i nienawisci; ale do tego malego stylowego saloniku, zdobnego w jedwabie i koronki, nie dotarl nigdy zewnetrzny swiat. Tu panowaly jedynie spokoj i piekno. Z mlodzienczego upojenia wyrwaly ich ciezkie kroki na starych debowych schodach. Rozlegl sie grozny rozkaz, krzyk kobiety, i w tej samej chwili wpadla do pokoju opiekunka mlodej aktorki pani Belhomme, drzac na calym ciele. – Janko! Janko! Moje dziecko, to okropne! Moj Boze, co sie z nami stanie? – Jeczac i zawodzac rzucila sie na krzeslo, kryjac twarz w faldach fartucha. Panna Lange i Armand nie ruszyli sie z miejsca, jakby skamienieli. On kleczal w dalszym ciagu u jej stop, a ona nie odrywala oczu od jego twarzy. – Zdawalo sie, ze nie zauwazyli nawet obecnosci starej krewnej, ale uslyszeli miarowe kroki na schodach i grozna komende: – Otwierac w imie ludu. Zrozumieli, co to znaczy. Rozkaz w imie ludu byl prologiem do dramatu o dwoch rozstrzygajacych aktach: aresztowanie i gilotyna. Janka i Armand spojrzeli sobie prosto w oczy. Ujrzeli rozpostarte nad soba skrzydla smierci i w tej okropnej chwili uswiadomili sobie, ze tylko smierc moze ich rozdzielic. Milosc przyszla ze swym nieodlacznym towarzyszem_cierpieniem. – Ciociu Mario! Glos panny Lange stracil w jednej chwili dziecinny dzwiek, stal sie powaznym, silnym i twardym. Choc mowila do krewnej, promienne jej oczy spoczywaly na pochylonej glowie Armanda St. Justa. – Ciociu Mario! – powtorzyla rozkazujaco, widzac, ze krewna w dalszym ciagu drzy ze strachu i trzyma fartuch przed oczami. – Otwierac w imie ludu! – odezwal sie po raz wtory glosny, szorstki glos u drzwi wejsciowych. – Ciociu Mario, jezeli chodzi ci o swoje i moje zycie, to zapanuj nad soba – rzekla Janka stanowczo. – Co my poczniemy? Co sie z nami stanie? – szlochala pani Belhomme. Lecz w koncu otarla lzy i ze zdumieniem spojrzala na slodka, mala Janke, ktora stala sie tak rozkazujaca, tak zupelnie inna. – Nie potrzebujesz sie lekac, ciociu, jesli uczynisz, co ci powiem – tlumaczyla Janka spokojnie – jezeli zas okazesz strach, jestesmy zgubieni. A wiec uspokoj sie, prosze cie. Stanowczosc dziewczecia miala pozadany skutek. Pani Belhomme, choc wstrzasana lkaniem strzepnela fartuch, przygladzila stargane wlosy i spytala drzacym glosem: – Co zamierzasz uczynic? – Idz spokojnie do drzwi i otworz. – Ale przeciez zolnierze… – Jezeli nie otworzysz dobrowolnie, wtargna gwaltem do mieszkania – rzekla Janka. – Idz zaraz i otworz. Nie okazuj najmniejszego strachu, tylko pewne niezadowolenie, ze przeszkodzili ci w pracy; powiedz zolnierzom, ze mademoiselle jest w salonie. Idz w imie Boze. Pani Belhomme wypelnila rozkaz jak automat i skierowala sie ku drzwiom, gdyz nie bylo czasu do stracenia. Po raz trzeci uslyszano glosne wezwanie. – Otwierac w imie ludu! Po czym drzwi zostaly wywazone. Armand kleczal wciaz u stop Janki, trzymajac w swych dloniach jej drzaca reke. – Milosna scene!… – szepnela spiesznie. – Czy umiesz cos w tym rodzaju? Probowal powstac, lecz ona wstrzymala go. Myslal, ze stracila przytomnosc ze strachu. – Mademoiselle… – szepnal, probujac ja uspokoic. – Staraj sie mnie zrozumiec, rzekla ze zdumiewajacym spokojem – i rob, co ci mowie. Ciocia Maria usluchala mnie. Czy uczynisz to samo? – Az do smierci – rzekl z zapalem. – W takim razie odegramy pierwsza lepsza scene milosna. Z pewnoscia umiesz na pamiec dialog Rodryga z Szimena… Na pewno znasz to – naglila, a lzy przerazenia naplywaly jej do oczu – jezeli nie, to co innego… Predzej! Kazda sekunda wazna!… Tymczasem pani Belhomme doszla do drzwi i otworzyla je. Daly sie slyszec gniewne pomruki i szorstkie zapytanie zolnierzy: – Gdzie obywatelka Lange? – W salonie. Pani Belhomme smagana strachem grala swa role znakomicie. – Nachodzic uczciwych obywateli w dzien wielkiego prania! – mruczala pod nosem. – Zastanow sie predko – szepnela Janka, sciskajac reke Armanda tak silnie, ze az paznokcie wbila w jego cialo – jaki umiesz dialog, Armandzie? – W chwili strasznego niebezpieczenstwa imie jego wymknelo sie z jej ust. Nagle zrozumial, o co jej chodzilo i gdy drzwi salonu otwieraly sie gwaltownie, Armand wciaz na kolanach, ale z jedna reka na sercu a druga wzniesiona ku niebu, deklamowal glosno i patetycznie jakby nigdy nic innego nie robil w zyciu. W jednej chwili opanowal strach. Panna Lange zaczela go strofowac z udanym zniecierpliwieniem: – Nie, nie, moj drogi kuzynie. To niedobrze. Nie trzeba klasc takiego nacisku na koniec kazdego wiersza. Trzeba deklamowac z wieksza swoboda – w ten sposob… H~eron stanal w progu. Otoczony cala gromada szpiegow spodziewal sie znalezc tutaj zwolennika owego slynnego „Szkarlatnego Kwiatu”, o ktorym wspomnial de Batz. Tymczasem mlodzieniec, kleczacy przed obywatelka Lange, nie zdradzal cech spiskowca i obojetnie deklamowal staromodne wiersze czysto paryska wymowa. – Co to ma znaczyc? – spytal ostro, patrzac to na panne Lange, to na Armanda. Panienka zerwala sie wdziecznym, pelnym kokieterii ruchem i zawolala: – Ach, to obywatel H~eron! Czemu mnie ciocia Maria nie uprzedzila?… To bardzo niezrecznie z jej strony, ale ona zwykle nie w humorze w dni wielkiego prania… przystapic do niej nie mozna. Usiadz, prosze cie, obywatelu H~eronie, a ty, kuzynie – dodala, zwracajac sie z wielka swoboda do Armanda – prosze cie, nie pozostawaj dluzej w tej smiesznej pozycji. Goracy rumieniec twarzy i nerwowe ruchy mozna bylo przypisac wrodzonej jej niesmialosci wobec nieoczekiwanego goscia. H~eron zdumiony widokiem, ktorego wcale sie nie spodziewal, nie przerywal mlodej panience, szczebiocacej w dalszym ciagu: – Kuzynie – rzekla do Armanda, ktory tymczasem powstal z kleczek – oto obywatel H~eron, mowilam ci juz nieraz o nim. Moj kuzyn Belhomme – dodala, zwracajac sie do H~erona – przybywa prosto z prowincji. Byl niedawno w Orleanie, gdzie gral glowne role w tragediach. Ale boje sie, ze publicznosc paryska bedzie mu sie wydawala o wiele surowsza anizeli orleanska. Czy slyszales, jak deklamowal wiersze przed chwila? Rabal je po prostu, nie moge sie inaczej wyrazic. Dopiero po chwili udala zmieszanie, jakby przeczuwala, ze H~eron przyszedl do niej nie jako wielbiciel talentu slawnej aktorki, ale jako grozny przedstawiciel prawa. Zasmiala sie nerwowo i szepnela z wyrazem przestraszonego dziecka: – Moj Boze, obywatelu, jak ponuro wygladasz! Myslalam, ze przychodzisz mi powinszowac mego ostatniego triumfu! Widzialam cie w teatrze zeszlego wieczora, choc nie odwiedziles mnie po przedstawieniu w zielonym gabinecie. A czemu nie przyszedles? Urzadzono mi ogromna owacje. Patrz na te kwiaty – dodala, wskazujac peki kwiatow na stole – obywatel Danton ofiarowal mi fiolki, Santerre narcyzy, a ten cudny laurowy wieniec otrzymalam od samego Robespierre'a. Tyle bylo w niej swobody, ze H~eron nie wiedzial co myslec. Spodziewal sie zwyklych dramatycznych scen zwiazanych z jego zawodem, krzykow kobiet, oporu mezczyzn, broniacych sie do ostatka lub ukrywajacych sie w szafie z bielizna. Tymczasem wszystko zawiodlo. De Batz wspomnial mu o Angliku, zwolenniku „Szkarlatnego Kwiatu”, a przeciez kazdy myslacy patriota francuski wiedzial, ze czlonkowie ligi „Szkarlatnego Kwiatu”, jako Anglicy, mieli czerwone wlosy i wystajace spiczaste zeby; ten czlowiek zas… Tymczasem Armand przechadzal sie wielkimi krokami po pokoju, powtarzajac glosno swa role. – Nie, nie – rzekla aktorka niecierpliwie – nie rob tej brzydkiej przerwy w srodku ostatniego wiersza. Nasladowala dykcje Armanda i jego bledna wymowe tak znakomicie i z tak zabawna przesada, ze H~eron mimo woli wybuchnal smiechem. – A wiec to twoj kuzyn z Orleanu? – spytal, rozciagajac sie wygodnie w fotelu, ktory ugial sie pod jego ciezarem. – Tak, obywatelu; a teraz musisz pozostac na kawie. Ciocia Maria w tej chwili przyniesie nam podwieczorek. Hektorze – dodala, zwracajac sie do Armanda – zstap z wyzyn na ziemie i powiedz cioci Marii, aby sie pospieszyla. Zapewne pierwszy to raz od czasu sprawowania urzedu zapraszano H~erona do wypicia kawy w towarzystwie ofiar, na ktore polowal. Ogarnialy go coraz wieksze watpliwosci. De Batz mowil o Angliku, a ten kuzyn z Orleanu byl bezsprzecznie Francuzem. Gdyby denuncjacja przyszla nie od de Batza, lecz od kogo innego, H~eron bylby dzialal z wieksza ostroznoscia; teraz przyszlo mu na mysl podejrzenie, ze moze de Batz skierowal go umyslnie na falszywy trop, aby oddalic go z wiezienia Temple o pewnej oznaczonej godzinie. Podejrzenie to skrystalizowalo sie w jego umysle, i widzial juz de Batza, przeszukujacego jego mieszkanie w celu znalezienia kluczy. A niedbale straze nie bronia mu wstepu do wiezienia… Teraz H~eron byl pewny swego – mial do czynienia ze spiskiem, uknutym przez Gaskonczyka. Gdyby byl rozpatrzyl rzecz na zimno, a nie mial wciaz na mysli ucieczki delfina, bylby z pewnoscia ostrozniejszy, co do osoby Armanda. Ale wszystkie jego podejrzenia skierowane byly na de Batza. St. Just wydawal mu sie glupcem, aktorem, ale najwidoczniej nie byl on Anglikiem. Zerwal sie z krzesla, dziekujac pannie Lange za uprzejme zaproszenie. Musial odejsc co predzej. Aktorzy i aktorki byli zawsze faworyzowani przez wladze: dostarczali jedynie rozrywki w chwilach wolnych od scen terroru, byly to istoty niewinne i nieszkodliwe, nie mieszajace sie do polityki. Janka tymczasem sledzila promiennymi oczyma swego wszechpoteznego nieprzyjaciela, starajac sie wyczytac z jego twarzy los Armanda. Wiedziala doskonale, ze odwiedziny spowodowane byly obecnoscia Armanda – ktos zdradzil go, moze ow wstretny de Batz. Postanowila walczyc o jego zycie i wolnosc. Zycie St. Justa zalezalo od jej zimnej krwi i panowania nad soba, ale czula, ze napiecie nerwow bylo silniejsze niz zniesc mogla. Pomimo to grala swa role w dalszym ciagu. Wymawiala H~eronowi krotkosc jego wizyty, prosila, by pozostal choc 5 minut dluzej, zarzucajac mu z prawdziwie kobieca chytroscia nieuzasadniony niepokoj o malego Kapeta, ktory przyspieszal jego odejscie. – Bylam niezmiernie zaszczycona zeszlego wieczora, obywatelu – rzekla z przymileniem – ze zapomniales na chwile o malym Kapecie i przyszedles na moj debiut w roli Celimeny. – Zapomniec o nim! Nie zdarza mi sie to nigdy. Musze co predzej wracac; za duzo kotow krazy kolo mojej myszy. Badz zdrowa, obywatelko, zle zrobilem, ze nie przynioslem ci kwiatow, ale wybacz – jestem czlowiekiem pracy, bardzo przemeczonym. – Rozumiem – odparla, kiwajac glowa z przejeciem – ale przyjdz dzis wieczorem do teatru, gram Kamille; taka to piekna rola, jedna z moich ulubionych. – Byc moze, ze przyjde: ale teraz musze odejsc; ciesze sie, ze mialem sposobnosc widziec sie z toba, obywatelko. Gdzie mieszka twoj kuzyn? – dodal nagle. – Na razie tutaj – rzekla smialo. – Przyslij go jutro do Conciergerie po swiadectwo bezpieczenstwa. Jest to nowy dekret; a i tobie takie swiadectwo jest potrzebne. – Dobrze. Hektor i ja przyjdziemy razem z ciocia Maria. Tymczasem nie poslij nas do „Maman Guillotine”, obywatelu – rzekla wesolo – gdyz inaczej nie ujrzysz juz Kamilli i Celimeny. Trzymala sie znakomicie do ostatniej chwili. Odprowadzila H~erona do drzwi, zartujac sobie z jego eskorty. – Jestes prawdziwie wytworny, obywatelu – rzekla, patrzac z udanym zachwytem na dwoch szpiegow, stojacych w pogotowiu na korytarzu. – Jestem dumna, ze tylu obywateli odwiedzilo mnie dzisiaj. Przyjdz koniecznie do teatru. Nie zapomnij o zielonym gabinecie – bedzie dla ciebie otwarty. Uklonila mu sie nisko i zamknela sama za nim drzwi. Poczekala chwile, poki ciezkie kroki nie ucichly na debowych schodach; gdy zadzwieczaly na kamiennym podworzu, powrocila powoli do salonu. Rozdzial X. Grozne cienie Musiala przyjsc nieunikniona reakcja. Kolana trzesly sie pod nia i sily ja opuszczaly. Ale juz Armand stal przy niej i podtrzymywal drobna slaniajaca sie postac, podobna do bialego narcyza, smaganego wiatrem. – Armandzie! Musisz opuscic w tej chwili Paryz – szepnela wsrod placzu, ktorego powstrzymac nie byla w stanie. – On powroci, wiem, ze powroci. Wyjezdzaj co predzej do Anglii Ale on nie myslal o przyszlosci! Zapomnial o H~eronie, o Paryzu, o calym swiecie – myslal tylko o niej. – Zawdzieczam ci zycie! – zawolal z uniesieniem. – Jakas ty piekna i odwazna! Kocham cie! Zdawalo mu sie, ze zawsze ja kochal od chwili, gdy w chlopiecym sercu wymarzyl sobie ideal kobiecosci, a zwlaszcza od zeszlego wieczora, gdy jej glos zatrzymal go w teatrze. Nie wiedzial wowczas, ze milosc zarzucila juz na niego swe sieci. O jakze byl zaslepiony! Calowal ze czcia rabek jej sukni, jak pielgrzym przyciska do ust relikwie swietego, ktory uczynil zdumiewajacy cud. Armand, ten wielki idealista, znalazl ideal kobiety. Skupiala w sobie wszystkie zalety, tak wysoko cenione przezen u wodza, ktory dotad byl jedynym wcieleniem jego idealu. Przypomnial sobie jej pomyslowosc i przytomnosc umyslu wobec grozacego niebezpieczenstwa. Czym sobie zasluzyl na tak wielkie poswiecenie z jej strony?… Janka sama nie umiala na to odpowiedziec, ani okreslic, kiedy milosc odezwala sie w jej sercu. – Zeszlego wieczora moze, w chwili rozstania, gdy uczula, ze musi go jeszcze zobaczyc; a dzis?… moze zapach fiolkow ja odurzyl?… pachnialy tak cudnie… Moze rozmowa o Anglii?… Ale gdy nadszedl H~eron, wiedziala, ze musi ratowac zycie Armanda za wszelka cene. W ten sposob filozofowalo tych dwoje dzieci, usilujac zglebic tajemnice milosci. Nie rozumieli dostatecznie, ze wspolne niebezpieczenstwo zwiazalo ich nierozerwalnie. Instynkt kobiecy zawsze gotowy do poswiecenia, dodal mlodemu dziewczeciu sil do wziecia na siebie ciezkiego zadania. Teraz kochala go za niebezpieczenstwa, z ktorych go wyrwala, a on uwielbial ja za to, ze narazila sie dla niego. Godziny mijaly, wieczor nadchodzil, pokoj, obicia i ciezkie kotary zapadaly w mrok. Ciocia Maria, wciaz jeszcze sparalizowana trwoga, nie smiala wyjsc z kuchni i nie wnosila lampy, ale ciemnosci odpowiadaly nastrojowi Armanda. Janka zas zadowolona byla, ze zmierzch ukrywal nieustanny rumieniec jej twarzy. Wiednace kwiaty roztaczaly silna won. Armand upojony byl zapachem fiolkow i szeptem jej glosu, drzacego wsrod lez. Ani szmeru od zewnatrz – na malym placu przed domem zapalono latarnie i jej slaby blask wkradal sie do salonu przez koronkowe firanki okna. Oswiecal drobna sylwetke dziewczecia, igrajac lokami jej wlosow, i zlocac kontury szyi i ramion. Armand powstal z kleczek. – Kochasz mnie?… – szepnal. Jak dziecko sklonila glowe na jego piersi, a on pocalowal jej wlosy, pachnace narcyzami. Lzy na jej policzkach blyszczaly jak ranna rosa. Ciocia Maria weszla w koncu, przynoszac swiatlo. Zastala ich siedzacych obok siebie jak dwoje dzieci, reka w reke, milczacych z nadmiaru szczescia. Zyli jakby w zlotym snie, wiedzac jedynie, ze sie kochaja. Lampa przerwala sen, a ciocia Maria spytala wciaz jeszcze lekliwym glosem: – Ach, kochanie! Jakim sposobem pozbylas sie tych zbojow? Ale nie zadawala dalszych pytan nawet wowczas, gdy swiatlo odkrylo jej wyraznie rumience Janki i plomienne oczy Armanda. W swym sercu nosila drogie wspomnienia, starannie zachowane w zakatku duszy i te wspomnienia sprawily, ze stara kobieta zrozumiala. Tymczasem rzeczywistosc stawala im coraz wyrazniej przed oczyma i strach powoli powracal. Cos spowodowalo ten lek. Moze czyjes ciezkie kroki na ulicy, moze odglos bebnow lub brzek naczyn w kuchni cioci Marii? Nagle Janka zerwala sie na rowne nogi z szalonym niepokojem o ukochanego. – Twoje zycie jest wciaz zagrozone – rzekla – zapominam o tym… twoje cenne, drogie zycie… – Podwojnie drogie – odparl – od czasu, gdy zawdzieczam je tobie. – Wobec tego prosze cie, blagam, strzez go dla mojej milosci. Opusc co predzej Paryz. Zrob to dla mnie – dodala blagalnie – kazda godzina moze sprowadzic na ciebie nieszczescie! – Nie moglbym opuscic Paryza, poki ty tu jestes. – Alez nic mi nie grozi! – mowila – nic a nic! Jestem tylko biedna artystka, i rzad nie zwraca na mnie uwagi. Ludzie musza sie bawic, nawet w chwilach wolnych od rzezi. Jestem pewna, ze bede o wiele bezpieczniejsza, czekajac tutaj cierpliwie. Nagly moj wyjazd w tych okolicznosciach pogorszylby tylko nasza sprawe. Byla pewna slusznosc w tym twierdzeniu, ale czyz mogl ja opuscic i pozostawic w tym okropnym Paryzu, wsrod takich ludzi jak H~eron, ktorzy przychodzili zagrazac jej zyciu w jej wlasnym mieszkaniu? – Posluchaj mnie, droga – rzekl po chwili namyslu – czy pozwolisz mi naradzic sie wpierw z moim wodzem „Szkarlatnym Kwiatem”, ktory obecnie bawi w Paryzu? Jestem pod jego rozkazami i nie moglbym teraz opuscic Francji. Ja i moi towarzysze mamy mu pomoc w wielkim przedsiewzieciu, ktorego nam jeszcze nie wyjawial, ale zdaje mi sie, ze ma na celu uwolnienie delfina. Ale ona przerwala z rozpacza: – Nie, nie, w obecnej chwili jest to niepodobienstwem, Armandzie. Ktos zdradzil cie, sa w pogoni za toba. Jestem przekonana, ze ten wstretny de Batz ma cos wspolnego z dzisiejsza wizyta H~erona. Udalo nam sie zmylic pogon tych szpiegow, ale tylko na pewien czas; za pare godzin, a nawet moze predzej, H~eron pozaluje swej latwowiernosci; powroci, wiem, ze powroci. Byc moze, ze mnie zostawi w spokoju, ale juz bedzie na twoim tropie. Zawlecze cie do Conciergerie dla sledztwa i tam wyjdzie na jaw twoje nazwisko. Jezeli „Szkarlatny Kwiat” zatrzyma cie w Paryzu, jestes zgubiony. Glos jej stal sie twardy i zawistny. Po kobiecemu juz byla gotowa znienawidziec czlowieka, ktorego niezwykla indywidualnosc tak bardzo przedtem podziwiala, widzac, ze zycie i bezpieczenstwo Armanda zalezalo od woli tego nieuchwytnego bohatera. – Nie potrzebujesz sie o mnie obawiac, Janko – zapewnial. – „Szkarlatny Kwiat” ma piecze nad swoimi towarzyszami i nigdy nie narazalby mnie bez potrzeby. Nie przekonal jej. Zazdrosna byla o jego przywiazanie do wodza. Wziela Armanda w swe posiadanie, okupila drogo jego zycie, a on dal jej milosc. Nie chce dzielic swego skarbu z bezimiennym wodzem. – Chodzi tu jedynie o krotka chwile, najdrozsza – powtarzal wciaz. – Nie moglbym za nic opuscic Paryza, wiedzac, ze jestes tutaj bez opieki. I znow zaczeli rozmawiac o Anglii, o szczesciu i spokoju, ktore beda ich udzialem. – Pojedziemy razem do Anglii – szepnal – tam bedziemy szczesliwi. Zamieszkamy w gorach, w malenkim domku, obroslym pnacymi rozami i bluszczem. Za domem rozciaga sie sad i w maju, gdy za powiewem wiosennego wiatru opadaja kwiaty z drzew owocowych, wonny deszcz z bialych platkow zasypywac nas bedzie w cieniu drzew. Pojedziesz ze mna, droga? – Jezeli sobie tego zyczysz, Armandzie, to pojade z toba. Czy on sobie tego zyczyl!… Jutro pojechalby, gdyby chciala! Ale ona tego nie moze uczynic. Ma umowe z teatrem, ktora zerwac trudno, a ciocia Maria? Alez na pewno ciocia Maria z nimi pojedzie. Przyrzekla, ze zwolni sie z poczatkiem wiosny. Janka nie ludzila sie co do zajscia z H~eronem – wiedziala, ze Armandowi grozilo wciaz smiertelne niebezpieczenstwo. W koncu obiecala, ze zastosuje sie do woli „Szkarlatnego Kwiatu” i postapi wedlug jego wskazowek. Armand zwierzy mu sie dzis wieczor i jezeli wodz kaze mu wyjechac, uczyni, co tylko bedzie mogla, aby jak najpredzej sie polaczyc z nim. – Tymczasem mam nadzieje, ze ten okrutny czlowiek nie narazi twego drogiego zycia, rzekla. – Pamietaj, Armandzie, ze nalezysz do mnie. Moglabym go znienawidziec za milosc, jaka go darzysz. – Cicho – rzekl powaznie – nie wyrazaj sie w ten sposob o czlowieku, ktorego kocham ponad wszystko, na rowni z toba. – Myslisz o nim wiecej niz o mnie. Nie bede miala spokojnej chwili, dopoki nie wyjedziesz z Paryza. Choc ciezko bylo sie rozstawac, rozumieli, ze H~eron mogl w kazdej chwili przyslac swych szpiegow. Zreszta Armand chcial jak najpredzej rozmowic sie z wodzem. Miala ukryta nadzieje, ze jezeli „Szkarlatny Kwiat” mial rzeczywiscie tak szlachetne serce, jak twierdzil Armand, to z pewnoscia zrozumie jej niepokoj i uwolni go od przysiegi. Ta mysl dodala jej odwagi; namawiala nawet Armanda do odejscia. – Kiedy zobaczymy sie jutro? – spytal. – Spotkanie bedzie zanadto niebezpieczne – odrzekla. – Musze cie zobaczyc, nie moge zyc jednego dnia bez ciebie. – Teatr jest miejscem najpewniejszym. – Nie doczekam wieczoru. Czy moge odwiedzic cie tutaj? – Nie, szpiedzy H~erona beda krazyli kolo domu. – A zatem gdzie? Zastanowila sie. – Przy drzwiach, prowadzacych na scene, o pierwszej w nocy – rzekla w koncu. – Wsun sie do lozy portiera; poprosze go, aby ci pozwolil wejsc. Przysle swa pokojowke po ciebie, ona przyprowadzi cie do mojej garderoby, gdzie spokojnie porozmawiamy pol godziny. Musial sie tym zadowolic, choc bylby wolal widziec sie z nia tutaj, gdzie delikatne draperie i dyskretne barwy obic tak pieknie harmonizowaly z jej wdzieczna postacia. I oto minela niezapomniana godzina, godzina czystej, radosnej milosci. Moze bezwiednie odczuwali, ze ich wielkie kochanie osiagnie swoj szczyt, gdy przeznaczenie naznaczy je cierpieniem? Moze to przeswiadczenie nadalo ich ostatniemu pocalunkowi uroczysta powage pozegnania. Rozdzial XI. Liga „Szkarlatnego Kwiatu” Armand, opusciwszy plac de Roule, bladzil bez celu po ulicach; myslal jedynie o Jance, o jej pieknosci i odwadze wobec zbirow, przychodzacych zbezczescic jej stylowy salonik. Przypominal sobie kazde slowo ich rozmowy i kazdy jej ruch. Dochodzila godzina osma. Zbudzil sie ze zlotych snow zmeczony i glodny, ale na szczescie znajdowal sie w dzielnicy, gdzie nietrudno bylo o posilek. Ujrzal niedaleko kosciola sw. Magdaleny mala restauracje, wygladajaca czysto i schludnie. Popchnal drzwi i zobaczywszy na uboczu pusty stol, zamowil kolacje. Po posilku uczul sie silniejszym, pewniejszym siebie. Opuszczajac restauracje, zauwazyl, ze bylo bardzo zimno, z czego przedtem nie zdawal sobie zupelnie sprawy. Snieg padal duzymi platami i ostry polnocny wiatr smagal mu twarz. Otulil sie starannie plaszczem; pozostawal mu jeszcze kawal drogi do mieszkania Blakeney'a, gdzie go oczekiwano. Skrecil spiesznie w ulice St. Honor~e, unikajac otwartych placow, gdzie czyny zbuntowanej stolicy wystepowaly w calej swoje ohydzie. W drodze Armand myslal o Jance. Dotad byla ulubienica ludu – ale ktoz mogl wiedziec, czy jutro okrutne prawo, skierowane przeciwko podejrzanym, nie dosiegnie i jej i nie zawezwie przed trybunal rewolucyjny? Mlodzieniec przyspieszyl kroku. Pilno mu bylo znalezc sie w gronie towarzyszy, uslyszec dzwieczny glos wodza i upewnic sie na mocy najswietszych praw przyjazni, ze Janka dostanie sie pod opieke „Szkarlatnego Kwiatu” i jego ligi. Blakeney mieszkal w malym domu na Quai de l'Ecole, niedaleko St. Germain l'Auxerrois, z ktorego mial rozlegly widok na rzeke, na wiezienie Ch~atelet i Palac Sprawiedliwosci. Ten sam zegar wiezowy, ktory przed dwustu laty wybil godzine rzezi hugonotow, uderzyl dziewiata. Armand wbiegl w otwarta brame; na drugim pietrze, przez drzwi na prawo, przebijal promien swiatla. Armand pociagnal za dzwonek. W dwie minuty pozniej znajdowal sie wsrod towarzyszy. Westchnal z ulga, bo juz samo otoczenie tchnelo niezmaconym spokojem. Mieszkanie bylo bardzo proste, bez najmniejszego komfortu, jak to w owych czasach bywalo w tak zwanych garsonierach; ale choc krzesla byly sztywne i niewygodne, kanapa i dywan zniszczone, a nawet dziurawe, wyczuwalo sie, mimo tego pozornego zaniedbania, obecnosc czlowieka o wyrafinowanym smaku. Kominek roztaczal wkolo mile cieplo, choc powietrze dochodzilo w pelni przez przymkniete okno. Na stole stal prosty, gliniany dzban z duza wiazka kwiatow, a w powietrzu unosil sie delikatny zapach, niezmiernie mily po wstretnym zaduchu waskich uliczek. Obecni w pokoiku sir Andrew Ffoulkes, lord Tony i lord Hastings pozdrowili Armanda serdecznym usciskiem dloni. – Gdzie Blakeney? – spytal zywo przyjaciol. – Tutaj! – rozlegl sie dzwieczny glos z przyleglego pokoju. We drzwiach stanal czlowiek, przeciw ktoremu podniosla sie olbrzymia reka calego narodu, za ktorego glowe rzad francuski bylby chetnie zaplacil niezliczone sumy – czlowiek przesladowany przez niepohamowana zemsta i nienawisc. Czy nie zdawal sobie z tego sprawy? Czy nie dbal o to? – tego nie wiedzial nawet najdrozszy jego przyjaciel, sir Andrew Ffoulkes. W kazdym razie wygladal teraz – gdy stanal przed Armandem, wytworny jak zawsze w swym po mistrzowsku skrojonym ubraniu z bezcennymi koronkami u szyi i rak, z emaliowana tabakierka w cienkich, dlugich palcach – raczej na eleganckiego salonowca, niz na czlowieka czynu, ktory w swych szalonych przedsiewzieciach zapalal jeden narod plomiennym entuzjazmem, a drugi nienasyconym pragnieniem zemsty. Nie mozna bylo zwlaszcza przeoczyc tego czaru, ktory bil z calej jego postaci. Od czasu do czasu blyskal z glebi niebieskich oczu, przycmionych ciezko opadajaca powieka, plomien tak szybki, jak letnia blyskawica. Czasem skurcz zacietych ust lub poteznych szczek zmienial przez okamgnienie wyraz twarzy i zdradzal urodzonego wodza. Ale teraz nic podobnego nie mozna bylo spostrzec w tym czlowieku wielkiego swiata, witajacym przyjaciela. Armand zblizyl sie do niego, szczesliwy, ze moze uscisnac jego dlon, ale nieco zmieszany. Zdawalo mu sie, ze spoza przymknietych powiek Blakeney rzucil na niego badawcze spojrzenie, ktore przeszylo go na wylot. Ale niebawem wytlumaczyl sobie, ze tylko niepokoj sumienia byl powodem tych przypuszczen, gdyz niczym nie zdradzil dotad swej tajemnicy. – Spoznilem sie – rzekl – ale bladzilem po ulicach cale popoludnie i w ciemnosciach zmylilem droge. Mam nadzieje, ze nie czekaliscie na mnie zbyt dlugo. Wszyscy przysuneli krzesla do ognia procz Blakeney'a, ktory wolal stac. Poczekal chwile, az usadowia sie wygodnie, gotowi wysluchac go uwaznie, a potem rzekl krotko, bez ogrodek: – Chodzi mi o delfina. Zrozumieli. Wszyscy domyslali sie od dawna, w jakim celu przywolal ich do Paryza przed dwoma dniami. Sir Andrew Ffoulkes dlatego opuscil mlodziutka zone, a St. Just prosil jakby o laske, by pozwolono mu przylaczyc sie do szlachetnej wyprawy. Blakeney nie opuszczal Francji od trzech miesiecy, wciaz w drodze miedzy Paryzem, Nantes, Orleanem a wybrzezem, gdzie towarzysze jego odbierali ofiary, wydarte smierci bezprzykladnym poswieceniem. – A teraz chodzilo o delfina. Wszyscy czekali z zapartym oddechem, a szlachetny zapal rozpieral ich serca. Czekali w milczeniu, utkwiwszy oczy w wodza, sledzac kazdy ruch jego twarzy. Magnetyczna sila tego czlowieka objawiala sie teraz w calej pelni. W tej chwili trzymal w reku czterech ludzi, ale w ten sam sposob bylby rozkazywal tysiacom. Wytworny swiatowiec, rozbawiony bywalec zrzucil maske. Stal spokojny, pogodny, patrzac smialo w oczy najzuchwalszemu przedsiewzieciu, jakie kiedykolwiek powstalo w mysli czlowieka. Nie bagatelizowal go i nie wyolbrzymial, lecz wazyl na szali wszystkie sprzyjajace okolicznosci, jako tez i pietrzace sie przeszkody. – Wszystko gotowe, zdaje mi sie – rzekl sir Percy po krotkiej przerwie. – Oddalono Simonow, dowiedzialem sie o tym dzisiaj. Opuszczaja Temple w przyszla niedziele, dziewietnastego. Ten wlasnie dzien pomoze nam w nowym przedsiewzieciu, ale nie moge robic pewnych planow – wszystko bedzie zalezalo od szczescia. Przerwal. I znow przeszedl sie pare razy po pokoju, zatrzymujac sie przed wielka mapa Paryza i jego okolic. Rece zalozyl w tyl, a oczy utkwil przed siebie, jakby widzial przez sciany i ciemnosci, poprzez mury poteznej budowli potomka stu krolow, zyjacego w ponizeniu i hanbie. Twarz jego byla natchniona. Szlachetny, silnie zarysowany profil zdawal sie wykuty z kamienia, jakby posag bezgranicznego poswiecenia. – Zdaje mi sie, ze najlepszy sposob bedzie nastepujacy… – zaczal po chwili milczenia, siadajac na krawedzi stolu i zwracajac sie do sluchaczy. Swiatlo lampy, stojacej na stole, padalo na cztery plonace twarze, wpatrzone w niego, ale on sam byl w cieniu, jak potezna sylwetka wykrojona na tle kolorowej mapy sciennej. – Pozostane tutaj do niedzieli – rzekl – i bede staral sie przedostac do Temple. Wybiore naturalnie chwile, gdy Simonowie beda sie wyprowadzali. Bog jeden wie – rzekl z wielka powaga – w jaki sposob mi sie to uda. Do tej pory jestem pod tym wzgledem rownie niepewny, jak i wy. Umilkl i nagle powazna jego twarz rozjasnila sie usmiechem, a figlarne swiatlo zamigotalo w oczach. – Tak – rzekl swobodnie – jedno tylko wiem, ze jego krolewska mosc krol Ludwik XVII wyjdzie z tej ciemnej nory w moim towarzystwie w przyszla niedziele, 19 stycznia roku Panskiego 1794. Wiem tez, ze owi zboje nie przychwyca mnie, dopoki nie zabezpiecze dziecka. I dlatego prosze cie, moj Armandzie, nie patrz na mnie tak ponuro, potrzeba nam bedzie twej pomocy w tym donioslym dziele. – Czego zadasz ode mnie, Percy? – rzekl St. Just. – Za chwile ci powiem, wpierw przedloze wam cala sytuacje. Dziecko wyjdzie z Temple w niedziele, ale nie wiem, o ktorej godzinie. Im pozniej, tym lepiej, gdyz nie wymkniemy sie za dnia poza bramy miasta. Pod tym wzgledem musimy sie miec na bacznosci; chlopiec jest o wiele bezpieczniejszy teraz, niz w razie powtornego uwiezienia. Ale w nocy pomiedzy dziewiata a dziesiata podejmuje sie przeprowadzic go przez brame „La Villette” i tu wlasnie potrzebuje waszej pomocy, Ffoulkes i Tony. Macie sie tam stawic z krytym wozkiem w przebraniu – w jakim, to wasza rzecz. Tu macie kilka przepustek. Mam ich caly zbior, gdyz chowam je starannie na wszelki wypadek. Siegnal do przepastnej kieszeni i wyciagnal kilka zniszczonych, zatluszczonych kartek, ktorych komitet bezpieczenstwa publicznego wreczal obywatelom republiki i bez ktorych nikt nie mogl opuszczac miasta. Przegladnal je uwaznie i oddal Ffoulkesowi. – Wybierz sobie sam swoja identycznosc, moj drogi, i ty Tony takze. Badzcie mularzami, weglarzami, kominiarzami lub rolnikami, wszystko mi jedno, bylebyscie potrafili tka sie umalowac sadza lub weglem, by was nie poznano, i przyprowadzili mi na czas zadany wozek, nie wywolujac podejrzen. Ffoulkes spojrzal na kartki i ze smiechem podal je lordowi Tony'emu. Dwaj wytworni dzentelmeni zaczeli przekomarzac sie, jaki stroj bedzie korzystniejszy: kominiarza czy weglarza. – Mozna sie wiecej jeszcze uczernic, bedac kominiarzem – radzil Blakeney – i sadza jest mniej gryzaca dla oczu niz wegiel. – Ale za to sadza tak trudno sie zmywa! – westchnal lord Tony – a wiem, ze z tydzien nie bedziemy mogli sie kapac! – Naturalnie, ze nie! Ty sybaryto – zasmial sie Percy. – Po tygodniu sadza wcale sie nie zmyje – jeknal sir Andrew, myslac o tym, co na to powie jego zona. – Skoro jestescie takimi elegantami – odparl Blakeney, wzruszajac ramionami – zamienie jednego w lakiernika, drugiego zas w farbiarza; a wtedy pierwszy pozostanie jasnoczerwonym do konca zycia, gdyz lakier nigdy nie schodzi, a drugi bedzie musial moknac w terpentynie, poki farba nie zejdzie. W kazdym razie nie zazdroszcze wam zapachu. Zasmial sie, jak psotny uczen, i przytknal do nosa wyperfumowana chusteczke. Armand przypatrywal sie ze zdumieniem tej malej scenie. Przez rok bawil w Anglii, ale do tej pory nie mogl zrozumiec Anglikow. Bez watpienia byli oni osobliwymi istotami. Ci czterej ludzie przygotowywali wyprawe, nie majaca rownej w historii, narazali swe zycie dobrowolnie na pewna smierc, a mimo to zartowali i dowcipkowali, porywani pustym smiechem, jak gromada studentow, co byloby zgorszylo kazdego dobrze wychowanego Francuza. Pomyslal sobie, co powiedzialby na te rozmowe wytworny de Batz; jego pogarda dla „Szkarlatnego Kwiatu” i jego ligi spotegowalaby sie w trojnasob. W koncu rozstrzygnieto spor o przebranie. Sir Andrew, Ffoulkes i lord Antony Dewhurst zgodzili sie na stroj brudnych i zasmolonych weglarzy. Wybrali dwie przepustki: jedna na imie Jana Lepetit, druga na imie Achillesa Grospierre'a. – A jednak nie wygladasz wcale na Achillesa, Tony – zasmial sie Blakeney. Przechodzac nagle od studenckich zartow do waznych zagadnien chwili obecnej, odezwal sie sir Andrew: – Powiedz nam dokladnie, Blakeney, w ktorym miejscu mamy czekac z wozem w niedziele. Blakeney powstal i skierowal sie ku mapie na scianie. Ffoulkes i Tony staneli tuz przy nim, podczas gdy jego piekna waska reka wedrowala po kolorowej powierzchni mapy. Nareszcie palec jego zatrzymal sie. – Tu znajduje sie brama La Villette. Za nia rozciaga sie waska uliczka, prowadzaca wprost do kanalu. Na koncu tej ulicy macie na mnie czekac z wozem, najlepiej niech to bedzie woz z weglem, ktory bedziecie wyladowywali. Mozecie cwiczyc muskuly w tej zbawiennej pracy i zdobyc w okolicy slawe dobrych osmolonych patriotow – dodal z humorem. – Najlepiej zrobimy, jezeli od razu wezmiemy sie do dziela – rzekl Tony – dzis wieczor jeszcze czule pozegnam sie ze swa czysta koszula. – Tak, moj poczciwy Tony, i to na dlugo. Po ciezkiej jutrzejszej pracy przenocujecie w wozie albo pod arkadami kanalu. – Mam nadzieje, ze masz rownie przyjemny plan dla Hastingsa – odrzekl lord Tony z udanym przekasem. Trudno bylo nie zauwazyc, ze cieszyl sie na te wyprawe, jak uczen na wakacje. U prawdziwego ryzykanta, jakim byl lord Tony, zamilowanie do niebezpiecznych przygod bralo gore nad uczuciem heroizmu. Sir Andrew Ffoulkes myslal przede wszystkim o delfinie. Tryskajacy zyciem nie niej od swego przyjaciela, byl bardziej od niego uczuciowy. – Dobrze, a teraz powtorzmy cala rzecz – rzekl, zwracajac sie ku mapie – Tony, ja i woz z weglem czekac bedziemy tutaj u wylotu waskiej uliczki w niedziele wieczorem o dziewiatej. – A twoje haslo, Blakeney? – zapytal Tony. – Jak zwykle – odrzekl sir Percy – krzyk mewy morskiej powtorzony trzykrotnie. A teraz – ciagnal dalej, zwracajac sie do Hastingsa i Armanda, ktorzy nie brali dotad zadnego udzialu w rozmowie – waszej pomocy bede potrzebowal w dalszym ciagu. – Mam nadzieje – rzekl Hastings. – Woz z weglami i swa nedzna szkapa zawiezie nas zaledwie 15_#167km, ale nie wiecej. Musicie zatem udac sie do St. Germain, gdzie mozna znalezc dobre wierzchowce. Zaraz za miasteczkiem mieszka gospodarz Achard, ktory ma doskonale konie. Potrzebujemy pieciu wierzchowcow, z ktorych jeden musi byc wyjatkowo silny, gdyz bedzie dzwigal mnie i dziecko. Hastings i ty, Armandzie, wyjdziecie wczesnym rankiem z Paryza przez brame Neuilly, kierujac sie ku St. Germain. Tam znajdziecie z latwoscia dom Acharda, od ktorego wypozyczycie najlepsze konie. Jestescie obydwaj doskonalymi sportsmenami i dlatego wyznaczam was, liczac na wasz wybor. Wyjedziecie na nasze spotkanie az do krzyzujacych sie drog kolo Courbevoie: na prawo od drogi jest maly zagajnik, ktory bedzie znakomitym schronieniem dla was i koni. Przypuszczam, ze uda nam sie polaczyc z wami o pierwszej w nocy w poniedzialek. A teraz czy wszystko zrozumiane i czy jestescie zadowoleni? – Zrozumielismy doskonale – zawolal Hastings – ale nie jestem zadowolony. – A czemu, prosze? – Bo to wszystko za latwe. Nie narazamy sie wcale. – Oho! myslalem, ze lepiej uzasadnisz swoje argumenty, ty niepoprawny zrzedo – zasmial sie sir Percy. – Recze ci, ze jesli w takim usposobieniu opuscisz Paryz, nie dojedziesz calo do bramy Neuilly. Nie radze wam zanadto smolic twarzy; zwykly robotnik nie wyglada bardzo brudny, dlatego grozi wam wieksze niebezpieczenstwo niz waszym towarzyszom. Armand nie odezwal sie ani jednym slowem, podczas gdy Blakeney rozwijal swoj plan, ktory byl raczej rozkazem; siedzial z zalozonymi rekoma i spuszczona glowa i nie odpowiedzial, gdy Blakeney spytal, czy jest zadowolony. A choc nie podnosil oczu, czul, ze wzrok Percy'ego spoczywa na nim i przenika jego dusze. Silil sie na wesolosc, ale wielki ciezar przygniatal jego serce. Wszak nie mogl opuscic Paryza, nie zobaczywszy sie z Janka. Podniosl oczy i spojrzal bystro na wodza. – Kiedy powinnismy opuscic Paryz? – spytal z udana swoboda. – Musicie opuscic Paryz o swicie – odrzekl Blakeney z lekkim naciskiem. – Jest to najlepsza pora, gdy otwieraja bramy i robotnicy ida do pracy; musicie tez byc w Saint_Germain jak najpredzej, aby na czas wynajac konie. Rozmow sie ty z Achardem, Armandzie, aby angielska wymowa Hastingsa nie zdradzila was; trzeba myslec o wszystkim, Armandzie, gdyz odpowiedzialnosc jest wielka. St. Just umilkl, ale jego towarzysze spojrzeli na siebie ze zdziwieniem. Mlodzieniec zadal proste pytanie, a odpowiedz Blakeney'a brzmiala twardo i bezwzglednie. Byli tak przyzwyczajeni do slepego posluszenstwa na najlzejsze skinienie lub zyczenie wodza, ze dlugie tlumaczenie rozkazow Armandowi uderzylo wszystkich. Hastings pierwszy przerwal przykre milczenie. – Puscimy sie w droge na pewno o swicie – rzekl – ale w jaki sposob znajdziemy Acharda? – Znaja go wszyscy w St. Germain – odrzekl Blakeney – wystarczy zapytac. – Dobrze; nastepnie wypozyczymy piec koni, przenocujemy we wsi, a w niedziele wieczorem zawrocimy ku Paryzowi. Zdaje mi sie, ze dokladnie powtorzylem twoj rozkaz? – Tak. Jeden z was poprowadzi luzem dwa konie, drugi jednego. Zabierzcie ze soba troche Obroku dla koni i wyjedzcie o dziesiatej, a my polaczymy sie z wami w oznaczonym lasku o pierwszej w nocy; mam nadzieje, ze noc bedzie ciemna, gdyz ksiezyc zajdzie juz o tej porze. – Zdaje mi sie, ze zrozumialem wszystko, ale zadanie nie wydaje mi sie trudne. – Pomimo tego starajcie sie obaj miec wolne glowy – rzekl krotko Blakeney. Spojrzal na Armanda, ale on nie zauwazyl tego; siedzial wciaz z zalozonymi na piersi rekoma i spuszczona glowa. Zapadlo milczenie. Wszyscy siedzieli kolo kominka pograzeni w myslach. Przez otwarte okno dochodzil zgielk uliczny, ciezkie kroki strazy, slowa komendy, ale nad wszystkim gorowal swist wiatru i zamiec sniezna, uderzajaca o szyby okienne. Blakeney westchnal niecierpliwie i, zblizywszy sie do okna, otworzyl je na osciez. Z oddali doszedl jego uszu przytlumiony odglos bebnow i nawolywania strazy nocnej, ktore brzmialy jak szyderstwo: „Spijcie, obywatele! Wszystko odpoczywa w spokoju!” – Dobra rada – rzekl Blakeney – udajmy sie i my na spoczynek. Co wy na to? I przechodzac z wlasciwa sobie latwoscia od surowej powagi do zupelnej beztroski, zajal sie strzepywaniem niewidocznego pylu ze snieznobialego koronkowego mankietu. Ciezkie powieki opadly na piekne, pelne wyrazu oczy, jakby zniewolone zmeczeniem, a na usta wystapil zwykly zagadkowy usmiech. Jedynie wierne oczy sir Andrew Ffoulkesa, ktore umialy przeniknac ciezka maske udanej wesolosci mistrza, spostrzegly gleboka bruzde na zwykle tak pogodnym czole i surowy wyraz ust. Z wrodzona intuicja czlowieka gleboko przywiazanego sir Andrew zgadl, co dreczylo Percy'ego. Podchwycil spojrzenie, ktore wodz rzucil na Armanda i domyslil sie, ze dzis jeszcze wieczorem musi nastapic miedzy tymi dwoma ludzmi stanowcza rozmowa. Dlatego tez dal haslo do rozejscia sie. – Nie ma juz nic wiecej do omowienia, zdaje sie, Percy? – spytal. – Nie, moj drogi – odparl Blakeney. – Nie wiem, jak wy sie czujecie – ja jestem smiertelnie znuzony. – A co bedzie z naszymi strojami na jutro? – spytal Hastings. – Wiesz przeciez, gdzie sa: w pokoju na dole, Ffoulkes ma klucze od szafy, wszystko tam znajdziesz, nawet peruki roznych rozmiarow i kolorow. Ale lepiej nie uzywac falszywych wlosow, bo mozna je latwo zgubic. Mowil zartobliwie, ale zwiezlej jeszcze niz zwykle. Hastings i Tony mysleli, ze jest bardzo zmeczony; wstali i pozegnali sie z wodzem. Wszyscy trzej wyszli z pokoju, tylko Armand pozostal na miejscu. Rozdzial XII. Czym jest milosc? – No i coz, Armandzie? – spytal Blakeney, gdy kroki i glosy towarzyszy umilkly na korytarzu. – Czy zgadles naprawde, ze, ze… cos mi jest? – odparl St. Just, wahajac sie. – Z pewnoscia. Armand wstal i odepchnal niecierpliwie krzeslo. Wlozyl rece w kieszenie i zaczal przechadzac sie po pokoju wielkimi krokami z oznakami glebokiego wzburzenia. Blakeney tymczasem przybral ulubiona pozycje, siadajac na rogu stolu, plecami obrocony do lampy. Nie zdawal sie zwracac uwagi na Armanda, tak byl zajety polerowaniem paznokci. Nagle Armand stanal przed sir Percym z wyrazem otwartego buntu. – Percy – rzekl – nie moge opuscic jutro Paryza. Blakeney nie odrzekl ani slowa. Przypatrywal sie w dalszym ciagu swym paznokciom. – Musze pozostac tutaj – zaczal znow Armand – i przez pare tygodni nie powroce do Anglii. Masz trzech innych do pomocy w wyprawie poza mury Paryza. Jestem na twoje uslugi jedynie w samym miescie. I to pozostalo bez odpowiedzi; ani jedno spojrzenie nie padlo spod ciezkich, spuszczonych powiek. – Musisz znalezc sobie kogo innego na niedziele – ciagnal dalej Armand ze wzrastajacym rozdraznieniem – teraz nie moge wyjezdzac. Blakeney byl widocznie zadowolony z wyniku swych zabiegow okolo paznokci, gdyz powstal i skierowal sie ku drzwiom. – Dobranoc, moj drogi – rzekl – pora isc spac, jestem smiertelnie zmeczony. – Percy! – krzyknal St. Just. – Coz znowu? – spytal zimno Blakeney. – Przeciez nie opuscisz nie tak, bez slowa… – Powiedzialem juz bardzo wiele, moj chlopcze. Powiedzialem dobranoc i ze jestem smiertelnie znuzony. Stal na progu sypialni i otworzyl drzwi. – Percy! przeciez nie mozesz mnie tak pozostawiac! – mowil blagalnie Armand. – Jak zostawiac cie, moj chlopcze? – spytal sir Percy chlodno. – Bez slowa, bez rady! Coz uczynilem, ze obchodzisz sie ze mna jak z dzieckiem, na ktore nie warto nawet zwracac uwagi? Blakeney odwrocil sie i spojrzal z gory na mlodzienca. Twarz jego byla w dalszym ciagu pogodna i oczy spogladaly bez gniewu spod ciezkich powiek. – Czy wolalbys, Armandzie – rzekl spokojnie – abym wypowiedzial slowo, ktore twoje uszy juz i tak slyszaly, choc usta moje milczaly? – Nie rozumiem – szepnal Armand zmieszany. – Co chcesz, abym ci powiedzial? – ciagnal dalej sir Percy glosem, ktory spadal jak mlot na niespokojne sumienie St. Justa. – Czy mialem napietnowac brata Malgorzaty jako klamce i wiarolomce? – Blakeney! – zawolal Armand, zblizajac sie do niego z palajacymi policzkami i oczyma roziskrzonymi gniewem – gdyby kto inny smial do mnie w ten sposob przemawiac… – Prosze Boga, Armandzie, by nikt procz mnie nie mial powodu ci tego zarzucic. – Nie masz prawa do tego! – Owszem. Czyz nie mam twojej przysiegi? Czyz nie zamierzasz jej zlamac? – Nie lamie bynajmniej przysiegi, bede ci sluzyl i pomagal, skoro tylko tego zazadasz. Ofiaruje ochotnie zycie dla sprawy – daj mi najtrudniejsze, najciezsze zadanie, a wypelnie je z ochota. – Wszak wyznaczylem ci juz zadanie trudne i niebezpieczne? – Wyjechac z Paryza w celu zamowienia koni, podczas gdy na innych spoczywa caly ciezar przedsiewziecia?… Ani to trudne, ani niebezpieczne. – A jednak to zadanie bedzie bardzo ciezkie dla ciebie, bo glowe masz zaprzatnieta czym innym i nie dosc otwarta, by moc wszystko przewidziec. Bedzie niebezpieczne, bo jestes zakochany, a ludzie zakochani wtracic moga siebie i innych w nieszczescie wskutek braku rozwagi. – Kto ci powiedzial, ze jestem zakochany? – Ty sam, moj drogi. Gdybys mi tego nie byl sam powiedzial – ciagnal dalej Percy bardzo spokojnie i nie podnoszac glosu – stalbym teraz nad toba ze szpicruta w reku, jak na to zasluguje nikczemny tchorz i zdrajca. Ba! – dodal, powracajac do zwyklej swobody – niewatpliwie bylbym nawet stracil z powodu ciebie panowanie nad soba, co jest zawsze bezcelowe i zgubne, nieprawdaz? Gwaltowna odpowiedz cisnela sie juz na usta Armanda, ale w tej chwili oczy jego, plonace gniewem, spotkaly wzrok Blakeney'a. Wyniosla duma i godnosc, bijaca z calej jego postaci, wstrzymala niebaczne slowa. – Nie moge wyjezdzac jutro z Paryza – szepnal zmieszany. – Poniewaz umowiles sie z nia? – Poniewaz ona uratowala mi zycie i sama jest w niebezpieczenstwie… – Nic jej nie grozi – rzekl Blakeney – skoro uratowala zycie memu przyjacielowi. – Percy! – Okrzyk ten wyrwal sie z glebi duszy Armanda. Pomimo uczucia buntu, nurtujacego jego serce, pokonala go znow magnetyczna sila tego czlowieka, ktora podbila juz tylu ludzi. Slowa wodza, tak proste, wzruszyly gleboko Armanda i rozbroily go. Jego upor zmiekl, wobec potegi niepokonanej woli. Nic nie pozostalo w jego sercu procz przygniatajacego uczucia wstydu i bezradnosci. Upadl na krzeslo, oparl lokcie na stole, a twarz ukryl w dloniach. Blakeney zblizyl sie do niego i polozyl mu reke na ramieniu. – To ciezki obowiazek, Armandzie – rzekl lagodnie Percy. – Czy nie mozesz mnie zwolnic? Ocalila mi zycie, nie podziekowalem jej dotad. – Bedzie dosc czasu na podziekowanie pozniej, Armandzie – a teraz chodzi o wyrwanie syna krolewskiego z rak barbarzyncow. – Nie bede wam przeszkadzal, jezeli pozostane w Paryzu. – Bog jeden wie, ile nam juz dotad przeszkadzales. – W jaki sposob? – Mowiles, ze ocalila ci zycie, a wiec byles w niebezpieczenstwie. H~eron i jego szpiedzy sa na twoim tropie; twoj trop prowadzi do mojego, a ja przysiaglem, ze wyratuje delfina. Czlowiek zakochany, Armandzie, jest wielce szkodliwy dla nas, totez o swicie wyjedziesz z Hastingsem i wypelnisz swoj obowiazek. – A jezeli odmowie? – odparl Armand hardo. – Moj drogi – rzekl Blakeney – w przepieknym slowniku, ktory liga „Szkarlatnego Kwiatu” sama ulozyla, nie ma slowa „odmawiam”. – A jezeli pomimo tego odmowie? – nalegal. – Przyniesiesz znieslawione nazwisko w darze tej, ktora twierdzisz, ze kochasz. – A wiac wymagasz ode mnie bezwzglednego posluszenstwa? – Tak, i mam na to twoja przysiege. – Alez to nieludzkie okrucienstwo! – Honor, Armandzie, jest czesto okrutny i zwykle bezwzgledny. On naszym panem, a my jego niewolnikami. – Ta niewola zalezy jedynie od ciebie; moglbys mnie zwolnic, a nie chcesz. – I aby zadowolic swa samolubna namietnosc, chcesz, abym igral z zyciem towarzyszy, ktorzy mi zaufali? – Nie wiem, w jaki sposob zyskales ich zaufanie; w moich oczach jestes samolubny i bezwzgledny. – Oto wlasnie ciezkie zadanie, o ktore sie dopominales, Armandzie: sluchac wodza, ktoremu juz nie ufasz – odrzekl Blakeney spokojnie. Tego bylo za wiele dla Armanda. Slowa jego byly gwaltowne, nierozwazne, buntowal sie przeciw narzuconej sobie dyscyplinie, ale serce mial prawe i lojalne wobec wodza, ktorego goraco kochal. – Przebacz mi, Percy – rzekl pokornie – nie zastanowilem sie nad tym, co mowie. Ufam ci bezwzglednie i nie potrzebujesz sie obawiac… nie zlamie przysiegi, choc twoje rozkazy wydaja mi sie teraz zbyt twarde. Uslucham cie… nie boj sie… – Nie obawialem sie o to wcale, moj drogi. – Co prawda nie rozumiesz mnie… nie mozesz zrozumiec. Dla ciebie honor, obowiazek, ktore sam na siebie nalozyles, sa jedyna swietoscia. Milosc w calym tego slowa znaczeniu nie istniala nigdy dla ciebie… Widze to teraz jasno… nie wiesz, co to milosc… Blakeney nie odrzekl nic. Zolty plomien lampy oswiecal jego wysoka postac ubrana jak zawsze bez zarzutu, piekne rece ukryte w bezcennych koronkach i czolo, na ktore kosmyk falujacych wlosow rzucal zagadkowy cien. Na slowa Armanda zacial usta i zmruzyl oczy, jakby wpatrzony mysla w obraz nieuchwytny dla wzroku. Moze niezmordowany spiskowiec, igrajacy zyciem jak pilka, widzial przez sciany swego mieszkania i zwarta mase domow stolicy chlodny, cienisty ogrod w Richmond, znizajace sie ku rzece zielone tarasy i klomby roz z rzezbiona kamienna lawka na pol obrosnieta mchem. Siedziala na niej piekna kobieta, z rekami splecionymi bezczynnie na kolanach. Duze, smutne oczy utkwila w dal, a zachodzace slonce zlota tecza przystrajalo jej wlosy. Spojrzala poza rzeke ku zachodowi i slodka jej twarz zasepil gleboki smutek. Byla pozna, ciepla jesien, czerwonawe liscie olch padaly bez szmeru do stop mlodej kobiety. Byla sama – od czasu do czasu ciezkie lzy wzbieraly w jej oczach, splywajac z wolna po policzkach. Bolesne westchnienie wydarlo sie z zacisnietych ust Blakeney'a. Naglym ruchem, zupelnie u niego nieznanym, przesunal reka po oczach. – Masz racje, Armandzie – rzekl – moze naprawde nie wiem, co to milosc. Armand powstal. Nie mial juz nic wiecej do powiedzenia. Znal dostatecznie Percy'ego, aby wiedziec, ze nie zmieni swego postanowienia. Czul zal gleboki, ale nie chcial zdradzic po raz drugi swych uczuc przed czlowiekiem, ktory nie mogl go zrozumiec. Odrzucil wszelkie mysli o nieposluszenstwie; nigdy nie mial zamiaru zlamania przysiegi, chcial tylko prosic Percy'ego o zwolnienie go na pewien czas. Byl przekonany, ze opuszczajac Paryz, straci Janke na zawsze, ale pomimo wszystko milosc jego i zaufanie do wodza nie zachwialy sie w nim ani na chwile. Ulegal temu samemu magnetycznemu wplywowi, ktory przykul wszystkich jego towarzyszy do woli tego czlowieka i choc jego zapal do wielkiego dziela ochlodl nieco, wiernosc do wodza pozostawala nadal niewzruszona. – Pojde odszukac przyjaciol, aby ulozyc sie dokladnie z Hastingsem co do jutrzejszej wyprawy. Dobranoc, Percy. – Dobranoc, moj drogi, ale nie powiedziales mi dotad, kim ona jest. – Nazywa sie Joanna Lange – rzekl St. Just niechetnie; nie mial zamiaru odslaniac calkowicie swej tajemnicy. – Mloda aktorka z teatru „National”? – Tak. Czy znasz ja? – Tylko z nazwiska. – Ona jest sliczna, Percy, a przy tym to aniol. Pomysl o moje siostrze Malgorzacie – ona tez byla aktorka. Dobranoc, Percy. Podali sobie rece. Oczy Armanda rzucily jeszcze raz blagalne wejrzenie na wodza, ale spojrzenie Blakeney'a bylo niewzruszone i obojetne. Armand westchnal i pozegnal sie spiesznie. Po odejsciu szwagra Blakeney dlugo nie ruszyl sie z miejsca. Ostatnie slowa Armanda dzwieczaly mu wciaz w uszach: „Pomysl o Malgorzacie”. I znow wszystko zniklo w zamecie jego mysli: mury, rzeka, wiezienie, caly Paryz. Umilkly dla niego jeki mordowanych ofiar, krzyki niewiast i dzieci, wolajacych o pomoc, nie widzial potomka Ludwika Swietego w czerwonej czapce na dzieciecej glowce, rzucajacego bluznierstwa na pamiec matki. Znajdowal sie w parku Richmond: Malgorzata siedziala na kamiennej lawce z rozami we wlosach; on siedzial u jej stop, glowe wsparl na jej kolanach. Ponizej rzeka wila sie w modrych skretach wsrod placzacych wierzb i olch. Labedz plynal majestatycznie biegiem rzeki. Malgorzata rzucala drobnymi rekami okruchy chleba na wode. Usmiechala sie promiennie, a potem schyliwszy sie, zlozyla na jego czole pocalunek. Byla szczesliwa, bo ukochany nie opuszczal jej wiecej. Zyl jedynie dla niej – dosc juz narazal zycie dla innych. Ten czlowiek zadny przygod, w ktorym przebijal marzyciel, idealista, przezywal w tej chwili sen; przymknal oczy, by zatrzymac jak najdluzej czarowna wizje. Na pobliskiej wiezy kosciola St. Germain l'Auxerrois zegar wydzwonil z wolna dwunasta. Blakeney ocknal sie. Podszedl do okna i spojrzal na ulice. Po lewej stronie zwijano wlasnie nocny oboz. Lud francuski przerywal calodzienna prace i powracal do swych nedznych domostw, aby uzyc spoczynku. Oddzial zolnierzy popychal brutalnie kobiety i dzieci. Najmlodsi, spiacy i zmarznieci, nie poruszali sie prawie z miejsca. Jakas kobieta trzymala dwoje malych dzieci, czepiajacych sie jej sukni. Jeden z zolnierzy schwycil dziecko za ramiona i popchnal je na bok. Kobieta obrzucila okrutnika gradem wyzwisk, a potem pozbierawszy pod swe skrzydla drzace piskleta, probowala wymknac sie niepostrzezenie. W jednej chwili otoczono matke. Dwoch zolnierzy pochwycilo ja, a dwoch innych wydarlo jej dzieci. Krzyczala, ile miala sil, a zolnierze przeklinali i kluli bagnetami na prawo i lewo. Powstala ogolna panika. Krzyki przerazenia, przeklenstwa i jeki przeszyly powietrze. Niektore kobiety zaczely uciekac w poplochu. A Blakeney przypatrywal sie tej scenie ze swego okna i pod wplywem tego, co widzial i slyszal, rozwiala sie slodka twarzyczka Malgorzaty, ogrod w Richmond, spokojnie plynaca rzeka i klomby roz. Widzial tylko zolnierzy, pedzacych bezbronne kobiety do ciemnego wiezienia Ch~atelet, gdzie migotliwe swiatelka zakratowanych okien opowiadaly smutne dzieje nocnych udrek, konczacych sie o swicie meczenstwem i smiercia. Zamiast blekitnych zrenic Malgorzaty stanela mu przed oczyma blada twarzyczka dziecka o rozwichrzonych lokach i blagalnie wyciagniete ku niemu drobne, powalane brudem dlonie pieszczone niegdys przez krolowa. Odsunal daleko marzenia. – Poki mi tylko sil starczy, zwalczac bede tych lotrow – szepnal. Rozdzial XIII. Gdy panowala jeszcze ciemnosc… Armand spedzil najciezsza noc w swoim zyciu. Rzucal sie na twardym poslaniu, trawila go goraczka, dreszcze wstrzasaly calym jego cialem, w skroniach krew bila jakby mlotem. Wewnetrzna walka miedzy sercem a rozumem podkopala jego sily, odczuwal bol we wszystkich czlonkach. Milosc do Janki! Lojalnosc wzgledem wodza, ktoremu zawdzieczal niedawno zycie i poprzysiagl posluszenstwo i uleglosc! Te sprzeczne uczucia targaly wszystkimi jego nerwami; w koncu uczul, ze nie wytrzyma dluzej na nedznym sienniku, sluzacym mu za lozko. Wstal przed switem, rozstrojony i zmeczony, z bolem serca. Powietrze ocieplilo sie nieco i nastala odwilz. Gdy Armand wyszedl po spiesznej toalecie z pakunkiem pod pacha na ulice, lagodny poludniowy wiatr ochlodzil mu nieco twarz. Ulice zalegala ciemnosc. Latarnie dawno juz pogasly, a slabe styczniowe slonce nie przebilo jeszcze ciezkich chmur, wiszacych nad ziemia. Ulice wielkiej stolicy byly calkiem puste, padal drobny deszcz. Schodzac ze wzgorza Montmartre Armand zapadal po kostki w grzaskie bloto, gdyz w dalszych dzielnicach miasta nie bylo prawie nigdzie brukow. Nie zwracal uwagi na te mala niedogodnosc, przejety byl jedna tylko mysla – zobaczenia sie z Janka, zanim opusci Paryz. Ani chwili nie zastanawial sie, jak tego dokona. Wiedzial tylko, ze musi usluchac wodza i musi zobaczyc sie z Janka. Wytlumaczy jej, dlaczego opuszcza Paryz i poprosi ja, by rozpoczela przygotowania do swego wyjazdu z Francji jak najpredzej. Nie widzial w w tym nic nielojalnego wobec wodza, choc przez swa lekkomyslnosc nie tylko ze krzyzowal plany „Szkarlatnego Kwiatu”, ale jeszcze narazal zycie calej ligi. Umowil sie poprzedniego wieczora z Hastingsem, ze spotkaja sie o siodmej rano kolo bramy Neuilly, a teraz bila dopiero szosta. Mial jeszcze dosc czasu, by zbudzic dozorce domu na Square du Roule i zobaczyc sie z Janka. Wslizgnie sie potem do kuchni pani Belhomme, wciagnie na siebie chlopskie ubranie, ktore mial w zawiniatku, i o naznaczonej godzinie stanie przy bramie „Neuilly”. Square du Roule oddzielony byl dawniej od ulicy St. Honor~e wysoka zelazna brama, ktora zamykano na noc pod straza dozorcy, gdy ten maly plac byl elegancka dzielnica miasta. Owa brame wyrwano z zawiasow podczas rewolucji, a zelazo sprzedano na korzysc skarbu; odtad nikt nie zwazal, czy zlodzieje lub bezdomni szukali schronienia pod drzwiami palacow, opuszczonych juz dawno przez bogatych i arystokratycznych lokatorow. Nikt nie zatrzymal Armanda, gdy skrecil w skwer i bez przeszkod dotarl do mieszkania panny Lange. Wszystko szlo dotad gladko, choc popelnil szalona nieostroznosc, przechodzac o tej godzinie ulicami Paryza z chlopskim ubraniem w reku. Ciemnosci i mgla sprzyjaly tej nocnej wedrowce, a bloto tlumilo echo jego krokow. Pociagnal za dzwonek, drzwi sie otworzyly i z mieszkania dozorcy odezwal sie mrukliwy glos, wydobywajacy sie z calego stosu poduszek i kolder. – Ide do panny Lange – rzekl smialo Armand, kierujac sie ku schodom. Ktos wolal za nim, ale nie zwazal na to i wbiegl na pietro. Tylko drzwi dzielily go teraz od Janki. Nie zastanowil sie nad tym, ze wedlug wszelkiego prawdopodobienstwa artystka bedzie jeszcze w lozku, rowniez jak i pani Belhomme. – Hej, obywatelu, wroc! Gdzie jestes? – zawolal glos z dolu. Armand stanal wlasnie przed drzwiami panny Lange i pociagnal za dzwonek, ktory mial obudzic pania Belhomme. – Obywatelu! a niech cie!… przeklety arystokrato, co tam robisz? Dozorca, mezczyzna w starczym wieku, owiniety w koldre, w nocnych pantoflach zjawil sie na schodach z kapiaca swieca w reku. Podniosl ja wysoko nad glowa i swiatlo padlo na blada twarz Armanda i na przemoczony plaszcz, zsuwajacy mu sie z ramion. – Co tutaj robisz? – powtorzyl stroz ze zloscia. – Jak widzisz, obywatelu, dzwonie do drzwi frontowych panny Lange. – O tej godzinie? – wybuchnal. – Pragne sie z nia widziec. – W takim razie nie trafiles do wlasciwych drzwi – odparl stroz ze zlosliwym usmiechem. – Jak to? Co ty mowisz? – rzekl Armand przerazony. – Nie ma jej tu, ot co – mruknal dozorca, obracajac sie na piecie – i nie znajdziesz swej zguby tak predko. Armand chcial za wszelka cene opanowac przerazenie. Zadzwonil raz jeszcze, a widzac, ze dozorca zamierza powrocic do siebie, chwycil go gwaltownie za ramie. – Gdzie panna Lange? – spytal. – Aresztowana – odrzekl czlowiek. – Aresztowana! gdzie?… kiedy?… jak?… – Kiedy? – wczoraj wieczorem; gdzie – w jej wlasnym pokoju; jak? – przez agentow „komitetu bezpieczenstwa publicznego”. Ona wraz ze stara krewna – tyle wiem. A teraz ide znow do lozka, ty zas uciekaj stad. Robisz w domu zamieszanie, za ktore ja bede odpowiadal. Czy widzial kto budzic poczciwych patriotow o tej godzinie?… Uwolnil sie z rak Armanda i zszedl na dol. St. Just pozostal na schodach nieruchomy, jakby po uderzeniu obuchem. Nie mogl na razie wymowic slowa, ani uczynic kroku. W glowie mu szumialo i oparl sie rekoma o sciane, aby nie upasc. Zyl w szalonym podnieceniu przez ostatnie 24 godziny; milosc, radosc, szczescie, smiertelne niebezpieczenstwo i moralne walki doprowadzily go do kompletnego rozstroju nerwowego. Cios padl na niego w chwili, gdy nie byl na silach zniesc go odwaznie. Janka byla w rekach tych nedznikow, na ktorych wczoraj jeszcze spogladal z nieprzeparta odraza. Janka uwieziona stanie przed sadem przez niego. Ta mysl byla tak okropna, ze doprowadzala go do szalenstwa. Patrzyl blednymi oczyma na schodzacego dozorce, ktorego cien przybieral fantastyczne ksztalty i na sciany, gdzie ukazywaly sie drwiace, wykrzywione postacie, tanczace piekielny taniec przy blasku migotliwej swiecy. A potem pociemnialo mu w oczach. Swiatlo i drwiace twarze znikly, zostala tylko Janka, jego drobna, urocza Janka. Slyszal krotki wyrok, dzwieczny glos drzacy trwoga, turkot wozka na nierownym bruku. Widzial jej splecione rece, jej oczy… Wielki Boze! On na pewno oszaleje! Jak dzikie tropione zwierze zbiegl ze schodow, minal odzwiernego i w mgnieniu oka znalazl sie na koncu Square du Roule. Kapelusz spadl mu z glowy, wlosy zwichrzyly sie, plaszcz przemoczony deszczem ciazyl mu na ramionach, ale biegl bez przerwy. Janke aresztowano, ale wiedzial, do kogo biec po ratunek, ile mu sil starczylo. Ciemnosc panowala jeszcze gleboka, ale Armand byl rodowitym paryzaninem i znal kazdy kat dzielnicy, w ktorej mieszkal dawniej z Malgorzata. Wreszcie dobiegl do konca dlugiej ulicy St. Honor~e. Zachowal dosc przytomnosci umyslu, by ominac wielkie place, gdzie czuwaly nocne patrole gwardii narodowej. Okrazyl plac Karuzeli i skierowal sie ku fasadzie St. Germain l'Auxerrois. Jeszcze kilka krokow – i znalazl sie na miejscu. Ostatnim wysilkiem przebyl dwa pietra kamiennych schodow i pociagnal za dzwonek. Chwila naprezonego oczekiwania po nadludzkim wysilku ostatniej pol godziny, oparl sie o sciane, aby nie upasc… A potem dobrze mu znany, pewny krok z przyleglego pokoju, zgrzyt otwieranych drzwi – ktos polozyl mu reke na ramieniu. Stracil przytomnosc. Rozdzial XIV. Wodz Nie zemdlal calkowicie, ale wycienczenie i forsowny, dlugi bieg odjely mu czesciowo swiadomosc. Zdawal sobie sprawe, ze nic mu nie grozi, ze siedzi w pokoju Blakeney'a i ze ozywczy plyn zwilza mu zaschniete usta. – Percy, zaaresztowano ja! – zawolal, skoro tylko zdolal przemowic. – Dobrze, ale teraz nie mow nic i zaczekaj, az ci bedzie lepiej. Z niewypowiedziana troskliwoscia Blakeney podlozyl kilka poduszek pod glowe Armanda, przyblizyl fotel do kominka i podal przyjacielowi filizanke goracej kawy, ktora mlodzieniec chciwie wypil. Czul sie rzeczywiscie niezdolny do rozmowy. Powiedzial przedtem wszystko Blakeney'owi, teraz Blakeney wiedzial takze, wiec wszystko bedzie dobrze. Przyszla oczekiwana reakcja, muskuly i nerwy rozprezyly sie i Armand lezal teraz na sofie z przymknietymi oczyma, z przeswiadczeniem, ze sily z wolna powracaja, a goraczkowe podniecenie ustepuje stopniowo. Spod na pol zmruzonych powiek przygladal sie szwagrowi, krzatajacemu sie po pokoju. Blakeney byl calkowicie ubrany i Armand zastanawial sie, czy w ogole polozyl sie dzisiejszej nocy. W kazdym razie odzienie lezalo na nim ze zwykla elegancka, a w jego ruchach nie bylo znac zmeczenia nie przespanej nocy. Teraz stal w otwartym oknie i St. Just mogl obserwowac jego szerokie ramiona, rysujace sie na szarym tle zimowego switu. Blade swiatlo wylanialo sie wlasnie z nocnych mgiel i ruch uliczny rozpoczynal sie na nowo. Z wysilkiem otrzasnal sie z odretwienia, zawstydzony swa malodusznoscia. Spojrzal z podziwem na sir Percy'ego. Tam pod oknem stal ow tytan niezmozonej sily, zawsze pogodny i niewzruszony wsrod wlasnych niepowodzen, a tak wspolczujacy i braterski w nieszczesciu drugich. – Percy – rzekl mlodzieniec – bieglem cala droge od poczatku ulicy St. Honor~e, tchu mi tylko zabraklo; obecnie czuje sie juz zupelnie dobrze. Pozwolisz mi opowiedziec sobie, jak to bylo? Milczac Blakeney zamknal okno i zblizyl sie do sofy. Siadl kolo Armanda i na pozor zdal sie byc jedynie wspolczujacym sluchaczem. Ani jeden muskul w jego twarzy nie zdradzal, co myslal wodz, przyzwyczajony do slepego posluszenstwa swych podwladnych, wobec tak smialego i zuchwalego zlekcewazenia jego rozkazow. Armand, ktory zastanawial sie jedynie nad tym, co mialo zwiazek z Janka, polozyl drzaca reke na ramieniu Percy'ego. – H~eron i jego sfora powrocili do jej mieszkania poznym wieczorem – mowil urywanym glosem – spodziewali sie, ze mnie jeszcze tam zastana i zamiast mnie uwiezili Janke. Moj Boze! Dopiero teraz mogl opowiedziec cale zdarzenie. Zakryl twarz rekami i Percy zrozumial, jak bardzo cierpial. – Wiedzialem o tym – rzekl lagodnie Blakeney. Armand podniosl glowe ze zdumieniem. – Jak to? Jakim sposobem? – wyszeptal. – Wczoraj wieczorem, gdy opusciles mnie, poszedlem na Square du Roule, ale juz bylo za pozno. – Percy! – zawolal Armand, ktorego blade policzki powlokly sie goracym rumiencem – zrobiles to… wczoraj? – Naturalnie, czyz nie przyrzeklem ci, ze zaopiekuje sie nia? Ale gdy dowiedzialem sie, co zaszlo, bylo za pozno na poszukiwania. Zamierzam dzis rano wybrac sie do miasta i dowiedziec sie, w jakim wiezieniu ja zamknieto. Musze juz isc, Armandzie, zanim zmienia warte przy Temple i Tuileriach. To najlepsza i najbezpieczniejsza godzina, a Bog swiadkiem, dosc juz jestesmy skompromitowani. Rumieniec wstydu spotegowal sie na twarzy Armanda. A jednak w glosie wodza nie bylo sladu wymowki; oczy, ktore spoczywaly na mlodziencu, byly raczej dobroduszne niz surowe. Nagle Armand uprzytomnil sobie, jaka krzywde wyrzadzil i wyrzadza w dalszym ciagu sprawie ligi. Wszystko, co dotad zrobil od przyjazdu do Paryza, obracalo wniwecz plany i narazalo niejedno zycie ludzkie; jego przyjazn z de Batzem, znajomosc z panna Lange, wizyta u niej wczoraj po poludniu i dzisiaj rano; a punkt kulminacyjny tych wszystkich lekkomyslnosci – to szalony bieg przez ulice Paryza, gdy z kazdego rogu domu, szpieg mogl zabiec mu droge lub, co gorzej, isc za nim az do mieszkania Blakeney'a. Armand nie myslac o nikim innym procz swej ukochanej, mogl latwo sprowadzic agenta komitetu bezpieczenstwa publicznego do drzwi wodza. – Percy – szepnal – czy mozesz mi kiedykolwiek przebaczyc? – Cicho, chlopcze – nie chodzi tu o przebaczenie, tylko o zapamietanie wielu rzeczy, o ktorych widocznie zapomniales; o obowiazku wzgledem innych, o posluszenstwie i honorze. – Oszalalem, Percy. Ach! gdybys wiedzial, czym ona jest dla mnie. Blakeney zasmial sie tym lekkim niedbalym smiechem, ktory nie zawieral w sobie ironii, ale raczej wyrozumialosc i wspolczucie. – Alez naturalnie – rzekl wesolo – przeciez zgodzilismy sie wieczorem w tym punkcie, ze w sprawach uczucia jestem zimnokrwista ryba. Ale czy i tego nie chcesz przyznac, ze jestem wierny danemu slowu? Wszak obiecalem ci, ze panna Lange bedzie wolna. Wiedzialem z gory, ze ja zaaresztuja, gdy uslyszalem twoje opowiadanie. Mialem nadzieje, ze dojde na czas na Square du Roule, niestety, H~eron wyprzedzil mnie o pol godziny. Aresztowano panne Lange, to prawda, ale czemu mi nie ufasz Armandzie? Czyz nie wyszlismy zwyciesko z duzo trudniejszych okolicznosci? Nie zamierzaja uczynic nic zlego pannie Lange, daje ci na to slowo. Uzywaja jej tylko jako zakladniczki; oni ciebie chca schwytac, ciebie przez nia, a mnie przez ciebie. Wiem, ze to bedzie ciezka proba Armandzie, gdyz chodzi o droga istote, ale musisz sluchac mnie slepo, inaczej nie bede w moznosci dotrzymania swej obietnicy. – Coz mi rozkazesz? – Przede wszystkim musisz natychmiast opuscic Paryz. Kazda chwila, ktora spedzasz tu, jest wielkim niebezpieczenstwem; nie dla ciebie – dodal, zatrzymujac wesolym ruchem slowa protestu Armanda – ale dla innych i dla naszej jutrzejszej sprawy. – Jakze moge jechac do St. Germain, Percy, wiedzac, ze ona… – Jest pod moja piecza. Nie widze w tym nic trudnego. Chodz – dodal kladac reke na ramieniu Armanda – przekonasz sie, ze nie jestem w gruncie rzeczy takim nieludzkim potworem, jak ci sie wydaje; ale musze myslec o drugich i o dziecku, ktore postanowilem ratowac. Nie posle cie az do St. Germain. Zejdz do pokoju na pierwsze pietro – tam znajdziesz proste chlopskie przebranie, gdyz domyslam sie, ze zgubiles zawiniatko, ktore wziales ze soba na Square du Roule. W malym pudelku w tej samej szafie jest paczka z przepustkami – wybierz jedna z nich i pusc sie w droge przez brame „La Villette”. Rozumiesz? – Mam polaczyc sie z Ffoulkesem i Tonym? – rzekl Armand z radoscia. – Tak. Zajeci sa przy kanale ladowaniem wegla. Powiedz Tony'emu, aby w tej chwili jechal za Hastingsem do St. Germain zamiast ciebie, a ty pozostaniesz z Ffoulkesem. – Rozumiem, ale w jaki sposob ma Tony teraz odpedzic Hastingsa? – Moj drogi – rzekl Blakeney – nie potrzebujesz troszczyc sie o Tony'ego, on pojdzie na pewno, dokad mu rozkaze. Zrob tylko ty, co ci mowie, a on sam da sobie rade. A teraz – dodal powaznie – im predzej opuscisz Paryz, tym lepiej dla nas wszystkich. Jak widzisz, posylam cie tylko do „La Villette”, bo to niedaleko i moge porozumiec sie z toba w kazdej chwili. Nie oddalaj sie od bramy po zachodzie slonca; uczynie, co bede mogl, aby udzielic ci wiadomosci, zanim zamkna brame. Armand nie dodal juz nic wiecej. Uczucie wstydu potegowalo sie w nim przy kazdym slowie wodza. Zrozumial, jak niegodny byl poswiecenia Percy'ego i jak bardzo zawinil. Slowa podzieki zamarly mu na ustach, gdyz czul, ze nie beda dobrze przyjete. Ci Anglicy sa tak zimni, ze nawet jego szwagier z calym swym heroizmem byl kompletnie obojetny w sprawach serca. Ale Armand byl czlowiekiem szlachetnym i mimo goracego uczucia dla Janki nosil w sercu bezbrzezna czesc dla swego wodza. Staral sie przejac tym samym duchem, ktorym napelnieni byli lord Tony i reszta czlonkow ligi. Jak chetnie bylby zartowal i dokazywal po uczniowsku wraz z nimi w chwili najwiekszych niebezpieczenstw! Ale wiedzial, ze zarty jego nie bylyby szczere. Jakze mogl sie usmiechac, znoszac z powodu Janki tak wielkie katusze? Czul, ze Percy spoglada na niego z rodzajem dobrodusznej poblazliwosci i dostrzegl nawet pewien odcien ironii w glebokich, sennych oczach. Silil sie, jak mogl, na spokoj, ale nie zdolal ukryc przed przyjacielem stanu swojej duszy. – Dalem ci przeciez slowo, Armandzie – rzekl Blakeney w odpowiedzi na niema prosbe szwagra. – Czy nie mozesz mi zaufac, jak inni? Zwrocil sie nagle ku mapie. – Pamietaj o bramie „La Villette” i o wylocie waskiej ulicy. Polacz sie z Ffoulkesem jak najpredzej, wyslij Tony'ego do St. Germain i czekaj na wiadomosci ode mnie. – Niech cie Bog blogoslawi, Percy – rzekl Armand mimo woli. – Do widzenia. – Do widzenia, moj chlopcze. Przebierz sie co predzej i wyjdz z domu najwyzej za kwadrans. Odprowadzil Armanda na korytarz i zamknal za nim drzwi, a potem zblizyl sie do okna i otworzyl je na osciez. Teraz, gdy pozostal sam, wyraz niepokoju wyryl na jego czole gleboka bruzde i niecierpliwe westchnienie, pelne gorzkiego rozczarowania wymknelo sie z jego ust. Rozdzial XV. Brama La Villette Wieczorny zmierzch ustapil juz ciemnosciom nocy i kazdej chwili spodziewac sie bylo mozna zamkniecia bramy La Villette, polozonej na polnocny wschod miasta. Armand, przebrany za prostego robotnika, stal oparty o niski mur na rogu waskiej ulicy, prowadzacej do kanalu. Z tego miejsca mogl swobodnie sledzic brame i ruch uliczny. Byl bardzo zmeczony. Po przejsciach ubieglej doby pracowal fizycznie prawie caly dzien, a ze nie byl do tego przyzwyczajony, bolaly go wszystkie czlonki. Skoro tylko zjawil sie przy kanale wczesnym rankiem, kazano mu wraz z innymi robotnikami ladowac na wozy transport wegla, ktory nadszedl poprzedniego dnia na duzych lodziach. Zabral sie ochoczo do roboty, majac nadzieje, ze ciezkim fizycznym wysilkiem zabije trawiacy go niepokoj. W ciagu przedpoludnia spostrzegl sir Andrewa Ffoulkesa i lorda Antony'ego Dewhursta, pracujacych w poblizu jako tedzy weglarze. Nie bylo trudno wsrod panujacego w przystani zgielku zamienic pomiedzy soba paru slow. Armand powtorzyl lordowi Tony'emu rozkaz wodza i po chwili Dewhurst zniknal niepostrzezenie. O piatej po poludniu wyplacono robotnikom, gdyz ciemnosci nie pozwalaly dluzej pracowac. Armand czekal sposobnosci, by pomowic z sir Andrewsem, czul sie osamotniony i smutny. Gdy odlozyl narzedzia, umysl jego zaczal pracowac wiecej jeszcze niz kiedykolwiek – towarzyszyl mysla Percy'emu w jego poszukiwaniach Janki. Zadanie to wydalo sie Armandowi nagle zgola niewykonalne. Jak mogl Percy, ten zewszad scigany czlowiek, zasiegac w wiezieniach informacji o Jance? Sama mysl zdawala mu sie wprost smieszna. Nigdy nie powinien byl sie godzic na tak szalony plan. Na domiar zlego Armand stracil z oczu sir Andrewa Ffoulkesa; zaczal rozgladac sie po ciemnych, pustych ulicach odleglej dzielnicy, szukajac na prozno przyjaciela. – Jezeli Percy nie nadejdzie za kilka minut – pomyslal sobie – zamkna bramy i trudnosci powrotu znacznie sie zwieksza. Kryte wozy ogrodnikow wyjezdzaly juz z miasta jedne za drugimi, a chlopi z okolicznych wsi gromadami wracali do domow. Armand mial nadzieje, ze pozna Percy'ego w kazdym przebraniu; nie mogac ustac na miejscu, przechadzal sie tam i z powrotem po ulicy, biegnacej wzdluz fortyfikacji. O tej godzinie duzo ludzi stalo bezczynnie na ulicach. Byli to robotnicy, ktorzy ukonczywszy prace, zamierzali spedzic godzinke w spelunkach, znajdujacych sie nad przystania. Gromadzac wkolo siebie sluchaczy, dyskutowali o wypadkach politycznych ubieglej doby, przeklinajac Konwencje zlozona ze zdrajcow ludzkiego szczescia. Armand, chcac dobrze odgrywac swa role, podszedl do gromadki robotnikow, stojacych wkolo jednego z tych ulicznych mowcow. Krzyczal na caly glos wraz z innymi, wywijal czapka i przyklaskiwal, ale wzroku nie odrywal od bramy, w ktorej Percy mial sie lada chwila ukazac. Zwatpienie ogarnelo mlodzienca na odglos bebnow, zwiastujacych zamykanie bram i zmiane warty. Percy nie przyszedl. Nie mogl juz przyjsc i Armand mial przed soba cala noc niepokoju. Cos musialo przeszkodzic Percy'emu – moze nie mogl zasiegnac konkretnych wiadomosci, a moze byly one tak smutne, ze nie chcial przynosic ich Armandowi? Gdyby sir Andrew Ffoulkes pomowil z Armandem, moze mlodzieniec znalazlby dosc sily woli, by zaczekac cierpliwie. Ale z zapadnieciem nocy ogarnely go te same chorobliwe widziadla, ktorym ulegl na Square du Roule, gdy uslyszal o uwiezieniu Janki. Obszerny plac naprzeciwko bramy miasta wydawal mu sie placem Rewolucji, wysoki prosty pal, do ktorego przytwierdzona byla migotliwa latarnia oliwna, przybral postac gilotyny, slabe swiatlo lampy bylo jakby nozem, polyskujacym krwawymi blyskami. I w wizji tej Armand ujrzal samego siebie wsrod tak wielkiej rzeszy, ze nie mogl sie ruszyc. Wszyscy wywijali czerwonymi czapkami, trojkolorowymi flagami, kosami i widlami. Widzial tlum cztery lata temu, gdy ruszal na Bastylie. A teraz zgromadzil sie kolo niego i gilotyny. Do uszu jego doszedl daleki turkot wozu na nierownym bruku. Tlum zaczal spiewac. Widzial wszystko jak najdokladniej, gdyz ciemnosci rozproszyly sie i zjawa stala sie wyrazniejsza niz sama rzeczywistosc. Turkot zblizal sie i w koncu woz zatoczyl sie na plac. Mezczyzni i kobiety zapelniali wozek. Posrod nich stala niewiasta z oczami utkwionymi w Armanda; miala na sobie jasnopopielata jedwabna suknie i bialy szal, faldowany na piersiach. Rozpuszczone wlosy i miekkie, ciemne loki otaczaly jej glowe. Podobna byla do kamei, ktora nosila jego siostra Malgorzata. Rece zwiazano jej na plecach, ale w palcach trzymala mala wiazke fiolkow. Mlodzieniec zdawal sobie jasno sprawe, ze to byla zjawa, ale uwazal ja za proroctwo. Nie ufal juz wodzowi, ktoremu poprzysiagl posluszenstwo i zaufanie. Widzial tylko Janke, stojaca na wozie i jadaca na szafot. Nie bylo nigdzie sir Andrewa, a Percy nie przyszedl. Samo niebo poslalo mu widocznie przestroge, by ratowal ukochana. I dlatego zapomnial o swojej obietnicy i przysiedze, zapomnial, co wodz tak bardzo kladl mu na sumienie: obowiazek wzgledem drugich, honor i posluszenstwo. Janka zajela pierwsze miejsce. Postepowalby jak tchorz, patrzac bezczynnie na jej meke. Wyrzucal sobie gorzko, ze opuscil Paryz. Nawet Percy musial uwazac go za tchorza, ze tak predko ulegl. Moze rozkaz byl tylko proba jego odwagi lub milosci dla Janki? Tysiace przypuszczen i tysiace planow krzyzowalo mu sie w glowie. Tak, nie bylo rzecza Percy'ego ratowac Janke, ktorej nawet wcale nie znal – byl to obowiazek Armanda. Zegar wiezowy w miescie wybil szosta, a o Percym wciaz nie bylo wiesci. St. Just z przepustka w reku zwrocil sie smialo ku bramie. Straz wstrzymala go, ale on przedstawil przepustke. Chwila byla straszna, gdy odebrano mu ja z reki, a podano sierzantowi, pelniacemu sluzbe przy bramie. Ale przepustka byla w porzadku, a Armand okryty pylem weglowym i potem nie wygladal wcale na arystokrate w przebraniu. Nie bylo trudno dostac sie do miasta; przeciwnie, kto pragnal wpasc w paszcze lwa, dobrze byl widziany. Po pieciu minutach niepokoju pozwolono mu wejsc do miasta, ale przepustke zatrzymano. Jedynie za pozwoleniem komitetu bezpieczenstwa publicznego mogl opuscic teraz Paryz. Lew zamknal paszcze. Rozdzial XVI. Mozolne poszukiwania Armand nie zastal Blakeney'a, gdy poznym wieczorem udal sie do jego mieszkania; czekal na niego dlugie godziny, blakajac sie w okolicach St. Germain l'Auxerrois, dopoki nie upadl ze zmeczenia pod drzwiami jednego z domow. Doszedl wtedy do przekonania, ze nic nie zyska tym sposobem i jezeli sily go opuszcza, nie potrafi dopomoc Jance. Podniosl sie z wysilkiem i wrocil do swojej kwatery na Montmartre. Nie widzial sie z Percym i nie mial wiadomosci o Jance. Chyba samo pieklo sprzysieglo sie przeciwko niemu. Rzucil sie na tapczan i zapadl w ciezki sen, ktory nie przyniosl mu ani ulgi, ani odpoczynku. Obudzil sie bardzo pozno, zbolaly na ciele, ale z niezlomnym postanowieniem. Nie bylo juz najmniejszej watpliwosci: Percy'emu nie powiodlo sie, ale gdzie przyjaciel nie podola, tam on, Armand, kochajacy cala dusza, dojdzie do celu. Nie mial innego odzienia procz lichych lachmanow, ktore nosil wczoraj. Oddadza mu one lepsza usluge niz jego wlasne ubranie zostawione w mieszkaniu Blakeney'a. W niespelna pol godziny byl gotow i wyszedl na ulice. Wstapil do malej, niepokaznej restauracji, kazal sobie podac szklanke goracej kawy oraz kromke chleba i zaczal rozmyslac. Nie bylo w tym nic nadzwyczajnego, ze przyjaciele i krewni wiezniow chodzili z jednego wiezienia do drugiego, szukajac swych bliskich. Klasztory i publiczne budynki zajal rzad dla umieszczenia w nich tak zwanych zdrajcow panstwa; Abbaye, Luksemburg, klasztory Wizytek, Salp~etri~ere, szpitale sw. Lazarza, nie liczac Temple i Conciergerie, byly przepelnione ofiarami, na ktore mial zapasc wyrok w najblizszych dniach. Z innych wiezien wychodzono niekiedy zywym, ale Conciergerie byla jakby przedsionkiem gilotyny. Dlatego tez Armand postanowil zglosic sie wpierw do Conciergerie. Im predzej dowie sie, ze Jance nie grozi bezposrednie niebezpieczenstwo, tym latwiej zniesie bolesne poszukiwania ukochanej. Jezeli nie znajdzie jej w Conciergerie, bedzie to najlepszym dowodem, ze aresztowano ja tymczasowo. W podnieconym mozgu Armanda blysnela mysl, by oddac sie w rece komitetu bezpieczenstwa publicznego w zamian za jej wolnosc. Te rozmyslania i plany dodaly mu otuchy; zmusil sie nawet do jedzenia, wiedzac, ze potrzebne mu sa sily do dzialania. Doszedl do Quai de l'Horloge po dziewiatej. Surowe mury Ch~atelet i Palacu Sprawiedliwosci wylanialy sie z mgly, roztaczajacej sie nad rzeka. Armand minal wieze zegarowa i olbrzymia brame Palacu Sprawiedliwosci. Najprostsza droga do wiezien prowadzila przez korytarze trybunalu, do ktorych publicznosc miala dostep podczas rozpraw sadowych. Rozprawy rozpoczynaly sie dopiero o dziesiatej, ale juz teraz zbieraly sie zewszad gromady prozniakow, przysluchujacych sie, widocznie z braku zajecia, codziennie tym rozdzierajacym dramatom. Armand wmieszal sie w tlum i wszedl na szerokie kamienne schody. Robotnikow bylo duzo, i mlodzieniec w swym prostym ubraniu nie zwrocil niczyjej uwagi. Nagle uslyszal imie, ktore zmienilo tok jego mysli. Od rana zajety byl jedynie Janka i bezowocnymi poszukiwaniami. Teraz dzwiek uslyszanego nazwiska przypomnial mu wodza: Kapet! Armand uprzytomnil sobie, ze byla to niedziela 19 stycznia. Stracil rachube dni i dat, ale nazwisko Kapet, odnoszace sie do niekoronowanego krola Francji, przywiodlo mu na mysl dziecko z Temple, konferencje w mieszkaniu Blakeney'a i plan ucieczki delfina. Mialo to nastapic dzisiaj, w niedziele. Simonowie wyprowadzali sie z Temple o niewiadomej Blakeney'owi godzinie, ale on mial czekac na korzystna sposobnosc. Teraz Armand zrozumial wszystko i sala goryczy zalala mu serce. Percy zapomnial o Jance, zajety sprawa dziecka, i podczas gdy Armand ginal z niepokoju, on, „Szkarlatny Kwiat”, wierny jedynie swej misji, a nieczuly na wszelkie uczucia krzyzujace jego plany, pozostawil panne Lange swemu losowi, by zaplacila zyciem za wolnosc delfina. Ale rozgoryczenie nie trwalo dlugo; przeciwnie, owladnela nim fanatyczna egzaltacja. Jezeli Percy zapomnial, to on stanie sam w obronie niewinnej dziewczyny. Tak bedzie o wiele lepiej. Bylo jego obowiazkiem i prawem ratowac ja i ani przez chwile nie watpil, ze zwyciezy wszelkie przeszkody. Brakowalo tylko paru minut do dziesiatej. Za chwile zacznie sie rozprawa. W dawnych czasach Armand, studiujac prawo, czesto przebiegal korytarze Palacu Sprawiedliwosci i wiedzial dokladnie, gdzie polozone byly wiezienia i jak dostac sie na podworze, dokad schodzili wiezniowie podczas popoludniowej przechadzki. Ci arystokraci, oczekujacy wyroku smierci, stali sie ulubionym widowiskiem Paryza. Przyprowadzano im dla rozrywki przyjaciol i krewnych przybylych ze wsi do miasta. Wysokie kraty odgradzaly publicznosc od wiezniow strzezonych prze caly oddzial zolnierzy, ale kto byl bardzo ciekawy, mogl przytknac nos do krat i ogladac tych zalosnych arystokratow w prostych wieziennych ubraniach, usilujacych otrzasnac sie od grozy smierci wesolymi zartami, ktorym zadawaly klam i blade twarze, i zaplakane oczy. Wszedl wraz z tlumem na sale i zaczal przechadzac sie wzdluz majestatycznych filarow. Przez chwile przygladal sie wraz z innymi tragediom, rozgrywajacym sie w sali rozpraw. Przyprowadzano wiezniow gromadami przed trybunal; nastepowalo kilka krotkich pytan i przerywanych odpowiedzi, po czym zapadal wyrok prokuratora Fouquier Tinville'a, potwornego w swej niesprawiedliwosci a wysluchiwanego z najwiekszym spokojem przez ludzi, mieniacych sie sedziami narodu. Niektorzy byli karani za to, ze smieli przechodzic przez Champs Elys~ees bez trojkolorowej kokardy, inni za to, ze brali udzial w pewnym angielskim przedsiebiorstwie przemyslowym, jeszcze inni za to, ze sprzedali papiery panstwowe, czym powodowali znizke ich wartosci. Od czasu do czasu wyrywal sie z ust tych nieszczesliwych, prowadzonych na rzez, rozpaczliwy protest, lub blagalny krzyk, ale wszystko tlumiono spiesznie brutalnym uderzeniem kolby. Ach, jaka ironia w tym wszystkim, jaka okropna hanba, plamiaca na zawsze imie Francji! Armand przejety groza nie mogl patrzec dluzej na to wstretne widowisko. Ten sam los mogl spotkac jutro panne Lange. Uszedl z wielkiej sali, zachowujac dostateczna przytomnosc umyslu, by zblizyc sie do grupy prozniakow, rozprawiajacych na korytarzu. Przylaczyl sie do nich i wkrotce znalazl sie w dlugiej „Galerie des Prisonniers”. Po lewej stronie wznosily sie arkady, zamkniete od strony podworza ciezka krata. Przez kraty St. Just ujrzal pare kobiet, siedzacych i chodzacych po podworzu. Pewien czlowiek tlumaczyl towarzyszowi, ze byly to kobiety, ktore dzisiaj jeszcze mialy stanac przed trybunalem, i serce zadrzalo w Armandzie ze strachu na mysl, ze moze Janka znajduje sie miedzy nimi. Przysunal sie do samej kraty, stanal tuz obok zolnierza, ktory dobrodusznym ruchem ustapil mu miejsca kolo siebie, i zaczal pilnie sledzic znajdujace sie na podworzu osoby. Z poczatku nie mogl odroznic jednej kobiety od drugiej z powodu gestych krat i ruchu, panujacego wsrod tlumu nieszczesliwych istot, ktore jak widma przesuwaly sie bez szelestu po bruku podworza w ciezkim, mglistym powietrzu. Ale z czasem, oczy jego przycmione lzami, przyzwyczaily sie do szarego swiatla. Rozroznil poszczegolne grupy: kobiety siedzialy pod kolumnami arkad, niektore czytaly, inne szyly drzacymi rekami lub naprawialy uboga podarta suknie, jeszcze inne rozmawialy z ozywieniem, a dalej kilkoro dzieci smialo sie wesolo, bawiac sie w chowanego pomiedzy kolumnami. A wsrod tej calej gromady niewidzialna smierc przechadzala sie powaznie z kosa w reku… Armand wypatrywal oczy, ale nie zobaczyl ukochanej. Promyk nadziei zaczal rozjasniac ponura jego rozpacz. Zolnierz, stojacy przy nim, zartowal z jego ciekawosci. – Czy wybrana twego serca znajduje sie tutaj, obywatelu? – spytal. – Zdawaloby sie, iz pozerasz je oczyma. Armand, w swym prostym ubraniu, przybrudzonym weglem, z uczerniona twarza, nie wygladal na to, by mogl miec cos wspolnego z arystokratami. Zolnierz spogladal na niego rozbawiony, a widzac jego gorejace oczy, dodal z grubym zartem: – Czy zgadlem, obywatelu? moze jest pomiedzy ta czereda? – Nie wiem, gdzie ona jest – odparl Armand mimo woli. – A wiec czemu jej nie szukasz? – spytal zolnierz. Czlowiek mowil uprzejmie. Armand, pozerany pragnieniem dowiedzenia sie czegos, przybral postawa wiejskiego zakochanego smarkacza. – Chcialbym jej szukac, ale nie wiem gdzie. Moja wybrana opuscila dom; niektorzy mowia, ze zdradzila mnie, ale mysle raczej, ze ja zaaresztowano. – W takim razie, ty niezdaro – rzekl zolnierz ze smiechem – idz prosto do La Tournelle. Czy wiesz, gdzie to jest? Armand wiedzial doskonale, ale pomyslal, iz bezpieczniej bedzie udawac, ze nie wie. – Idz prosto przed siebie, pierwszy korytarz na lewo – tlumaczyl zolnierz, wskazujac palcem. – Znajdziesz naprzeciwko drzwi, prowadzace do La Tournelle. Spytaj dozorcy o liste uwiezionych kobiet. Kazdy wolny obywatel republiki ma prawo przegladac rejestry wiezienne. Jest to nowy dekret. Ale jezeli nie wsuniesz pol liwra w reke dozorcy – dodal, znizajac glos – nie dobierzesz sie tak latwo do listy. – Pol liwra! – zawolal mlodzieniec, usilujac grac swa role do konca – nie jestem w stanie wydac pol liwra na taka rzecz! – Moze pare sous wystarczy; i to dobre w tych ciezkich czasach! Armand zrozumial przymowke, i widzac, ze ludzie zwrocili sie w inna strone, wcisnal pare miedziakow do reki uczynnego zolnierza. Znal doskonale droge do La Tournelle i bylby przebyl co tchu odleglosc, dzielaca go od lozy odzwiernego, ale zmuszajac sie do ostroznosci, szedl wolno przez dlugi korytarz i wzdluz podworza, gdzie znajdowalo sie wiezienie dla mezczyzn. W koncu skrecil na lewo i stanal przed waska drewniana loza, gdzie sekretarz rejestrow wieziennych siedzial do dyspozycji wolnych obywateli. Ale ku rozpaczy Armanda miejsce bylo puste, okienko lozy zasuniete. Zwrocil sie do pierwszej lepszej strazy, aby sie dowiedziec, o ktorej godzinie sekretarz powroci; zolnierze wzruszyli ramionami i nie dali zadnej odpowiedzi. Po kilkunastu bezowocnych probach, Armand dowiedzial sie w koncu od poczciwego mieszczucha, obznajmionego z rozkladem czynnosci w Palacu Sprawiedliwosci, ze rejestry wiezienne w calym Paryzu oddawano do uzytku publicznosci jedynie miedzy szosta a siodma wieczorem. Musial zatem czekac i nastepna godzine spedzil przy kracie podworza wieziennego. Od czasu do czasu mial wrazenie, ze z odleglego konca slyszy glos, ktory dzwieczal mu w uszach od owego pamietnego wieczora, gdy lekkie kroki Janki pierwszy raz weszly na droge jego zycia. Wytezyl oczy, aby ujrzec, skad przychodzil glos, ale srodek podworza byl wysadzony krzewami, ktore zaslanialy mu widok. W koncu, gnany jak potepieniec, wybiegl na ulice. Powietrze bylo lagodne i wilgotne. Mzylo przez caly dzien i drogi zamienily sie w blotniste jeziora. Ale Armand nie zwazal na to; blakal sie bez celu, nie czujac ani zimna, ani zmeczenia. Przed szosta stal juz na Quai de L'Horloge, pod wielka wieza Palacu Sprawiedliwosci, oczekujac godziny, majacej polozyc kres jego dreczacym oczekiwaniom. Bez wahania znalazl droge do de La Tournelle i zastal okienko nareszcie otwarte. Choc Armand przyszedl o wiele za wczesnie, wielu ludzi czekalo juz wkolo okienka. Dwoch zolnierzy utrzymywalo porzadek, zmuszajac czekajacych, by stali w ogonku wedlug kolei, jak przy kasie teatralnej. Ta grupa ludzi dziwny przedstawiala widok: jedni mieli na sobie proste ubrania, inni lachmany; byly kobiety z czarnymi szalami, zarzuconymi na ramiona, niektore przytykaly chustki do zaplakanej twarzy. Wszyscy milczeli, pograzeni w myslach, pokornie sluchajac rozkazow brutalnych zolnierzy. Wreszcie przyszedl sekretarz rejestrow i oddal fatalne ksiazki do dyspozycji tych, ktorzy utracili ukochanego ojca, brata lub zone i przyszli przegladac te bezlitosne stronice. Z wnetrza lozy sekretarz robil wszystkie mozliwe trudnosci przy oddawaniu listy. Pytal o swiadectwo lub pozwolenie wladz, bezczelnosc jego nie miala granic. Armand widzial, jak plynely wciaz miedziaki z rak petentow do kieszeni urzednika. Ciemno bylo zupelnie w korytarzu, gdzie dlugi szereg oczekujacych wzrastal z kazda chwila, tylko przy okienku zapalono dla publicznosci kapiaca swiece. Nadeszla wreszcie kolej na Armanda; serce bilo mu tak gwaltownie, ze nie mogl wymowic slowa. Wyciagnal sztuke srebra, bez ogrodek wetknal sekretarzowi i siegnal po liste kobiet. Sekretarz schowal pieniadze z tepa obojetnoscia i spojrzal na Armanda spod wielkich okularow w koscianej oprawie z wyrazem sytego jastrzebia, patrzacego na bezbronnego ptaka. Widocznie bawily go trzesace sie rece Armanda i niezgrabny sposob, z jakim poslugiwal sie ksiazka i swieca. – Jaka data? – spytal ostro. – Jaka data? – powtorzyl Armand niesmialo. – Ktorego dnia i o ktorej godzinie aresztowano ja? – wrzasnal czlowiek, zblizajac sepi nos do twarzy Armanda. Widocznie srebro poskutkowalo i chcial dopomoc wiejskiemu niedoledze. – W piatek wieczor – szepnal St. Just. Rece sekretarza odpowiadaly w zupelnosci calej jego powierzchownosci; byly dlugie i zakrzywione jak szpony jastrzebia. St. Just przypatrywal mu sie, jak obracal spiesznie kartki ksiazki i brudnym palcem przebiegal kolumne nazwisk. – Jezeli jest tutaj, to musi znajdowac sie na liscie; Rzad nazwisk skakal w dzikim tancu przed oczyma Armanda, pot zalewal mu czolo, a urywany oddech rozpieral piersi. Czy rzeczywiscie zobaczyl nazwisko Janki w ksiazce, czy tez moze rozgoraczkowany umysl stawial mu przed oczyma bledne widziadla, tego nie wiedzial, ale nagle zamajaczyly krwawe litery: 582. Belhomme, Ludwika, 60 lat. Uwolniona – a nizej: 583. Lange, Joanna, 20 lat, aktorka. Square du Roule Nr 5. Posadzona o ukrywanie zdrajcow i szpiegow. Przeniesiona do Temple, cela 29. Nie widzial nic wiecej, gdyz mial wrazenie, ze zarzucono mu na oczy krwawa zaslone, a tysiac szponow rozrywa mu gardlo i serce. – Umykaj stad! Na mnie kolej! Czy bedziesz tu spal cala noc? Ostry glos przemowil te slowa, brutalne rece odepchnely go na bok i wyrwaly swiece z rak. Potknal sie o plyte kamienna na nierownej posadzce i bylby upadl, ale ktos podtrzymal go i wyprowadzil na swieze powietrze. To przywrocilo mu przytomnosc. Janka byla uwieziona, a wiec jego miejsce bylo przy niej. Nie przedstawialo to zadnej trudnosci. Jeden okrzyk, potepiajacy rewolucje, otwieral podwoje Temple dla nowego goscia. Goraca krew uderzyla do glowy Armandowi. W uszach mu szumialo i jak przez mgle widzial postacie mezczyzn, kobiet i zolnierzy, snujacych sie w ciemnosciach po dlugich korytarzach, krete schody, podworza, a w koncu otwarta ulice i rzeke. Zaslona nie schodzila mu z oczu: to byla czerwona jak krew, to znowu biala jak calun. Minal Pont_au_Change, na Quai de l'Ecole za St. Germain l'Auxerois zamajaczyl rog domu, w ktorym mieszkal Blakeney. Armand patrzyl na to wszystko, ale nie widzial, slyszal zgielk pulsujacej zyciem stolicy, ale nie zdawal sobie z tego sprawy. Janka znajdowala sie w Temple, a gdy zamkna wieczorem bramy ponurego wiezienia, on, Armand, jej rycerz, jej obronca, znajdzie sie w jego murach i dotrze do celi 20 obietnicami, grozbami i blaganiami. Stanal przed olbrzymia budowla Temple. Ostrza wiezyc strzelaly ku gorze wsrod panujacych ciemnosci, jakby stalowe klingi mieczow. Straz postawila zwykle pytanie, ale on zatoczyl sie jak pijany i krzyknal z calych sil: – Niech zyje krol! Usilowal przejsc, ale skrzyzowane bagnety zamknely mu droge. – Niech zyje krol, smierc republice! – powtorzyl znow. – Alez ten czlowiek jest pijany – rzekl jeden z zolnierzy, widzac, ze Armand nie ma czapki na glowie, krzyczy, smieje sie i placze na przemian. Ale gdy mlodzieniec nie przestawal walczyc jak szaleniec, chcac przedostac sie przez brame, zolnierz doprowadzony do ostatecznosci uderzyl go ciezko w glowe. St. Just runal na wznak oszolomiony uderzeniem. Czy byl rzeczywiscie pijany, czy snil tylko? Podniosl reke do czola – bylo mokre, ale czy z deszczu czy krwi, tego nie wiedzial. Staral sie skupic mysli. – Obywatelu St. Just – rzekl spokojny glos tuz za nim. Obejrzal sie; rownoczesnie uczul czyjas reke na ramieniu, a ten sam spokojny glos dodal: – Moze nie poznajesz mnie, obywatelu? Nie mialem szczescia znac cie tak dobrze jak twoja siostre. Nazywam sie Chauvelin. W czym moge ci byc pomocny? Rozdzial XVII. Chauvelin Chauvelin! Obecnosc tego czlowieka w tej chwili uczynila wypadki ubieglych dni podobnymi do snu. Chauvelin, najniesmiertelniejszy wrog Armanda i jego siostry Malgorzaty! Chauvelin, zly duch republiki, arystokrata_rewolucjonista, dyplomata_szpieg, zwyciezony wrog „Szkarlatnego Kwiatu”, stal tutaj w swietle olejnej lampy przytwierdzonej do sciany. Krople deszczu na jego odzieniu blyszczaly w migotliwym swietle jak cienka srebrzysta powloka, gromadzac sie na brzegu kapelusza i w faldach plaszcza. Koronki u szyi i rak byly zmiete i przybrudzone. Puscil ramie Armanda, ale utkwil blade, gleboko osadzone oczy ponuro w twarzy mlodzienca. – Mialem nadzieje – ciagnal dalej Chauvelin – ze spotkamy sie choc raz podczas twego pobytu w Paryzu. Slyszalem od mego przyjaciela H~erona, ze bawisz tutaj. On niestety stracil cie z oczu, i zaczalem sie juz obawiac, ze tajemniczy „Szkarlatny Kwiat” zaczarowal cie i uczynil niewidzialnym, co byloby wielkim dla mnie zmartwieniem. I znow ujal ramie Armanda jak przyjaciel, ktory pragnie zaciagnac znajomego na mila pogawedke. Skierowali sie ku bramie i straz zasalutowala na widok trojkolorowej szarfy, wygladajacej spod plaszcza Chauvelina. Dyplomata zatrzymal sie przed kamiennym przedmurzem. Tu mogli rozmawiac swobodnie. Grupa zolnierzy stala u wylotu sklepionej bramy, ale slow doslyszec nie mogli, jedynie ich sylwetki majaczyly wsrod ciemnosci. Armand szedl odruchowo za swym wrogiem, jakby pod wplywem hipnozy i zupelnego zaniku woli. Rozne sprzeczne mysli krzyzowaly sie w jego mozgu, ale dominowalo przeswiadczenie, ze wszystko skierowalo sie na lepsze tory. Zjawil sie Chauvelin, czlowiek, ktory nienawidzil go, ktory pragnal z pewnoscia jego smierci, bedzie zatem latwo, bardzo latwo oddac zycie za wolnosc Janki. Zaaresztowali ja jedynie na podstawie podejrzenia, iz ukrywala znanego zdrajce republiki, a wiec z jego uwiezieniem i smiercia jej wina bedzie zmazana. Ci ludzie nie byli wrogo usposobieni przeciwko niej – sadzono zawsze bardzo lagodnie aktorow i aktorki. Przysluzy sie Jance o wiele wiecej, oddajac sie w rece wladz, niz pracujac nad jej uwolnieniem. Przez ten czas Chauvelin strzepywal deszcz ze swego plaszcza, przemawiajac wlasciwym sobie ironicznym i uprzejmym tonem: – Jak sie miewa lady Blakeney? Mam nadzieje, ze dobrze? – Dziekuje panu – odpowiedzial Armand bezmyslnie. – A moj przyjaciel sir Percy Blakeney? Myslalem, ze spotkam go w Paryzu, ale jest z pewnoscia bardzo zajety, nie trace jednak nadziei… Widzisz, jak fortuna mi sprzyja – dodal tym samym lekkim tonem – nie liczylem na zadne mile spotkanie, az tu nagle, przechodzac kolo posterunku u bramy tego uroczego zajazdu, kogoz spotykam? – mego wytwornego przyjaciela St. Justa, usilujacego dostac sie w jego goscinne progi. Ale rozprawiam tylko o sobie, a nie pytam o stan twego zdrowia. Zemdlales przez chwile, zdaje sie; powietrze wkolo tej budowli jest bardzo duszne. Spodziewam sie, ze czujesz sie Obecnie lepiej. Rozkazuj moj drogi, w czym moge ci sluzyc? Podczas tej rozmowy Chauvelin wciagnal Armanda do lozy odzwiernego. Mlodzieniec usilowal uspokoic sie i zapanowac nad swymi nerwami. Osiagnal, czego chcial: znajdowal sie w wiezieniu Temple, niedaleko Janki, i choc wrog jego byl starszy i slabszy od niego, a drzwi zostawiono szeroko otwarte, wiedzial, ze jest faktycznie wiezniem, jak inni skazancy, ktorych umieszczono juz w numerowanych celach olbrzymiego budynku. To przeswiadczenie pomoglo mu skupic sie. Ani przez chwile nie myslal o ucieczce przed oczekujacym go losem. Z pewnoscia tak bylo najlepiej. Ach, gdyby tylko mogl zobaczyc sie z Janka i upewnic sie, ze odzyska wolnosc, w zamian za jego zycie! Ale przede wszystkim musial trzezwo patrzec na rzeczy i przezwyciezyc niecierpliwosc swej niepohamowanej krwi. Staral sie myslec o Percym, o jego spokoju wobec wroga i postanowil brac z niego przyklad w podobnych okolicznosciach. Przypomnial sobie angielskich towarzyszy, ich niczym niezmacona pogode ducha wsrod ciezkich przejsc, a przede wszystkim wesolosc lorda Tony'ego, zawsze gotowego do zartow i trafnej odpowiedzi. Armand zapragnal nasladowac swobode lorda Tony'ego i przyswoic sobie choc czastke nieustraszonego mestwa Percy'ego. – Obywatelu Chauvelin – rzekl, usilujac przemawiac z najzimniejsza krwia, na jaka mogl sie zdobyc – nie wiem, czy zdajesz sobie sprawe z tego, ze choc trzymasz reke na moim ramieniu, nie zmusisz mnie do powolnosci wzgledem siebie. Moglbym powalic cie jednym uderzeniem piesci, gdyz jestem mlodszy i silniejszy od ciebie. – Hm… – odparl Chauvelin, udajac, ze zastanawia sie gleboko nad tym, co uslyszal – zdaje mi sie… – Nic latwiejszego dla mnie – zapewniam cie… – Byc moze… ale, jak widzisz, jest tu straz, a ow zolnierz jest poteznie zbudowany i… – Ciemnosci pomoga mi, a czlowiek, doprowadzony do ostatecznosci, zdolny jest do wszystkiego – pamietaj o tym. – Wiem o tym, i wiem rowniez, ze ty, obywatelu St. Just, jestes w kiepskim polozeniu. – Mojej siostry Malgorzaty nie ma tu, obywatelu Chauvelin, a nie mozesz brac mego zycia w zamian za zycie „Szkarlatnego Kwiatu”. – Nie, nie – odparl zywo Chauvelin – nie za zycie „Szkarlatnego Kwiatu”, wiem, ale. Armand uchwycil sie jego slow, jako tonacy brzytwy. – Za jej zycie! – zawolal. – Za czyje? – spytal tamten z widocznym zdziwieniem. – Za zycie panny Lange – ciagnal dalej Armand z samolubnym zapalem zakochanego, ktory mysli, ze uwaga calego swiata zwrocona jest na jego wybrana. – Panny Lange! Wypuscisz ja na wolnosc, nieprawdaz, skoro jestem w twojej mocy? Chauvelin usmiechnal sie zagadkowo? – Ach, tak – rzekl – panna Lange… zapomnialem. – Zapomniales?… Zapomniales, ze ci mordercy uwiezili ja, najlepsza, najszlachetniejsza, jaka ten podly, zdegenerowany kraj kiedykolwiek wydal!… Dala mi schronienie tylko na jedna godzine. Jestem zdrajca wobec republiki, to prawda, ale ona nic o tym nie wie. Wprowadzilem ja w blad. Ona niewinna – rozumiesz? Przyznaje sie do wszystkiego, ale ja musisz uwolnic. I stopniowo powracal do dawnego goraczkowego podniecenia, usilujac wyczytac cala prawde z niewzruszonej twarzy Chauvelina. – Powoli, powoli, przyjacielu – odrzekl dyplomata – myslisz, iz jestem wmieszany w sprawe aresztowania damy, o ktora ci tak chodzi? Zapominasz, ze stoi przed toba zdyskredytowany sluga republiki, ktorej nie potrafil przysluzyc sie w potrzebie. Darowano mi zycie jedynie z litosci za moje wysilki, i nie mam dzis zadnej wladzy wypuszczenia na wolnosc kogokolwiek. – W takim razie nie masz i prawa aresztowania mnie – odrzekl Armand. Chauvelin umilkl, a po chwili dodal ze znaczacym usmiechem: – Ale moge cie wydac… Jestem w dalszym ciagu agentem komitetu bezpieczenstwa publicznego. – A zatem dobrze – zawolal St. Just. – Wydasz mnie komitetowi, ktory bedzie, zareczam ci, bardzo zadowolony z mojego aresztowania. Poszukiwano mnie juz od dawna, ale ja chcialem byc wolny, aby dopomoc pannie Lange; teraz oddaje sie sam w wasze rece i ponadto obiecuje najuroczystszym slowem honoru, ze nie tylko nie uciekne, ale nikomu nie bedzie wolno mnie ratowac. Dobrowolnie stane sie waszym wiezniem za wolnosc panny Lange. – Hm… – mruknal Chauvelin – moze da sie to zrobic… – Naturalnie – zapewnial Armand goraco – moje uwiezienie i smierc beda mialy dla was o wiele wieksza donioslosc, niz stracenie mlodego i niewinnego dziewczecia, za ktorym ujmie sie moze sama publicznosc. Ja zas bede latwa zdobycza: moje znane kontrrewolucyjne zasady, slub mojej siostry z obcym magnatem… – Twoja znajomosc ze „Szkarlatnym Kwiatem”… – podpowiedzial Chauvelin. – Slusznie, nie bede sie bronil. – To dobrze – rzekl Chauvelin ze swa zwykla uprzejmoscia. – A zatem, moj drogi, egzaltowany mlodziencze, idzmy razem do kancelarii mego kolegi H~erona, ktory jest glownym agentem komitetu bezpieczenstwa publicznego. Zlozysz zeznania i postawisz warunki, pod ktorymi oddasz sie w rece komitetu, a posrednio i w rece jego wykonawcy. Armand zanadto byl pochloniety wlasnymi planami i myslami, aby zauwazyc ironie, z jaka te slowa byly wypowiedziane. Zdawalo mu sie, ze jego osobiste sprawy byly tak wazne dla narodu, jak dla niego samego. W takim usposobieniu trudno zapatrywac sie trzezwo na rzeczy, a zakochanemu mlodziencowi los wybranej nigdy nie zdaje sie przesadzony, dopoki on jeszcze przy zyciu, gotow na wszelkiego rodzaju poswiecenia. – „Moje zycie za nia!” – oto wzniosly, a czesto szalony krzyk bojowy, ktory doprowadza prawie zawsze do najgorszych nastepstw. Armand, ukladajac sie z najprzebieglejszym i najchytrzejszym szpiegiem rzadu, zapomnial zupelnie o wodzu, towarzyszach i lidze, do ktorej nalezal. Zapal i pragnienie poswiecenia ponosily go. Przygladal sie swemu wrogowi palajacymi oczyma, jakby od niego zalezalo cale jego przyszle szczescie. Chauvelin skinal na towarzysza, aby szedl za nim. Znalezli sie niebawem w tym samym korytarzu, przez ktory przed dwoma dniami przechodzil de Batz, idac w odwiedziny do H~erona. Armand szedl z lekkim sercem i sprezystym krokiem, jakby zdazal na spotkanie z Janka. Zdawalo mu sie, ze niebawem kleknie u jej stop i wyprowadzi ja triumfalnie ku wolnosci i szczesciu. Rozdzial XVIII. Wyprowadzka Chauvelin uwazal za zbyteczne prowadzic Armanda dluzej za ramie. W swej dlugiej karierze szpiegowskiej nauczyl sie po mistrzowsku studiowac nature ludzka; choc swego czasu bal sie pobic w slawnym zajsciu z sir Percym Blakeney'em, szczycil sie, ze umie czytac w takich duszach, jak Armanda St. Justa, niby w otwartej ksiedze. Porywcze usposobienie takich ludzi znal na wyloty, wiedzial dokladnie jak daleko sentymentalna sytuacja zaprowadzi Armanda, ktory byl w gruncie rzeczy rycerski i namietny. Dlatego tez szedl naprzod, nie ogladajac sie nawet, czy Armand podaza za nim. Mysli jego pochloniete byly mlodym entuzjasta, ktorego nazywal w glebi duszy glupcem; pragnal wyciagnac z tej sytuacji jak najwieksza korzysc dla siebie. Ze „Szkarlatny Kwiat” bawil obecnie w Paryzu, o tym Chauvelin byl przekonany. W jaki sposob wyzyska uwiezienie Armanda do swoich celow to sie dopiero mialo okazac. Nie watpil, ze „Szkarlatny Kwiat”, ktorego dokladnie poznal, ktorego sie lekal i pod pewnym wzgledem podziwial, nie opusci swego towarzysza. Brat Malgorzaty, uwieziony w Temple, bedzie najlepszym zakladnikiem dla pochwycenia wodza, uragajacego w dalszym ciagu calej armii szpiegow. Chauvelin slyszal lekki, sprezysty krok Armanda na kamiennych plytach posadzki i nadzieja blysnela w jego ciemnej duszy. Niepohamowana ambicja, tak bardzo upokorzona, wezbrala znow w jego piersi ze zdwojona sila. Poprzysiagl sobie niegdys, ze pokona Blakeney'a i nie zapomnial tej przysiegi; teraz na widok Armanda pragnienie odwetu po ostatniej porazce obudzilo sie na nowo. Podworze bylo puste i ponure; nieustajacy deszcz, splywajacy z olowianego nieba, spowijal jakby w zaslone kazda kolumne i brame. Korytarz byl zle oswietlony ciemnymi oliwnymi lampami, ale Chauvelin dobrze znal droge. Mieszkanie H~erona wychodzilo na drugie podworze, a droga do niego prowadzila kolo glownej wiezy, gdzie niekoronowany krol Francji przezywal ciezkie dni jako ofiara prostackiego szewca i jego zony. Pod tym poteznym bastionem Chauvelin zwrocil sie do Armanda. Wskazal palcem w gore. – Tam znajduje sie Kapet – rzekl sucho. – Wasz rycerski „Szkarlatny Kwiat” nie odwazyl sie jeszcze dotrzec do niego, jak widzisz. Armand milczal; nietrudno mu bylo zostac obojetnym wobec tej uwagi, gdyz malo go na razie obchodzil Bourbon i losy Francji. Dwaj mezczyzni doszli teraz do izby posterunkowej. Paru zolnierzy stalo na strazy, a przez otwarte drzwi dochodzil zgielk, halas, przeklenstwa i glosne smiechy. Pokoj byl jasno oswietlony i Armand mogl dojrzec grupy ludzi stojacych i siedzacych wkolo stolu, zastawionego pucharami i kartami. Ale halas dochodzil nie tyle z izby posterunkowej, ile ze schodow powyzej. Zaciekawiony Chauvelin zwrocil sie w te strone wraz ze swym towarzyszem. Otwarte drzwi izby posterunkowej rzucaly oslepiajacy blask na schody, potegujac jeszcze ciemnosc panujaca wkolo. Tu snuly sie jak duchy rozne postacie, przybierajace przy swietle recznych latarn tajemnicze ksztalty. Armand zauwazyl wielka ilosc ciezkich sprzetow, zagradzajacych klatke schodowa, a gdy minal oswietlona rzesiscie izbe posterunkowa, ujrzal, ze wielkie przedmioty byly meblami przeroznych rozmiarow. Rozebrane drewniane lozko stalo oparte o sciane, czarna wlosiana kanapa zamykala dostep do schodow wiezowych, pietrzyly sie stoly i stolki. W posrodku tego wszystkiego stal krepy czlowiek o nalanej twarzy, wydajacy rozkazy osobom dotad niewidzialnym. – Hola, papa Simon! – zawolal Chauvelin jowialnie – wyprowadzacie sie dzisiaj, co? – Tak, dzieki Bogu, jezeli jest Bog – odparl tamten sucho. – Czy to ty, obywatelu Chauvelin? – We wlasnej osobie. Nie wiedzialem, ze wyprowadzisz sie tak predko. Czy nie ma tu gdzie obywatela H~erona? – Wlasnie wyszedl – odparl Simon. – Byl u Kapeta, gdy moja zona zamykala smarkacza w srodkowym pokoju, a teraz wrocil do siebie. Poslugacz z szafa na barkach schodzil wlasnie z gornego pietra, potykajac sie pod ciezarem. Pani Simon szla za nim, podtrzymujac szafe jedna reka. – Lepiej byloby zaczac ladowac wozy! – krzyknela do meza klotliwym glosem – korytarz juz zanadto przepelniony meblami, przejsc nie mozna. Spojrzala podejrzliwie na dwoch przybyszow, a gdy uczula na sobie zimny wzrok dyplomaty, wzdrygnela sie jakby pod wplywem chlodu i otulila sie czarnym szalem. – Jestem uszczesliwiona, ze opuszczam te przeklete mury. Nie cierpie nawet widoku tych scian. – Rzeczywiscie, nie wygladasz na zbyt silna, obywatelko – rzekl Chauvelin z wyszukana grzecznoscia. – Pobyt w wiezy nie przyniosl widocznie oczekiwanych korzysci… Kobieta spojrzala na niego podejrzliwie. – Nie rozumiem, co chcesz powiedziec, obywatelu – rzekla, wzruszajac ramionami. – Alez nic – dodal Chauvelin z usmiechem – interesuje sie wasza przeprowadzka, nic wiecej! Kogo macie do pomocy? – Poslugacza Dupont, pomocnika stroza – rzekl krotko Simon. – Obywatel H~eron nie pozwala nikomu innemu tu wchodzic. – Rozumie sie! Czy przyszli juz nowi komisarze. – Tylko obywatel Cochefer czeka na gorze na tamtych. – A Kapet? – Czuwaja nad nim. Obywatel H~eron kazal mi zamknac szczenie w srodkowym pokoju, a gdy nadszedl obywatel Cochefer, stanal przy drzwiach na strazy. Podczas tej calej rozmowy poslugacz z szafa na plecach czekal na rozkazy. Zgiety wpol, narzekal na niewygodna pozycje. – Czy chcecie, abym zlamal plecy? – mamrotal. – Lepiej isc dalej, zamiast tu stac niepotrzebnie! Musze placic chlopcu, pilnujacemu mej szkapy – dodal zadyszany – a w ten sposob nie skonczymy do wieczora… – Zaczynaj ladowac wozy – rozkazal ostro Simon. – Tu! Zaczynaj od sofy. Bedziesz musial mi troche pomoc – rzekl poslugacz – a teraz poczekaj, musze zobaczyc, czy woz gotow. Zaraz powroce. – Wez cos ze soba, jezeli schodzisz – rzekla pani Simon kwasno. Poslugacz podniosl kosz z bielizna, stojacy w rogu pokoju. Zarzucil go na ramiona i zszedl na ulice. – Jak maly Kapet pozegnal „pape” i „mame”? – spytal Chauvelin ze smiechem. – Hm! – mruknal Simon lakonicznie. – Przekona sie niebawem, jak dobrze mu bylo z nami. – Kiedy nadejdzie reszta komisarzy? – Przyjda za chwile, ale nie bede na nich czekal. Obywatel Cochefer jest na gorze i czuwa nad Kapetem. – Dobrze. Do widzenia, papo Simon – rzekl Chauvelin – zegnaj, obywatelko. Uklonil sie z nietajona ironia zonie szewca i skinal glowa Simonowi, ktory wyrazil calym stekiem przeklenstw swe uczucia dla agentow „komitetu bezpieczenstwa publicznego”. – Szesc miesiecy prawdziwej niewoli – warknal z wsciekloscia, i ani podziekowania, ani pensji… Wolalbym sluzyc jakiemu podlemu arystokracie, niz waszemu przekletemu komitetowi. Poslugacz Dupont powrocil. Spokojnie i obojetnie rozpoczal przeprowadzke mebli Simona, ale ze byl dosc niezgrabny, Simon i jego zona musieli wciaz dogladac roboty. Chauvelin popatrzyl jeszcze na poruszajace sie postacie, potem wzruszywszy ramionami obrocil sie na piecie. Rozdzial XIX. Sprawa delfina H~eron byl nieobecny, gdy po dlugim dzwonieniu, czekaniu i przeklinaniu Chauvelin wraz z Armandem zostali wreszcie dopuszczeni do kancelarii glownego agenta. Zolnierz, pelniacy obowiazki sluzacego, powiedzial im, ze H~eron poszedl na kolacje, ale wroci na pewno o osmej. Armand byl tak zmeczony, ze upadl na krzeslo i bezmyslnie wpatrzyl sie w ogien. Wreszcie nadszedl H~eron; sklonil sie lekko Chauvelinowi, spojrzal zaledwie na Armanda St. Justa. – Bede za piec minut – obywatelu – rzekl uniewinniajac sie – przykro mi, ze musisz czekac, ale przyjechali nowi komisarze, ktorzy zajac sie maja Kapetem. Simonowie wlasnie odeszli, a ja musze sie upewnic, czy wszystko w porzadku. Cochefer pelni teraz sluzbe w wiezy, nie zawadzi jednak, bym sam rzucil okiem na to szczenie. Wyszedl znowu, trzaskajac drzwiami za soba. Ciezkie jego kroki rozbrzmiewaly przez chwile na kamiennej posadzce korytarza, a potem ucichly w oddaleniu. Armand zobojetnial na wszystko, byl tylko nadmiernie zmeczony, i z przyjemnoscia bylby w tej chwili polozyl glowe na szafot, aby znalezc wypoczynek. Zegar na scianie tykal monotonnie. Z zewnatrz dochodzil przytlumiony turkot wozow na blotnistych uliczkach. Padalo coraz mocniej, od czasu do czasu wichura bila o male okienka, dzwoniac zle dopasowanymi szybami. Goraco pieca uspilo mlodzienca, glowa opadla mu na piersi. Chauvelin zas przechadzal sie po pokoju z rekami splecionymi na plecach. Nagle Armand otrzezwial. Uslyszal przyspieszone kroki w korytarzu, trzaskanie drzwiami i glosne nawolywania. Rownoczesnie prawie H~eron stanal na progu. St. Just spojrzal na niego z oslupieniem, gdyz caly jego wyglad zmienil sie nie do poznania. Zestarzal sie o dziesiec lat, wlosy mial zwichrzone na spotnialym czole, policzki szare, a usta, z ktorych krew odbiegla, rozchylaly sie bezmyslnie, odslaniajac rzad zoltych zebow. Cala postac byla zgarbiona, jakby zmiazdzona. Chauvelin zatrzymal sie i spojrzal niemniej zdumiony na kolege. – Kapet? – zawolal, widzac przerazenie, malujace sie na zmienionej twarzy H~erona. H~eron nie mogl mowic. Zeby mu dzwonily, a lek sparalizowal mu jezyk. Chauvelin przyblizyl sie do niego. Choc o wiele nizszy od swego kolegi, przewyzszal go teraz o cala glowe. Polozyl reke na zgarbionym ramieniu H~erona. – Kapet uciekl, czy tak? – spytal. Wyraz przerazenia spotegowal sie jeszcze w oczach H~erona. Zdawaly sie pytac: „Dokad? Kiedy?” Ale nie mogl wymowic tych slow. Chauvelin odwrocil sie od niego niecierpliwie. – Wodki! – rzekl krotko do Armanda. Butelka i szklanka znalazly sie w szafie. St. Just nalal wodki i przytknal szklanke do ust H~erona. – Zapanuj nad soba, czlowieku – rzekl po chwili Chauvelin – i postaraj sie opowiedziec mi, jak to sie stalo. H~eron upadl na krzeslo, przesunal drzaca reka po czole. – Kapet zniknal – szepnal. – Musieli go wykrasc podczas przeprowadzki Simonow. Tego glupiego Cochefera wywiedziono w pole. H~eron mowil bezdzwiecznym glosem, prawie szeptem, ale wodka orzezwila go nieco i oczy stracily przykry szklisty wyraz. – W jaki sposob? – spytal byly dyplomata. – Opuszczalem wlasnie wieze, gdy Cochefer nadszedl; widzialem Kapeta w pokoju i kazalem zonie Simona pokazac go Cocheferowi. Zamknela chlopca na klucz i postawila komisarza na strazy. Rozmawialem przez chwile z Cocheferem na korytarzu. Zona Simona i poslugacz Dupont, ktorego znam dobrze, zajeci byli tymczasem wynoszeniem mebli. Moge przysiac na to, ze nikogo wiecej nie bylo w pokoju. Jak tylko Cochefer pozegnal mnie, wrocil prosto do Kapeta. – Zamknelam dziecko tutaj, powiedziala do niego kobieta oddajac mu klucz – bedzie w zupelnym bezpieczenstwie, dopoki nie przyjda nowi komisarze. – Czy Cochefer stwierdzil, ze kobieta nie klamala? – Alez naturalnie! Kazal znow otworzyc drzwi i przysiega, ze widzial chlopca, lezacego na kocu w kacie pokoju. Pokoj naturalnie byl zupelnie pusty, oswietlony tylko jedna swieca, ale widzial z pewnoscia koc, a na nim dziecko. Tymczasem, gdy wszedlem teraz do pokoju… – Cozes zobaczyl? – Wszyscy komisarze byli zgromadzeni: Cochefer, Lasni~ere, Lorinet i Legrand; czekali na mnie. Weszlismy do pokoju ze swieca w reku i ujrzelismy dziecko, lezace na kocu, jak powiedzial Cochefer. W pierwszej chwili nie zauwazylismy nic podejrzanego, ale po pewnym czasie jeden z nas, zdaje mi sie Lorinet, zblizyl sie do chlopca, aby mu sie przyjrzec uwazniej – i krzyknal przerazliwie. Wszyscy nadbiegli. Spiace dziecko bylo zawiniatkiem z peruka, po prostu lalka!… W ciasnym pokoiku zapadlo milczenie. H~eron ukryl glowe w rekach; nerwowe drzenie wstrzasalo jego szerokimi koscistymi ramionami. Armand sluchal tego opowiadania z bijacym sercem i blyszczacymi zrenicami. Szczegoly nieznane dwom terrorystom, dopelnily obrazu, ktory stanal mu zywo przed oczami. Mysla powrocil do mieszkania na ulice St. Germain l'Auxerrois – byli tam sir Andrew Ffoulkes, lord Tony i Hastings. Ktos przechadzal sie wielkimi krokami po pokoju, wpatrujac sie proroczym wzrokiem w miasto. I nagle odezwal sie silny, dzwieczny glos: „Chodzi o delfina”. – Czy podejrzewasz kogo? – spytal Chauvelin, zatrzymujac sie przed H~eronem i kladac znow reke na ramieniu kolegi. – Czy podejrzewam? – zawolal glowny agent – nie podejrzewam, lecz mam pewnosc. Ten czlowiek siedzial przed dwoma dniami na tym krzesle i pysznil sie swymi zamiarami. Powiedzialem mu, ze jezeli porwie sie na Kapeta, skrece mu kark wlasnymi rekoma. Dlugie jego sepie palce, o drapieznych pazurach, zamykaly sie i otwieraly jak u jastrzebia. – O kim mowisz? – spytal krotko dyplomata. – O kim? O kimze, jezeli nie o tym przekletym de Batzu! Ma wypchane kieszenie austriackimi pieniedzmi, ktorymi z pewnoscia przekupil Simonow, Cochefera i straze. – I Lorineta, i Lasni~ere'a, i ciebie – dodal sucho Chauvelin. – To falsz! – wrzasnal H~eron, i pieniac sie ze zlosci, skoczyl na rowne nogi, gotow do walki na smierc i zycie w obronie swej niewinnosci. – Falsz? – powtorzyl spokojnie Chauvelin – w takim razie nie badz tak pochopny w rzucaniu podejrzen na prawo i lewo. Nic na tym nie zyskasz. Trudna to sprawa i nie tak latwo da sie rozstrzygnac. Czy jest ktos obecnie w wiezy? – dodal urzedowym tonem. – Tak, Cochefer i inni sa tam jeszcze; naradzaja sie pomiedzy soba, w jaki sposob ukryc zdrade. Cochefer zdaje sobie jasno sprawe z grozacego mu niebezpieczenstwa, a Lasni~ere i jego towarzysze wiedza dobrze, ze spoznili sie o kilka godzin. Wszyscy zawinili. A co do de Batza – ciagnal dalej glosem drzacym z wscieklosci – to zapowiedzialem mu z gory, ze zginie, jezeli porwie sie na Kapeta. Jestem juz na jego tropie i zaaresztuje go jeszcze przed noca. Wezme ja go w obroty!… Trybunal nie bedzie sie sprzeciwial… Posiadamy pod wiezieniem ciemny loch, w ktorym umiemy stosowac meki najgorsze, jakie mozna sobie wyobrazic. Poddamy go takim torturom… Ale Chauvelin przerwal mu ruchem reki i wyszedl z pokoju. Armand w mysli podazyl za nim. Powstala w jego glowie niepohamowana chec, aby uciec, korzystajac z tego, ze H~eron zatopiony we wlasnych myslach nie zwraca na niego uwagi. Kroki Chauvelina ucichly w korytarzu; daleko bylo do wyzszego pietra na wiezy, a nie tak predko skonczy sie rozmowa z komisarzami. Byla wiec doskonala sposobnosc; wiedzial, gdzie mogl polaczyc sie z wodzem, gdzie znajduje sie rog ulicy, przy ktorym sir Andrew czeka z wozem weglowym i gdzie zagajnik na drodze do St. Germain. Mial nadzieje, ze znajdzie towarzyszy, opowie im o losach Janki i ublaga ich, aby mu pomogli w niesieniu jej pomocy. Zapomnial, ze nie posiadal juz przepustki, ze bezwarunkowo zatrzymaja go przy bramie i odprowadza za godzine w to samo miejsce, gdzie sie obecnie znajduje. Powstal z krzesla i skierowal sie ku wyjsciu. H~eron nie podniosl nawet glowy. Ale w chwili, gdy otworzyl drzwi, kilkanascie bagnetow skrzyzowaly sie przed nim, blysnawszy w slabym swietle latarni. Chauvelin przewidzial wszystko z gory i nie bylo najmniejszej watpliwosci, ze Armand St. Just byl wiezniem. Rozdrazniony powrocil na swoje miejsce kolo ognia. W kwadrans pozniej dyplomata znalazl sie znow u H~erona. Rozdzial XX. Swiadectwo bezpieczenstwa – Mozesz bezpiecznie zostawic de Batza w spokoju, obywatelu H~eronie – rzekl Chauvelin, zamknawszy za soba drzwi – nie przylozyl on reki do ucieczki delfina. H~eron zamruczal cos pod nosem niedowierzajaco. Chauvelin wzruszyl ramionami i spojrzal na kolege z wyrazem najglebszej pogardy. Armand, ktory przypatrywal mu sie pilnie, zobaczyl w jego reku zmiety skrawek papieru. – Nie trac cennego czasu, obywatelu – rzekl – aresztuj de Batza, jezeli chcesz, albo zostaw go na wolnosci – wszystko mi jedno; niebezpieczenstwo nie grozi nam z tej strony. Nerwowymi, drzacymi palcami poczal rozkladac zmiety papier. W rozpalonych jego dloniach papier zamienil sie w bezksztaltny strzep, a pismo zamazalo sie prawie calkowicie. Rzucil go ze zloscia na stol przed H~eronem. – Mamy znow do czynienia z tym przekletym Anglikiem – rzekl spokojniej. – Zgadlem to zaraz, gdy uslyszalem twoje opowiadanie. Zaprzegnij do roboty caly swoj zastep szpiegow, obywatelu, inaczej nie dasz mu rady. H~eron podniosl do oczu zmiety papier i usilowal odczytac pismo przy slabym swietle lampy. Tymczasem Armand, mimo niepokoju o Janke i wlasnych przykrosci odczuwal w sercu gleboka dume. „Szkarlatny Kwiat” zwyciezyl, Percy wykonal nalozone na siebie zadanie! Chauvelin, ktorego badawcze oczy spoczywaly na nim, usmiechal sie z ironia. – Zostaniesz niebawem obarczony ciezka praca, obywatelu H~eronie – rzekl, zwracajac sie do kolegi, ale patrzac uporczywie na Armanda – i dlatego nie chce przeszkadzac ci w wysluchaniu dobrowolnej spowiedzi tego mlodego obywatela. Pragne ci tylko powiedziec, ze jest on zwolennikiem „Szkarlatnego Kwiatu”, a nawet jednym z jego najswietniejszych satelitow. H~eron obudzil sie z ponurych mysli. Zwrocil na Armanda zjadliwe wejrzenie. – Schwytalismy zatem jednego z tej bandy? – rzekl, jakajac sie jak pijany. – Tak – odparl Chauvelin – ale za pozno dzis na formalna denuncjacje i aresztowanie. St. Just nie moze w zaden sposob opuscic Paryza, a jedyna rzecza jest teraz strzec go pilnie. Gdybym byl na twoim miejscu, obywatelu, odeslalbym go do domu jeszcze dzis wieczorem. H~eron zamruczal cos, czego Armand nie zrozumial, ale slowa Chauvelina napelnily go radoscia. Wypuszcza go na wolnosc dzis jeszcze – na wzgledna wolnosc co prawda, skoro szpiegi sledzic go beda, ale w kazdym razie na wolnosc! Nie mogl jednak zrozumiec taktyki Chauvelina i czul sie troche dotkniety na mysl o tym, ze ci ludzie tak malo wagi przywiazywali do jego osoby. – A zatem zegnam cie, obywatelu – rzekl dyplomata ironicznie, zwracajac sie do Armanda. – Jak widzisz, glowny agent komitetu bezpieczenstwa publicznego jest zanadto zajety w tej chwili, by przyjac ofiare z twego zycia, tak wspanialomyslnie nam oddawanego. – Nie rozumiem cie, obywatelu – rzekl Armand zimno – i nie prosilem cie o zadna laske. Zaaresztowaliscie niewinna kobiete pod mylnym zarzutem udzielenia mi schronienia. Przyszedlem tu dobrowolnie i oddalem sie w rece sprawiedliwosci, aby ja uwolnic. – Dobrze. Bardzo slusznie, ale dzis juz pozno, obywatelu – rzekl sucho Chauvelin – dama, o ktora sie tak troszczysz, spi juz niezawodnie w swojej celi; nie wypada jej niepokoic, a przy tym czas jest okropny. – A wiec, monsieur – rzekl Armand – czy panna Lange wyjdzie z wiezienia, gdy oddam sie w wasze rece jutro rano? – Bez watpienia – odparl Chauvelin. – Jezeli obiecasz nam swa pomoc, panna Lange zostanie uwolniona jutro rano. Nieprawdaz, obywatelu H~eronie? – dodal, zwracajac sie do kolegi. Ale H~eron byl tak przybity, ze wyszeptal tylko niezrozumiale slowa. – Dasz mi na to slowo, obywatelu Chauvelin? – spytal Armand. – Przyrzekam ci najsolenniej, ze dotrzymam obietnicy. – Nie wystarcza mi to jeszcze, daj mi nieograniczone swiadectwo bezpieczenstwa, a uwierze ci. – Na co ci sie to przyda? – spytal Chauvelin. – Zdaje mi sie, ze pojmanie mojej osoby ma dla ciebie wiecej znaczenia, niz uwiezienie panny Lange – odparl spokojnie Armand. – Uzyje tego swiadectwa dla siebie lub dla jednego z mych przyjaciol, jezeli zlamiesz dane slowo. – Hm… to zupelnie logicznie pomyslane, obywatelu – rzekl Chauvelin z ironicznym usmiechem. – Masz zupelna slusznosc. Jestes dla nas o wiele cenniejszym atutem, niz urocza pani, ktora, mam nadzieje, bedzie przez wiele lat jeszcze czarowala wytworny Paryz swym talentem i pieknoscia. – Amen, obywatelu, niech sie tak stanie – rzekl Armand z zapalem. – Wszystko zalezec bedzie od ciebie, monsieur. Patrz – dodal, przeszukawszy papiery, lezace na biurku H~erona – oto swiadectwo bezpieczenstwa. Komitet rozdaje bardzo malo takich swiadectw. Jest to cena zycia ludzkiego. Przy zadnej bramie w zadnym miescie to swiadectwo nie moze byc odebrane. Pozwol, niech ci je wrecze, jako dowod prawdziwosci mojej obietnicy. Usmiechajac sie dziwnie, z wyrazem jakby rozbawienia Chauvelin wreczyl Armandowi doniosly dokument. Mlodzieniec przypatrzyl sie uwaznie kartce papieru, nim schowal ja do kieszeni plaszcza. – W jakim czasie spodziewac sie moge wiadomosci o pannie Lange? – spytal. – W ciagu jutrzejszego dnia. Sam zglosze sie do ciebie i odbiore cenny dokument. Ty ze swojej strony pozostaniesz do mojej dyspozycji. Czy zrozumiales? – Mozesz na mnie liczyc. Mieszkam… – Nie potrzeba nam twego adresu – przerwal Chauvelin z grzecznym uklonem – dowiemy sie o tym sami. Armand zabieral sie do odejscia, a H~eron nie pytal wcale kolegi o powod tak dziwnego postepowania. Siedzial przy stole zobojetnialy na wszystko, owladniety strasznym lekiem, wywolanym wypadkami dzisiejszej nocy. Nieprzytomne oczy utkwil w Armandzie, przechodzacym przez pokoj i nie uslyszal nawet trzasku zamykajacych sie za nim drzwi. Chauvelin przeprowadzil mlodzienca przez pierwsze straze, potem pozegnal go serdecznie. Zgrabna postac Armanda znikla w mroku. Chauvelin poczekal, poki jego kroki nie ucichly w oddali, a potem powrocil do H~erona. – Jeszcze raz – zasyczal przez zacisniete zeby – jeszcze raz, moj tajemniczy „Szkarlatny Kwiecie!” Rozdzial XXI. Z powrotem do Paryza Noc byla wyjatkowo ciemna, a deszcz padal strumieniami. Sir Andrew Ffoulkes otulony w gruby worek schronil sie pod wozek, ale pomimo tego przemokl do nitki. Przez dwa dni pracowal ciezko przy ladowaniu wegla. Poprzedniego wieczora znalazl tani nocleg, dzisiaj jednak oczekiwal Blakeney'a o umowionej godzinie. Wynajal woz uzywany zwykle do wozenia wegla, ale na nieszczescie nie mogl dostac krytego. Na domiar zlego deszcz zaczal padac, co czynilo czekanie pod golym niebem niezmiernie przykre. Sir Andrew nie zwazal na te niedogodnosci. W Anglii, w swej przepieknej posiadlosci w Suffolk otaczal sie wyrafinowanym zbytkiem i komfortem, tu zas, lezac pod wozem w brudnym odzieniu robotnika, przemoczony do szpiku kosci, byl rownie szczesliwy jak student na wakacjach. Szczesliwy, a jednak niespokojny. Nie zdawal sobie sprawy, ktora byla godzina. Tyle dzwonow koscielnych ucichlo w ostatnich czasach, ze zadne z tych blogoslawionych dzwiekow nie dochodzily do odleglej przystani, kolo ktorej widnialy jak duchy cale rzedy pustych wozow. Noc zapadla wczesnie tego wieczora i robotnicy zaprzestali pracy po czwartej. Przez godzine panowal jeszcze wzgledny ruch kolo przystani: ludzie krzatali sie tu i owdzie, statki przeplywaly wzdluz kanalu. Ale teraz ciemnosci i glucha cisza zalegly opustoszale miejsce, i czekanie wydawalo sie sir Andrew wiecznoscia. Przywiazal konia, wyciagnal sie pod wozem i czekal. Od czasu do czasu opuszczal niewygodne schronienie, by przejsc sie nieco po grzaskim blocie i wyprostowac zesztywniale czlonki. Niekiedy sennosc ogarniala go i zapadal w krotki, niespokojny sen. Bylby oddal pol majatku, gdyby mogl dowiedziec sie, ktora godzina. Ale pomimo ciezkiego oczekiwania nie zwatpil ani na chwile. W przeciwienstwie do Armanda St. Justa mial niezachwiane zaufanie do wodza. Byl juz od czterech lat nieodstepnym towarzyszem Blakeney'a w uciazliwych jego wyprawach i nigdy nie powstal w nim nawet cien zwatpienia. Byl niespokojny o wodza pod innym wzgledem. Wiedzial, ze spisek mu sie uda, ale jakze goraco pragnal oszczedzic mu zbyt wielkiego zmeczenia i owego szarpiacego napiecia nerwow tych kilku godzin miedzy czynem a nadzieja wygranej! Dlatego tez nieznosny dreszcz wstrzasal calym jego cialem, nie opuszczajac go nawet podczas krotkiego, przerywanego snu. Nagle wytezyl sluch – zanim jeszcze uslyszal blogoslawione haslo, odgadl dziwnym, subtelnym przeczuciem, ze godzina nadeszla i wodz niedaleko. A potem rozleglo sie znane mu haslo, glos mewy trzykrotnie powtorzony w krotkich odstepach… i w piec minut pozniej cos zamajaczylo w ciemnosciach tuz przy tylnych kolach wozu. – Ffoulkes! Jestes tam? – doszedl go szept cichszy niz powiew wiatru. – Jestem! – brzmiala szybka odpowiedz. – Chodzze tu i pomoz mi wsadzic dziecko na woz. Usnelo i ciazy mi na ramieniu prawie od godziny. Czy masz worek, ktory mozna by podlozyc mu pod glowe? – Niezbyt suchy w kazdym razie. Z czula troskliwoscia dwaj mezczyzni ulozyli krola Francji na dnie prostego wozu. Blakeney przykryl go swoim plaszczem i nachylil sie, by uslyszec spokojny oddech dziecka. – Nie ma tu St. Justa – czy wiesz o tym? – rzekl sir Andrew. – Wiem – odpowiedzial krotko Blakeney. Charakterystyczne bylo, ze nie mowili nic o samej wyprawie, o strasznych niebezpieczenstwach ostatnich godzin. Dziecko bylo tu, a Blakeney wiedzial o kolejach Armanda – to wystarczalo sir Andrew Ffoulkesowi, temu najwierniejszemu towarzyszowi, najserdeczniejszemu druhowi, jakiego kiedykolwiek mial „Szkarlatny Kwiat”. Ffoulkes zblizyl sie do konia i zalozyl mu uzde. – Czy wsiadziesz, Blakeney? – spytal – jestesmy gotowi. W milczeniu usadowili sie na wozie; Blakeney siadl przy dziecku, a Ffoulkes wzial do rak lejce. Wycie wiatru w obnazonych galeziach akacji, ktorymi obsadzona byla droga, tlumilo turkot kol i powolny klus konia na blotnistej drodze. Sir Andrew dobrze wystudiowal topografie tej opustoszalej okolicy podczas ostatnich 24 godzin. Znal droge, ktora omijala brame „La Villette” i fortyfikacje, a pomimo tego wyprowadzic ich mogla na gosciniec St. Germain. Zwrocil sie do Blakeney'a i spytal o godzine. – Dochodzi pewnie dziesiata – odrzekl sir Percy – popedzaj szkape moj drogi; Tony i Hastings czekaja juz na nas. Bylo tak ciemno, ze o krok nie widzieli drogi przed soba, ale gosciniec byl prosty, a stara szkapa znala go widocznie lepiej jeszcze niz woznica. Jechali jednak zbyt powoli, jak na palaca niecierpliwosc Ffoulkesa, zwlaszcza ze niekiedy musial prowadzic konia za uzde. Mineli kilka nedznych, zle oswietlonych domostw, a gdy przejezdzali przez St. Rouen, zegar koscielny wolno wydzwanial dwunasta. Jechali przewaznie przez nieuprawne przestrzenie „ziemi niczyjej” i tylko gdzieniegdzie napotykali rzadko rozsiane domy w okolicach fortyfikacji miejskich. Ciemnosc nocy, wycie wiatru i pozna godzina sprzyjala wedrowcom i woz weglowy, ciagnacy goscincem z dwoma robotnikami, nie zwracal niczyjej uwagi. Za Clichy musieli przejechac rzeke przez chwiejacy sie drewniany most, niebezpieczny nawet w jasny dzien. Zblizali sie do celu. Jeszcze szesc kilometrow, a Courbevoie pozostanie po ich lewej stronie i drogowskaz bedzie tuz. Wyloni sie gaik sosnowy i ujrza upragnionych towarzyszy, Tony'ego i Hastingsa wraz z konmi. Ffoulkes zsiadl z wozu, aby sie zorientowac. Szedl teraz przy koniu ze strachu, by nie minac drogowskazu. Kon byl bardzo zmeczony, przebyl pietnascie kilometrow, a teraz byla godzina trzecia rano. I znow minela godzina. Wreszcie dotarli do rozstajnych drog i z ciemnosci wylonil sie drogowskaz. – Jestesmy – szepnal sir Andrew. Skierowal konia na lewo ku waskiej drozce, po czym Blakeney kazal mu stanac. – Gaj musi znajdowac sie po prawej stronie – rzekl. Wysiadl z wozu i pozostawiajac Ffoulkesa przy koniu zniknal w ciemnosciach. Prawie rownoczesnie rozlegl sie trzykrotny krzyk mewy, na ktory odpowiedziano mu z pewnej odleglosci. Wkrotce tupot kopyt konskich doszedl wprawnego ucha sir Andrew. Zdjal zatem chomata ze swej starej szkapy i puscil ja wolno na rozlegle pola, otaczajace lasek; nie byla im juz potrzebna. Ktos odnajdzie ja rano wraz z wozkiem i dziwiac sie darom Bozym, spadajacym mu z nieba tak niespodziewanie, przywlaszczy je sobie z wdziecznoscia. Blakeney tymczasem wyjal spiace dziecko z wozu i skierowal sie ku gaikowi wraz z sir Andrew. Piec minut pozniej Hastings odbieral z rak sir Percy'ego krola Francji. W przeciwienstwie do Ffoulkesa lord Tony zapragnal uslyszec o wypadkach ubieglego poludnia. Jako prawdziwy sportsmen, kochal sie w niebezpiecznych wyprawach, mrozacych krew w zylach. – Opowiedz nam w dziesieciu slowach, Blakeney – napieral blagalnie – jakim sposobem udalo ci sie wykrasc chlopca. Sir Percy usmiechnal sie mimo woli na widok ciekawosci towarzysza. – Innym razem, Tony – prosil – jestem smiertelnie zmeczony, a ten przeklety deszcz… – Nie, nie, teraz, podczas gdy Hastings zajmuje sie konmi! Nie moglbym dluzej wytrzymac z ciekawosci, a pod drzewami deszczu sie nie czuje. – Niech i tak bedzie – zasmial sie Blakeney wesolo mimo zmeczenia ostatnich 24 godzin. – Musicie wiedziec, ze przez dwa tygodnie bylam poslugaczem w Temple. – Nieslychane rzeczy! – zawolal lord Tony. – Otoz widzisz, podczas gdy ty, niepoprawny sybaryto, zabawiales sie ladowaniem wegla w przystani kanalu, ja zamiatalem podlogi, palilem w piecu i oddawalem rozmaite uslugi tym zapowietrzonym zbojcom, a przy tym i naszej lidze. Wolne chwile spedzalem w swym mieszkaniu, gdzie spotykalem sie z wami. – Uwierzyc trudno! A wiec przedwczoraj, gdy zgromadzilismy sie wszyscy… – Bylem wlasnie po kapieli, porzadnie wyszorowany. Cale przedpoludnie czyscilem buty, ale udalo mi sie zasiegnac wiadomosci, ze Simonowie opuszczaja Temple w niedziele, a mnie przeznaczaja do pomocy w swej przeprowadzce. – Czysciles buty! – wybuchnal smiechem lord Tony. – A dalej? – Potem wszystko skladalo sie pomyslnie. Jak widzicie, stalem sie wazna osobistoscia w Temple. H~eron znal mnie doskonale. Towarzyszylem mu w wedrowkach nocnych do malego wieznia, niosac przed nim latarnie. „Dupont tu! Dupont tam!” Rozlegalo sie calymi dniami. „Zapal swiatlo, Dupont! Przynies mi latarnie, wyczysc mi ubranie, Dupont!” Gdy Simonowie opuszczali swe stanowisko zawolano Duponta. Sprowadzilem kryty woz, zabierajac ze soba lalke, aby podstawic ja na miejsce dziecka. Simon sam nie wiedzial o niczym, ale jego zona dala sie przekupic. Lalka byla wspaniala z prawdziwymi wlosami na glowie. Pani Simon pomogla mi w tej zamianie. Polozywszy lalke na sofie, przykrylismy ja kocem w chwili, gdy ci glupcy H~eron i Cochefer rozmawiali na schodach. Jego krolewska mosc Ludwika XVII zas schowalem w koszu z bielizna. Pokoj byl zle oswietlony i nikt nie podejrzewal podobnej zdrady. Wszystko poszlo jak po masle, wraz z meblami wynioslem kosz z dzieckiem. Gdy odwiozlem Simonow do ich nowego mieszkania, wyladowalem wszystkie meble, zostawiajac, ma sie rozumiec, kosz z bielizna na samym spodzie wozu. Nastepnie pojechalem do pewnego domu kupieckiego, gdzie zakupilem wielka ilosc koszow do bielizny. Zlozylem je wszystkie na woz i opuscilem Paryz brama Vincennes, kierujac sie ku Bagnolet. Niestety, nie bylo sposobu ominiecia granicy celnej, przy ktorej urzednicy mogli okazac sie niezbyt uprzejmymi. Dlatego tez pozwolilem delfinowi wyjsc z kosza i szlismy reka w reke wsrod ciemnosci i deszczu, dopoki biedne nozki nie wypowiedzialy posluszenstwa; a wtedy biedne malenstwo, ktore okazalo niezwykla odwage, podobniejsza raczej do Kapeta niz Bourbona, przytulilo sie do moich ramion i usnelo… Zdaje mi sie, ze to koniec mego opowiadania, gdyz jestesmy tu, jak widzicie. – Ale co byloby sie stalo, gdyby pani Simon nie dala sie przekupic – spytal lord Tony po chwili milczenia. – W takim razie bylbym pomyslal o innym sposobie. – A gdyby podczas przenosin H~eron byl pozostal w pokoju? – Wtedy tez bylbym musial co innego wymyslic, ale pamietaj o tym, ze w zyciu bywa czasami chwila, kiedy szczescie (majace podobno tylko jeden wlos na glowie) stanie przy tobie na mgnienie oka. Czasem ta chwila trwa minute, czasem pare sekund tylko, ale zawsze pozostawia dosc czasu, by uchwycic je za ten jeden wlos. Dlatego tez owoce naszej wspolnej pracy zaleza jedynie od zrecznosci wyzyskania tej wlasnie chwili, gdy szczescie stanie przy nas. Gdyby pani Simon nie dala sie przekupic, gdyby H~eron pozostal w pokoju, a Cochefer przyjrzal sie blizej lalce, jednowlose szczescie byloby mi podsunelo inna mysl. Widzicie, jakie to wszystko proste. Tak, to wszystko bylo bardzo proste, a takie bohaterskie! Odwaga, spryt, genialnosc, a przede wszystkim nadludzki heroizm i wytrwalosc wprawily sluchaczy tego opowiadania w nieme oslupienie. Nie byli w stanie wypowiedziec swych uczuc. – Kiedy spostrzegli sie, ze dziecko zniklo? – spytal Tony po chwili milczenia. – Gdy opuszczalem bramy Paryza, bylo jeszcze cicho wokolo – odparl Blakeney – tak starannie ukrywano jego znikniecie. Ale dosyc tej pogawedki – rzekl zywo – wszyscy na kon, a ty, Hastings, miej sie na bacznosci – losy Francji leza w twoich rekach. – Ale co bedzie z toba, Blakeney? – zawolali wszyscy trzej prawie rownoczesnie. – Nie jade z wami, powierzam wam dziecko. Na milosc Boska, strzezcie go dobrze. Jedzcie z nim do Mantes, staniecie tam o dziesiatej. Jeden z was niech pojdzie na ulice la Tour nr 9 i zadzwoni przy bramie. Zjawi sie starzec, ktory na haslo „Enfant” odpowie „De roi”. Oddacie mu dziecko i niech Bog blogoslawi was za wasze poswiecenie i pomoc, ktorej udzieliliscie mi tej nocy. – Ale ty, Blakeney? – powtorzyl znow Tony z wyrazem glebokiej troski w glosie. – Wracam prosto do Paryza – rzekl Percy z najwiekszym spokojem. – To niemozliwe! – A jednak tak byc musi. – Dlaczego, Percy? Na milosc Boska, czy zdajesz sobie sprawe z tego, co robisz? – Doskonale. – Przeciez przeszukuja cale miasto w pogoni za toba! Wiedza na pewno, ze ty jestes sprawca zamachu! – Wiem o tym. – I pomimo tego chcesz wracac? – I pomimo tego wracam. – Blakeney! – Nie ma o czym mowic, Tony, Armand jest w Paryzu. Widzialem go w towarzystwie Chauvelina na korytarzu Temple. – Wielki Boze! – krzyknal Hastings. Inni milczeli. Coz pomagaly wobec tego nalegania? Jednemu z nich grozilo niebezpieczenstwo. – Czyz mozna bylo wyobrazic sobie, ze Percy pozostawi Armanda, brata Malgorzaty, na lasce losu? – Jeden z nas pozostanie przy tobie, mam nadzieje – rzekl sir Andrew. – Tak. Hastings i Tony zawioza dziecko do Mantes, a potem podaza do Calais, aby pozostac w scislej komunikacji z moim jachtem „Day Dream”. Powiecie kapitanowi, aby czekal na otwartym morzu w Calais. Mam nadzieje, ze niebawem bede go potrzebowal. A teraz na kon wy dwaj – dodal wesolo. – Hastings, podam ci dziecko, gdy bedziesz gotow. Bedzie u zupelnie dobrze na siodle, z rzemieniem przytwierdzonym wkolo ciala. Nic wiecej nie dodano. Rozkazy byly wydane – trzeba bylo tylko sluchac, gdyz losy krola Francji nie byly jeszcze pewne. Tony i Hastings dosiedli koni, wyprowadzonych z gaju, i dziecko, dla ktorego dokazano takiego bezgranicznego poswiecenia, przymocowano do siodla przed lordem Hastingsem. – Przytrzymaj go reka – radzil Blakeney – choc twoj kon, zdaje sie, dosc spokojny. Ale jedzcie ostro, i niech Bog ma was w swojej opiece. Konie grzebaly niecierpliwie kopytami. Dwaj mezczyzni scisneli pietami boki wierzchowcow. Wyszeptano jeszcze kila slow pozegnania i rece wyciagnely sie ku wodzowi, by uscisnac po raz ostatni szlachetna jego dlon. Konie i jezdzcy zniknelo w ciemnosciach, poprzedzajacych swit. Blakeney i Ffoulkes stali obok siebie w milczeniu, poki nie umilkl tupot koni, a potem sir Andrew spytal zywo: – Czego zadasz ode mnie Blakeney? – Na razie, moj drogi, zaprzegnij konia do wozu z weglami, naszego starego przyjaciela, gdyz musisz powrocic w to samo miejsce, skad wyjechalismy. – A potem? – Laduj w dalszym ciagu wegiel w przystani przy La Villette. To najlepszy sposob, by nie sciagnac na siebie uwagi. Po pracy miej konia i woz w pogotowiu w tym samym miejscu, gdzie czekales na mnie wieczorem. Jezeli po trzech dniach nie odbierzesz ode mnie wiadomosci, jedz z powrotem do Anglii i powiedz Malgorzacie, ze dajac zycie za jej brata, poswiecilem je dla niej. – Blakeney!… – Zdaje ci sie, ze przemawiam inaczej niz zwykle? – rzekl, kladac swa silna dlon na ramieniu przyjaciela. – Jestem degeneratem, Ffoulkes, oto wszystko. Nie zwracaj na to uwagi. Widocznie zbyt dlugo nioslem spiace dziecko i nerwy zmiekly mi cokolwiek. Tak mi bylo zal tego malenstwa! Zastanawialem sie, czy ratujac je z jednej biedy, nie pograzam je w druga… Taki byl smutny wyraz na jego bladej twarzyczce, ze zdawac sie moglo, iz przeznaczenie wyrylo juz na niej swoj nieodwolalny wyrok. O, jakze bezsilne sa nasze czyny, gdy Bogu spodoba sie stanac miedzy nami a naszymi dazeniami!… Deszcz ustal. Chmury pedzily nad nimi z szalona chyzoscia, gnane i smagane wiatrem. Dnialo juz i sir Andrew mogl rozpoznac twarz swego wodza. Byla dziwnie blada i surowa, a glebokie, senne oczy mialy wlasnie ten wyraz, o ktorym mowil przed chwila. – Boisz sie o Armanda, Percy? – spytal niesmialo Ffoulkes. – Tak. Powinien byl mi zaufac, jak ja mu zaufalem. Minal sie ze mna w piatek przy bramie La Villette i bez najmniejszych skrupulow opuscil mnie, opuscil was wszystkich. Rzucil sie w lwia paszcze w nadziei, ze pomoze swej wybranej. Wiedzialem, ze moglem ja wyratowac. Znajduje sie obecnie we wzglednym bezpieczenstwie. Stara jej krewna pania Belhomme, wypuscili z wiezienia nazajutrz po jej aresztowaniu, a panna Lange przebywa obecnie w pewnym domu przy ulicy St. Germain l'Auxerrois, tuz kolo mego mieszkania. Sprowadzilem ja tam dzisiaj wczesnym rankiem. Nie przedstawialo to zadnej trudnosci: „Hola, Dupont! Moje buty, Dupont!” „W tej chwili, obywatelu, moja corka…” „Co mi tam corka… przynies mi buty!” – i Janka Lange wyszla z Temple reka w reke z poslugaczem Dupont. Ale Armand nie wie o tym, gdyz nie widzialem sie z nim od owej pamietnej soboty, gdy przyszedl mi oznajmic, ze ja aresztowali. Obiecawszy mi, ze bedzie posluszny, poszedl do bramy La Villette, aby sie z wami polaczyc, ale w kilka godzin pozniej powrocil do Paryza, zwracajac na siebie uwage agentow komitetu bezsensownymi poszukiwaniami. Gdyby nie to, byloby mi sie udalo wyprowadzic panne Lange z Paryza i odeslac do was do bramy La Villette lub do Hastingsa w St. Germain. Ale czuwano pilnie przy bramach, a musialem jeszcze myslec o delfinie. Nic jej na razie nie grozi, gdyz ludnosc na ulicy St. Germain l'Auxerrois jest spokojna. Ale jak dlugo potrwa ten wzgledny spokoj, kto to wiedziec moze? Biedny Armand! Lwia paszcza zamknela sie i trzyma go mocno w zebach. Chauvelin i jego zgraja uzywaja go za przynete, by mnie schwycic. To sa skutki braku zaufania Armanda do mnie… Westchnal niecierpliwie, jakby z uraza. Ffoulkes byl jedynym czlowiekiem, ktory mogl odgadnac gorzki smutek, ukrywajacy sie w tym westchnieniu. Percy pragnal powrocic jak najpredzej do Anglii do Malgorzaty, by spedzic przy niej pare dni szczescia i wytchnienia. Tymczasem postepowanie Armanda cofnelo to wszystko wstecz i pokrzyzowalo jego plany. Co wiecej, ten czlowiek, ktory przewidywal wszystko z gory i przygotowany byl na wszelkie ewentualnosci, nie przewidzial jednej rzeczy, mianowicie nieufnosci. Ta okolicznosc zaskoczyla go, zmieniajac zwykla jego swobode ducha w pewnego rodzaju przeczucie nieuniknionego, nieublaganego przeznaczenia. W milczeniu sir Andrew zwrocil sie ku laskowi, by wybrac jednego z koni, pozostawionych przez Hastingsa. – A ty, Blakeney, jak powrocisz do tego okropnego Paryza? – spytal, gdy znalazl sie znowu u boku Percy'ego. – Nie wiem jeszcze – odrzekl Blakeney – konno byloby nieostroznie. Wslizgne sie do miasta jakims sposobem. Mam w kieszeni przepustke w razie potrzeby. Zostawmy reszte koni tutaj – dodal, pomagajac sir Ffoulkesowi w zaprzeganiu – nic im sie zlego nie stanie, moze przydadza sie jakiemu biedakowi w ucieczce przed tymi mordercami. Wynagrodze mego przyjaciela z St. Germain za te strate przy najblizszej sposobnosci. A teraz badz zdrow, moj drogi. Uslyszysz o mnie moze dzis wieczorem jeszcze, a jezeli nie, to jutro lub pojutrze. Do widzenia! Bog z toba! – Bog z toba, Blakeney – powtorzyl sir Andrew ze wzruszeniem. Wskoczyl do wozu i wzial w rece wodze. Serce jego scisnal bol i ciezkie lzy wezbraly w oczach, zaslaniajac mu widok ukochanego przyjaciela. Wspaniala postac wodza byla tym razem nieco przygarbiona; glowe odrzucil w tyl, wpatrujac sie z niewyslowiona czuloscia w odjezdzajacego najwierniejszego towarzysza. Rozdzial XXII. O czym nie moglo byc mowy? Blakeney mial wiecej niz jedno mieszkanie w Paryzu i nigdy nie pozostawal dluzej niz dwa lub trzy dni na jednym miejscu. Nie bylo trudno w tych niespokojnych czasach otrzymac nocleg kazdej dzielnicy Paryza. Emigracja, a szczegolnie nadmierna smiertelnosc w ostatnich osiemnastu miesiacach, oproznila mieszkania wielkiej stolicy, a kto mial pokoje do wynajecia, byl az nadto szczesliwy, gdy trafial sie lokator. Prawa ukute przez komitet zadaly od wlascicieli mieszkan, by w przeciagu 24 godzin zglaszali do poszczegolnych biur sekcyjnych nowych lokatorow z opisem ich zewnetrznego wygladu, stanu i zajecia. Ale kazdy mogl bezkarnie przedluzyc ten czas do 48 godzin, jezeli byl w stanie zaplacic gospodarzowi olbrzymia sume pieniezna, zadana w takich okolicznosciach. Dlatego tez Blakeney nie mial zadnych trudnosci w znalezieniu kwatery, gdy znow stanal w Paryzu w poniedzialek okolo poludnia. Tony i Hastings, wiozacy krolewskie dziecko ku Mantes, pochlaniali wszystkie jego mysli i przez chwile zapomnial o strasznym niebezpieczenstwie, w ktore wtracily go bezprzykladna lekkomyslnosc i egoizm Armanda. Blakeney byl czlowiekiem o nadludzkich silach fizycznych i zelaznych nerwach, inaczej nie bylby zniosl zmeczenia ostatniej doby, od chwili, gdy w niedziele po poludniu zaczal grac role poslugacza w przenosinach Simonow. Rozstawszy sie z Ffoulkesem, przedostal sie do Paryza bez wielkich trudnosci. Przekonal sierzanta przy bramie Maillot, ze jest uczciwym mularzem, zamieszkalym w Neuilly, przychodzacym do Paryza dla zarobku. Potem juz wszystko poszlo latwiej; zmeczony i glodny wszedl do malej restauracji i obstalowal obiad. Sala napelniona byla przewaznie wiesniakami i robotnikami, tak brudnymi jak i on po kilkugodzinnej jezdzie w wozie z weglem. Trudno bylo poznac w tym obywatelu rownej i braterskiej republiki, odzianym w brudne lachmany, baroneta Percy'ego Blakeney'a, przyjaciela i towarzysza ksiecia Walii, najwytworniejszego eleganta, jakiego ogladaly kiedykolwiek salony londynskie. Jadl w milczeniu, nie zrazajac sie zle sporzadzona strawa i udajac wieksze zainteresowanie pieczenia wolowa niz rozmowa, toczaca sie kolo niego. Ale nie bylby on owym zrecznym i ostroznym spiskowcem, gdyby nie nadstawial ucha na przerozne wiesci, ktore tu i owdzie chwytal z rozmow wspoltowarzyszy. Omawiana byla przede wszystkim polityka, tyrania komitetu i niewola obywateli pod rzadem wolnej republiki. Szeptano nazwiska glownych przywodcow: Fouquier Tinville'a, Santerre'a, Dantona, Robespierre'a. O H~eronie wyrazano sie z nienawiscia, tlumiona szybko, ale o malym Kapecie ani slowa. Blakeney wywnioskowal z tego, ze Chauvelin, H~eron i komisarze trzymali w scislej tajemnicy ucieczke dziecka. Nie mogl sie naturalnie niczego dowiedziec o Armandzie. Widzial go po raz ostatni w towarzystwie Chauvelina przy wynoszeniu mebli Simonow i nie watpil, ze go uwieziono lub szpiegowano na kazdym kroku, uzywajac jako zakladnika. Na sama mysl o tym zapominal o zmeczeniu. Zaciskal usta i znow promien niespozytej wesolosci blyskal w jego oku. Niedawno w wiekszym byl niebezpieczenstwie, a w kilka godzin pozniej tulil w swych objeciach piekna Malgorzate na pokladzie „Day Dreamu”. Ci przekleci mordercy nie maja mnie jeszcze! – myslal sobie. – Trudnosci beda moze wieksze niz kiedykolwiek, ale nie dam sie pokonac! Jedna tylko ewentualnosc nie byla do pokonania, a byla nia – zdrada. Ale o tym nie moglo byc mowy. Po poludniu Blakeney wyszedl w poszukiwaniu mieszkania. Znalazl odpowiedni pokoj przy rue de l'Arcade, w tym samym oddaleniu od Palacu Sprawiedliwosci, co ostatnie mieszkanie. Tu zatrzyma sie przez 24 godzin, po ktorych uplywie bedzie sie musial znow przenosic. Ale na razie gospodarz skromnego mieszkania zaspokojony hojnym napiwkiem od przebranego „aristo”, nie spieszyl sie zbytnio z rozpoczeciem przepisowych indagacji. Wprowadziwszy sie do nowej kwatery, Blakeney przeczekal kilka godzin, dopoki cienie wieczora nie ulatwily mu wyjscia na ulice. Mial na widoku trzy rozmaite plany, dotyczace Armanda: moze dowie sie czegos o mlodziencu w jego dawnym mieszkaniu na Montmartre, moze wezmie sie do zwyklych poszukiwan w rejestracjach poszczegolnych wiezien lub skorzysta z jakiejs wiadomosci, pozostawionej przez Armanda w jego dawnym mieszkaniu przy ulicy St. Germain l'Auxerrois. Rozwazywszy te plany, sir Percy porzucil na razie mysl poslugiwania sie rejestrami wieziennymi. Jezeli Armanda aresztowano rzeczywiscie, to zostal on z pewnoscia umieszczony w wiezieniu Ch~atelet, skad niedaleko do sadu, gdzie niewatpliwie bedzie przesluchiwany. Blakeney zacisnal zeby, pietnujac owe przesluchiwania dosadnym brytyjskim okresleniem. Czy potrafi Armand St. Just, ten nieopanowany marzyciel i zwitek nerwow, wyjsc zwyciesko spod nawaly krzyzowych pytan, sprytnie zadawanych w celu zasiegniecia wiadomosci o lidze? Sir Percy skierowal swe kroki ku dzielnicy Montmartre i blakal sie od szostej do osmej po zaulkach, w okolicach ulicy de la Croix Blanche, gdzie mieszkal Armand, ale do samego domu nie wchodzil przez ostroznosc. Niebawem czujne jego oczy spostrzegly dwie postacie, ubrane w lachmany robotnikow, ktore walesaly sie po ulicy, nie spuszczajac z oka domu przy ulicy de la Croix Blanche. Nie ulegalo watpliwosci, ze byli to szpiedzy na czatach, trudno bylo jednak odgadnac, kogo szpiegowali: St. Justa czy inna ofiare. Ale gdy zegar na Tour des Dames wybil osma i Blakeney zamierzal udac sie w inna strone miasta, zobaczyl nagle zblizajacego sie ku niemu Armanda. Mlodzieniec szedl powoli z glowa spuszczona. Nie patrzyl ani w prawo, ani w lewo, ale gdy przechodzil kolo latarni ulicznej, Blakeney zauwazyl, ze byl blady i bardzo zmieniony. Nagle wzrok jego spotkal sie ze spojrzeniem wodza. Mial dosc przytomnosci umyslu, by nie zdradzic sie zadnym ruchem lub slowem. Widocznie przesladowano go, gdyz przez te krotka chwile sir Percy zauwazyl, ze oczy mlodzienca mialy wyraz tropionego zwierzecia. – Jestem ciekaw, co ci barbarzyncy z nim robia – mruknal przez zacisniete zeby. Armand znikl niebawem w bramie tego samego domu, w ktorym mieszkal od poczatku. Gdy przeszedl prog, Blakeney zobaczyl, ze dwaj szpiedzy zblizyli sie do siebie jak jaszczurki i zaczeli szeptac miedzy soba. Trzecia postac, ktora widocznie szla za Armandem przez caly czas, zlaczyla sie z nimi po chwili. Blakeney mial ochote zaklac glosno i poteznie – cala historia Armanda ostatnich 24 godzin stanela mu jasno przed oczyma: wypuszczono go na wolnosc, by sluzyl za przynete dla grubszej zwierzyny. Szpiegowano go na kazdym kroku, a on myslal, ze panna Lange znajduje sie wciaz w grozacym jej niebezpieczenstwie. Spojrzenie jego, pelne rozpaczy, rzucone na Blakeney'a potwierdzilo te dwa fakty i serce wodza scisnelo sie bolesnie na mysl o mece moralnej, ktora przezywal jego przyjaciel. Pragnal jak najpredzej dac znac Armandowi, ze dziewczyne zdolal wyprowadzic z Temple. Skierowal sie teraz ku swemu dawnemu mieszkaniu przy ulicy St. Germain l'Auxerrois, przypuszczajac, ze Armandowi udalo sie moze pozostawic list dla niego. Jezeli to uczynil, to prawdopodobnie ludzie H~erona, podpatrzywszy jego kroki, postawili tam szpiegow na strazy, ale na to rady nie bylo. To dawne mieszkanie bylo jedynym miejscem, do ktorego St. Just mogl poslac list do wodza, jezeli zamierzal sie w ogole z nim skomunikowac. Z drugiej strony biedny chlopiec nie mogl wiedziec, czy sir Percy powroci do Paryza, ale mogl pomimo tego poslac list do szwagra w nadziei, ze nie opusci go w potrzebie. Rozwazywszy to wszystko, sir Percy doszedl do przekonania, ze musi koniecznie dowiedziec sie, czy Armand nie usilowal skomunikowac sie z nim. Ze szpiegami mial juz dosc do czynienia swego czasu i niebezpieczenstwo nie bylo dzisiaj grozniejsze niz wczoraj w wiezieniu Temple. Grajac wciaz role walesajacego sie robotnika, szedl przez miasto, obijajac sie niedbale o sciany domow. Niebawem ujrzal przed soba fasade St. Germain l'Auxerrois i skrecajac na prawo, stanal przed domem, ktory opuscil przed 24 godzinami. Wszyscy, ktorzy znaja rozklad Paryza z czasow rewolucji, znaja ten dom. Jest to duzy, oddzielnie stojacy czworokat, zwrocony ku Quai de l'Ecole, tuz obok Carrefour des Trois Maries. Tak zwana „porte coch~ere” wychodzi na ulice St. Germain l'Auxerrois. Blakeney obszedl ostroznie dom, badawczym okiem przeszukal ciemnosci wzdluz ulicy, biegnacej az do „Pont Neuf” i przekonal sie, ze na razie nie bylo w poblizu szpiegow. Widocznie Armand nie oddal tu zadnego listu, ale mogl to uczynic kazdej chwili, skoro wiedzial, ze Percy powrocil do Paryza. Blakeney postanowil nie spuszczac z oka tego domu. Sztuke obserwacji posiadal w najwyzszym stopniu i mogl jej nauczyc niejednego agenta H~erona. W nocy ta obserwacja stawala sie naturalnie o wiele latwiejsza, gdyz duzo bylo bram nie oswietlonych, a latarnie uliczne przytwierdzone do scian ulatwialy sledzenie domow na zewnatrz. Blakeney, wybrawszy sobie tymczasowe schronienie to w jednej, to w drugiej sieni, czekal cierpliwie kilka godzin. Drobny, przenikliwy deszcz padal bez ustanku i cienka bluza, ktora mial na sobie, przemokla niebawem do nitki. Okolo dwunastej w nocy wrocil do siebie, by zazyc paru godzin snu, ale o siodmej rano byl znowu na posterunku. Brama nie byla jeszcze otwarta; stanal przy niej i czekal. Nacisnal welniana czapke na umazane brudem czolo, wysunal naprzod szczeke, a oczom nadal tepy, bledny wyraz opryszka. Krotka gliniana fajka wcisnieta w kat ust, rece wsuniete w szerokie kieszenie podartych spodni i bose nogi zawalane blotem ulicy, wszystko to razem nadawalo mu wyglad nedznego i podejrzanego wloczegi. Nie czekal dlugo. Niebawem brama otworzyla sie, wyszedl dozorca i zaczal zamiatac ulice przed domem. W piec minut pozniej bosy chlopiec, okryty lachmanami, bez czapki na glowie zjawil sie na zakrecie ulicy. Przygladal sie kazdemu domowi, jakby szukajac numeru. Szary swit, wilgotny i mglisty jak ubieglych dni, roztaczal sie nad miastem. Blakeney sledzil uwaznie zblizajacego sie chlopca. Gdy znalazl sie tuz przy nim, sir Percy wyciagnal fajke z ust. – Wczesnie wstales, chlopcze – rzekl rubasznym glosem. – Tak – odparl blady chlopczyna. – Mam list do oddania pod numer 9, ulica St. Germain l'Auxerrois. Musi to byc niedaleko. – Mozesz mnie oddac ten list. – O nie, obywatelu – odparl zywo chlopiec, w ktorego oczach blysnal lek – to dla jednego z lokatorow numeru 9. Musze wreczyc mu koperte sam. Blakeney poczul od razu, ze to pismo przeznaczone bylo dla niego i pochodzilo od Armanda. Dziecko tymczasem schowalo list za koszule, jakby chcialo strzec czegos bardzo cennego, co zamierzaja mu wydrzec. – Oddam koperte adresatowi – rzekl Blakeney. – Znam obywatela, dla ktorego jest przeznaczona. Chodzi o to, by stroz jej nie widzial. – Nie oddam jej strozowi! Zaniose ja sam na gore. – Moj drogi, posluchaj. Oddasz mi list, a ja ci dam piec liwrow na piwo. Blakeney, chociaz litowal sie z calego serca nad bladym chlopcem, przybral postawe groznego apasza. Nie chcial dopuscic, by chlopiec wszedl z listem do domu, z obawy, by dozorca nie odebral mu go pomimo prosb i lez, a wtedy Blakeney bylby zmuszony wykazac swa identycznosc, nim list zostanie mu wreczony. W ostatnim tygodniu odzwierny okazal sie bardzo czuly na przekupstwo. Jakkolwiek mogl miec podejrzenia, co do osoby lokatora, milczal ze wzgledu na pieniadze, ktore obficie otrzymywal, ale nie mozna bylo dowierzac nikomu w tych czasach. Cos moglo sie zdarzyc w przeciagu kilku godzin i zmienic wygodnego i ugrzecznionego dozorce w niebezpiecznego wroga. Na szczescie stroz wszedl na powrot do domu, nikogo nie bylo wokolo, a zreszta nikt by nie zwracal uwagi na grubianina, wymuszajacego cos na dziecku. – A wiec – rzekl gburowato – daj mi list albo piec liwrow wroci do mojej kieszeni. – Piec liwrow! – zawolalo dziecko z przestrachem – ach, obywatelu!… Chuda raczyna zaglebila sie w lachmany koszuli, ale ukazala sie znow bez koperty, a lekki rumieniec oblal jego policzki. – Tamten obywatel ofiarowal mi tez piec liwrow – rzekl pokornie. – Mieszka w domu, gdzie moja matka jest dozorczynia, przy ulicy de la Croix Blanche. Byl bardzo dobry dla mojej matki, chcialbym wiec wypelnic jego rozkaz. – Dziwne dziecko – pomyslal sobie Blakeney – jego prawosc okupuje niejedna zbrodnie tej przez Boga opuszczonej stolicy. Ale teraz zdaje mi sie, ze bede go musial sterroryzowac. Wyciagnal rece z szerokich kieszeni i pomiedzy dwoma brudnymi palcami pokazal sztuke zlota. Druga reke polozyl na piersiach dziecka. – Oddaj mi list – rzekl ostro – albo… Szarpnal go za podarta koszule i niebawem zwitek zmietego papieru wpadl mu do reki. Dziecko zaczelo plakac. – Masz – rzekl Blakeney, wciskajac pieniadz w mala raczyne – zanies to matce i powiedz waszemu lokatorowi, ze wysoki, brutalny czlowiek wydarl ci przemoca list. A teraz umykaj, nim cie sprzatne z drogi. Chlopiec, przerazony do najwyzszego stopnia, nie czekal dluzej, lecz uciekl pedem, sciskajac w reku sztuke zlota. W mgnieniu oka znikl na zakrecie ulicy. Blakeney nie zabral sie zaraz do czytania. Wsadzil papier do kieszeni i skierowal sie przez Place du Carrousel ku swemu nowemu mieszkaniu przy ulicy de l'Arcade. Dopiero gdy znalazl sie sam w ciasnym, nedznym pokoju, wyjal zwitek papieru z kieszeni i przeczytal go powoli. Tresc byla nastepujaca: „Percy, nie mozesz mi przebaczyc – wiem o tym – ja tak samo nie przebacze sobie nigdy, ale gdybys wiedzial, co przecierpialem przez ostatnie dwa dni, probowalbys mi moze przebaczyc. Jestem wolnym, a jednak wiezniem. Sledza mnie na kazdym kroku. Co zamierzaja ze mna zrobic, nie wiem. Gdy mysle o Jance, chetnie zakonczylbym nedzne zycie. Percy! Ona znajduje sie w rekach tych zbojow. Widzialem liste uwiezionych, a jej imie tam umieszczone pali mi serce rozpalonym zelazem… Byla jeszcze w wiezieniu, gdy opuszczales Paryz. Jutro, dzis wieczorem moze przesluchaja ja wydadza wyrok, beda torturowac, a ja nie smiem isc do Ciebie, by nie przyprowadzic szpiegow do Twoich drzwi. Ale moze Ty przyjdziesz do mnie, Percy? W nocy jestem bezpieczniejszy, a odzwierna bardzo mi jest oddana. Gdy dzis o dziesiatej wieczorem zastaniesz brame otwarta, a w pierwszym oknie na lewo ujrzysz zapalona swiece, przy niej zas na papierze napisane swoje litery S. P., bedziesz wiedzial, ze nic Ci nie grozi i mozesz bezpiecznie przyjsc do mego pokoju. Mieszkam na drugim pietrze na prawo, drzwi moje beda otwarte. W imie kobiety, ktora kochasz ponad wszystko na ziemi, przyjdz do mnie, blagam Cie i pomysl, ze Jance grozi smierc, ze jestem bezsilny i nie moge jej ratowac. Wierzaj mi, chcialbym umrzec, ale zyje dla Janki, ktorej nie chce samej zostawiac w rekach tych zbrodniarzy. Pomysl, Percy, ze ona wszystkim dla mnie.” – Biedny Armand! – wyszeptal Blakeney z serdecznym usmiechem, przeznaczonym dla nieobecnego przyjaciela – nawet teraz nie chce mi zaufac i powierzyc Janki. Co prawda – dodal po chwili – i ja nie powierzylbym nikomu Malgorzaty. Rozdzial XXIII. Za wysoka stawka O pol do jedenastej tego samego wieczora Blakeney, wciaz jeszcze ubrany w nedzne lachmany robotnika, bosy i obdarty, skrecil w ulice de la Croix Blanche. Brama domu, w ktorym mieszkal Armand, byla istotnie otwarta i nikogo nie bylo w poblizu. Rozejrzawszy sie ostroznie wkolo, wsliznal sie do bramy. Na oknie po lewej stronie palila sie swieca, a na skrawku papieru obok swiecy widnialy litery S. P., spiesznie skreslone olowkiem. Nikt nie zatrzymal go na schodach. Mieszkanie zastal rowniez otwarte – wszedl na korytarz. Nawet w najskromniejszych domach paryskich maly przedpokoj poprzedza izby mieszkalne. Przedpokoj byl nie oswietlony; Blakeney zblizyl sie do drzwi pokoju i pchnal je z lekka. W tej samej chwili zrozumial, ze skonczylo sie wszystko. Uslyszal za soba przyspieszone kroki i zobaczyl Armanda, bladego jak smierc, opartego o sciane, w towarzystwie Chauvelina i H~erona. W mgnieniu oka pokoj i korytarz zapelnily sie zolnierzami – dwudziestu dla pojmania jednego czlowieka… Gdy polozono na nim reke, odrzucil glowe w tyl dumnym ruchem i zasmial sie. Zasmial sie wesolo, swobodnie… – A wiec skonczylo sie! – zawolal. – Fortuna stanela tym razem przeciwko tobie, sir Percy – rzekl Chauvelin po angielsku, podczas gdy H~eron zacieral rece z zadowolenia. – Trudno temu zaprzeczyc – odparl zimno sir Percy. – Robcie swoje ludzie – dodal, zwracajac sie wesolo do zolnierzy, stojacych wokolo niego. – Nie walcze nigdy przeciw nieublaganemu przeznaczeniu. Dwudziestu na jednego, jak widze. Moglbym obezwladnic czterech z was, moze szesciu, ale co potem? Dziki szal, podsycany jeszcze przez H~erona, owladnal tymi ludzmi. Oto tajemniczy Anglik, o ktorym opowiadano tyle niewiarygodnych basni. Mial na swoje uslugi sily nadprzyrodzone, i dwudziestu nawet nie da mu rady, jezeli diabel mu dopomoze. Dlatego tez silne uderzenie w ramie kolba muszkietu obezwladnilo mu reke. Niebawem druga reka zawisla zbolala wzdluz ciala; wtedy zwiazano go sznurami. Szczescie pryslo. Gracz postawil za wysoka stawke i przegral. Ale umial przegrywac, jak dawniej umial wygrywac. – Ta zgraja krepuje mnie jak wariata! – szepnal jeszcze z humorem. Ale gdy scisnieto wezel brutalnie na jego skatowanych ramionach, oczy mu przyslonila mgla. – A jednak Janka byla wolna, Armandzie – zawolal ostatnim wysilkiem – ci szatani oklamali cie i doprowadzili do tego… Od niedzieli nie ma jej w wiezieniu, jest w domu, wiesz w ktorym… Potem stracil przytomnosc. Dzialo sie to we wtorek 21_go stycznia roku 1794, lub wedlug nowego kalendarza 2 pluvi~ose'a drugiego roku republiki. W kronice „Moniteura” z dnia 22 stycznia zamieszczono informacje, ze Anglik, zwany „Szkarlatnym Kwiatem” zostal aresztowany. Czesc druga Rozdzial I. Wiadomosc Szary styczniowy dzien sklanial sie ku wieczorowi. Malgorzata siedziala w swoim saloniku kolo kominka, otulona w cieply szal, gdy wszedl sluzacy Edward i zapalil lampe. Pokoj przybral od razu wesoly wyglad, a biale obicie scian zablyszczalo pod delikatnym swiatlem rozowego abazuru. – Czy goniec jeszcze nie przyjechal, Edwardzie? – spytala Malgorzata, utkwiwszy duze, zmeczone oczy w twarzy kamerdynera. – Jeszcze nie, my lady – odrzekl z uszanowaniem. – Mial przyjechac dzisiaj, nieprawdaz? – Tak, my lady, mial tu byc przed poludniem, ale z powodu dlugich deszczow drogi rozmokly i musial sie spoznic, my lady. – I ja tak mysle – rzekla zamyslona. – Nie zamykaj okiennic, Edwardzie – zadzwonie za chwile. Kamerdyner wyszedl z pokoju jak automat, zamknal drzwi za soba i Malgorzata pozostala znow sama. Wziela do reki ksiazke, ktora odlozyla, zanim wniesiono lampe, usilujac skupic uwage nad powiescia Fieldinga, ale stracila watek opowiadania i oczy jej zaszly mgla. Niecierpliwym ruchem rzucila ksiazke i przesunawszy reka po oczach spostrzegla, ze dlon jej byla wilgotna. Wstala i otworzyla okno. Powietrze bylo lagodne, choc dzdzyste, i cieply powiew dolatywal od strony Francji. Malgorzata siadla na szerokim obramowaniu, i oparlszy glowe o framuge okna, zapatrzyla sie w zapadajacy mrok. W oddali, u stop lagodnie znizajacych sie tarasow, rzeka szemrala cicho, a nad jej brzegami peki pierwiosnkow bielaly wsrod nocy. Zima ustepowala z wolna miejsca wiosnie, ktora wciaz jeszcze ociagala sie z przybyciem. Stopniowo ciemnosci coraz gestsze zalegaly ogrod, sitowia i zarosla nadbrzezne znikly w mroku, a za nimi majestatyczne cedry parku poddaly sie ostatnie potedze nocy. Delikatne kielichy snieznych kwiatow gasly jedne po drugich i chlodna szara wstege rzeki spowil plaszcz wieczora. Tylko wiatr poludniowy poruszal jeszcze sitowiem i szeptal w konarach cedrow, poruszajac uspionymi platkami kwiatow. Malgorzata wchlaniala chciwie powiew wiatru. Przychodzil z Francji i na skrzydlach swych przynosil wiesci od Percy'ego – szept jego mowy, wspomnienie nieuchwytne jak sen. I znowu wzdrygnela sie, choc nie bylo zimno. Spoznienie poslanca rozstroilo jej nerwy. Dwa razy na tydzien przyjezdzal umyslnie do niej z Dover, przynoszac wiesci z Paryza. Byly to male okruszyny suchego chleba, rzucane zglodnialej kobiecie; wystarczaly one jednak, aby utrzymac przy zyciu jej serce, to biedne, zbolale serce, teskniace za szczesciem, nigdy nie nasycone. Czlowiek, ktorego kochala cala dusza, nie nalezal do niej. Nalezal do cierpiacej ludzkosci – krzyki niewinnych i przesladowanych sterroryzowanej Francji zdawaly sie przemawiac do niego glosniej niz jej milosc. Nie bylo go w domu od trzech miesiecy. Zyla jedynie pamiecia o nim i wspomnieniem krotkich jego odwiedzin przed szescioma tygodniami, gdy zupelnie nieoczekiwany stanal przed nia. A potem znow wyruszyl w droge na grozna wyprawe, ktora dala wolnosc i zycie niewinnym ofiarom nieomal kosztem jego wlasnego zycia. Wyjechal tak nagle jak przybyl, a teraz juz od przeszlo szesciu tygodni krzepila sie jedynie wiadomosciami, ktore przywozil jej poslaniec. Dzisiaj nawet tego byla pozbawiona i czula dreczacy niepokoj. Gdyby sie zastanowila nad swymi uczuciami, doszlaby do przekonania, ze ciezar, przygniatajacy jej serce, byl niejasnym, zlowrogim przeczuciem. Zamknela okno i wrociwszy na swoje miejsce przy kominku, wziela znow do rak ksiazke z silnym postanowieniem zapanowania nad nerwami. Ale trudno bylo skupic mysl na przejsciach mr. Toma Jonesa, gdy wyobraznie dreczyly losy sir Percy'ego Blakeney'a. Turkot kol na zwirowym dziedzincu zbudzil ja z zadumy. Odlozyla ksiazke i drzacymi rekami chwycila porecz krzesla, natezajac sluch. Powoz o tej godzinie w wilgotna, ciemna noc?… Zastanawiala sie, kto to mogl byc. Lady Ffoulkes bawila w Londynie, sir Andrew nie wrocil jeszcze, ma sie rozumiec, z Paryza, a jego krolewska wysokosc, choc czesto ja odwiedzal, nie przyjezdzalby teraz do Richmond w taka niepogode; goniec zas przybywal zawsze konno. Uslyszala szmer rozmow w przedpokoju i glos Edwarda doszedl jej uszu: – Jestem pewien, ze milady przyjmie cie, pani. Ale pojde na gore i oznajmie twoje przybycie. Malgorzata pobiegla do drzwi i otworzyla je z radoscia. – Zuzanno! – zawolala – moja najdrozsza Zuzanno! Myslalam, ze jestes w Londynie. Chodz predko na gore do mego buduaru. Coz za szczesliwa gwiazda przyprowadzila cie tutaj? Zuzanna rzucila sie w jej ramiona, tulac mocno do serca przyjaciolke tak goraco kochana, a twarz mokra od lez ukryla w faldach szala Malgorzaty. – Chodz do pokoju, kochanie – powtorzyla lady Blakeney – o, jakze zimne masz rece! Juz miala przejsc prog buduaru, gdy naraz spostrzegla sir Ffoulkesa, stojacego na schodach. – Sir Andrew!… – zawolala, ale nagle umilkla. Okrzyk radosci zamarl na jej ustach, uczula, jakby ostre ciernie wbijaly sie w jej serce, rozdzierajac je na strzepy. Krew sciela sie w jej zylach. Weszla do saloniku, trzymajac wciaz za reke Zuzanne; sir Andrew udal sie za nimi i zamknal drzwi. Malgorzata odwrocila sie i spojrzala mu prosto w oczy. – Percy!… Cos mu sie stalo… czy… nie zyje?… – Alez nie, nie – zaprzeczyl zywo sir Andrew. Zuzanna otoczyla ramieniem szyje przyjaciolki i usadowila ja na krzesle przy kominku. Uklekla u jej nog, przyciskajac rozpalone usta do lodowatych rak Malgorzaty. Milczenie zapadlo w slicznym bialym saloniku. Malgorzata siedziala z przymknietymi oczyma, starajac sie opanowac i zniesc meznie czekajaca ja wiadomosc. – Powiedz mi wszystko – rzekla w koncu, a glos jej brzmial glucho, jakby pochodzil z wnetrza grobu – nie boj sie, moge duzo zniesc; wytlumacz mi dokladnie, co sie stalo. Sir Andrew oparl reke o stol i zwiesil glowe na piersi. Pewnym, silnym glosem opowiedzial jej wydarzenia ostatnich dni. Staral sie, o ile moznosci, zamilczec o nieposluszenstwie Armanda, ktorego w glebi duszy uwazal za glownego sprawce katastrofy. Wspomnial o ucieczce delfina z Temple, o nocnej wyprawie w wozie z weglami i o spotkaniu z lordami Tony i Hastingsem w lasku sosnowym. Wytlumaczyl na swoj sposob powod zatrzymania sie Armanda w Paryzu, ktory zmusil Percy'ego do powrotu do stolicy, choc jego glowny plan zostal juz wykonany. – Armand – zdaje mi sie, zakochal sie w pieknej paryskiej aktorce – lady Blakeney – rzekl sir Andrew, widzac zdziwienie, malujace sie na bladej twarzy Malgorzaty. – Aresztowano ja dzien lub dwa przed ucieczka delfina z Temple i twoj brat pozostal w Paryzu, nie majac odwagi jej opuscic. Jestem pewien, ze go rozumiesz. Malgorzata nie odrzekla nic, a on ciagnal dalej. – Dostalem rozkaz powrotu do bramy La Villette, gdzie w ciagu dnia pracowalem jako robotnik. W nocy mialem czekac na powrot Percy'ego. Przez dwa dni nie otrzymywalem od niego zadnych wiadomosci, ale mialem taka wiare w jego szczesliwa gwiazde i pomyslowosc, ze pomimo niepokoju nie pozwalalem sobie na zwatpienie. Lecz trzeciego dnia doszly mnie smutne wiesci… – Jakie wiesci? – spytala machinalnie Malgorzata. – Ze Anglik, znany pod mianem „Szkarlatnego Kwiatu”, zostal zaaresztowany przy ulicy de la Croix Blanche i uwieziony w Conciergerie. – Przy ulicy de la Croix Blanche? Gdziez to jest? – W dzielnicy Montmartre; tam mieszkal Armand. Sadze, ze Percy staral sie wyprowadzic go z Paryza, ale ci zboje przytrzymali go. – Cozes uczynil, sir Andrew, gdy uslyszales te wiadomosci? – Wrocilem do Paryza i przekonalem sie o prawdziwosci tych poglosek. – Nie ma watpliwosci co do nich? – Niestety zadnych. Poszedlem na ulice de la Croix Blanche, Armanda nie bylo w domu, ale udalo mi sie naklonic odzwierna do wyjawienia mi prawdy. Zdaje mi sie, ze byla szczerze oddana Armandowi. Wsrod lez opowiedziala mi kilka szczegolow aresztowania Blakeney'a. Czy masz dosc sil, by je uslyszec, madame? – Tak, opowiedz mi wszystko, nie obawiaj sie – powtorzyla tym samym bezdzwiecznym glosem. – Wczesnym rankiem we wtorek syn odzwiernej, pietnastoletni chlopiec, zostal wyslany przez jej lokatora z listem na ul. St. Germain l'Auxerrois. Bylo to mieszkanie, w ktorym przebywal Percy przez caly ostatni tydzien. Tam ukrywal przebrania dla siebie i nas wszystkich, tam schodzilismy sie na narady. Widocznie Percy liczyl na to, ze Armand skomunikuje sie z nim pod tym adresem, gdyz w chwili zjawienia sie chlopca przy drzwiach owego domu zaczepil go, jak twierdzi wysoki robotnik, ktory usilowal wydrzec powierzony mu list i w koncu wcisnal mu sztuke zlota do reki. Tym robotnikiem byl naturalnie Blakeney. Sadze, ze piszac ten list, Armand nie wiedzial, ze panna Lange odzyskala juz wolnosc dzieki staraniom Blakeney'a. W liscie wspominal widocznie o strasznym polozeniu, w jakim sie znajdowal i o swych obawach o ukochana kobiete. Percy nie zostawia nigdy przyjaciela w potrzebie. Nie bylby czlowiekiem, ktorego kochamy i podziwiamy, za ktorego kazdy z nas chetnie oddalby zycie, gdyby, uragajac wszelkim przeszkodom, nie przychodzil zawsze z pomoca ucisnionym. Armand zawolal i Percy przyszedl. Wiedzial niezawodnie, ze szpiegowano Armanda, gdyz St. Just, niestety, byl juz skompromitowany i ludzie z tych piekielnych komitetow paryskich poszukiwali go. Szpiedzy poszli za synem dozorczyni i zobaczyli, jak oddawal list robotnikowi na ulicy St. Germain l'Auxerrois; czy dozorczyni na ulicy de la Croix Blanche nie byla niczym innym jak platnym agentem H~erona, czy komitet bezpieczenstwa publicznego trzymal wciaz kompanie zolnierzy na czatach przy mieszkaniu Armanda – tego nie dowiemy sie nigdy. Wiemy tylko, ze Percy przestapil prog fatalnego domu o jedenastej, a w kwadrans pozniej dozorczyni zobaczyla zolnierzy, schodzacych z pierwszego pietra z jakims ciezarem. Wyszla ze swej lozy i przy swietle lampy, palacej sie na korytarzu, rozpoznala, ze ciezar byl cialem czlowieka silnie skrepowanego sznurami. Oczy mial zamkniete, a ubranie powalane krwia. Widocznie byl nieprzytomny. Na drugi dzien organ oficjalny rzadu donosil o schwytaniu „Szkarlatnego Kwiatu” i dla uczczenia tego radosnego zdarzenia ogloszono dzien wolny od pracy. Malgorzata wysluchala w milczeniu tego straszliwego opowiadania; siedziala wciaz nieruchomo, nieswiadoma lez Zuzanny, spadajacych na jej rece, i obecnosci sir Ffoulkesa, ktory upadl na krzeslo i zakryl twarz rekoma. Zdawalo jej sie, ze caly wszechswiat stanal w biegu wobec tego wstrzasajacego kataklizmu. Ale wnet powrocila do rownowagi. – Sir Andrew – rzekla po chwili milczenia – powiedz mi, gdzie sa lordowie Tony i Hastings? – W Calais, madame – odparl. – Widzialem sie z nimi w drodze powrotnej. Oddawszy delfina szczesliwie w rece jego stronnikow w Mantes, czekali na dalsze rozkazy Blakeney'a. – Czy poczekaja tam na nas? – Na nas, lady Blakeney? – zawolal zdumiony. – Tak, na nas, sir Andrew – odparla z bladym usmiechem na ustach – gdyz nie watpie, ze dotrzymasz mi towarzystwa w podrozy do Paryza. – Alez, lady Blakeney… – Wiem, co powiesz, sir Andrew: bedziesz mnie przestrzegal przed niebezpieczenstwami, niewygodami, smiercia moze; powiesz mi, ze jako kobieta w niczym nie przysluze sie mezowi, a stane mu tylko na przeszkodzie, jak to bylo w Calais. Ale musisz zrozumiec, ze teraz wszystko jest zupelnie inaczej. Gdy rewolucja knula jego zgube, on mial dosc sprytu, aby ujsc calo, ale teraz wrogowie trzymaja go juz w swej mocy i nie pozwola mu uciec. Pilnowac go beda dniem i noca, moj drogi, jak pilnowali nieszczesnej krolowej, ale nie miesiacami i tygodniami… Chauvelin nie bedzie igral ze „Szkarlatnym Kwiatem” i zalatwi sie z nim jak najpredzej. Glos jej zalamal sie; tracila panowanie nad soba, gdyz byla tylko mloda, goraco kochajaca kobieta, ktora dowiadywala sie, ze jej umilowany szedl na haniebna smierc, z dala od ojczyzny, bliskich i przyjaciol. – Nie moge pozwolic, by umieral sam, sir Andrew; bedzie tesknil za mna, a zreszta mam do pomocy ciebie, lordow Hastingsa i Tony'ego. Nie damy mu zginac tak haniebnie, w takim opuszczeniu! – Masz slusznosc, lady Blakeney – rzekl sir Andrew goraco – nie damy mu zginac i uczynimy, co w ludzkiej mocy. Juz Tony, Hastings i ja postanowilismy wracac co predzej do Paryza. Mamy tam rozmaite kryjowki znane tylko lidze, gdzie Percy znajdzie jednego lub kilku z nas, w razie gdyby mu sie udalo uciec z wiezienia. Na calej drodze pomiedzy Calais i Paryzem mamy takie kryjowki, w ktorych zlozone sa rozne przebrania. Nie, nie poddamy sie zniecheceniu lub rozpaczy, lady Blakeney. Dziewietnastu jest gotowych ratowac naszego wodza. Wybrano mnie juz za jego zastepce w tym przedsiewzieciu. Wyjezdzamy do Paryza jutro i jezeli Bog nam dopomoze, to gory podzwigniemy, a dopniemy celu. Nasze haslo brzmi: „Boze, ratuj „Szkarlatny Kwiat”.” Uklakl przy krzesle Malgorzaty i ucalowal drzace palce, ktore mu podala ze smutnym usmiechem. – Niech Bog wam blogoslawi – szepnela. Zuzanna, to slodkie, urocze dziecko czynilo nadludzkie wysilki, by powstrzymac lzy. – Patrz, jaka ze mnie egoistka, rzekla do niej Malgorzata – namawiam twego meza do tak groznej wyprawy, choc sama wiem najlepiej, jak ciezkie sa rozlaki tego rodzaju. – Moj maz pojdzie tam, gdzie wzywa go obowiazek – rzekla Zuzanna z godnoscia. – Kocham go z calego serca, bo jest odwazny i szlachetny. Nie moze pozostawic w potrzebie towarzysza, ktory jest zarazem jego wodzem. Bog zaopiekuje sie nim – wiem o tym. Nie bede go namawiala do tchorzostwa. Jej ciemne oczy zajasnialy duma. Byla prawdziwa zona zolnierza i mimo dziecinnego prawie wieku okazywala sie mezna zona i wierna przyjaciolka. Sir Percy Blakeney wyratowal od smierci cala jej rodzine. Hrabia, hrabina de Tournay, wicehrabia, jej brat i ona sama zawdzieczali mu zycie. Tego zapomniec nie mogla. – Zdaje mi sie, ze nie grozi nam nic wielkiego – rzekl sir Andrew wesolo. Rzad rewolucyjny chcial uderzyc glowe, a nie chodzi mu o czlonki. Moze mu sie zdaje, ze bez wodza jestesmy niegodni przesladowania? Jezeli zas napotkamy niebezpieczenstwa, to tym lepiej. Ale nie bedziemy narazali sie niepotrzebnie, musimy najpierw odbic Percy'ego; co potem, mniejsza o to. – To samo odnosi sie i do mnie, sir Andrew – dodala powaznie Malgorzata. – Teraz, gdy maja Percy'ego w swej mocy, nie dbaja o mnie wcale. Jezeli potraficie wyratowac mego meza, to i ja niczego sie juz nie lekam, ale w przeciwnym razie… Urwala i polozyla biala reke na ramieniu sir Andrewa. – Wez mnie z soba, przyjacielu – blagala – nie skazuj mnie na straszliwa meke dlugiego oczekiwania przez cale dnie i godziny w ponurej beznadziejnosci. A gdy sir Andrew wahal sie wciaz i milczal, Malgorzata rzekla stanowczo: – Nie bede ci w niczym przeszkoda, sir Andrew, i musisz zrozumiec – dodala glosem drzacym od wzruszenia, ze jezeli nie pozwolisz mi oddychac tym samym powietrzem co on, zgine lub oszaleje. Sir Andrew zwrocil na zone pytajace spojrzenie. – Dopuscisz sie nieludzkiego czynu – rzekla Zuzanna z powaga, co stanowilo uderzajacy kontrast z jej dziecinna twarzyczka, jezeli nie udzielisz Malgorzacie pomocy; jestem pewna, ze jezeli nie wezmiesz jej ze soba jutro, to pojedzie sama do Paryza. Malgorzata podziekowala przyjaciolce niemym spojrzeniem. Zuzanna byla dzieckiem, ale miala serce kobiety. Kochala swego meza i rozumiala cierpienie Malgorzaty. Sir Andrew nie mogl odmawiac dluzej nieszczesliwej kobiecie, nie watpiac, ze gdyby miala pozostac w Anglii, grozilaby jej rzeczywiscie utrata zmyslow. Wiedzial, ze byla odwazna i fizycznie bardzo wytrwala, a zreszta byl przekonany, ze lidze, pozbawionej wodza, nie grozilo tak wielkie niebezpieczenstwo, chyba w razie uwolnienia „Szkarlatnego Kwiatu”. A jezeli uda im sie to wielkie dzielo, to niczego obawiac sie nie potrzebowala dzielna i kochajaca zona, ktora, jak kazda mezna kobieta, dopominala sie o prawo dzielenia dobrego lub zlego losu z ukochanym czlowiekiem. Rozdzial II. Znow w Paryzu Sir Andrew wszedl do pokoju. Zblizyl sie do kominka, by rozgrzac skostniale czlonki, gdyz zimno stawalo sie coraz dokuczliwsze. Malgorzata podala mu filizanke goracej kawy, ktora dla niego zaparzyla, ale nie pytala o wiadomosci. Wiedziala, ze nie mial dla niej zadnych, inaczej twarz jego, zwykle pogodna, nie nosilaby na sobie wyrazu takiego przygnebienia. – Sprobuje jeszcze udac sie dzis w jedno miejsce – rzekl, popijajac goraca kawe, pojde do restauracji na ulicy de la Harpe. Czlonkowie klubu kordelierow jadaja tam czesto i sa zwykle bardzo dobrze poinformowani. Moze dowiem sie czegos. – Jakie to dziwne, ze tak zwlekaja z postawieniem go przed trybunal – rzekla Malgorzata obcym, bezbarwnym glosem. – Gdy przyniosles mi te okropna nowine, bylam przekonana, ze skaza go natychmiast i lekalam sie, ze przyjedziemy za pozno. Usilowala opanowac drzenie glosu i spytala: – Dowiedziales sie czegos o Armandzie? Wstrzasnal przeczaco glowa. – Co do niego, to jestem w najwiekszej niepewnosci. Nie moge znalezc jego nazwiska w zadnym spisie wieziennym, i nie ma go w Conciergerie. Wszystkich wiezniow usuneli stamtad, jest tylko Percy. – Biedny Armand – westchnela. – Z pewnoscia wiecej cierpi od nas wszystkich, gdyz jego bezmyslne nieposluszenstwo sprowadzilo na nas to cale nieszczescie. Mowila z wielkim smutkiem, ale bez goryczy. Jej pozorny spokoj rozdzieral serce sir Andrewa Ffoulkesa, gdyz bezbrzezne cierpienie bylo w jej spojrzeniu. – Pamietaj, lady Blakeney – rzekl z udana swoboda – ze poki jest zycie, jest i nadzieja. – Nadzieja! – zawolala z westchnieniem, utkwiwszy zmeczone oczy w twarzy przyjaciela. Ffoulkes odwrocil sie, udajac, ze dolewa sobie kawy. Nie mogl zniesc na sobie tego spojrzenia pelnego bolu, a sam nie mial juz sil jej pocieszac. Rozpacz wkradala sie coraz bardziej do jego serca, choc nie chcial tego przyznac. Byli w Paryzu juz trzy dni, a szesc dni minelo od aresztowania Blakeney'a. Sir Andrew i Malgorzata znalezli tymczasowe schronienie w Paryzu, Tony i Hastings stali przy bramach miasta, a po calej drodze od stolicy do Calais, w St. Germain, Mantes, po wsiach pomiedzy Beuvais i Amiens, czlonkowie wielkiej ligi „Szkarlatnego Kwiatu” czekali w ukryciu na stosowna chwile, by ratowac wodza. Ffoulkes dowiedzial sie, ze zamknieto Percy'ego w Conciergerie w celi, ktora zajmowala Maria Antonina w ostatnich miesiacach swego zycia. Dal do zrozumienia biednej Malgorzacie, jak scisle strzezono jej meza i ze zachowywano wzgledem niego wieksze jeszcze ostroznosci niz wzgledem nieszczesnej krolowej, dla ktorej ostatnie dni byly prawdziwym meczenstwem. Ale o Armandzie nie mogl sie niczego dowiedziec, gdyz nazwisko St. Justa nie bylo umieszczone na zadnej liscie wieziennej. Uczeszczajac do restauracji i winiarni, gdzie spotykali sie zazwyczaj najzajadlejsi terrorysci i jakobini sir Andrew uchwycil niejeden szczegol, dotyczacy obecnego losu „Szkarlatnego Kwiatu”, ale nie mogl powtorzyc tego Malgorzacie. Uwiezienie tajemniczego Anglika spowodowalo ogolne wtajemniczenie, ale Ffoulkes przekonal sie niebawem, ze ucieczke delfina trzymano wciaz jeszcze w najglebszej tajemnicy. Pewnego razu udalo mu sie spotkac w winiarni glownego agenta komitetu bezpieczenstwa publicznego, ktorego znal z widzenia, w towarzystwie pewnego zazywnego rumianego pana o ospowatej twarzy i tlustych palcach, okrytych pierscionkami. Sir Andrew lamal sobie glowe, kto to mogl byc. H~eron rozmawial z nim urywanymi zdaniami i aluzjami, zupelnie niezrozumialymi dla kazdego, kto by nie wiedzial o ucieczce delfina i roli ligi w tej sprawie; ale sir Andrew, ktory przebrany za robotnika, wytezal uszy, jak tylko mogl, domyslil sie od razu, ze rozmawiaja o delfinie i Blakeney'u. – Nie wytrzyma juz dlugo, obywatelu – mowil glowny agent przyciszonym glosem – nasi ludzie sa niezrownani. Dwoch stoi nad nim dniem i noca, nie spuszczajac go z oka. Jak tylko probuje zasnac, jeden z nich wpada do celi z glosnym szczekiem szabli, krzyczac z calych sil: „A wiec gdzie dzieciak? Odpowiedz nam, a bedziesz mogl zasnac spokojnie”. Sam to dla rozrywki robilem przez jedna noc. Troche sie zmeczylem, bo trzeba juz teraz dosc glosno krzyczec, aby zbudzic Anglika, a czasem nawet silnie nim potrzasnac. Ta zabawa trwa juz cale piec dni, podczas ktorych nie dalismy mu zasnac ani na chwile. Przy tym pozywienia dostaje tylko tyle, by nie umarl z glodu. To dlugo potrwac nie moze. Obywatel Chauvelin wykombinowal doskonaly plan. Za dwa, trzy dni ulegnie. – Nie wiem – mruknal tamten posepnie – ci Anglicy sa twardzi… – Tak – odparl H~eron ze zjadliwym usmiechem, ktory uczynil jego twarz wprost wstretna – bylbys z pewnoscia ulegl po dwu dniach, przyjacielu de Batz, o tym nie watpie. Ale tez przestrzegalem cie, nieprawdaz, ze jezeli porwiesz sie na malca, postaram sie, bys w krotkim czasie blagal o litosc. – A ja nawzajem – rzekl de Batz z najwieksza flegma – przestrzegalem cie, bys nie zajmowal sie mna, a wiecej uwazal na Anglika. – Pomimo tego w dalszym ciagu oczy mam zwrocone na ciebie, przyjacielu. Gdybym przypuszczal, ze wiesz, gdzie chlopca ukrywaja, to… – Skazalbys mnie na te same meki, ktore wymysliles dla Anglika z twoim nieodstepnym druhem Chauvelinem – domyslam sie tego… Ale niestety nie wiem, gdzie znajduje sie dziecko, inaczej nie byloby mnie w Paryzu. – Oczywiscie – zasmial sie H~eron szyderczo – bylbys juz w Austrii, aby otrzymac obiecana nagrode! Ale sledze cie dniem i noca, moj drogi. Chodzi ci na rowni z nami o miejsce pobytu dziecka, i gdyby zdolano przemycic je przez granice, ty pierwszy dowiedzialbys sie tego. Ale nie – dodal jakby dla wlasnego uspokojenia – jestem przekonany, ze Anglik mial na celu przewiezienie dziecka do Anglii i ze on jeden wie, gdzie ono sie obecnie znajduje. Za pare dni uparty „Szkarlatny Kwiat” ustapi i rozkaze swej lidze oddac Kapeta w nasze rece. Wiem, ze czlonkowie ligi kraza kolo Paryza, i ze nawet zona Blakeney'a jest w poblizu, jak twierdzi Chauvelin. Niech przypatrzy sie przez chwilke mezowi w jego obecnym stanie, a wymusi na lidze oddanie dziecka jak najpredzej. H~eron zasmial sie znow drapieznie, jak hiena nad ofiara. Slyszac te slowa, sir Andrew o malo sie nie zdradzil. Wpil paznokcie w cialo, aby nie skoczyc do gardla temu potworowi, ktory wymyslil dla pojmanego wroga gorsze meki, niz najbardziej wyrafinowane tortury zamierzchlych wiekow. A zatem nie pozwalali mu spac!… Pomysl zrodzony w mozgu wroga… H~eron nadmienil, ze Chauvelin byl autorem tego szatanskiego dziela, by czlowieka oslabiac systematycznie brakiem pozywienia i snu. Nie zdawalo sie prawdopodobne, by ludzkie istoty mogly wymyslic cos podobnego. Kroplisty pot wystepowal na czolo sir Andrew Ffoulkesa na mysl o przyjacielu i o tym, do czego chciano go sklonic ta meka. Jego sily fizyczne byly co prawda olbrzymie, ale musialy mu z czasem wypowiedziec posluszenstwo. Trzezwy, lotny umysl, nieustraszona odwaga oslabna pod wplywem powolnej, stalej tortury… Ffoulkes stlumil wyrywajacy mu sie z piersi krzyk zgrozy, ktory bylby zwrocil na niego uwage H~erona i wybiegl co predzej z dusznej sali, by odetchnac swiezym powietrzem. Przez godzine blakal sie bez celu po ulicach, nie majac odwagi wracac do Malgorzaty, by nie zdradzic przed nia bolu, ktory szarpal jego dusze. A dzisiaj nie dowiedzial sie niczego wiecej. Ogolnie twierdzono, ze Anglik znajduje sie w Conciergerie, ze strzega go pilnie i ze wyrok zapadnie za kilka dni, ale nikt nie wiedzial dokladnie kiedy. Publicznosc zaczynala sie juz niecierpliwic, dopominajac sie o sad i egzekucje. Tymczasem H~eron i jego zausznicy taili wciaz przed publicznoscia ucieczke delfina majac nadzieje, ze uda im sie zmusic Anglika do wskazania kryjowki chlopca. Sposoby zas, jakich w tym celu uzywali, byly godne samego Lucyfera i jego szatanow. Owego wieczora sir Andrew domyslil sie z niektorych slow H~erona, ze glowny agent i czterej komisarze podstawili gluche i nieme dziecko na miejsce zbiega. Zamknieto je w ciemnym pokoju, wzniesiono napredce przepierzenie w izbie zajmowanej niegdys przez Simonow, chore biedactwo umieszczono za ta przegroda i nikomu nie bylo wolno zblizyc sie do niego procz wladz kontrolnych. H~eron i komisarze starali sie jak mogli, by wyjsc calo z tej imprezy, a poniewaz dziecko bylo bardzo schorowane, mieli nadzieje, ze umrze niebawem, wyzwalajac ich od ciazacej na nich odpowiedzialnosci, gdyz oglosza wowczas urzedowo zejscie Kapeta. Trudno uwierzyc, ze podobne pomysly mogly zrodzic sie w mozgach ludzkich, a jednak wiemy od swiadkow wiarygodniejszych niz madame Simon, ze dziecko, zmarle w Temple po kilku tygodniach, bylo biednym, uposledzonym chlopczykiem, gluchym i niemym, przyniesionym z domu podrzutkow po ucieczce delfina. Jedynie litosciwa smierc mogla wyrwac go z tej niedoli, gdyz potezny umysl, ktory mogl go wyzwolic, skazany byl na tortury przymusowej bezsennosci. Rozdzial III. Najzacietszy wrog Tego samego wieczora sir Andrew Ffoulkes wyszedl jeszcze raz do miasta, by zasiegnac informacji o Armandzie, obiecujac powrocic okolo dziewiatej. Malgorzata ze swej strony przyrzekla towarzyszowi, ze zmusi sie do spozycia kolacji, ktora przyrzadzila jej dozorczyni. Zajmowali nedzne mieszkanie na Quai de la Ferraille, naprzeciw Palacu Sprawiedliwosci, w ktorego szare mury Malgorzata wpatrywala sie suchymi, rozgoraczkowanymi oczyma, dopoki zmierzch zimowy nie spuscil na nie swej zaslony. Tego wieczora, choc ciemnosci juz zalegly pokoj i spadajace platy sniegu zakrywaly widok na miasto, siedziala jeszcze przy oknie po wyjsciu sir Andrew, wpatrzona w drobne swiatelka, padajace z okien wiezy Ch~atelet. Nie mogla dojrzec okiem Conciergerie, gdyz wychodzily na wewnetrzne podworze, ale widok tych murow byl dla niej jakby ukojeniem. Nie mogla wyobrazic sobie Percy'ego, tego wesolego, rozesmianego, pelnego beztroski smialka, jako zdobyczy nieprzyjaciol upojonych triumfem, ktorzy zetra go, upokorza, sponiewieraja, a moze nawet, kto wie, beda torturowac, by zlamac dume, uragajaca im jeszcze na progu smierci. Ale Bog nie moze dopuscic, by podobna zbrodnia zostala popelniona, by szlachetnego orla pokonaly nedzne szakale! Choc Malgorzata cierpiala wiecej, niz mogla zniesc w swym podwojnym niepokoju o meza i brata, nie tracila jednak otuchy. Slusznie mowil sir Andrew: „Gdzie bylo zycie, tam byla nadzieja”. Jezeli zycie tlilo jeszcze w tych poteznych czlonkach, jakze mogly szkodliwe, niskie instynkta zwyciezyc niesmiertelnego ducha? Nie troszczylaby sie o Armanda, gdyby Percy byl wolny. Westchnela ciezko. Ach! Gdyby przynajmniej mogla widziec sie z mezem, rzucic jedno spojrzenie na jego smiejace sie oczy, w ktorych ona jedna wyczytac umiala cala glebie uczucia, wtedy znioslaby spokojniej ciezka niepewnosc i z odwaga czekalaby na rozwiazanie. Odsunela sie od okna, gdyz noc stawala sie przejmujaco zimna. Na wiezy St. Germain l'Auxerrois zegar wybil z wolna osma. Gdy ostatnie echo historycznego zegara ucichlo w oddali, uslyszala dyskretne pukanie do drzwi. – Prosze – zawolala bez namyslu. Myslala, ze dozorczyni przychodzi dorzucic drzewa do kominka i nie odwrocila nawet glowy. Drzwi otworzyly sie cicho i uslyszala lekkie kroki na dywanie. – Czy moge prosic o kilka slow rozmowy, lady Blakeney? – odezwal sie ostry glos. Stlumila krzyk zgrozy. Jak dobrze znala ten glos! Ostatni raz slyszala go, gdy Percy tak sprytnie wysliznal sie swemu przesladowcy. Spojrzala prosto w oczy najzacietszemu wrogowi „Szkarlatnego Kwiata”. – Chauvelin! – jeknela. – We wlasnej osobie, droga lady. Stanal w swietle lampy, tak ze jego drobna postac odbila sie wyraznie na ciemnym tle sciany. Mial na sobie ulubione piaskowe ubranie, piekny zabot i mankiety obszyte waska koronka. Nie czekajac na pozwolenie, z flegma i pewnoscia siebie polozyl kapelusz i plaszcz na krzesle. Nastepnie zwrocil sie znow ku Malgorzacie i uczynil krok naprzod, ale ona podniosla reke, jakby go chciala wstrzymac. Wzruszyl ramionami i zimny usmiech zaigral na jego ustach. – Czy pozwolisz usiasc? – spytal. – Jak chcesz – odrzekla z wolna patrzac na niego szeroko otwartymi oczyma, jak przestraszony ptak na jadowitego weza. – A czy posluchasz mnie, lady Blakeney? – ciagnal dalej, biorac krzeslo i stawiajac je w ten sposob przy stole, by swiatlo lampy pozostawalo w tyle i nie padalo na jego twarz. – Czy to konieczne? – spytala Malgorzata. – Tak – rzekl krotko – jezeli pragniesz widziec sie i pomowic z mezem, poki nie bedzie za pozno. – A zatem prosze cie, mow, a ja poslucham. Upadla na krzeslo, nie zwazajac na to, czy swiatlo pada na jej twarz i czy sciagniete rysy i lzami przycmione oczy nie zdradza w calej pelni rozterki wewnetrznej. Nie kryla sie z niczym przed tym czlowiekiem, gdyz wiedziala, ze ani odwaga ani lzy nie wzrusza go, a nienawisc do czlowieka, ktory tyle razy go zwyciezyl, od dawna zdlawila wszelka iskre litosci w jego sercu. – Moze chcesz posluchac, lady Blakeney – zaczal swym miodowym glosem – jakim sposobem dostapilem zaszczytu spotkania sie z toba? – Twoi szpiedzy sa po prostu przy robocie, wyobrazam sobie – odparla chlodno. – Otoz wlasnie. Poszukiwalismy ciebie juz od trzech dni, a wczoraj wieczor nieostroznosc sir Andrew Ffoulkesa dopomogla nam w pracy. – Nieostroznosc sir Andrew? – spytala ze zdumieniem. – Siedzial w restauracji, bardzo sprytnie przebrany co prawda. Widocznie chcial zasiegnac informacji o losie sir Percy'ego Blakeney'a. Moj przyjaciel H~eron z komitetu bezpieczenstwa publicznego, znajdujacy sie tam przypadkowo, rozpoczal rozmowe, moze zbyt glosna, o pewnych… jak to powiedziec… o pewnych zarzadzeniach, ktore za moja rada komitet byl zmuszony wprowadzic celem… – Do rzeczy, obywatelu Chauvelin, sir Andrew nic mi o tym nie wspomnial, wiec prosze cie, mow zwiezlej, jezeli mozesz. Sklonil sie ironicznie. – Jak chcesz – odparl. – Sir Andrew, slyszac o niektorych szczegolach, ktore ci za chwile wyjasnie, uczynil nieostrozny ruch zauwazony przez jednego z naszych szpiegow. H~eron skinal na niego, i ten poszedl za mlodym kowalem, ktory okazal tak wielkie zainteresowanie rozmowa glownego agenta. Sir Andrew przejety oburzeniem po tym, co slyszal, nie byl tak ostrozny jak zwykle. W kazdym razie szpieg odprowadzil go az do Quai de la Ferraille. Prawda, jakie to proste? Spodziewalem sie juz od tygodnia przyjazdu pieknej lady Blakeney do Paryza. Gdy sie dowiedzialem, gdzie mieszka sir Andrew, domyslilem sie, ze i lady Blakeney jest w poblizu. – A coz to byla za rozmowa, ktora tak bardzo obruszyla sir Andrew zeszlego wieczora? – Nie opowiedzial ci? – Nie. – Ach, to nic wielkiego! Pozwol, lady Blakeney, ze ci opowiem. Sir Percy Blakeney, jak wiesz, uwazal za stosowne, zanim wpadl szczesliwym trafem w nasze rece, mieszac sie w sprawy naszego najwazniejszego wieznia… – Wiem o tym, sir. Chodzilo o sierote, ktorego skazaliscie na powolna smierc. – Byc moze, lady Blakeney – zachnal sie Chauvelin – ale to nie bylo rzecza sir Percy'ego. Udalo mu sie wykrasc malego Kapeta z Temple, a w dwa dni pozniej mielismy go juz pod kluczem. – Skutek wstretnej zdrady – rzekla Malgorzata. Chauvelin umilkl, blade swidrujace oczy utkwil w twarzy lady Blakeney. – I to byc moze, ale na razie my jestesmy gora. Sir Percy znajduje sie w Conciergerie, pod scislejsza jeszcze straza, niz swego czasu Maria Antonina. – I smieje sie z waszych zamkow i kluczy – odparla dumnie. – Pamietaj o Calais. Jego smiech musi ci jeszcze dzwieczec w uszach, czy nie, obywatelu Chauvelin? – Niezawodnie, ale tym razem my sie smiejemy, choc i o tym gotowi jestesmy zapomniec, jezeli sir Percy ruszy tylko palcem dla swego wlasnego wyzwolenia. – Z pewnoscia jakies sprzysiezenie na jego honor… – Nie, nie, lady Blakeney – zaprzeczyl. – Mamy przeciez sir Percy'ego w swej mocy, wiec wszystko jest bardzo proste. Moglibysmy poslac go na szafot jutro, ale gotowi jestesmy, pamietaj, jestesmy gotowi okazac sie wspanialomyslnymi, jezeli sir Percy zgodzi sie na pewien warunek. – Na jaki warunek? – Bardzo latwy. Zabral nam Kapeta i prawdopodobnie wie doskonale, gdzie jest ukryty. Niech wyda zlecenie jednemu ze swych zwolennikow, a zdaje mi sie, ze kilku z nich krazy w okolicach Paryza – by oddal malego Kapeta w nasze rece; my zas obiecujemy nie tylko, ze ow gentleman powroci calo do Anglii, ale jeszcze gotowi jestesmy zlagodzic los zgotowany dzielnemu „Szkarlatnemu Kwiatu.” Zasmiala sie twardym, pogardliwym smiechem. – Zdaje mi sie, ze nie rozumiem dokladnie, co chcesz powiedziec – odezwala sie po chwili. – Chcesz, aby „Szkarlatny Kwiat” wydal w wasze szpony krola Francji, gdy udalo mu sie wyratowac dziecko od groza smierci? Czy to chciales powiedziec? – Tak jest – odrzekl spokojnie Chauvelin – i to samo powtarzamy sir Percy'emu od szesciu dni, madame. – W takim razie dal wam juz chyba odpowiedz. – Tak – odparl z naciskiem – ale co dzien odpowiedz staje sie slabsza. – Slabsza? Nie rozumiem. – Pozwol, ze ci to objasnie. – Wsparl lokcie o stol i pochylil sie nad nia, by nie uszlo mu zadne drgnienie jej powiek. – Przed chwila przypomnialas mi moja porazke w Calais i dumnym ruchem glowy rzucilas mi w twarz, jak wyzwanie, nazwisko „Szkarlatnego Kwiatu”. Tak, spuszczam pokornie glowe i przyznaje, ze odnioslem porazke w Calais, ale wowczas uczynilem wielki blad, z ktorego wyciagnalem wazna nauke na przyszlosc; teraz wlasnie te nauke zuzytkowalem. Umilkl, jakby czekajac na odpowiedz. Jego bystre oczy zauwazyly, ze z kazdym slowem rysy pieknej twarzyczki Malgorzaty sciagaly sie coraz bolesniej. Wyraz pelen grozy malowal sie na jej obliczu, jakby lodowata reka smierci przeszla po jej oczach i policzkach, ktore zmartwialy pod tym dotknieciem. – W Calais – powtorzyl spokojnie Chauvelin, zadowolony z wywartego wrazenia – sir Percy i ja nie walczylismy rowna bronia. Wypoczety, po parodniowym pobycie w swej wspanialej rezydencji, pelen zapalu do wypraw, ktore sa jakby istota jego zycia, sir Percy Blakeney w pelni sil stanal do walki przeciw mojej slabej osobie. I rzecz jasna, przegralem bitwe. Uczynilem wielki blad, chcac mierzyc sie z czlowiekiem w rozkwicie mlodych meskich sil, ale teraz… – A teraz, obywatelu Chauvelin, co jest teraz? – Sir Percy Blakeney przebywa juz od tygodnia w wiezieniu Conciergerie, lady Blakeney – rzekl bardzo dobitnie, chcac by kazde slowo spadalo jak olow na jej dusze. – Zanim zdolal przyjrzec sie dokladnie swej celi i uplanowac jedna z tych slawnych ucieczek, z ktorych tak slusznie slynie, nasi ludzie zaczeli dzialac wedle wskazowek, podanych przeze mnie. Juz tydzien minal od tego czasu, lady Blakeney i od tej chwili specjalna kompania strazy wieziennej zadaje wiezniowi bez przerwy, dzien i noc, jedno pytanie. Wchodza do celi po dwoch co kwadrans, teraz juz nawet czesciej, i pytaja go: „Gdzie jest maly Kapet?” Dotad nie otrzymalismy zadowalajacej odpowiedzi, choc oznajmilismy sir Percy'emu, ze kilku czlonkow jego ligi zaszczyca okolice Paryza swa obecnoscia i ze niczego wiecej nie zadamy od niego, jak wydania rozkazu tym czcigodnym gentlemenom, by oddali nam z powrotem mlodego Kapeta, to rzecz bardzo prosta, ale niestety wiezien jest dotad nieco uparty. Z poczatku sama mysl o tym bawila go. Smial sie, mowiac, ze posiada wlasciwosc spania z otwartymi oczyma, ale nasi zolnierze sa niezmordowani w swych wysilkach, a brak snu i swiezego powietrza polaczone z niewystarczajacym odzywianiem, daja sie we znaki wspanialemu sir Percy'emu Blakeney'owi. Zdaje mi sie, ze juz niedlugo opierac sie bedzie naszym uprzejmym naleganiom, a w kazdym razie nie potrzebujemy sie juz obawiac, zapewniam cie, ucieczki z jego strony. Watpie, czy potrafilby przejsc przez pokoj. Malgorzata siedziala bez ruchu przez caly czas tego dlugiego opowiadania; nawet teraz nie poruszyla sie. Gleboka bruzda wyryla sie na jej czole, a oczy, zwykle niebieskie jak lazur nieba, byly prawie czarne. Starala sie wywolac w swej wyobrazni obraz, ktory Chauvelin postawil jej przed oczy: obraz czlowieka nekanego dniem i noca, bez przerwy i odpoczynku jednym pytaniem, czlowieka, ktoremu nie pozwalano ani spac, ani jesc, dopoki umysl, cialo i dusza nie poddadza sie, nie ugna pod wplywem okrutniejszej tortury niz ta, ktora ludzkie potwory wymyslily w barbarzynskich czasach. A ten meczennik, ten nedzarz, bez chwili odpoczynku, ani we dnie, ani w nocy, byl jej mezem, ktorego kochala cala dusza, cala glebia serca. Tortury?… O nie! To byly czasy postepu i cywilizacji, rewolucja miala na celu zmienic porzadek rzeczy i opinie ludzka. Wiezienia Temple, la Force i Conciergerie nie posiadaly zelaznych law katowskich, ani recznych kajdankow, ale kilku ludzi orzeklo: „Musimy wydobyc z tego czlowieka, gdzie ukryl malego Kapeta i dlatego nie damy mu spac, poki tego nie powie. Kto smie twierdzic, ze torturujemy naszych wiezniow? To tylko igraszka, troche nieprzyjemna dla wieznia, zapewne, ale kazdej chwili mozemy jej zaprzestac. Niech tylko odpowie na nasze zapytanie, a ulozy sie do snu tak wygodnie jak male dziecko. Brak snu jest bardzo meczacy, brak pozywienia i swiezego powietrza bardzo oslabia – wiezien musi zatem ulec wczesniej czy pozniej”. Tak postanowili jego wrogowie i wprowadzili w czyn uknuty plan. Malgorzata patrzyla na Chauvelina, jak na strasznego zagadkowego sfinksa, zastanawiajac sie, czy rzeczywiscie Bog nawet w swym gniewie mogl stworzyc takiego potwora, a jezeli go stworzyl, czy powoli, by podobna podlosc wziela gore? Czula, ze nawet w tej chwili przypatrywal sie z zadowoleniem moralnej mece, ktora jej zadawal. – A wiec przyszedles dzis wieczorem, aby mi to wszystko opowiedziec? – spytala, gdy odzyskala mowe. W pierwszym odruchu oburzenia chciala rzucic mu w twarz obelge i sciagnac na niego przeklenstwo Boze, ale wstrzymala sie instynktownie. Jej rozpacz i gniew przyczynilyby sie jeszcze do jego triumfu. – Dopiales, czego chciales – dodala zimno – a teraz prosze cie, odejdz. – Przepraszam cie, lady Blakeney – odparl zywo – cel moich odwiedzin byl dwojaki: jako przyjaciel, przynioslem ci wiadomosci najwiarygodniejsze o sir Percym, a przy tym chcialem zaproponowac ci, bys dopomogla nam w przekonaniu meza. – W przekonaniu meza! Myslisz, ze ja… – Pragnelabys zapewne widziec sie z nim, czy nie, lady Blakeney? – Tak. – Zatem wystaram sie dla ciebie o pozwolenie, jezeli chcesz. – Masz nadzieje, obywatelu, ze uczynie wszelkie usilowania, by zlamac wole mego meza placzem lub prosba? – Niekoniecznie – odrzekl sarkastycznie – zapewniam cie, ze sami damy sobie z czasem rade. – Ty szatanie! – Krzyk oburzenia i bolu wyrwal sie z glebi jej duszy zupelnie mimo woli. – Czy nie boisz sie, by reka Boza ciebie dosiegla? – Nie – odparl swobodnie – nie boje sie, lady Blakeney. Jak wiesz, nie wierze w Boga. A teraz – dodal powaznie – czy nie przekonalem cie jeszcze, ze moja propozycja jest bezinteresowna? Powtarzam ci jeszcze raz: jezeli pragniesz odwiedzic sir Percy'ego w wiezieniu, rozkazuj tylko, a drzwi otworza sie przed toba. Zastanowila sie chwilke, patrzac mu prosto w twarz, i dodala zimno: – Dobrze, pojde. – Kiedy? – Dzis wieczorem. – Jak chcesz. Porozumiem sie zaraz z mym przyjacielem H~eronem co do tej wizyty. – Za pol godziny wyjde z domu. – Doskonale. Czekaj przy glownej bramie Conciergerie o pol dziewiatej. Wiesz moze, gdzie sie ona znajduje? Przy ulicy de la Berillerie, na prawo od wielkich schodow Palacu Sprawiedliwosci. – Palacu Sprawiedliwosci! – zawolala mimo woli z gorycza, a potem dodala spokojniej: – Dobrze, obywatelu, o pol do dziewiatej bede czekala przy bramie, ktora wymieniles. – Zastaniesz mnie przy drzwiach, gdyz chce sam wskazac ci droge do wiezienia. Wzial kapelusz i plaszcz i skloniwszy sie ceremonialnie, zwrocil sie ku wyjsciu. Zatrzymala go jeszcze. – Moja rozmowa z wiezniem odbedzie sie bez swiadkow? – spytala, starajac sie daremnie o stlumienie drzenia w glosie. – Alez naturalnie – odparl z uspokajajacym usmiechem. – Do zobaczenia lady Blakeney, o pol do dziewiatej, pamietaj. Nie smiala spojrzec na niego; bala sie, by osobista godnosc nie opuscila jej, by nie rzucila sie do nog tego nieludzkiego potwora, blagajac i zebrzac litosci. Czego nie bylaby zdolna uczynic wobec okrutnej rzeczywistosci z chwila, gdyby duma, rozwaga i mestwo ja opuscily! Dlatego tez odwrocila glowe, by nie widziec tej szatanskiej twarzy i tych rak, ktore trzymaly los Percy'ego w swych szponach. Slyszala tylko ostatnie slowa pozegnania, zamkniecie drzwi i lekkie kroki na kamiennych schodach. A gdy pozostala sama, wyrwal sie z jej piersi przeciagly jek i upadlszy na kolana, zakryla twarz rekoma w strasznym paroksyzmie placzu. Wstrzasalo nia gwaltowne lkanie, trwoga rozdzierala serce, a bol rozpieral piersi, ale pomimo lez i rozpaczy przejeta byla jedna tylko mysla: okazac sie wobec Percy'ego odwazna i spokojna, pomoc mu, o ile moznosci i wypelnic jego polecenia. Nadziei nie miala zadnej. Ostatni promien zgasl ze slowami wroga: „Nie boimy sie, by uciekl; watpie, czy potrafilby przejsc przez pokoj”. Rozdzial IV. W Conciergerie Malgorzata szla w towarzystwie sir Andrewa Ffoulkesa szybkim krokiem, gdyz dziesiec minut brakowalo tylko do pol do dziewiatej. Noc byla ciemna i mrozna, snieg padal rzadkimi platami, pokrywajac blyszczaca powloka porecze mostow i ponure wieze Ch~atelet. Nie mowili nic do siebie. Wszystko opowiedzieli juz sobie w mieszkaniu, gdzie sir Andrew dowiedzial sie o wizycie Chauvelina. – Zabijaja go powoli, sir Andrew – jeknela Malgorzata, skoro tylko jej rece dotknely na przywitanie dloni najlepszego przyjaciela. – Czy nic zrobic dla niego nie mozemy? W rzeczy samej bylo bardzo malo nadziei. Sir Andrew dal jej dwa cieniutkie zwoje drutu, ktore schowala w faldach szala i malenki sztylet z zatrutym ostrzem. Przez chwile trzymala go w reku z oczami pelnymi lez i sercem przepelnionym bezbrzeznym smutkiem. A potem wolno, bardzo wolno podniosla mala, smierc zadajaca, bron do ust i ucalowala waskie ostrze. – Jezeli tak byc musi – szepnela – Bog w swym milosierdziu przebaczy. Zlozyla sztylet i ukryla go rowniez w faldach sukni. – Czy myslisz, ze jeszcze moze mu sie cos przydac? – spytala. – Pieniedzy mam dosyc, w razie gdyby ci zolnierze… Sir Andrew westchnal. Przez trzy dni staral sie wszystkimi mozliwymi sposobami, przekupstwem i namowa dostac sie do wiezienia. Ale Chauvelin i jego przyjaciele ubezpieczyli sie dobrze. Conciergerie, umieszczona w samym srodku labiryntu Ch~atelet i Palacu Sprawiedliwosci, odosobniona od wszystkich innych cel wieziennych, nie miala innego wyjscia jak waskie drzwi, prowadzace do pokoju dozorcy. Wszystkie usilowania, aby wyrwac nieszczesna krolowe z tego wiezienia, zawiodly. Pokoj dozorcy przepelniony byl dniem i noca zolnierzami, okna cel zaopatrzone w geste i silne kraty. Dwadziescia stop wysokosci dzielilo te okna od korytarza, gdzie sir Andrew stal przed dwoma dniami, spogladajac na okno celi, w ktorej jego przyjaciel przezywal ciezkie chwile. Przekonal sie wowczas, ze wszelkie proby pomocy z zewnatrz nie mialy najmniejszej szansy. – Odwagi, lady Blakeney – rzekl do Malgorzaty, gdy przechodzili Pont au Change i zblizali sie do ulicy de la Barillerie – przypomnij sobie nasze szlachetne haslo: „Szkarlatny Kwiat” nigdy nie zawodzi! Przy tym pamietaj, ze jakiekolwiek rozkazy lub wskazowki Blakeney nam przez ciebie przesle, jestesmy gotowi jak jeden maz sumiennie wypelnic i oddac zycie za naszego wodza. Odwagi! Taki czlowiek, jak Percy, nie umrze z rak tej plugawej zgrai, do ktorej nalezy Chauvelin i jemu podobni. Staneli przed zelazna brama Palacu Sprawiedliwosci. Malgorzata z bladym usmiechem wyciagnela drzaca reke do wiernego przyjaciela. – Bede czekal na ciebie w poblizu – rzekl do niej sir Andrew – gdy wyjdziesz, nie ogladaj sie za mna, tylko idz prosto ku domowi. W najkrotszym czasie polacze sie z toba. Niech Bog ma was oboje w swojej opiece. Pocalowal ja w reke na pozegnanie, a gdy spadajacy snieg skryl przed jego oczyma smukla jej sylwetke, z ciezkim westchnieniem zwrocil sie w inna strone. Malgorzata zastala drzwi otwarte; Chauvelin czekal juz na nia u stop monumentalnych schodow. – Wladze sa powiadomione o twoim przybyciu, lady Blakeney, wiezien czeka rowniez na ciebie. Prowadzil ja dlugimi korytarzami olbrzymiego budynku, a ona szla za nim z rekoma przycisnietymi do piersi, ukrywajac w faldach szalu stalowe druty i cenny sztylet. Mimo ciemnosci, panujacych w zle oswietlonych korytarzach, Malgorzata zauwazyla, ze byla otoczona straza. Wszedzie snuli sie zolnierze. Dwoch stalo przy bramie wejsciowej, ktora zamknieto za nia z glosnym trzaskiem, a przez cala droge wzdluz korytarzy bielily sie mundury strazy miejskiej i migaly ostrza bagnetow. Chauvelin zatrzymal sie nareszcie przy niskich drzwiach i zwrocil sie do Malgorzaty: – Musze cie niestety przestrzec, lady Blakeney, ze wladze, ktore na moja prosbe pozwalaja ci odwiedzic wieznia o tak poznej godzinie, stawiaja pewien warunek. – Jakiz to warunek? – Musisz mi darowac – rzekl wymijajaco – gdyz daje ci slowo, ze nie mam nic wspolnego z przepisami, ktore bedziesz slusznie uwazala za uchybiajace twojej godnosci. Dozorczyni wytlumaczy ci, o co chodzi, jezeli raczysz wejsc do tego pokoju. Otworzyl drzwi i cofnal sie, by ja przepuscic. Spojrzala na niego podejrzliwie, ale zanadto byla przejeta mysla widzenia sie z Percym, by zwazac na to, co uchybialo jej kobiecej godnosci. Przestapila prog. – Poczekam na ciebie – szepnal do niej Chauvelin – w razie gdybys miala jakikolwiek powod do zazalenia, prosze cie, zwroc sie zaraz do mnie. Malenka cela, w ktorej znalazla sie Malgorzata, oswietlona byla zwieszajaca sie lampa. Kobieta w prostej, brudnej sukni o siwych wlosach zaczesanych gladko w tyl glowy wstala z krzesla na widok wchodzacej i odlozyla na bok ponczoche, ktora robila na drutach. – Polecono mi oznajmic ci, obywatelko – rzekla dozorczyni, gdy drzwi zamknely sie za Malgorzata – ze mam rozkaz przeszukania cie, zanim zobaczysz sie z wiezniem. Wypowiedziala to cale zdanie jednym tchem, jak dziecko nauczona lekcje. Byla to kobieta w srednim wieku, o cerze zwiedlej i pomarszczonej, ale jej male, ruchliwe oczy byly raczej dobroduszne, choc nie patrzyly prosto w twarz, tylko przeslizgiwaly sie bez ustanku z jednego przedmiotu na drugi. – Masz rozkaz przeszukania mnie? – powtorzyla z wolna Malgorzata, jakby starajac sie zrozumiec. – Tak – odparla kobieta. – Musisz zdjac z siebie suknie, abym mogla przetrzasnac ja i obejrzec. Czynie to samo, ile razy przychodza goscie do wiezniow, wiec nie probuj czegos ukryc przede mna, bo na nic sie to nie przyda. Mam wielka wprawe w wynajdywaniu drutow, sznurow lub papierow, ukrytych we faldach sukni. Chodz – dodala szorstko, widzac, ze Malgorzata nie rusza sie z miejsca – im predzej skonczymy, tym predzej zobaczysz sie z mezem. Te slowa wywolaly pozadany skutek. Dumna lady Blakeney, choc dotknieta do zywego, zrozumiala, ze opor byl daremny. Chauvelin znajdowal sie za drzwiami. Na jedno slowo kobiety stanalby na progu, a Malgorzata pragnela ponad wszystko przyspieszyc chwile spotkania sie z Percym. Zrzucila z siebie szal i suknie i spokojnie oddala sie w rece dozorczyni, ktora zaczela przeszukiwac jej kieszenie; czynila to z najwiekszym spokojem i flegma. Nie powiedziala ani slowa przy znalezieniu drutow i sztyletu, polozyla je na stole rowniez jak i sakiewke, zawierajaca 20 sztuk zlota. Przeliczywszy pieniadze przy Malgorzacie, wlozyla je na powrot do sakiewki. Wyraz jej twarzy nie zdradzal ani litosci, ani zdziwienia, ani chciwosci. Widocznie nie byla czula na przekupstwo i jak automat wypelniala nieprzyjemne zadanie, nalozone na nia przez wladze wiezienne. Przekonawszy sie, ze Malgorzata nie ukrywa juz nic wiecej, pozwolila jej sie ubrac, pomogla jej nawet. Nastepnie otworzyla drzwi. Chauvelin czekal cierpliwie na korytarzu. Na widok Malgorzaty, ktora nie zdradzala swego oburzenia, zwrocil krotkie pytajace spojrzenie na kobiete. – Dwa druty, sztylet i sakiewka z 20 luidorami – rzekla dozorczyni. Chauvelin przyjal do wiadomosci to objasnienie, jakby nie przywiazywal do tego, co slyszal, najmniejszej wagi, a potem rzekl spokojnie: – Tedy, obywatelko. Malgorzata podazyla za nim i w dwie minuty pozniej staneli przy ciezkich drzwiach opatrzonych gesta krata. – Oto jestesmy – rzekl. Dwoch zolnierzy z gwardii narodowej stalo tu na strazy, dwoch przechadzalo sie w poblizu, ale zatrzymali sie, gdy obywatel Chauvelin pokazal im trojkolorowa szarfe. Spoza malej kraty w drzwiach para oczu przygladala sie przybyszom. – Kto tam? – odezwal sie szorstki glos. – Obywatel Chauvelin z „komitetu bezpieczenstwa publicznego” – brzmiala odpowiedz. Rozlegl sie szczek broni i klucz zazgrzytal w zamku. Cela zabezpieczona byla od wewnatrz ciezkimi zelaznymi sztabami, ktore musiano usunac, zanim masywne drzwi obrocily sie na zawiasach. Malgorzata stanela na stopniach, prowadzacych do celi wieziennej, z uczuciem uszanowania i skupienia, jakby na progu swiatyni. Pokoj, w ktorym sie znalazla, byl jasniej oswietlony niz korytarz i nagly blask oslepil ja. Powietrze przesycone bylo dymem i zapachem wina, a wielkie zakratowane okno umieszczono nad samymi drzwiami wychodzilo na korytarz. Gdy Malgorzata rozejrzala sie wkolo, zobaczyla, ze pokoj byl przepelniony zolnierzami. Niektorzy siedzieli, inni stali lub lezeli na kocach wzdluz scian, ale na widok Malgorzaty starszy sierzant uciszyl halas, panujacy w pokoju, i rzekl krotko: – Tedy, obywatelko. Wskazal jej otwor w scianie, gdzie z kamiennej framugi wyjeto drzwi. Zelazna sztaba zamykala otwor; sierzant odsunal ja i skinal na Malgorzate. Instynktownie odwrocila sie, szukajac oczyma Chauvelina, ale nie zobaczyla go nigdzie. Rozdzial V. Lew w potrzasku Czy uczucie litosci odezwalo sie w sercu zolnierza, gdy Malgorzata wchodzila do ciemnej celi? Czy blada twarz pieknej kobiety poruszyla strune znieczulona od dawna przez okrucienstwa, ktore pociagala za soba sluzba w braterskiej republice? Moze wspomnienie minionych lat, gdy sluzyl swemu krolowi i ojczyznie, lub pamiec zony, siostry czy matki przemowily za ta ciezko dotknieta kobieta o smutnych niebieskich oczach?… W kazdym razie, gdy Malgorzata znalazla sie po drugiej stronie zelaznej sztaby, zatrzymal sie w obramowaniu drzwi, plecami obrocony do wnetrza celi. Malgorzata stanela na progu. Oslepiona blaskiem, nie mogla z poczatku niczego rozroznic. Byl to ciemny, dlugi czworobok, zakonczony jakby nisza. Jak blyskawica stanela jej w mysli postac Marii Antoniny, spedzajacej ostatnie dni swego zycia w tym ponurym lochu, gdzie ukryc sie mogla przed bezwstydnymi i obelzywymi oczyma zoldactwa. Malgorzata postapila kilka krokow naprzod. Stopniowo, przy slabym blasku lampki oliwnej, umieszczonej na stole, zaczela rozrozniac niektore przedmioty: dwa krzesla, dlugi stol w kacie niszy i male, ale wygodne lozko polowe. Po chwili spostrzegla sir Percy'ego. Siedzial nieruchomo z reka wyciagnieta na stole; glowe wtulil w zgiecie lokcia i zdawal sie spac. Malgorzata nie krzyknela, nie zadrzala nawet. Przymknela tylko oczy, aby nabrac odwagi, i pewnym krokiem zblizyla sie do meza. Uklekla u jego nog na zimnej kamiennej posadzce i ze czcia podniosla do ust reke, zwieszajaca sie bezwladnie ku ziemi. Blakeney wzdrygnal sie, dreszcz wstrzasnal cala jego postacia, podniosl glowe i szepnal obcym, zmienionym glosem: – Mowie wam, ze nie wiem, a gdybym nawet wiedzial, to… Objela go ramionami, tulac do piersi opadajaca glowe. Podniosl znekane i zaczerwienione oczy i spojrzal jej prosto w twarz. – Ukochana moja – rzekl – wiedzialem, ze przyjdziesz. Przygarnal ja do siebie. W owym goracym uscisku nie zdradzal nadmiernego wyczerpania, a gdy spojrzal znow na nia, zdawalo sie Malgorzacie, ze pierwsze wrazenie, ktorego doznala na widok jego bladej twarzy, bylo tylko zmora zrodzona w jej podnieconej wyobrazni. Teraz byla pewna, ze goraca, szlachetna krew plynela w jego zylach tak wartko jak dawniej, a twarde, niezmozone niczym zycie pulsowalo z rowna sila w jego poteznych czlonkach i szlachetnym sercu, bijacym zadza ofiary. – Percy – rzekla slodko – pozwolili nam tylko na krotka rozmowe. Mysleli, ze moje lzy zlamia twoja wole i uczynia to, czego ich podlosc nie dokazala. Rzucil na nia owo glebokie, jemu tylko wlasciwe spojrzenie, ktore tak poteznie przykuwalo do siebie dusze ludzkie i w niebieskich zrenicach zamigotal znow blysk niesmiertelnego humoru: – A to sie wybrali! – rzekl wesolo, podczas gdy glos jego drzal z nadmiaru wzruszenia – nie znaja ciebie, co? Twoja mezna, szlachetna dusza wniwecz obrocilaby zasadzki samego szatana i jego hordy. Zamknij oczy, droga, zgine z nadmiaru szczescia, jesli bede napawal sie dluzej ich urokiem. Objal jej twarz rekoma, nie mogac nacieszyc sie jej widokiem. Mimo smutku, upokorzenia i smiertelnego strachu nigdy nie czula sie Malgorzata tak szczesliwa, nigdy nie posiadala go tak wylacznie dla siebie. Nieuniknione wyczerpanie, spowodowane tyludniowa meka, uczynilo potezny wylom w jego zelaznej woli, ukrywajacej dotad prawdziwego czlowieka za maska obojetnosci. Bol, jaki odczuwal na widok cierpienia wyrytego tak wyraznie na twarzy ukochanej kobiety, musial byc najciezsza proba, ktorej kiedykolwiek doznal w ciagu swego burzliwego zycia. On jeden byl powodem jej cierpien, choc bylby za nia wylal ostatnia krople krwi i choc mu byla rownie droga jak wlasny honor i sprawa, ktorej oddal sie caly. A jednak, pomimo jej cierpienia i lez, pomimo rozdzierajacej bladosci jej twarzy, ta potezna namietnosc silna jak smierc, to niepohamowane zamilowanie do przygod i szalonych wypraw nie zamarly w nim jeszcze. – Kochanie – rzekl, opierajac glowe na miekkich puklach jej wlosow – zanim przyszlas, bylem tak szalenie zmeczony. Zasmial sie i dawny wyraz chlopiecej pustoty zajasnial znow na jego wynedznialej twarzy. – Czy to nie szczesliwy traf – dodal po chwili – ze ta holota pozwolila mi dzisiaj ogolic sie? Nie bylbym smial spojrzec na ciebie z nie ogolona od przeszlo tygodnia broda. Musialem uzyc wszelkich mozliwych wybiegow, aby ich przekonac. Bali sie, ze przerzne gardlo sobie lub jednemu z nich, jezeli dadza mi brzytwe do reki, ale na razie jestem zanadto spiacy, aby myslec o czyms podobnym. – Percy! – zawolala z czula wymowka w glosie. – Wiem, wiem, kochanie – szepnal – jestem szalencem. Bog uczynil ci wielka krzywde, kierujac mnie na twoja droge zycia. A pomyslec sobie, ze kiedys, nie tak dawno jeszcze, zylismy kazde dla siebie, zupelnie oddzielnie! Bylabys mniej cierpiala, gdyby rozlam trwal dalej… Ale gdy spostrzegl, ze ten zartobliwy ton sprawial jej przykrosc, okryl jej rece pocalunkami, blagajac o przebaczenie. – Zyje jeszcze, ukochana moja – rzekl wesolo – nie ma nic straconego, tylko czasami jestem bardzo spiacy; ale splatam im jeszcze figla, nie boj sie. – Alez jak, Percy, jak? – jeknela z rozpacza. Wiedziala lepiej od niego, z jaka ostroznoscia go strzegli i jaka nieprzezwyciezona przeszkoda w ucieczce bylo jego fizyczne wyczerpanie. – Co prawda – odparl – nie pomyslalem jeszcze o sposobie. Musialem czekac na ciebie, gdyz bylem pewien, ze przyjdziesz. Udalo mi sie spisac na papierze wszystkie zlecenia dla Ffoulkesa i jego towarzyszy. Oddam ci je. Do tej chwili staralem sie tylko o jedna rzecz: o zachowanie trzezwosci umyslu. Glupcy! Im sie zdaje, ze z czasem lis zamieni sie w idiote i ze dodajac twe lzy do swych nalegan, w koncu zwycieza. Zasmial sie znow wesolo, ale czuly sluch Malgorzaty uchwycil od razu ledwo doslyszalna nute goryczy, brzmiaca w tym smiechu. – Z chwila, gdy sie dowiem, ze maly krol francuski przekroczyl granice francuska, zastanowie sie, w jaki sposob strzepnac te naprzykrzone kleszcze z mej skory. Nagle zmienil ton. Przytulal ja wciaz jeszcze ramieniem do siebie, ale druga reka lezala na stole kurczowo zacisnieta. Nie patrzal na nia; duze oczy, nadmiernie powiekszone, zaczerwienione bezsennoscia, utkwil w niewidocznej dali poza murami ponurego wiezienia. Znikl kochajacy maz, teskniacy za swa umilowana – pozostal tylko czlowiek czynu, ktorego silna dlon wyrywala ludzi z objec smierci, niezmordowany entuzjasta, rzucajacy na szale szczescia swe zycie dla idealu. Siedzial nieruchomy, a ona sledzila na jego wychudlej twarzy nic poteznej mysli. Widziala zacisniete usta i wyraz nieprzelamanej woli wkolo silnie zarysowanych szczek. Nastepnie zwrocil sie do niej. – Najdrozsza – rzekl miekko – chwile sa policzone. Bog wie, ze cala wiecznosc chcialbym tulic cie do serca, ale niestety pozostawiaja nam zaledwie pol godziny czasu, a ja potrzebuje twej pomocy, skoro zlapali mnie jak psa w zasadzke. Czy chcesz wysluchac mnie z uwaga? – Tak, Percy, slucham. – I bedziesz miala odwage uczynic wszystko, co ci polece? – Nie mialabym odwagi postapic inaczej, Percy – odrzekla spokojnie. – A wiec musisz zaczac od razu, kochanie, od dzisiaj, i wiecej sie ze mna nie widywac. Cicho, cicho – dodal miekko, przyciszajac jek bolu, wyrywajacy sie jej z ust. – Mysla bede ci wszedzie towarzyszyl; nie upadaj na duchu. Badz pewna, ze milosc, ktora przemawia przez twoje drogie oczy, zmusi mnie do czynu. Powiedz mi, czy wypelnisz to, o co cie prosze? A ona odrzekla: – Uczynie wszystko, co mi rozkazesz, Percy. – Niech cie Bog blogoslawi za twoja odwage, Malgorzato, a bedziesz potrzebowala pomocy Bozej. Rozdzial VI. Dla szczescia bezbronnego dziecka Uklakl na ziemi i rekoma zaczal wodzic po kamiennej posadzce. Malgorzata podniosla sie, patrzac ze zdziwieniem na meza. Po chwili zobaczyla, ze wlozyl palce pomiedzy dwie plyty kamienne, podniosl lekko jedna z nich i wyjal maly, zapieczetowany zwitek papierow. Nastepnie polozyl kamien na miejsce i podniosl sie z kleczek. Spojrzal zywo ku drzwiom, ale wnetrze niszy bylo niewidoczne z sasiedniego pokoju. Upewniwszy sie, ze jego ruchy nie byly sledzone, przyciagnal Malgorzate do siebie. – Zamierzam oddac pod twoja piecze te papiery. Uwazaj je za moja ostatnia wole, za moj testament. Zdolalem pewnego dnia wmowic w tych zbojow, ze sie poddaje. Dali mi pioro, atrament, papier i wosk, i mialem napisac rozkaz do moich podwladnych, aby oddali delfina. Zostawili mi kwadrans czasu, podczas ktorego napisalem trzy listy: jeden do Armanda i dwa do Ffoulkesa. Nastepnie skrylem je pod posadzke mojej celi. Widzisz, droga, wiedzialem, ze przyjdziesz i czekalem, aby oddac ci te listy. Urwal i blady usmiech zaigral wkolo jego ust. Przypomnial sobie, jak przed kilkoma dniami wywiodl w pole Chauvelina i H~erona i w jaka wpadli zlosc, gdy po kwadransie niecierpliwego oczekiwania znalezli kilka kartek papieru pokrytych bezsensownymi lub sarkastycznymi wierszami. Ale nie powiedzial Malgorzacie nic o tym, ani o wyzwiskach i upokorzeniach, ktore musial zniesc w skutek swego czynu. Nie powiedzial jej, ze bezposrednio potem wydano rozkaz, aby wiezien pozostal odtad o chlebie i wodzie, ani ze Chauvelin zartowal i wysmiewal sie, podczas gdy… Nie, nie opowiedzial jej tego, gdyz samo wspomnienie pobudzalo go do smiechu. Czyz to wszystko nie bylo czescia wielkiej jego gry o zycie ludzkie, w ktorej mial glowne atuty przez tak dlugi przeciag czasu? – Na ciebie przyszla teraz kolej – powiedzial wowczas swemu najzacietszemu wrogowi. – Tak – odparl Chauvelin – nasza kolej nareszcie, a jezeli nie ugniesz sie, moj piekny angielski gentlemanie, potrafimy cie zlamac, nie boj sie. Mysl o tych zawodach na smierc i zycie rozjasnila jego znekana twarz, zapalila w nim pragnienie dalszej walki i zwyciestwa pomimo chwilowej porazki, ktora zniszczyla cialo, ale pozostawila nietknietymi umysl i potege woli. Wcisnal jeden z listow w dlon Malgorzaty. – Pierwszy list jest dla Ffoulkesa – rzekl – dotyczy sprawy delfina i ostatecznych srodkow ostroznosci. Podaje w nim wskazowki dla czlonkow ligi, przebywajacych obecnie w Paryzu lub w jego okolicach. Ffoulkes musi pozostac przy tobie; dzieki Bogu, nie pozwolil ci przyjechac do Paryza samej. Oddaj mu ten list, kochanie, dzis wieczorem jeszcze i powiedz mu, ze zadam, aby on i jego towarzysze trzymali sie scisle moich rozkazow. – Ale delfin jest teraz z pewnoscia w bezpiecznym ukryciu – rzekla Malgorzata zywo – a Ffoulkes i jego towarzysze sa tutaj dla ratowania ciebie! – Dla ratowania mnie, kochanie? – spytal powaznie. – Bog jeden moze to uczynic, jezeli ci szatani nie wypedza mi z glowy mych nieudolnych pomyslow. Ale czekac musze jeszcze dziesiec dni. – Dziesiec dni! – Za dziesiec dni delfin opusci Francje, po czym zobaczymy. – Percy – zawolala z przerazeniem – nie wytrzymasz tak dlugo podobnej meki! – Wszystko mozna, jezeli sie chce – odparl z duma – zreszta jestem w reku Boga – dodal lagodniej. – Najdrozsza, obiecalas, ze bedziesz mezna. Delfin nie opuscil jeszcze Francji i dopoki nie stanie na obcej ziemi, grozi mu wciaz niebezpieczenstwo. Jego zwolennicy nie chcieli wywiezc go z kraju, Bog jeden wie dlaczego. Bedac wolny, zadna miara nie bylbym na to pozwolil. Teraz jego opiekunowie w Mantes otrzymaja wskazowki, ktore podaje w liscie do Ffoulkesa: polecam jednemu z czlonkow ligi wywiezc dziecko szczesliwie z granic Francji. Gdybym uciekl z wiezienia, zanim delfin opusci Francje, wszystkie poszukiwania zwrocilyby sie przeciwko dziecku; teraz zas na mnie chca wymoc, bym zdradzil miejsce jego pobytu. Kochanie, staraj sie zrozumiec! Bezpieczenstwo delfina zwiazane jest z moim honorem, ale przysiegam ci, ze niebawem pomysle o wlasnej skorze, jezeli cos z niej pozostanie. – Percy – krzyknela z naglym wybuchem buntu – wydaje sie, ze bezpieczenstwo tego dziecka jest wazniejsze, niz twoje wlasne zycie! Dziesiec dni, moj Boze! Czy pomyslales juz o tym, jak zniesiesz te dziesiec dni? Czy godzi sie oddawac twoje drogie, cenne zycie za stracona sprawe? – Mam bardzo twarde zycie, najdrozsza – rzekl zartobliwie – i nie ma mowy o smierci. Spedze jeszcze kilka nieprzyjemnych dni w tej przekletej dziurze, ot wszystko… Umilkla, ale jej oczy zamglone lzami przebiegaly z rozdzierajacym niepokojem od jego podkrazonych oczu do zmeczonych rysow. Zasmial sie z jej troski. – Wytrzymam, dluzej, niz te bydleta mysla – rzekl wesolo. – Zwodzisz sam siebie, Percy – dodala z powaga. – Kazdy dzien, ktory spedzasz zamkniety w tych murach, w bezustannej mece bezsennosci, zmniejsza twoja energie. Jak widzisz, mowie spokojnie i nie upominam sie nawet o swe prawa wzgledem ciebie. Ale prawa tych wszystkich, ktorzy zawdzieczaja ci zycie, musza zawazyc na szali. Czym jest twoje szlachetne zycie w porownaniu do marnego potomka linii zdegenerowanych krolow? Dlaczego poswiecasz je dla chlopca, ktory niczym nie jest dla swiata i dla wlasnej ojczyzny? Silila sie na spokoj, nie podnosila nawet glosu, choc papier, zawierajacy jakby dekret smierci na ukochanego meza, parzyl jej rece jak rozpalone zelazo. Ale on nie zwazal na nia. Mysl jego uleciala poza mury wiezienia ku pustej drodze zalanej deszczem i ku olowianym chmurom smaganym wiatrem. – Biedne malenstwo – szepnal miekko – szlo tak dzielnie przy moim boku, poki nozki nie odmowily posluszenstwa, a wtedy usnelo w moich ramionach. Nie byl wowczas krolem Francji, tylko bezbronnym dzieckiem, ktore z pomoca Boza udalo mi sie wyratowac. Malgorzata zwiesila glowe. Wiedziala, ze przekonac go nie moze. Prosil ja, by zrozumiala i starala sie zrozumiec. Od dawna juz nakreslil droge swego zycia; i teraz choc ta droga prowadzila na Kalwarie upokorzen i cierpienia, a na szczycie czekala smierc, nie mogl sie juz cofnac; pozostawalo mu tylko najwyzsze slowo ofiary: „Wypelnilo sie”. Malgorzata postanowila za przykladem Percy'ego zlozyc Bogu ofiare z siebie samej i meznie spojrzec w oczy cierpieniu. – Mialem nadzieje – ciagnal dalej Blakeney – ze uda mi sie zabrac delfina z soba do Anglii, ale temu zamiarowi stanelo na przeszkodzie samo przeznaczenie. Niektorzy z jego stronnikow chcieli przewiezc go do Wiednia. Moje wskazowki do Ffoulkesa zawieraja plan podrozy. Tony bedzie najodpowiedniejszym przewodnikiem, musi jechac do Holandii, gdyz polnocne granice nie sa tak scisle strzezone, jak niemiecka. W Delft mieszka bardzo goracy stronnik Bourbonow, ktory da schronienie i nazwisko wygnanemu krolowi Francji, dopoki nie przeprawi sie do Wiednia. Nazywa sie Naundorff. Gdy dziecko znajdzie sie w jego rekach, pomysle o sobie – nie boj sie. Umilkl, gdyz sily sztucznie podtrzymywane obecnoscia Malgorzaty, zaczely go opuszczac. Glos jego, choc mowil szeptem, stal sie urywany, a skronie pulsowaly gwaltownie. – Brak pozywienia nie tyle mnie meczy, co brak snu – szepnal mimowoli – gdyby nie to, wytrzymalbym z pewnoscia do czasu… Urwal i objawszy znow ramionami Malgorzate, rzekl miekko: – Przebacz mi moje samolubstwo, droga, musialem zapomniec o twojej obecnosci, skoro powracam wciaz do wlasnych klopotow, a twoje serce juz i tak przygniata ciezkie brzemie. Posluchaj mnie, Malgorzato. Nie wiem, ile czasu zamierzaja nam jeszcze zostawic, a nie mowilem z toba o Armandzie. – Armand! – zawolala. Uczula wyrzut sumienia, ze nie spytala dotad o brata. – Nie mamy zadnych wiadomosci o Armandzie – rzekla. – Sir Andrew przeszukal wszystkie rejestry wiezienne. Ach, gdyby nie ciezkie przejscia ostatnich dni, niepokoilabym sie smiertelnie o Armanda. Dziwny wyraz, ktorego nawet nie zauwazyla, ukazal sie w oczach sir Percy'ego. – Najdrozsza, Armandowi nic na razie nie grozi – uspokoil ja. – Powiedz Ffoulkesowi, aby nie przeszukiwal list wieziennych, ale zwrocil sie do panny Lange. Ona bedzie wiedziala, gdzie szukac Armanda. – Joanna Lange! – zawolala z gorycza – dziewczyna, ktora kocha widocznie wiecej niz wlasny honor… Sir Andrew probowal daremnie zataic przede mna szalenstwo mego brata. Jego nieposluszenstwo, jego brak wiary w ciebie sprowadzily na nas wszystkich ten bezmiar nieszczescia. – Nie potepiaj go, Malgorzato, byl zakochany – milosci wiele wybaczyc trzeba. Gdy zaaresztowali panne Lange, Armand stracil glowe. W dniu wyprowadzenia delfina z Temple udalo mi sie rownoczesnie wyswobodzic owa dziewczyne. Obiecalem twemu bratu, ze zajme sie nia i dotrzymalem slowa. Ale tego Armand nie wiedzial, inaczej… Urwal i znow ten dziwny, zagadkowy wyraz odbil sie w jego oczach. – Umiescilem Janke Lange w miejscu stosunkowo bezpiecznym – dodal po krotkiej przerwie – ale teraz jest ona juz calkowicie na wolnosci. – Uwolniono ja? – Tak, Chauvelin sam przyniosl mi te wiadomosc – odrzekl z dziwna gorycza, nie licujaca z jego szczera, otwarta natura – i spytal, gdzie ukrylem artystke. A co do Armanda, to nie dbaja juz o niego, skoro mnie uwiezili. Musisz, kochanie, rozmowic sie z panna Lange. Mieszka na Square du Roule nr 5. Ona ulatwi ci spotkanie z Armandem. Ten drugi list przeznaczony jest dla twego brata i podniesie go nieco na duchu. Boje sie, ze biedny chlopiec ma wyrzuty sumienia, choc zgrzeszyl jedynie z milosci. Dla mnie pozostanie on zawsze twym bratem, ktory posiadal niepodzielnie twa milosc, zanim wszedlem na droge twego zycia. W tym liscie sa moje rozkazy dla niego, jak w innych sa rozkazy dla Ffoulkesa; ale powiedz mu, zeby przeczytal go, gdy bedzie sam. Zrobisz to wszystko dla mnie, nieprawdaz? – Tak, Percy, obiecuje. Radosc zablysla na jego twarzy, a oczy wyrazily gleboka wdziecznosc. – Jeszcze jedna rzecz – dodal. – Sa w Paryzu osoby, ktore czekaja na moja pomoc i ktorych opuscic nie moge, mianowicie Maria de Marmontel i jej brat, wierni sludzy zmarlej krolowej. Chcieli ich aresztowac, ale ukrylem ich tymczasem w bezpiecznym miejscu i mialem przeprowadzic ich do Anglii. Musisz, kochanie, dac im wiadomosci o mnie. Czy obiecujesz, ze to uczynisz? – Obiecuje, Percy – powtorzyla. – W takim razie idz jutro wieczorem na ulice de Charonne nr 98. Jest to waski dom na samym koncu tej dlugiej ulicy, ktora prowadzi do fortyfikacji. Na dole mieszka ubogi robotnik. Cala jego rodzina zyje w wielkiej nedzy, ale sa to ludzie uczynni i poczciwi i zawsze gotowi za skromna oplata, nie narazajac sie zbytnio, przysluzyc sie angielskiemu lordowi. Ffoulkes i reszta ligi znaja ten dom i tych ludzi. Armand zna ich rowniez. – U tego robotnika ukrywa sie Maria de Marmontel, jej brat i kilku innych emigrantow, jak stary hrabia de L~ezardi~ere i ksiadz de Firmont. Udalo mi sie wynalezc dla nich te kryjowke, a teraz czekaja na mnie z niezachwianym zaufaniem. Ffoulkes ma pare przepustek przy sobie, a robotnik dostarczy wam rozmaitych przebran. Posiada tez kryty woz, ktory od niego wypozyczysz. Ffoulkes zawiezie zbiegow do farmy Acharda w St. Germain, gdzie inni czlonkowie ligi beda ich oczekiwac. Andrew potrafi wszystko jak najlepiej zorganizowac; byl zawsze moja prawa reka. Nastepnie odda Hastingsowi piecze nad wyprawa, a on przewiezie cala gromadke do Anglii. Ty zas, kochanie, zrobisz, jak bedziesz chciala; farma Acharda lub mieszkanie przy ul. de Charonne bylyby dla ciebie i dla Ffoulkesa najbezpieczniejsza kryjowka. Widzisz, ze nie zadam od ciebie, bys opuscila Francje. Tam pozostaniesz pod opieka Ffoulkesa, dopoki sam nie bede mogl wyjechac z toba do Anglii lub dopoki… Cicho, cicho, najdrozsza, wszystko w reku Boga; jestem teraz w ciezkim polozeniu, ciezszym niz kiedykolwiek, ale zyje jeszcze. Powiedz mi, czy wszystko zrozumialas i czy wypelnisz dokladnie moja wole? I po raz trzeci powtorzyla: – Zrozumialam kazde slowo, ktore mi powiedziales, Percy, i obiecuje ci na twe drogie zycie, ze wypelnie wszystko, co mi poleciles. Westchnal z ulga. Prawie rownoczesnie doszedl ich ostry glos: – Pol godziny juz mija, sierzancie, przestrzez ich. – Jeszcze trzy minuty, obywatelu! – brzmiala krotka odpowiedz. – Trzy minuty, lotry! – syknal Blakeney przez zeby, a oczy jego blysnely zlowrogo. Wcisnal do jej rak trzeci list. I znow utkwil w niej glebokie badawcze wejrzenie. – Schowaj ten zwitek na piersiach, Malgorzato – szepnal. – Niech tam spoczywa az do ostatniej godziny, czyli do chwili, gdy nic innego jak smierc nie bedzie moglo stanac miedzy mna a hanba… Odwagi, najdrozsza – dodal czule, gdy goracy protest wyrwal sie z jej ust. – Teraz nie moge ci wytlumaczyc wszystkiego, gdyz nie wiem, co sie stanie. Jestem tylko czlowiekiem i kto wie, jakie wyrafinowane tortury wymysla moi wrogowie, by ugiac niezwyciezonego dotad awanturnika. W ciagu nastepnych dziesieciu dni delfin zdazac bedzie po goscincach Francji ku swemu wybawieniu. Obmyslilem kazdy szczegol tej podrozy i dlatego bede mogl pomimo murow wieziennych towarzyszyc mu krok za krokiem; ale jak ci powiedzialem, jestem tylko czlowiekiem, dreczonym brakiem snu i powietrza. Gdy strace trzezwosc umyslu, Bog jeden wie, co wowczas uczynie. Oddaj ten list Ffoulkesowi. Zawiera moje ostateczne rozporzadzenia, napisane jeszcze z cala swiadomoscia, a on bedzie wiedzial, co czynic. Przyrzeknij, mi, droga, ze nie otworzysz tego listu, dopoki sie nie dowiesz, ze uleglem tym lotrom, polecajac czlonkom ligi wydanie delfina w zamian za moje zycie. Obiecaj mi, ze nie dopuscisz, bym okryl sie hanba, i ze po przeczytaniu dzisiejszego listu uczynicie wiernie, czego zadam od was. Polecam cie Bogu, Malgorzato, i naszemu wiernemu przyjacielowi Ffoulkesowi. Glos jego stawal sie coraz slabszy, coraz bardziej urywany, ale jasnosc umyslu pozostawala niezmieniona. – Nie patrz na mnie, droga, z takim lekiem, niech cie moje slowa nie dziwia. Pamietaj, ze moj honor zwiazany jest z losem delfina, a co ze mna bedzie, mniejsza o to. Westchnal gleboko. Zmeczenie zniklo z jego twarzy, oczy zablysly jakby pod wplywem wewnetrznego swiatla, a niespozyta fantazja i wesolosc rozjasnily cala jego postac. – Nie przybieraj tak tragicznej miny, droga Malgorzato – rzekl z dziwnym i naglym wzrostem sily – te lotry nie maja mnie jeszcze. Ale w tej chwili upadl na ziemie, jak podciety dab. Wysilek byl za wielki, przeciagnieto strune, i oslabiona natura dopominala sie o swe prawa – stracil przytomnosc. Bezradna Malgorzata miala dosc panowania nad soba, by nie wolac o pomoc. Wsparla ukochana glowe na piersi, calujac drogie znekane oczy i pulsujace skronie. Tragiczny widok tego czlowieka, ktory byl zawsze w jej oczach uosobieniem sily, energii i odwagi, byl moze najbolesniejsza chwila w tym okropnym dniu. A teraz spoczywal w jej ramionach, jak zmeczone dziecko. Ale ani na chwile nie zachwiala sie jej wiara w niego i slowo hanba, ktore wyszlo z jego ust, nie wywolalo w niej nawet cienia strachu. Wypelni najskrupulatniej jego rozkazy; wiedziala, ze Ffoulkes uczyni to samo. Gdyby mogla sie choc wyplakac, ale nie dla niej byly kojace lzy. Gdy Percy powroci do przytomnosci, musi wyczytac w jej twarzy tylko odwage i sile. W malej celi zapadlo milczenie. Zoldactwo, posluszne swemu wstretnemu zadaniu, osadzilo, ze nadszedl czas, by przerwac rozmowe. Podniesiono zelazna sztabe i rzucono ja na bok z glosnym brzekiem. Muszkiety zastukaly o podloge i dwoch zolnierzy weszlo z halasem do celi. – Hola, obywatelu, obudz sie! – wrzasnal jeden z nich. – Nie powiedziales nam jeszcze dotad co zrobiles z Kapetem. Malgorzata krzyknela z oburzenia. Instynktownie po macierzynsku zaslonila nieprzytomnego meza. – Zemdlal – rzekla drzacym glosem. – Moj Boze, czy jestescie szatanami, ze nie macie iskry litosci? Zolnierze wzruszyli ramionami i zasmiali sie brutalnie. Widzieli gorsze rzeczy od czasu, gdy sluzyli republice i nie ustepowali w swym okrucienstwie zolnierzom, ktorzy w tym samym miejscu naigrawali sie niedawno z meki krolowej, lub tym, ktorzy wtargneli do wiezienia Abbaye w okropnych dniach wrzesniowych i na jedno slowo swego bezecnego wodza wymordowali osiemdziesieciu bezbronnych wiezniow. – Powiedz mu, aby nam wskazal miejsce pobytu Kapeta – odezwal sie znow jeden ze strazy. Slowom tym towarzyszyl tak gruby zart, ze krew nabiegla do bladych policzkow lady Blakeney. Brutalny smiech, prostackie slowa, obelga rzucona w twarz Malgorzaty doszly do powracajacej z wolna swiadomosci Blakeney'a. Z nagla sila, ktora zdawala sie wprost nadprzyrodzona, zerwal sie na rowne nogi i zanim zdolano temu zapobiec, uderzyl zolnierza w twarz potezna piescia. Czlowiek zachwial sie, tamci rzucili mu sie z pomoca. W jednej chwili zaroilo sie od zolnierzy. Odepchnieto Malgorzate w najodleglejszy kat celi, ale pomimo tego widziala ponad zbita masa niebieskich bluz i bialych pasow, ponad tym calym morzem glow blada twarz Percy'ego z szeroko rozwartymi oczyma, ktore szukaly jej w ciemnosciach. – Pamietaj! – krzyknal silnym i jedrnym glosem – pamietaj! A potem zniknal za sciana lsniacych bagnetow i wzniesionych piesci. Malgorzata byla na pol przytomna. Wyprowadzono ja z celi i ciezka zelazna sztaba zapadla znow z glosnym brzekiem. W tej polswiadomosci uslyszala jeszcze zgrzyt klucza w zamku i nic wiecej. Prad swiezego powietrza przywolal ja do przytomnosci. Rozdzial VII. Po chwili – Bardzo mi przykro, lady Blakeney – rzekl twardy, suchy glos tuz przy niej – ze tak smutno skonczyly sie twoje odwiedziny, ale musisz przyznac, ze naszej winy w tym nie bylo. Odwrocila glowe ze wstretem na widok tego kata. Gdy uslyszala po raz wtory zamykajace sie za nia ciezkie debowe drzwi, miala wrazenie, ze wrzucono ja zywcem do trumny i ze grudki ziemi zasypywaly jej piersi, przygniatajac serce. Czy po raz ostatni widziala czlowieka, ktorego kochala i uwielbiala z kazdym dniem wiecej? Czy rzeczywiscie niosla w faldach swego szala ostatnia wole umierajacego? Odruchowo poszla za Chauvelinem. Z odleglej wiezy koscielnej zegar wydzwonil dziesiata. Zdawalo jej sie, ze niemozliwe, by minelo dopiero pol godziny od chwili, gdy przestapila prog tego ponurego budynku. Miala wrazenie, ze wieki przeszly nad jej glowa i ze byla juz stara kobieta. Jakby we mgle rozpoznawala szczupla postac Chauvelina, idacego przed nia miarowym krokiem z rekoma splecionymi na plecach i glowa odrzucona triumfalnie w tyl. Przy drzwiach separatki, gdzie zmuszono ja do upokarzajacej rewizji, stala poslugaczka, oczekujaca jej obojetnie. W reku trzymala zwitek stalowych drutow, sztylet i sakiewke. Wyciagnela je ku Malgorzacie. – Oto twoja wlasnosc, obywatelko – rzekla. Wysypala zawartosc sakiewki, a przeliczywszy pieniadze, chciala oddac cala sume Malgorzacie, ale ona wcisnela jedna sztuke zlota w spracowana dlon. – Zatrzymaj, obywatelko, ten maly datek dla siebie, na intencje nie tylko moja, ale za wszystkie biedne kobiety, ktore przychodza tutaj pelne nadziei, a odchodza z sercem przepelnionym rozpacza. Kobieta zwrocila na nia swe porcelanowo niebieskie oczy i w milczeniu schowala sztuke zlota, mamroczac slowa podzieki. Tymczasem Chauvelin szedl naprzod, nie zatrzymujac sie. Malgorzata, rzuciwszy okiem na koniec waskiego korytarza, zobaczyla jego piaskowe ubranie w swietle jednej z wiszacych lamp. Juz miala go dopedzic, gdy cos zamajaczylo przy niej w ciemnosciach. Poslugaczka zamknela drzwi separatki i kilku zolnierzy zniklo na zakrecie korytarza. Byla zupelnie sama, a ze nie bylo swiatla w miejscu, gdzie stala, przestraszyly ja przyspieszone kroki i czyjs oddech tuz przy niej. – Kto tam? – zawolala. Cos glosniej jeszcze zaszelescilo. Ktos przemykal sie wzdluz scian, stapajac ostroznie po kamiennej posadzce. Poza tym wszystko pograzone bylo w milczeniu. Wytezyla oczy i w swietle lampy, ktora owa postac mijala, zobaczyla wysmuklego czlowieka w ciemnym ubraniu. Szedl spiesznie, jak gdyby go scigano, ogladajac sie za siebie. Byl to jej brat Armand. W pierwszej chwili chciala go zawolac, ale powstrzymala sie. Percy zapewnil ja, ze nie potrzebowala obawiac sie o Armanda. Jezeli byl wolny, dlaczego przemykal sie po ciemnych korytarzach tego ohydnego Palacu Sprawiedliwosci? Dlaczego sie ukrywal, jak to wynikalo z jego zachowania? Malgorzata postanowila przestrzec brata, ze idac tym korytarzem, natknie sie na Chauvelina i wpadnie w jego sidla. Nie watpiac, ze pozna jej glos, powrocila do drzwi separatki za ktorymi znikla poslugaczka, i zawolala glosno: – Dobranoc, obywatelko. Ale Armand nie zatrzymal sie, przeciwnie, raczej przyspieszyl kroku. Pobiegla naprzod, aby zawrocic Armanda z drogi, zanim bedzie za pozno, zanim znajdzie sie oko w oko z ich najzacietszym wrogiem. Ale gdy doszla zadyszana do z zakretu korytarza, natknela sie na Chauvelina, czekajacego na nia spokojnie. Nie mogla rozroznic jego twarzy, ostrych rysow i okrutnych ust, ale uczula na sobie jego zimne stalowe oczy. Biedna kobieta nie byla w stanie ukryc swego strachu o brata. Czy zapadl sie pod ziemie? Drzwi na prawo byly jedynym wyjsciem z korytarza i prowadzily do lozy dozorcy, a potem na podworze. Czy Chauvelin spal z otwartymi oczami, czekajac na nia, skoro Armand zdolal przejsc kolo niego niepostrzezony az do drzwi, prowadzacych do wolnosci? Malgorzata spojrzala na Chauvelina oslupialym wzrokiem, ale on usmiechnal sie zlosliwie i rzekl ceremonialnie: – Czy moge ci jeszcze czyms sluzyc, obywatelko? Oto najblizsza droga; sir Andrew czeka juz z pewnoscia na ciebie. Malgorzata nie smiala ani odpowiedziec, ani stawiac dalszych pytan, zwrocila sie prosto ku wyjsciu. Chauvelin wyprzedzil ja. Ale zanim drzwi otworzyl, zwrocil sie do niej jeszcze raz: – Mam nadzieje, ze jestes zadowolona z odwiedzin, lady Blakeney. O ktorej godzinie chcesz swa wizyte powtorzyc? – Jutro – rzekla nieprzytomnie, gdyz wciaz jeszcze mysl jej byla zajeta dziwnym postepowaniem Armanda i jego ucieczka. – Pragniesz z pewnoscia odwiedzic raz jeszcze sir Percy'ego, czyz nie? Chcialbym i ja odwiedzac go od czasu do czasu, ale on nie dba o moje towarzystwo. Moj kolega, obywatel H~eron, przychodzi do niego cztery razy na dobe. Przed kazda zmiana warty przetrzasa wiezienie, aby sie przekonac, czy zaden zdrajca nie wsliznal sie miedzy zolnierzy. Zna dokladnie wszystkich swych ludzi; te inspekcje przeprowadza co pare godzin. Moj przyjaciel H~eron jest uosobieniem wytrwalosci. Rozkazuj, lady Blakeney, a ja poprosze H~erona, by ulatwil ci nowe widzenie sie z wiezniem. Malgorzata sluchala tylko jednym uchem dlugiej przemowy Chauvelina. Przezywala w pamieci bolesne, ale i upajajace chwile, spedzone z mezem, przy czym dreczyl ja niepokoj o Armanda. Ale choc nie wiedziala dokladnie, co mowil Chauvelin, uslyszala wyraznie ostatnie zdanie. Pragnela namietnie nowego spotkania z mezem. Mysl zobaczenia Percy'ego nastepnego dnia koila jakby balsamem jej zbolale serce i przepelniala ja nadzieja; ale podczas gdy cala jej istota rwala sie ku necacej obietnicy nieprzyjaciela, oczom jej ukazywalo sie widmo bladej twarzy wzniesionej ponad tlumem glow, a w uszach dzwieczal ostatni krzyk nadludzkiego poswiecenia wielkiego idealisty: – Pamietaj! Wypelni przede wszystkim obietnice, ktora mu uczynila i za jego przykladem niesc bedzie odwaznie brzemie nalozone na jej barki. Nawet za cene najwyzszego szczescia nie spocznie wiecej w jego ramionach. Pomimo cierpienia i niepokoju, gorszego od samej smierci, nie zapomniala o paczce listow ukrytej na piersi. Lekala sie, by nie wzbudzic podejrzenia Chauvelina, odmawiajac wrecz ofiarowanej jej sposobnosci odwiedzenia wieznia nazajutrz. Mogl nakazac nowa rewizje, a wtedy odebrano by jej cenne listy. Dlatego tez rzekla: – Dziekuje ci obywatelu, za twe wzgledy dla mnie, ale zrozumiesz chyba, ze dzisiejsze odwiedziny byly dla mnie bardzo przykre. Nie moge ci w tej chwili powiedziec, czy jutro bede w stanie je powtorzyc. – Jak chcesz – odparl twardo – ale prosze cie, zapamietaj jedna rzecz… Urwal i bystry wzrok utkwil w Malgorzacie, usilujac wyczytac najskrytsze jej mysli. – O czym mam pamietac, obywatelu? – Ze od ciebie zalezy zakonczenie obecnej sytuacji. – W jaki sposob? – Moglabys namowic przyjaciol sir Percy'ego, by nie pozostawiali towarzysza w tak ciezkim polozeniu i polozyli kres jego cierpieniom. – Zapewne przez oddanie w wasze rece delfina? – spytala zimno. – Otoz wlasnie. – I ty masz nadzieje, ze widzac okrucienstwa, ktorych sie dopuszczacie wzgledem mego meza, stane sie zdrajczynia i tchorzem wobec jego towarzyszy i niego samego? – Alez, lady Blakeney, okrucienstwa juz nie od nas pochodza, gdyz sir Percy jest w twoich rekach i rekach swych towarzyszy. Chcialbym sam polozyc kres tej nieznosnej sytuacji, a ty i twoi przyjaciele jestescie sami powodem zblizajacej sie katastrofy. Krzyknela z oburzenia. Dyplomata z zimna krwia staral sie podkopac jej panowanie nad soba. Nie smiala nic wiecej dodac i nie ufajac samej sobie, zawrocila spiesznie ku wyjsciu. Chauvelin wzruszyl ramionami z politowaniem, otworzyl przed nia drzwi, i skloniwszy sie ceremonialnie, mruknal kilka slow pozegnania. – Pamietaj, lady Blakeney – dodal uprzejmie – jezeli bedziesz miala kiedykolwiek zamiar zwrocic sie do mnie, mieszkam przy ulicy Dupuy. A gdy zniknela w morku nocy, zatarl rece i szepnal triumfalnie: – Druga wizyta uczyni cuda, piekna mylady. Rozdzial VIII. W miedzyczasie Byla juz blisko dwunasta, a oni wciaz jeszcze siedzieli naprzeciwko siebie, rozmawiajac o owej polgodzinie, ktora byla dla niej wiecznoscia. Malgorzata opowiedziala wszystko sir Ffoulkesowi, starajac sie przedstawic wiernemu przyjacielowi w calej pelni otchlan nedzy, ktorej sie z bliska przypatrzyla. Powtorzyla mu kazde polecenie meza, a teraz dopatrywali sie w niektorych enigmatycznych jego slowach ukrytej nadziei. – Nie bede rozpaczal, lady Blakeney – rzekl z moca sir Andrew – i wypelnie wiernie otrzymane rozkazy. Szyje daje, ze nawet teraz Blakeney mial jakis plan w glowie, piszac te listy i ze najlzejsze nieposluszenstwo z naszej strony mogloby ten plan wniwecz obrocic. Jutro poznym wieczorem odprowadze cie na ulice Charonne. Znajduje sie tam dom, ktory Armand zna z pewnoscia rownie dobrze jak i my. Dowiadywalem sie przed dwoma dniami, czy twoj brat sie tam nie ukrywa, ale Lukasz, stary handlarz tandety, nie mogl mi dac najmniejszej o nim informacji. Malgorzata opowiedziala tez sir Ffoulkesowi o swym dziwnym spotkaniu z Armandem w ciemnym korytarzu Palacu Sprawiedliwosci. – Czy mozesz mi to wytlumaczyc, sir Andrewe? – spytala, utkwiwszy w nim swe promienne, glebokie spojrzenie. – Nie moge – rzekl po chwili wahania – ale zobaczymy go jutro. Nie watpie, ze panna Lange bedzie wiedziala, gdzie go szukac; teraz skoro znamy jej adres, wszelki niepokoj o Armanda skonczy sie. Powstal z krzesla, tlumaczac sie pozna godzina, ale Malgorzata domyslila sie od razu, ze wierny przyjaciel ukrywa cos przed nia. Spojrzala na niego bystro. – Czy rzeczywiscie nie rozumiesz postepowania Armanda, sir Andrew? – powtorzyla z prosba w glosie. – Nie, lady Blakeney – odparl zywo – daje ci slowo, ze nie wiem wiecej o Armandzie niz ty. Percy ma racje – chlopca drecza po prostu wyrzuty sumienia. Ach, gdyby posluchal, jak my wszyscy! Umilkl, gdyz czujac coraz wieksza niechec do Armanda, nie chcial rozkrwawiac jeszcze bardziej zbolalego serca Malgorzaty. – Tak chcialo przeznaczenie, lady Blakeney – dodal po chwili milczenia – slepe przeznaczenie… Wielki Boze! Mysl, ze Percy wpadl w rece tych lotrow, wydaje sie tak okropna i nieprawdopodobna, iz chwilami mam wrazenie, ze to tylko senna mara, z ktorej otrzasniemy sie niebawem na dzwiek jego wesolego glosu. Krzepil ja slowami nadziei, wiedzac, ze zwodzil samego siebie. Wielka odpowiedzialnosc na nim ciazyla. List wodza spoczywal na jego piersiach: przeczyta go w samotnosci, aby wyryc sobie w pamieci kazde slowo, tyczace sie dalszych losow krolewskiego dziecka. Potem zniszczy list, aby nie wpadl w niepozadane rece. Po chwili pozegnal Malgorzate. Byla wyczerpana duchowo i fizycznie, i jej wierny przyjaciel zastanawial sie z trwoga, jak dlugo bedzie w stanie wytrzymac te meke. Gdy Malgorzata pozostala sama, probowala zasnac, ale pomimo wysilku sen nie przychodzil. W jej rozgoraczkowanym mozgu stawalo wciaz widmo Percy'ego: znekana glowe opieral o twardy debowy stol, a nieprzyjaciele krzyczeli mu do ucha: „Zbudz sie, obywatelu! Powiedz nam, gdzie jest Kapet!” Szalony strach ja ogarnal, zerwala sie z lozka i cale godziny przesiedziala w otwartym oknie, patrzac w strone szarych murow wiezienia Ch~atelet, niewidocznych wsrod ciemnosci. Kiedy blysk wesolosci zgasnie w jego oczach? Kiedy wyrwie sie z jego ust bezduszny, ochryply smiech, okropny chichot, zwiastujacy szal? Widma jakies naigrawaly sie z niej w cieniach nocy, kazdy platek sniegu, muskajacy obramowanie okna, wydawal jej sie twarza o dziwnym, drwiacym usmiechu, kazdy krzyk, krok na ulicy draznil ja i niepokoil. Zamknela spiesznie okno i zaczela przechadzac sie po pokoju nerwowymi krokami, starajac sie opanowac i wzbudzic w sobie iskierke tego mestwa, ktorego zadal od niej Percy. Rozdzial IX. Siostry Nazajutrz byla spokojniejsza. Napila sie kawy, a po ukonczeniu toalety zamierzala wyjsc do miasta, gdy wszedl sir Andrew, aby dowiedziec sie, czy nie miala dla niego polecenia. – Przyrzeklam Percy'emu, ze pojde wieczorem na ulice de Charonne – rzekla – poniewaz mam kilka godzin czasu, odwiedze tymczasem panne Lange. – Czy powiedzial ci Blakeney, gdzie mieszka? – Tak, na Square du Roule. Za pol godziny tam bede. Poprosil ja o pozwolenie towarzyszenia sobie i wyszli razem w strone Faubourg St. H~onor~e. Snieg przestal padac, ale bylo zimno, czego jednak ani Malgorzata ani sir Andrew nie zauwazyli, tak byli obojetni na to, co sie wokolo nich dzialo. Szli w milczeniu, poki nie dosiegli zniszczonej bramy kolo Square du Roule. Sir Andrew pozegnal Malgorzate ulozywszy sie z nia poprzednio, ze spotkaja sie za godzine w pewnej malej restauracji, zanim udadza sie na daleka ulice de Charonne. Po uplywie pieciu minut pani Belhomme wprowadzila Malgorzate Blakeney do cichego i pieknego saloniku o dyskretnych tonach obic i staromodnych meblach. Panna Lange siedziala w obszernym fotelu, ktory stanowil jakby stara zlota rame do jej drobnej postaci. Widocznie zajeta byla czytaniem, bo otwarta ksiazka lezala przy niej na stole, ale Malgorzacie zdawalo sie, ze mysli mlodej panienki odlecialy daleko, gdyz na twarzyczce dziewczecia malowala sie wielka powaga, jakby pod wplywem glebokiej troski. Gdy Malgorzata weszla, Janka powstala z miejsca, zaskoczona nieoczekiwana wizyta i troche oniesmielona widokiem pieknej nieznajomej. – Przepraszam cie, mademoiselle – rzekla lady Blakeney, gdy po wyjsciu pani Belhomme znalazla sie sam na sam z mloda artystka. – Moje odwiedziny o tak wczesnej porze musza ci sie wydawac bardzo niestosownymi. Jestem Malgorzata St. Just. Usmiechajac sie, wyciagnela obie rece. – St. Just? – zawolala Janka. – Tak, siostra Armanda. Ciemny rumieniec oblal blade lica dziewczyny, a czarne jej oczy zablysly radoscia. Malgorzata, ktora przygladala sie jej uwaznie, poczula od razu gleboka sympatie do tego uroczego dziecka, niewinnego powodu tylu nieszczesc. Tymczasem Janka przyblizyla krzeslo do ognia, proszac Malgorzate, by usiadla. Odpowiadala urywanymi slowami i od czasu do czasu rzucala na siostre Armanda krotkie, niespokojne wejrzenia. – Musisz mi przebaczyc, mademoiselle – rzekla znow Malgorzata lagodnie, chcac uspokoic jej zmieszanie – lecz jestem bardzo niespokojna o mego brata, a nie wiem, gdzie go szukac. – I w tym celu przyszlas do mnie, madame? – Czy zle zrobilam? – Alez nie, tylko dlaczego myslalas, ze… ja bede mogla cie objasnic? – Zgadlam – odparla Malgorzata z usmiechem. – Czy slyszalas juz o mnie? – Owszem. – Kto ci mowil o mnie? Czy moze Armand? – Niestety nie. Nie widzialam go od dluzszego czasu, czyli od chwili, gdy cie poznal; ale kilku jego przyjaciol bawi obecnie w Paryzu i jeden z nich opowiedzial mi wszystko. Rumieniec spotegowal sie na twarzy dziewczecia tak gwaltownie, ze nawet delikatna szyja zarozowila sie, a gdy lady Blakeney usadowila sie wygodnie w fotelu, rzekla niesmialo: – Armand opowiedzial mi wszystko o tobie, madame. Kocha cie z calego serca. – Armand i ja bylismy jeszcze dziecmi, gdy stracilismy rodzicow – odparla miekko Malgorzata – i wychowywalismy sie wzajemnie az do mego slubu; on byl najdrozsza dla mnie istota. – Opowiedzial mi, ze wyszlas za maz za Anglika. – Tak. – On bardzo lubi Anglie. Z poczatku obiecywal mi zawsze, ze osiadziemy tam po slubie. – Czemu mowisz: z poczatku? – Bo teraz wspomina coraz rzadziej o Anglii. – Moze ma wrazenie, ze ulozyliscie juz dokladnie swe plany na przyszlosc? – Moze… Janka siedziala naprzeciwko Malgorzaty na niskim taborecie kolo kominka. Zamyslila sie, rece splotla na kolanach i ciemne, geste loki przyslonily nieco jej twarz powleczona glebokim smutkiem. Lady Blakeney przyszla tutaj uprzedzona do mlodej dziewczyny, ktora w kilka dni zaledwie zawladnela nie tylko sercem Armanda, ale jeszcze spowodowala jego nieposluszenstwo wzgledem wodza. Od zeszlego wieczora, gdy zobaczyla brata przemykajacego sie jak zlodziej w ciemnosciach, zywila gorycz i niechec do Janki. Ale te nieprzychylne uczucia pierzchly na jej widok. Malgorzata zrozumiala natychmiast, ze taka kobieta, jak panna Lange, musiala wywrzec wrazenie na entuzjastycznej, rycerskiej naturze Armanda. Pragnienie zaopiekowania sie mloda, samotna dziewczyna ciagnelo go nieprzeparta sila ku pieknemu dziecku o duzych, smutnych oczach. Malgorzata przypatrywala sie w milczeniu delikatnemu obrazkowi, ktory miala przed soba i przebaczyla bratu w glebi serca. Jak mogla rycerska natura Armanda pogodzic sie z mysla, by ow swiezy kwiatek wpadl w rece potworow, nie szanujacych ani odwagi ani niewinnosci? Armand nie mogl pozwolic, by los dziewczecia, ktoremu poprzysiagl milosc i opieke, zalezal od innych rak niz jego wlasne. Zdawalo sie, ze Janka czula na sobie przenikliwy wzrok Malgorzaty, gdyz goracy rumieniec nie schodzil z jej twarzy. – Panno Janko – rzekla lady Blakeney – czy nie mozesz mi zaufac? Wyciagnela obie rece do dziewczyny. Janka niesmialo podniosla na nia oczy i uklekla u nog Malgorzaty, okrywajac pocalunkami drobne rece, wyciagniete ku niej z tak wielka siostrzana miloscia. – Alez naturalnie, ufam tobie – rzekla ze lzami. – Tak pragnelam zwierzyc sie komus. Bylam bardzo osamotniona w ostatnich czasach, a Armand… Niecierpliwym ruchem otarla lzy, naplywajace jej do oczu. – A Armand? – powtorzyla za nia Malgorzata. – Ach, Armand – odparla zywo – jest dobry, rycerski szlachetny. Kocham go z calego serca, od chwili, gdy ujrzalam go po raz pierwszy. A potem przyszedl mnie odwiedzic… moze wiesz o tym? Opowiadal mi tak pieknie o Anglii i o swym wodzu „Szkarlatnym Kwiecie”. Czy slyszalas kiedy o nim? – Tak – rzekla Malgorzata z usmiechem – slyszalam juz o nim. – To bylo owego pamietnego dnia, gdy obywatel H~eron przyszedl do mnie z zolnierzami. Nie znasz obywatela H~erona? To najokrutniejszy czlowiek we Francji. W Paryzu nie cierpia go i nikt nie moze opedzic sie od jego szpiegow. Przyszedl zaaresztowac Armanda, ale udalo mi sie wprowadzic go w blad i uratowac twego brata. A wtedy – dodala z urocza prostota – zrozumialam, ze nalezy wylacznie do mnie. Potem zaaresztowano mnie – ciagnela dalej, a na wspomnienie tego, co przecierpiala, glos jej zadrzal: – Wrzucili mnie do wiezienia i spedzilam dwa dni w ciemnej celi. Nie wiedzac, co sie dzieje z Armandem, ani gdzie sie znajduje, domyslalam sie, ze schnie z niepokoju o mnie, ale Bog czuwal nade mna. Przeniesiono mnie do wiezienia Temple i tam pewien poczciwy czlowiek, poslugacz wiezienny, zaopiekowal sie mna. Nie wiem, co sklonilo go do tego, ale pewnego dnia o swicie przyniosl mi jakies lachmany, w ktore kazal mi sie przebrac; po czym wyszlismy z celi. Byl bardzo brudny, obdarty, ale musial miec dobre serce. Wzial mnie za reke i kazal mi niesc swoja szczotke i miotle. Nikt nie zwrocil uwagi na nas, gdyz korytarze byly ciemne i puste. Raz tylko kilku zolnierzy zaczepilo go z mego powodu. – To moja corka – odburknal szorstko. Porwal mnie pusty smiech, ale mialam dosc zdrowego rozsadku, by sie pohamowac, rozumiejac, ze moja wolnosc i zycie zalezalo od tego, by sie nie zdradzic. Modlilam sie przez cala droge goraco do Boga, za mego obdartego opiekuna i za siebie. W koncu wyszlismy przez schody sluzbowe na ulice, przeszlismy kilka waskich ulic i stanelismy przed krytym wozem, czekajacym na nas. Moj przyjaciel kazal mi wejsc do wozu i polecil furmanowi, siedzacemu na kozle, by odwiozl mnie do pewnego domu na ulice St. Germain l'Auxerrois. Podziekowalam goraco biedakowi, ktory mnie wyprowadzil z tego okropnego wiezienia i bylabym chetnie dala mu troche pieniedzy, ale nie mialam przy sobie sakiewki. Powiedzial mi jeszcze, abym czekala cierpliwie pare dni na ulicy St. Germain l'Auxerrois, poki nie uslysze o kims, komu moje zycie lezy bardzo na sercu. Ten zajmie sie mna w dalszym ciagu. Malgorzata wysluchala w milczeniu naiwnego opowiadania Janki, ktory najwidoczniej nie miala pojecia, komu zawdzieczala wolnosc i zycie. Z niewyslowiona duma przezywala w mysli kazdy szczegol tego nowego bohaterstwa meza: jako tajemniczy obdarty poslugacz, nieznany nawet kobiecie, ktora uratowal, narazil swe szlachetne zycie przez wzglad na przyjaciela i towarzysza. – Nie widzialas juz wiecej owego poczciwego czlowieka? – spytala. – Nie – odparla Janka. – Nie widzialam go wiecej, ale dobrzy ludzie, ktorzy sie mna zaopiekowali na ulicy St. Germain l'Auxerrois, twierdzili, ze obdarty poslugacz byl owym tajemniczym Anglikiem, ktorego Armand tak bardzo powaza, zwanym „Szkarlatnym Kwiatem”. – Czy dlugo pozostalas na ulicy St. Germain l'Auxerrois? – Zaledwie trzy dni. Trzeciego dnia otrzymalam list z komitetu bezpieczenstwa publicznego z nieograniczonym swiadectwem bezpieczenstwa. To znaczylo, ze bylam wolna, zupelnie wolna. Ledwo moglam uwierzyc swemu szczesciu. Smialam sie, plakalam, tak ze domownicy mysleli, iz utracilam zmysly. Tych kilka dni przeszlo jak nocna zmora. – Czy widzialas sie jeszcze potem z Armandem? – Tak. Powiedzieli mu, ze jestem wolna i przyszedl mnie zobaczyc. Czesto do mnie zaglada i niebawem przyjdzie. – Ale czy nie obawiasz sie o niego? Bedac czlonkiem ligi „Szkarlatnego Kwiatu”, lepiej by postapil, gdyby opuscil Paryz. – Nie, nie! Armandowi nic nie grozi, on tez otrzymal nieograniczone swiadectwo bezpieczenstwa. – Nieograniczone swiadectwo bezpieczenstwa? – zdziwila sie Malgorzata. – Co to ma znaczyc? – To znaczy, ze jest wolny i moze chodzic, gdzie chce. Ani on, ani ja nie potrzebujemy sie obawiac H~erona i jego szpiegow! Ach! Gdyby nie dziwna zmiana Armanda, moglibysmy sie czuc tak szczesliwymi! Ale on taki nieswoj od pewnego czasu, zupelnie inny niz dawniej. Jestem czasem bardzo niespokojna o niego. – Znasz zapewne powod jego smutku – rzekla Malgorzata zmienionym glosem. – Wiem – odparla Janka wahajaco. – „Szkarlatny Kwiat”, jego wodz, towarzysz i przyjaciel, ktory narazil zycie dla ciebie, jest wiezniem w rekach swoich najzacietszych wrogow. Malgorzata wyrzekla tych kilka slow dziwnie uroczyscie. Bylo jakby blaganie w jej glosie, jakby nie chodzilo jedynie o przekonanie Janki, ale i siebie, o czyms calkiem zrozumialym, calkiem naturalnym, co pomimo jej woli przybieralo ksztalty jakiejs strasznej zmory, nie wylonionej jeszcze calkowicie z chaosu. Ale Janka nie zauwazyla tego; mysl jej zajeta byla Armandem. – Ach, tak – westchnela smutnie i znow lzy wezbraly w jej oczach. – Armand jest bardzo nieszczesliwy z powodu „Szkarlatnego Kwiatu”. Byl jego przyjacielem, czcil go i kochal. Czy wiesz – dodala zwracajac duze przerazone oczy na Malgorzate – ze oni chca koniecznie wydobyc z niego informacje o delfinie i aby zmusic go do tego, oni, oni… – Wiem – przerwala jej Malgorzata. – Czy mozesz sie zatem dziwic, ze Armand jest smutny? Zeszlego wieczora, gdy opuscil mnie, plakalam calymi godzinami wlasnie dlatego, ze byl taki przygnebiony. Nie rozmawia juz o szczesliwej Anglii, o naszym domku w przyszlosci i o sadach Kentu w maju. Kocha mnie wciaz jeszcze, ale mam wrazenie, ze nasza milosc nie przynosi mu juz tego zadowolenia, co dawniej. Spuscila glowe na piersi i umilkla. Malgorzata miala ochote przytulic cierpiace dziecko do swych piersi i pocieszyc je, o ile tylko mogla, ale dziwne przeczucie mrozilo jej dusze. Rece jej zesztywnialy i instynktownie odsunela sie od dziewczecia. Zdawalo jej sie, ze pokoj, meble, nawet okna rozpoczely szalony taniec wkolo niej i ze dziwne chichoty dochodzily jej uszu. W glowie poczula zawrot, a w mozgu szum. Janka zakryla twarz rekami. Plakala z poczatku cicho, pokornie, zawstydzona swym bolem, ale nagle nie mogac pohamowac sie dluzej, wybuchnela szalonym placzem, wstrzasajacym calym jej cialem. W jednej chwili lady Blakeney zapomniala o wszystkim. Ciemne, bezksztaltne widziadlo, kolatajace do bramy jej duszy, cofnelo sie znow wstecz. Przestalo istniec, spalone na wielkim stosie kobiecego wspolczucia. Jaka role gralo to dziecko w tym kataklizmie nieszczescia, ktory wtracil szlachetnego entuzjaste do celi tortury, tego ona, Malgorzata, nie wiedziala; jaka role Armand gral w tej tragedii, tego nie chciala nawet zgnebiac, ale kolo niej cierpialo serce, mlode, niedoswiadczone serce, stykajace sie po raz pierwszy z gorzka rzeczywistoscia zycia, i macierzynskie uczucia Malgorzaty obudzily sie na nowo. Powstala i podnioslszy Janke z kleczek, przytulila ja do siebie. Oparla stroskana glowke o swe ramie i szeptala slowa pociechy: – Mam wiadomosci dla Armanda, one podniosa go na duchu, jest list od wodza. Przekonasz sie, kochanie, ze gdy Armand przeczyta go, zmieni sie zupelnie. Jak wiesz, moj brat postapil bardzo nieroztropnie. Wodz wydal mu zlecenia, ktorych nie wypelnil. Powinien byl usluchac, a teraz czuje moze, ze jego nieposluszenstwo spowodowalo cale nieszczescie. List od przyjaciela pocieszy go niezawodnie, zobaczysz. – Czy naprawde tak myslisz, madame? – szepnela Janka, a w oczach jej zablysla nieprzezwyciezona mlodziencza nadzieja. – Jestem pewna – potwierdzila Malgorzata. W tej chwili byla zupelnie szczera. Zmora rozwiala sie zupelnie. Byla nawet gotowa, gdyby sie jeszcze raz zjawila, wysmiac nieudolna probe zamienienia jej smutku w prawdziwe pieklo goryczy. Rozdzial X. Mateczka Obie kobiety, tak mlode jeszcze, a juz dotkniete ciezkim cierpieniem, przylgnely do siebie zwiazane silnym wezlem sympatii. Trudno sobie bylo wyobrazic wdzieczniejszy obraz: Malgorzata, wysoka i smukla, o glebokich niebieskich oczach i koronie ognistych wlosow, tulila do siebie delikatna, drobna Janke o ciemnych puklach, usmiechajaca sie przez lzy. Tak zastal je Armand, gdy stanal na progu salonu. Spogladal w milczeniu na te dwie kobiety: na dziewczyne, dla ktorej popelnil ciezka zbrodnie, skazujaca go jak Kaina na wieczna tulaczke i na tamta, swa siostre, ktora jego judaszowska zdrada wtracila w niedole i wdowienstwo. Straszny jek wyrwal sie z jego zbolalej duszy i zwrocil uwage Malgorzaty na obecnosc brata. Choc przygotowana byla na najgorsze, zlekla sie na widok Armanda. Jego prosta i zgrabna postac przygarbila sie, ubranie mial zmiete, rece woskowate i wychudle, ale najwieksza zmiana zaszla w jego twarzy. Oczy podkrazone i zapadle policzki swiadczyly o bezsennych nocach, a zacisniete usta zapomnialy, co to usmiech. Percy po tygodniowej mece, zamurowany w ciemnej, nedznej celi, bez posilku i snu, nie wygladal tak nedznie jak Armand, ktory byl wolny. Na jego widok prysla wszelka niechec Malgorzaty. – Armandzie! – krzyknela i wyciagnela ku niemu z niewypowiedziana miloscia kochajace dlonie, ktore kierowaly jego pierwszymi dziecinnymi krokami i wycieraly jego chlopiece lzy. – Mam dla ciebie list, kochanie – rzekla miekko – list od „niego”. Panna Lange pozwolila mi czekac tu na ciebie. Cicho jak myszka Janka wyslizgnela sie z pokoju. Jej czysta milosc dla Armanda uszlachetniala kazda jej mysl i wrodzona delikatnosc dala jej do zrozumienia, ze brat i siostra pragna byc sami. Skoro tylko drzwi zamknely sie za Janka Lange, Armand rzucil sie z uniesieniem w ramiona siostry. Znikla terazniejszosc ze swymi smutkami, wyrzutami sumienia i wstydem, tylko przeszlosc pozostala, niezapomniana przeszlosc, gdy „mateczka” wysluchiwala jego dziecinnych zmartwien i chlopiecych wybrykow. Bedac pewnym, ze nic dotad wiedziec nie mogla, odpowiedzial bez zastrzezen na jej usciski. Ostatni raz te drogie usta wyszepca slowa milosci i pociechy… Jutro przeklna zdrajce, a drobna reka podniesie sie w slusznym gniewie, aby wskazac, kto byl Judaszem. – Mateczko – szepnal, tulac sie do niej jak dziecko. – Jak dobrze widziec cie znowu. – Przynioslam ci list od Percy'ego – powtorzyla – list, ktory kazal mi oddac ci jak najpredzej. – Widzialas go? – spytal zywo. Skinela glowa potakujaco, gdyz wzruszenie odjelo jej mowe. Nie opowie mu teraz, gdyz nerwy odmawialy jej posluszenstwa, o tym strasznym wczorajszym dniu. Wyjela z fald sukni paczke, ktora Percy oddal jej dla Armanda. – Masz tu gruby list do przeczytania, Armandzie – rzekla. – Percy prosil mnie, bym ci powiedziala, ze masz go przeczytac, gdy bedziesz sam. Podala mu koperte. Twarz Armanda zbladla jak smierc. Papier, ktorego dotknely jego dlonie, palil mu palce jak rozpalone zelazo. – Wyjde za chwile – rzekla, gdyz od czasu gdy list Percy'ego spoczal w reku brata, odczula znow ten okropny skurcz serca, paralizujacy wszystkie jej mysli. – Pozegnasz ode mnie panne Lange – dodala, probujac sie usmiechnac a po przeczytaniu listu, bedziesz z pewnoscia pragnal pomowic z nia sam na sam. Wyswobodzila sie z ramion Armanda i zwrocila sie ku drzwiom. On stal nieruchomo, patrzac na nia blednym wzrokiem. Ale gdy reka dotknela klamki, zrozumial, ze odchodzila. – Mateczko – szepnal mimo woli. Powrocila do niego i chwycila obie jego rece. Spuscil glowe na piersi. Patrzyla z gory na niego z wielka miloscia, ale i gleboka powaga, probujac przeniknac tajniki jego duszy. – Kiedy cie znow zobacze, mateczko? – spytal. – Przeczytaj najpierw ten list, kochanie – odrzekla – a gdy go przeczytasz i bedziesz czul potrzebe podzielenia ze mna swych mysli, przyjdz wieczorem do mnie na Quai de la Ferraille – mieszkam nad sklepem siodlarza, ale jesli nie mam wiedziec, co ten list zawiera, to nie przychodz, a wtedy… zrozumiem. Dobranoc, Armandzie. Objela jego schylona glowe ramionami i zlozyla pocalunek na jego wlosach. Po czym wyszla z pokoju. Rozdzial XI. List Armand siedzial w fotelu przy ogniu. W reku trzymal list napisany przez przyjaciela, ktorego zdradzil. Dwa razy juz go przeczytal i kazde slowo stalo mu zywo w pamieci w najskrytszych zakatkach jego mozgu. „Armandzie, wiem wszystko. Wiedzialem, zanim Chauvelin przyszedl mi to oznajmic, by rozkoszowac sie meka czlowieka, ktorego zdradzil najdrozszy przyjaciel. Ale tej satysfakcji nie otrzymal, bo bylem na to przygotowany. Nie tylko wiem, Armandzie, ale rozumiem. Ja, ktory nie wiem, czym jest milosc, przyszedlem do przekonania, jak mala rzecza jest honor, lojalnosc lub przyjazn w porownaniu z miloscia. Aby wyratowac Janke, sprzedales mnie H~eronowi i jego poplecznikom. Jestesmy mezczyznami, Armandzie i slowo przebaczenia wypowiedziane bylo tylko raz w ciagu 2000 lat i to przez usta Boskie. Ale Malgorzata kocha Cie i niebawem Ty jeden pozostaniesz jej na ziemi; dlatego tez ona nigdy dowiedziec sie nie powinna. Ty zas, Armandzie, przechodzisz katusze stokroc gorsze od moich. Przez zakratowane okna mojej celi slyszalem Twoje przyciszone kroki na korytarzu i nie chcialbym za zadne skarby swiata zamienic mojej meki na Twoja. W imie Twej milosci do Malgorzaty zwracam sie do Ciebie, Armandzie. Jestem w bardzo ciezkim polozeniu, ale moze jeszcze nadejsc chwila, w ktorej reka towarzysza moze mi byc pomocna – pomyslalem o Tobie, Armandzie: po czesci dlatego, ze odebrawszy mi zycie, nalezysz teraz do mnie, po czesci zas dlatego, ze plan moj pociaga za soba powazne niebezpieczenstwa dla czlowieka, ktory mi pomoze w jego wykonaniu. Przysiaglem kiedys, ze nigdy nie naraze zycia towarzysza dla wlasnej osoby, ale okolicznosci bardzo sie zmienily. Jestesmy obydwaj w prawdziwym piekle; usilujac wydostac sie z niego, otwieram i Tobie droge do wyzwolenia. Powroc do swego dawnego mieszkania na ulicy de la Croix Blanche. Bede zawsze wiedzial, gdzie Ciebie szukac. Jezeli otrzymasz jeszcze inny list ode mnie, jakakolwiek bedzie jego tresc – uczyn – co Ci w nim rozkazuje i poslij natychmiast kopie Ffoulkesowi i Malgorzacie. Pozostawaj z nimi w scislym kontakcie. Powiedz im, ze tak dalece przebaczylem Ci nieposluszenstwo (nic poza tym nie bylo), iz oddaje swe zycie i honor w Twoje rece. Nie bede mial zadnej mozliwosci dowiedzenia sie, czy chcesz postapic wedle wskazowek danych w tym liscie, ale wiem, Armandzie, wiem, ze to uczynisz.” Po raz trzeci Armand przeczytal list od Percy'ego. – „Ale wiem, Armandzie” – powtarzal sobie ustep z listu – „wiem, ze to uczynisz”. Jakby razony gromem, zesliznal sie z krzesla na podloge i upadl na kolana. Cale morze goryczy, upokorzenia, wstydu, przez ktore przeszedl podczas ostatnich dni, wezbralo w jego duszy i wybuchnelo wielkim rozdzierajacym krzykiem bolu: – Boze moj, Boze, daj mi sposobnosc oddania zycia za niego. Sam, nie sledzony przez nikogo, puscil wodze swemu cierpieniu. Goraca, niepohamowana w swych namietnosciach krew palila mu serce i mozg zadza ofiary. Ten mlody entuzjasta, kierujacy sie zawsze wrazeniami, nie mogl zrozumiec spokojnego, zrownowazonego temperamentu Anglikow, godzacego sie prawie fatalistycznie z wrogim losem, jak to wykazywal jasno list Percy'ego. Ale choc Armand St. Just nie rozumial swego wodza, umial w calej pelni go ocenic. Wszystko, co bylo szlachetnego i lojalnego w nim, powstawalo na nowo spod popiolow wlasnego wstydu. Uspokoil sie i wejrzenie jego stracilo bledny wyraz. Slyszac dyskretne kroki Janki w przyleglym pokoju, powstal spiesznie i schowal list w kieszen plaszcza. Weszla do salonu i spytala o Malgorzate z pewnym niepokojem, ale odpowiedz Armanda uspokoila ja. Spostrzegla od razu jak wielka zmiana zaszla w usposobieniu mlodzienca: glowe mial podniesiona, a wyraz tropionego zwierza znikl calkiem z jego oczu. Przypisywala te szczesliwa zmiane wplywowi Malgorzaty i wdzieczna byla siostrze, ze uczynila to, czego nie potrafila narzeczona. Siedli obok siebie, rozkoszujac sie powrotem szczescia. Armand robil wrazenie czlowieka, ktoremu spadl nagle z serca wielki ciezar. Spogladal z zaduma na ten pokoj, pelen wspomnien, ktorego prog przestapil po raz pierwszy przed dwoma tygodniami. O, jakze rozkoszne byly te pierwsze godziny, spedzone u nog Janki Lange! Jaka w nich byla pelnia szczescia! Teraz odlecialy w daleka przeszlosc. List Blakeney'a wydarl mu z serca gleboko tkwiace zadlo wyrzutow sumienia, ale powiekszyl brzemie cierpienia. W kilka godzin pozniej skierowal sie w strone rzeki, do mieszkania na Quai de la Ferraille nad sklepem siodlarza. Malgorzata powrocila sama z ulicy de la Charonne, gdyz sir Andrew zajety byl mala garstka zbiegow i towarzyszyl im w ucieczce z Paryza. Zajela sie pakowaniem rzeczy, aby przeniesc sie do domu Lukasza, handlarza starzyzna. Spodziewala sie tez odwiedzin Armanda. – Jezeli bedziesz chcial podzielic sie ze mna trescia tego listu, przyjdz do mego mieszkania wieczorem – powiedziala mu. Caly dzien meczyly ja dreczace podejrzenia, ale teraz zmory te znikly bezpowrotnie. Armand przyszedl, siedzial obok niej i opowiadal, ze wodz wybral go spomiedzy wszystkich, by pozostal dla niego az do ostatka w murach Paryza. – Wiem, ze to uczynisz, Armandzie – powtorzyla Malgorzata z zapalem. Az nadto byla skora, by uwierzyc. Ciemne, czarne podejrzenia, podobne do ohydnego zatrutego zadla, nie przeniknely do glebi jej duszy; zatrzymaly sie na szancu czulej milosci macierzynskiej. Armand, ktory usilowal odczytac mysli siostry w glebiach jej niebieskich oczu, napotkal spojrzenie jasne i pogodne. List Percy'ego do Armanda uspokoil ja, jak sie tego spodziewal. Blakeney nie zyczyl sobie, by Malgorzata zywila nienawisc ku bratu i zwracajac sie do St. Justa w chwili najgrozniejszego niebezpieczenstwa, chcial udowodnic ukochanej kobiecie, ze Armand byl godzien zaufania. Czesc trzecia Rozdzial I. Ostatnia proba oporu – A wiec? Jak rzeczy stoja? – Mysle, ze to ostatnia proba oporu. – Podda sie? – Musi. – Ba, mowiles to juz nieraz. Ci Anglicy sa twardzi… – Tak, potrzeba duzo czasu, by ich zmiazdzyc; tys sam przepowiedzial, obywatelu Chauvelin, ze nielatwo to pojdzie. Juz siedemnascie dni trwa ta walka, ale teraz koniec niedaleki. Zblizala sie polnoc na zegarze w sali posterunkowej w Conciergerie. H~eron wracal ze swej zwyklej wizyty u wieznia, ktora powtarzala sie zawsze o tej samej godzinie. Obecny byl przy zmianie warty, przeprowadzil inspekcje nocnej strazy, wypytal o wszystko dozorujacego sierzanta, a teraz powracal do swej kwatery tuz obok Conciergerie, gdy wtem zjawil sie nieoczekiwanie Chauvelin i postawil mu to suche pytanie: – A wiec? Jak rzeczy stoja? – Jezeli myslisz, ze jestesmy juz tak blisko konca, obywatelu H~eronie – rzekl, znizajac glos – czemu nie przystapic do ostatecznego szturmu i zakonczyc rzecz jeszcze dzis w nocy? – Nie mialbym nic przeciwko temu, gdyz zmeczony jestem tym wszystkim o wiele wiecej niz on – odparl, wskazujac niecierpliwie na cele, w ktorej znajdowal sie wiezien. – Czy sprobowac? Jak myslisz? – Jak chcesz. Obywatel H~eron usiadl i wyciagnal przed siebie dlugie nogi. W tym niskim pokoju wygladal jak olbrzymi pajac o niezrecznie spojonych czlonkach. Zgarbil szerokie ramiona, zapewne pod ciezarem troski i niepokoju, a glowe okryta rzadkimi rozwichrzonymi wlosami, spadajacymi na czolo, zwiesil nisko na piersi. Chauvelin spogladal na swego towarzysza i sprzymierzenca z niemala pogarda. Bylby wolal zakonczyc ciezka walke na wlasna reke, ale wiedzial, ze komitet bezpieczenstwa publicznego nie ufal mu juz tak slepo, jak dawniej przed fiaskiem w Calais. H~eron zas cieszyl sie nieograniczonym zaufaniem swych kolegow. Jego okrucienstwo bylo dobrze wszystkim znane, a nawet fizycznie, dzieki swemu wysokiemu wzrostowi i poteznej budowie, mial znaczna przewage nad drobnym i niskim przyjacielem. Dekret rewolucji nadawal glownemu agentowi komitetu bezpieczenstwa publicznego prawie nieograniczona wladze. Nie czyniono mu zatem najmniejszej trudnosci, gdy oswiadczyl, ze ma zamiar przetrzymac Anglika przez dluzszy czas w wiezieniu, zamiast stawic go natychmiast przed trybunal. Ale motloch coraz glosniej domagal sie sadu, cieszac sie ze swieta, obiecanego w dniu stracenia slawnego spiskowca. Kazdy demagog, usilujacy zdobyc kilka glosow dla siebie, obiecywal ludowi smierc „Szkarlatnego Kwiatu” i w pierwszych dniach po jego uwiezieniu motloch paryski nacieszyc sie nie mogl rozkosza oczekiwania. Ale od tego czasu minelo siedemnascie dni i wciaz jeszcze Anglika nie prowadzono na gilotyne. Zadna uciechy publicznosc zaczela sie niecierpliwic i gdy obywatel H~eron zjawil sie tego wieczora w lozy teatru „National”, przyjela go pomrukiem niezadowolenia i glosnymi okrzykami: – Coz bedzie ze „Szkarlatnym Kwiatem”? Wszystko zmierzalo ku temu, ze bedzie musial chyba wyslac przekletego Anglika na gilotyne, nie wydarlszy z niego cennego sekretu. Chauvelin, obecny w teatrze, uslyszal owe grozne nawolywania i dlatego przyszedl do kolegi o tak poznej godzinie. – Czy mam sprobowac? – napieral z widocznym zniecierpliwieniem, a gdy glowny agent, zmeczony i zniechecony, zgodzil sie na te propozycje, dyplomata westchnal z ulga. – Niech zolnierze halasuja, ile im sie podoba – dodal, usmiechaja sie zlosliwie – Anglik i ja bedziemy potrzebowali wesolej przygrywki do naszej milej konwersacji. Chauvelin nie czekajac dluzej, zwrocil sie zywo ku celi wieznia, odrzucil na bok ciezka zelazna sztabe, stanal na progu i rozejrzal sie wkolo. Spostrzeglszy Blakeney'a, nie podszedl od razu do niego. Przez chwile stal cicho, nieruchomo, z rekoma splecionymi na plecach, tylko usta jego drgaly nerwowo, a palce prezyly sie pod wplywem nadmiernego podniecenia. Napawal sie widokiem pokonanego nieprzyjaciela. Blakeney siedzial jedna reka oparty na stole. Wychudzona dlon byla kurczowo zacisnieta, a oczy utkwione w dal. Nie zauwazyl obecnosci Chauvelina i dlatego dyplomata mogl nasycic sie do woli widokiem swej ofiary. Z zewnetrznego wygladu robil wrazenie czlowieka, ktorego brak swiezego powietrza, pozywienia, a przede wszystkim snu zamienily w widmo. Ani kropli krwi w jego twarzy lub ustach, skora byla zolta, tylko trawiaca goraczka w zapadlych oczach zdradzala zycie. Chauvelin nie spuszczal go z oka, przykuty jakims dziwnym, nieokreslonym uczuciem. Pomimo triumfu, nienawisci i pewnosci wygranej, zrodzil sie w nim podziw. Patrzyl na nieruchoma postac czlowieka, ktory tyle przecierpial dla idealu i zdawalo mu sie, ze jego duch opuscil juz cialo i wznosi sie w dusznym powietrzu mrocznej celi, koronujac go nieziemska chwala. Dyplomata zauwazyl z bystroscia zaostrzona przez nienawisc, ze pomimo wszystkiego twarz Blakeney'a i w dal zapatrzone oczy, ktore zdawaly sie przenikac wiezienne mury, nie zdradzaly najlzejszego oslabienia umyslowego, a nadwatlone sily nie obnizyly dotad polotu jego duszy. Sir Percy Blakeney – wiezien od siedemnastu dni, odosobniony od swiata, pozbawiony snu, pozywienia i ruchu, ktory stanowil do tej chwili tresc jego zycia – mogl byc zewnetrznie cieniem dawnego czlowieka, ale pozostal w dalszym ciagu tym wytwornym angielskim gentlemanem, ksieciem salonow, ktorego Chauvelin spotkal przed kilkoma miesiacami na najswietniejszym dworze europejskim. Jego odzienie zdradzalo znakomity kroj londynskich firm. Pomimo braku obslugi ubrany byl bardzo starannie i czysto, a delikatne faldy bezcennych koronek przyslanialy wypieszczona bialosc jego wychudlych rak. Blada, znekana twarz i cala postawa zdradzaly jeszcze wciaz nieugieta sile wolli i owa nieustraszona pewnosc siebie, uragajaca samemu przeznaczeniu. Chauvelin nie ludzil sie; czul, ze za tym czolem, powleczonym teraz woskowa bladoscia, umysl byl wciaz zywy, czynny i ze rozmyslal nad swym wyzwoleniem, nad zdobyciem na nowo utraconej przewagi. Zdawal sobie jasno sprawe, ze umysl jego stawal sie tym przenikliwszy, im ofiara stawala sie wieksza. Postapil krok naprzod i Blakeney spostrzegl jego obecnosc. Usmiech rozjasnil wymeczona twarz wieznia: – Ach, to moj przyjaciel mr Chambertin! – rzekl wesolo. Powstal, by zlozyc uklon wedlug najsurowszej owczesnej etykiety. W oczach Chauvelina odbila sie niepohamowana radosc; zauwazyl bowiem, ze powstajac z miejsca, sir Percy oparl sie o stol, a oczy zaszly mu mgla. Z nietajonym zadowoleniem przekonal sie Chauvelin, ze powoli slabla potezna sila fizyczna, ktorej nienawidzil u swego nieprzyjaciela na rowni z lekcewazaca bezczelnoscia jego obejscia. – Jakiej szczesliwej okolicznosci mam przypisac, sir, zaszczyt twojej wizyty? – ciagnal dalej wesolo Blakeney, powrociwszy do siebie po chwilowym oslabieniu. – Memu pragnieniu twego dobra, sir Percy – odrzekl Chauvelin rowniez drwiaco. – Czyz nie uczyniles juz wszystkiego, co bylo w twojej mocy, by zadowolic to pragnienie? Ale usiadz, prosze – dodal, wskazujac krzeslo. – Siadalem wlasnie do sutej kolacji, ktora podali mi twoi przyjaciele. Czy nie chcesz podzielic sie nia ze mna? Odbijesz sobie moze te niefortunna wieczerze w Calais – pamietasz, gdy ty, mr. Chambertin, przyjales na pewien czas swiecenia kaplanskie. Zasmial sie, wskazujac kawalek czarnego chleba i dzban wody, stojacy na stole. Chauvelin usiadl. Zagryzl wargi do krwi. Czynil, co mogl, aby nie stracic rownowagi. Nie chcial, by Blakeney zauwazyl, jak bardzo dopieka mu jego zuchwalstwo. Zreszta nietrudno bylo zachowac zimna krew teraz, gdy zwyciestwo bylo po jego stronie i jednym podniesieniem palca mogl zamknac te drwiace usta. – Sir Percy – rzekl spokojnie – sprawia ci widocznie wielka satysfakcje ostrzyc swoj dowcip moim kosztem. Nie zabraniam ci tej przyjemnosci, twe ukaszenia nie sa na razie grozne. – I nie bede juz mial wiele sposobnosci zabawiac sie kosztem twej przezacnej osoby – potwierdzil Blakeney. Przyblizyl drugie krzeslo do stolu i usiadl w swietle lampy, jakby dla okazania przeciwnikowi, ze niczego przed nim nie ukrywa: ani mysli, ani nadziei, ani leku. – Otoz wlasnie – rzekl sucho Chauvelin – i dlatego nie trac cennych chwil, pozostawionych ci do dyspozycji. Czas uchodzi, sir Percy, i nie jestes juz zapewne tak pelen nadziei, jak przed tygodniem. Nie czules sie nigdy zbyt dobrze w tej celi – czemu zatem nie polozyc kresu przykrej sytuacji raz na zawsze? Nie pozalujesz tego, daje ci slowo. Sir Percy oparl sie wygodnie o porecz krzesla i ziewnal glosno. – Wybacz, sir, ale nigdy nie czulem sie tak spiacy. Nie spalem juz od dwoch tygodni. – Zapewne, sir Percy, i dlatego jedna spokojna noc przynioslaby ci wielka ulge… – Jedna noc, sir! – zawolal Blakeney, smiejac sie, a smiech ten zdawal sie byc echem jego dawnej niezrownanej wesolosci. – Potrzebowalbym przynajmniej calego tygodnia! – Obawiam sie, ze nie moglibysmy na to zezwolic, ale jedna noc bardzo by cie wzmocnila. – Masz racje, sir, masz racje, ale ci przekleci zolnierze tam obok bardzo halasuja. – Wydam ostre rozkazy, a zupelny spokoj zapanuje w izbie posterunkowej tej nocy – napieral Chauvelin – i nikt nie bedzie ci przeszkadzac. Kaze ci zaraz przyniesc obfita kolacje, i wypelnimy wszystkie twoje zyczenia. – O, jakze to brzmi necaco, sir! Czemu nie zaproponowales mi tego predzej? – Byles taki… jak to powiedziec… nieprzystepny, sir Percy. – Nazwij mnie po prostu upartym, kochany Chauvelin – przerwal wesolo Blakeney – bede ci bardzo wdzieczny za szczerosc. – W kazdym razie postepowales wbrew wlasnym interesom. – I dlatego przyszedles tu – zawyrokowal Blakeney – jak dobry Samarytanin dla okazania mi milosierdzia i zaopiekowania sie mna? Chcesz obdarzyc mnie wygodami, dobra kolacja i miekkim lozkiem? – Zgadles, sir Percy – rzekl Chauvelin uprzejmie – oto moja misja. – Jakze sie do tego wezmiesz, monsieur Chambertin? – Z najwieksza latwoscia, sir Percy, jezeli dasz sie namowic i usluchasz mego przyjaciela, obywatela H~erona. – Ach, o to chodzi! – Tak. On chcialby wiedziec, gdzie znajduje sie maly Kapet. Zupelnie zrozumiale zyczenie, musisz przyznac, szczegolnie, ze znikniecie dziecka pociaga za soba wielkie nieprzyjemnosci. – A ty, monsieur Chambertin – spytal Blakeney z odcieniem ironii, ktora draznila do najwyzszego stopnia przeciwnika – jakie sa twoje zapatrywania na to? – Moje, sir Percy – odparl Chauvelin – moje? Jezeli mam ci prawde powiedziec, to losy malego Kapeta sa mi dosc obojetne: czy wegetowac bedzie w Austrii, czy w naszych wiezieniach – mniejsza o to. Francji juz grozic nie moze. Nauki Simona zrobily swoje i mizerny smarkacz, ktorego wydarles spod naszej pieczy, nie bedzie juz nigdy zdatny na krola lub wodza. Moim jedynym zyczeniem jest zniszczenie waszej przekletej ligi i pohanbienie lub smierc jej przywodcy. Wypowiedzial te slowa z wiekszym wzburzeniem niz zamierzal. Nienawisc, zywiona przez osiemnascie ostatnich miesiecy i upokorzenia w Calais stanely mu znow przed oczyma pomimo wieziennych scian i ponurego cienia glodu i smierci, roztaczajacego sie na wynedznialej postaci, stojacej przed nim, gdyz wciaz napotykal pare ironicznych oczu, utkwionych w nim bezczelnie. Tymczasem Blakeney oparl sie o stol lokciami i przysunal drewniana tace z sucha kromka chleba. Z niewzruszonym spokojem przelamal chleb na dwie czesci i podal tace Chauvelinowi. – Przykro mi, ze nie moge ofiarowac ci czegos lepszego, sir, ale twoj szanowny przyjaciel nie dostarczyl mi niczego innego. Wzial do ust odrobine chleba, spozyl ja ze smakiem i nalal sobie szklanke wody. Po czym rzekl wesolo: – Nawet ten ocet, ktory nam podal w Calais ow gbur Brogard, lepszy byl od tego, czy nie uwazasz, moj poczciwy mr. Chambertin? Chauvelin milczal; sledzil Blakeney'a, jak drapiezne zwierze na lowach ofiare, lezaca u jego stop. Twarz Percy'ego byla w tej chwili istotnie przerazajaca. Silil sie na obojetnosc, rozmawial, smial sie, ale policzki i usta byly trupio blade, skora wydawala sie powloka z wosku na wychudzonej twarzy, a ciezkie powieki zsiniale jak olow. W tym stanie wyczerpania stechla woda i splesnialy chleb musialy dzialac na ofiare odrazajaco i sam Chauvelin, choc dyszacy zemsta, nie mogl zniesc widoku tego meczennika, ktorego on i jego koledzy dreczyli bezlitosnie dla swoich wlasnych celow. Po twarzy wieznia przeszedl jakby cien smierci. Chauvelin odwrocil glowe. Wyrzuty sumienia wbily sie jak ciern w jego dusze, ale to uczucie bylo tylko przelotne. Zbyt dlugo rozkoszowal sie widokiem okrucienstw wszelkiego rodzaju, by dac sie powodowac litosci. Wszelkie szlachetniejsze porywy tych rewolucjonistow stlumil od dawna dziki wir bezprawia. Skazywanie blizniego na meki, by wyrwac z niego judaszowska zdrade, bylo tylko dopelnieniem wszystkich zbrodni, ciazacych im na sumieniu. Chauvelin nie roznil sie niczym od swych kolegow. Sluzyl wiernie rzadowi i jego drapieznosc w tym wypadku potegowala osobista nienawisc. A gdy ujrzal znow wesoly usmiech na sinych ustach niezwyciezonego wroga, wszelkie szlachetniejsze uczucie rozwialo sie w jego sercu. – To nic – rzekl sir Percy – mialem przejsciowy zawrot glowy, moj panie. O czymze mowiles, sir. Chauvelin zerwal sie na rowne nogi. Bylo cos nadziemskiego, cos nadprzyrodzonego w tym umierajacym czlowieku, ktory jak zuchwaly uczniak uragal zblizajacej sie smierci i w tym smiechu, wydobywajacym sie jakby z szeroko rozwartego grobu. – W imie Boskie, sir Percy – rzekl dyplomata z wsciekloscia, uderzajac zacisneta piescia w stol – ta sytuacja jest nie do zniesienia, musimy ja zakonczyc jeszcze dzis wieczorem. – Zdaje mi sie, ze ty, sir i twoi pobratyncy nie wierzycie w Boga, wiec po co to zaklecie? – odparl Blakeney. – Ja nie, ale wy Anglicy wierzycie. – Wierzymy, ale nie chcemy slyszec Jego imienia z waszych ust. – W takim razie w imie zony, ktora kochasz. Ale zanim slowa te zamarly na ustach Chauvelina, sir Percy powstal z miejsca. – Dosyc, dosyc – przerwal wyniosle i pomimo slabosci, wyczerpania i zmeczenia tak grozny wyraz blysnal w jego oczach, ze Chauvelin cofnal sie o pare krokow, rzucajac ukradkiem niespokojne wejrzenie ku otwartym drzwiom izby posterunkowej. – Dosyc – powtorzyl po raz trzeci – nie wymieniaj jej imienia, inaczej w imie Boga zywego, ktorego smiesz wzywac, znajde dosc sily, by zamknac ci usta. Ale Chauvelin po pierwszym odruchu nadprzyrodzonego strachu odzyskal zimna krew. – Maly Kapet, sir Percy – rzekl, wytrzymujac grozny wzrok wieznia ze spokojnym usmiechem – powiedz mi, gdzie on jest, a za chwile znajdziesz sie w towarzystwie najpiekniejszej kobiety w Anglii. Uzyl tych slow jako pokusy, jako ostatniego obrotu kola torturowego. Ale prawie jednoczesnie zaplacil w calej pelni za swa smialosc. Sir Percy porwal ze stolu cynowy dzban, napelniony do polowy cuchnaca woda i reka drzaca od wysilku rzucil mu go w twarz. Ciezki dzban nie dosiegnal Chauvelina. Odbil sie z trzaskiem o kamienna sciane naprzeciwko, ale woda zalala mu twarz i splywala po oczach i policzkach. Strzasnal z siebie strumienie wody i z wyrazem dobrotliwej poblazliwosci spojrzal na swego wroga, ktory wyczerpany wysilkiem, upadl na krzeslo. Wyciagnal chustke i spokojnie wytarl nia twarz. – Nie trafiles tak celnie – jak to dawniej bywalo, sir Percy – rzekl drwiaco. – Widocznie nie, panie. Mowil z trudem i wygladal na czlowieka pol przytomnego. Przymknal oczy i odrzucil w tyl glowe na wysoka porecz krzesla. Chauvelina ogarnal strach, ze zamiast rozniecic gasnaca iskre zycia w swym przeciwniku, zadal mu smiertelny cios. Przerazony pobiegl do otwartych drzwi, prowadzacych do sasiedniej izby. – Wodki, predko! – krzyknal. H~eron, zbudzony nagle ze swej drzemki, podniosl glowe, spuscil na ziemie dlugie nogi i spytal: – Co sie stalo? – Wodki! – powtorzyl niecierpliwie Chauvelin – wiezien zemdlal… H~eron wzruszyl ramionami. – Bedziesz go cucil wodka? – Ja moze nie, ale ty z pewnoscia, obywatelu H~eronie – warknal Chauvelin – bo jezeli tego nie uczynisz, umrze za godzine. – Do wszystkich diablow! – krzyknal H~eron – zabiles go! Ty glupcze! Zerwal sie z miejsca, trzesac sie na calym ciele, oszalaly z gniewu; przeklinajac na prawo i na lewo, przecisnal sie przez gromade zolnierzy, grajacych w kosci lub w karty. Ustepowali mu z trwogi w poplochu, gdyz nie bylo bezpiecznie draznic obywatela H~erona, gdy byl rozgniewany. H~eron podniosl zelazna sztabe, bez ceremonii odsunal na bok swego kolege i wpadl do celi. Chauvelin, nie zwazajac na prostackie zachowanie sie glownego agenta, poszedl za nim. Staneli na srodku pokoju. H~eron zwrocil sie szorstko do przyjaciela. – Mowiles, ze umrze za godzine. Chauvelin wzruszyl ramionami. – Na razie rzeczywiscie nie wyglada na to – rzekl sucho. Blakeney siedzial wedle swego zwyczaju z reka wyciagnieta na stole, druga spoczywala mu na kolanach. Cien usmiechu igral znow na jego twarzy. – Nie za godzine, obywatelu H~eronie, nawet nie za dwie… – Jestes szalencem – zachnal sie H~eron. – Miales juz siedemnascie dni tej zabawy, czy jeszcze ci nie dosyc? – W zupelnosci, drogi przyjacielu – odparl Blakeney silniejszym glosem. – Siedemnascie dni – powtorzyl tamten, kiwajac rozwichrzona czupryna – przyszedles tu drugiego, a dzis mamy dziewietnastego… – Dziewietnastego? – zastanowil sie sir Percy – a jaka to data w jezyku chrzescijanskim? – Siodmego lutego, do uslug twoich, sir Percy – odparl spokojnie Chauvelin. – Dziekuje, sir, w tej przekletej norze traci sie rachube czasu. Chauvelin, w przeciwienstwie do swego prostackiego kolegi, pilnie sledzil wieznia. Spostrzegl w nim nieuchwytna, subtelna zmiane zaszla widocznie wskutek ostatniego wysilku. Na pierwszy rzut oka postawa Blakeney'a byla wciaz ta sama: glowe mial podniesiona, oczy wpatrzone w nieuchwytna dal; ale wyraz przygnebienia i zmeczenia spotegowal sie wkolo podkrazonych oczu. Bystremu dyplomacie zdawalo sie, ze sila zywotna, nieugieta wola i owa nadprzyrodzona potega, ktore przed chwila jeszcze wywolywaly w nim tak wielki podziw, slably powoli. Blakeney spojrzal na niego. Serce Chauvelina zadrgalo radoscia. Ironiczny jego usmiech przywital to znekane spojrzenie. Przyszla na niego wreszcie kolej drwin i zartow, gdyz zblizal sie koniec, nieunikniony koniec, dla ktorego pracowal, knul i wprawial swe serce do szatanskiego okrucienstwa. Nastepowal powoli upadek duszy z zawrotnych wyzyn ofiary i poswiecenia, na ktorych usilowala utrzymac sie przez pewien czas, poki cialo i wola nie ulegly i nie runely w przepasc nieuniknionej hanby i upokorzenia. Rozdzial II. Zlamany opor Milczenie zapanowalo w czarnej celi. Dziki triumf gorzal w oczach Chauvelina i nawet H~eron ten rubaszny, prostacki parobek, zdawal sobie teraz sprawe z zaszlej u wieznia zmiany. Blakeney westchnal ciezko i zniecheconym bezradnym ruchem wsparl lokcie na stole. Glowa opadla mu ciezko na piersi. – Sames sobie winien, obywatelu – krzyknal H~eron – czemus czekal tak dlugo? A gdy wiezien nie dawal odpowiedzi, tylko patrzyl na obu mezczyzn blednymi oczyma, Chauvelin rzekl spokojnie: – Wiecej niz dwa tygodnie straciles na bezcelowym uporze, sir Percy, ale szczesliwym trafem nie jest jeszcze za pozno. – Kapet? – nastawal H~eron – powiedz nam, gdzie Kapet? Przechylil sie przez stol. Oczy plonely mu krwawo, a glos drzal z podniecenia. – Przestancie mnie dreczyc… – szepnal wiezien tak slabym glosem, ze oprawcy musieli natezyc sluch. – Pozwolcie mi spac i odpoczac. – Cisza grobowa zapanuje wkolo ciebie – odparl Chauvelin szorstko – jezeli przemowisz. Gdzie Kapet? – Nie moge wam wytlumaczyc… za daleka droga… – Coz z tego? – Zaprowadze was do Kapeta, jezeli pozwolicie mi odpoczac. – Nie potrzebujemy, bys nas prowadzil – warknal H~eron. – Powiedz nam, gdzie Kapet, a damy sobie sami rade. – Mowie wam, ze nie moge. Droga zanadto zawila, zbyt odlegla od glownego traktu; tylko moi przyjaciele i ja znamy miejsce, gdzie sie ukrywa. Znow cien smierci przeszedl po twarzy wieznia; glowa jego runela na porecz krzesla. – Umrze, zanim cos wygada – mruknal Chauvelin. – Masz zwykle przy sobie wodke, obywatelu H~eronie. Glowny agent zrozumial, ze nie bylo czasu do stracenia. Mialby umrzec w chwili poddania sie? Wyciagnal flaszke z kieszeni plaszcza i przytknal ja do ust Blakeney'a. – Podly napoj – szepnal slabo wiezien. – Zemdleje predzej, niz wypije te lure. – Kapet, gdzie Kapet? – powtarzal wciaz natarczywie H~eron. – Sto, dwiescie, trzysta mil stad. Dam znac jednemu z czlonkow ligi, a on skomunikuje sie z towarzyszami. Musze sie przygotowac – tlumaczyl Blakeney. H~eron zaklal glosno. – Gdzie Kapet? Powiedz nam, gdzie Kapet, inaczej… Jak rozjuszony tygrys, ktoremu wydarto zdobycz, zerwal sie i bylby na pewno zamknal na wieki usta, posiadajace cenna tajemnice, gdyby Chauvelin nie byl zawczasu uchwycil go za reke. – Co robisz, obywatelu, co robisz? – krzyknal rozkazujaco. – Nazwales mnie szalencem przed chwila, gdy myslales, ze zabilem wieznia. Musimy najpierw wydobyc z niego sekret, potem niech sobie umiera. – Dobrze, ale nie w tej przekletej norze – jeknal Blakeney. – Na gilotynie, jezeli odpowiesz na nasze pytania – wrzasnal H~eron, ktorego wscieklosc ponosila, a jezeli bedziesz milczal, to umrzesz z glodu tu, w tej dziurze! Tak, z glodu! – zawyl, odslaniajac rzad duzych, wyszczerbionych zebow, jak u kundla. – Kaze zamurowac dzis jeszcze drzwi i zadna istota zyjaca nie przejdzie tego progu, dopoki twe cialo nie zgnije i szczury go nie rozszarpia. Wiezien podniosl znow glowe, dreszcz wstrzasnal jego cialem, jak gdyby pod wplywem febry; zwrocil na swego przesladowce szkliste, pelne trwogi wejrzenie. – Chce umrzec na otwartym powietrzu, a nie w tej dziurze – szepnal. – W takim razie powiedz nam, gdzie Kapet. – Nie moge – Bog mi swiadkiem. Ale zaprowadze was do niego, przysiegam. Kaze moim towarzyszom wydac Kapeta. Czy myslicie, ze nie chcialbym powiedziec wam prawdy, gdybym tylko mogl? H~eron, ktorego despotyczne instynkty burzyly sie wobec sprzeciwiania sie jego woli, napieral w dalszym ciagu na wieznia, ale Chauvelin polozyl kres tym indagacjom. – Nic w ten sposob nie wskorasz, obywatelu – rzekl – ten czlowiek majaczy i nie jest w stanie dac nam jasnych informacji. – Coz zatem robic? – zachnal sie tamten. – Nie przezyje dwudziestu czterech godzin i z kazda chwila bedzie gorzej. – Musisz zlagodzic swoje rozporzadzenia co do niego. – Przedluzymy w ten sposob nieznosny stan rzeczy, a tymczasem wywioza dzieciaka poza granice Francji. Wiezien oparl glowe o stol i zapadl w odretwienie, jedyny rodzaj snu, na ktory zdobyc sie mogla wyczerpana natura. H~eron szarpnal go brutalnie za ramie. – Nic z tego, moj bracie – wrzasnal – nie zalatwilismy jeszcze sprawy Kapeta. Wiezien nie dawal znaku zycia. Chauvelin polozyl reke na ramieniu kolegi. – Mowie ci, obywatelu, ze to na nic – rzekl ostro, chyba, ze nie liczysz juz na odnalezienie Kapeta. Jezeli nie dajesz za wygrana, musisz zapanowac nad soba; sprobuj dyplomacji, gdy sila zawiodla. – Dyplomacja! – zasmial sie H~eron. – Na wiele ci sie przydala w Calais zeszlej jesieni, obywatelu Chauvelin? – Ale za to przydala mi sie teraz – odparl Chauvelin. – Musisz przyznac, obywatelu, ze to moja dyplomacja dala ci moznosc odnalezienia Kapeta. – Moznosc? – mruknal tamten. – Dotad mamy tylko moznosc zaglodzenia wieznia, ale czy zblizamy sie do upragnionego celu, zglebienia tajemnicy? – Oczywiscie. Po dwoch tygodniach systematycznego oslabiania czlowieka jestesmy blizej celu niz wowczas, gdy byl w pelni sil. – A jezeli Anglik nie rozsznuruje ust i umrze tymczasem?… – Nie umrze, jezeli zgodzisz sie na jego prosbe. Daj mu dzis wieczorem pozywna kolacje i pozwol mu spac az do rana. – Jutro znow sie uprze. Jestem pewien, ze ma jakis plan w glowie. – Byc moze – odparl sucho Chauvelin. – Ale zdaje mi sie – dodal z pogarda, rzuciwszy okiem na mizerna postac swego wspanialego niegdys nieprzyjaciela – ze ani duch ani cialo nie sa na razie zdolne wymyslic konkretnego spisku. Gdyby jednak plan ucieczki wylonil sie z jego mrocznego umyslu, daje ci slowo, obywatelu H~eronie, ze bedziesz mogl z latwoscia ten plan wniwecz obrocic, jezeli postapisz wedle mej rady. Eksambasador rewolucyjnej republiki francuskiej mial wielki dar przekonywania ludzi i tym razem dopial celu. Byl o wiele sprytniejszy od agenta „komitetu bezpieczenstwa publicznego”. Chauvelin przypominal zwinna, przebiegla pantere, zreczna w swych ruchach, ktora potrafi wysledzic ofiare, tropic ja przytlumionymi krokami i napasc, gdy jest znuzona; H~eron podobny byl raczej do rozjuszonego bydlecia, ktore rzuca sie na oslep bez zadnego planu, bije glowa o mur, nie obliczywszy swych sil i pozwala ofierze wymknac sie dzieki brutalnosci i niezrecznosci napadu. Chauvelin mial jednak przeciwko sobie dawne niepowodzenia, a szczegolnie swa kompromitacje w Calais. H~eron wiedzial, ze znajduje sie wciaz w smiertelnym niebezpieczenstwie, ale nie czujac sie na silach, by wyjsc z obecnej sytuacji bez pomocy Chauvelina, staral sie na kazdym kroku upokarzac dyplomate drwiac z jego argumentow. – Twoje rady nie przydaly sie wiele zeszlej jesieni w Calais – rzekl i splunal z pogarda. – A przeciez, obywatelu H~eronie – odparl dyplomata z niezmaconym spokojem – nie pozostaje ci nic innego. Czy masz oczy? Przypatrz sie wiezniowi uwaznie. Jezeli nie bedziesz go ratowal, umrze za kilka godzin, a co wtedy bedzie? Odciagnal znow na bok kolege z dala od pojmanego lwa, pograzonego w polsnie, podobnym raczej do smierci. – Co sie wowczas stanie z toba, obywatelu H~eronie? – powtorzyl, znizajac glos. – predzej czy pozniej ktos z intrygantow z Konwencji dowie sie, ze nie ma juz malego Kapeta w Temple, ze podstawiono nedzne dziecko zamiast niego i ze ty, obywatelu H~eronie, razem z komisarzami, oklamujecie od dwoch tygodni narod i jego przedstawicieli. A wtedy – co sie stanie?… Uczynil znaczacy gest palcami po szyi. H~eron nie znalazl odpowiedzi. – Zmusze tego przekletego Anglika do gadania – rzekl ze zloscia. – Nie uda ci sie – odparl stanowczo Chauvelin. – W stanie, w jakim sie znajduje, nie moze udzielic najmniejszej informacji, nawet chocby chcial, a to jest watpliwe. – Masz wrazenie, ze nie poddal sie jeszcze? – Nie. Sili sie jeszcze na opor, ale daremnie. Czlowiek tej miary przecenia zawsze swe sily. Przypatrz mu sie uwaznie – powinienes zauwazyc, ze nie mamy juz czego sie obawiac. H~eron robil w tej chwili wrazenie zarlocznego zwierza, trzymajacego w swych pazurach dwie ofiary. Nie mogl pogodzic sie z mysla, by Anglik opuscil te ciasna cele, w ktorej nie spuszczal go z oka dniem i noca i gdzie z kazdym dniem, z kazda godzina mozliwosc ucieczki stawala sie watpliwsza. Z drugiej strony rozumial, ze nadzieja odebrania malego Kapeta nigdy sie nie zisci, jezeli wiezien milczec bedzie do konca. – Chcialbym miec niezachwiana pewnosc, ze dzialasz w tej samej mysli co ja. – Dzialam zupelnie w tej samej mysli, obywatelu H~eronie; czyz nie widzisz, ze nienawidze tego Blakeney'a tysiac razy wiecej od ciebie? Jak namietnie pragne jego smierci, wie tylko pieklo lub niebo; przede wszystkim jednak pragne jego upokorzenia i dlatego doradzam ci i pomagam. Gdy pojmales tego czlowieka, chciales go stawic przed trybunal, poslac na smierc wsrod uciechy calego Paryza i uwienczyc korona meczenska. Bylby ci uragal, pomiatal toba do ostatka, az do stop gilotyny. Ty, twoi poplecznicy i wszystkie straze paryskie nie mieliscie mocy nad nim, gdy byl w pelni swych mlodych sil, przy sprzyjajacym mu zawsze szczesciu. Dzien wyprowadzenia go z wiezienia na gilotyne bylby dniem twej sromotnej porazki. Znalazlszy sie poza cela wiezienna, silny i zdrow, chocby otoczony najsilniejsza straza, umknalby z pewnoscia. Jestem o tym tak przekonany, jak o tym, ze zyje. Znam tego intryganta, ale ty go nie znasz. Nie tylko z moich rak sie wyslizgnal. Spytaj obywatela Collot d'Herbois, sierzanta Bibot przy bramie M~enilmontant, generala Santerre i jego straz. Oni wszyscy moga ci cos o nim powiedziec. Gdybym wierzyl w Boga lub diabla, musialbym przypuszczac, ze ma sily nadprzyrodzone do pomocy i sfore szatanow na zawolanie. – A jednak wciaz radzisz, by wyprowadzono go jutro z tej celi. – Teraz to co innego – nie jest juz tym samym czlowiekiem. Za moja rada poddales go regulaminowi, ktory zniszczyl jego sily nadprzyrodzone wyczerpaniem fizycznym i moralnym i wypedzil na cztery wiatry jego zastepy szatanow. – Ach, gdybys pragnal tak namietnie, jak ja, odebranie Kapeta! – jeknal H~eron jeszcze nie calkiem przekonany. – Sprawa odebrania Kapeta lezy mi na sercu tak samo, jak i tobie – rzekl powaznie Chauvelin – jezeli posluzy do upokorzenia tego Anglika. Zamilkl, utkwiwszy badawcze spojrzenie w koledze. Zrozumieli sie wreszcie. – Zdaje mi sie – rzekl H~eron – ze rozumiem. – Nareszcie – powiedzial z ulga Chauvelin. – Upokorzenie „Szkarlatnego Kwiatu” i jego ligi jest dla mnie kwestia tak zywotna, jak ujecie Kapeta dla ciebie. Dlatego tez wskazalem ci sposob sprowadzenia intryganckiego awanturnika do naszych stop. Nastepnie mozesz wywrzec na nim swa zemste. Zanim H~eron odpowiedzial, rzucil znow okiem na wieznia. Blakeney nie dawal znaku zycia. Twarz mial zaslonieta, ale wychudzone i trupiozolte rece przemawialy wymowniej, niz to mogly uczynic oczy. Glowny agent komitetu bezpieczenstwa publicznego stanal raz jeszcze przed czlowiekiem, z ktorego pragnal namietnie wyrwac doniosla tajemnice. Brutalna reka podniosl pochylona glowe i utkwil badawczy wzrok w twarzy swej ofiary. Spojrzal na woskowe czolo, zsiniale oczy, blade usta, po czym wzruszyl szerokimi ramionami. Z glosnym smiechem, ktory z pewnoscia rozradowalby pieklo, zwrocil sie znow do swego kolegi. – Zdaje mi sie, ze masz racje, obywatelu Chauvelin – rzekl – niewiele juz w nim zostalo nadprzyrodzonej potegi. Poslucham twojej rady. Znekana glowa wieznia opadla znow ciezko na piersi… Rozdzial III. Rada Chauvelina Byly ambasador pociagnal kolege do najodleglejszego kata celi z dala od stolu, przy ktorym siedzial wiezien. Tutaj halas, dochodzacy bezustannie z izby posterunkowej, zagluszal wszelka rozmowe. Chauvelin rozkazal sierzantowi, by podal mu przez sztabe zelazna dwa krzesla. Postawil je przy scianie i skinawszy na H~erona, by zajal miejsce, usadowil sie tuz kolo kolegi. Stad mogli obserwowac i sale posterunkowa, znajdujaca sie naprzeciwko nich, i najodleglejszy kat celi. – Przede wszystkim – zaczal Chauvelin, znizajac glos – dojdzmy do jasnego porozumienia, obywatelu H~eronie. Czy chcesz, aby Anglik zginal dzis czy jutro, w wiezieniu czy pod gilotyna? To wszystko jest bardzo latwe do przeprowadzenia, ale moze ponad wszystko chcesz pochwycic malego Kapeta? – Chce przede wszystkim Kapeta – mruknal dziko H~eron. – Szyje dam pod noz, jezeli go nie wynajde. Do stu diablow! Czyz nie powiedzialem ci juz tego dosc wyraznie? – Powiedziales mi to bardzo wyraznie, obywatelu H~eronie, ale chcialem sie upewnic, i dac ci do zrozumienia, ze i ja rowniez do tego daze, by Anglik zdradzil malego Kapeta i oddal go w twe rece. Pragne wiecej jeszcze upokorzenia Blakeney'a niz jego smierci. – W takim razie, obywatelu, daj mi jakas rade. – Moja rada jest nastepujaca: poslij zaraz wiezniowi dostateczna ilosc pozywienia, by powrocil nieco do sil; niech sie troche przespi, a po jedzeniu i szklance wina bedzie rozmowniejszy. Nastepnie daj mu atrament i papier. Musi, jak twierdzi, napisac do jednego ze swych towarzyszy, ktory, przypuszczam, skomunikuje sie z innymi, by wydac nam malego Kapeta. Ten list oznajmi bandzie angielskich gentlemenow, ze ich uwielbiany wodz sprzedaje nam niekoronowanego krola Francji w zamian za wlasne zycie. Ale nie dopuscimy do tego, by owa wytworna bande zawiadomiono zbyt wczesnie o zamiarach wodza. Wytlumaczymy wiezniowi, ze towarzysz, ktorego najpierw pouczy o swych zamiarach, musi wyjechac z nami jutro na te ekspedycje i towarzyszyc nam az do ostatniego postoju. Jezeli okaze sie konieczne, wyslemy go przodem pod silna eskorta z poleceniem pysznego „Szkarlatnego Kwiatu” do czlonkow ligi. – Na co sie to przyda? – zachnal sie H~eron. – Czy chcesz dac sposobnosc jednemu z jego poplecznikow, by mu przyszedl z pomoca? – Cierpliwosci, cierpliwosci, moj poczciwy H~eronie! – odparl Chauvelin z poblazliwym usmiechem. – Wysluchaj mnie do konca. Czas nagli. Gdy skoncze, bedziesz mogl przedstawic swoje wnioski, ale nie teraz. – Mow wiec dalej. Slucham cierpliwie. – Uwazam, ze nie tylko jeden z czlonkow ligi powinien jechac z nami jutro – ciagnal dalej Chauvelin – ale i zona wieznia, Malgorzata Blakeney. – Kobieta? Po co? – Wytlumacze ci zaraz, dlaczego. Nie powiemy wiezniowi, ze ona nam bedzie towarzyszyla. Niech to bedzie dla niego mila niespodzianka. Polaczy sie z nami dopiero poza murami Paryza. – W jaki sposob ja znajdziesz? – Bardzo latwo. Wytropilem ja kilka dni temu z pewnego domu na Quai de la Ferraille. Teraz przeniosla sie na ulice Charonne i z pewnoscia nie opusci Paryza, dopoki jej maz pozostanie w Conciergerie. Ale mniejsza o to, idzmy dalej. List, ktory wiezien napisze dzis w nocy, do swego przyjaciela, oddam we wlasciwe rece. Przez ten czas ty, obywatelu H~eronie, musisz czynic przygotowania do naszej podrozy. Wyruszymy o swicie i na przestrzeni pierwszych piecdziesieciu mil przynajmniej musimy byc przygotowani na ewentualna zbrojna napasc, w razie gdyby „Szkarlatny Kwiat” wiodl nas w zasadzke. – Tak, to podobne do niego – mruknal H~eron. – Podobne do niego, ale nieprawdopodobne. Nie przecze jednak, ze trzeba sie miec na bacznosci. Wez z soba silna eskorte, obywatelu, zlozona co najmniej z dwudziestu do trzydziestu rutynowanych, tegich ludzi, ktorzy predko zalatwia sie z cywilami, chocby nawet najlepiej uzbrojonymi. Liga liczy dwudziestu czlonkow wraz z wodzem, ale nie wyobrazam sobie, w jaki sposob wiezien moglby z tej celi zorganizowac przeciwko nam zasadzke. W kazdym razie twoja to rzecz, a mnie przypada obowiazek przedlozenia ci planu, ktory jest rodzajem zabezpieczenia nas i naszych ludzi przeciw napadom i zdradzie. – Slucham. – Wiezien pojedzie z nami powozem. Mozesz siasc z nim” jezeli chcesz, i okuc go w kajdany, by nie uciekl w drodze. Ale… – tu Chauvelin zatrzymal sie, aby zaostrzyc ciekawosc kolegi – pamietaj, ze bedziemy mieli w naszej mocy jego zone i jednego z jego przyjaciol. Zanim opuscimy ostatecznie Paryz, wytlumaczymy Blakeney'owi, ze przy pierwszej probie ucieczki, przy pierwszym podejrzeniu, ze oszukuje nas i prowadzi w zasadzke, ty, obywatel H~eron, rozkazesz, by przyjaciela, a nastepnie Malgorzate zastrzelono na jego oczach. H~eron az cmoknal z uciechy. Instynktownie rzucil przelotne wejrzenie na wieznia, a potem przeniosl je na kolege. Wyraz zachwytu odmalowal sie w jego oczach. Lotr znalazl lotra tej samej miary, a nawet wiekszego od siebie. Chetnie uznal go za mistrza. – Na Lucyfera, obywatelu Chauvelin! – rzekl w koncu. – Nie bylbym nigdy wpadl na tak swietny pomysl. Chauvelin podniosl reke przeczaco, jakby uchylajac sie od tej pochwaly. – Zdaje mi sie, ze istotnie ten plan nie jest najgorszy – odparl skromnie – chyba ze wolisz zaaresztowac Malgorzate i umiescic ja tu jako zakladniczke. – Nie, nie – rzekl H~eron, smiejac sie rubasznie – ta mysl nie przypada mi tak do smaku jak pierwsza. Nie czulbym sie bezpieczny w drodze… Obawialbym sie ciagle, ze ta przekleta kobieta uciekla. Nie, nie, wole miec ja pod okiem, jak to slusznie podales w swym planie, i pod okiem wieznia – dodal zlosliwie. – Nie widzac jej, myslalby moze o wlasnej skorze, a tak nie zniesie mysli, by ja zastrzelono na jego oczach. Jest to plan znakomity, obywatelu, ktory ci przyniesie wielka chwale. Jezeli jednak Anglik nas zwodzi i nie znajdziemy Kapeta na koncu naszej podrozy, udusze z przyjemnoscia jego zone i przyjaciela wlasnymi rekoma. – Jest to satysfakcja, ktorej ci nie bede odmawial, obywatelu – odparl sucho Chauvelin. – Ale masz racje… lepiej miec kobiete pod okiem. Wiezien nigdy nie narazi jej zycia, na to daje szyje. Gdy ona przylaczy sie do naszej ekspedycji, postawimy swe ultimatum, zanim puscimy sie w dalsza droge. A teraz, obywatelu H~eronie, uslyszales moja rade. Czy gotow jestes zastosowac sie do niej? – Co do joty – odparl tamten. I podali sobie rece, splamione juz nieraz niewinna krwia, a teraz splamione bardziej jeszcze tymi siedemnastoma dniami niegodnego i nieludzkiego postepowania. Rozdzial IV. Kapitulacja To, co dzialo sie w dalszym ciagu w glebi celi wiezienia Conciergerie pamietnego dnia drugiego roku republiki, jest tak znane w historii, ze zbyteczne jest powtarzac. Kronikarze, zaznajomieni z dziejami owych pamietnych dni, opisali nam, jak glowny agent „komitetu bezpieczenstwa publicznego” wydal o pierwszej po polnocy rozkaz, by podano ciepla zupe, bulki i wino wiezniowi, ktoremu przez dwa tygodnie dawano tylko skape porcje czarnego chleba i wody. Sierzant, pelniacy nocna sluzbe w izbie posterunkowej, otrzymal scisle rozkazy, by pod zadnym warunkiem nie budzil wieznia przed szosta rano i podal mu na sniadanie, czego tylko zazada. Wydawszy polecenia, tyczace sie rannego wyjazdu, H~eron powrocil do Conciergerie, gdzie zastal swego kolege Chauvelina, czekajacego na niego w izbie posterunkowej. – Jak sie miewa wiezien? – spytal z niepokojem. – Czuje sie silniejszy i zdrowszy. – Mam nadzieje, ze nie zanadto dobrze. – Nie, nie w sam raz. – Widziales go po kolacji? – Tylko przez drzwi; jadl z wielkim trudem i zapadal wciaz w sen. – A teraz do listu – rozkazal H~eron goraczkowo. – Pioro, atrament i papier, sierzancie! – Sa juz na stole w celi wieznia, obywatelu – odparl sierzant. Wyprzedzil dwoch przedstawicieli wladzy i podniosl przed nimi zelazna sztabe. Za chwile H~eron i Chauvelin znalezli sie znow oko w oko z Blakeney'em. Przypadkowo czy umyslnie ustawiono lampe w ten sposob, ze twarze dwu rewolucjonistow byly w swietle, a wiezien pozostawal w cieniu. Siedzial z rekoma wspartymi na stole i cienkimi wydluzonymi palcami bawil sie piorem polozonym na stole. – Mam nadzieje, ze obsluzono cie dobrze, sir Percy – spytal Chauvelin. – Dziekuje ci serdecznie – odparl uprzejmie Blakeney. – Czujesz sie prawdopodobnie lepiej. – O wiele lepiej, zapewniam cie, ale jestem wciaz bardzo spiacy i gdybyscie mogli te wszystkie formalnosci predko zalatwic, bylbym… – Nie zmieniles swego postanowienia, sir? – spytal Chauvelin z widocznym niepokojem. – Nie, moj poczciwy Chambertin – zaprzeczyl Blakeney z ta sama uprzejmoscia – nie zmienilem swego postanowienia. Westchnienie ulgi wyrwalo sie z ust obu mezczyzn, stojacych kolo wieznia. Blakeney odpowiadal o wiele jasniejszym i pewniejszym glosem i choc wino i posilek pokrzepily go, nie zamierzal rozpoczynac walki na nowo. Po chwili dyplomata ciagnal dalej swa indagacje: – Czy przystajesz na to, by zaprowadzic nas do kryjowki malego Kapeta? – Przystaje na wszystko, sir, byleby wyjsc z tej zatraconej nory. – Bardzo dobrze. Moj kolega H~eron wybral eskorte zlozona z dwudziestu ludzi najlepszego pulku gwardii paryskiej, by towarzyszyla nam w drodze, ktora ty sam nam wskazesz. Czy zrozumiales, obywatelu? – Doskonale, sir. – Nie wyobrazaj sobie jednak, prosze, ze obdarzymy cie wolnoscia nawet w tym wypadku, jezeli wyprawa okaze sie dla nas pomyslna… – Ani przez chwile nie roszcze sobie tak dzikiej pretensji, sir – odparl Blakeney spokojnie. Chauvelin spojrzal na niego badawczo. W glosie wieznia bylo cos, co nie podobalo mu sie, co przypominalo mu ow wieczor w Calais. Nie mogl dostrzec wyrazu jego oczu i dlatego popchnal lampe, by swiatlo padalo mu prosto w twarz. – O, tak jest o wiele lepiej, czyz nie, drogi mr. Chambertin? – usmiechnal sie sir Percy. Twarz jego, choc powleczona jeszcze trupia bladoscia, wydawala sie pomimo zmeczenia pogodna, a oczy mialy znow jakby lekcewazacy wyraz; ale Chauvelin przyszedl do wniosku, ze to musialo byc tworem jego wlasnej podnieconej wyobrazni. Ciagnal wiec dalej: – Jezeli wszelako wyprawa skonczy sie pomyslnie pod kazdym wzgledem, jezeli wydadza nam bez trudnosci malego Kapeta, a wszystkie okolicznosci, z ktorymi cie z czasem zaznajomie, obroca sie na nasza korzysc – wtedy, sir Percy, nie widze powodu, dla ktorego rzad francuski nie mialby zlagodzic do pewnego stopnia wyroku wzgledem ciebie. Ale okolicznosci, o ktorych wspomnialem, sa jeszcze nie na czasie, omowimy te sprawe w stosownej chwili. Nie chce nic na razie przyrzekac. – Na razie tracimy niepotrzebnie czas rozprawiajac o tak blahej sprawie, a jestem strasznie spiacy. – A wiec jestes gotow zakonczyc wszystko predko, obywatelu? – Tak, sir. H~eron nie mieszal sie do rozmowy. Wiedzial, ze nie byl w stanie utrzymac w ryzach swego temperamentu, i choc czul najwyzsza pogarde dla dworskich manier kolegi, pozwalal mu zalatwic sie z Anglikiem na swoja modle. Obawial sie, ze jezeli zlosc go porwie, nie zapanuje nad soba i wysle zuchwalego Anglika przed trybunal i pod gilotyne, nie baczac na to, ze traci ostatnia sposobnosc odnalezienia swej zguby. Rozsiadl sie w krzesle, glowe wtulil w ramiona i wylupiastymi oczami wodzil bez przerwy po twarzy kolegi i wieznia. – Predzej, obywatelu Chauvelin – mruknal niecierpliwie. – Musze jeszcze niejedno zarzadzic w sprawie naszego wyjazdu o swicie. Piszcie juz nareszcie ten przeklety list. Chauvelin spojrzal lekcewazaco na H~erona, a potem zwrocil sie uprzejmie i dworsko do wieznia: – Stwierdzam z przyjemnoscia, sir Percy, ze porozumielismy sie wreszcie doskonale. Po kilku godzinach odpoczynku czujesz sie zupelnie na silach, by wyruszyc w podroz. Czy bedziesz laskaw wskazac nam kierunek naszej drogi? – Skierujemy sie ku polnocy. – Ku wybrzezu? – Miejsce, do ktorego bedziemy zdazac, lezy mniej wiecej w odleglosci siedmiu mil od morza. – Przejedziemy zatem przez Beauvais, Amiens, Abbeville, Cr~ecy itd.? – Tak. – Mniej wiecej az do lasku Bulonskiego? – Tak, tam opuscimy bity gosciniec. Musicie zaufac mi, ze dobrze was poprowadze. – W tym miejscu wskazesz nam dalsza droge, sir Percy, a ciebie zostawimy pod straza. – Mozecie, ale w takim razie nie znajdziecie dziecka. Siedem mil to niedaleko od wybrzeza; moze wam uciec. – A wtedy rozgniewany H~eron wysle cie bez pardonu na szafot. – Zdawalo mi sie, sir, iz zgodziliscie sie z gory, ze ja pokieruje ekspedycja? Z pewnoscia – dodal – nie chodzi ci tyle o delfina, ile o moj wspoludzial w tej zdradzie. – Masz racje, jak zawsze, sir Percy. Dlatego tez niech i tak bedzie. Dojedziemy az do Cr~ecy i oddamy sie zupelnie w twoje rece. – Podroz ta nie bedzie trwala dluzej niz trzy dni, sir. – Odbedziesz ja w zamknietym powozie w towarzystwie mojego przyjaciela H~erona. – Wolalbym przyjemniejsze towarzystwo, sir, ale mniejsza o to. – A teraz, przypuszczam, ze bedziesz chcial skomunikowac sie z jednym z twoich towarzyszy. – Musze zawiadomic tych, ktorzy maja pod swoja opieka delfina. – Rozumiem. I dlatego prosze cie, napisz do swoich przyjaciol, ze zgodziles sie na wydanie nam delfina w zamian za swoje wlasne bezpieczenstwo. – Przed chwila powiedziales, ze nie mozesz nic przyrzec – rzekl spokojnie Blakeney. – Jezeli wszystko wezme pozadany obrot – odparl Chauvelin z lekka pogarda – i napiszesz scisle, co ci podyktuje, to moge ci nawet zagwarantowac bezpieczenstwo osobiste. – Wielkosc twej dobroci przechodzi wszelkie pojecie, sir. – W takim razie zabierz sie do pisania. Ktory z twoich towarzyszy otrzyma zlecenie? – Moj szwagier Armand St. Just. Bawi jeszcze wciaz w Paryzu, zdaje mi sie. On moze zawiadomic innych. Chauvelin nie odpowiedzial zaraz. Zatrzymal sie chwile i zawahal. Czy Percy Blakeney byl w stanie poswiecic towarzysza, ktory go zdradzil, jezeli jego wlasne bezpieczenstwo tego wymagalo? Czy wobec donioslego ultimatum wybierze wlasne zycie, a zgubi Armanda? Czlowiek tego rodzaju co Chauvelin, nie mogl wczuc sie w polozenie Blakeney'a i gdyby chodzilo jedynie o St. Justa, moze Chauvelin bylby wahal sie wiecej; ale tu wchodzila jeszcze w gre zona Blakeney'a Malgorzata, siostra St. Justa, ktora byla o wiele wazniejsza zakladniczka i doniosla bronia w reku dyplomaty. Blakeney nie zdawal sie zwracac uwagi na wahanie przeciwnika. Nie podniosl nawet oczu, tylko przysunal papier i pioro, gotow do pisania. – Co chcesz, abym napisal? – spytal. – Czy ten mlody sowizdrzal uczyni, co mu wiezien poleci, obywatelu Chauvelin? – spytal H~eron. Widocznie ta sama mysl przeszla mu przez glowe. Kolega uspokoil go. – Lepiej niz ktokolwiek inny – odrzekl stanowczo. – Czy chcesz pisac po francusku i pod moje dyktando, sir Percy? – Czemu nie? Dyktuj nareszcie, drogi panie. – Rozpocznij list, jak chcesz, a potem ja bede dyktowal. Sledzil uwaznie kazde slowo, wychodzace spod piora Blakeney'a, nastepnie zaczal mowic z wolna po francusku: „Nie moge zniesc dluzej swego polozenia. Obywatel H~eron i mr. Chauvelin… zrobili z tego wiezienia prawdziwe pieklo dla mnie…” Sir Percy oderwal oczy od listu i usmiechnal sie. – Mylisz sie, drogi mr. Chambertin – rzekl. – Czulem sie tu zupelnie dobrze. – Staram sie przedstawic sprawe twoim przyjaciolom jak najkorzystniej dla ciebie – odparl sucho Chauvelin. – Dziekuje ci, sir, prosze, dyktuj dalej. – Prawdziwe pieklo dla mnie – powtorzyl tamten – czy napisales juz to? „…i bylem zmuszony skapitulowac. Jutro wyjezdzamy stad o swicie, zaprowadze obywatela H~erona na miejsce, gdzie ukryto delfina. Ale wladze rewolucyjne zadaja, by jeden z czlonkow ligi „Szkarlatnego Kwiatu” towarzyszyl mi w tej ekspedycji. I dlatego prosze Cie, albo zycze sobie” – co wolisz, sir Percy?… – „Prosze” brzmi zupelnie dobrze. Ten list jest rzeczywiscie ogromnie zajmujacy. „…bys sie przygotowal do tej podrozy. Wyjezdzamy, jak powiedzialem, o swicie, i masz sie stawic przy bramie Palacu Sprawiedliwosci punktualnie o #/6_tej. Wladze gwarantuja twoje bezpieczenstwo, ale jesli odmowisz, czeka mnie jutro gilotyna.” – „Czeka mnie jutro gilotyna!” Jak to wesolo brzmi, czyz nie, mr. Chambertin? – rzekl wiezien. – Nie uwierzysz, jak to dyktando mnie bawi. Chauvelin zacisnal usta. Czul, ze odpowiedz bylaby niegodna jego powagi, zwlaszcza, ze w tej chwili doszly go odglosy meskich rozmow i smiechow, szczek broni i ciezkie kroki, swiadczace o obecnosci wielkiej liczby zolnierzy. Byly ambasador wskazal reka w strone izby posterunkowej. – Okolicznosci sie zmienily, zarty nie sa juz na miejscu, moj panie. Podpisz list, sir Percy. – Z przyjemnoscia – odparl Blakeney i polozyl zamaszysty podpis na liscie. Chauvelin przygladal mu sie oczami zbika. Wzial do reki skonczony list, odczytal go bardzo starannie, jakby szukajac podwojnego znaczenia w slowach, ktore sam dyktowal i ogladnal podpis. W koncu, nie widzac nic podejrzanego, zlozyl list wlasnorecznie i wsadzil do kieszeni plaszcza. – Uwazaj mr. Chambertin – rzekl Blakeney swobodnie, wypali dziure w twym eleganckim ubraniu. – Nie bedzie mial na to czasu, sir Percy – odparl Chauvelin – bo jezeli podasz mi adres obywatela St. Justa, posle mu go w tej chwili. – O tak poznej godzinie? Biedny Armand! Spi juz z pewnoscia. Moge ci jednak podac jego adres, sir: ulica de la Croix Blanche, drzwi na prawo. Znasz dobrze to mieszkanie, obywatelu. A teraz – dodal, ziewajac poteznie – czy pojdziemy do lozka? Wyjezdzamy wczesnie, a jestem taki spiacy! Chauvelin, pomimo gleboko obmyslonych srodkow ostroznosci, podjetych dla szczesliwego zakonczenia gigantycznego planu, odczul dziwny niepokoj. Mial przed soba czlowieka w ostatnim stadium wyczerpania fizycznego, ktorego twarz przy swietle lampy wydawala sie woskowoblada, ktorego oczy jednak, choc wciaz zaczerwienione bezsennoscia, mialy dziwny, tajemniczy blysk, jakby widzialy cos niewidzialnego dla zwyklych oczu. Pomyslal, ze i H~eron musi zdawac sobie z tego sprawe, ale agent komitetu lezal rozparty na krzesle, przygladajac sie z luboscia wiezniowi. – Najwieksze dzielo, jakiego kiedykolwiek wspolnie dokonalismy, obywatelu Chauvelin – rzekl z zadowoleniem. – Uwazasz, ze wszystko rozwija sie pomyslnie? – spytal tamten z niedowierzaniem. – Wszystko, ma sie rozumiec. A teraz zajmij sie listem. Wydam ostateczne rozporzadzenia na jutro, ale przenocuje w sasiedniej izbie. – A ja na tym necacym lozku – dodal wiezien, podnoszac sie z krzesla. – Dobranoc panom. Sklonil sie lekko. Tamci zwrocili sie ku wyjsciu; Chauvelin rzucil jeszcze raz badawcze spojrzenie na czlowieka, ktorego w koncu doprowadzil do upokarzajacej uleglosci. Blakeney stal wyprostowany, zwrocony ku odchodzacym. Dyplomata zauwazyl, ze ciezko opieral sie o stol, i choc zegnal ich ironicznym usmiechem, dumna postac pojmanego lwa ugiela sie, jak silny dab pod naporem wszechpoteznego huraganu. Z uczuciem zadowolenia Chauvelin wzial kolege pod ramie i wyszli z celi. Rozdzial V. Zabij go! O godzinie drugiej po polnocy Armand St. Just zbudzil sie na odglos silnie szarpnietego dzwonka. W tych czasach w Paryzu jedno niebaczne slowo spowodowac moglo odwiedziny, totez Armand, choc posiadal swiadectwo bezpieczenstwa, zerwal sie z lozka, przekonany, ze umieszczono go znowu na liscie podejrzanych. Co prawda nie odczul najmniejszego strachu, chyba troche smutku. Nie zalowal ani zycia, ani mlodosci. Zycie obmierzlo mu calkowicie od czasu, gdy szczescie ulecialo na skrzydlach hanby, ale chodzilo mu o Janke. Byla mloda i zaplacze gorzkimi lzami, wychylajac pierwsza czare goryczy, ktora zycie jej zgotuje, gdyz kochala go prawdziwie. Smutek ten jednak nie potrwa dlugo, dlatego wlasnie, ze byla mloda. Tak bedzie nawet lepiej – on, Armand St. Just, choc kochal ja namietnie, nie przyniosl swej wybranej ani chwili prawdziwego szczescia. Od pierwszego dnia, gdy siedzial przy niej w malenkim saloniku na Square du Roule, ciezkie kroki H~erona zasepily chwile upojenia, a jego milosc wywolala wiecej lez w oczach Janki, niz usmiechow na jej ustach. Dla niej poswiecil honor, przyjazn i obowiazek. Dla uwolnienia Janki z rak lotrow popelnil czyn, wolajacy jak zbrodnia Kaina o pomste do nieba; wskutek tej zbrodni zacmione zostalo ich szczescie, ktore nigdy juz nie wroci. Teraz wszystko sie skonczy; odejdzie z jej zycia na zawsze. U stop szafotu przyjdzie moze ukojenie, ktorego nie zaznal od chwili, gdy stal sie Judaszem. Silniejsze pukanie do drzwi wyrwalo go z tych rozmyslan. Zapalil swiece i nie wciagajac nawet na siebie ubrania, przeszedl waski przedpokoj i otworzyl drzwi frontowe. – W imie ludu! Oczekiwal nie tylko tego wezwania, ale i szczeku broni i komendy. Spodziewal sie zolnierzy w bialych mundurach gwardii paryskiej, ktorzy zepchna go na powrot do pokoju, by przeprowadzic rewizje i nalozyc kajdany na jego rece. Tymczasem spokojny, suchy glos rzekl bez zwyklej szorstkosci: – W imie ludu! I zamiast mundurow, bagnetow i czerwonych czapek o trojkolorowych kokardach zobaczyl przed soba postac piaskowego koloru, ktorej twarz, oswietlona migotliwym swiatlem swiecy, byla dziwnie blada i powazna. – Obywatel Chauvelin!… – szepnal Armand, wiecej zdziwiony niz przestraszony tymi niezwyklymi odwiedzinami. – We wlasnej osobie, obywatelu, do twoich uslug – odparl Chauvelin swym zwyklym ironicznym tonem. – Przynosze ci list od sir Percy'ego Blakeney'a. Czy pozwolisz mi wejsc? Armand cofnal sie, pozwalajac gosciowi przestapic prog. Zamknal drzwi wejsciowe i przeszedl z nim do sypialni. Byl to ten sam pokoj, w ktorym przed dwoma tygodniami zmuszono bohatera do kapitulacji. Teraz pograzony byl w ciemnosci, tylko slaby plomien swiecy padal na twarz Armanda i biala jego koszule. Mlodzieniec postawil lichtarz na stole i zwrocil sie do dyplomaty: – Czy mam zapalic lampe? – Nie potrzeba – odparl krotko Chauvelin. – Mialem ci oddac tylko to zlecenie i zadac krotkie pytanie. Podal mu list, napisany przed godzina przez Blakeney'a. – Wiezien napisal go w mojej obecnosci – rzekl. – Czy chcesz list przeczytac? Armand wzial koperte, usiadl przy stole i nachylil pismo ku swiatlu. Przeczytal list bardzo uwaznie az do konca, potem odczytal go raz jeszcze. Czynil to samo, co przed chwila Chauvelin: szukal pomiedzy wierszami innego, glebszego znaczenia slow, skreslonych wlasnorecznie przez Percy'ego. Armand ani na chwile nie watpil, ze te puste slowa mialy jedynie na celu zamydlenie oczu nieprzyjaciolom. Znal wodza rownie dobrze jak Malgorzata i nie przypuszczal, ze Blakeney gra role tchorza, ale jako wierny przyjaciel i towarzysz zrozumial, ze jego obowiazkiem bylo odgadnac, czego wodz od niego wymagal. Mysl jego powrocila do poprzedniego listu, ktory oddala mu Malgorzata, tego listu pelnego dobroci i przyjazni, ktory przyniosl mu nadzieje, radosc i pokoj. I nagle jedno zdanie stanelo mu zywo przed oczami: „Jezeli otrzymasz kiedykolwiek inny list ode mnie, to jakakolwiek bedzie jego tresc, uczyn, co ci w nim rozkazuje i poslij natychmiast jeden odpis Ffoulkesowi, a drugi Malgorzacie”. Teraz wszystko stalo mu sie zupelnie jasne: jego obowiazek i dalsze postepowane. Rozkaz Percy'Ego byl wyryty w jego pamieci. Chauvelin czekal ze zwykla niewzruszona cierpliwoscia. Gdy Armand skonczyl czytanie, rzekl spokojnie: – Jedno pytanie, obywatelu, i nie zatrzymuje cie dluzej. Ale przede wszystkim czy oddasz mi laskawie ten lit? To cenny dokument, ktory na zawsze pozostanie w archiwum narodu. Zanim jednak skonczyl, Armand z intuicja, ktora zjawia sie czasem w krytycznych chwilach, uczynil to, czego Blakeney bylby niewatpliwie od niego zazadal. Przylozyl papier do swiecy, rog cienkiego zmietego papieru stanal w plomieniach i zanim Chauvelin wypowiedzial slowo lub uczynil ruch protestu, ogien ogarnal arkusz. Armand rzucil zweglone szczatki na ziemie i zdeptal je noga. – Wybacz, obywatelu – rzekl – przypadek… – Bezowocny akt pietyzmu – przerwal Chauvelin, hamujac gniew – gdyz czyn „Szkarlatnego Kwiatu” nie straci swej donioslosci z powodu glupiego zniszczenia dokumentu. Rycerski „Szkarlatny Kwiat”, szlachetny i wykwintny angielski gentleman, zgodzil sie na oddanie w nasze rece niekoronowanego krola Francji w zamian za wlasne zycie i wolnosc. Zdaje mi sie, ze nawet najzacietszy jego wrog nie mogl pragnac lepszego zakonczenia kariery, nie majacej rownej sobie w Europie. Ale dosc tego – czas nagli. Musze pomagac H~eronowi w przygotowaniach do drogi. Czy zastosujesz sie do zyczen sir Percy'ego Blakeney'a, obywatelu St. Just? – Ma sie rozumiec. – Musisz czekac przy bramie Palacu Sprawiedliwosci o szostej rano. – Stawie sie na pewno. – Towarzyszyc nam bedziesz w naszej ekspedycji w roli zakladnika… – Rozumiem doskonale. – Hm… Jestes odwazny… Nie boisz sie, obywatelu St. Just? – Czego mam sie bac? – Bedziesz zyciem gwarantowac, obywatelu, ze wasz wodz nas nie zwodzi. Procz tego myslalem w tej chwili o pewnych okolicznosciach, ktore spowodowaly zaaresztowanie sir Percy'ego Blakeney'a… – Myslales o mojej zdradzie – odparl mlody czlowiek zimno, choc twarz jego powlokla nagle trupia bladosc – o moim ohydnym klamstwie, ktore uczynilo ze mnie to, czym jestem – stworzenie niegodne, by chodzilo po ziemi… – Coz znowu – zaprotestowal Chauvelin uprzejmie. – Ohydne klamstwo – ciagnal Armand dalej gwaltownie – uczynilo mnie podobnym do Kaina i Judasza. Gdy wciagnales mnie w ten piekielny spisek, Janka Lange byla juz wolna! – Wolna, ale nie calkiem bezpieczna… – Klamstwo, klamstwo, za ktore badz po trzykroc przeklety! Wielki Boze! Czy sie nie lekasz? Zdaje mi sie, ze gdybym cie teraz udusil wlasnymi rekoma, nie dokuczalyby mi tak nieznosne wyrzuty sumienia. – Oddalbys w ten sposob smutna przysluge swemu bylemu wodzowi – rzekl Chauvelin ironicznie. – Sir Percy Blakeney, obywatelu St. Just, przestalby zyc przed wschodem slonca, gdybym sie nie zjawil w wiezieniu do szostej z rana. Tak ulozylismy sie z H~eronem, zanim przyszedlem do ciebie. – Wiem, ze dbacie bardzo o swe nedzne skory, ale nie potrzebujesz sie obawiac. Wypelnie rozkazy mego wodza, ktory nie polecil mi ciebie zamordowac. – To bardzo ladnie z jego strony. A wiec mozemy liczyc na ciebie? Nie boisz sie? – Bac sie zemsty „Szkarlatnego Kwiatu” za olbrzymia krzywde, ktora mu wyrzadzilem? – odrzekl Armand dumnie i wyzywajaco – nie, sir, nie boje sie tego. Spedzilem ostatnie cztery tygodnie na bezustannej modlitwie do Boga, by dal mi sposobnosc poswiecenia zycia za niego. – Hm… wedlug wszelkiego prawdopodobienstwa twoje modlitwy nie zostana wysluchane, obywatelu, co, mam wrazenie, czesto sie zdarza. Zreszta nie wiem dokladnie, bo sam nigdy sie nie modle, ale w tym wypadku smialbym twierdzic, ze nie ma najmniejszej nadziei pomocy Bozej; gdyby nawet sir Percy Blakeney mial zamiar wywrzec na tobie swa zemste, nie narazi innego zycia, ktore bedziemy mieli w swych rekach. – Innego zycia? – Tak. Twoja siostra, lady Blakeney, przylaczy sie do naszej wyprawy. Sir Percy nie wie o tym dotad – chcemy zrobic mu mila niespodzianke. Przy najlzejszym podejrzeniu lub najmniejszej checi ucieczki ze strony Blakeney'a twoje zycie i zycie Malgorzaty bedzie stracone; rozstrzelaja was na jego oczach. Nie moge chyba jasniej rzeczy przedstawic, obywatelu St. Just. Mlodzieniec drzal z oburzenia. Straszne obrzydzenie do samego siebie i do popelnionej zbrodni, przyczyny okropnego polozenia, przepelnialo mu dusze. Krwawa mgla przeslaniala mu oczy. Dostrzegal tylko twarz zwyrodnialego potwora, tworcy tego piekielnego planu. Zdawalo mu sie, ze wsrod gluszy nocnej ponad slabym, migotliwym plomieniem swiecy, rzucajacym wkolo ciemne kregi, otaczaly go zastepy szatanow, krzyczac: „Zabij go! Zabij teraz, uwolnij swiat od tej zmii!” I gdyby Chauvelin okazal najlzejszy strach i cofnal sie ku drzwiom, Armand oszalaly gniewem, smagany wyrzutami sumienia, straszliwszymi jeszcze niz jego wscieklosc, skoczylby do gardla swemu wrogowi i zdusil go jak zjadliwego gada. Ale spokoj Chauvelina i jego zimna krew przywrocily Armandowi przytomnosc. Opanowal sie. Popelnil juz dosc zlego przez nieokielznana namietnosc, i Bog jeden wie, jakie straszne skutki pociagnalby znowu za soba wybuch jego gniewu. Do uszu Armanda dochodzily jak echo slowa Chauvelina: „Nie dozylby do rana, gdybym sie nie zjawil w wiezieniu do szostej”. Krwawa mgla rozwiala sie, pierzchly zastepy szatanow, tylko blada, ironiczna twarz terrorysty spogladala na niego z ciemnosci nocy. – Nie mam powodu zatrzymywac sie dluzej, obywatelu St. Just – rzekl Chauvelin swobodnie. – Mozesz jeszcze odpoczac kilka godzin az do swego wyjazdu, a ja mam mnostwo roboty. Dobranoc, obywatelu. – Dobranoc – szepnal Armand mechanicznie. Wzial swiece i odprowadzil goscia do drzwi. Poczekal z lichtarzem w reku, dopoki Chauvelin nie zszedl z waskich schodow. Loza dozorczyni byla oswietlona. Bez watpienia zapalila lampe, otwierajac brame nocnemu przybyszowi. Nazwisko i trojkolorowa kokarda ulatwily mu wstep, a teraz czekala na jego powrot. St. Just, zadowolony z odejscia Chauvelina, powrocil do swego pokoju. Rozdzial VI. Oby nam Bog dopomogl! Armand zamknal starannie drzwi na klucz i zapalil lampe, bo swieca dawala zbyt slabe swiatlo, a mial przed soba wazna prace. Najpierw podniosl z ziemi sczernialy arkusz papieru i wygladzil go starannie, z uszanowaniem, jakby relikwie; lzy wezbraly w jego oczach, ale nie wstydzil sie ich, bo nikt nie widzial jego bolu. Ulzyly mu i wzmocnily jego postanowienie. Pozostal tylko maly strzep listu, niezupelnie zniszczony przez plomien, ale Armand umial kazde slowo na pamiec. Wzial pioro, papier i atrament i zrobil z pamieci odpis listu, dodajac od siebie kilka slow do Malgorzaty: „Oto, co otrzymalem od Percy'ego przez rece Chauvelina. Nie pytam o wytlumaczenie, choc nie rozumiem… Musze byc posluszny. W swym poprzednim liscie przestrzegl mnie, ze jezeli kiedykolwiek dostane jeszcze rozkaz od niego, mam wypelnic slepo, co mi poleca, i skomunikowac sie z Toba. Poddaje sie chetnie jego rozkazom. Ale przestrzegam Cie, mateczko, ze Chauvelin zyczy sobie, bys towarzyszyla nam w jutrzejszej wyprawie. Percy nie wie jeszcze dotad o tym planie, inaczej nie wyjechalby nigdy. Ci zboje obawiaja sie, ze w jego uleglosci kryje sie podstep, ze snuje plany ucieczki, a nie wydanie delfina; chca wiec jego spisek wniwecz obrocic, zatrzymujac Ciebie i mnie, jako zakladnikow. Bog jeden wie, jak goraco pragnalbym oddac zycie za mego wodza, ale Twoje zycie, najdrozsza mateczko, jest bezcenne, i dlatego przestrzegam Cie z gory. Oby nam Bog dopomogl!” Po napisaniu tych kilku slow zapieczetowal koperte wraz z odpisem listu Percy'ego, wzial do reki swiece i zszedl na dol. Ciemno juz bylo w lozy dozorcy i Armand musial dlugo pukac, zanim go uslyszano. Wreszcie zjawila sie dozorczyni, zmeczona i znudzona tymi dwukrotnymi odwiedzinami w ciagu jednej nocy, ale miala pewna sympatie dla swego mlodego lokatora, ktorego hojnosc byla jakby promieniem slonca w jej ciezkiej szarej doli. – Jest tu list do mojej siostry, obywatelko – rzekl Armand blagalnie. – Mieszka przy ulicy de la Charonne, niedaleko fortyfikacji, musi byc doreczony w przeciagu godziny. Chodzi tu o nasze zycie i bezpieczenstwo trzeciej osoby, bardzo nam drogiej. Dozorczyni zalamala rece. – Ulica de la Charonne kolo fortyfikacji! – zawolala – i to w godzine! Matko Najswietsza, obywatelu, to niemozliwe! Kto sie tego podejmie? – Musi sie ktos znalezc, obywatelko – odparl stanowczo Armand – to niedaleko, a na poslanca czeka piec luidorow. – Piec luidorow! Oczy zaswiecily biednej spracowanej kobiecie. Suma ta wystarczy jej przynajmniej na dwa miesiace. – Oddaj mi list, obywatelu – rzekla – zarzuce napredce ciepla spodnice i szal i pojde sama. Nie moge poslac chlopca o tej godzinie. – Przyniesiesz mi odpowiedz od mojej siostry – rzekl Armand, ktory nauczony doswiadczeniem stal sie bardzo ostrozny w ostatnich czasach. – Przynies mi ja do pokoju, a ja ci dam piec luidorow. Poczekal, az sie ubrala. Slyszal, jak rozmawiala ze swoim chlopcem, tym samym, ktory przed dwoma tygodniami zaniosl zdradziecki list Blakeney'owi. Wszystko przypominalo Armandowi owa okropna noc. Kazdy godzina, ktora spedzil w tym domu byla dla niego tortura. Nareszcie mial opuscic to mieszkanie. Moze oczekujaca go wyprawa zdejmie mu ciezar z serca. Kobieta przygotowala sie szybko. St. Just wytlumaczyl jej jeszcze raz, gdzie znajdowal sie dom, po czym wziela list i przyrzekla, ze wroci w najkrotszym czasie z odpowiedzia. Armand odprowadzil ja do drzwi. Noc byla ciemna i dzdzysta. Z ciezkim westchnieniem wrocil na gore. Rozdzial VII. Gdy zgasla ostatnia nadzieja… Malgorzata siedziala z sir Ffoulkesem w malym, ciasnym pokoiku przy ulicy de la Charonne nad sklepem Lukasza. List Armanda, przestrzegajacy o zamiarach Chauvelina, lezal otwarty na stole. W reku trzymala zapieczetowana paczke, ktora Percy oddal jej dziesiec dni temu z prosba, by ja otworzyla dopiero wowczas, gdy juz zgasnie wszelka nadzieja. Mala lampka, stojaca na stole, rzucala mdle swiatlo na nedzny, zle umeblowany pokoj. Dwoch godzin brakowalo jeszcze do switu. Dozorczyni przyniosla list Armanda i Malgorzata nakreslila, spiesznie zadana odpowiedz, pelna milosci i otuchy. Potem zawezwala sir Andrew Ffoulkesa. Nie opuszczal jej ani na chwile w ciagu tych ciezkich dni, mieszkal w malenkiej izdebce na poddaszu przy ulicy de la Charonne. Na jej wezwanie zszedl spiesznie, a teraz siedzieli razem przy lampce oliwnej, oswiecajacej ich blade i stroskane twarze. Na dworze drobny, przenikliwy deszcz ze sniegiem bil o szyby, a mrozny wiatr przeciskal sie przez szpary zle dopasowanych ram okiennych, przenikajac ich chlodem. Ale ani Malgorzata, ani Ffoulkes nie zwazali na zimno. Otulili sie w plaszcze, nie zwracajac uwagi na podmuchy wichru, ktora igrala plomieniem lampy. – Rozumiem teraz – rzekla Malgorzata z tym spokojem, ktory sie odzyskuje w chwilach najwyzszej rozpaczy – rozumiem, co mial na mysli Percy, gdy kazal mi przyrzec, ze nie otworze tej koperty, dopoki nie bedziemy mieli wrazenia, ja i ty, sir Andrew, ze gra role tchorza. Tchorza! Wielki Boze! – zaszlochala z cicha, a potem zapytala: – Czy nie zdaje ci sie, ze nadeszla chwila otworzenia paczki? – Bez watpienia, lady Blakeney – odrzekl Ffoulkes powaznie. – Jestem przekonany, ze juz przed dwoma tygodniami Blakeney mial plan w glowie, ktory teraz dojrzal. Chce wydostac sie za wszelka cene z tej okropnej Conciergerie, z ktorej wyjsc niepodobna. Wiedzialem o tym z gory. Ale poza jej murami to inna sprawa. Nie wierze, by czlowiek tej miary co Blakeney mial zginac z rak tych psow. Spojrzala na niego z wdziecznoscia, ale z bezgranicznym smutkiem. Mowil o dwoch tygodniach. Widziala Percy'ego przed dziesiecioma dniami, a wtedy juz smierc na niego czyhala. Od tego czasu probowala wciaz oddalac straszne widziadla, ktore wyobraznia jej nasuwala: jego zwiekszajace sie wciaz wyczerpanie, zanik woli i energii. – Bog zaplac, sir Andrew, za twoja wiare i ufnosc – rzekla, probujac sie usmiechnac – bez ciebie bylabym dawno stracila wszelka nadzieje, a ostatnie dni bylyby dla mnie pieklem bez twej pomocy i podpory. Bog jeden wie, ze nie brak mi odwagi, ze zniose wszystko, procz jednej rzeczy… smierci jego nie przezyje… To byloby ponad moje sily. Dlatego obawiam sie, sir Andrew… – Czego sie obawiasz, lady? – Boje sie, ze jezeli Percy sie dowie, iz jako zakladniczka recze swoim zyciem za wynik wyprawy, to nie wytrzyma i ulegnie… Boze! – krzyknela z rozpacza – powiedz mi, co mam robic? – Przede wszystkim otworzymy paczke – rzekl Ffoulkes lagodnie – potem wytezymy wszystkie nasze sily, by wypelnic co do joty jego rozkazy; ani mniej, ani wiecej, slowo w slowo, krok za krokiem i wierze silnie, ze bedzie dobrze. Jeszcze raz jego spokoj, hart meski i wiara, dodaly jej otuchy; osuszyla lzy i przystapila do otwierania pieczeci. W paczce byly dwa listy: jeden bez adresu, przeznaczony widocznie dla niej i Ffoulkesa, drugi zaadresowany do barona Jana de Batza, ulica St. Jean de Latran 15, Paryz. – List do tego okropnego barona de Batza? – rzekla Malgorzata, spogladajac ze zdumieniem na koperte i obracajac ja na wszystkie strony – do tego zarozumialego pyszalka? Znam go i jego dzialalnosc. Jaki interes moze miec Percy do niego? Sir Andrew byl niemniej zdziwiony, ale nie mieli zamiaru tracic czasu na puste domysly. Malgorzata rozwinela list przeznaczony dla niej, i spojrzawszy na przyjaciela, ktorego twarz drgala ze wzruszenia, zaczela z wolna czytac: „Nie pytam sie Was, czy mi ufacie, bo wiem jaka bylaby Wasza odpowiedz. Nie moge zginac w tej norze, jak szczur w pulapce, i musze sie wyswobodzic, by umrzec przynajmniej pod Bozym niebem. Wy oboje zrozumiecie, a zrozumiawszy zaufacie mi az do konca. Poslij w tej chwili zalaczony list do adresata, a Ciebie, Ffoulkesie, moj najwierniejszy przyjacielu, prosze z calej duszy, abys czuwal nad Malgorzata i nie opuszczal jej. Armand pozostanie przy mnie. Gdy przeczytasz ten list (a przeczytasz go dopiero wtedy, gdy Ty i ona przekonacie sie, ze nie ma juz nadziei) namow ja, by powracala do Anglii jak najpredzej. W Calais skomunikujesz sie z moim jachtem „Day Dreamem” zwyklym sposobem i wsiadziecie na poklad. Nie pozwol, by ktorykolwiek z czlonkow ligi pozostal na ziemi francuskiej po Waszym odjezdzie. Nakaz sternikowi, by zwrocil jacht ku Le Portel i czekal tam na mnie przez trzy noce. Po uplywie tego czasu jedzcie prosto do Anglii, bo dluzsze czekanie byloby bezcelowe. Wydaje te rozporzadzenia dla bezpieczenstwa Malgorzaty i calej ligi, ktora obecnie bawi we Francji. Towarzyszu, blagam Cie, bys czuwal nad wypelnieniem tych zlecen, ktore sa moja ostatnia wola. De Batzowi dalem rendez_vous przy kaplicy swietego Grobu, za parkiem palacu d'Ourde. On pomoze mi w ratowaniu delfina, a jezeli przy sprzyjajacym szczesciu zdolam i siebie wyratowac dosiegne Le Portel przez zamarznieta rzeke Liane. Bezpieczenstwo Malgorzaty powierzam Tobie, Ffoulkes. Gdybym mogl przewidziec przyszlosc i upewnic sie, ze szczesliwie dobije do Anglii! Pros ja, by jechala w tej chwili do Calais. Przeczytaliscie oboje, co napisalem – nie rozkazuje, tylko prosze. Wiem, ze Ty, Ffoulkes, pozostaniesz przy niej, gdziekolwiek sie uda. Niech Bog ma Was w swojej opiece!” Glos Malgorzaty umilkl. Otaczala ich gleboka cisza tej odleglej czesci wielkiego miasta, w ktorej sir Andrew Ffoulkes i ona znalezli schronienie w ciagu ostatnich dziesieciu dni. Cierpienie ich doszlo do punktu kulminacyjnego po przeczytaniu listu, przychodzacego juz jakby z tamtego swiata. Percy napisal go dziesiec dni temu; od tego czasu nie pozostawiono mu ani chwili spokoju. Ile sil i energii stracil w ciagu tych strasznych godzin samotnosci i udreki! – Miejmy nadzieje, lady Blakeney – rzekl sir Andrew po chwili milczenia – ze uda nam sie twoja ucieczka z Paryza, ale wedlug listu Armanda… – Percy nie wypedza mnie przeciez? – Nie moge cie zmusic, lady Blakeney, nie jestes czlonkiem ligi. – Jestem – odparla z moca – i slubowalam jak i wy posluszenstwo; odjade, kiedy sobie tego zyczy; a ty sir Andrew, czy usluchasz go takze? – Otrzymalem rozkaz, by zostac przy tobie – to latwe zadanie. – Czy wiesz, gdzie lezy palac d'Ourde? – Wiem. Dwor jest pusty, a park calkiem zaniedbany. Wlasciciel uciekl po wybuchu rewolucji, zostawiajac w domu gospodynie, dziwne stworzenie niespelna rozumu. Palac i kaplica znajduja sie w lesie na samym koncu posiadlosci. Sluzyly Blakeney'owi i nam jako schronienie w wyprawach. – Ale nie ma tam delfina? – Nie, stosownie do listu Blakeney'a sprzed dziesieciu dni, Tony, ktory mial dziecko pod swoja opieka, mial przekroczyc dzisiaj granice holenderska z jego krolewska moscia. – Rozumiem – rzekla. – Ale co znaczy ten list do de Batza? – Tego nie moge sobie wytlumaczyc, ale oddam go najpredzej wedlug podanego adresu, choc zal mi ciebie opuscic. Czy nie zgodzilabys sie na wyjazd z Paryza przedtem. Zdaje mi sie, ze lepiej to uczynic przed switem. Wynajme wozek Lukasza, i jezeli staniemy w St. Germain jeszcze przed poludniem, moglbym powrocic i oddac list de Batzowi. Musze to sam zalatwic, a w farmie Acharda bede spokojny o ciebie chocby przez pare godzin. – Zgadzam sie na wszystko, co uwazasz za potrzebne, sir Andrew – rzekla – chce zastosowac sie scisle do ostatnich zyczen Percy'ego. Bog jeden wie, jakbym pragnela towarzyszyc mu krok za krokiem jako zakladniczka lub wiezien, mniejsza o to, byleby go widziec… Zobojetniala na wlasny los, byla bardzo blada, podbite oczy zdradzaly bezsenne noce pelne meki i rozpaczy, ale plakac nie mogla, lez zabraklo. – Bede gotowa za dziesiec minut, sir Andrew – rzekla. – Mam bardzo malo rzeczy ze soba. Czy nie poszedlbys tymczasem do Lukasza, by zamowic bryczke? Uczynil, jak sobie zyczyla. Nie ludzil sie jej pozornym spokojem, wiedzac, ile cierpiala i ile jeszcze cierpiec bedzie podczas tej uciazliwej podrozy do Calais. Poszedl do Lukasza, a w kwadrans potem Malgorzata zeszla ze schodow, gotowa do drogi. Zastala sir Andrew Ffoulkesa rozmawiajacego z oficerem gwardii paryskiej, podczas gdy dwoch zolnierzy tego samego pulku stalo przy koniu Lukasza. Sir Andrew zwrocil sie do niej: – Stalo sie to, czego sie obawialem, lady Blakeney – rzekl. – Ten czlowiek przyjechal po ciebie. Nie daje zadnych wyjasnien, tylko zada, bys udala sie z nim zaraz na posterunek policji na ulice sw. Anny, gdzie oczekuje ciebie obywatel Chauvelin z ramienia komitetu bezpieczenstwa publicznego. Sir Andrew spostrzegl, ze wyraz ulgi rozjasnil blada twarz Malgorzaty. Mysl o wlasnym bezpieczenstwie, podczas gdy Percy staczal nierowna walke ze smiercia, byla dla niej nader ciezka. Poslusznie, bez szemrania poddawala sie jego woli, ale przeznaczenie inaczej pokierowalo jej losem – ciezar spadl jej z serca. – Udam sie w tej chwili z listem do de Batza – szepnal spiesznie sir Andrew – a potem puszcze sie w droge ku polnocy. Skomunikuje sie z czlonkami ligi i nakaze im, by opuscili Francje stosownie do woli wodza. Pojade tez do Calais i porozumiem sie z kapitanem jachtu „Day Dreamu”. Liga wsiadzie na jego poklad i odplynie ku Le Portel, o ktorym wspomina Percy. Ja zas pojde ladem do Le Portel, a jezeli nie otrzymam wiadomosci o tobie i o calej ekspedycji, skieruje sie na poludnie ku palacowi d'Ourde. Oto wszystko, co moge uczynic. Jezeli ci sie uda, doniesc Percy'emu lub Armandowi, gdzie sie znajduje. Jestem spokojny, bo robie, co moge, by wypelnic wole Blakeney'a. Niech cie Bog prowadzi, lady Blakeney, i ratuje Percy'ego! Ucalowal jej reke, a ona skinela na oficera, ze gotowa puscic sie w droge. Dorozka czekala juz na nich. Zblizyla sie do niej pewnym krokiem i wsiadajac do powozu, poslala sir Ffoulkesowi ostatnie pozegnanie. Rozdzial VIII. Posterunek przy ulicy swietej Anny Orszak opuszczal brame Palacu Sprawiedliwosci. Zimno bylo przejmujace i ostry wiatr polnocny dal z wyzyn Montmartre, smagajac mokrym sniegiem twarze zolnierzy. Armand, ktorego palce byly skostniale z zimna, nie czul nawet cugli w reku. Chauvelin jechal tuz przy nim, ale nie zamienili ani jednego slowa od chwili, gdy mala grupka, zlozona z dwudziestu konnych zolnierzy, zapelnila dziedziniec, a Chauvelin wydal rozkaz, by prowadzono na uwiezi konia Armanda. Zamknieta dorozka postepowala za jezdzcami, otoczona konnymi zolnierzami. Brzydka, chuda glowa H~erona, podobna w wysokim kapeluszu do glowy cukru, ukazywala sie od czasu do czasu w oknie karety. Nie byl dobrym jezdzcem, zreszta wolal miec Blakeney'a pod okiem. Kapral powiedzial Armandowi, ze wiezien zakuty w kajdany jedzie z H~eronem w powozie. Poza tym zolnierze nie mogli dac zadnego wyjasnienia i nie wiedzieli nawet, dokad jada. Moze w ich prostych umyslach powstawalo pytanie: dlaczego tego wieznia eskortowano z taka parada z Conciergerie, podczas gdy tysiace innych skazancow w miescie i na prowincji posylano na gilotyne jak stado owiec do rzezni bez tylu ceremonii? Ale choc sie dziwili, nie rozmawiali o tym miedzy soba. Twarze ich, zsiniale od zimna, przedstawialy obraz najwyzszej obojetnosci. Zegar na wiezy Notre Dame wydzwanial siodma, gdy wyruszono w droge. Na wschodzie blade swiatlo zimowego poranka wylanialo sie z panujacych zewszad ciemnosci. Wieze kosciolow zarysowaly sie na tle szarego nieba, a ponizej na prawo zmarznieta rzeka jak stalowa wstega wila swe zgrabne skrety przed fasada Luwru, ktorego surowe mury zdawaly sie grobowcem zamarlych olbrzymow przeszlosci. Wielka stolica budzila sie ze snu. Ruch uliczny rozpoczynal sie od samego rana, a w obozie pod golym niebem mezczyzni, kobiety i dzieci, wprzagnieci do wielkiego dziela odziewania i zywienia ludu francuskiego, nachylali sie juz nad praca, zanim zimowy swit rozpostarl swe blade, ponure swiatlo ponad waskimi ulicami miasta. Armand drzal z zimna. Ta milczaca jazda pod olowianym niebem, wsrod wichru i sniegu wydawala mu sie snem. Gdy pierwsi jezdzcy skrecili na „Pont au Change”, stanela mu przed oczyma cala panorama tych trzech minionych tygodni. Dojrzal kamienice przy ulicy St. Germain l'Auxerrois, gdzie Percy mieszkal przed wyratowaniem delfina, poznal nawet okno, w ktorym wielki marzyciel snul szlachetne plany, zanim nie powalil go bezwzgledny przeciwnik. Na co? Po co? Armand nie smial spojrzec na nedzny, obdarty powoz, unoszacy dumnego, nieustraszonego wodza, siedzacego teraz w kajdanach obok nedznika, ktorego sama obecnosc byla dla niego zniewaga. Przejezdzali kolo domu na Quai de la Ferraille, gdzie Malgorzata mieszkala dziesiec dni temu. Tu odwiedzil ja Armand, ludzac sie, ze nie domysli sie nigdy zbrodni, ciazacej na jego sumieniu. Probowal rzucic zaslone na te kochajace macierzynskie oczy, choc wiedzial, ze rabek zaslony musi podniesc sie wczesniej czy pozniej, a wtedy przeklenstwo spadnie na niego, zamieniajac go w tulacza, nie znajacego ani spokoju, ani domu rodzinnego. Gdy mala gromadka mijala wiezienie „Temple”, jego brame, posterunek i okienko odzwiernego, Armand zamknal oczy, gdyz nie mogl zniesc tego widoku. Nic dziwnego, ze drzal na calym ciele i otulal sie staranniej w plaszcz. Kazdy kamien, kazda ulica budzila w nim wspomnienia. Wyrzuty sumienia mrozily mu krew w zylach, a turkot fatalnego powozu dzwieczal mu w uszach jak piekielna wrzawa. Mineli w koncu ruchliwe dzielnice miasta i skrecili na ulice sw. Anny. Domy byly tu rzadsze, poprzedzielane waskimi pasami ogrodow warzywnych, lub tak zwana „ziemia niczyja”. Padlo slowo komendy i orszak zatrzymal sie. Bylo juz calkiem jasno, ale deszcz nie ustawal. Rozkazano Armandowi zsiasc z konia i szeregowiec zaprowadzil go do drzwi murowanego budynku, stojacego na osobnosci po prawej stronie ulicy. Otoczony byl niskim murem i nieuprawnym kawalkiem ogrodu, ktory zamienil sie w morze blota. Naprzeciwko rozciagala sie linia fortyfikacji, rysujacych sie niewyraznie na tle mglistego nieba. Tu i tam widnialy rzadko rozsiane domy i wiatraki, zanurzone w brazowej rozmoklej ziemi. Ta malo zamieszkala dzielnica wielkiej stolicy, tak pusta i opuszczona, zdawala sie jakby bezuzytecznym czlonkiem w tym zywym i pulsujacym ciele. Chauvelin stanal na progu i skinal na Armanda, by szedl za nim. Weszli przez ciemny, waski korytarz do pokoju, w ktorym unosil sie silny zapach kawy. W srodku izby zastali nakryty stol z filizankami cieplej kawy. Chauvelin zachecil Armanda uprzejmie do spozycia sniadania, twierdzac, ze cieply napoj rozgrzeje mu skostniale czlonki. Gdy St. Just rozgladnal sie po pokoju, zobaczyl na drewnianej lawce pod sciana swa siostre Malgorzate. Zerwala sie, by zblizyc sie do niego, ale Chauvelin zatrzymal ja. – Nie teraz, obywatelko – rzekl grzecznie. Usiadla na powrot i Armand zauwazyl, jak zimne i zobojetniale bylo jej spojrzenie. – Spodziewam sie, ze nie ucierpialas bardzo od zimna, lady Blakeney – rzekl Chauvelin. – Przykro mi, ze tak dlugo musialas na nas czekac, ale czasem przy wyjazdach opoznienia sa nieuniknione. Nie odrzekla nic, tylko na jego powtorne zapytanie skinela przeczaco glowa. Armand czul sie lepiej po goracej kawie. – Mateczko – rzekl po angielsku – napij sie kawy, rozgrzejesz sie nieco. – Dziekuje ci, moj drogi – odparla. – Pilam juz na sniadanie, a nie jest mi zimno. Naraz drzwi otworzyly sie gwaltownie i H~eron stanal na progu. – Czy caly dzien spedzimy w tej przekletej dziurze? – spytal groznie. Armand, ktory sledzil siostre bardzo uwaznie, widzial, ze drgnela na widok H~erona. Oczy utkwila w nim, jak schwytany ptak na widok zblizajacego sie weza. Chauvelin nie dal sie wyprowadzic z rownowagi. – Chwileczke, obywatelu H~eronie – rzekl. – Ta kawa jest doskonala. Czy wiezien jest z toba? – spytal. H~eron wskazal w strone drugiego pokoju. – Tam – rzekl krotko. – W takim razie, obywatelu, badz tak dobry i przyprowadz go tutaj; chce wytlumaczyc mu, jak rzeczy stoja. H~eron zaklal siarczyscie, plunal dwa razy na ziemie i skinal na kogos, ktory stal na korytarzu. – Nie, sierzancie, nie ciebie wolam, tylko wieznia – rzekl gburowato. Prawie rownoczesnie ukazal sie w drzwiach sir Percy Blakeney. Rece mial skute na plecach, ale trzymal sie bardzo prosto, choc widac bylo od razu, ze przychodzilo mu to z wielka trudnoscia. Na widok Armanda oczy zablysly mu prawie niedostrzegalnie, ale gdy zoczyl Malgorzate, znekana jego twarz powlekla sie trupia bladoscia. Chauvelin sledzil go uwaznie, z czego Blakeney zdawal sobie doskonale sprawe i dlatego nie uczynil najmniejszego ruchu, tylko zagryzl wargi i spuscil oczy, by nie zdradzic ich blasku. Ale nawet najchytrzejszy, najsmiertelniejszy wrog nie mogl dostrzec subtelnego porozumienia miedzy Malgorzata a czlowiekiem, ktorego kochala. Byl to jakby prad magnetyczny, niewidoczny, nieuchwytny dla nikogo, procz nich samych. Z gory przewidziala wszystko: wiedziala, ze go zobaczy, ze ujrzy jego wyczerpanie i bezsilnosc wobec nieuniknionego zla, i ze nie dopuszcza ich do rozmowy. Usilowala zatem wyrazic w swym spojrzeniu wszystko, czego wypowiedziec jej nie bylo wolno: zapewnienie, ze przeczytala jego ostatni list i gotowa wypelnic jego rozkaz, ale ze przeznaczenie i wrogowie staneli jej na przeszkodzie. Niewidocznie uczynila ruch, jakby podawala komus papier, a potem skinela potwierdzajaco. Te odpowiedz on jeden rozumial. – Jestes z pewnoscia zdziwiony, sir Percy – rzekl po chwili Chauvelin – ze widzisz tu lady Blakeney. Ona i obywatel St. Just przylacza sie do naszej wyprawy. Nikt z nas nie zna miejsca, do ktorego nas prowadzisz. Obywatel H~eron i ja jestesmy calkowicie w twoich rekach; moze knujesz spisek na nasze zycie, by ulatwic sobie ucieczke? Dlatego nie dziw sie, ze zarzadzilismy pewne srodki ostroznosci, by zabezpieczyc sie od spiskow, z ktorych slynie „Szkarlatny Kwiat”. Urwal i tylko cichy chichot H~erona zamacil chwilowa cisze. Blakeney milczal. Widocznie wiedzial, co nastapi. Znal Chauvelina i rodzaj pomyslow, ktore zrodzic sie mogly w jego umysle, i z chwila, gdy ujrzal Malgorzate, zgadl, do czego dazyl. – Obywatel H~eron niecierpliwi sie, sir Percy – ciagnal dalej Chauvelin – musze sie zatem spieszyc. Lady Blakeney i obywatel St. Just sa naszymi zakladnikami. Za najlzejszym podejrzeniem, ze prowadzisz nas w zasadzke, ze cala wyprawa byla tylko pretekstem do ulatwienia sobie ucieczki, a odnalezienie Kapeta prozna obietnica, twoja zona i twoj przyjaciel zostana rozstrzelani na twoich oczach. Na dworze deszcz uderzal w dalszym ciagu w szyby okienne, a wiatr wyl zalosnie w obnazonych konarach drzew, ale w izbie zaden szmer nie przerywal smiertelnej ciszy, choc w tej chwili nienawisc, milosc, dzika namietnosc i wzniosla ofiara z samego siebie, najsilniejsze bodzce, ktore zna serce ludzkie, trzymaly na uwiezi trzech mezow – kazdy z nich byl niewolnikiem swej glownej namietnosci, kazdy gotow byl poswiecic dla niej wszystko. H~eron odezwal sie pierwszy. – A wiec – wrzasnal – na co czekamy jeszcze? Wiezien wie, czego sie trzymac. Mozemy jechac dalej. – Powoli, obywatelu – rzekl Chauvelin z flegma, ktora stanowila zywy kontrast z porywczym usposobieniem kolegi. – Czy zrozumiales, sir Percy, pod jakimi warunkami rozpoczynamy wszyscy podroz? – Wszyscy? – spytal Blakeney. – Czy jestes pewny, ze przyjmuje twoje warunki i ze gotow jestem wyruszyc w droge? – Jezeli nie wyruszysz w droge dobrowolnie – zawyl H~eron – to zadusze te kobiete wlasnymi rekami, zaraz, teraz, na wstepie! Blakeney spojrzal na niego przez na pol zmruzone powieki i tym, ktorzy go kochali, i tym, ktorzy go nienawidzili, zdawalo sie, ze potezne muskuly krusza sie z wysilku, by nie rzucic sie, nie zabic… Ale po chwili zwrocil oczy ku Malgorzacie i ona jedna spostrzegla w nich wyraz niemej prosby o przebaczenie. Prawie rownoczesnie rysy jego wypogodzily sie i w oczach odbil sie wyraz najwyzszej rezygnacji, do ktorej tylko mezni sa zdolni wobec nieuniknionego przeznaczenia. Spojrzal na H~erona i rzekl spokojnie. – Nie mam wyboru, obywatelu H~eronie. Masz racje – po co zwlekac? Rozdzial IX. Uciazliwa droga Deszcz bezustanny, monotonny deszcz. Wiatr sie zmienil, dal teraz z wieksza sila, jeczal w konarach drzew i gnal po niebie ciezkie i szare chmury. Zamarzly deszcz ranil zolnierzom rece, wywolujac na dloniach pecherze i odmrozenia, a konie rzucaly niecierpliwie glowami, gdyz grudki ostrego sniegu zasypywaly im uszy i kluly delikatne nozdrza. Trzy dni okropnej, monotonnej drogi, przerywanej jedynie postojami w przydroznych zajazdach lub zmiana warty w napotykanych posterunkach. Podczas drogi zas jeno tupot kopyt konskich i turkot powozow zaprzezonych w silne konie, zmieniane na kazdym postoju. Zolnierz na kozle zmuszal je, by dotrzymywaly kroku jezdzcom, ktorzy lekkim klusem jechali przodem. Od czasu do czasu rozwichrzona glowa H~erona wychylala sie z okna powozu, by pytal o droge lub o odleglosc do najblizszego miasteczka. Krzyczal na zolnierzy, furmana, swego kolege i na kazdego, kto sie nawinal, przeklinajac daleka podroz, zimno i slote. Wieczorem drugiego dnia mieli wypadek. Wiezien, ktory wskutek wyczerpania slanial sie na nogach, upadl na H~erona, gdy obaj wsiadali do powozu po odpoczynku w Amiens i obywatel H~eron posliznal sie w blocie. Uderzyl glowa silnie o stopien powozu, rozcinajac sobie czolo. Byl zmuszony zalozyc bandaz na glowe, co nie przyczynilo sie do jego urody, tylko zepsulo mu jeszcze wiecej humor. Pedzil wciaz ludzi, naklanial do pospiechu i do skracania postojow, ale Chauvelin nie sluchal jego rad, przeciwnie; pozwalal zolnierzom na dluzsze wypoczynki i odzywial ich dobrze, rozumiejac, ze niezadowolenie latwo wkrasc sie moglo do garstki zolnierzy, wystawionych na ciagla slote i wicher. Malgorzata zdawala sobie poniekad sprawe z tego wszystkiego. Byla jakby widzem dramatu, rozgrywajacego sie przed jej oczyma, a wstrzymac go nie byla w stanie. Ciezka kurtyna zapadnie niebawem po ostatnim akcie, a ona i wszyscy widzowie: Armand, Chauvelin, H~eron i zolnierze zwroca sie ku domowi, pozostawiajac glownego aktora poza kurtyna, ktora sie juz wiecej nie podniesie. Po pierwszym postoju przy ul. sw. Anny kazano jej wsiasc do drugiego powozu, jadacego w oddaleniu piecdziesieciu metrow za pierwsza kareta. Byl rowniez otoczony kilkunastoma jezdzcami. Armand i Chauvelin jechali razem z nia. Caly dzien siedziala milczaca, patrzac przez okno na monotonna droge i krople deszczu, splywajace po gladkiej szybie, jak bezustanne strumienie lez. W ciagu dnia zarzadzono dwa postoje: jeden w porze obiadowej, drugi po poludniu. Gdy Armand i Malgorzata wysiedli z powozu, zaprowadzono ich do zajazdu, gdzie podano im posilek. Mieli zwykle pokoj dla siebie ze straza, postawiona przy drzwiach; probowali jesc, by podtrzymac sily do konca tej okropnej podrozy. Nocowali raz w Beauvais, a raz w Abbeville, gdzie ugoszczono ich nie najgorzej. Straz nie spuszczala ich z oka, ale byli wiezniami tylko z nazwy, bo nie zbywalo im prawie na niczym. Wieczorem czuli sie tak zmeczeni, ze z zadowoleniem ukladali sie do snu na twardych lozkach. Ale sen nie przychodzil, gdyz serca szukaly tego, ktory pochlanial wszystkie ich mysli. Nie wiedzieli o Percy'm prawie nic. Widocznie przynoszono mu posilek do powozu, gdyz dwa razy tylko, w Beauvais i Abbeville, widzieli, jak wysiadal; ale tak byl wowczas otoczony zolnierzami, ze spostrzegli tylko jego glowe i szerokie ramiona ponad zwarta masa strazy. Pewnego razu Malgorzata, odrzuciwszy na chwile dume i godnosc, spytala Chauvelina o meza. – Jest wesoly i dobrej mysli, lady Blakeney – odparl drwiaco. – Ci Anglicy to dziwni ludzie. My Francuzi nie rozumiemy ich nigdy. Ich fatalizm jest prawie wschodzi. Czy uwierzysz, lady Blakeney, ze gdy go aresztowano, nie podniosl nawet palca, aby sie bronic? Myslelismy, ze bedzie walczyl do ostatka jak lew. A teraz, gdy doszedl do przekonania, ze musi sie poddac, jest zupelnie spokojny. Ilekroc zagladalem do powozu, zastawalem go zawsze pograzonego we snie. – Ale… – rzekla z wysilkiem – czy skuty jest… w kajdanach? – Alez nie – uspokoil ja Chauvelin. – Majac ciebie, lady Blakeney i obywatela St. Justa za towarzyszy podrozy, nie potrzebujemy sie obawiac, by „Szkarlatny Kwiat” zniknal nam sprzed oczu. Gwaltowna odpowiedz cisnela sie juz do ust Armandowi. Goraca krew buntowala sie na sama mysl, by ten czlowiek smial w ten sposob przemawiac do jego siostry, uragajac jej mece, ale wstrzymala go niema prosba Malgorzaty. Na co przydac sie mogl protest, skoro ten nedznik, nieczuly na bol, ktory zadawal, przejety byl jedynie rzadza odwetu? Armand zacial usta, starajac sie ujarzmic swa nature i nabyc troche owego fatalizmu, ktory, jak mowil Chauvelin, byl charakterystyczna cecha Anglikow. Usiadl przy siostrze, pragnac calym sercem podniesc ja na duchu. Ale czy jego obecnosc nie byla dla niej obelga i swietokradztwem? Mowila tak malo, nawet gdy byli sami, ze od czasu do czasu okropne przypuszczenie wkradalo sie do jego przemeczonego umyslu. Czy Malgorzata zgadla? Czy wiedziala juz, ze ten okropny kataklizm, do ktorego sie zblizali z kazdym obrotem kola, spowodowany byl zdradziecka reka jej brata?… Ta mysl dreczyla go coraz bardziej i zaczal zastanawiac sie, czy nie byloby o wiele prosciej zakonczyc to nedzne zycie. Gdy powoz wjedzie na most bez poreczy nad przepascia byloby tak latwo otworzyc drzwi karety i skoczyc w wiecznosc… Tak latwo, lecz tak podle… Glos Malgorzaty powrocil mu przytomnosc. Jego zycie nie nalezalo juz do niego. Nalezalo do wodza, ktorego zdradzil, do siostry, nad ktora musial teraz czuwac. O Jance myslal malo. Odlozyl na bok to czarowne wspomnienie, jak kwiat pamiatkowy miedzy kartki minionego szczescia. Nie byl godny wyciagac reki ku czystej kobiecie od chwili, gdy ta dlon nosila na sobie znamie Kaina. A pomimo wszystkiego Malgorzata siedziala przy nim, trzymala go za reke i razem patrzyli na blotnista droge, przysluchujac sie szumowi wiatru i turkotowi karety, jadacej na przedzie. I bylo cos beznadziejnego w tym bezustannym deszczu, w jekach wichru w obnazonych drzewach i w tym krajobrazie blota i rozpaczy pod wiecznie olowianym niebem. Rozdzial X. Postoj w Cr~ecy – Nie zasypiaj, obywatelu, jestesmy w Cr~ecy, naszym ostatnim postoju. Armand zbudzil sie. Jechali bez przerwy od Abbeville, skad wyruszyli o swicie. Kolysanie karety i plusk deszczu uspily go prawie. Chauvelin wysiadl z powozu i podal reke Malgorzacie. Armand wyprostowal zesztywniale czlonki i pospieszyl za siostra. Wciaz ci nedzni zolnierze w swych przemoczonych niebieskich mundurach i czerwonych czapkach na glowie. Male, brudne miasteczko rozciagalo sie przed nimi. Na nierownym bruku waskich ulic glebokie kaluze odbijaly szare niebo, a dachowki domow blyszczaly w zimnym, wietrznym swietle. Oto Cr~ecy! Ostatni postoj w podrozy, jak powiedzial Chauvelin. Gromadka zatrzymala sie przed malym, jednopietrowym budynkiem o drewnianej werandzie, biegnacej wzdluz domu. Niski, waski pokoj przywital Armanda i Malgorzate, gdy przestapili prog. Na bielonych wapnem scianach widnialy duzymi literami nakreslone slowa: „Wolnosc, rownosc, braterstwo”. Wciaz ten sam zaduch, zapach cebuli i splesnialego sera, wciaz te same twarde, proste lawki wkolo stolu o brudnej podartej serwecie. Malgorzata byla troche oszolomiona i zmeczona jazda. Piec godzin spedzila w zamknietej karecie, pograzona w myslach, ktorych nic nie przerywalo, chyba szary monotonny krajobraz. Armand usadowil ja na lawce, a ona oparla sie o stol lokciami i ukryla twarz w dloniach. – Gdybyz sie to juz raz skonczylo! – jeknela. – Armandzie, zdaje mi sie chwilami, ze nie jestem przytomna, ze postradalam zmysly. Powiedz mi, czy masz to samo wrazenie co ja? Siadl przy niej i usilowal rozgrzac jej lodowate rece. Zapukano do drzwi. Do pokoju, nie czekajac na odpowiedz, wszedl Chauvelin. – Wybacz, lady Blakeney – rzekl grzecznie – ale gospodarz tego domu twierdzi, iz nie ma innego pokoju i tu musi podac wieczerze; dlatego wszedlem bez pozwolenia. Choc przemawial z pozorna grzecznoscia, ton jego glosu byl rozkazujacy i bez ceremonii usiadl naprzeciwko Malgorzaty, rozprawiajac w dalszym ciagu: – Tutejszy gospodarz to prawdziwy gbur; przypomina mi calkiem naszego przyjaciela Brogarda w zajezdzie pod „Burym Kotem” w Calais. Czy pamietasz go, lady Blakeney? – Moja siostra jest zmeczona – przerwal mu twardo Armand. – Prosze cie, obywatelu, miej wzgledy dla niej. – Alez naturalnie, obywatelu St. Just – zawolal Chauvelin swobodnie. – Myslalem, ze te wesole wspomnienia rozerwa ja nieco. Ale oto zupa – dodal, gdy czlowiek w niebieskiej bluzie, w chodakach na nogach wszedl z waza do pokoju. – Jestem pewien, ze w Anglii nie dostajesz nigdy tak doskonalego dania, chwaly naszej kuchni. Lady Blakeney, pozwol troche zupy. – Dziekuje, sir – szepnela. – Prosze cie, nie odmawiaj, mateczko – rzekl jej do ucha Armand. – Podtrzymuj swe sily dla niego, nie dla mnie. Zwrocila ku niemu z usmiechem blada twarz. – Sprobuje, kochanie – rzekla. – Czy zaniosles chleb i mieso obywatelom do karety? – zwrocil sie Chauvelin do odchodzacego gospodarza. – Tak – mruknal. – Postaraj sie, by zolnierze dostali dobry obiad, inaczej bedzie zle. – Dobrze – mruknal znow gospodarz, trzaskajac za soba drzwiami. – Obywatel H~eron nie chce odstapic na krok swego wieznia – tlumaczyl Chauvelin – a teraz, gdy dojechalismy do najwazniejszego punktu podrozy, spozywa razem z sir Percy'm obiad w powozie. Zjadl zupe ze smakiem, zwracajac sie wciaz z ugrzecznieniem do Malgorzaty. Przysuwal jej mieso, chleb, maslo i obstalowal dla niej legumine. Zdawal sie byc w najlepszym humorze. Po obiedzie wstal i sklonil sie przed nia gleboko. – Wybacz, lady Blakeney, ale musze rozmowic sie z naszym wiezniem co do dalszej podrozy i udac sie na posterunek, ktory znajduje sie po prawej stronie miasta. Zamowie tam nowy oddzial zolnierzy z pulku kawalerii, stojacego zwykle w Abbeville. Mieli tu robote w miescie, ktore jest przesiakniete zdrada. Musze zrobic przeglad oddzialu i pomowic z sierzantem, naznaczonym na komendanta. Obywatel H~eron pozostawia mnie te inspekcje, bo nie chce tracic z oczu wieznia. Tymczasem odprowadze cie do powozu, a gdy powroce, zmienimy warte i pojedziemy dalej. Malgorzata miala niepohamowana chec zadac mu kilka pytan, dotyczacych meza, ale Chauvelin nie czekal. Wypadl spiesznie z pokoju; Armand i Malgorzata slyszeli, jak wydawal zolnierzom rozkazy. Gdy wychodzili z zajazdu, uslyszeli drugi powoz, stojacy o piecdziesiat metrow dalej. Wyprzezono konie, ktore wiozly ich z Abbeville, i dwoch zolnierzy w podartych koszulach i czerwonych czapkach, nasunietych na lewe ucho prowadzilo dwa wypoczete konie. Straz przechadzala sie wciaz przed powozami. Malgorzata bylaby oddala dziesiec lat zycia, by moc pomowic teraz z mezem, popatrzec na niego i przekonac sie, jak sie czuje. Przez chwile przeszla jej przez glowe szalona mysl przekupienia sierzanta podczas nieobecnosci Chauvelina. Nie mial on wygladu czlowieka zlego, a musial byc bardzo biedny, gdyz lud francuski cierpial wowczas wielki niedostatek, choc bogatych wyzuto ze wszystkiego, a piekne palace spladrowano, by pomoc rzekomo biednym. Miala juz przemowic, gdy odpychajaca twarz H~erona, wstretniejsza jeszcze teraz wskutek brudnego bandaza, zakrywajacego mu czolo, ukazala sie w oknie powozu. Zaklal siarczyscie i wrzasnal: – Co tam robia ci przekleci arystokraci? – Wsiadaja wlasnie do karety, obywatelu – odparl spiesznie sierzant. Wepchnieto Armanda i Malgorzate czym predzej do powozu. H~eron pozostal w oknie jeszcze przez chwile. Trzymal w reku wykalaczke, ktora poslugiwal sie po sutym obiedzie. – Jak dlugo jeszcze bedziemy stac w tej dziurze? – zawolal na sierzanta. – Jeszcze chwileczke, obywatelu. Obywatel Chauvelin powroci zaraz ze straza. Po uplywie kwadransa uwage Malgorzaty zwrocil tetent kopyt konskich na nierownym bruku. Spuscila szybe karety i spojrzala na ulice. Byl to Chauvelin ze swoja nowa eskorta. Zsiadl z konia przed zajazdem. Widocznie wzial na siebie komende nad ekspedycja, gdyz prawie zupelnie nie porozumiewal sie z H~eronem, ktory, nie majac nic do roboty, klal na ludzi i pogode lub lezal na pol upity w swej karecie. Zmiana warty odbyla sie spokojnie i w porzadku. Nowa eskorta skladala sie z dwudziestu ludzi, nie liczac dwoch sierzantow i dwoch woznicow na kazdym kozle. Na czele pochodu jako straz przednia miala jechac czesc jezdzcow, potem kareta z Malgorzata i Armandem otoczona konnymi zolnierzami, a o pare krokow za nia druga kareta z H~eronem i wiezniem, strzezona rowniez przez konna eskorte. Chauvelin sam dogladal tych przygotowan i wydawal rozkazy sierzantom i woznicom. Zblizyl sie do okna drugiego powozu widocznie celem porozumienia sie z H~eronem lub wiezniem, gdyz Malgorzata zobaczyla, jak stanal na stopniu i zapisal kilka slow na kartce, ktora trzymal w reku. Grupka ludzi w podartych bluzach stala w waskiej ulicy, patrzac tepym wzrokiem na zolnierzy, powozy i obywateli w trojkolorowych szarfach. Widzieli juz nieraz arystokratow, eskortowanych do Paryza i wiezniow, wysylanych do Amiens, totez blada twarz Malgorzaty nie przejmowala ich zbytnio. Palili tyton lub rozmawiali miedzy soba, oparci o drewniana werande. Malgorzata zadawala sobie pytanie, czy zaden z nich nie mial zony, siostry, matki lub dziecka i czy wszelka litosc w tych biedakach zamarla z nedzy i strachu? Ukonczono wreszcie wszystkie przygotowania. – Czy ktory z was wie, gdzie sie znajduje kaplica Grobu kolo parku palacu d'Ourde? – spytal Chauvelin, zwracajac sie do przygladajacej sie gromadki gapiow. Ludzie wzruszyli ramionami. Niektorzy z nich slyszeli o palacu d'Ourde. Znajdowal sie hen, w glebi lasku Bulonskiego, ale nikt nie wiedzial nic o kaplicy. Ludzie nie troszczyli sie zbytnio o kaplice w owych czasach i z obojetnoscia, tak charakterystyczna u chlopow, nie zajmowali sie dalsza okolica malego, zapadlego miasteczka. Jeden z zolnierzy, nalezacy do przedniej strazy, obrocil sie na siodle. – Zdaje mi sie, ze znam dobrze droge, obywatelu – rzekl do Chauvelina – a w kazdym razie trafie z pewnoscia do lasku Bulonskiego. – Dobrze – odpowiedzial Chauvelin, przegladajac swoje notatki. – Gdy dojedziesz do kamienia milowego, ktory stoi na koncu lasu, skrec na prawo i jedz dalej, poki nie zobaczysz przysiolka Le Crocq, lezacego w dolinie ponizej. – Znam Le Crocq, obywatelu. – Dobrze, bardzo dobrze. W tym miejscu podobno gosciniec skreca w glab lasu. Jadac dalej, napotkasz po lewej stronie kamienna kaplice, wsparta na kolumnach, a po prawej mury i brame parku. Czy tak, sir Percy? – dodal, zwracajac sie znow do karety. Widocznie odpowiedz byla zadowalajaca, gdyz wydal slowo komendy i wsiadl do karety. – Czy znasz palac d'Ourde, obywatelu St. Just? – spytal nagle, gdy konie ruszyly z miejsca. Armand zbudzil sie jakby ze snu. – Tak jest, obywatelu – odparl – znam go. – I kaplice Grobu? – Tak. W rzeczy samej znal dobrze ten palac, rowniez jak i kaplice w lesie, do ktorej rybacy z Portel i Boulogne przychodzili z pielgrzymka raz do roku, by zlozyc swe sieci na cudownych relikwiach. Kaplica byla obecnie pusta. Od czasu, gdy wlasciciele opuscili palac, nikt o nia nie dbal, rybacy zaprzestali swych pielgrzymek ze strachu przed wladzami, ktore obalily kult religijny. Osiemnascie miesiecy temu Armand schronil sie w jej murach po drodze do Calais, gdy Percy narazil wlasne zycie, by ratowac go od smierci. Na to wspomnienie bol scisnal mu serce. Malgorzata zas drgnela na dzwiek tej nazwy. Palac d'Ourde! Kaplica Grobu! Owe nazwy wymienil Percy w swym liscie i tu mial spotkac sie z de Batzem. Sir Andrew powiedzial jej, ze delfina tam nie bylo. Czemuz zatem Percy prowadzil ekspedycje w te strone i dal sobie rendez_vous z de Batzem przy kaplicy Grobu? Widocznie wszystkie plany „Szkarlatnego Kwiatu”, ulozone w Conciergerie, zostaly obrocone wniwecz przez Chauvelina i H~erona. „Przy najlzejszym podejrzeniu, ze nas zwodzisz i prowadzisz w zasadzke, lub gdy nasze nadzieje odzyskania Kapeta na koncu podrozy nie zostana urzeczywistnione, zycie twojej zony i przyjaciela nalezec bedzie do nas: zostana rozstrzelani na twoich oczach…” Tymi slowami wrogowie nie tylko zwiazali wiezniowi rece, ale jeszcze zmusili go do wydania dziecka lub poswiecenia zony i przyjaciela. Polozenie bylo tak okropne, ze Malgorzata nie mogla juz doczekac kresu tej meki, chociaz koniec podrozy mial przyniesc jej smierc. Trawila ja wewnetrzna goraczka, rece miala lodowate. Moze Percy stracil wszelka nadzieje? Dlugo poswiecal sie dla swoich idealow, ale byl fatalista: moze poddal sie wyrokom przeznaczenia i jedynym jego pragnieniem bylo obecnie umrzec, jak sam pisal, pod Bozym niebem, by drzewa zaszumialy mu do wiecznego snu? Cr~ecy ginelo w oddali, spowite w plaszcz wilgoci i mgly. Przez dluzszy czas Malgorzata widziala szare dachy, blyszczace jak stal w swietle zachodu, i cicha wieze koscielna z wysmukla dzwonnica, przez ktora przegladalo szare jednostajne niebo. A potem nagly zakret zakryl miasto przed ich oczyma, tylko oddalony cmentarz widnial jeszcze z bialymi grobowcami i granitowymi krzyzami, nad ktorymi ciemne cisy, ciezkie od deszczu i szarpane wichura, rozsypywaly iskrzace sie diamenty szronu. Rozdzial XI. Lasek Bulonski Mala gromadka postepowala ciezko po blotnistej drodze. Karety zapadaly sie po osie w rozmoklej ziemi, trzeszczac monotonnie kolami. Gdy dojechano wreszcie do brzegu lasu, szare swiatlo ponurego dnia zamienilo sie na zachodzie w czerwona lune, poprzerzynana gdzieniegdzie purpurowymi pregami. Dawala sie juz odczuwac bliskosc oceanu. Wilgotne powietrze przesycone bylo slonym zapachem morza, a drzewa pochylone w jedna strone wskutek wichrow szalejacych od zachodu. Droga biegla teraz wzdluz lasu; po lewej stronie wznosil sie zbity czarny wal sosen, a po prawej rozciagaly sie otwarte pola. Poludniowo_zachodni wicher rozbijal sie gwaltownie o sciane drzew, uginajac wysmukle szczyty swierkow, z ktorych sypalo sie z szelestem suche igliwie. Straz byla wypoczeta, opuszczajac Cr~ecy, ale teraz, po czterogodzinnej jezdzie wsrod deszczu i nawalnicy, ludzie czuli sie znuzeni i ciemny, tajemniczy las przejmowal ich lekiem. Z gestwiny dochodzily dziwne odglosy: nawolywania nocnych ptakow, posepny glos sowy, spieszne i ploche kroki dzikich zwierzat na czatach. Sroga zima i brak pozywienia wygnaly wilki z legowisk, dokuczal im glod; blade swiatlo gaslo na niebie, przeciagle wycia rozlegaly sie w poblizu i ogniste slepia, odbijajace w swych zrenicach zachodnia lune, blyszczaly jak male swietojanskie robaczki. Ludzie wzdrygneli sie raczej z zabobonnego strachu niz z zimna. Byliby chetnie popedzali konie, ale kola powozow grzezly w blocie i co chwila musiano stawac, by oczyszczac osie z jego ciezaru. Jechano w milczeniu. Nikt nie mial ochoty do rozmowy, a wycie wiatru w konarach swierkow gluszylo slowa na ustach. Jeno tupot koni na rozmoklej drodze, dzwonienie uzd i sprzaczek, parskanie wierzchowcow i skrzypienie kol wtorowaly nawalnicy. Niebawem czerwonawe swiatlo na zachodzie zmienilo sie w bladopurpurowe, potem w szare, wreszcie zgaslo. Ciemnosci otulily ziemie jakby wielkim czarnym plaszczem, rozciaganym szerzej i szerzej przez niewidoczne, olbrzymie rece. Mzylo ciagle, deszcz przenikal odzienie i czapki, a siodla i cugle stawaly sie sliskie i wilgotne. Nad zadami konskimi unosil sie oblok pary, potegowany ich ciezkim oddechem. Wiatr ucichl cokolwiek, sila jego oslabla z szarzejacym dniem, ale od czasu do czasu gnal jeszcze przez otwarte pola i rzucal sie o mur lesny, porywajac poly plaszczy i czapki; potem uciszal sie, jeczac pomiedzy sosnami. Nagle gromadka zatrzymala sie. Uslyszano nawolywania, przeklenstwa woznicow. Obywatel Chauvelin wychylil glowe z okna. – Co sie stalo? – spytal. – Wraca straz przednia – odrzekl sierzant, jadacy tuz kolo drzwi karety. – Powiedz, by jeden z ludzi przyszedl do mnie z raportem. – A wiec? – rzekl po chwili Chauvelin do nadjezdzajacego zolnierza. – Dojechalismy do rozstajnych drog – odparl czlowiek. – Jedna z nich skreca prosto w las, a przysiolek le Crocq lezy w dole po prawej stronie. – Czy zbadales droge skrecajaca w las? – Tak, obywatelu. O dwie mile stad natrafilem na polane z mala kamienna kapliczka, ukryta wsrod drzew. Naprzeciwko niej wznosi sie rog wysokiego muru z duza zelazna brama. Szeroka aleja prowadzi w glab parku. – Czy byles w tej alei? – Nie, obywatelu. Zdawalo nam sie, iz lepiej doniesc ci wpierw, ze nic nam nie grozi. – Widziales kogo? – Nie, obywatelu. – Czy palac lezy daleko od bramy? – O mile albo i wiecej, obywatelu. Tuz kolo bramy sa zabudowania gospodarcze i stajnie zupelnie puste. – Dobrze; jestesmy na dobrej drodze, to rzecz jasna. Jedz teraz przodem z twoimi ludzmi, ale nie oddalaj sie wiecej niz o dwiescie metrow od nas. Stoj – dodal po namysle – jedz do tamtego powozu i spytaj wieznia, czy i on sadzi, ze dobrze jedziemy. Jezdziec zatoczyl koniem i Malgorzata uslyszala tupot oddalajacych sie kopyt. W kilka minut potem czlowiek powrocil. – Tak, obywatelu, wiezien twierdzi, ze nie zmylilismy drogi, a palac d'Ourde lezy w odleglosci mili od bramy. Tedy prowadzi najblizsza droga do kaplicy i dworu. Twierdzi, ze za pol godziny dojedziemy na miejsce. Chauvelin nie odpowiedzial nic, tylko wysiadl z powozu. Malgorzata przypatrywala mu sie uwaznie z okna, jak przeciskal sie bez najmniejszej obawy wsrod niespokojnych, rzucajacych sie koni. Niebawem oddalajaca sie jego postac znikla w obloku pary, wydobywajacej sie z nozdrzy i zmoczonych grzbietow konskich, ale slyszala jego ostry glos, zwracajacy sie do H~erona: – Nasza podroz dobiega konca, obywatelu, i jezeli wiezien nie wywiodl nas w pole, maly Kapet wpadnie w nasze rece za godzine. Odpowiedzial mu pomruk, podobny nieco do glosow, rozlegajacych sie w gestwinie lesnej. – A jezeli nie, to dwa ciala gnic beda jutro w lesie, rzucone na zer wilkom, a wiezien powroci ze mna do Paryza – uslyszala Malgorzata wyraznie glos H~erona. Ktos sie rozesmial. Mogl to byc jeden z zolnierzy twardszego serca. Malgorzacie ten smiech wydawal sie jakby echem przeszlosci. – Proponuje, obywatelu – mowil dalej Chauvelin – aby wiezien napisal teraz do swoich przyjaciol wyrazny rozkaz wydania nam Kapeta bez zadnych trudnosci ani oporu. Moglbym pojechac zaraz z kilkoma zolnierzami do palacu po dziecko. Jeden z ludzi odstapi mi konia, a sam siadzie na kozle jednego z powozow. W ten sposob zyskamy na czasie, bo jezeli wszyscy tak wolno posuwac sie bedziemy, zaskoczy nas noc w lesie, a to nie byloby zbyt pozadane. – I mnie na tym zalezy, aby nie spedzic jeszcze jednej nocy w niepewnosci – mruknal H~eron z furia. – Czyn, jak uwazasz; tys ulozyl caly plan, twoja w tym glowa, by dojsc do pozadanego konca. – Ile ludzi moge wziac ze soba? – Nie moge ci dac wiecej niz czterech ludzi; potrzebuje reszty do pilnowania wiezniow. – Czterech wystarczy mi zupelnie, nie liczac przedniej strazy. Pozostanie ci do dyspozycji dwunastu ludzi, a wlasciwie pilnowac trzeba tylko kobiety, bo zyciem odpowiadasz za tamtych. Mowiac te slowa, podniosl glos, aby Malgorzata i Armand dobrze je slyszeli. – A zatem jade naprzod – rzekl Chauvelin, widzac, ze kolega zgadza sie na jego plan. – Sir Percy bedzie laskaw nakreslic potrzebny rozkaz na kartce papieru. Zapadlo milczenie. W gestwinie lesnej rozlegl sie donosny, zlowrozbny krzyk nocnego ptaka, szukajacego zeru. I znow Malgorzata uslyszala glos Chauvelina: – Dziekuje, to wystarczy w zupelnosci. Teraz, obywatelu H~eronie, nie obawiaj sie zadnych zasadzek lub zdrady – masz w reku zakladnikow. A gdybysmy napotkali zbrojny napad lub opor w palacu, wysle natychmiast do ciebie gonca, a wtedy bedziesz wiedzial, co masz czynic. Parskanie koni i brzeczenie metalowych uzd zagluszylo reszte zdania. Malgorzata uczula, ze Armand zadrzal i reka jego w ciemnosciach szukala jej dloni. Wychylila sie z powozu. Ciemnosc spotegowala sie i obloki pary z wilgotnych koni zawisly ciezko w dzdzystym powietrzu. Naprzeciwko niej wysmukle pnie sosen odcinaly sie ostro od szarego tla nieba, zabarwionego tu i owdzie purpurowymi smugami. Gdzieniegdzie czernialy w dolinie rzadko rozsiane sylwetki chat przysiolka Le Crocq. W niektorych oknach male swiatelka zaczely migotac jak wielkie zolte oczy. Ale wzrok Malgorzaty nie zatrzymywal sie dlugo na oddalonym krajobrazie, lecz usilowal przebic ciemnosci, zakrywajace jej najblizsze otoczenie. Jezdzcy skupili sie kolo jej powozu tak gesto, jak drzewa w lesie. Konie byly niespokojne i odslanialy chwilami druga karete. Przez okamgnienie zobaczyla glowe H~erona w wysokim kapeluszu, wychylajaca sie z okna. Bandaz, przecinajacy czolo, wygladal jak blada szrama. – Nie boj sie, obywatelu Chauvelin – zasmial sie drapieznie – wiem, co mam zrobic. Wilki beda mialy uczte dzis w nocy, a gilotyny tez nie skrzywdzimy. Armand objal ramieniem siostre i wciagnal ja troskliwie w glab karety. – Mateczko – rzekl – jezeli znajdziesz sposob, bym mogl oddac zycie za ciebie i Percy'ego, wskaz mi go. Ale ona odparla z moca: – Nie ma sposobu, Armandzie, a jezeli jest, to tylko w reku Boga. Rozdzial XII. Obcy w parku Tymczasem Chauvelin ze swa eskorta odlaczyl sie od towarzyszy. Tupot kopyt konskich na miekkim gruncie stawal sie coraz slabszy, a gdy jezdzcy skrecili w las umilkl zupelnie. H~eron wydal rozkaz swemu woznicy, by jechal przodem. Gdy kareta glownego agenta mijala powoz Malgorzaty i Armanda, glowa H~erona w wysokim kapeluszu i brudnym bandazu wychylila sie znowu. Zwrocil sie z chichotem do Malgorzaty: – Zmow wszystkie znane ci modlitwy, obywatelko, aby moj przyjaciel Chauvelin znalazl Kapeta w palacu, w przeciwnym razie nie zobaczysz jutro wschodzacego slonca. Albo – albo, wiesz o tym. Probowala nie patrzec na niego, gdyz sam widok tej chudej twarzy, grubych warg i wstretnego bandaza, kryjacego jedno oko, przejmowal ja obrzydzeniem. Usilowala nie slyszec jego szatanskiego smiechu. Sila rzeczy i on musial odczuwac wielki niepokoj. Co prawda dotad wszystko szlo dobrze, i nie wygladalo na to, by wiezien ich zwodzil. Ale wraz z ciemnoscia przyszla rozstrzygajaca godzina. Tajemnicza glebia lasu, pelna dzikich odglosow i naglych blyskow upiornych swiatel, niepokoila nerwy H~erona, ktory mial uszy przepelnione krzykami niewinnych ofiar swej wlasnej ambicji i slepiej nienawisci. Wydal ludziom ostre rozkazy, by otoczyli zwartym kolem powozy i krzyknal: – Naprzod! Malgorzata wytezala oczy i sluchala. Zdawalo sie jej, ze dochodzi ja slaby odglos kopyt koni Chauvelina i jego strazy, zaglebiajacych sie coraz dalej w las. Kareta H~erona jechala teraz przodem. Zmniejszony orszak posuwal sie powolnym krokiem wsrod zwiekszajacych sie wciaz ciemnosci i coraz grozniejszych pomrukow puszczy. Przemeczona Malgorzata wsunela sie w glab karety i zamknela oczy, trzymajac w swej rece dlon Armanda. Czas i odleglosc przestaly istniec dla niej, tylko smierc, pani wszechwladna, pozostala; szla przodem z kosa na obnazonym z ciala ramieniu, przywolujac ich straszna trupia reka. Zatrzymano sie znowu. Kola zgrzytnely i konie stanely deba pod naglym sciagnieciem cugli. – Co sie znowu stalo? – dal sie slyszec ochryply glos H~erona. – Jest tak ciemno, obywatelu – brzmiala odpowiedz – ze woznicy nie widza nawet uszu konskich; pytaja sie, czy moga zapalic latarnie i prowadzic konie za uzdy. – Moga prowadzic konie – odparl H~eron szorstko – ale nie chce zadnych latarni. Nie wiemy, czy kto nie czatuje na nas poza drzewami, by przedziurawic kulka glowe mnie lub tobie, sierzancie. Nie trzeba robic z siebie celu, nieprawdaz? Pozwol woznicom prowadzic konie przy pysku, a i zolnierze, ktorzy maja biale wierzchowce, niech zsiada z siodla i ida przodem. Moze biale konie poprowadza nas w tych przekletych ciemnosciach. A gdy robiono przygotowania, by wypelnic jego rozkaz, zapytal: – Czy daleko jeszcze do kaplicy? – Nie moze juz byc daleko, obywatelu. Caly bor nie ma wiecej jak piec mil, a juz zrobilismy dwie od czasu, gdy wjechalismy w las. – Cicho! – zawolal nagle H~eron. – Co to jest? Czy nie slyszycie? Wszyscy umilkli, ale konie byly niespokojne; gryzly wedzidla, grzebaly nogami i rzucaly glowami niecierpliwie. Nadsluchujacym zdawalo sie, ze slysza brzeczenie uzd, tupot po rozmoklej drodze, parskanie koni i oddech ludzki daleko pomiedzy drzewami. – To obywatel Chauvelin i jego ludzie – zauwazyl sierzant. – Cicho! Chce sluchac! – padl krotki rozkaz. I znow wszyscy wytezyli sluch. Ludzie nie smieli nawet oddychac i sciskali wedzidla, by uspokoic konie. Doszlo ich znow slabe echo tupotu konskiego. – Tak, to Chauvelin – szepnal H~eron, niezupelnie przekonany o tym, co twierdzil – myslalem, ze dojezdza juz do palacu o tej porze. – Moze jedzie stepa… jest bardzo ciemno, obywatelu H~eronie – rzekl sierzant. – W takim razie naprzod! Im predzej sie z nim polaczymy, tym lepiej. I caly pochod ruszyl znow w droge. W glebi karety Armand i Malgorzata scisneli sie za rece. – To de Batz ze swymi przyjaciolmi – szepnela cicho. – De Batz? – spytal przerazony, a nie rozumiejac, czemu mowila nagle o de Batzu, pomyslal ze zgroza, ze przeczucie sie spelnilo, i ze postradala zmysly. – Tak, de Batz – odparla. – Percy poslal mu przeze mnie list, proszac go, by spotkal sie tutaj z nami. Nie oszalalam, Armandzie – dodala spokojnie. – Sir Andrew zaniosl list Percy'ego de Batzowi w dzien naszego wyjazdu z Paryza. – Wielki Boze! – krzyknal Armand, otaczajac ja ramionami. – Jezeli Chauvelin i jego eskorta zostana zaatakowani, to… – Tak – dodala – jezeli de Batz zaatakuje Chauvelina i bronic mu bedzie wstepu do palacu, zastrzela nas, Armandzie, a Percy… – Ale czy delfin znajduje sie w palacu d'Ourde? – Podobno go tam nie ma. – Czemu zatem Percy prosil o pomoc de Batza? – Nie wiem – szepnela bezradnie. – Gdy pisal ten list, nie mogl zgadnac, ze sluzyc bedziemy za zakladnikow. Spodziewal sie moze, ze pod oslona ciemnosci i w zamieszaniu bitwy zdola uciec, ale teraz, gdy my tu jestesmy… – Sluchaj! – przerwal Armand, chwytajac ja nagle za ramie. – Stoj! – rozlegl sie glos sierzanta. Nie moglo juz byc watpliwosci. Tupot stawal sie coraz blizszy. Jakis czlowiek biegl ku nim co tchu. Przez chwile panowala gleboka cisza; nawet wiatr ucichl i deszcz przestal szumiec. Niespokojny glos H~erona przerwal chwilowy pokoj. – A wiec, co to jest? – spytal. – Goniec, obywatelu, biegnie z prawej strony lasu – odparl sierzant. – Od strony palacu? Widocznie Chauvelin zostal zaatakowany i daje mi o tym znac. Sierzancie, czuwaj nad wiezniami, jesli ci zycie mile, i… Reszta zdania uwiezla mu w gardle wskutek tak przerazliwego napadu zlosci, ze az strwozone konie przysiadly na zadach. Przez kilka minut zapanowalo wielkie zamieszanie, dopoki ludzie nie uspokoili drzacych zwierzat. Zolnierze wypelnili rozkaz i otoczyli zwartym kolem powoz Armanda i Malgorzaty. Jeden z ludzi szepnal: – Agent umie przeklinac, nie ma co mowic! Udusi go kiedys furia… Tymczasem goniec zblizal sie coraz bardziej. Zatrzymaly go straze. – Kto idzie? – Przyjaciel – odparl, dyszac z wyczerpania. – Gdzie obywatel H~eron? – Tu – odpowiedziano mu zywo. – Zbliz sie. – Latarnie, obywatelu – zaproponowal jeden z woznicow. – Nie, nie teraz. Gdzie jestesmy, do diabla? – Tuz kolo kaplicy, obywatelu – rzekl sierzant. Goniec, ktorego oczy przywykly do ciemnosci, zblizyl sie do powozu. – Brama palacu – objasnil urywanym glosem – znajduje sie tuz na prawo, obywatelu. Przeszedlem wlasnie przez nia. – Powiedz mi – rzekl H~eron – czy to Chauvelin cie przyslal? – Tak. Kazal mi powiedziec, ze dojechal do palacu, ale Kapeta tam nie ma. Caly stek przeklenstw przerwal opowiadanie gonca. Ale ten ciagnal dalej: – Obywatel Chauvelin zadzwonil do drzwi palacu, otworzyla mu stara sluzaca; dom wydawal sie calkiem nie zamieszkany, tylko… – Tylko co? Opowiadaj dalej! – Gdy przejezdzalismy przez park, zdawalo nam sie, ze nas sledzono. Slyszelismy za soba wyraznie tupot koni, ale nie mozna bylo nic dostrzec. A teraz, gdy bieglem z powrotem, znow slyszalem… Sa inni w parku procz nas, obywatelu – to rzecz pewna. Urwal. – Inni w parku? – zawolal H~eron drzacym glosem. – Czy mozesz okreslic mniej wiecej ilu ich jest? – Nie, obywatelu, wiem tylko, ze jezdzcy wlocza sie wkolo domu. Obywatel Chauvelin wzial ze soba czterech zolnierzy do palacu, a pozostawil tamtych na czatach. Ale prosi, abys mu poslal wiecej ludzi do pomocy. Tuz kolo bramy znajduja sie zabudowania gospodarskie; tam umiesci konie na noc, a ludzie przyjda do palacu pieszo. Noc jest bardzo ciemna. Tak bedzie lepiej dla bezpieczenstwa. – Goniec mowil jeszcze, az tu w oddali las zaczal budzic sie jakby ze snu, a powiew wiatru przyniosl odglosy odmienne zupelnie od wycia dzikich zwierzat lub krzyku nocnych ptakow. Byl to szept komendy i ostrozne kroki ludzi, gotujacych sie widocznie do ataku. – Sierzancie – zawolal H~eron lagodniej tym razem – czy widzisz kaplice? – Widze wyraznie, obywatelu – odparl sierzant. – Jest to bardzo maly budynek, stojacy po lewej stronie od nas. – Zejdz z konia i obejdz kaplice dokola. Zobacz, czy sa okna i drzwi w tyle. Zapadlo milczenie, podczas ktorego kroki zblizajacych sie ludzi stawaly sie coraz wyrazniejsze. Malgorzata i Armand przytuleni do siebie nie wiedzieli, co myslec, czego sie obawiac. – To na pewno de Batz z kilkoma przyjaciolmi – szepnela Malgorzata – ale w czym oni moga pomoc? Czego sie Percy od nich spodziewa? O Percy'm nie wiedzieli nic. Z karety idacej przodem, wychylala sie tylko wciaz odrazajaca postac H~erona i jego glowa w wysokim kapeluszu. Zacieralo sie nawet wrazenie, ze Percy jest tak blisko, o pare krokow zaledwie. Strach ogarnal Malgorzate, ze moze nie ma go juz w powozie, ze umarl z wyczerpania, a jezeli nie umarl, to lezy nieprzytomny, jakby w letargu. Przypomniala sobie straszliwy wybuch gniewu i nienawisci H~erona przed chwila. Moze ten lotr wywarl swa zlosc na bezbronnym, oslabionym wiezniu, uciszajac na zawsze usta, uragajace mu do ostatka? Malgorzata nie spodziewala sie niczego dobrego, ale gdy w wyobrazni ujrzala Percy'ego, lezacego bez zycia kolo swego wroga, odczula rodzaj ulgi, ze oszczedzono mu widoku ostatecznego kataklizmu. Rozdzial XIII. Kaplica Grobu Otrzasnela sie z tych rozmyslan na glos sierzanta. Wypelnil widocznie rozkaz agenta i obejrzal starannie mala kapliczke, bielejaca wsrod ciemnosci. – Jest to silna kamienna budowla, obywatelu – rzekl. – Z frontu znajduje sie zelazna brama, zaopatrzona zardzewialym zamkiem, ale klucz obraca sie dosc latwo. W tyle nie ma ani okien ani drzwi. – Jestes zupelnie pewny? – Zupelnie, obywatelu, jedyne wejscie do wnetrza stanowi owa zelazna brama. – Dobrze. Malgorzata slyszala wyraznie kazde slowo H~erona, rozmawiajacego z sierzantem, ale ostry glos, ktorego sie tak lekala, zmienil sie nie do poznania. H~eron przestal wyzywac i przeklinac. Widocznie grozace niebezpieczenstwo, strach przed porazka i nadzieja zemsty ochlodzily jego temperament. Wydawal rozkazy jasno i stanowczo, glosem nieco przyciszonym. – Wez szesciu ludzi z soba, sierzancie – mowil dalej – i jedz do palacu na pomoc Chauvelinowi. Mozesz zostawic konie w zabudowaniach gospodarskich, jak sobie zyczy Chauvelin i biec dalej pieszo. Zalatwcie sie w krotkim czasie z garstka nocnych wloczegow; jestescie przeciez dobrze uzbrojeni. Powiedz Chauvelinowi, ze zajme sie tymczasem wiezniami. Anglika zakuje w kajdany i zamkne w kaplicy przy pomocy pieciu ludzi, ktorych pozostawie przy nim na strazy, a dwoch zakladnikow zawioze z powrotem do Cr~ecy z reszta eskorty. Zrozumiales? – Tak, obywatelu. – Staniemy w Cr~ecy o drugiej po polnocy, nie predzej; gdy bede na miejscu, wysle Chauvelinowi nowa sile zbrojna, ktora, mam nadzieje, okaze sie zbyteczna, ale w kazdym razie przybedzie do palacu przed switem. Nawet jezeli go powaznie zaatakuja, moze bronic sie w palacu przez jedna noc. Powiedz mu tez, ze o swicie obaj zakladnicy zostana rozstrzelani w podworzu posterunku w Cr~ecy, a co do Anglika, to niech przyjedzie po niego do kaplicy i zabierze z soba prosto do Cr~ecy. Tam bede go oczekiwal. Nastepnie powrocimy razem do Paryza. Rozumiesz? – Tak, obywatelu. – Powtorz, co ci powiedzialem. – Wezme szesciu ludzi z soba i pojade na pomoc obywatelowi Chauvelinowi. – Tak. – A ty, obywatelu, wrocisz do Cr~ecy po nowe posilki, ktore przybeda tu wczesnym rankiem. – Tak. – Mamy bronic sie przeciwko maruderom w samym palacu, poki nie nadejdzie odsiecz. Po zalatwieniu sie z nimi zabierzemy z soba Anglika zamknietego w kaplicy i wrocimy do Cr~ecy. – A to bez wzgledu na to, czy Chauvelin odebral Kapeta czy nie. – Rozumiem. Mam jeszcze oznajmic obywatelowi Chauvelinowi, ze obaj zakladnicy zostana rozstrzelani o swicie na podworzu posterunku w Cr~ecy. – Dobrze. Probujcie zlapac wodza atakujacych i przywiedzcie go razem z Anglikiem. Chauvelin bedzie zadowolony z twojej pomocy, sierzancie. A teraz wydaj rozkaz wszystkim zolnierzom, by zsiedli z koni i umiescili je w zabudowaniach folwarcznych. Niech zabiora tez konie z tamtego powozu. Sa zbyteczne, a nie mamy dosc ludzi, by ich pilnowac. Pamietaj o tym przede wszystkim. Gdy bedziesz gotow, przyjdz jeszcze raz do mnie. Przygotowania odbywaly sie w najwiekszym milczeniu; do uszu Malgorzaty dochodzily tylko urywane zdania: – Prawe kolo, pierwsza sekcja bierze dwa konie za cugle. Cicho tam! Nie targaj go za lejce, zostaw go! A potem krotki raport: – Wszystko gotowe, obywatelu. – Dobrze. A teraz zawolaj kaprala, niech przyjdzie z dwoma ludzmi, abysmy mogli zakuc Anglika w kajdany i zamknac go w kaplicy. Tymczasem niech czterech zolnierzy pilnuje tamtego powozu. Wydano potrzebne rozkazy, po czym zawolano: – Naprzod! Sierzant ze swym oddzialem wyruszyl z wolna w ciemna noc. Konie stapaly cicho po miekkim kobiercu igliwia i zeschlych lisci, ale pobrzekiwanie wedzidel i od czasu do czasu krotkie rzenie biednego zmeczonego konia przerywaly cisze. Z wyjazdem oddzialu zgasl dla Malgorzaty ostatni promyk nadziei. Skonczylo sie wszystko. Percy bezsilny, kto wie? Moze i nieprzytomny, spedzi noc w wilgotnej kaplicy, podczas gdy ona i Armand wroca do Cr~ecy pedzeni na rzez. Gdy szary swit zablysnie miedzy konarami drzew, przewioza Percy'ego do Paryza, a ona i Armand zgina jako ofiary zemsty i nienawisci. Nadszedl koniec, nie bylo ratunku. Na nic przydac sie juz nie mogly plany obrony lub walki, ale chciala przynajmniej zobaczyc sie z mezem po raz ostatni, teraz gdy smierc byla nieunikniona. Starala sie rozumowac trzezwo, tak jak Percy sobie tego zyczyl, a nie robic z siebie widowiska rozpaczajacej kobiety, walczacej slepo z wrogim przeznaczeniem. Miala wrazenie, ze z wieksza odwaga spojrzalaby jutro smierci w twarz, gdyby dane jej bylo pokrzepic sie widokiem tych oczu, palajacych przez zycie tak wielka zadza ofiary i zlozyc ostatni pocalunek na tych ustach, ktore usmiechaly sie zawsze w ciagu zycia i usmiechac sie beda nawet w obliczu smierci. Ujela klamke powozu, ale trzymano drzwi silnie od zewnatrz i niecierpliwy glos krzyknal na nia, by siedziala spokojnie. Wychylila sie przez okno. – Zdaje mi sie, ze wiezien jest nieprzytomny – zauwazyl jeden z zolnierzy. – Wyciagnij go z karety – rozkazal H~eron – a ty otworz brame kaplicy. Malgorzata widziala wszystko, gdyz oczy jej przyzwyczaily sie do ciemnosci. Dwie bezksztaltne czarne postacie ujely w ramiona ciezkie brzemie, nie dajace zadnego znaku zycia. Wkrotce owo brzemie zniklo w otworze kaplicy. Pare slow doszlo do jej uszu: – Jest nieprzytomny. – To dobrze; a teraz zamknij brame. Malgorzata krzyknela przerazliwie. Naciskala z calej sily klamke powozu. – Armandzie, Armandzie! Idz do niego! – zawolala, tracac panowanie nad soba pod naporem dzikiego, rozpaczliwego bolu. – Pozwol mi isc do niego! Armandzie, to juz koniec. Prosze cie, w imie Boze! – Ucisz te kobiete – rozlegl sie glos H~erona. – Zakuj ja w kajdany i tego drugiego takze. Predko. Podczas gdy Malgorzata wyczerpywala swe watle sily w nierownej walce, Armand wydarl klamke z reki zolnierza, stojacego na strazy. Byl poludniowcem i wiedzial, w jaki sposob zmylic przeciwnika, jak to ma miejsce w walce bykow. Powalil jednego o ziemie i skoczyl ku bramie kaplicy. Straz, zaatakowana tak niespodzianie, nie czekala na rozkazy. Otoczono Armanda, jeden z zolnierzy wyciagnal szable i cial nia na oslep. Ale na razie mlodzieniec uchylil sie przed razami i parl naprzod, nie zwazajac na niebezpieczenstwo. Dosiegnal kaplicy. Jednym susem byl przy bramie, trzesacymi palcami szukajac klamki, ktorej nie mogl dojrzec. Silnym uderzeniem piesci H~eron zwalil go na kolana, ale i teraz jeszcze rece jego nie puscily drzwi. Czepial sie goraczkowo rzezbionej ornamentyki bramy, pchal i popychal ja sila rozpaczy. Przecieto mu czolo szabla, krew zalala mu oczy goracym strumieniem, ale on nie zdawal sobie z tego sprawy. Cala sila muskulow, ostatnimi wysilkami zamierajacego serca pragnal dostac sie do przyjaciela, ktory lezal tam omdlaly, opuszczony, moze martwy. – Do stu diablow! – zagrzmial glos H~erona tuz kolo jego ucha – czy nie jestescie w stanie pohamowac tego wariata? Ciezki cios w glowe oszolomil Armanda. Upadl na twarz, trzymajac wciaz w rekach zelazna krate. Silne ramiona zmusily go do puszczenia kraty. Bolesne razy spadaly na jego zesztywniale rece; czul, ze niosa go coraz dalej od drzwi, ktore chcial otworzyc za cene wlasnej krwi. A Malgorzata slyszala to wszystko ze swej karety, gdzie byla uwieziona, jak martwe cialo Percy'ego w ciemnej kaplicy. Dochodzil ja halas i zamieszanie, slowa komendy H~erona i swist ciezkich uderzen szabla. Szeregowiec zalozyl jej kajdany na rece, a dwoch innych trzymalo drzwi powozu. Gdy Armanda wniesiono do karety, nie mogla nawet pomoc mu i ulozyc go wygodnie. Slyszala tylko jego slabe jeki. Zatrzasnieto drzwi powozu. – Nie pozwolcie juz zadnemu wiezniowi wyjsc z karety; przyplacilibyscie to zyciem! – krzyknal ostro H~eron. – Czy klucz obraca sie w zamku? – Tak, obywatelu. – Wszystko w porzadku? – Tak. Wiezien jeczy. – Niech jeczy. – Co zrobic z pustym powozem? Konie odprzezone. – Niech tu zostanie. Obywatel Chauvelin bedzie go jutro potrzebowal. – Armandzie – szepnela Malgorzata – widziales Percy'ego? – Bylo zanadto ciemno – odparl Armand slabym glosem, ale gdy kladli go na ziemi, jeczal. Moj Boze!… – Cicho, kochanie – rzekla. – Nie mozemy nic wiecej uczynic, tylko umrzec, jak on zyl, odwaznie i z usmiechem na ustach. – Numer 35 jest ranny, obywatelu – odezwal sie jeden z zolnierzy. – Zostaw go tu ze straza – brzmiala krotka odpowiedz H~erona. – Ilu z was jedzie ze mna? – spytal ten sam glos. – Tylko dwoch, obywatelu, skoro cala jedna sekcja pozostaje przy kaplicy. – Dwoch mi wystarczy, pieciu musi zostac przy Angliku. – Tu drapiezny smiech H~erona odbil sie od kamiennej sciany kaplicy. – A teraz niech jeden z was siada do karety, a drugi niech prowadzi konie przy pysku. Pamietaj, kapralu Cassard, ze ty i twoi ludzie, pozostajacy tu na strazy, odpowiadac bedziecie przed calym narodem za Anglika. Otworzono znow karete i jeden zolnierz siadl naprzeciwko Malgorzaty i Armanda. H~eron wdrapal sie na koziol i ujal cugle. Resory zazgrzytaly i powoz z wolna ruszyl. Kola zapadly sie gleboko w miekki kobierzec zeschlych lisci. Malgorzata oparla bezwladne cialo Armanda o swe ramie. – Czy cierpisz bardzo, drogi? – zapytala miekko. Nic nie odpowiedzial; myslala, ze zemdlal. Tak bylo lepiej, przynajmniej ostatnie ciezkie godziny mina mu w nieswiadomosci. Powoz poruszal sie teraz swobodniej, a zolnierz, prowadzacy konie za uzde, szedl dobrym krokiem. Malgorzata pragnela bardzo spojrzec w tyl ku ciemnej kaplicy, ktorej zimne, okrutne mury pochlonely wszystko, co kochala na swiecie. Ale rece miala skrepowane kajdanami, ktore wrzynaly sie w jej cialo przy najmniejszym ruchu. Nie mogla nawet wychylic sie z okna. Las ucichl, wiatr przestal hulac po pustych polach, dzikie zwierzeta i nocne ptaki ulozyly sie do snu. A kola powozu toczyly sie, skrzypiac na swych osiach, unoszac je wciaz dalej i dalej od czlowieka zamknietego w kaplicy Grobu. Rozdzial XIV. Wschodzacy ksiezyc Armand otrzasnal sie z omdlenia i teraz brat i siostra siedzieli przytuleni do siebie ramie przy ramieniu. Uczucie, ze sa tak blisko jedno drugiego, bylo jedyna osloda w tej ciezkiej krzyzowej drodze. Zdawalo im sie, ze jada bez konca, wiecznosc cala. Raz tylko zatrzymano sie na chwile na rozkaz H~erona, aby zolnierz, idacy przy koniach, wdrapal sie na koziol. Po chwili przerazliwy krzyk rozdarl powietrze i konie puszczono cwalem; ten krzyk powtorzyl sie jeszcze kilkakrotnie, coraz slabiej, jakby ginac w oddali. Zolnierz, ktory siedzial w karecie naprzeciwko wiezniow, zerwal sie, jakby obudzony ze snu i wychylil glowe z okna. – Czy slyszales, obywatelu? – spytal H~erona. Ale odpowiedzialo mu tylko przeklenstwo i ostry rozkaz, by uwazal na wiezniow zamiast patrzec przez okno. – Czy slyszalas? – zwrocil sie z tym samym zapytaniem do Malgorzaty, cofajac sie spiesznie w glab powozu. – Tak. Co to moglo byc? – szepnela. – Niebezpiecznie jechac w tak ciemna noc – mruknal. Po tej uwadze wzruszyl obojetnie ramionami ze stoicyzmem wrodzonym ludziom jego sfery. – Powinni bysmy juz dawno opuscic las – zauwazyl po chwili. – Droga wydawala mi sie przedtem o wiele krotsza. Nagle cos zazgrzytalo w osiach i resorach, powoz nachylil sie silnie na jedna strone i stanal na miejscu. Klnac przerazliwie, obywatel agent zeskoczyl z kozla. Otworzyl gwaltownie drzwi karety: – Obywatelu zolnierzu, predko, spiesz sie! Inaczej jeden z koni padnie. Zolnierz zerwal sie na rowne nogi, bo niebezpiecznie bylo ociagac sie, gdy H~eron rozkazywal. Byl rozespany i zesztywnialy z zimna i dalekiej jazdy; aby przyspieszyc jego ruchy, uchwycono go za ramie i wyrzucono z powozu. Zatrzasnieto drzwi. Prawie rownoczesnie rozlegl sie znow przerazliwy, rozdzierajacy jek. Malgorzata wtulila sie w glab karety, aby nie slyszec tych ohydnych krzykow i troskliwie przygarnela do piersi zbolala glowe Armanda. Teraz wszystkie glosy ucichly i zapadlo glebokie milczenie, tak gluche, ze sama przyroda zdawala sie nadsluchiwac; tylko cichy oddech Armanda, dochodzil do uszu Malgorzaty. Okno po jej stronie bylo otwarte, wiec zwrocila sie ku niemu, by wchlonac nieco swiezego, ozywczego powietrza. Uczula jakby zapach morza. Nie bylo juz ciemno i otwarty krajobraz roztaczal sie do samego niebosklonu. Niewyrazne, blade swiatlo potegowalo sie na niebie, a wiatr pedzil klebiace sie chmury prosto ku niemu. Malgorzata spojrzala w gore z uczuciem wdziecznosci. O, jakze byly pozadane te blade promienie po tylugodzinnych nieprzejrzanych ciemnosciach! Spogladala z zajeciem na ciezkie zlotawe chmury, ktore rozdzielajac sie i laczac jak welony niewidocznych, olbrzymich tancerek, odslonily w koncu wschodzacy zloty ksiezyc, tajemniczo wynurzajacy sie z bezbrzeznego horyzontu. Blade swiatlo rozlalo sie po szerokim krajobrazie w dyskretne tony zoltoniebieskie. Tu i tam rzadko stojace drzewa z nachylonymi od wiatru koronami zdradzaly bliskosc morza. Malgorzata patrzyla na krajobraz, ktory wschodzacy ksiezyc tak nagle odslonil, nie zdajac sobie sprawy z tego, co widziala. Ksiezyc wstal po jej prawej stronie – tam byl wschod. Powoz kierowal sie na polnoc, a Cr~ecy lezalo przeciez na poludnie… W oddali zegar koscielny wydzwonil z wolna pozna godzine… Nagle wytezyla sluch: czyjes kroki zblizaly sie po miekkim lesnym kobiercu… Wiatr umilkl, ucichly nocne ptaki. Serce Malgorzaty bilo tak gwaltownie, ze az wstrzasalo cala jej postacia i mgla zaszly jej oczy. Ale pomimo stanu odretwienia uslyszala otwierajace sie drzwi karety. Owionelo ja czyste morskie powietrze i ktos zlozyl na jej reku goracy pocalunek. Byla pewna, ze umarla i ze Bog w swym nieskonczonym milosierdziu otworzyl przed nia bramy niebios. – Najdrozszy… – jeknela. Silne rece zdjely jej kajdany z rak. – Lepiej tak, czyz nie? – odezwal sie jedrny glos. – A teraz zajmijmy sie biednym Armandem. Byla z pewnoscia w niebie, gdyz jakze swiat zgotowac jej mogl podobna radosc? – Percy! – zawolal Armand slabym glosem. – Cicho, kochanie – szepnela Malgorzata – jestesmy w niebie, ty i ja… Na to wesoly smiech rozbudzil echa wsrod ciszy nocnej: – W niebie? Alez kochanie. – W glosie Percy'ego bylo tyle wesolosci i humoru. – Jezeli Bog da, bedziemy w Le Portel przed switem. Wtedy zmuszona byla uwierzyc. Wyciagnela rece, szukajac go, gdyz bylo ciemno w powozie i wyczula jego szerokie ramiona nachylone nad Armandem, uwalniajace go z kajdan. – Nie ruszaj swymi dlonmi brudnego ubrania tego lotra – rzekl wesolo. – Wielki Boze! Mialem je na sobie przez cale dwie godziny. Mam wrazenie, ze brod przeniknal mnie do kosci. I wlasciwym sobie ruchem objal rekoma glowe Malgorzaty i spojrzal w jej oczy przy swietle bladego ksiezyca. Widziala tylko sylwetke meza na wzburzonym niebie. Nie rozpoznawala ani jego oczu, ani ust. Ale czula, ze byl blisko i radosc omal jej nie zabila. – Wyjdz z karety, moja najmilsza, niech swieze powietrze orzezwi cie nieco. O staje stad znajduje sie mala karczma; zbudzilem juz niezbyt uprzejmego gospodarza. Ty i Armand mozecie odpoczac tam z pol godziny, poki nie ruszymy w dalsza droge. – A ty, Percy? Czyz nic ci nie grozi? – Nic nam nie grozi do jutra rana; mamy dosc czasu, by dojechac do Le Portel i wsiasc na poklad „Day Dreamu”, zanim moj uprzejmy przyjaciel Chambertin odnajdzie swego godnego kolege z kneblem w ustach w kaplicy Grobu. Wyobrazam sobie, jak stary H~eron zacznie przeklinac, gdy otworzy usta. Pomogl Malgorzacie wysiasc z karety. Morskie powietrze, ktore wchlonela w pluca, oszolomilo ja, ale silne ramiona podtrzymaly ja. – Czy mozesz isc, kochanie? – spytal. – Oprzyj sie o mnie, to niedaleko, odpoczynek doda ci sil. – Ale ty, Percy?… Zasmial sie – pelna radosc zycia zdawala sie dzwieczec w tym smiechu. Wsunela mu reke pod ramie, on przez chwile stal z oczyma wpatrzonymi w daleki horyzont, oblany tajemniczym swiatlem wschodzacego ksiezyca. Przycisnal jej reke do serca, ale prawa dlon wyciagnal ku czarnemu walowi lasu i wierzcholkom sosen, ktorymi igral jeszcze zamierajacy wiatr. – Malgorzato – rzekl, a glos jego zadrzal. – Poza tymi lasami, daleko rozlegaja sie jeki nieszczesliwych. Dochodza one do mnie az tu. Gdyby nie ty, przeszedlbym na nowo ten las dzis w nocy jeszcze, aby wrocic do Paryza. Ale dla ciebie nie uczynie tego – dodal z naciskiem, przytulajac do siebie drzaca jej dlon. Szla naprzod w milczeniu. Radosc jej byla tak wielka, jak jej bolesc. Znalazla go na powrot, tego, ktorego uwielbiala, tego, o ktorym myslala, ze juz nigdy na ziemi nie zobaczy. Odnalazla go, ale zdawala sobie jasno sprawe, ze nawet teraz, po straszliwych tygodniach meki i bezgranicznej niedoli, milosc nie zapanowala nad awanturnicza jego natura i nad nieokielznana zadza przygod i mlodzienczego entuzjazmu. Rozdzial XV. Kraina Eldorado W kieszeni plaszcza H~erona Percy znalazl portfel z kilkoma setkami frankow. Dziwnym zbiegiem okolicznosci pieniadze tego lotra posluzyly do przekupienia gospodarza malenkiej karczmy, by ugoscil nocnych wedrowcow. Malgorzata siadla w milczeniu kolo meza, trzymajac jego reke w swych dloniach. Armand z przewiazana glowa zajal miejsce naprzeciwko nich, oparl sie lokciami o stol i schowal twarz w dloniach. Byl bardzo przybity i mizerny i od czasu do czasu wlepial w swego wodza palajace goraczka oczy. – Tak, mlody szalencze – rzekl Blakeney wesolo, o malo nie zepsules calego planu swoimi piskami przy drzwiach kaplicy. – Chcialem isc do ciebie, Percy… myslalem, ze zamkneli cie tam w kaplicy… – Nie mnie zamkneli, tylko mego przyjaciela H~erona, skrepowanego jak barana. Znajdzie go jutro moj drugi przyjaciel, mr. Chambertin. Chcialbym uslyszec pomstowanie H~erona- gdy wyjma mu knebel z ust. – Jak sie to stalo, Percy? I gdzie byl de Batz? – Wciagnalem de Batza do spisku, ktory uknulem, zanim te lotry wzieli was za zakladnikow. Mialem wowczas nadzieje, ze wsrod zamieszania walki uda mi sie uciec. Mogla nadarzyc sie ku temu sposobnosc, a wiesz, jak wierze w lysa fortune z jednym wlosem na glowie, ktory trzeba schwycic w odpowiedniej chwili. Chcialem za wszelka cene uchwycic ten wlos, chocby po to tylko, by nie umrzec w wilgotnej jamie jak gad, tylko pod Bozym niebem. Wiedzialem, ze de Batz da sie zwabic. Donosilem mu w liscie, ze delfin bedzie w palacu d'Ourde tej nocy, ale obawialem sie, ze rzad rewolucyjny cos zmiarkowal i przysle zbrojny oddzial, by odbic chlopca. Ffoulkes zaniosl mu ten list. Nie bylo watpliwosci, ze de Batz uczyni, co tylko bedzie mogl, by delfin dostal sie w jego rece; podczas utarczki fortuna mogla mi dopomoc chocby przez jedno mgnienie oka. Wszystko tak ulozylem, by dojechac do lasku Bulonskiego o zmierzchu, a noc jest zawsze wielkim sprzymierzencem. Ale na posterunku przy ulicy sw. Anny przekonalem sie, ze powzieto srodki ostroznosci, ktorych nie spodziewalem sie zupelnie. – Umilkl na chwile, a oczy jego podkrazone i wpadniete zajasnialy znow niezmordowana fantazja na wspomnienie przebytych niebezpieczenstw. – Bylem wowczas tak slaby i nieudolny – ciagnal dalej, zwracajac sie do Malgorzaty – ze musialem wpierw wzmocnic sie i wypoczac, zanim moglem naprawic wyrzadzona ci krzywde, najdrozsza, narazajac twe cenne zycie, by ratowac swoje. Ale nielatwo bylo uporac sie z tym krzykliwym jegomosciem w ciasnej karecie. Przez trzy dni i dwie noce jadlem, pilem, spalem, nabieralem sil, az wreszcie korzystajac z ciemnosci, ogluszylem H~erona poteznym uderzeniem, na wpol go udusilem, skrepowalem silnie i wlozylem na siebie jego brudny plaszcz, obdarty bandaz i wysoki kapelusz. Ryk, ktory wydal, gdy go zaatakowalem, byl tak przerazliwy, ze az konie przysiadly na zadach – przypominasz sobie? Ale na szczescie halas przygluszyl nasza ostatnia walke w powozie. Jeden Chauvelin bylby sie prawdy domyslil, ale pojechal naprzod, a lysa fortuna przeszla laskawie kolo mnie i uchwycilem ja za wlos. Potem wszystko poszlo bardzo gladko. Sierzant i zolnierze nie widzieli prawie wcale H~erona za dnia, mnie rowniez, wiec oszukac ich nie bylo trudno, a ciemnosc nocy jest, jak zaznaczylem, moim najwierniejszym sprzymierzencem. Potrafilem niezle nasladowac ochryply glos H~erona, bylo wiec nieprawdopodobne, by ci prosci zolnierze odgadli, co sie stalo. Rozkazy agenta wypelniano slepo i bez namyslu, a ludzie ani chwili nie zastanowili sie, czemu wyjezdzal z wiezniami pod eskorta dwoch zolnierzy, gdy przedtem dwudziestu pilnowalo zakladnikow. A jezeli ich to zdziwilo, nie ich rzecza bylo sie nad tym zastanawiac. Ci dwaj szeregowcy spedzaja noc bardzo niewygodnie w lasku Bulonskim, przywiazani do drzewa, o pare mil jeden od drugiego. A teraz – dodal wesolo – do powozu, piekna pani i ty, Armandzie. Mamy jeszcze siedem mil do Le Portel, a musimy tam stanac przed switem. – Sir Andrew kazal ci powiedziec Percy, ze pojedzie naprzod do Calais, spotka sie z „Day Dreamem”, a potem uda sie do Le Portel. A gdyby nie odebral od nas wiadomosci, mial skierowac sie ku palacowi d'Ourde w poszukiwaniu mnie. – W takim razie zastaniemy go jeszcze w Le Portel; wy dwoje musicie wsiasc od razu na poklad „Day Dreamu”, gdyz Ffoulkes i ja damy sobie zawsze rade. Byla godzina pierwsza po polnocy, gdy Percy i Armand wyszli z karczmy, aby przyprowadzic powoz. Malgorzata czekala na nich na progu, gotowa do drogi. – Percy – szepnal Armand – czy Malgorzata nie wie?… – Ma sie rozumiec, ze nie wie, ty mlody zapalencze – odparl lekko Percy. – Jezeli jej powiesz, leb ci skrece! – Ale ty – rzekl mlodzieniec z zapalem – jakze mozesz zniesc moj widok?… Moj Boze! Gdy mysle… – Nie mysl, moj poczciwy Armandzie, a w kazdym razie nie o tym; pamietaj tylko o kobiecie, dla ktorej popelniles zbrodnie. Jezeli jest dobra i godna powazania, wez ja za zone; nie teraz, gdyz byloby szalenstwem wracac do Paryza, ale kiedys, gdy przyjedzie do Anglii, a cala przeszlosc pojdzie w zapomnienie. Kochaj ja jak mozesz najserdeczniej, Armandzie. Naucz sie tej sztuki lepiej, niz ja sie jej nauczylem i nie wyciskaj z oczu Joanny Lange tych lez niepokoju i bolu, ktore moj zmysl awanturniczy wyciska z oczu twej siostry. Miales racje, Armandzie, gdy mowiles, ze nie umiem kochac. Ale na pokladzie „Day Dreamu”, gdy wszelkie niebezpieczenstwo minelo i zblizali sie do Anglii, krainy Eldorado, Malgorzata zrozumiala, ze mimo wszystko Percy umial kochac. *** [Eldorado - pic_2.jpg] Читайте больше книг на сайте онлайн-библиотеки mir-knigi.org