Автор : Orczy Baroness Название книги: Szkarlatny Kwiat Читать на сайте: https://mir-knigi.org/author/orczy-baroness/szkarlatny-kwiat Baronowa Orczy Szkarlatny Kwiat [Szkarlatny Kwiat - pic_1.jpg] Tytul oryginalny: The Scarlet pimpernel Cykle: Szkarlatny kwiat (tom: 1) Wstep Znana autorka miedzywojenna Baronowa Orczy tym razem prowadzi Czytelnika w burzliwy czas Rewolucji Francuskiej, kiedy to wskutek szalejacej nienawisci i pragnienia zemsty paryskiego tlumu padaja codziennie glowy arystokratow. Gilotyna nie wybiera ofiar. Szkarlatny kwiat – tytulowa postac ksiazki – pozostanie do konca wielka tajemnica. Wszyscy jednak wiedza, ze pod tym pseudonimem kryje sie mlody Anglik, ratujacy w przemyslny sposob niewinne ofiary terroru. Inna postacia, wokol ktorej rozwija sie akcja, jest piekna Lady Blakeney – Malgorzata -ozdoba eleganckich przyjec. Jaka role odgrywa ta niezwykla kobieta: przyjaciela Francji czy wroga? O tym Czytelnicy dowiedza sie z kart tej ksiazki. Rozdzial I. Paryz we wrzesniu 1792 roku Zapadal zmierzch. Kolo bramy zachodniej, tam gdzie dumny wladca wzniosl potem niesmiertelny pomnik narodowej slawie i wlasnej proznosci, kipial wzburzony i halasliwy tlum. Byla to dzicz potworna o rozbudzonych najnizszych instynktach, dyszaca nienawiscia i pragnieniem zemsty. Przez caly niemal dzien gilotyna wykonywala ohydna funkcje. Wszystko, co w minionych wiekach stanowilo chlube Francji, jej stare rody i blekitna krew, padalo ofiara zadzy "wolnosci i braterstwa". Rzez zakonczyla sie dopiero z zapadajacym zmrokiem, a inne, ciekawsze jeszcze widowisko czekalo na motloch przed ostatecznym zamknieciem miasta. Dlatego tlum opuscil Place de la Gr~eve i udal sie ku rozlicznym bramom, gdzie codziennie wabila go ciekawosc. Bo tez co to za szalone glowy ci arystokraci! Wszyscy co do jednego byli oczywiscie zdrajcami ludu: mezczyzni, kobiety, dzieci i synowie wielkich rodow, ktore od czasu wojen krzyzowych okrywaly chwala Francje. Ich poprzednicy uciskali lud, deptali go czerwonymi obcasami wytwornych trzewiczkow o zlotych klamrach, a teraz lud stal sie wladca Francji i miazdzyl dawnych panow nie obcasami wprawdzie – bo chodzil przewaznie boso – ale skuteczniejszym jeszcze ciezarem – nozem gilotyny. I codziennie nienasycone i ohydne narzedzie tortury dopominalo sie o nowe ofiary: starcow, mlode kobiety, watle dzieci, nim nadszedl dzien, gdy gilotyna zawolala o glowe krola i pieknej krolowej. Ale tak musialo byc! Czyz lud nie stal sie panem Francji, a arystokraci zdrajcami, jak ich ojcowie? Dwiescie lat lud w pocie czola pracowal i glodowal, aby utrzymac rozrzutny dwor, a teraz potomkowie tych, ktorzy przyczyniali sie do jego swietnosci, musieli sie ukrywac albo uchodzic z kraju, chcac uniknac spoznionej zemsty. Proby ich ucieczek dawaly motlochowi najpocieszniejsze widowiska. Kazdego wieczoru przed zamknieciem bram miasta, gdy liczne wozy targowe wyjezdzaly z Paryza, niektorzy arystokraci probowali umknac ze szponow komitetu bezpieczenstwa publicznego. W rozmaitych przebraniach, pod roznymi pozorami podkradali sie do bram tak dobrze strzezonych przez zolnierzy republikanskich. Mezczyzni w sukniach kobiecych, kobiety w meskim przebraniu, dzieci w lachmanach zebrakow, hrabiowie, markizowie, ksiazeta usilowali przedostac sie z Francji do Anglii lub innego przekletego kraju, aby tam zwrocic obce narody przeciw walecznej republice, utworzyc armie i oswobodzic nikczemnych wiezniow z Temple, ktorzy nazywali sie niegdys wladcami Francji. Ale prawie zawsze ich zatrzymywano. Zwlaszcza u bramy zachodniej sierzant Bibot okazywal niezwykla czujnosc i demaskowal kazdego arystokrate. Wtedy rozpoczynala sie zabawa. Bibot patrzal na zdobycz jak kot na zlapana mysz, bawil sie nia niekiedy dluzej niz kwadrans, udawal, ze wprowadzily go w blad peruka lub inne sztuczki tego lub owego markiza albo hrabiego. Bibot mial rzeczywiscie wiele sprytu i bylo na co patrzec, gdy lapal zbiega w ostatniej chwili. Czasem przepuszczal faktycznie swa ofiare przez brame, aby przez chwile miala zludzenie, iz uszla calo z Paryza, ale gdy biedak oddalil sie na odleglosc dziesieciu metrow, Bibot posylal za nia dwoch ludzi, ktorzy zawrociwszy go zdzierali z niego przebranie. Jakze sie smiano serdecznie, gdy okazalo sie, ze zbieg byl niewiasta, dumna markiza! A jak smiesznie wygladala w szponach Bibota, wiedzac, ze nazajutrz czeka ja sad, a potem czuly uscisk "Madame la Guillotine"! Nic wiec dziwnego, ze w ten piekny wrzesniowy wieczor tlum skupiony przy bramie Bibota dyszal ciekawoscia i podnieceniem. Zadza krwi zwieksza sie z jej widokiem i nie zna przesytu. Widziano dzisiaj setke spadajacych glow, chciano sie upewnic, czy mozna liczyc jutro na sto nowych. Bibot siedzial na przewroconej beczce tuz przy bramie, majac przy boku oddzial zolnierzy. Praca byla ciezka. Ci przekleci arystokraci, porwani panicznym strachem, czynili co mogli, aby wydostac sie z Paryza. Jednak codziennie Bibotowi udawalo sie zdemaskowac kilku monarchistow i poslac ich pod sad komitetu bezpieczenstwa publicznego, ktorego przewodniczacym byl ow dobry patriota, towarzysz Fouquier Tinville. Robespierre i Danton wynagrodzili Bibota za gorliwosc, a on pysznil sie, iz jego wylaczna zasluga byla smierc piecdziesieciu arystokratow. Ale dzisiaj wszyscy sierzanci na strazy mieli wyjatkowe polecenia. W ubieglych dniach wielu arystokratom udalo sie uciec i dostac do Anglii. Dziwne wiesci krazyly o tych ucieczkach, ktore stawaly sie teraz dosc czeste i dziwnie zuchwale. Wszystkie umysly byly nimi poruszone. Wyslano na szafot sierzanta Grospierre'a za to, ze pod jego nosem cala rodzina wymknela sie przez polnocna brame. Przekonano sie, ze te wyprawy organizowane byly przez kilku Anglikow, ktorzy z bezprzykladnym zuchwalstwem, mieszajac sie w nieswoje sprawy, ratowali ofiary przeznaczone dla "Madame la Guillotine". Wiesci te przybieraly niezwykle rozmiary. Bez watpienia banda Anglikow istniala, a wodzem jej byl czlowiek o wprost bajecznej odwadze i zuchwalstwie. Opowiadano, ze on i arystokraci, ktorych ratowal, stawali sie niewidzialni, gdy zblizali sie do bram i wychodzili z miasta przy pomocy sil nadprzyrodzonych. Nikt nie widzial tych tajemniczych Anglikow, a co do ich wodza, to nie mowiono o nim inaczej, jak z zabobonnym lekiem. Tu towarzysz Fauquier Tinville otrzymywal pismo pochodzace z niewiadomego zrodla, czasem znajdowal je w kieszeni swego plaszcza, tam znow podawano mu list w tlumie, gdy szedl na posiedzenie komitetu bezpieczenstwa publicznego. Papier zawieral zawsze krotka wzmianke, ze banda intrygantow dziala, a w rogu widnial maly szkarlatny kwiatek w formie gwiazdki. W kilka godzin po otrzymaniu tej bezczelnej przesylki towarzysze komitetu bezpieczenstwa publicznego dowiadywali sie, ze pewna ilosc monarchistow umknela z Paryza i byla w drodze do Anglii. Straz przy bramach zostala zdwojona, sierzantom zagrozono smiercia, a rownoczesnie obiecano ogromne nagrody za schwycenie tych Anglikow. Za pojmanie ich tajemniczego, nieuchwytnego przywodcy, ukrywajacego sie pod nazwa "Szkarlatnego Kwiatu", ofiarowano piec tysiecy frankow nagrody. Przypuszczano ogolnie, ze Bibot bedzie owym szczesliwcem, ktoremu sie to uda, i dlatego dzien po dniu ludzie gromadzili sie przy bramie zachodniej, aby widziec na wlasne oczy, gdy polozy reke na zbiegu, uchodzacym pod opieka tajemniczego Anglika. – Towarzysz Grospierre musial byc glupcem! – rzekl Bibot do swego wiernego kaprala – szkoda, ze mnie nie bylo zeszlego tygodnia przy bramie polnocnej. I splunal na ziemie, aby okazac pogarde dla naiwnosci kolegi. – Jak to bylo, towarzyszu? -spytal kapral. – Grospierre stal na strazy przy bramie – zaczal z namaszczeniem Bibot, a tlum zblizal sie, aby slyszec jego opowiadanie. – Wszyscy slyszeli o tym intrygancie, tym przekletym "Szkarlatnym Kwiecie", ale przez moja brame on nie przejdzie. Do licha! chyba, ze jest diablem wcielonym – chwalil sie Grospierre. Ale Grospierre byl glupcem. Wozy, powracajace z jarmarku, wyjezdzaly powoli z miasta, jeden byl naladowany beczkami, a na kozle siedzial stary woznica i chlopiec kolo niego. Grospierre byl troche podpity, ale uwazal sie za madrego. Zajrzal do niektorych beczek, byly puste, wiec pozwolil staremu przejechac przez brame. Szmer oburzenia przeszedl po tlumie obdartych nedzarzy, otaczajacych towarzysza Bibota. – W niespelna pol godziny – ciagnal dalej sierzant – nadjezdza kapitan gwardii z oddzialem kilkunastu zolnierzy. "Czy przejechal tedy woz z beczkami?" – pyta bez tchu Grospierre'a. "Tak, przejechal pol godziny temu", odrzekl Grospierre. "I pozwoliles mu uciec?" – krzyknal ze zloscia kapitan. "Pojdziesz za to na szafot, towarzyszu sierzancie! W wozie byl ukryty ksiaze de Chalis i cala jego rodzina." "To nie moze byc!" – zawolal przerazony Grospierre. "Jak to nie! A furmanem byl nie kto inny, tylko ten przeklety Anglik, "Szkarlatny Kwiat". Tlum zawyl ze zgrozy. – Towarzysz Grospierre odpokutowal swa pomylke na gilotynie, ale doprawdy, zeby byc takim glupcem! Bibot smial sie tak bardzo z wlasnego opowiadania, ze nie mogl przyjsc do siebie. Gdy sie troche uspokoil, ciagnal dalej: – "A teraz, moi ludzie" -zawolal po chwili kapitan -"myslcie o nagrodzie, gdyz zbiegi nie moga byc daleko!" i pomknal przez brame, otoczony zolnierzami. – Ale juz bylo za pozno! -zawolal tlum. – Juz ich nie zlapano! – Dobrze zrobiono Grospierre'owi, czemu byl taki glupi! – Czemu nie obejrzal dokladnie wszystkich beczek! – Zasluzyl na swoj los! Te wykrzykniki bawily Bibota tak serdecznie, ze az go w boku klulo ze smiechu, a lzy splywaly mu po policzkach. – Nie, nie! – rzekl wreszcie -nie bylo arystokratow w wozie! Woznica nie byl "Szkarlatny Kwiat"! – Co? – Nie! Kapitan gwardii byl "Szkarlatnym Kwiatem" w przebraniu, a zolnierze arystokratami!… Na te slowa tlum umilkl. To zdarzenie bylo wprost cudowne, a choc republika ciemiezyla religie, nie udalo jej sie calkowicie zgladzic strachu przed silami nadprzyrodzonymi w sercach tlumu. Nikt nie mial wiec watpliwosci: ten Anglik na pewno byl wcielonym diablem. Slonce sklanialo sie ku zachodowi i Bibot zabral sie do zamykania bramy. – Wozy naprzod! – zawolal. Kilkanascie krytych plotnem wozow stanelo w dlugim szeregu, gotowych do opuszczenia miasta, aby na drugi dzien rano znow przyjechac na targ z wiejskimi produktami. Bibot znal je wszystkie, gdyz przejezdzaly tedy codziennie dwa razy. Zwrocil sie do woznicow – a byly to przewaznie kobiety – i zaczal przeszukiwac wozy. – Nie mozna nikomu wierzyc – rzekl glosno – i nie dam sie zlapac jak ten glupi Grospierre. Owe kobiety spedzaly prawie zawsze caly dzien na placu kolo gilotyny, robiac na drutach i plotkujac, podczas gdy na plac zajezdzaly liczne ofiary terroru. Przypatrywaly sie z luboscia, jak "Madame la Guillotine" przyjmowala zaproszonych gosci, Bibot przez caly dzien pelnil sluzbe na placu, znal wiec te stare wiedzmy "trykotowe", jak je nazywano, ktore siedzialy spokojnie, podczas gdy spadala glowa za glowa, obryzgujac je krwia. – Hej tam, matko! – rzekl Bibot do jednej z tych okropnych kobiet – Co ty tam masz? Widzial ja wczesnym rankiem tego dnia, gdy z robota w reku, z batem lezacym obok, siedziala na placu kolo gilotyny. Teraz miala przyczepiony do bata rzad lokow wszystkich odcieni – od zlotych do srebrnych, jasnych i ciemnych i glaskala je swymi ogromnymi, koscistymi palcami, smiejac sie do rozpuku. – Zawarlam przyjazn z kochankiem "Madame la Guillotine" – rzekla. – Obcina je dla mnie ze spadajacych glow. Na jutro obiecal mi wiecej, ale nie wiem, czy bede mogla przyjsc na zwykle miejsce. – A to dlaczego, matko? -zapytal Bibot, ktory choc byl twardym zolnierzem, wzdrygnal sie z obrzydzeniem na widok tej ohydnej kobiety i jej wstretnej zdobyczy. – Moj wnuk zachorowal na ospe – rzekla, wskazujac wnetrze wozu. – Niektorzy mowia, ze to dzuma, a w takim razie nie pozwola mi jutro przyjechac do Paryza. Na wzmianke o ospie Bibot cofnal sie trwoznie, ale gdy stara wiedzma wspomniala o dzumie, odskoczyl od wozu jak oparzony. – Niech cie diabli wezma! -syknal przez zeby. – Raczej niech ciebie diabli wezma, towarzyszu, zes taki tchorz. To dopiero wojak, ktory boi sie choroby! – Do licha, dzuma! Ale i tlum skamienial ze strachu wobec potwornego widma choroby. Ona jedna mogla jeszcze wzbudzic uczucie leku i obrzydzenia w tych posepnych duszach. – Wynos sie czym predzej z zapowietrzonym dzieciakiem! – wrzasnal ochryple Bibot. Z nowym wybuchem smiechu i przeklenstwem na ustach stara kobieta zaciela chuda szkape i przejechala przez brame. Ten wypadek zepsul wesoly nastroj. Widmo nieuleczalnej choroby, zwiastunki powolnej i samotnej smierci stanelo przed oczami tlumu. Ludzie snuli sie w gluchym milczeniu, zerkajac podejrzliwie jeden na drugiego i unikajac sie wzajemnie, jak gdyby dzuma wisiala juz nad ich glowami. Nagle w galopie nadjechal kapitan gwardii, Bibot znal go doskonale, wiec nie bylo niebezpieczenstwa, aby sie nagle zamienil w chytrego Anglika. – Woz? – krzyknal ochryplym glosem, nim dojechal do bramy. – Jaki woz? – spytal szorstko Bibot. – Woz ze stara wiedzma – kryty woz! – Bylo ich kilkanascie… – Stara kobieta, ktora twierdzila, ze jej wnuk ma dzume… – Tak. – Nie pusciles ich przez brame? – Do licha! – jeknal Bibot, ktorego czerwone policzki powlekly sie trupia bladoscia. – W wozie byla ukryta hrabina de Tournay i jej dwoje dzieci! -wszyscy zdrajcy i skazani na smierc… – A woznica? – szepnal Bibot, wstrzasniety zabobonnym dreszczem przerazenia. – Niech to piorun! – zawolal kapitan. – Zdaje sie, ze to byl ow przeklety Anglik we wlasnej osobie – ow slynny "Szkarlatny Kwiat"!… Rozdzial II. "Odpoczynek Rybaka" w Dover Sally byla bardzo zajeta w kuchni. Rondle, garnki i brytfanny staly rzedem na ogromnej blasze, a na roznie obracala sie z wolna wspaniala pieczen wolowa. Dwie mlode kuchareczki, zziajane i zaczerwienione od ognia, zakasawszy rekawy do lokcia, zwijaly sie zwawo, chichoczac i rozmawiajac po cichu. Stara Jemina, potezna w objetosci, ale o mniejszym temperamencie niewiasta, mieszala rozne przyprawy nad ogniem, mruczac cos pod nosem. – Sally, Sally! – odezwaly sie z kawiarni wesole, ale niezbyt melodyjne glosy. – Czego oni znow chca? -zawolala smiejac sie Sally. – Z pewnoscia piwa – mruknela Jemina – chyba nie przypuszczasz, aby Jimmy Pitkin zadowolil sie jednym dzbanem. – Pan Harry ma tez dzisiaj niezwykle pragnienie – dodala Marta, jedna z kuchareczek, a czarne jej oczy blysnely figlarnie w strone towarzyszki, na co obie parsknely cichym, zduszonym smiechem. Sally spojrzala na nie groznie i juz wycierala dlonie o smukle biodra, aby spoliczkowac Marte, ale pohamowala sie i wzruszajac tylko ramionami, zajela sie smazonymi kartoflami. – Hej, Sally, Sally! Dzwiek naczyn cynowych, ktorymi goscie uderzali o stoly debowe kawiarni, zawtorowal niecierpliwym glosom. – Sally! – krzyknal ktos ostro – czy cala noc czekac beda na piwo? – Moglby tez ojciec sam ich obsluzyc – odparla gniewnie Sally, ale Jemina bez dalszych komentarzy ujela z polki kilka cynowych dzbanow i zaczela nalewac do pucharow owo niezrownane szumiace piwo, z ktorego slynal "Odpoczynek Rybaka" od czasow krola Karola. – Twoj ojciec jest zanadto zaglebiony w polityce z panem Hempseedem, aby nam pomagac i troszczyc sie o kuchnie – rzekla zasapana Jemina. Sally podeszla spiesznie do malego lusterka, wiszacego w kacie kuchni, przygladzila ciemne wlosy, poprawila czepek na glowie, baczac, by jej bylo w nim do twarzy, i ujawszy szklanki za uszka, po trzy w sniadej rece, weszla usmiechnieta do kawiarni. Kawiarnia "Odpoczynek Rybaka" uwazana dzisiaj za ciekawy zabytek przeszlosci, nie miala jeszcze z koncem osiemnastego wieku owego historycznego charakteru, jaki nadalo jej nastepne stulecie, choc i wowczas robila wrazenie odwiecznej budowli. Belki i wiazania debowe byly czarne od starosci, tak jak i lawki z wysokim oparciem i dlugie stoly, na ktorych cynowe puchary pozostawily nieprzeliczone i fantastyczne kregi. Rzad czerwonych pelargonii i niebieskich ostrozek stojacych na oknie, odbijal barwnie od ciemnego tla debowego dworku. Wszyscy wiedzieli, ze pan Jellyband, wlasciciel "Odpoczynku Rybaka" w Dover, byl czlowiekiem zamoznym. Naczynia cynowe i rondle miedziane, stojace na pieknych starych polkach, swiecily jak zloto i srebro, a czerwona podloga blyszczala, niczym szkarlatne pelargonie na oknie. Wszedzie zauwazyc mozna bylo staranny i czujny nadzor, a dzieki dobrej i pracowitej sluzbie zajazd odznaczal sie wielkim porzadkiem i nawet pewna elegancja. Gdy Sally weszla na sale, odslaniajac w usmiechu rzad lsniaco bialych zebow, przyjeto ja glosnymi objawami zadowolenia. – Tu, Sally! Piekna Sally! Tu! Hurra! – Myslalem, zes ogluchla w tej kuchni – mruknal Jimmy Pitkin, wodzac dlonia po swych wyschlych ustach. – Patrzcie, co za gwalt! -smiala sie Sally, ustawiajac swiezo napelnione puchary na stole. – Czy twoja babka umiera, ze sie tak spieszysz do domu, aby jeszcze ujrzec te biedna dusze, nim wyjdzie z ciala? Nigdy nie widzialam takiego pospiechu. Chor rubasznego smiechu i zaczepnych zartow odpowiedzial Sally, ktora juz teraz nie spieszyla sie do garnkow i rondli. Mlodzieniec o jasnej, falistej czuprynie i niebieskich zywych oczach pochlanial cala jej uwage, a tymczasem zarty o nie istniejacej babce Jimmy Pitkina krazyly dalej po sali wraz z ciezkimi klebami dymu. Naprzeciw ogniska, z dluga gliniana fajka w zebach stal sam gospodarz, szanowny pan Jellyband, wlasciciel "Odpoczynku Rybaka", jak jego ojciec, dziad i pradziad. Wysoki, dobroduszny, juz troche lysawy, byl w rzeczy samej typem wiejskiego Johna Bulla owych czasow, kiedy dla kazdego Anglika, czy byl lordem, chlopem, mieszczaninem, caly kontynent Europy byl otchlania zepsucia, a reszta swiata krajem dzikich i ludozercow. Nasz zacny gospodarz zatem, cmiac dluga fajke, nie troszczyl sie o nikogo, lekcewazac sobie wszystkich z drugiej strony kanalu. Mial na sobie typowa czerwona kurtke ze lsniacymi, mosieznymi guzikami, aksamitne spodnie, popielate ponczochy i zgrabne buciki z klamerkami -zwykly owczesny stroj kazdego szanujacego sie wlasciciela zajazdu w Wielkiej Brytanii. I kiedy na barkach ladnej Sally, ktora po smierci matki objela gospodarstwo, spoczywal caly ciezar pracy, pan Jellyband rozprawial o polityce ze swymi wybranymi goscmi. Kawiarnia oswietlona dwoma jasnymi lampami, zwieszajacymi sie od powaly, wygladala nader wesolo i przytulnie. Sposrod gestych klebow dymu widnialy czerwone twarze gosci pana Jellybanda, zadowolone, rozesmiane, w zgodzie ze soba, gospodarzem i calym swiatem. Ze wszystkich stron pokoju glosne objawy wesolosci wtorowaly ozywionym, choc niezbyt wznioslym rozmowom, a bezustanny smiech Sally swiadczyl, ze nie nudzila sie w towarzystwie Harry Waite'a. Kawiarnie pana Jellybanda zaszczycali obecnoscia przewaznie rybacy, szczegolnie cierpiacy na pragnienie, gdyz sol, ktora wdychaja na morzu, wysusza im gardlo. Ale "Odpoczynek Rybaka" byl jeszcze czyms wiecej, niz zajazdem dla ludzi prostego stanu. Niemal co dzien stawaly przed jego brama londynskie pojazdy, a takze podrozni, ktorzy wracali z kontynentu, zatrzymywali sie u goscinnego pana Jellybanda i zapoznawali sie z jego slawnymi francuskimi winami i wybornym domowym piwem. Bylo to w koncu wrzesnia 1792 roku. Cieple i pogodne przez caly miesiac powietrze zmienilo sie nagle. Przez dwa dni potoki deszczu zalewaly poludniowa Anglie, niweczac wszelkie nadzieje pomyslnego zbioru jablek, gruszek i poznych sliwek. I teraz bil deszcz w okna, a wpadajac przez komin, syczal na rozpalonych weglach ogniska. – Czy widzial kto taka slote we wrzesniu, panie Jellyband? – spytal pan Hempseed, siedzacy przy ogniu. Pan Hempseed byl bardzo ceniona osobistoscia w "Odpoczynku Rybaka". Pan Jellyband uwazal go za doswiadczonego polityka na cala okolice, slynacego z oczytania i bieglosci w Pismie Swietym. Pan Hempseed mial jedna reke wsunieta w szeroka kieszen aksamitnych spodni, w drugiej trzymal dluga gliniana fajke i patrzyl z rozdraznieniem na strumienie wody, splywajace po szybach okiennych. – Zdaje mi sie, ze nie -odrzekl pan Jellyband – a jestem w tych stronach 60 lat. – Chyba nie pamietasz, co sie dzialo w trzech pierwszych latach twego zycia – spokojnie odpowiedzial pan Hempseed. – Nie widzialem nigdy malego dziecka, zwracajacego uwage na pogode, przynajmniej w tych okolicach, a ja tu zyje 75 lat! Wyzszosc tego argumentu byla tak niezbita, ze mimo zwyklej gadatliwosci gospodarz nie wiedzial co odpowiedziec. – To wyglada raczej na kwiecien, niz na wrzesien -ciagnal dalej pan Hempseed zalosnie, gdy znow krople deszczowe zasyczaly w ogniu. – Rzeczywiscie – potwierdzil gospodarz – ale wrociwszy do polityki, czego sie mozna spodziewac od takiego rzadu, jaki mamy teraz? Pan Hempseed pokiwal znaczaco glowa, okazujac gleboka pogarde dla angielskiego klimatu i angielskiego rzadu, i odparl: – Niczego sie nie spodziewam. Tacy biedni ludzie jak my nie maja nic do gadania w Londynie; wiem o tym i nie skarze sie, lecz przy podobnej pogodzie we wrzesniu wszystkie moje owoce gnija i ida na marne jak owe pierworodne dzieci egipskich matek, ktore zginely bez zadnej korzysci, jeno oswobodzily holote zydowska, handlujaca pomaranczami i zagranicznymi owocami. Nikt nie kupowalby ich przekletych owocow, gdyby angielskie gruszki i jablka dojrzaly jak sie nalezy. Pismo Swiete mowi… – Masz racje – odparl Jellyband – ale nie mozna, jak mowie, czego innego sie spodziewac. Ci wszyscy francuscy szatani z drugiej strony kanalu morduja swego krola, szlachte, a panowie Pitt, Fox i Burke kloca sie miedzy soba i namyslaja, czy my, Anglicy, mamy na to pozwolic, czy nie? Niech sie morduja wzajemnie, mowi pan Pitt. Nie pozwolic im, mowi pan Burke… – A ja mowie, niech sie morduja ile chca i niech ich diabli wezma – odrzekl Hempseed wyniosle. Nie przywiazywal bowiem zadnej wagi do politycznych pogladow swego przyjaciela Jellybanda, ktory zawsze zbaczal z toku rozmowy i nie dorastal do tego, aby roztaczano przed nim skarby wiedzy tak powszechnie cenionej. – Niech sie morduja -powtorzyl – byleby nie bylo takiego deszczu we wrzesniu. To sprzeciwia sie wszelkim prawom, a Pismo Swiete mowi… – Przestan, panie Harry! Umre chyba ze smiechu! – krzyknela Sally wlasnie w chwili, gdy pan Hempseed zamierzal wyglosic jedna z ulubionych cytat z Pisma Swietego. Okrzyk ten wywolal wybuch ojcowskiego gniewu. – Coz to znowu, Sally? – rzekl Jellyband, marszczac groznie brwi. – Zaprzestan tych glupich zartow z mlokosami i idz do roboty. – Alez, ojcze! Robota, zawsze ta robota… Pan Jellyband wszakze byl wielkim despota. Mial inne widoki dla jedynaczki, przyszlej dziedziczki "Odpoczynku Rybaka", niz malzenstwo z mlodym chlopcem, ktorego jedynym zrodlem zarobku byl polow ryb. – Czy slyszysz, co mowie? – zawyrokowal tym przyciszonym i dobitnym glosem, ktoremu nikt w zajezdzie nie smial sie sprzeciwic. – Zajmij sie kolacja dla lorda Tony'ego i pamietaj, ze jezeli lord nie bedzie zadowolony, to na pewno cos oberwiesz. Sally poslusznie wyszla z pokoju. – Czy oczekujesz pan zapowiedzianych gosci dzis wieczorem? – spytal Jimmy Pitkin, chcac odwrocic od Sally uwage gospodarza. – Tak – odrzekl pan Jellyband. – Czekam na przyjaciol lorda Tony'ego, ktorych mlody lord, jego towarzysz sir Andrew Ffoulkes i inni dzentelmeni wydarli ze szponow tych francuskich diablow. Ale tego bylo juz za duzo dla przekornego pana Hempseeda. – Po co oni to robia? Nie rozumiem celu mieszania sie w cudze sprawy. A Pismo Swiete mowi… – Byc moze – przerwal mu Jellyband z gorycza; jestes przecie przyjacielem pana Pitta i powtarzasz za panem Foxem: niech sie morduja. Nie ma w tym nic dziwnego. – Przepraszam – zaprotestowal slabo Hempseed – tego nie mowilem. Ale gdy raz panu Jellybandowi udalo sie dosiasc ulubionego konika, nie dal tak latwo za wygrana. – Zaprzyjazniles sie z pewnoscia z jednym z tych francuskich szpiegow, ktorzy kreca sie miedzy nami, aby przerabiac nas, Anglikow, na ich modle. – Nie rozumiem, co chcesz powiedziec – mruknal niechetnie Hempseed – wiem tylko, ze… – A ja wiem – glosno zawolal gospodarz – ze moj dobry znajomy Peppercorn, wlasciciel "Niebieskiego Dzika", byl prawym Anglikiem, jakich malo, a teraz? Pokumal sie z kilkoma amatorami zabich nozek, z tymi zepsutymi przekletymi szpiegami i co sie stalo? Peppercorn rozprawia teraz o rewolucji, wolnosci, o zgladzeniu arystokratow, zupelnie tak, jak przed chwila pan Hempseed. – Przepraszam – zaprzeczyl znow miekko zagadniety – nie pamietam, abym byl kiedykolwiek… Gospodarz, opowiadajac o wystepkach imc pana Peppercorna, zwrocil sie do calego zebranego grona gosci, ktorzy z przejeciem go sluchali. Przy jednym stole dwaj mezczyzni, ubrani jak dzentelmeni, odsuneli na bok zaczeta partie domina i z nie tajona ciekawoscia przysluchiwali sie jego wywodom. Gdy skonczyl, jeden nieznajomy ze zlosliwym usmiechem zwrocil sie do pana Jellybanda: – Moj szanowny gospodarzu -rzekl spokojnie – owych francuskich szpiegow, jak ich nazywacie, uwazasz za bardzo przebieglych ludzi, jezeli potrafili w tak krotkim czasie zmienic zapatrywania twego przyjaciela Peppercorna. Jestem ciekawy, jak sie do tego wzieli? – Nie wiem, ale przypuszczam, ze zdolali go przekonac. Ci Francuzi, slyszalem, maja nadzwyczajny dar wymowy, a pan Hempseed wytlumaczy ci, w jaki sposob potrafia niektorych ludzi tak otumanic. – Czy tak, panie Hempseed? -zapytal grzecznie nieznajomy. – Nie wiem, panie – odparl gniewnie zapytany – czy zdolam udzielic panu zadanych informacji. – Mniejsza z tym – rzekl nieznajomy – ufajmy, szanowny gospodarzu, ze ci przekleci szpiedzy nie potrafia przemienic twych wznioslych pogladow. Tego juz bylo za wiele dla pana Jellybanda. Parsknal gwaltownym smiechem, a zawtorowali mu wszyscy jego dluznicy. – Ha, ha, ha! Hi, hi, hi! -smial sie tak serdecznie, ze az w boku go klulo, a z oczu kapaly lzy. – Mnie? mnie? slyszycie? mnie przekonac i moje zasady zmienic? Jak Boga kocham, panie, opowiadasz nadzwyczaj zabawne rzeczy! – Sluchaj – odparl Hempseed uroczyscie – czy wiesz, co Pismo Swiete mowi? Kto stoi, niech patrzy, aby nie upadl. – Alez, panie Hempseed -odparl Jellyband, trzymajac sie wciaz za boki. – Pismo Swiete mnie nie znalo! Nie chcialbym wychylic nawet jednej szklanki piwa z tymi francuskimi mordercami, a coz dopiero sluchac ich wywodow! Slyszalem, ze ci amatorowie zabich nozek nie umieja nawet mowic po angielsku, a gdyby jeden z nich zwrocil sie do mnie w zapowietrzonym jezyku, to bym od razu pokazal mu plecy, gdyz strzezonego Pan Bog strzeze. – Szanowny gospodarzu – rzekl rozbawiony nieznajomy – widze, iz jestes tak przebiegly, ze dalbys rade i dwudziestu Francuzom; a teraz twoje zdrowie! Czy chcesz uczynic mi ten zaszczyt i wypic ze mna butelke wina? – Jestes pan bardzo uprzejmy -odpowiedzial Jellyband, wycierajac oczy, ktore mu wciaz jeszcze zachodzily lzami ze smiechu. – Przyjmuje z wdziecznoscia. NIeznajomy napelnil winem dwa puchary i podal jeden gospodarzowi. – Musimy przyznac, my uczciwi Anglicy, ze mimo wszystko jest to dobra rzecz, ktorej nam Francja dostarcza. I ten sam zlosliwy usmiech zaigral na jego cienkich wargach. – Nikt z nas temu nie zaprzeczy – zapewnil Jellyband. – A teraz zdrowie – rzekl nieznajomy donosnym glosem -najzacniejszego gospodarza w Anglii, pana Jellybanda. – Hurra, hurra! -odpowiedziala cala sala i brzek potracanych pucharow zmieszal sie z wesolymi glosami biesiadnikow. Jellyband zas wciaz jeszcze dowodzil z cicha: – Twierdzic, ze moglby mnie przekonac taki przez Boga wyklety cudzoziemiec! Jak Boga kocham, dziwne rzeczy pan mowisz! Nieznajomy uspokoil go w koncu zapewnieniem, ze istotnie nierozsadne byloby twierdzenie, iz ktokolwiek moglby zachwiac jego silnymi zasadami i przekonac go do mieszkancow ladu Europy. Rozdzial III. Ocaleni Oburzenie na Francje i jej polityke wzrastalo w Anglii z kazdym dniem. Przzemytnicy i kupcy, handlujacy na wybrzezu francuskim i angielskim, roznosili wiesci, burzace krew kazdemu uczciwemu Anglikowi i parly go do zbrojnego wystapienia przeciw mordercom, ktorzy uwiezili wlasnego krola, cala jego rodzine i narazili krolowa z dziecmi na wszelkiego rodzaju upokorzenia; teraz zas glosno zadali krwi calej rodziny Bourbonow i jej zwolennikow. Haniebna smierc ksieznej de Lamballe, mlodej i uroczej przyjaciolki Marii Antoniny, przejela cala Anglie niepojeta groza. Codzienne egzekucje monarchistow, ktorych jedyna wina bylo historyczne nazwisko, wolaly o pomste w calym cywilizowanym swiecie. Dotad jednak nikt nie odwazyl sie na otwarty protest. Burke wyczerpal cala wymowe, aby naklonic rzad angielski do wystapienia przeciw rewolucjonistom francuskim, ale z drugiej strony Pitt twierdzil, ze kraj nie byl przygotowany na tak kosztowna i zacieta wojne. Austria, mawial, winna rozpoczac pierwszy krok, Austria, ktorej corka byla obecnie tylko zdetronizowana krolowa, uwieziona i zniewazana przez oszalaly tlum. Nie bylo to znow wystarczajacym powodem dla Anglii, tlumaczyl znowu Fox, aby chwycic za bron dlatego, ze jedna czesc Francuzow uwazala za stosowne wymordowac druga. Zas pan Jellyband i jego przyjaciele, chociaz spogladali na kazdego cudzoziemca z miazdzaca pogarda, byli wszyscy monarchistami i antyrewolucjonistami. Nie mogli wiec darowac Pittowi jego umiarkowania, nie rozumiejac dyplomatycznych wzgledow, ktore sklanialy do ostroznosci owego wielkiego meza stanu. Wtem Sally wpadla zywo do pokoju. Wesola kompania, zebrana w kawiarni, nie slyszala tetentu konia na dziedzincu, ale Sally spostrzegla przybywajacego jezdzca, ktory zatrzymal sie przed "Odpoczynkiem Rybaka". I gdy pacholek nadbiegl, aby zajac sie koniem, Sally skoczyla zwawo do drzwi frontowych na powitanie goscia, wolajac: – Zdaje mi sie, ojcze, ze to kon lorda Antoniego. W tej chwili drzwi sie otworzyly od zewnatrz i ramie okryte plaszczem, z ktorego splywaly ciezkie krople deszczu, objelo drobna kibic pieknej Sally. Rownoczesnie wesoly glos zawolal: – Bog ci zaplac za to, zes ladnymi, czarnymi oczyma tak szybko mnie dojrzala. Na te slowa szanowny Jellyband zblizyl sie w podrygach i uprzejmych uklonach, witajac unizenie jednego z najwytworniejszych swych gosci. – Ile razy cie widze, panno Sally, zawsze jestes ladniejsza – dodal lord Antony, ucalowawszy zaplonione policzki dziewczyny. – Szanowny nasz przyjaciel Jellyband musi miec niemaly trud, aby odganiac chlopcow od tej zgrabnej figurki. Czy nie tak, mosci Waite? Pan Waite, krepowany uszanowaniem wzgledem lorda, odpowiedzial tylko lekkim mruknieciem, nie lubiac tego rodzaju zartow. 3 3 64 0 2 108 1 ff 1 74 0 Lord Anthony Dewhurst, jeden z synow ksiecia of Exter, reprezentowal typ wytwornego, mlodego, angielskiego dzentelmena. Byl wysoki, dobrze zbudowany, o ujmujacej powierzchownosci i wszedzie wnosil dzwieczny smiech. Zreczny sportowiec, mily towarzysz, dobrze wychowany swiatowy czlowiek, choc troche lekkomyslny, byl powszechnym ulubiencem salonow londynskich i wiejskich zajazdow. Wszyscy go znali w "Odpoczynku Rybaka", gdyz urzadzal czeste wycieczki do Francji i zawsze, jadac i wracajac, spedzal noc pod dachem pana Jellybanda. Kiwnal przyjaznie glowa Waite'owi, Pitkinowi i calej kompanii, siedzacej w kawiarni, i zblizyl sie do ognia, aby osuszyc zmoczone odzienie i ogrzac sie cokolwiek. W mgnieniu oka spostrzegl dwoch nieznajomych, zabierajacych sie spokojnie do nowej partii domina, rzucil na nich krotkie, podejrzliwe wejrzenie i przez chwile gleboka zaduma czy niepokoj przycmily jego wesola, mloda twarz. Ale tylko przez chwile, bo rownoczesnie prawie zwrocil sie do pana Hempseeda, ktory z uszanowaniem sklonil sie przed nim. – A co bedzie z owocami? -zapytal uprzejmie. – Zle, niestety, zle – odparl ze smutkiem zagadniety. – Ale… co bedzie z tym naszym rzadem, sprzyjajacym zbojom francuskim, ktorzy chca zamordowac swego krola i zgubic cala szlachte? – Oni rzeczywiscie tego chca -odparl lord Antony – morduja, kogo im sie uda zlapac, ale mamy kilku przyjaciol, ktorzy wyslizgneli sie z ich szponow i dzis w nocy tu beda. Mowiac te slowa, rzucil nieufne wejrzenie na ludzi, siedzacych w rogu pokoju. – Dzieki tobie i twoim towarzyszom, jak slyszalem, lordzie – odrzekl pan Jellyband. Ale na te slowa lord Antony chwycil za ramie gospodarza i ostrzegawczo spojrzal na dwoch nieznajomych. – Nie ma sie czego obawiac, lordzie – szepnal Jellyband -nie odezwalbym sie w ten sposob, nie bedac pewny, z kim mamy do czynienia. Ow pan jest takim samym wiernym poddanym naszego krola Jerzego, jak ty sam. Przyjechal niedawno do Dover dla waznych interesow. – Dla interesow? Moze to jaki przedsiebiorca zakladow pogrzebowych, gdyz nigdy nie widzialem tak ponurej miny. – Jest wdowcem, lordzie, i z pewnoscia dlatego tak posepnie wyglada. Ale przysiegam, ze jest z naszych, a musisz przyznac, ze nikt lepiej ode mnie, wlasciciela tak popularnego zajazdu, nie potrafi oceniac ludzi. – W takim razie wszystko w porzadku, jezeli jestesmy wsrod swoich – odrzekl lord Antony, ktory widocznie nie mial zamiaru rozpoczynac dyskusji z gospodarzem. – Ale powiedz mi, czy mieszka obecnie ktos u ciebie? – Nikt, lordzie, i nikogo sie nie spodziewam, procz… – Procz?… – Nie bedziesz, lordzie, mial nic przeciwko? – Ktoz to? – Sir Percy Blakeney i jego zona beda tu za chwile, ale nie pozostana dlugo. – Lady Blakeney? – zawolal lord Antony ze zdziwieniem. – Wlasnie ona. Pacholek sir Percy'ego byl tu przed chwila. Powiedzial, ze brat lady wyjezdza do Francji dzis na "Day Dream", jachcie Percy'ego, a lord Blakeney i lady przyjada az tu, aby go pozegnac. Czy ci to nie dogadza w czymkolwiek? – Alez nie, przyjacielu, wszystko mi dogadza pod warunkiem, aby kolacja, ktora nam poda miss Sally, byla najlepsza, jaka kiedykolwiek przyrzadzila w "Odpoczynku Rybaka". – Nie ma obawy, lordzie -odparla Sally, nakrywajac do stolu, ktory slicznie wygladal z pieknym bukietem kolorowych astrow posrodku, niebiesko_chinska porcelana i swiecacymi cynowymi pucharami. – Na ile osob mam nakryc, lordzie? – Na piec, nadobna Sally, ale niech posilek bedzie przygotowany przynajmniej na dziesiec; nasi przyjaciele przybeda zmeczeni i glodni. Ja zas zjadlbym chetnie calego wolu. – Jada! jada! – zawolala wesolo Sally, gdy w oddali rozlegl sie tetent zblizajacych sie koni. W kawiarni zawrzalo jak w ulu. Wszyscy byli ciekawi ujrzec przyjaciol lorda Antony'ego, przybywajacych z drugiej strony kanalu. Sally przejrzala sie znow w lusterku, wiszacym na scianie, a Jellyband wybiegl co predzej przed dom, aby przywitac dostojnych gosci. Tylko dwaj nieznajomi w kacie pokoju nie brali udzialu w ogolnym podnieceniu. Spokojnie grali dalej w domino, nie ogladajac sie nawet na drzwi wejsciowe. – Prosto przed siebie, hrabino, i drzwi na prawo -objasnial dzwieczny glos. – Rzeczywiscie to oni -zawolal radosnie lord Antony. -Sally, podaj zupe jak najpredzej. Drzwi otworzyly sie szeroko i na sale, poprzedzone przez klaniajacego sie w pas Jellybanda, weszly cztery osoby, dwoch panow i dwie panie. – Witajcie, witajcie w starej Anglii! – zawolal ze wzruszeniem lord Antony, idac naprzeciw nowoprzybylych z wyciagnietymi ramionami. – Pan z pewnoscia jestes Lord Antony Dewhurst? – rzekla jedna z pan wybitnie obcym akcentem. – Do uslug, madame -odpowiedzial, calujac ze czcia rece obu pan. Nastepnie zwrociwszy sie do mezczyzn, goraco uscisnal im dlon. Sally pomogla paniom zrzucic z siebie podrozne plaszcze, po czym obie, skostniale z zimna, zwrocily sie do jasnego i wesolego kominka, a Sally zwawo pobiegla do kuchni. Jellyband w ciaglych uklonach przysunal do ognia kilka krzesel, a Hempseed spiesznie sie oddalil. Wszyscy patrzyli ciekawie na nieznajomych. – Coz wam moge powiedziec, panowie? – zapytala starsza pani, grzejac nad ogniem ksztaltne rece i patrzac z niewyslowiona wdziecznoscia na lorda Antony'ego i na jednego z towarzyszy podrozy, ktory zdejmowal ciezki, zakapturzony plaszcz. – Ze jestes pewno zadowolona z przybycia do Anglii, hrabino, i ze nie zmeczyla cie zanadto ciezka podroz – odrzekl lord Antony. – Jestesmy tak bardzo szczesliwi – odparla, a oczy jej napelnily sie lzami – ze zapomnielismy juz o przebytych cierpieniach. Glos byl mily i dzwieczny, a z zachowania jej bila godnosc i powaga. Cierpienia wyryly pietno na jej pieknej, klasycznej twarzy, okolonej wspanialymi, snieznobialymi wlosami, upietymi wysoko nad czolem wedlug owczesnej mody. – Nie watpie, ze moj przyjaciel, sir Andrew Ffoulkes okazal sie uprzejmym towarzyszem podrozy, madame. – Sir Andrew byl wcielona dobrocia! Czy potrafimy kiedykolwiek wywdzieczyc sie wam, panowie? Jej towarzyszka, drobna, mlodziutka panienka, na ktorej twarzy malowal sie smutek i smiertelne znuzenie, nie odezwala sie dotad ani jednym slowem, ale jej duze oczy, czarne, pelne lez, utkwione byly z uwielbieniem w twarzy sir Andrew Ffoulkesa. Gdy wzrok ich spotkal sie, slodka jej twarzyczka zarumienila sie nieco pod jego wejrzeniem. – Tak, jestesmy w Anglii -rzekla wreszcie, ogladajac z dziecinna ciekawoscia wielki piec, debowe belki powaly i rybakow o szczerych brytyjskich twarzach. – Skrawek to Anglii tylko, mademoiselle – odpowiedzial sir Andrew z usmiechem – ale cala jest na twoje uslugi. Mloda panienka zaczerwienila sie znowu, lecz tym razem slodki usmiech ozywil jej delikatna twarzyczke. Zamilkli oboje, lecz zrozumieli sie od razu, jak rozumieja sie zawsze mlodzi tajemna wymowa swych serc. – Kolacja! – zawolal wesolym glosem lord Antony. – Prosimy o kolacje, panie Jellyband! Gdzie jest wasza panienka i waza z zupa? Idz po nia zamiast tu stac i gapic sie na panie, ktore tymczasem mdleja z glodu. – Chwileczke cierpliwosci, panowie – tlumaczyl sie Jellyband, otwierajac spiesznie drzwi do kuchni. – Sally! Sally! Moje dziecko -zawolal – czy jestes gotowa? Sally byla gotowa i rownoczesnie prawie stanela w drzwiach, niosac olbrzymia waze, z ktorej buchal oblok pary i mily zapach. – Nareszcie! – rzekl lord Antony i podajac z wytworna uprzejmoscia ramie hrabinie, poprowadzil ja do stolu. Hempseed, jego przyjaciele i reszta rybakow usuneli sie, aby nie przeszkadzac dostojnemu towarzystwu. Tylko dwaj nieznajomi nie ruszyli sie z miejsca, grajac dalej w domino i popijajac wino. Przy drugim stole pozostal tez Harry Waite, wodzac oczami za piekna Sally i hamujac wzrastajacy wciaz gniew. Corka Jellybanda byla istotnie sliczna i pelna wdzieku dziewczyna, nic wiec dziwnego, ze mlody, uczuciowy Francuz, jakim byl wicehrabia de Tournay, nie mogl oczu oderwac od jej swiezej twarzyczki. Liczyl zaledwie 19 lat, a nieszczescia, ktore wstrzasaly jego ojczyzna, nie przejmowaly go zbyt gleboko. Ubrany gustownie, nawet wykwintnie, pragnal jak najpredzej zapomniec o okropnosciach rewolucji wsrod przyjemnosci angielskiego zycia. – Jesli Anglia jest taka, jak sie dzis przedstawia – rzekl, patrzac uporczywie na Sally – to jestem calkiem zadowolony. Jedynie uszanowanie Harry Waite'a dla dostojnych gosci, a glownie dla lorda Antony'ego, wstrzymalo wybuch jego nienawisci ku mlodemu cudzoziemcowi. Zaklal tylko z cicha, zaciskajac piescie. – Ale wobec tego, ze to jest Anglia – odrzekl z naciskiem lord Antony – musisz uwazac, lekkomyslny mlodziencze, aby nie wprowadzac luznych obyczajow do najmoralniejszego z krajow. Wszyscy siedli do stolu, hrabina zajela miejsce po prawej rece lorda Antony'ego. Jellyband uwijal sie wkolo, przystawiajac krzesla i napelniajac szklanki, Sally zas rozlewala zupe. Towarzysze wyprowadzili wreszcie z sali Harry Waite'a, wzburzonego i podnieconego wzrastajacym podziwem wicehrabiego dla Sally. – Susanne! – rozlegl sie ostry, rozkazujacy glos hrabiny. Zuzanna zaczerwienila sie ze wstydu. Stojac kolo ogniska z rekoma w dloniach mlodego Anglika, zapomniala zupelnie, gdzie sie znajduje i dopiero glos matki przywrocil ja do rzeczywistosci. Z pokornym "tak, mamo" przyblizyla sie spiesznie do stolu i zmieszana siadla do kolacji. Rozdzial IV. Liga "Szkarlatnego Kwiatu" Wszyscy mieli twarze promieniejace zadowoleniem, nawet szczesciem, przy tym wspolnym posilku: i sir Andrew Ffoulkes, i lord Antony, przystojni mlodzi Anglicy z wielkiego swiata, i wytworna francuska hrabina z dwojgiem dzieci, ktorej udalo sie ujsc smierci, znalazlszy bezpieczne schronienie na brzegach goscinnej Anglii. W rogu pokoju dwaj nieznajomi ukonczyli tymczasem rozpoczeta partie. Jeden z nich powstal i obrociwszy sie plecami do wesolego towarzystwa, nalozyl starannie zakapturzony plaszcz, rzucil krotkie spojrzenie wkolo siebie, a widzac, ze wszyscy byli zajeci rozmowa, szepnal slowko towarzyszowi, ktory blyskawicznie, ze zdumiewajaca zrecznoscia, wsunal sie bez szmeru pod debowy stol. Nieznajomy w plaszczu zas z glosnym "do widzenia" spokojnie opuscil kawiarnie. Nikt nie zauwazyl tego dziwnego zdarzenia i gdy zakapturzona postac zamknela drzwi za soba, wszyscy odetchneli z ulga. – Nareszcie sami! – zawolal radosnie lord Antony. W tej chwili mlody wicehrabia de Tournay powstal z pucharem w reku i z uprzejmoscia, znamionujaca owe czasy, podniosl go w gore, mowiac lamana angielszczyzna: – Zdrowie jego krolewskiej mosci krola Jerzego III Angielskiego! Niech mu Bog blogoslawi za jego goscinnosc dla nas wszystkich, biednych wygnancow francuskich! – Zdrowie krola! – powtorzyli lord Antony i sir Andrew, podnoszac puchary. – Zdrowie jego krolewskiej mosci, krola Ludwika francuskiego! – dodal sir Andrew uroczyscie. – Niech go Bog strzeze i dopomoze do zwyciestwa nad wrogami! Wszyscy wstali i wychylili w milczeniu wino. Dola nieszczesliwego monarchy francuskiego, wieznia wlasnego narodu, rzucila cien smutku nawet na usmiechnieta twarz Jellybanda. – Wznosze toast na czesc hrabiego de Tournay de Basserive! – rzekl lord Antony wesolo. – Obysmy mogli niebawem powitac go w Anglii! – Ach, panie! – odparla hrabina, siegajac po kieliszek drzaca reka i podnoszac go do ust. – Nie smiem nawet ufac… Lord Antony nalal zupe, a Jellyband wraz z Sally zaczeli roznosic wkolo stolu talerze. Rozmowa ucichla, wszyscy zajeli sie posilkiem. – Odwagi, hrabino! – ciagnal po chwili lord Antony. – Moj toast nie byl zbyt smialy. Bedac sama, hrabino, z panna Zuzanna i mym przyjacielem wicehrabia, tak bezpieczna w Anglii, musisz nabrac nadziei na uratowanie hrabiego. – Cala moja nadzieje pokladam w Bogu – odpowiedziala z ciezkim westchnieniem. – Moge sie tylko modlic i… ufac. – Alez naturalnie, pani. Ufnosc w Bogu przede wszystkim, ale spusc sie tez troche na naszych angielskich przyjaciol, ktorzy obiecali przeprowadzic hrabiego szczesliwie przez kanal, jak to uczynili z toba, pani. – Mam, panie, najglebsze zaufanie do ciebie i twoich towarzyszy. Slawa wasza rozeszla sie juz po calej Francji. Sposob, w jaki niektorzy z moich znajomych wymkneli sie ze szponow okrutnego trybunalu rewolucyjnego, byl wprost cudowny, a wszystko dzieki tobie i twoim towarzyszom. – Pani, bylismy tylko wykonawcami. – Ale moj maz – ciagnela dalej, a lzy tamowaly jej mowe -jest w tak okropnym niebezpieczenstwie! Nigdy nie opuscilabym go, chodzilo jednak o dzieci! Nie wiedzialam, co bylo moim wazniejszym obowiazkiem, one nie chcialy jechac beze mnie, a wy zapewnialiscie tak uroczyscie, ze mego meza tez ocalicie. Ale teraz, gdy jestem tutaj wsrod was, w tej pieknej i wolnej Anglii, mysle o nim. Scigaja go, a on ucieka, kryje sie jak biedne osaczone zwierze, w takim niebezpieczenstwie! Ach, czemu go opuscilam!… Biedna kobieta byla zlamana. Zmeczenie, troski i trwoga zwyciezyly jej energie i dume. Plakala cicho. Zuzanna zerwala sie z krzesla i czule objela matke za szyje, starajac sie ja uspokoic. Lord Antony i sir Andrew milczeli. Gleboko byli wzruszeni, ale jako prawdziwi Anglicy niechetnie ujawniali swe uczucia. Ukrywajac pod maska milczenia wspolczucie, wygladali raczej na zmieszanych i zaklopotanych. – Ja zas – odezwala sie naraz Zuzanna, spogladajac spod ciemnych lokow na sir Andrew – mam niezachwiana ufnosc, ze wyratujesz mego drogiego ojca, tak, jak i nas wyratowales… Slowa te wypowiedziala z taka moca i wiara, ze w jednej chwili osuszyla lzy matki, a usmiech zawital znowu na ustach wszystkich. – Zawstydzasz mnie, panienko – odparl sir Andrew. – Choc zycie moje jest na twoje uslugi, bylem tylko skromnym narzedziem w rekach naszego wielkiego wodza, ktory zorganizowal i uskutecznil wasza ucieczke. Mowil z takim zapalem i przejeciem, ze oczy Zuzanny spoczely na nim z nie tajonym zdumieniem. – Wasz wodz, panie? – spytala hrabina z zaciekawieniem. – Alez oczywiscie, musicie miec wodza, nie myslalam o tym wczesniej. Powiedz mi zaraz, gdzie on jest? Musze jak najpredzej isc do niego, rzucic mu sie do nog wraz z moimi dziecmi i podziekowac za to, co dla nas uczynil. – Niestety, pani – odparl lord Antony – to jest niemozliwe. – Niemozliwe? Dlaczego? – Dlatego, ze "Szkarlatny Kwiat" pracuje w ukryciu, a jego nazwisko znane jest tylko najwierniejszym towarzyszom. Ci zas zwiazani sa uroczysta przysiega, aby dochowac tej waznej tajemnicy. – "Szkarlatny Kwiat"! – rzekla Zuzanna z wesolym usmiechem – co za szczegolne imie! Co to ma oznaczac? Patrzala na sir Andrewa ze wzrastajacym zaciekawieniem. Twarz mlodego czlowieka mienila sie pod czarem tego nazwiska. Oczy jego blyszczaly; milosc, uwielbienie, czesc dla bohatera i wodza zdawaly sie palac na jego obliczu. – "Szkarlatny Kwiat" – odrzekl po chwili skupienia – jest to maly, niepokazny kwiatek w formie gwiazdki, sluzacy do ukrywania prawdziwego nazwiska, najszlachetniejszego i najodwazniejszego czlowieka na swiecie, aby latwiej mogl wypelniac wysokie zadanie, ktore wzial za cel swego zycia. – Ach tak – wmieszal sie do rozmowy wicehrabia – slyszalem o tym "Szkarlatnym Kwiecie". Maly czerwony kwiatek, nieprawdaz? Mowia w Paryzu, ze ile razy uda sie monarchiscie uciec do Anglii, ten szatan Fouquier Tinville otrzymuje papier z tym znakiem, wyrysowanym czerwona barwa. Czy tak? – Tak – odpowiedzial lord Antony. – W takim razie musial taki papier otrzymac i dzisiaj? – Jakze jestem ciekawa, co on na to powie – zawolala rozbawiona Zuzanna. – Slyszalam, ze jedyna rzecz, ktora go moze przestraszyc, to widok tego czerwonego kwiatka. – Miejmy nadzieje, ze nieraz jeszcze bedzie mial sposobnosc go ogladac. – To wszystko brzmi, panie, jak czarowna bajka, ktorej zrozumiec nie jestem w stanie -rzekla hrabina. – Nie probuj pani, rozwiazac tej tajemnicy. – Powiedz mi przynajmniej, dlaczego wasz wodz i wy wszyscy wydajecie pieniadze i narazacie zycie (bo narazacie je zawsze, ilekroc wstepujecie na ziemie francuska) dla nas, Francuzow, ktorzy jestesmy dla was niczym? – Dla sportu, hrabino, tylko dla sportu – zapewnial lord Antony, smiejac sie wesolo. -Jak wiadomo, jestesmy narodem sportsmenow, a teraz wlasnie jest w modzie wyrywac zajaca z zebow psa mysliwskiego. – Nie, nie, to nie tylko sport! Jestem pewna, ze macie wznioslejsze pobudki. – Wierz mi, pani, i innego powodu nie szukaj. Kocham sie w tej grze, bo to najciekawszy sport, jaki kiedykolwiek uprawialem. Wyprawy, smiale przedsiewziecia, zycie wiszace na wlosku i naraz… nie ma nas! Ale hrabina niedowierzajaco kiwala glowa. Nie mogla uwierzyc, aby ci mlodzi, bogaci, wysokiego rodu ludzie i wielki ich wodz mogli jedynie dla sportu narazac sie bezustannie na tak straszne niebezpieczenstwa. Ich narodowosc na ziemi francuskiej wcale ich nie chronila. Kazdy czlowiek, ktory popieral lub pomagal monarchistom, byl natychmiast skazany i sciety bez wzgledu na narodowosc. I ta garstka mlodych Anglikow w oczach nieprzeblaganego, krwiozerczego trybunalu rewolucyjnego, w murach samego Paryza, smiala wykradac skazane na smierc ofiary, niemal u stop gilotyny! Dreszcz leku przeszyl ja na nowo na wspomnienie wypadkow, zaszlych niedawno: ucieczka z Paryza w krytym wozie, wraz z dwojgiem dzieci pod stosem kapusty i rzepy, strach tamujacy oddech, gdy tlum krzyczal przy bramie zachodniej: "Smierc arystokratom!" Wszystko mialo przebieg wrecz cudowny. Oboje z mezem dowiedzieli sie, ze sa umieszczeni na liscie osob podejrzanych, co oczywiscie oznaczalo, ze ich osadzenie i smierc byly tylko kwestia czasu. Potem zaswitala nadzieja ucieczki: tajemniczy list, podpisany zagadkowym czerwonym kwiatkiem, jasne energiczne wskazowki, pozegnanie z hrabia de Tournay, ktore rozdarlo serce biednej kobiety, obietnice rychlego polaczenia, ucieczka z dwojgiem dzieci, woz kryty plotnem ze straszliwa wiedzma na kozle, podobna raczej do szatana, ze swa wstretna zdobycza, przyczepiona do bata… Hrabina rozgladala sie po cichej i starej sali angielskiego zajazdu, tchnacego bezpieczenstwem spokojnego kraju o prawdziwej wolnosci, religijnej i spolecznej. Nastepnie zamknela oczy, aby oddalic wciaz powracajacy obraz przerazonego tlumu przy bramie zachodniej, gdy stara wiedzma wspomniala o dzumie. Ukryta na spodzie wozu, w kazdej chwili spodziewala sie, ze ja poznaja, zawloka wraz z dziecmi przed sad i na stracenie. Ci mlodzi Anglicy pod rozkazami odwaznego i tajemniczego wodza narazali zycie, aby ratowac ich wszystkich, jak wyratowali juz kilkudziesieciu innych niewinnych ludzi. I to wszystko dla sportu. Nigdy! Oczy Zuzanny, szukajace spojrzenia sir Andrewa, zapewnialy go, ze ma niezachwiana pewnosc, ze on, wlasnie on, ratowal bliznich dla wyzszych pobudek. – Ilu was jest w tej szlachetnej lidze? – zapytala niesmialo. – Dwudziestu – odrzekl. -Jeden rozkazuje, a dziewietnastu slucha. Wszyscy jestesmy Anglikami i wszyscy sluzymy tej samej sprawie: sluchac wodza i ratowac niewinnych. – Oby Bog otaczal was swoja opieka, panowie! – rzekla goraco hrabina. – Pani! do tej chwili Bog nam pomagal. – To rzecz wprost zdumiewajaca! Jestescie wszyscy tacy odwazni, tacy pelni poswiecenia dla bliznich, bedac przeciez Anglikami, a we Francji nie ma nic procz zdrady i to w imie wolnosci i braterstwa! – Kobiety francuskie sa jeszcze bardziej wrogo usposobione do nas, arystokratow, niz mezczyzni -rzekl z westchnieniem wicehrabia. – Ach! tak – potwierdzila hrabina, a w oczach jej odbil sie wyraz najwyzszej pogardy i goryczy. – Na przyklad taka kobieta, jak Malgorzata St. Just. To ona zdradzila margrabiego de St. Cyra i cala jego rodzine przed trybunalem rewolucyjnym. – Malgorzata St. Just? – rzekl lord Antony, rzucajac krotkie i niespokojne wejrzenie na sir Andrew. – Malgorzata St. Just? Jestem przekonany, ze… – Tak – odrzekla hrabina -znacie ja z pewnoscia. Byla slynna aktorka w teatrze francuskim, a potem wyszla za Anglika; musicie ja znac. – Czy ja znamy? – zawolal lord Andrew. – Czy znamy lady Blakeney, najwytworniejsza dame w Londynie, zone najbogatszego czlowieka w Anglii? Naturalnie, ze ja znamy! – Byla moja kolezanka w paryskim klasztorze – dodala Zuzanna – i przyjechalysmy razem do Anglii, aby nauczyc sie waszego jezyka. Lubilam bardzo Malgorzate i uwierzyc nie moge, aby byla zdolna uczynic cos podobnego. – Jest to zupelnie nieprawdopodobne – rzekl sir Andrew. – Twierdzisz, hrabino, ze niedawno zdradzila margrabiego de St. Cyr. W jakim celu mogla to uczynic? To musi byc pomylka. – Nie ma mowy o zadnej pomylce – odparla zimno hrabina. – Brat Malgorzaty St. Just jest zacieklym republikaninem. Zaszla jakas sprzeczka miedzy nim a moim kuzynem de St. Cyr. St. Justowie sa plebejuszami, a republikanski rzad ma wielu szpiegow… Zapewniam pana, ze tu nie ma pomylki. Nie slyszales nigdy o tej aferze? – Przyznac musze, ze doszly mnie wiesci o tej sprawie, ale nikt w Anglii nie daje temu wiary. Sir Percy Blakeney, maz Malgorzaty, jest czlowiekiem bardzo majetnym, ma wysokie stanowisko spoleczne, jest bliskim przyjacielem ksiecia Walii, a lady Blakeney nadaje ton calemu londynskiemu towarzystwu. – Byc moze, ale my bedziemy wiedli bardzo spokojne zycie w Anglii i prosze Boga, aby nie spotkac sie z Malgorzata St. Just, dopoki pozostane w tym pieknym kraju. Po tych slowach wsrod gromadki spozywajacej wieczerze zapanowalo gluche milczenie. Zuzanna posmutniala. Sir Andrew bawil sie bezwiednie widelcem, a hrabina, siedzac w wysokim krzesle, naburmuszona i wyniosla, wygladala dziwnie sztywno i chlodno. Lord Antony od czasu do czasu rzucal stroskane spojrzenia na Jellybanda, jeszcze bardziej zaklopotanego niz on sam. – O ktorej godzinie spodziewasz sie sir Percy'ego i lady Blakeney? – szepnal niepostrzezenie do gospodarza. – W kazdej chwili, lordzie -odparl cicho Jellyband. Jeszcze nie skonczyl, gdy rozlegl sie daleki turkot nadjezdzajacego powozu. Z kazda chwila stawal sie wyrazniejszy, uslyszano trzaskanie z bata i tetent kopyt konskich na nierownym bruku. Nagle drzwi otworzyly sie gwaltownie i wbiegl pacholek, wolajac: – Sir Percy Blakeney i jego zona nadjezdzaja! Zadzwonily podkowy o kamienny dziedziniec, i wspanialy kocz, zaprzezony w cztery kasztany wysokiej krwi, stanal przed drzwiami "Odpoczynku Rybaka". Rozdzial V. Malgorzata W mgnieniu oka goscinna kawiarnia zajazdu stala sie widownia zamieszania i beznadziejnego poplochu. Gdy pacholek oznajmil przybycie gosci, lord Antony zerwal sie na rowne nogi i zaczal wydawac spiesznie rozkazy biednemu Jellybandowi, ktory z przerazenia calkiem stracil glowe. – Na milosc Boska, czlowiecze – szepnal lord Antony – sprobuj zatrzymac lady Blakeney chocby na chwileczke w przedpokoju, nim te panie zdaza wyjsc z sali. Do kaduka! a to sie dopiero udalo! – Predko, Sally, swiatla! -krzyczal Jellyband, biegajac tu i tam i powodujac jeszcze wieksze zamieszanie w ogolnej sytuacji. Hrabina wstala z krzesla sztywna i dumna i starajac sie ukryc wzburzenie pod pozorem zimnej krwi, powtarzala machinalnie: – Nie chce jej widziec, nie zobacze jej! W przedpokoju zas ruch, spowodowany przyjazdem tak znakomitych gosci, wciaz sie powiekszal. – Dobry wieczor, sir Percy! Dobry wieczor, lady! Najnizszy sluga! – slychac bylo jakby chor glosow, przeplatany slabszym nawolywaniem. – Nie zapominajcie o biednym slepym czlowieku, zlitujcie sie nad nim! Poratujcie mnie, lordzie, lady! Wsrod tego zgielku rozlegl sie dziwnie slodki i spiewny glos o lekkim, cudzoziemskim akcencie: – Nie wypedzajcie tego biedaka, dajcie mu jesc na moj rachunek, prosze was. W kawiarni wszyscy mimo woli zamilkli. Lecz Sally trzymajac lichtarze, szla juz ku drzwiom prowadzacym do sypialnych pokojow, a hrabina pospieszyla za nia, uchodzac przed nieprzyjacielem o tak slodkim i melodyjnym glosie. Zuzanna poslusznie zamierzala uczynic to samo; z zalem tylko rzucala spojrzenia na drzwi wejsciowe, w ktorych wciaz jeszcze miala nadzieje zobaczyc ukochana kolezanke. Jellyband otworzyl drzwi, ufajac, ze zdola zazegnac katastrofe, wiszaca w powietrzu, lecz juz ten sam cichy, dzwieczny glos odezwal sie zartobliwa skarga: – Br… jestem przemoczona jak sledz. Boze! Czy kto widzial taki klimat? – Zuzanno, chodz ze mna natychmiast, czy slyszysz? -zawolala hrabina wyniosle. – Mamo! – blagalnie szepnela Zuzanna. – Panie… chwileczke… hm… – jakal sie Jellyband, ktory stanal w poprzek drzwi, aby nie dopuscic nowo przybylych do sali. – Przepraszam, przyjacielu -rzekla lady Blakeney z cieniem zniecierpliwienia w glosie – po co stoisz przede mna i tanczysz jak kulawy indyk? Pusc mnie do ognia, zmarzlam do szpiku kosci! I w jednej chwili, odtraciwszy lekko gospodarza, weszla do sali. Istnieje duzo portretow i miniatur Malgorzaty St. Just, lady Blakeney, jak sie wowczas nazywala, ale jest bardzo watpliwe, aby znalazla sie jedna podobizna, mogaca oddac w calej pelni jej nadzwyczajny wdziek i urode. Wysoka, ponad srednia miare, o wspanialej krolewskiej postawie, byla tak urocza, ze nawet hrabina zatrzymala sie, oczarowana jej widokiem. Malgorzata Blakeney miala najwyzej lat 25, a uroda jej byla w pelnym rozkwicie. Duzy kapelusz, przybrany w miekkie falujace piora, rzucal lekki cien na jej klasyczne czolo, okolone aureola zlotych wlosow, tego dnia nie pudrowanych. Miala slodkie, niemal dzieciece usta, prosty, ksztaltny nos, okragly podbrodek i delikatna szyje, a czar jej podnosil jeszcze malowniczy owczesny stroj. Bogata suknia z niebieskiego aksamitu przylegala do jej zgrabnej figury; w drobnej rece trzymala z wlasciwym sobie wdziekiem laske, ozdobiona szerokim pekiem wstazek, wedle mody wprowadzonej niedawno przez wytworne panie. Malgorzata objela jednym rzutem oka caly pokoj i osoby w nim obecne. Skinela uprzejmie glowa sir Ffoulkesowi i podala reke lordowi Antony'emu. – Co robisz w Dover, drogi lordzie – zapytala wesolo i nie czekajac na odpowiedz, zwrocila sie do hrabiny i Zuzanny. Jej twarz zajasniala radoscia na widok mlodej dziewczyny i wyciagajac do niej obie rece, zawolala: – Czy mnie oczy nie myla? Czy to naprawde moja Zuzia? Boze, jakim sposobem znalazlas sie w Anglii? i pani tu takze? Chciala sie z nimi serdecznie przywitac, bez cienia zaklopotania w usmiechu lub zachowaniu. Lord Antony i sir Andrew sledzili te scene ze wzrastajacym niepokojem. Choc byli Anglikami, znali dostatecznie Francje i Francuzow, aby wiedziec, z jaka nieublagana nienawiscia i nieugieta pogarda stara szlachta francuska traktowala sprawcow jej upadku. Armand St. Just, brat pieknej lady Blakeney, choc uchodzil za czlowieka umiarkowanego, byl zacietym republikaninem i jego spor ze starozytna rodzina de St. Cyrow doprowadzil ja do upadku i do calkowitego wymordowania jej czlonkow. We Francji zatem St. Just ze swa partia zwyciezyl, a tu na ziemi angielskiej wypedzeni wygnancy, ktorzy dla ocalenia zycia opuscili wszystko co wieki dobrobytu im w darze przyniosly, spotykali sie z przedstawicielka tych samych republikanskich rodzin, ktore zwalily tron i zniszczyly arystokracje, siegajaca pochodzeniem zamierzchlych wiekow. Malgorzata stala przed nimi w calym blasku zuchwalej urody i wyciagala ku nim delikatne dlonie, jakby chcac tym ruchem puscic w niepamiec krwawe wypadki ostatnich czasow. – Zuzanno, zakazuje rozmawiac ci z ta kobieta! – rzekla ostro hrabina, wstrzymujac reke corki. Przemowila po angielsku, aby mogli ja uslyszec i zrozumiec nie tylko mlodzi panowie, ale gospodarz i jego corka. Ci oniemieli wprost z przerazenia wobec zuchwalstwa tej cudzoziemki dla kobiety, ktora byla teraz Angielka, jako zona sir Percy'ego, i przyjaciolka ksieznej Walii. Serca zas lorda Antony'ego i sir Andrew zamarly ze zgrozy na te straszna zniewage. Z niemalym wyrazem trwogi spogladali ku drzwiom, za ktorymi brzmial powolny, powazny, ale mily glos. Jedynie Malgorzata Blakeney i hrabina de Tournay pozostaly niewzruszone. Hrabina, sztywna i zuchwala, z reka wciaz jeszcze na ramieniu corki, byla uosobieniem nieugietej dumy. Przez chwile twarz Malgorzaty stala sie tak biala, jak szal otaczajacy jej szyje, a bystry obserwator bylby zauwazyl, ze reka trzymajaca wysoka laske o barwnych wstazkach, zacisnela sie kurczowo i lekko zadrzala. Ale tylko przez chwile. Wkrotce podniosla delikatne brwi, rozchylila usta w ironicznym usmiechu, a utkwiwszy jasnoniebieskie oczy, oczy w sztywnej twarzy hrabiny, rzekla, wzruszajac ramionami: – Coz ci sie stalo, hrabino? Czy mucha cie ugryzla? – Jestesmy w Anglii – odparla zimno hrabina – i mam prawo zakazywac mej corce witac sie z toba. Chodz ze mna, Zuzanno. Skinela na corke, nie spojrzawszy juz na Malgorzate Blakeney, zlozyla gleboki, staromodny uklon mlodym ludziom i wyszla z pokoju. Cisza zapanowala w sali starego zajazdu, dopoki szelest sukni hrabiny nie ucichl w korytarzu. Malgorzata, jakby skamieniala, biegla roziskrzonymi oczyma za znikajaca dumna postacia, ale gdy pokorna i posluszna Zuzanna zblizyla sie tez ku drzwiom, twardy wyraz znikl z jej twarzy. Z niewyslowionym smutkiem spojrzala na odchodzaca kolezanke. Zuzanna to spostrzegla. Jej kochajace dzieciece serce rwalo sie do pieknej kobiety, ledwo co od niej starszej; posluszenstwo ustapilo wobec przyjazni. Rzucila sie ku niej i oplotlszy ramionami szyje Malgorzaty, usciskala ja serdecznie. Potem spiesznie pobiegla za matka, poprzedzona przez Sally. Poczciwy i delikatny poryw Zuzanny zlagodzil nieco przykre naprezenie. Sir Andrew popatrzyl na odchodzaca, zgrabna postac dziewczecia, a gdy znikla w cieniach korytarza, rzucil rozbawione oczy na lady Blakeney. Malgorzata z przesadna afektacja posylala reka pocalunki w strone pan, a ironiczny usmiech igral na jej ustach. – Ach, sir Andrew, czy widziales kiedy tak nieprzyjemna osobe? Mam nadzieje, ze na starosc nie bede tak wygladala. Uniosla suknie i przybierajac majestatyczna postawe, zaczela kroczyc ku ognisku. – Zuzanno – rzekla – nasladujac glos hrabiny – zakazuje ci rozmawiac z ta kobieta! Smiech, ktory towarzyszyl temu zartowi, byl troche wymuszony i twardy, ale ani sir Andrew, ani lord Antony nie byli bystrymi obserwatorami. Nasladowala hrabine tak znakomicie, dzwiek glosu jej byl tak podobny, ze obaj zawolali z podziwu: Brawo! – Ach, lady Blakeney – rzekl rozbawiony lord Antony – jak bardzo komedia francuska musi odczuwac brak pani! Na pewno wszyscy znienawidzili sir Percy'ego za to, ze sie z toba ozenil! – Moj Boze, przyjacielu, nienawidzic sir Percy'ego jest rzecza niemozliwa, jego dowcipy rozbroilyby sama nawet hrabine! Mlody wicehrabia, ktory jeszcze nie wyszedl za matka, uczynil krok naprzod, gotow wystapic w jej obronie, w razie gdyby lady Blakeney zamierzala w dalszym ciagu bawic sie jej kosztem, ale nim zdolal zaprotestowac, rozlegl sie za drzwiami sympatyczny, ale dosc glosny smiech i na progu ukazala sie postac niezwykle wysoka i bardzo wytwornie ubrana. Rozdzial VI. Elegant z roku 1792 Wedlug owczesnych kronik, sir Percy Blakeney liczyl w roku 1792 okolo 30 lat. Bardzo wysoki, nawet jak na Anglika, barczysty, dobrze zbudowany, mogl uchodzic za niezwykle pieknego mezczyzne, gdyby nie wyraz ospalosci w glebokich niebieskich oczach i ustawiczny smiech, nieco za ostry, ktory tak szpecil piekny i silny rysunek jego ust. Rok dobiegal konca, gdy baronet Percy Blakeney, jeden z najbogatszych magnatow angielskich, krol mody i serdeczny przyjaciel ksiecia Walii, zadziwil wykwintne towarzystwo londynskie, wprowadzajac do domu po podrozy po kontynencie piekna i inteligentna zone – Francuzke. On, najospalszy i najnudniejszy ze wszystkich Anglikow, ktory potrafilby zanudzic na smierc piekna kobiete, wygral pierwszy los w malzenstwie, choc pretendentow bylo wielu. Malgorzata St. Just stala u progu kariery artystycznej w chwili, gdy w murach Paryza rozpoczal sie najwiekszy przewrot socjalny, jaki swiat pamietal. Liczac zaledwie 18 lat, szczodrze obdarzona pieknoscia i talentem, pod jedyna opieka mlodego, kochajacego ja brata, potrafila w krotkim czasie zgromadzic w slicznym mieszkaniu na ulicy Richelieu wytworne towarzystwo i niemniej ekskluzywne, a to pod jednym wzgledem. Malgorzata St. Just byla republikanka z zasady i przekonania. Rownosc co do urodzenia byla jej haslem, nierownosc majatkowa uwazala za nieprzyjemny przypadek. Jedynie nierownosc talentu byla w jej oczach godna podziwu. Pieniadze i tytuly sa dziedziczne, mawiala, ale nie rozum, i dlatego jej uroczy salon byl otwarty jedynie dla ludzi wysoce inteligentnych, utalentowanych, dla mezczyzn i kobiet pelnych dowcipu i artystycznej werwy. Swiat umyslowy Paryza rokowal swietna kariere artystyczna temu, kto sie dostal do tego wybranego grona. Ludzie uczeni, wykwintni, o wysokim swiatowym stanowisku, tworzyli swietny dwor uroczej artystki z Komedii Francuskiej, a ona przesuwala sie w tym republikanskim, rewolucyjnym i krwiozerczym Paryzu jak blyszczaca kometa, pociagajac za soba, niby swietlana smuge, najbardziej wyszukany, zajmujacy, intelektualny europejski swiat. A potem nastapilo rozwiazanie. Niektorzy usmiechali sie dobrotliwie, nazywajac je artystyczna ekscentrycznoscia, drudzy uwazali je za madre wyrachowanie ze wzgledu na wypadki rozgrywajace sie w Paryzu, ktore braly coraz to grozniejszy obrot, ale dla wszystkich prawdziwy powod pozostal tajemnicza zagadka. W kazdym razie faktem bylo, ze pewnego dnia Malgorzata St. Just zaslubila sir Percy'ego Blakeney'a bez poprzedniego zawiadomienia przyjaciol. Jakim sposobem ten glupi i nudny Anglik zostal w ogole przyjety do wybranego grona otaczajacego "najmadrzejsza kobiete w Europie", jak ja nazywali przyjaciele? Nikt tego nie odgadl. Zloty klucz otwiera wszystkie drzwi, twierdzili niejedni zlosliwie. Dosc ze wyszla za niego i "najmadrzejsza kobieta w Europie" zwiazala los z "tym glupim Blakeney'em", co nawet najblizsi jej znajomi uwazali za dziwactwo. Jednak usmiechali sie pogardliwie na twierdzenie niektorych ludzi, ze Malgorzata wyszla za glupca z korzysci materialnych i stanowiska, ktore jej przynosil w darze. Wiedzieli dobrze ci, ktorzy ja znali, ze nie dbala o bogactwa, a mniej jeszcze o tytuly. W miedzynarodowym swiecie, w ktorym sie obracala, znala wielu mezczyzn rownie wysoko urodzonych, jesli nie rownie bogatych, ktorzy byliby sie czuli az nadto szczesliwi, mogac ofiarowac Malgorzacie St. Just wszystko, czego by tylko zapragnela. O samym sir Percy'm sadzono ogolnie, ze nie byl w stanie sprostac trudnemu zadaniu, ktorego sie podjal. Mogl tylko zdobyc sie na slepe uwielbienie dla zony, otaczanie ja zbytkiem i splendorem swych wplywow, wysokich stosunkow, ktore mial na dworze angielskim. Ale towarzystwo londynskie twierdzilo ze wzgledu na jego ograniczenie umyslowe, ze postapilby o wiele rozsadniej, ofiarujac te wszystkie swietnosci osobie mniej inteligentnej i utalentowanej. Choc ostatnie lata spedzil w kraju i nalezal do najpierwszych osobistosci swiata londynskiego, cala mlodosc spedzil na kontynencie. Ojca jego, sir Algernona Blakeney'a spotkalo wielkie nieszczescie. Jego mloda i ubostwiana zona dostala pomieszania zmyslow po dwoch latach szczesliwego pozycia malzenskiego, bez najmniejszej nadziei polepszenia. Percy ujrzal swiatlo dzienne, kiedy juz lady Blakeney zapadla na te straszna chorobe, ktora wowczas uwazano za nieuleczalna i za rodzaj przeklenstwa Bozego nad cala rodzina. Sir Algernon wyjechal z chora zona na kontynent i tu, pomiedzy nieprzytomna matka a zrozpaczonym ojcem, Percy wychowal sie az do chwili pelnoletnosci. Smierc rodzicow nastapila prawie rownoczesnie, a ze sir Algernon prowadzil zycie bardzo skromne i ciche, olbrzymia fortuna Blakeney'ow powiekszyla sie jeszcze znacznie. Sir Percy Blakeney, nim wprowadzil do domu piekna, mloda zone, duzo podrozowal po kontynencie. Towarzystwo londynskie oczekiwalo ich z otwartymi ramionami. Sir Percy byl bogaty, jego zona pelna wdzieku. Sam ksiaze Walii nalezal do ich przyjaciol. W niespelna 6 miesiecy zostali krolami mody i elegancji. Plaszcze sir Percy'ego byly tematem rozmow, jego zarty powtarzane z ust do ust, nawet ow charakterystyczny smiech nasladowala "zlota mlodziez". Wszyscy twierdzili, ze jest beznadziejnie glupi, ale nie bylo sie czemu dziwic: od kilku generacji wszyscy Blakeney'owie byli ograniczeni, a matka jego umarla w obledzie. Wielki swiat go zapraszal, dogadzal mu i liczyl sie z nim. Konie jego byly najpiekniejsze w calym kraju, przyjecia i wina najslawniejsze. Co do jego slubu z "najmadrzejsza kobieta w Europie" to, co mialo sie stac, stalo sie w najkrotszym czasie. Nikt mu nie wspolczul, sam byl sobie winien. Wiele panien angielskich, ladnych i wysokiego rodu, chetnie dzieliloby z nim korzysci fortuny Blakeney'ow, poblazajac jego nieszkodliwej glupocie. Zreszta sir Percy nie odczuwal litosci, gdyz wcale o nia nie dbal. Wydawal sie bardzo dumny ze swej inteligentnej zony, nie majac jej bynajmniej za zle, ze tak malo zadawala sobie trudu, aby maskowac lekka pogarde, ktora dla niego zywila, ostrzac sobie dowcip jego kosztem. Zreszta Blakeney byl zanadto ograniczony, aby zauwazyc swa smiesznosc, a jezeli jego domowe stosunki z urocza paryzanka nie dawaly mu tego zadowolenia, na jakie zaslugiwalo jego prawdziwie psie przywiazanie, nikt o tym nigdy sie nie dowiedzial. W przepieknej rezydencji w Richmond gral zawsze z niezmacona dobrodusznoscia podrzedna role, obsypujac Malgorzate klejnotami i otaczajac ja zbytkiem, a ona przyjmowala te dary z niezrownanym wdziekiem, czarujac w przyjmowaniu gosci ta sama uprzejmoscia, jaka okazywala artystycznemu kolku w Paryzu. Sir Percy Blakeney byl bezsprzecznie bardzo piekny, choc szpecil go ow leniwy i znudzony wyraz, wlasciwy mu. Ubieral sie stale bez zarzutu, a chociaz stosowal sie do troche przesadnej owczesnej mody, przyjetej juz w Anglii, zachowywal zawsze dobry smak, wrodzony angielskiemu szlachcicowi. W ten wrzesniowy dzien, mimo dlugiej podrozy w powozie, mimo deszczu i blota, ubranie lezalo bez zarzutu na jego szczuplych ramionach, a rece biale jak u kobiety, wylanialy sie z rekawow ozdobionych wspanialymi brabanckimi koronkami. Jedwabne ubranieo krotkiej talii, kamizelka z bialymi wylogami, obcisle prazkowane spodnie, uwydatnialy znakomicie te potezna i ksztaltna postac. Na pierwszy rzut oka uderzala jego piekna powierzchownosc, ale afektowane ruchy i ten wiecznie pusty smiech niweczyl w jednej chwili jakiekolwiek glebsze wrazenie, ktore mogl wywierac na ludziach. Wszedlszy do starej sali zajazdu, strzepnal krople deszczu z pieknego plaszcza i podnioslszy w zloto oprawne szkla do niebieskich sennych oczu, spojrzal z zaciekawieniem na towarzystwo. Zapadlo przykre milczenie. – Jak sie masz Tony i ty Ffoulkes – rzekl, spostrzeglszy mlodziencow i witajac sie z nimi. – Do licha, przyjaciele! – dodal ziewajac – widzieliscie kiedy taki czas? Przeklety klimat! Malgorzata zmruzywszy figlarnie oczy, zwrocila sie ku mezowi i z troche wymuszonym usmiechem przypatrywala mu sie od stop do glow. – Co wam jest? – zaczal znow sir Percy po chwili milczenia, gdy nikt sie nie odzywal. -Czemuscie tacy zaklopotani, co sie stalo? – Alez nic – odrzekla Malgorzata z udana wesoloscia -nic, co mogloby wyprowadzic cie z twego blogiego spokoju: zniewazono twoja zone, wiecej nic! Smiech, z jakim to powiedziala, mial uspokoic sir Percy'ego co do donioslosci tego faktu. Cel zostal osiagniety, bo smiejac sie rowniez zawolal: – Alez droga, nie mow tak! Gdzie jest ow smialek, ktory odwazyl sie ci ublizyc? Lord Antony juz mial odpowiedziec, gdy naraz mlody wicehrabia wystapil na srodek pokoju. – Panie – rzekl lamana angielszczyzna, zaczynajac swa przemowe glebokim uklonem -hrabina de Tournay de Basserive, moja matka, obrazila pania, ktora jest jak widze, twoja zona. Nie moge prosic cie o przebaczenie za moja matke, co ona robi jest dobre w moich oczach, ale jestem gotow ofiarowac ci panie zwykla satysfakcje, przyjeta miedzy honorowymi ludzmi. Mlodzieniec wyprostowal o ile mogl swa wysmukla postac i z zapalem patrzyl dumnie na 6 stop wysokiego baroneta Percy'ego Blakeney. – Patrz no, sir Andrew – zawolala wesolo Malgorzata – na ten niezrownany obraz! Indyk angielski i kogut francuski! Porownanie bylo rzeczywiscie nadzwyczaj trafne. Angielski indyk patrzyl z gory ze zdumieniem na malego francuskiego koguta, groznie podskakujacego wkolo niego. – Powiedz mi, panie – rzekl w koncu sir Percy, przypatrujac sie przez szkla mlodemu Francuzowi – gdzie do kaduka nauczyles sie po angielsku? – Panie… – zaprotestowal wicehrabia, dotkniety niewzruszonym spokojem tego Anglika, wobec jego wojennej postawy. – To jest wprost zdumiewajace – ciagnal dalej sir Percy tym samym tonem. – Czy nie uwazasz, Tony? Recze, ze nie potrafilbym nigdy tak przemowic we francuskim zargonie. – Co to, to prawda -potwierdzila Malgorzata – wymowa francuska sir Percy'ego kaleczy uszy jak nozem. – Panie – przerwal wicehrabia powazniej, jeszcze gorsza angielszczyzna – zdaje mi sie, ze nie rozumiesz, o co mi chodzi. Ofiaruje ci jedyna satysfakcje, godna gentlemana. – Coz to jest u diabla? -spytal sir Percy zdziwiony. – Moja szabla, panie!… odparl zywo wicehrabia, tracac powoli cierpliwosc. – Jestes sportsmenem, lordzie Tony – rzekla Malgorzata wesolo. – Stawiam 10 na jednego na malego koguta. Jeszcze przez chwile sir Percy patrzyl na wicehrabiego przez na pol przymkniete, leniwe powieki, potem ziewnal, wyciagnal przed siebie dlugie nogi i obrociwszy sie do niego plecami, mruknal z najwiekszym spokojem: – Co mi po twojej szabli? Co sobie wicehrabia pomyslal w tej chwili wobec zuchwalstwa owego dlugonogiego Anglika, byloby tematem do napisania ksiegi. Odpowiedz jego streszczala sie w jednym tylko wyrazie, gdyz wszystkie inne uwiezly mu w gardle, pod wplywem duszacej go wscieklosci. – Pojedynek, panie… – syknal przez zeby. Blakeney obrocil sie jeszcze raz ku niemu i ze swej wysokosci spojrzal na rozjuszonego malego czlowieczka, ale ani przez jedno mgnienie oka nie stracil dobrego humoru. Zasmial sie dzwiecznym smiechem i wsadziwszy piekne, dlugie rece w przepastne kieszenie kamizelki, rzekl powoli: – Pojedynek? Ach teraz rozumiem. Jak mi Bog mily, jestes krwiozerczym czlowiekiem! Chcesz przedziurawic spokojnego czlowieka? Bo ja to sie nie bawie w pojedynki – dodal siadajac spokojnie i wyciagajac przed siebie dlugie nogi. – Diabelnie niewygodnym zajeciem sa te pojedynki, czyz nie tak, Tony? Wicehrabiemu wiadomo bylo niezawodnie, ze w Anglii pojedynki miedzy gentlemanami byly surowo zabronione. Mimo to dla tego mlodego Francuza, ktorego pojecia o honorze wyrosly z wiekowych tradycji, widok gentlemana, nie przyjmujacego pojedynku, byl wprost potworny. Zawahal sie, co mu wypadalo uczynic; czy spoliczkowac tego dlugiego Anglika i nazwac go tchorzem, czy tez wstrzymac sie ze wzgledu na obecnosc kobiety. Na szczescie odezwala sie Malgorzata. – Prosze cie, lordzie Tony -rzekla milym, melodyjnym glosem – sprobuj pogodzic tych panow. Chlopca ponosi zlosc i jeszcze gotow skaleczyc sir Percy'ego -dodala z cieniem ironii w glosie. – Indyk angielski wyszedl calo, gdyz wszyscy swieci z kalendarza mogliby go wyzwac, a on nie stracilby zimnej krwi. Zasmiala sie filuternie, ale nie wyprowadzila meza ze zwyklej rownowagi. Przeciwnie, wydawalo sie, ze Blakeney byl w najlepszym humorze w swiecie, gdyz zwracajac sie do wicehrabiego, odparl wesolo: – Czy zona moja nie jest dowcipna? Bedziesz mial moznosc nieraz sie o tym przekonac, jezeli zostaniesz dluzszy czas w Anglii. – Sir Percy ma racje, wicehrabio – przerwal lord Antony, kladac reke na ramieniu mlodego Francuza. – Nie wypadaloby rozpoczynac pobytu w Anglii od pojedynku. Przez chwile mlodzieniec wahal sie jeszcze, potem wzruszywszy z lekka ramionami na mysl o dziwnych zapatrywaniach na sprawy honorowe na tej zamglonej wyspie, rzekl z godnoscia, pelna wdzieku: – Jezeli pan jest zadowolony, nie mam do niego dalszej urazy. Ty, lordzie, jako nasz opiekun, powiedz, czy zawinilem, a oddale sie. – Z cala przyjemnoscia -odparl Blakeney z westchnieniem ulgi. – A to dopiero czupurna sztuka! Jak mi Bog mily, Ffoulkes, jezeli ty i twoi przyjaciele sprowadzacie podobne okazy z Francji, to radze ci zatop je po drodze w kanale, inaczej moj drogi, bede zmuszony udac sie do Pitta, aby zakazal wam tego rodzaju przemytu, a ciebie zamknal wraz z twoim towarem. – Ostroznie, sir Percy! Porywa cie odwaga! – rzekla z przymileniem Malgorzata. – Zapominasz, ze i ty przemyciles sobie cos z Francji! Blakeney z wolna powstal. – Moglem wybierac na rozmaitych rynkach, ale moj gust nie zawiodl mnie – odparl z wyszukana galanteria, skladajac przed zona gleboki i uroczysty uklon. – Ale za to rycerskosc cie zawiodla – odrzekla ironicznie. – Badzze rozsadna, moja droga! Czy myslisz, ze pozwole zrobic ze swojego ciala poduszke na szpilki, ile razy jakiemus amatorowi zabich nozek nie spodoba sie ksztalt twego nosa? – Nie masz sie czego obawiac, sir Percy! Nigdy sie to nie stanie, zeby mezczyznie moj nos sie nie podobal. To rzeklszy, uklonila mu sie z wdziekiem. – Hanba temu, kto sie boi! Czy watpisz o mojej odwadze, pani? Kto, jezeli nie ja, popiera boksowanie? Czyz nie tak, Tony? Niedawno sam zmierzylem sie z Red Sam'em i mial sie z pyszna! – Szkoda, ze tego nie widzialam! Ha, ha, ha! Musiales slicznie wygladac! Ha, ha, ha! A teraz boisz sie Francuzika! Smiech jej rozlegal sie wesolo po starej debowej sali. – Ha, ha, ha! – zawtorowal jej sir Percy – zaszczycasz mnie, pani! Do licha, Ffoulkes, spojrz tylko! potrafilem zabawic moja zone, kobiete najinteligentniejsza w Europie! Napijmy sie na jej zdrowie! Uderzyl poteznie w stol. – Hej, Jelly! Predko, przyjacielu, bywaj! I znow zapanowala zgoda, a Jellyband przychodzil z wolna do siebie po przebytych wzruszeniach. – Czare goracego i mocnego ponczu, rozumiesz? – rzekl sir Percy. – Dowcip, ktory potrafil rozbawic inteligentna kobiete, musi byc podtrzymywany! Ha, ha, ha! spiesz sie, poczciwcze! – Nie ma na to czasu -zaprotestowala Malgorzata. -Kapitan okretu zjawi sie lada chwila i moj brat musi siadac na jacht, inaczej "Day Dream" nie zdazy skorzystac z przyplywu. – Nie zdazy, kochanie? Jest wiecej czasu niz potrzeba dla kazdego gentlemana, aby sie upic i siasc na okret, nim nastapi odplyw. – Zdaje mi sie, pani -zauwazyl z uszanowaniem Jelllyband – ze mlody pan nadchodzi wraz z kapitanem okretu. – Doskonale! – zawolal Blakeney – Armand St. Just wypije z nami czare ponczu. Czy myslisz, Tony – dodal, zwracajac sie w strone wicehrabiego – ze ten mlody zapaleniec bedzie chcial z nami wychylic szklanke? Powiedz mu, ze pijemy na zgode. – Bawicie sie tak dobrze w wesolym towarzystwie, ze nie wezmiecie mi za zle, ze pozegnam sie z moim bratem w sasiednim pokoju – rzekla Malgorzata. Protesty nie byly na miejscu. Lord Antony i sir Andrew zrozumieli doskonale, ze lady Blakeney nie mogla dzielic ich wesolosci. Jej przywiazanie do brata Armanda bylo rozczulajace i glebokie. Spedzil wlasnie pare tygodni u niej w Anglii, a teraz powracal, aby sluzyc ojczyznie tam, gdzie smierc byla jedynie nagroda za trudy i poswiecenia dla niej poniesione. Sir Percy rowniez nie probowal zatrzymywac zony. Z ta wytworna galanteria, ktora cechowala kazdy jego ruch, otworzyl przed nia drzwi kawiarni, zlozywszy jej wpierw gleboki uklon, ona zas opuscila sale, rzuciwszy na niego jedynie przelotne, pogardliwe spojrzenie. Tylko sir Andrew, ktorego mysl z chwila poznania Zuzanny stala sie przenikliwsza, czulsza i zgadujaca, zauwazyl dziwne wejrzenie, pelne glebokiego i beznadziejnego smutku, ktorym sir Percy zegnal znikajaca postac uroczej kobiety. Rozdzial VII. Tajemniczy ogrod Wyszedlszy z halasliwej kawiarni na zle oswietlony korytarz, Malgorzata Blakeney miala wrazenie, ze oddycha swobodniej. Westchnela gleboko z ulga, jak gdyby zostawila na progu gniotace ja brzemie i kilka lez splynelo jej po twarzy. Deszcz przestal padac. Sposrod szybko przesuwajacych sie chmur blade promienie slonca ozlacaly piekne biale wybrzeze Kentu i domy otaczajace admiralska przystan. Malgorzata stanela na progu i spojrzala na morze. Tu, na tle mieniacego sie wciaz nieba, stal wspanialy okret o bialych rozpietych zaglach, lagodnie kolysany wiatrem. Byl to "Day Dream". Prywatny jacht sir Percy'ego, gotowy do drogi, aby odwiezc do Francji Armanda. Wracal do kraju, gdzie kipiala krwawa rewolucja, ktora zrzucila monarchie, zdeptala religie i zniszczyla cala warstwe spoleczenstwa, aby odbudowac na popiolach starej kultury nowa utopie, ktorej nikt nie byl w stanie powolac do zycia. Z oddali dwoch ludzi zblizalo sie do "Odpoczynku Rybaka". Jeden z nich, starszy mezczyzna, z wiencem siwych wlosow, otaczajacych kragle policzki, szedl owym chwiejnym krokiem, znamionujacym marynarzy; drugi mlody, wysmukly, bardzo starannie ubrany w plaszcz z kapturem, byl gladko ogolony, a ciemne jego wlosy zaczesane w tyl glowy, odslanialy szlachetne czolo. – Armandzie! – zawolala Malgorzata i radosny usmiech rozjasnil przez lzy jej piekna twarz. W kilka minut potem brat i siostra witali sie czulym usciskiem, a stary kapitan przystanal z uszanowaniem na uboczu. – Ile pan St. Just ma jeszcze czasu do odjazdu? – zapytala lady Blakeney. – Musimy podniesc kotwice przed uplywem godziny – odrzekl stary kapitan, podnoszac reke do czola. Wsunawszy reke pod ramie brata, Malgorzata podeszla ku nadbrzeznym skalom. – Zaledwie pol godziny -westchnela, patrzac na morze – a bedziesz tak daleko ode mnie! Armandzie… nie moge uwierzyc, ze odjezdzasz. Te dni podczas nieobecnosci sir Percy'ego uplynely dla mnie jak sen. Mialam cie przeciez wylacznie dla siebie. – Nie wyjezdzam daleko, moja droga – odparl miekko mlodzieniec. – Rozdzieli nas waski kanal, tylko kilka mil drogi, moge wiec powrocic w kazdej chwili. – Przeraza mnie nie odleglosc, Armandzie, ale ten straszny Paryz… Doszli do brzegu skaly. Lagodny powiew morski igral wlosami Malgorzaty wokol jej twarzy, a konce jej miekkiego koronkowego szala falowaly w powietrzu jak bialy i gibki waz. Starala sie przeniknac wzrokiem odleglosc, za ktora lezaly wybrzeza Francji, tej surowej i bezlitosnej Francji, ktora domagala sie haraczu krwi najszlachetniejszych swych synow. – Nasz wlasny, piekny kraj, Malgorzato – odrzekl Armand, zgadujac jej mysli. – Oni ida za daleko, Armandzie – rzekla z zapalem. – Jestes republikaninem jak i ja, mamy te same poglady, to samo pragnienie wolnosci i rownosci, ale nawet ty musisz przyznac, ze ida za daleko. – Cicho… – szepnal trwoznie Armand, rzucajac krotkie, ostrozne spojrzenie wkolo siebie. – Widzisz!… Zdaje ci sie, ze niebezpiecznie rozprawiac o tych rzeczach nawet tu, w Anglii. Objela go w namietnym porywie gwaltownej, macierzynskiej niemal milosci. – Nie odjezdzaj, Armandzie! – blagala – nie wracaj do kraju! Co staloby sie ze mna, gdyby… Wybuchnela placzem. Jej niebieskie oczy z czuloscia i rozpacza patrzyly na mlodzienca, ktory z powaga zwrocil sie do niej. – Nie bylabys moja odwazna siostrzyczka – odparl ze slodycza – gdybys nie pamietala, ze gdy Francji grozi niebezpieczenstwo, nie uchodzi jej synom opuszczac ojczyzny. Jeszcze nie dokonczyl, a juz slodki, dziecinny usmiech zawital na jej smutnej twarzyczce, wciaz jeszcze oblanej lzami. – Ach, Armandzie! – westchnela cicho. – Pragnelabym niekiedy, abys nie mial tylu wznioslych cnot… Zareczam ci, ze twoje drobne uchybienia sa o wiele mniej niebezpieczne i lzejsze do zniesienia. Ale bedziesz ostrozny, nieprawdaz? – dodala powaznie. – Obiecuje ci, ze bede sie staral o ile moznosci… – Pamietaj, najdrozszy, ze mam tylko ciebie, tylko ty mnie kochasz… – Alez, moja droga, masz dzisiaj inne jeszcze wiezy… Percy cie kocha… Dziwny smutek odbil sie w oczach Malgorzaty, gdy szepnela: – Kochal mnie dawniej… – Alez, na pewno… – Nie troszcz sie o mnie, Armandzie, Percy jest rzeczywiscie bardzo dobrym czlowiekiem. – Musze sie troszczyc o ciebie, moja Malgorzato -przerwal z moca. – Sluchaj, nie mowilem z toba o tej sprawie wczesniej, gdyz za kazdym razem cos mnie wstrzymywalo. Ale czuje, ze nie potrafilbym teraz odjechac i zostawic cie, nie zadawszy ci jednego zapytania. Nie potrzebujesz mi odpowiedziec, jezeli sobie nie zyczysz – dodal, widzac nagle wyraz leku w jej oczach. – Mow – rzekla spokojnie. – Czy sir Percy Blakeney wie… jaka role odgrywalas w sprawie uwiezienia margrabiego de St. Cyr? Zasmiala sie smutnym, gorzkim, pogardliwym smiechem, ktory zabrzmial jak falszywa nuta w melodii jej glosu. – Chcesz powiedziec, ze zdradzilam margrabiego de St. Cyr przed trybunalem, ktory wyslal jego i cala rodzine pod gilotyne? Tak, powiedzialam mu o tym po slubie. – Czy wytlumaczylas wszystkie okolicznosci lagodzace, ktore calkowicie cie uniewinniaja? – Nie, gdyz bylo za pozno mowic o okolicznosciach. Wiedzial juz o tej sprawie z innej strony. Moje tlumaczenie przyszlo zdaje sie poniewczasie. Nie moglam ponizac sie do tego stopnia, by szukac sposobow uniewinniania sie. – A teraz? – A teraz, Armandzie, mam satysfakcje w przeswiadczeniu, ze najbardziej ograniczony czlowiek w Anglii ma najwieksza pogarde dla swojej zony. Wypowiedziala te slowa z taka gorycza, ze serdecznie kochajacy ja Armand odczul wyraznie, iz dotknal bardzo niezrecznie bolesnej rany. – Przeciez sir Percy kochal cie? – Czy mnie kochal? Tak, Armandzie, przynajmniej zdawalo mi sie przez pewien czas, ze mnie kocha, inaczej nie zostalabym nigdy jego zona. Jestem przekonana – dodala spiesznie, jak gdyby pragnela nareszcie zrzucic z siebie ciezkie brzemie, przygniatajace ja od miesiecy – jestem przekonana, ze i ty nawet, jak wszyscy zreszta, myslales, ze wyszlam za niego dla majatku. Zareczam ci, najdrozszy, ze to nieprawda. Zdawalo mi sie, ze mnie uwielbia taka dziwna sila milosci i tak goraco, ze bylam do glebi wzruszona. Przy tym, jak wiesz, nie kochalam nikogo, a mialam juz dwadziescia cztery lata; sadzilam, ze nie potrafie nigdy kochac. Ale marzylam zawsze, aby byc slepo uwielbiana. Choc Percy byl ociezaly i ograniczony, mial dla mnie tym wiekszy powab; myslalam, ze bedzie mnie kochal tym wiecej… Inteligentny mezczyzna ma inne zajecia, ambitny inne nadzieje, zas ograniczony umysl bedzie tylko milowal i tym sie zadowoli. A w zamian bylam gotowa odplacic mu rownym przywiazaniem, Armandzie. Nie tylko odbierac, ale dawac bezgraniczna milosc… Westchnela, a w tym westchnieniu byla cala otchlan rozczarowania i bolu. Armand nie przerywal jej ani razu. Sluchal, pograzony we wlasnych myslach. Jego serce cierpialo na widok tej mlodej, pieknej kobiety, ktora u progu zycia stracila nadzieje i wiare wobec rozwianych zlotych snow, ktore uczynilyby z jej mlodosci nieprzerwane pasmo szczescia. Mimo przywiazania do siostry rozumial ow tragiczny konflikt szwagra. W krotkim swym zyciu zetknal sie juz z ludzmi rozmaitych narodowosci, roznego wieku, rozmaitych warstw spolecznych i domyslil sie, czego Malgorzata nie dopowiedziala. Percy Blakeney byl faktycznie slabo uposazony pod wzgledem umyslowym, ale mimo wszystko mial owa rodowa dume, odziedziczona po przodkach, odwiecznych angielskich dzentelmenach. Jeden Blakeney zginal na polu bitwy pod Bosworth, drugi poswiecil zycie i majatek dla sprawy Stuartow -i ta sama duma bezsensowna, jak ja nazywal republikanski Armand, musiala byc gleboko dotknieta na wiesc o winie ciazacej na sumieniu lady Blakeney. Armand wiedzial dobrze, ze byla taka mloda i wprowadzona w blad, wiedzieli i ci, ktorzy skorzystali z jej mlodosci, braku rozwagi i zastanowienia. Ale Blakeney nie mial jasnego sadu. Nie bral pod uwage zadnych okolicznosci lagodzacych. Widzial jedynie czyn: lady Blakeney zdradzila rodaka przed trybunalem, nie znajacym litosci. Pogarda, jaka musial odczuwac dla tego czynu, chocby nawet mimowolnego, mogla zabic jego milosc. Ale nawet teraz siostra byla dla Armanda zagadka. Zycie i milosc przynosza tak dziwne niespodzianki! Czy wobec slabnacego uczucia meza serce Malgorzaty obudzilo sie dla niego? Na drodze milosci spotyka sie nieoczekiwane zwroty. Czy moze ta kobieta, przed ktora kleczal swiat umyslowy Europy, zapalala miloscia do tej miernoty? Malgorzata wpatrzyla sie w zachod slonca. Armand nie mogl widziec jej twarzy, ale mial wrazenie, ze to co blyszczalo w zlotych wieczornych promieniach, padalo z jej oczu na delikatny koronkowy szal. Lecz nie chcial dluzej przeciagac tej rozmowy. Znal dobrze dziwna, namietna nature siostry i zrozumial, ile tajonego bolu musialo sie kryc pod pozorami wesolosci i swobody. Dawniej nie rozstawali sie prawie nigdy. Rodzice pomarli, gdy Armand byl jeszcze wyrostkiem, a Malgorzata dzieckiem. Starszy od niej o osiem lat, opiekowal sie nia az do slubu i byl podpora w swietnych latach, spedzonych na ulicy Richelieu. Zegnal ja z prawdziwym smutkiem i lekiem, gdy wyjezdzala do Anglii, by rozpoczac nowe zycie, a teraz od czasu slubu siostry zlozyl jej w Anglii pierwsza wizyte. Niestety, kilka miesiecy rozlaki wystarczyly, aby wzniesc nieprzebyty mur miedzy bratem a siostra. Ta sama gleboka obopolna milosc zawsze trwala, ale kazdy z nich posiadal dla siebie jakby tajemniczy ogrod, do ktorego nikt wiecej nie mial dostepu. Armand nie mogl powiedziec siostrze wielu rzeczy. Polityczne oblicze rewolucji francuskiej zmienialo sie niemal codziennie. Nie rozumialaby, dlaczego jego wlasne poglady i sympatie ulegly takiej zmianie, wobec coraz to straszliwszych naduzyc jego dawnych przyjaciol. Ze swej strony Malgorzata nie mogla bratu odkryc calkowicie tajemnic swego serca, gdyz sama ledwie je rozumiala. Wiedziala tylko, ze wsrod bogactw i przepychu czula sie samotna i nieszczesliwa. A teraz Armand wyjezdzal. Bala sie o niego, pragnela go miec przy sobie i nie chciala zamacac tych ostatnich chwil tak bolesnego i slodkiego zarazem pozegnania, mowiac tylko o sobie. Wsunela mu znow reke pod ramie i poszli wzdluz skal ku wybrzezu. Tyle rzeczy mieli jeszcze sobie do powiedzenia, ktore znajdowaly sie poza obrebem ich tajemniczego ogrodu! Rozdzial VIII. Zaufany agent Dzien chylil sie ku wieczorowi i dlugi, chlodny angielski zmierzch rozposcieral zaslone na zielony krajobraz Kentu. "Day Dream" wyruszyl w droge, a Malgorzata Blakeney od godziny stala samotnie na brzegu urwiska, scigajac wzrokiem biale zagle, unoszace z taka szybkoscia jedyna istote, ktora rzeczywiscie o nia dbala, ktora smiala kochac, ktorej mogla ufac. O kilka krokow od niej po lewej stronie oswietlone szyby kawiarni "Odpoczynku Rybaka" rzucaly zolte blaski wsrod zwiekszajacej sie wciaz mgly. Od czasu do czasu zdawalo sie jej przeczulonym nerwom, ze slyszy odglos wesolej rozmowy i w jej uszach dzwieczal bezustannie nuzacy smiech meza. Sir Percy byl o tyle delikatny, ze zostawil ja zupelnie sama. Przypuszczala, ze na swoj sposob zrozumial, iz wolala patrzec samotnie, jak z widnokregu znikaly biale zagle. On, ktory z taka bezwzglednoscia wymagal zachowania pozorow, nie zadal nawet, aby nad zona czuwal sluzacy. Malgorzata wdzieczna byla mezowi za te delikatnosc i co prawda starala sie okazywac mu wdziecznosc za jego wzgledy i szczodrosc iscie krolewska. Usilowala nawet czasem zwalczac ironiczne i gorzkie uczucia, ktore zalewaly jej dusze i dyktowaly ustom obrazajace i zlosliwe slowa. Czesto starala sie dotknac bolesnie meza, aby czul, ze i ona nim gardzi, ze i ona zapomniala o tych dniach szczescia, w ktorych gotowa byla go pokochac. Kochac tego polglowka, ktorego mysli nie byly w stanie wzniesc sie ponad sposob wiazania krawatu, lub linie nowego kroju plaszcza? A jednak… zamglone slodkie wspomnienia, dostrojone do tego spokojnego letniego wieczoru, stanely przed jej oczami, przyniosl je na niewidzialnych skrzydlach lekki podmuch wiatru morskiego. Chwila pierwszego poznania… zdawalo sie, ze byl tak oddany jak niewolnik… i bylo w tej milosci cos tak poteznego, ze podbilo ja i oczarowalo… A potem ta milosc, to przywiazanie, ktore uwazala za prawdziwa psia wiernosc, rozwialy sie zupelnie. W 24 godziny po cichej uroczystosci w kosciele sw. Rocha wyznala mu, jak pewnego razu nierozwaznie i lekkomyslnie opowiedziala przed kilkoma przyjaciolmi rozmaite szczegoly, kompromitujace margrabiego de St. Cyr. Oni zas korzystajac z tych informacji, wyslali nieszczesnego margrabiego wraz z cala rodzina pod gilotyne. Nienawidzila margrabiego. Niegdys jej ukochany brat Armand kochal sie w Anieli de St. Cyr; ale St. Just byl plebejuszem, a margrabia byl nadzwyczaj dumny i przepojony arystokratycznymi przesadami swej kasty. Pewnego dnia Armand, zwykle ostrozny i pelen uszanowania dla Anieli, osmielil sie poslac swej ukochanej krotki wierszyk, wyrazajacy milosc i uwielbienie. Nastepnej nocy sluzba margrabiego wyprowadzila go podstepnie poza mury Paryza i zbila, zbila jak psa, dlatego ze smial podniesc oczy na corke arystokraty. Takie wypadki na kilka lat przed rewolucja francuska byly na porzadku dziennym i doprowadzily do krwawego odwetu, ktory prawie wszystkie te dumne glowy wyslal pod noz gilotyny. Malgorzata nie zapomniala nigdy, ile ucierpiala upokorzona meska duma brata i ile przez niego i z nim wycierpialo jej wlasne serce. A gdy nadszedl dzien zemsty, St. Cyr i jemu podobni musieli uznac za swych panow tych samych plebejuszow, ktorymi ongi pogardzali. Armand i Malgorzata przyjeli z zapalem, wlasciwym mlodemu wiekowi, utopijne zasady rewolucji, gdy tymczasem margrabia de St. Cyr i jego rodzina bronili zaciekle tych przywilejow, ktore wyniosly ich wszystkich ponad reszte spoleczenstwa. Lekkomyslna Malgorzata, nie znajaca donioslosci slow, a pamietna strasznej zniewagi wyrzadzonej jej bratu przez margrabiego, uslyszala raz, ze rodzina St. Cyr'ow kontaktowala sie tajemnie z Austria w nadziei, iz cesarz stlumi wzrastajaca rewolucje. W owych czasach jeden zarzut wystarczal. Slowa Malgorzaty, powtorzone niebacznie, przyniosly owoce w przeciagu 24 godzin. Przeszukano papiery margrabiego i znaleziono w biurku listy cesarza niemieckiego, obiecujacego przyslac wojska przeciw paryskiemu motlochowi. Margrabiego skazano natychmiast i wyslano pod gilotyne z zona, synami i cala rodzina. Malgorzata, przerazona strasznymi skutkami lekkomyslnosci, nie zdolala juz margrabiego uratowac. Jej przyjaciele i znajomi sami przewodniczyli rewolucyjnemu ruchowi i uwazali ja za bohaterke, a gdy wychodzila za sir Percy'ego Blakeneya, nie zdawala sobie sprawy, jak surowo osadzi on jej bezwiedna zbrodnie, tym niemniej jednak ciazaca na jej sumieniu. Wyznala wszystko mezowi, ufajac, ze jego wielka milosc i przywiazanie przebacza to, co mogloby razic angielskie sumienie. W chwili wyznania miala wrazenie, ze maz nie przywiazuje wielkiej wagi do tej wiadomosci i nie rozumie nawet jej donioslosci, ale od tego czasu nie zaznala juz milosci sir Percy'ego – jak gdyby zamarla. Z czasem doszlo do tego, ze zyli oddzieleni wrogim murem. Sir Percy Blakeney wyrzucil z serca cala milosc do zony, jakby to uczynil ze stara rekawiczka. Malgorzata probowala obudzic w nim zamarle uczucie, ostrzac swoj lotny dowcip o jego ciezki umysl, dla wywolania zazdrosci, ale wszystkie jej usilowania byly daremne. Pozostal niewzruszony, bierny, ospaly, choc zawsze uprzejmy, pelen kurtuazji. Malgorzata posiadala wszystko, co tylko swiat i bogaty maz moze dac kobiecie, a jednak w ten cudny letni wieczor, gdy biale zagle jachtu znikly w mrocznych cieniach, uczula sie wiecej samotna niz ow biedny wedrowiec, ktory odbywal ciezka droge wsrod kamienistego wybrzeza. Z nowym westchnieniem odwrocila sie od morza i udala sie do zajazdu "Odpoczynek Rybaka". Odglos wesolych rozmow i okrzykow stawal sie coraz wyrazniejszy. Mogla rozroznic mily glos sir Andrewa, glosny smiech lorda Antony'ego i spokojne slowa meza. Otaczala ja pustka i ogarnialy ciemnosci; przyspieszyla wiec kroku. Wtem spostrzegla nieznajomego, idacego spiesznie naprzeciw niej. Malgorzata nie podniosla nawet oczu; nie czula leku, a "Odpoczynek Rybaka" byl tak blisko. Nieznajomy przystanal, widzac zblizajaca sie Malgorzate i gdy go mijala, zawolal: – Obywatelko St. Just! Wydala lekki okrzyk zdziwienia, slyszac swe panienskie nazwisko. Spojrzala na nieznajomego i tym razem z nieklamana radoscia wyciagnela ku niemu obie rece. – Chauvelin! – zawolala. – We wlasnej osobie, obywatelko. Do uslug twoich -dodal, calujac uprzejmie konce jej palcow. Malgorzata milczala przez chwilke. Patrzyla z radoscia na niezbyt powabna mala postac, stojaca przed nia. Chauvelin, liczacy od 30 do 40 lat, byl madrym, przebieglym czlowiekiem o ciekawym lisim wyrazie w gleboko osadzonych oczach. Byl tym samym nieznajomym, ktory przed godzina wypil butelke wina z panem Jellybandem. – Chauvelin! przyjacielu! – rzekla Malgorzata. – Jestem uradowana, ze cie widze. Biedna Malgorzata, samotna wsrod przepychu i nowych przyjaciol, z radoscia ujrzala twarz, przypominajaca jej szczesliwe czasy w Paryzu, gdy panowala jako krolowa nad artystycznym kolkiem na ulicy Richelieu. Nie zauwazyla ironicznego usmiechu, ktory igral na cienkich ustach Chauvelina. – Powiedz mi – rzekla wesolo – co robisz w Anglii? Zaczela znow isc ku zajazdowi, a Chauvelin szedl obok niej. – Zadaje ci to samo pytanie, piekna pani – odrzekl – co tu porabiasz? – Ach, ja! – odparla, wzruszajac ramionami – nudze sie, przyjacielu i tyle. Doszli do stylowych drzwi "Odpoczynku Rybaka". Ale Malgorzata nie chciala wejsc do zajazdu. Powietrze po popoludniowej burzy bylo nadzwyczaj mile i poza tym znalazla przyjaciela, ktory przypominal jej Paryz, znal jej brata Armanda i mogl udzielic jej wiadomosci o wesolym gronie, ktore zostawila w Paryzu. Przez oswietlone okno kawiarni dochodzily odglosy smiechow, wolania na Sally o piwo, brzek dzbanow i gre w kosci, przeplatana dobrodusznym smiechem sir Percy'ego. Chauvelin stal obok niej i utkwil bladozolte oczy w pieknej twarzyczce, ktora w letnim zmierzchu wygladala tak uroczo i mlodo. – Zadziwiasz mnie, obywatelko – rzekl, zazywajac tabaki. – Naprawde, moj drogi Chauvelin – odrzekla weselej -mialam cie za bystrzejszego. Ze sie tez nie domyslasz, iz dlawiaca atmosfera surowych cnot nie dogadza Malgorzacie St. Just. – Moj Boze, czy az tak? -spytal z udanym przejeciem. – Az tak i jeszcze stokroc gorzej. – Jakie to dziwne. Myslalbym, ze dla pieknej kobiety zycie w Anglii ma duzo uroku. – I ja tak myslalam – odparla z westchnieniem. – Jakze tu moze dobrze powodzic sie pieknym kobietom, gdy wszystkie mile rozrywki sa dla nich zakazane? – dodala po namysle. – Czy rzeczywiscie? – Nie uwierzylbys, moj drogi Chauvelin, ale zapewniam cie, ze spedzam czasem dzien, cale dni, slyszysz? nie majac ochoty do niczego. – Nic wiec dziwnego, ze najmadrzejsza z kobiet w Europie nudzi sie… Zasmiala sie krysztalowym smiechem. – Najlepszym dowodem, jakie to zycie byc musi, jest fakt, ze z taka radoscia cie przywitalam – rzekla figlarnie. – I to w niespelna rok po zawarciu romantycznego malzenstwa… z milosci. – Tak, rok romantycznej milosci! Co za ironia… – A wiec ta idylla nie przetrwala nawet paru tygodni! -rzekl Chauvelin sarkastycznie. – Nierozsadne idylle nie trwaja nigdy dlugo, moj Chauvelin; spadaja na nas jak odra i rownie predko sie lecza. Chauvelin wzial znowu w palce szczypte tabaki. Widocznie tabaka byla jego nalogiem, powszechnym zreszta w tych czasach, a moze pragnal tylko zamaskowac bystre, przenikliwe spojrzenia, ktorymi odczytywal mysli ludzkie. – Nic wiec dziwnego -powtorzyl z ta sama galanteria -ze najlotniejszy umysl w Europie nudzi sie w takich warunkach. – Mialam nadzieje, ze znajdziesz mi srodek na te chorobe. – Jakze moge dokonac czegos, co nie udalo sie samemu sir Percy'emu? – Zostawmy sir Percy'ego w spokoju, przyjacielu – przerwala sucho. – Przepraszam najmocniej, droga pani, ale wlasnie tego uczynic nie moge – odparl Chauvelin, a chytre, lisie jego oczy, spoczely znow przenikliwie na Malgorzacie. – Mam bardzo skuteczne lekarstwo na nudy najgorszego nawet rodzaju, ktore chetnie bym ci zapisal, ale… – Ale co? – Stoi na przeszkodzie sir Percy. – Coz on ma z tym wspolnego? – Zdaje mi sie, ze bardzo duzo. Lekarstwo, ktore ci chce zalecic, piekna pani, nosi bardzo plebejuszowska nazwe: praca. – Praca? Chauvelin patrzyl na Malgorzate uporczywie. Zdawac sie moglo, ze te blade, swidrujace oczy czytaja jej najskrytsze mysli. Byli sami i szepty ich ginely w zgielku, panujacym w zajezdzie, a pomimo to Francuz wslizgnal sie na korytarz, rozejrzal sie badawczo dokola, a przekonawszy sie, ze nikt nie slucha, powrocil do Malgorzaty. – Czy chcesz oddac Francji mala przysluge? – zapytal. Wyglad jego sie zmienil, dluga lisia twarz przybrala wyraz niezwyklej natarczywosci. – A to co? – zawolala swobodnie Malgorzata. – Skad ta nagla powaga? Nie wiem, czy bede mogla oddac Francji mala przysluge. Jakiz jest rodzaj tej przyslugi, ktorej domaga sie ode mnie ona lub ty? – Czy slyszalas kiedy o "Szkarlatnym Kwiecie", obywatelko St. Just? – zapytal nagle Chauvelin. – Czy slyszalam o "Szkarlatnym Kwiecie"? – zasmiala sie wesolo. – Przeciez o niczym innym sie nie mowi! Mamy kapelusze ~a la "Szkarlatny Kwiat", konie nasze nazywaja sie "Szkarlatny Kwiat", na obiedzie u ksiecia Walii onegdaj byl suflet ~a la "Szkarlatny Kwiat". Niedawno -dodala rozbawiona – zamowilam nowa niebieska suknie z zielonym obszyciem i dalabym glowe, ze moja krawcowa nazwala ja ~a la "Szkarlatny Kwiat". Chauvelin ani nie drgnal podczas jej szczebiotania i nie probowal przerywac, gdy dziecinny, srebrzysty jej glos rozlegal sie wsrod wieczornej ciszy. Sluchal jej smiechu w zamysleniu, a gdy zamilkla, rzekl oschle i ostro, nie podnoszac glosu: – W takim razie, obywatelko, jezeli slyszalas o tej tajemniczej osobistosci, to wiesz, ze czlowiek, ktory ukrywa sie pod ta szczegolna nazwa, jest zacietym nieprzyjacielem naszej republiki, Francji i ludzi takich, jak Armand St. Just. – To prawda, ale Francja ma na razie tylu nieprzyjaciol… – Ale ty, obywatelko, jestes cora Francji i powinnas jej dopomoc, gdy znajduje sie w smiertelnym niebezpieczenstwie. – Moj brat Armand poswieca sie dla ojczyzny – odparla dumnie. -Ja osobiscie nie moge nic zrobic, mieszkajac w Anglii. – Wlasnie ze mozesz! – Glos jego stal sie bardziej natarczywy, a lisia twarz przybrala wyraz udanej godnosci. – Tu, w Anglii, ty jedna mozesz nam pomoc. Sluchaj! Wyslano mnie tutaj jako przedstawiciela republiki. Jutro przedstawie swoje dokumenty Pittowi w Londynie. Mam polecenie zasiegnac informacji o "Lidze Szkarlatnego Kwiatu", ktora stala sie nieustanna grozba dla Francji od czasu, gdy pomaga arystokratom – zdrajcom ojczyzny i wrogom ludu – do ucieczki przed zasluzona kara. Wiesz rownie dobrze jak i ja, obywatelko, ze z chwila przybycia tutaj, ci francuscy emigranci czynia co moga, aby podburzac umysly przeciw republice. Gotowi polaczyc sie z kazdym nieprzyjacielem, aby ja zaatakowac. W ubieglych miesiacach cale zastepy tych emigrantow, podejrzanych lub juz skazanych przez trybunal, przeplynely kanal. Ich ucieczka byla zaplanowana, zorganizowana i wykonana przez zwiazek mlodych angielskich smialkow, na czele ktorego stoi czlowiek, o mozgu rownie sprawnym, jak tajemnicza jest jego osoba. Wszystkie usilowania ze strony moich szpiegow nie doprowadzily do odkrycia, kim jest ten zuchwalec, ktory pod tym dziwnym przezwiskiem pracuje spokojnie na zgube Francji. Chce koniecznie zadac mu cios i dlatego potrzebuje twej pomocy. Przez niego moge wysledzic reszte tej bandy, a wiem, ze czlowiek ten nalezy do angielskiego towarzystwa. Znajdz go dla Francji! Malgorzata sluchala z zapartym oddechem namietnej mowy Chauvelina, nie wymowiwszy ani slowa. Powiedziala mu przed chwila, ze ten tajemniczy bohater z bajki byl tematem rozmow towarzystwa, do ktorego nalezala. Juz od dawna jej serce i wyobraznia zajete byly mysla o tym szlachetnym czlowieku, ktory nie dla slawy ratowal setki istot od straszliwej, bezlitosnej smierci. Nie zywila zbytniej sympatii do tych dumnych francuskich arystokratow, zakrzeplych w rodowych uprzedzeniach, jak hrabina de Tournay, lecz potepiala metody, stosowane przez rzad, choc byla z zasady wolnomyslna republikanka. Od szeregu miesiecy nie byla w Paryzu, lecz wiesci o okrucienstwach i krwiozerczosci terroru, ktore doszly do punktu kulminacyjnego w rzeziach wrzesniowych, dotarly do niej przez kanal. Nie znala Robespierre'a, Dantona i Marata jako krwawych niszczycieli i bezlitosnych dostawcow gilotyny. Drzala ze zgrozy na mysl, zeby jej brat Armand, umiarkowany republikanin, nie stal sie lada chwila jej ofiara. Wiec gdy dowiedziala sie o istnieniu tej ligi mlodych entuzjastow angielskich, ktorzy z najczystszej milosci blizniego wydzierali kobiety, dzieci, starcow i mlodziencow z objec smierci, serce jej wezbralo duma. I teraz, gdy Chauvelin przemawial, cala jej dusza rwala sie do szlachetnego bohatera i wodza nieustraszonej ligi, ktory codziennie narazal zycie i ofiarowywal je z wlasnej woli, radosnie, dla dobra ludzkosci. Gdy Chauvelin skonczyl, oczy jej byly wilgotne. Koronka na jej piersiach falowala gwaltownie pod przyspieszonym oddechem. Nie slyszala juz zgielku, dochodzacego z zajazdu, nie slyszala glosu meza i jego bezmyslnego smiechu. Mysli jej ulecialy daleko w pogoni za wysnionym bohaterem. Ach! bylaby go pokochala, gdyby sie znalazl na jej drodze! Jego postac, potega, odwaga, slepa wiernosc tych, ktorzy pod jego rozkazami sluzyli tej samej wznioslej sprawie, a ponadto tajemniczosc, zdobiaca go jakby korona chwaly, wszystko to czarowalo romantyczna dusze Malgorzaty. – Znajdz go dla Francji, obywatelko! Glos Chauvelina obudzil ja ze zlotych snow. Bohater zniknal, a niedaleko od niej znajdowal sie czlowiek, ktoremu poprzysiegla wiernosc i milosc… – A wiesz, przyjacielu, ze mnie zadziwiasz? – rzekla, przybierajac na nowo zwykla wesolosc. – Na Boga, gdziez go mam szukac? – Ty wszedzie bywasz, obywatelko – szepnal Chauvelin. – Mowiono mi, ze lady Blakeney jest osia londynskiego towarzystwa. Ty wiesz wszystko i slyszysz wszystko! – Zapominasz, moj drogi -odparla Malgorzata, podnoszac dumnie glowe i patrzac z gory na stojaca przed nia mala figurke -zapominasz widocznie, ze szesc stop sir Percy'ego Blakeney'a i dluga tradycja nieskalanych przodkow stoja na przeszkodzie miedzy lady Blakeney a tym, co proponujesz? – Dla dobra Francji, obywatelko… – Wstydzilbys sie proponowac takie niedorzecznosci! Gdybys nawet wiedzial, kim jest "Szkarlatny Kwiat", bylbys bezsilny. Wszak wiesz, ze on jest Anglikiem. – Juz o tym pomyslalem – rzekl Chauvelin z gorzkim usmiechem. -W kazdym razie moglibysmy go poslac pod gilotyne, aby ostudzic jego zapal, a potem… gdyby przyszlo do dyplomatycznego zawiklania, moglibysmy przeprosic pokornie rzad brytyjski i w razie potrzeby zaplacic rodzinie odszkodowanie… – To, co proponujesz, jest wprost potworne – rzekla, odsuwajac sie od niego, jak od wstretnego plaza. – Kimkolwiek ten odwazny i szlachetny czlowiek jest, nigdy – slyszysz? – nie przyloze reki do podobnego bezecenstwa. – Wolisz zatem byc zniewazana przez lada jakiego arystokrate, ktory przybywa do tego kraju? Chauvelin dobrze trafil, puszczajac te ostra strzale. Swieze policzki Malgorzaty zbladly, ale zagryzla wargi, aby nie dac mu poznac, ze ja dotknal. – To nie ma nic do rzeczy – rzekla obojetnie. – Moge sie bronic, ale nie podejme sie nigdy wykonania zadnego nikczemnego czynu dla ciebie lub Francji. Masz inne sposoby do dyspozycji, mozesz ich uzyc, przyjacielu. I nie spojrzawszy juz na Chauvelina, odwrocila sie i weszla prosto do zajazdu. – To nie ostatnie twoje slowo, obywatelko – mruknal Chauvelin, gdy snop swiatla objal jej wytworna postac. – Mam nadzieje, ze spotkamy sie jeszcze w Londynie. – Byc moze, ze spotkamy sie w Londynie – odpowiedziala, nie odwrociwszy glowy – lecz fakt ten nie zmieni w niczym mego ostatecznego postanowienia. Otworzyla drzwi kawiarni i zniknela mu z oczu. Pozostal na progu i zazyl tabaki. Spotkala go odmowa i zniewaga, ale na jego lisiej twarzy nie znac bylo rozczarowania, ani zaklopotania, owszem, dziwnie chytry i ironiczny usmiech zawital na jego cienkich wargach. Rozdzial IX. Zamach Po calodziennym deszczu zapadla piekna, gwiazdzista noc. Noc chlodna, jesienna, czysto angielska, pachnaca wilgotna ziemia i opadlymi liscmi. Powoz sir Percy'ego, zaprzezony w cztery przepyszne konie jego chowu, uwazane za najpiekniejsze w Anglii, toczyl sie droga, wiodaca do Londynu. Sir Percy Blakeney siedzial na kozle, trzymajac lejce w dlugich, kobiecych rekach, a obok niego siedziala lady Blakeney, otulona drogocennym futrem. Piecdziesiat mil jazdy w gwiazdzista noc!… Malgorzata przywitala te mysl z rozkosza. Sir Percy byl zapalonym sportsmenem, a jego czworka, wyslana kilka dni przedtem do Dovru, byla dostatecznie wypoczeta i ochotnie przebywala powrotna droge. Malgorzata, korzystajac z kilku godzin samotnosci, kolysana slodkim nocnym powiewem, pograzyla sie cala w myslach. Wiedziala z doswiadczenia, ze sir Percy jak zwykle bedzie mowil malo, albo zatonie w milczeniu. Jezdzil z nia czesto nocami w tym wspanialym powozie i czynil najwyzej jedna lub dwie uwagi o powietrzu lub stanie drog. Ogromnie lubil powozic noca, a i ona takze znalazla urok w tym sporcie. Gdy tak siedziala kolo niego, zachwycajac sie sprawnoscia, z jaka powozil, zastanawiala sie, nad czym ten milczacy czlowiek gleboko duma. Nigdy jej tego nie powiedzial, a ona tez go nigdy o to nie spytala. W "Odpoczynku Rybaka" Jellyband obchodzil dom i gasil swiatla. Goscie jego opuscili juz bar, ale na gorze w malych, przytulnych pokoikach, gospodarz mial kilku znakomitych gosci: hrabine de Tournay, Zuzanne i wicehrabiego. Poza tym byly jeszcze zarezerwowane dwa gotowe pokoje dla sir Andrewa Ffoulkesa i lorda Antony'ego, jesli racza zaszczycic stary zajazd i pozostana na noc. Do tej pory obaj mlodziency siedzieli jeszcze w kawiarni przed ogromnym ogniskiem, ktore mimo lagodnego powietrza plonelo wesolo. – Powiedz mi, Jelly, czy wszyscy juz wyszli? – zapytal lord Antony czcigodnego gospodarza, krzatajacego sie kolo stolow i zbierajacego pozostale dzbany i puchary. – Wszyscy, jak widzisz, panie. – A czy wszystka sluzba udala sie juz na spoczynek? – Z wyjatkiem chlopca, zajetego w barze, ale – dodal, smiejac sie – i ten zboj zasnie lada chwila! – Wobec tego mozemy tu spokojnie rozmawiac jeszcze z pol godziny, nieprawdaz? – Bez watpienia, panie. Zostawie swiece na kredensie, a pokoje sa gotowe. Mieszkam na gorze, ale jezeli panowie glosno zawolaja, to na pewno uslysze. – Dobrze, Jelly. Nie potrzebujesz zostawiac swiecy, ognisko da nam az nadto swiatla, a nie chcemy zwracac uwagi przechodniow. – Do uslug, panowie. Jellyband zrobil, jak mu kazano, skrecil wiszaca u sufitu staroswiecka lampe i zagasil swiece. – Daj nam jeszcze butelke wina, Jelly – rozkazal sir Andrew. Jellyband wyszedl po wino. W pokoju bylo teraz ciemno, tylko klody drzewa, palace sie na ognisku, rzucaly krag migotliwego swiatla. – Czy niczego wiecej panom nie potrzeba? – zapytal Jellyband, powrociwszy z butelka wina i szklankami, ktore postawil na stole. – Mamy wszystko i dziekujemy -odparl lord Antony. – Dobranoc, panom, dobranoc sir! – Dobranoc, Jelly! Obaj mlodziency poczekali, az umilkly na schodach ciezkie kroki gospodarza. Zdawalo sie ze caly "Odpoczynek Rybaka" pograzyl sie we snie, procz mlodych ludzi, popijajacych wino przy ognisku. Nie dochodzil najmniejszy szelest procz tykania staroswieckiego zegara i trzaskania palacego sie drzewa. – I tym razem wszystko dobrze poszlo, Ffoulkes, czy nie? – zapytal w koncu lord Antony. Sir Andrew byl widocznie zatopiony w myslach, gdyz patrzyl w ogien, jak gdyby w nim widzial ladna twarzyczke z duzymi czarnymi oczami i ciemne loki, otaczajace mlodociane czolo. – Tak, zupelnie dobrze -odparl z roztargnieniem. – Nie bylo przeszkody? – Zadnej. Lord Antony nalal sobie szklanke wina i zasmial sie wesolo. – Nie widze potrzeby zadania ci pytan, czy tym razem podroz byla dla ciebie przyjemna. – Nie, przyjacielu, to byloby zbyteczne. – W takim razie: na jej zdrowie! Ladna to panienka – dodal jowialnie lord Antony – choc… Francuzka. Niech ci sie wiedzie, moj drogi! Wychylil kieliszek do ostatniej kropli i przysiadl sie do sir Andrewa blizej ogniska. – Zdaje mi sie, ze na ciebie przypada nastepna podroz, Tony -rzekl sir Andrew, budzac sie ze swoich mysli. – Tobie i Hastingsowi zycze rowniez milego zadania i tak rozkosznego towarzysza podrozy. Nie mozesz sobie wyobrazic, Tony… – Nie, nie wyobrazam sobie -przerwal wesolo przyjaciel – ale wierze ci na slowo. A teraz… -tu mloda jego twarz przybrala wyraz wielkiej powagi – jak stoi nasza sprawa? Przyblizyli ku sobie krzesla i instynktownie, choc byli zupelnie sami, glosy ich znizyly sie do szeptu. – Widzialem przedwczoraj "Szkarlatny Kwiat" przez kilka minut w Calais – rzekl sir Andrew. – Wrocil do Anglii na dwa dni przed nami. Towarzyszyl calej wyprawie od samego Paryza w przebraniu… – nigdy w to nie uwierzysz – starej przekupki, wiozacej w krytym wozie hrabine de Tournay, panne Zuzanne i wicehrabiego pod stosem kapusty i rzepy. Oni naturalnie ani sie domyslali, kto byl woznica! Przeprowadzil ich przez caly oddzial wojska i wyjacy tlum, ktory krzyczal: "smierc arystokratom!" Ale woz przejechal i "Szkarlatny Kwiat" w szalu, spodnicy i czepcu wolal jeszcze glosniej od innych: "smierc arystokratom!" Slowo daje – dodal mlodzieniec, a oczy jego blyszczaly zachwytem dla ukochanego wodza – to nadzwyczajny czlowiek! Jego odwaga jest wprost zdumiewajaca; to jej zawdziecza, ze wszystko zawsze mu sie udaje. Lord Antony nie mial takiego daru wymowy jak jego przyjaciel, wydal wiec tylko pare okrzykow podziwu dla swego wodza. – Kazal wam powiedziec -ciagnal dalej z wiekszym spokojem – abyscie, ty i Hastings, spotkali sie z nim w Calais drugiego dnia przyszlego miesiaca. Ktorego dnia to bedzie? Zdaje mi sie, ze w srode. – Tak, w srode. – Tym razem przychodzi kolej na hrabiego de Tournay. To niebezpieczne zadanie. Wiesz zapewne, ze nieszczesliwy hrabia, uwazany za podejrzanego przez trybunal bezpieczenstwa publicznego, zdolal uciec z palacu przy pomocy genialnego "Szkarlatnego Kwiatu", ktory po mistrzowsku przeprowadzil ten plan, ale obecnie hrabia jest skazany na smierc. Wyprowadzic go z Francji bedzie ciezka robota. Armand pojechal teraz, aby sie z nim spotkac. Dotad nikt nie podejrzewa St. Justa, ale potem? Jak wyjsc z tej sytuacji obronna reka? Zareczam ci, to bardzo niebezpieczna igraszka i ciezka proba dla geniusza naszego wodza. Mam zawsze jeszcze nadzieje, ze i ja dostane rozkaz towarzyszenia wam. – Czy masz dla mnie szczegolne polecenia? – Tak, duzo scislejsze niz zwykle. Podobno rzad republikanski poslal do Anglii zaufanego agenta, czlowieka zwanego Chauvelin, ktory ma byc zacieklym wrogiem naszej ligi i ktory poprzysiagl sobie, ze zdemaskuje naszego wodza i przylapie go w chwili, gdy stanie na ziemi francuskiej. Ten Chauvelin sprowadzil ze soba cala zgraje szpiegow, a nasz wodz postanowil, abysmy w sprawach ligi spotykali sie jak najrzadziej, pod zadnym warunkiem nie rozmawiali ze soba w publicznych miejscach, przynajmniej przez pewien czas. Gdy bedzie chcial sie z nami skomunikowac, znajdzie juz na to sposob. Mlodziency pochylili sie nad ogniskiem, gdyz plomien juz zgasl i tylko czerwony zar rozpalonych wegli rzucal slabe swiatlo w bliskosci. Reszta pokoju zatopiona byla w mroku. Sir Andrew wyjal z kieszeni notes, rozwinal arkusz papieru i obaj zaczeli czytac przy slabym swietle gasnacych wegli. Tak byli zatopieni w tej czynnosci, tak mysla ich zawladnela calkowicie droga ich sercom sprawa, tak cenny byl dokument, napisany wlasna reka ubostwianego wodza, ze nie slyszeli i nie widzieli nic dookola siebie; ani szelestu wysuwajacych sie wegli pod rusztem, ani monotonnego tykania zegara, ani nawet cichego szmeru, ktory sie rozlegl za nimi. Jakas postac wysunela sie spod jednej z lawek i jak waz zblizyla sie do mlodziencow, czolgajac w ciemnosciach. – Masz przeczytac to polecenie, zapamietac dobrze i zniszczyc. Juz mial wlozyc na powrot notes do kieszeni, gdy maly papierek wysunal sie i upadl na ziemie. Lord Antony schylil sie i podniosl go. – Co to jest? – zapytal. – Nie wiem – odrzekl sir Andrew. – Wypadl wlasnie z twojej kieszeni i widocznie nie ma nic wspolnego z tamtymi papierami. – Ciekawe! Jak sie tam dostal?… Pochodzi od wodza -dodal, spojrzawszy na pismo. Obydwaj nachylili sie znowu, aby przeczytac co zawieralo to nowe polecenie, skreslone napredce, gdy wtem lekki szmer, dochodzacy z korytarza, zwrocil ich uwage. – Co to jest? – zawolali rownoczesnie. Lord Antony przeszedl przez pokoj i nagle otworzyl drzwi. W tej samej chwili otrzymal pomiedzy oczy uderzenie piescia tak silne, ze odrzucilo go z powrotem na sale. Rownoczesnie czolgajaca sie postac powstala z ziemi i rzucila sie na sir Andrewa, ktory oszolomiony tak niespodziewana napascia, upadl na podloge. To wszystko nie trwalo dluzej niz trzy sekundy i nim sir Andrew lub lord Tony zdolali krzyknac, juz czterech ludzi zakneblowalo im usta, skrepowalo nogi i rece i zwiazalo plecami do siebie. Tymczasem jeden z napastnikow ostroznie zamknal drzwi. Mial na sobie maske i czekal spokojnie, az jego towarzysze ukoncza swa czynnosc. – Juz wszystko w porzadku, obywatele – rzekl jeden z ludzi, obejrzawszy dokladnie wiezy, krepujace mlodziencow. – Dobrze – odrzekl czlowiek przy drzwiach – teraz przeszukajcie wszystkie kieszenie i oddajcie mi znalezione papiery. Rozkaz wykonano w oka mgnieniu. Zamaskowany czlowiek, wziawszy w posiadanie dokumenty, posluchal przez chwile, czy cisza nie zostala zaklocona, a przekonawszy sie, ze jego nikczemny zamach nie zwrocil niczyjej uwagi, otworzyl drzwi i wskazal korytarz rozkazujacym ruchem. Czterech ludzi podnioslo z ziemi lorda Antony'ego i sir Andrewa i spiesznie, rownie cicho, jak przyszli, wyniesli ich w gleboka noc ku drodze do Londynu. W kawiarni, zamaskowany wodz tego smialego napadu, przejrzal pobieznie skradzione papiery. – Jak na pierwszy dzien, udalo sie niezle – szepnal, zdejmujac maske, a blade, lisie jego oczy blysnely w czerwonym blasku ognia. – Niezle, wcale niezle… Rozwinal kilka arkuszy, wyciagnietych z notesu sir Andrewa, spostrzegl skrawek papieru, ktory mlodzi ludzie zdolali ledwo przeczytac, ale szczegolniej jeden list, podpisany "Armand St. Just", ucieszyl go szczegolnie. – Armand St. Just – zdrajca! -zasyczal – a teraz, piekna Malgorzato Blakeney – dodal przez zacisniete zeby – pomozesz mi na pewno w zdemaskowaniu "Szkarlatnego Kwiatu". Rozdzial X. W operowej lozy Pamietnego roku 1792 w teatrze londynskim odbywalo sie pierwsze jesienne galowe przedstawienie. Teatr byl przepelniony. Tlum zalal nie tylko loze i parter, ale galerie przeznaczone dla ludu. "Orfeusz" Glucka zainteresowal przewaznie towarzystwo muzykalne, a eleganckie panie i modnisie zadowolic sie musialy osobami, ktorych ostatnia nowosc importowana co dopiero z Niemiec zbytnio nie interesowala. Liczni wielbiciele Seliny Storace wywolywali ja kilkakrotnie po odspiewaniu wielkiej arii, a Beniamin Incledon, faworyt pan, otrzymal z lozy krolewskiej skinienie, pelne uznania. Wlasnie kurtyna zapadla po wspanialym finale drugiego aktu. Widzowie sluchali w takim skupieniu przepysznego glosu wielkiego mistrza, ze odetchneli z ulga, mogac przez chwile wesolo i swobodnie porozmawiac. W eleganckich lozach tlum podziwial znane osobistosci. Byl tam Pitt, obarczony troska o panstwo, ktory przyszedl szukac odpoczynku w muzykalnej wieczornej rozrywce, i ksiaze Walii, zawsze wesol, ale troche rubaszny, odwiedzajacy w lozach najblizszych przyjaciol. W lozy lorda Grenville'a pociagala wzrok ciekawa osoba. Drobna mala figurka o chytrej sarkastycznej twarzy i gleboko osadzonych lisich oczach, sluchala z zajeciem muzyki, dowcipnie krytykujac towarzystwo. Pan ten ubrany byl czarno i mial ciemne wlosy. Lord Grenville, sekretarz spraw zagranicznych, obchodzil sie z nim z wyszukana grzecznoscia, choc bardzo chlodno. Tu i owdzie, wsrod typowo angielskich pieknosci, zauwazyc mozna bylo kilka obcych twarzy. Byla to wyniosla szlachta francuska, przesladowana przez rzad rewolucyjny ich ojczyzny, ktora schronila sie na ziemie angielska. Nieszczescia i zawody wyryly glebokie pietna na ich twarzach. Szczegolnie kobiety malo zwazaly na muzyke i swietne towarzystwo, a mysli ich blakaly sie daleko, szukajac meza, brata, ktorzy byli w niebezpieczenstwie lub ulegli juz okropnemu losowi. Ogolna uwage zwracala dopiero co przybyla z Francji hrabina de Tournay de Basserive. Ubrana w czarna, jedwabna suknie, ozdobiona bialym koronkowym szalem, aby nie dac pozoru zaloby, siedziala kolo lady Portarles, ktora usilowala zartami i wesola rozmowa wywolac usmiech na jej ustach. Za nimi siedziala Zuzanna w towarzystwie wicehrabiego, oboje oniesmieleni obecnoscia tylu nieznajomych ludzi. Oczy Zuzanny byly zamyslone. Gdy weszla do zapelnionego teatru, przebiegla wzrokiem wszystkie twarze, wszystkie loze i widocznie nie znalazlszy jedynej osoby, ktora pragnela zobaczyc, usiadla cichutko za matka i sluchala apatycznie muzyki, nie zwracajac uwagi na towarzystwo. – Ach, lordzie Grenville! -zawolala lady Portarles, gdy po dyskretnym zapukaniu, klasyczna glowa sekretarza stanu okazala sie w drzwiach lozy – nie mogles zjawic sie bardziej w pore. Oto hrabina de Tournay, ktora ginie z ciekawosci, aby uslyszec ostatnie wiadomosci z Francji. Elegancki dyplomata zblizyl sie i przywital panie. – Niestety! Sa jak najgorsze… – odrzekl ze smutkiem. – Rzez trwa. Paryz literalnie ocieka krwia, a gilotyna domaga sie coraz to nowych ofiar. Hrabina oparta o fotel, blada i jakby skamieniala, sluchala krotkiego sprawozdania z wypadkow rozgrywajacych sie w jej nieszczesnej ojczyznie. – Moj Boze! jak to bolesnie sluchac o tym wszystkim, panie -rzekla zla angielszczyzna – moj biedny maz pozostal jeszcze w tym okropnym kraju! Co za meka… ja siedze bezpiecznie w teatrze, gdy on otoczony jest takim niebezpieczenstwem! – Alez pani – rzekla zawsze szczera i otwarta lady Portarles – nic ci nie pomoze ucieczka do klasztoru; tym nie uratujesz zycia meza! Musisz myslec o twoich dzieciach, a one sa za mlode, aby wciaz smucic sie i martwic. Hrabina usmiechnela sie przez lzy na te szczera rade przyjaciolki. Lady Portarles, ktorej glos i maniery byly stosowniejsze raczej dla dzokeja, miala w gruncie rzeczy zlote serce i pod ta trywialna rubasznoscia, ktora pewne damy przybieraly wowczas dla pozy, kryly sie najdelikatniejsze uczucia. – Poza tym pani – dodal lord Grenville – czy nie wspominalas mi wczoraj, ze liga "Szkarlatnego Kwiatu" przysiegla ci, ze przeprowadzi hrabiego przez kanal? – Tak – odparla zagadnieta – i to jest moja jedyna nadzieja. Widzialam wczoraj lorda Hastingsa i znow dodal mi otuchy. – W takim razie nie powinnas niczego sie lekac. Co liga przyrzekla, wykona z pewnoscia. Niestety! – westchnal stary dyplomata – czemuz nie jestem o pare lat mlodszy! – Ale jestes jeszcze dostatecznie mlody, aby pokazac plecy temu francuskiemu straszydlu, ktore kroluje w twojej lozy – przerwala lady Portarles. – Uczynilbym to z pewnoscia, gdyby to bylo w mojej moznosci, ale musisz pamietac, pani, ze sluzac ojczyznie, musimy odlozyc na bok uprzedzenia. Pan Chauvelin jest zaufanym przedstawicielem rzadu… – A to dobre! Nazywasz tych lotrow rzadem? – Dotad Anglia nie uwazala za stosowne zerwac dyplomatycznych stosunkow z Francja – rzekl minister – i wobec tego jestesmy zmuszeni przyjmowac uprzejmie posla, ktorego mianowala. – Niech diabli wezma dyplomatyczne stosunki, lordzie! Zareczam ci, ze ten chytry lis jest niczym innym, tylko szpiegiem. Przekonasz sie, ze bedzie zajmowac sie bardzo malo dyplomacja, a za to szkodzic ukrytym tu monarchistom, heroicznemu "Szkarlatnemu Kwiatowi" i jego zacnej lidze. – Jestem pewna – rzekla hrabina, przygryzajac wargi – ze jezeli ten Chauvelin zamierza zrobic nam krzywde, to znajdzie wiernego sprzymierzenca w osobie lady Blakeney. – A to dopiero zlosliwa kobieta! – wykrzyknela lady Portarles. – Lordzie Grenville, jestes bardzo wymowny, prosze cie zatem, wytlumacz hrabinie, ze mowi niedorzecznosci. W twoim polozeniu tu w Anglii, pani -ciagnela zwrociwszy sie do emigrantki z twarza zaczerwieniona z oburzenia – nie mozesz sobie pozwalac na te panskie kaprysy, ktore tak lubia wasi francuscy arystokraci. Lady Blakeney moze byc w przyjazni lub nie z tymi lotrami z rewolucji, mogla miec cos wspolnego lub nie ze skazaniem St. Cyra, ale jest dzis osoba bardzo wysoko postawiona: sir Percy Blakeney ma wieksza fortune, niz pol tuzina innych lordow wzietych razem i cieszy sie ogromnym powazaniem u dworu, wiec chcac ponizac lady Blakeney, nie zaszkodzisz jej z pewnoscia w niczym, tylko siebie pani osmieszysz. Czyz nie mam racji, lordzie? Lecz nikt nie dowiedzial sie nigdy, co o tym dlugim kazaniu lady Portarles pomyslal lord Grenville lub hrabina de Tournay, gdyz wlasnie podniesiono kurtyne. Rozpoczynal sie trzeci akt "Orfeusza" i ze wszystkich stron zaczely dochodzic niecierpliwe sykania o cisze. Lord Grenville pozegnal spiesznie panie i wslizgnal sie do swej lozy, gdzie Chauvelin przesiedzial caly antrakt, sam z nieodstepna tabakierka w reku. Blade oczy wlepil w loze naprzeciw, gdzie z szelestem jedwabiu i wesolym smiechem na ustach weszla wlasnie w towarzystwie meza piekna lady Blakeney. Wygladala wprost czarujaco w lekko zapudrowanych zlotawych puklach, przytrzymanych nisko w tyle glowy olbrzymia czarna wstazka. Ubrana zawsze wedlug ostatniej mody, tym razem wzgardzila skrzyzowanym szalem, ogolnie wowczas noszonym. Miala suknie o krotkiej klasycznej talii, ktora przyjeta niebawem w calej Europie, i w tym stroju byla szczegolnie piekna, gdyz podnosil wspaniala linie jej postaci, a blyszczaca materia sukni lsnila bogactwem zlotych haftow. Gdy weszla, wychylila sie, aby przywitac znajomych; z lozy krolewskiej poslano jej krotkie i serdeczne pozdrowienie. Chauvelin sledzil ja uporczywie z poczatkiem trzeciego aktu, gdy sluchala z zajeciem muzyki. Drobna jej reka bawila sie wachlarzem, wysadzanym kosztownymi kamieniami. Jej glowe, szyje i ramiona okrywaly wspaniale diamenty zlozone w darze przez ubostwiajacego ja meza. Malgorzata ogromnie lubila muzyke. "Orfeusz" ja zachwycal. Radosc zycia odbijala sie na jej twarzyczce, w wesolych niebieskich oczach i drazala usmiechem na ustach. Liczac dopiero 25 lat, w pelni rozkwitu swej mlodosci, byla bostwem uwielbianym przez najwykwintniejsze towarzystwo. Dwa dni temu "Day Dream" powrocil z Calais, przywozac wiadomosci o ukochanym bracie. Armand donosil, ze odbyl szczesliwie podroz, ze mysli o niej i ze bedzie ostrozny. I w tej chwili, sluchajac namietnych akordow Glucka, zapomniala o rozczarowaniach, o przelotnych marzeniach, zapomniala nawet o dobrodusznej, ospalej miernocie meza, ktory obsypywal ja brylantami i splendorami wielkoswiatowego zycia. Sir Percy pozostal przy zonie tak dlugo, jak mu nakazywaly formy grzecznosci i odstapil swe miejsce w lozy jego krolewskiej wysokosci i calemu zastepowi wielbicieli, ktorzy skladali hold krolowej mody. Wyszedl na pogawedke z przyjaciolmi, ale Malgorzata nie zapytala nawet, czemu ja opuszcza, ani gdzie idzie, tak malo ja to interesowalo. Choc otaczal ja swietny dwor zlotej mlodziezy londynskiej, wyprawila wszystkich z rozpoczeciem trzeciego aktu, pragnac pozostac sama z Gluckiem. Dyskretne pukanie do drzwi oderwalo ja od muzyki. – Prosze – rzekla z lekkim odcieniem zniecierpliwienia, nie patrzac na intruza. Chauvelin, czekajac na sposobna chwile, zauwazyl, ze byla sama, i nie zwazajac na niecierpliwe "prosze", cicho wsunal sie do lozy i stanal za krzeslem Malgorzaty. – Jedno slowko, obywatelko – szepnal. Malgorzata obrocila sie zywo. – Przestraszyles mnie – rzekla z wymuszonym usmiechem. – Twoja obecnosc nie jest dla mnie wcale pozadana, gdyz chce sluchac Glucka i nie jestem usposobiona do rozmowy. – Ta chwila daje mi jedyna sposobnosc – odpowiedzial spokojnie; i nie czekajac na pozwolenie, przysunal krzeslo tak blisko, ze mogl szeptac jej do ucha, nie przeszkadzajac sluchaczom i nie bedac widzianym na ciemnym tle lozy. – Jest to moja jedyna sposobnosc -powtorzyl, nie otrzymawszy odpowiedzi. – Lady Blakeney jest zawsze tak otoczona, tak poszukiwana przez swych wielbicieli, ze zwykly stary przyjaciel nie moze miec zadnych specjalnych wzgledow… – W takim razie musisz poszukac innej sposobnosci -odparla z rozdraznieniem. – Dzis ide po operze na bal do lorda Grenville'a, gdzie i ty z pewnoscia bedziesz, wiec przeznacze ci piec minut na rozmowe. – Trzy minuty w tej pustej lozy wystarczy mi zupelnie, a zdaje mi sie, ze postapisz rozsadnie, jezeli wysluchasz mnie, obywatelko St. Just. Malgorzata drgnela. Chauvelin nie podniosl glosu, zazyl spokojnie tabaki, a mimo to bylo cos w jego bladych oczach, co mrozilo krew w zylach, jak gdyby przeczucie smiertelnego niebezpieczenstwa. – Czy to grozba, obywatelu? -zapytala. – Nie, piekna pani. To tylko strzala wymierzona w proznie. Umilkl na chwile, gotowy do skoku, jak kot na widok biegnacej myszy, gdy czeka z zadowoleniem na bol, ktory jej zada. – Twoj brat St. Just jest w niebezpieczenstwie – szepnal po chwili. Ani jeden muskul nie drgnal na pieknej twarzy Malgorzaty. Chauvelin mogl ja widziec tylko z profilu, lecz bedac wybornym obserwatorem, zauwazyl nagle drgnienie powiek i bolesny skurcz ust. – Znow jeden z twoich urojonych spiskow – odrzekla z udana wesoloscia. – Zrobilbys lepiej, gdybys powrocil na twoje miejsce i nie przeszkadzal mi w sluchaniu muzyki. Nerwowym ruchem zaczela wachlarzem wybijac takt o porecz lozy. Selina Storace spiewala wlasnie "Che fare" i caly teatr z przejeciem sluchal pieknego glosu primadonny. Chauvelin nie ruszyl sie z miejsca i z niezmaconym spokojem patrzyl na ruchy nerwowej reki, ktora zdradzala, ze strzala trafila celnie. – A wiec? – rzekla nagle w tym samym niedbalym tonie. – A wiec obywatelko? – Co grozi mojemu bratu? – Mam dla ciebie wiadomosci o nim i zdaje sie, ze cie zainteresuja, ale najpierw pozwol mi wszystko wytlumaczyc. Czy moge? Pytanie bylo zbyteczne. Wiedzial dobrze, ze choc Malgorzata byla w dalszym ciagu odwrocona od niego, kazdy nerw drgal w oczekiwaniu. – Przed kilkoma dniami prosilem cie o pomoc. Francja potrzebowala jej i myslalem, ze bede mogl liczyc na ciebie. Tymczasem zawiodlem sie. Od tego czasu moje liczne zajecia i twoje swiatowe obowiazki rozdzielily nas, chociaz zaszlo duzo nieprzewidzianych faktow… – Do rzeczy, do rzeczy -przerwala. – Muzyka jest czarujaca i sluchacze zaczna sie niecierpliwic twoim szeptaniem. – Chwileczke, obywatelko. Tegoz dnia, kiedy mialem honor spotkac cie w Dover, w godzine po otrzymaniu twej ostatecznej odpowiedzi, wszedlem w posiadanie pewnych dokumentow, ktore mi wyjawily nowy plan ucieczki calej bandy arystokratow, pomiedzy innymi i zdrajcy de Tournay. Plan ten zorganizowany zostal przez tego intryganta, zwanego "Szkarlatnym Kwiatem". Niektore nici tego tajemniczego spisku wpadly w moje rece, ale nie wszystkie i potrzebuje ciebie… musisz mi dopomoc, aby zdobyc caly klebek. Malgorzata sluchala go ze wzrastajacym niepokojem. Wzruszyla ramionami i rzekla lekcewazaco: – Czy ci nie powiedzialam juz raz, przyjacielu, ze mnie nic nie obchodza ani twoje plany, ani "Szkarlatny Kwiat"? Gdybys nie byl wspomnial o moim bracie… – Troche cierpliwosci, blagam cie, obywatelko – ciagnal dalej, z flegma. – Dwaj dzentelmeni lord Antony i sir Andrew byli tej samej nocy w "Odpoczynku Rybaka". – Wiem, widzialam ich tam. – Wiedzialem juz przez moich szpiegow, ze naleza do tej przekletej ligi. Sir Andrew przewiozl de Tournay i jej dzieci przez kanal. Gdy ci dwaj mlodzi ludzie zostali sami w gospodzie, moi szpiedzy wtargneli do kawiarni, zwiazali i obezwladnili tych dwoch kawalerow, wydobyli papiery z ich kieszeni i oddali mi je. W mgnieniu oka zgadla, gdzie lezalo niebezpieczenstwo. Papiery? Czyzby Armand byl nieostrozny? Sama mysl o tym przepelniala ja zgroza, ale ciagle jeszcze nie chciala zdradzic, ze sie leka, i nie przestala smiac sie wesolo. – Twoja bezczelnosc przechodzi wszelkie granice! Rabunek polaczony z gwaltem! I to tu, w Anglii, w przepelnionym zajezdzie? Twoi ludzie mogli byc schwyceni na goracym uczynku! – Wiec coz? oni sa dziecmi Francji i w dodatku maja rutyne, ktora nabyli u twego powolnego slugi. Gdyby ich schwytano, byliby bez slowa protestu poszli do wiezienia, do ciezkich robot, nie wydawszy nikogo. W kazdym razie warto bylo zaryzykowac. Niekiedy napelniony hotel jest bezpieczniejszy, niz ci sie to zdawac moze, a moi ludzie maja doswiadczenie. – Dobrze, a te papiery? -spytala niedbale. – Choc dowiedzialem sie z tych dokumentow o niektorych nazwiskach… i dzialalnosciach… ktore wystarcza mi, aby na razie przeszkodzic spiskowi, nie wywnioskowalem z nich, niestety, kim jest "Szkarlatny Kwiat". – W takim razie, przyjacielu, nie postapiles ani o krok dalej, niz byles poprzednio, nieprawdaz? Mozesz mi zatem pozwolic wysluchac w spokoju ostatniej czesci arii? Ach! -dodala, udajac ze ziewa ze znudzenia. – Gdybys nie byl wspomnial o moim bracie… – Dochodze wlasnie do jego sprawy, obywatelko. Miedzy znalezionymi papierami byl tez list do sir Andrew Ffoulkes'a, pisany przez twego brata St. Justa. – No i coz z tego? – Ten list wskazuje, ze twoj brat nie tylko sprzyja nieprzyjaciolom Francji, ale jest ich pomocnikiem, jezeli nie czlonkiem ligi "Szkarlatnego Kwiatu". Ostatecznie cios zostal zadany. Malgorzata dawno go juz oczekiwala. Za nic nie chciala okazac leku, przeciwnie, usilowala zachowac nadal ton lekcewazacy, zartobliwy i aby sie opanowac, skupiala wszystkie sily i zasoby swej inteligencji. Nawet teraz, gdy padl cios, nie stracila zimnej krwi. Wiedziala, ze Chauvelin mowi prawde. Byl zanadto powazny i oddany ohydnej sprawie, zanadto dumny ze swych rodakow_wywrotowcow, aby ponizac sie do podlych i bezcelowych klamstw. Ten list Armanda, tego nieostroznego szalonego Armanda, znajdowal sie w rekach Chauvelina! Malgorzata wierzyla w to niezachwianie, jak gdyby widziala go na wlasne oczy. Wiedziala, ze Chauvelin zachowa go do swoich celow i ze uzyje go przeciwko Armandowi lub zniszczy stosownie do korzysci, jakie moze osiagnac. Wszystko to wiedziala, a smiala sie wciaz dalej wesolym, pustym smiechem. – A wiec moj drogi – rzekla zwracajac sie do niego przez ramie i patrzac mu prosto w oczy – czyz nie powiedzialam ci, ze jest to z pewnoscia jakis urojony spisek? Armand w lidze z tym zagadkowym "Szkarlatnym Kwiatem"! Armand pomagajacy tym francuskim arystokratom, ktorymi pogardza! Winszuje ci! Ta bajka jest rzeczywiscie znakomitym tworem twej fantazji! – Pozwol mi dodac, obywatelko – rzekl z naciskiem – ze St. Just jest skompromitowany bez najmniejszej nadziei ratunku. W lozy zapadlo przez kilka sekund glebokie milczenie. Malgorzata siedziala wyprostowana bez ruchu, probujac zebrac mysl, zorientowac sie w polozeniu, powziac jakiekolwiek postanowienie. Na scenie Storace konczyla arie i w stylowej sukni wedle mody XVIII wieku klaniala sie klaskajacej z zapalem publicznosci. – Chauvelin – rzekla w koncu glosem bardzo spokojnym i pewnym – przyjacielu, musimy sie w koncu porozumiec. Zdaje mi sie, ze moj umysl zardzewial w tym mglistym klimacie. Powiedz mi, czy pragniesz goraco dowiedziec sie, kim jest "Szkarlatny Kwiat"? – To najzacieklejszy wrog Francji, obywatelko, i tym niebezpieczniejszy, ze pracuje w ukryciu. – Tym szlachetniejszy, chcesz powiedziec… dobrze. A teraz pragniesz zmusic mnie do szpiegostwa, w zamian za zycie mego brata Armanda… czy tak? – Fe! dwa brzydkie slowa, piekna pani – zaprotestowal grzecznie Chauvelin – nie moze byc mowy o "zmuszaniu", a przysluga, o ktora cie prosze w imieniu Francji, nie moze byc nigdy nazwana brzydkim mianem szpiegostwa! – W kazdym razie tak te czynnosc tu nazywaja – odparla oschle. – Wiec to jest twoim dazeniem? – Moim dazeniem jest to, abys wyprosila przebaczenie dla Armanda St. Just, oddajac mi mala usluge. – Jaka? – Po prostu, zebys dzis wieczorem zwracala baczna uwage na wszystko. Obywatelko St. Just, sluchaj: pomiedzy papierami, ktore znalezlismy przy sir Andrewie byla notatka. Patrz – dodal, wyciagnawszy z kieszeni skrawek papieru i podal jej do przeczytania. Byl to ten sam skrawek papieru, ktory przed 4 dniami obaj mlodziency mieli w rekach, w chwili gdy napadli na nich szpiedzy Chauvelina. Malgorzata wziela go machinalnie i nachylila sie, aby przeczytac. Dojrzala tylko dwie linie, skreslone widocznie umyslnie zmienionym pismem. Polglosem odczytala tresc: – "Pamietajcie, ze tylko w waznych wypadkach mozemy sie spotkac. Macie wszystkie potrzebne wskazowki. Jezeli chcecie jeszcze ze mna pomowic, bede na balu G." – Co to ma znaczyc? – Przeczytaj jeszcze raz, to zrozumiesz. – W rogu jest maly znak -czerwony kwiatek. – Tak. – "Szkarlatny Kwiat"! -zawolala zywo – a G. oznacza bal Grenville'a… bedzie dzis wieczorem na balu u lorda Grenville'a! – I ja w ten sposob to rozumiem, obywatelko -potwierdzil Chauvelin. – Gdy moi szpiedzy zwiazali i przeszukali sir Andrewa Ffoulkesa i lorda Antony'ego Dewhursta, kazalem ich przeniesc do pewnego opuszczonego domu, ktory wynajalem na drodze ku Londynowi. Przetrzymalem ich tam az do dnia dzisiejszego, ale po znalezieniu tego oto papieru postaralem sie, aby jak najpredzej staneli w Londynie i zdazyli na bal lorda Grenville'a. Rozumiesz? Z pewnoscia beda mieli mnostwo rzeczy do omowienia ze swym wodzem. Poszukaja sposobnosci widzenia sie z nim, jak to zreszta sam zaproponowal. Dlatego tez dzis rano dozorcy znikneli i dwaj dzentelmeni znalezliw swym wiezieniu wszystkie zamki i bramy otwarte, a na podworzu dwa dobre, osiodlane konie. Nie widzialem ich jeszcze, ale nie ulega watpliwosci, ze przyjechali do Londynu, co kon wyskoczy. Teraz widzisz, obywatelko, jakie to proste. – Rzeczywiscie, bardzo proste – rzekla z przekasem w glosie. -Gdy chcesz zarznac kurcze, lapiesz je, skrecajac mu szyje, z ta roznica, ze kurcze nie uwaza, ze to bardzo proste. Teraz kladziesz mi noz na gardle i sadzisz, ze nie ma nic prostszego, ale ja jestem zupelnie innego zdania. – Nie, obywatelko, ofiarowuje ci jedynie sposob wyratowania brata, ktorego kochasz, ze skutkow jego szalenstwa. Twarz Malgorzaty zlagodniala, oczy jej zaszly lzami i szepnela jakby do siebie: – Jedyna istota na swiecie, ktora mnie prawdziwie kochala -do konca. Ale co mam robic, Chauvelin? – rzekla z bezgraniczna rozpacza w glosie. – W moim obecnym polozeniu jest to przeciez niemozliwe. – Nie, obywatelko – odrzekl oschle, nie zwracajac uwagi na ten okrzyk dzieciecego bolu, ktory bylby w stanie wzruszyc kamienne serce. – Jako lady Blakeney nikt cie nie bedzie podejrzewal, i z twoja pomoca dzis w nocy uda mi sie moze przejrzec, kto jest "Szkarlatnym Kwiatem". Idziesz na dzisiejszy bal, sluchaj wiec i patrz pilnie dokola. Daj mi znac, gdy dojdzie do ciebie jakis szept lub slowo. Mozesz zapamietac kazdego, z kim rozmawial sir Andrew lub lord Antony. "Szkarlatny Kwiat" bedzie na balu lorda Grenville'a dzis wieczorem, powiedz mi, kim on jest, a ja ci dam slowo w imieniu Francji, ze twemu bratu nic zlego sie nie stanie. Chauvelin oparl jej ostrze noza na gardle. Malgorzata zrozumiala, ze sie wplatala w siec, z ktorej nie bylo wyzwolenia. Ofiarowano jej nagrode bezcenna i wiedziala, ze czlowiek ten dotrzyma obietnicy. Nie ulegalo watpliwosci, ze Armand juz byl uwazany za podejrzanoego przez trybunal bezpieczenstwa publicznego, ze tenze trybunal nie pozwoli mu wyjechac z Francji i skaze go bez milosierdzia, jezeli ona, lady Blakeney, odmowi Chauvelinowi posluszenstwa. Chciala sie upewnic i wyciagnela reke do tego czlowieka, ktorego lekala sie teraz i nienawidzila. – Jezeli obiecam ci pomoc w tej sprawie, czy oddasz mi list brata? – zaryzykowala. – Jezeli dopomozesz mi skutecznie, dzisiaj w nocy, obywatelko – odparl z ironicznym usmiechem – to oddam ci list… jutro. – Czy mi nie ufasz? – Ufam ci calkowicie, kochana lady, ale zycie St. Justa jest w rekach jego ojczyzny i tylko od ciebie zalezy jego okupienie. – Moze mi sie przeciez nie udac pomimo calej mojej dobrej woli – blagala. – To byloby naprawde okropne -odpowiedzial zimno. – Okropne dla ciebie i… St. Justa. Malgorzata zadrzala. Zrozumiala, ze nie mogla spodziewac sie litosci, ze czlowiek ten trzymal ukochane zycie w swych rekach. Znala go zbyt dobrze, aby nie wiedziec, ze w razie nieudanej proby postapi z cala bezwzglednoscia. Mimo goraca panujacego w sali przeszyl ja zimny dreszcz. Porywajace tony muzyki dochodzily do niej jakby z wielkidej odleglosci. Otulila ramiona koronkowym szalem i siedziala milczaca, zapatrzona w scene i jakby pograzona w zlowrogim snie. Mysli jej odbiegly na chwile od ukochanej istoty, bedacej w niebezpieczenstwie, a zwrocily sie do tego drugiego czlowieka, ktory mial tez prawo do jej zaufania i milosci. Byla opuszczona, drzala o zycie Armanda, pragnela pomocy i rady od kogos, kto wiedzialby, jak pomoc i pocieszyc. Sir Percy Blakeney kochal ja niegdys, byl jej mezem, czemuz wiec miala cierpiec samotnie w tej ciezkiej rozterce? Nie byl wprawdzie inteligentny, ale mial tyle meskiej sily… Gdyby zaczeli dzialac wspolnie, mogliby obrocic wniwecz plany chytrego dyplomaty i wyrwac z jego rak zakladnika, nie narazajac zycia szlachetnego wodza odwaznej garstki bohaterow. Sir Percy znal St. Justa, mial dla niego duzo przyjazni, i Malgorzata byla pewna, ze maz zechce jej dopomoc. Chauvelin nie zwracal juz na nia uwagi. Postawil jej bezwzgledne ultimatum, a rozstrzygniecie zalezalo od niej. Zdawalo sie, ze uwaznie slucha melodii "Orfeusza", gdy w takt kolysal swa spiczasta glowe, podobna do glowy lasicy. Ciche pukanie do drzwi wyrwalo Malgorzate z zadumy. Byl to sir Percy Blakeney. Wszedl jak zawsze w doskonalym humorze, z usmiechem na pol niesmialym, na pol ironicznym, i rzekl glosem powolnym, ktory bardziej niz kiedykolwiek rozdraznil jego zone: – Twoj powoz juz czeka, kochanie. Zdaje mi sie, ze idziesz na ten nudny bal… Ach, przepraszam, monsieur Chauvelin… nie zauwazylem panskiej obecnosci. Wyciagnal dwa dlugie, biale palce ku Chauvelinowi, ktory powstal, gdy sir Percy wszedl do lozy. – Czy wychodzisz, moja droga? – Cicho! cicho! – odezwaly sie z roznych stron gniewne glosy. – A to bezczelnosc! -zawyrokowal sir Percy z dobrodusznym usmiechem. Malgorzata westchnela. Jedyna jej nadzieja pierzchla bezpowrotnie. Otulila sie plaszczem i nie spojrzawszy na meza, przyjela jego ramie. – Jestem gotowa – rzekla krotko. Przy drzwiach lozy obrocila sie i spojrzala prosto w oczy Chauvelinowi, ktory trzymajac swoj kapelusz pod pacha, usmiechal sie osobliwie, zamierzajac towarzyszyc tej dziwnie dobranej parze. – Do widzenia, Chauvelin, spotkamy sie za chwile na balu u lorda Grenville'a – rzucila wesolo, a chytry Francuz wyczytal w jej oczach cos, co mu widocznie sprawilo wielka radosc, gdyz zazyl tabaki, strzepnal pyl z koronkowego zabotu i zatarl kosciste rece z widocznym zadowoleniem. Rozdzial XI. Bal u lorda Grenville'a Wspanialy bal wydany przez lorda Grenville'a, sekretarza spraw zagranicznych, nalezal do najswietniejszych przyjec sezonu. Chociaz jesienne zabawy dopiero sie rozpoczynaly, wszyscy, ktorzy nalezeli do najwytworniejszego towarzystwa, starali sie na czas zjechac do Londynu, by wziac udzial w tej uroczystosci i wystapic jak najokazalej. Jego krolewska wysokosc ksiaze Walii obiecal przybyc prosto z opery, a lord Grenville sam zjawil sie na 2 akty "Orfeusza", zanim wrocil do domu, by przyjmowac gosci. O dziesiatej, co bylo na owe czasy bardzo pozna godzina, wielkie apartamenty palacu spraw zagranicznych, zdobne przepysznymi kwiatami i egzotycznymi palmami, zapelnily sie goscmi. Jedna sale przeznaczono na tance. Delikatne tony menueta wtorowaly smiechom i wesolym rozmowom licznie zgromadzonego wykwintnego towarzystwa. W mniejszym salonie, naprzeciw klatki schodowej, dostojny gospodarz oczekiwal zaproszonych gosci. Wybitne osobistosci, piekne panie, znani dygnitarze, ze wszystkich krajow Europy witali go wyszukanym uklonem, jakiego wymagala przesadna moda XVIII wieku, a nastepnie rozchodzili sie po salach tanca lub gry. W poblizu lorda Grenville'a, Chauvelin, wsparty o kolumne, w eleganckim czarnym stroju, robil skrupulatny przeglad wchodzacych gosci. Zauwazyl, ze sir Percy i lady Blakeney jeszcze sie nie zjawili i jego blade, przenikliwe oczy zwracaly sie zywo ku drzwiom, bacznie przygladajac sie nadchodzacym nowym gosciom. Byl nieco osamotniony. Jako posel rewolucyjnego rzadu francuskiego nie mogl liczyc na wielka popularnosc w Anglii, w chwili, gdy wiesci o straszliwych rzeziach wrzesniowych i o panowaniu terroru i anarchii zaczely obiegac kraj. Koledzy jego w sferach oficjalnych przyjeli go uprzejmie, Pitt uscisnal mu dlon, lord Grenville przyjal go kilkakrotnie na prywatnych audiencjach, ale towarzystwo londynskie ignorowalo go zupelnie. Kobiety obracaly sie plecami na jego widok, mezczyzni, ktorzy nie piastowali oficjalnych urzedow, nie witali sie z nim nigdy. Ale Chauvelin nie przejmowal sie bynajmniej takim stanem rzeczy, zaliczajac owe publiczne zniewagi do kategorii zwyklych nieprzyjemnosci kariery dyplomatycznej. Slepo i fanatycznie oddany sprawie rewolucji, pogardzal wszelkimi roznicami spolecznymi i kochal namietnie ojczyzne. Te trzy czynniki uczynily go najzupelniej obojetnym na sposob, w jaki go przyjmowano w tej zamglonej, lojalnej i zacofanej Anglii. Ponadto Chauvelin mial przeswiadczenie, ze wszyscy bez wyjatku arystokraci francuscy byli zacieklymi wrogami Francji i dlatego pragnal ich zaglady. Nalezal do ludzi, ktorzy pierwsi za panowania terroru wyglosili okrutne zyczenie, "by arystokracja mogla posiadac jedna tylko glowe, by ja mozna bylo sciac za jednym zamachem". Uwazal, ze kazdy szlachcic, ktory zdolal uciec z Francji, byl zdobycza nieslusznie wydarta gilotynie, ze szkoda ogolu. Nie watpil, ze po przekroczeniu granicy emigranci czynili co mogli, aby wywolac oburzenie cudzoziemcow na ich wlasna ojczyzne. Niezliczone spiski knuto w Anglii, Belgii i Holandii, aby zmusic jakies wielkie mocarstwo do wyslania wojsk przeciwko zbuntowanemu Paryzowi, uwolnic Ludwika XVI i powywieszac wszystkich krwawych przywodcow tej potwornej republiki. Nic wiec dziwnego, ze zagadkowa i romantyczna postac "Szkarlatnego Kwiatu" byla przedmiotem gorzkiej nienawisci Chauvelina. Jemu i kilku smialkom, bedacym pod jego rozkazami, udalo sie za pomoc pieniedzy i bezprzykladnego zuchwalstwa wyratowac setki monarchistow francuskich. Dziewiec dziesiatych emigrantow przyjmowanych na angielskim dworze zawdzieczalo swe zycie temu wlasnie czlowiekowi i jego lidze. Chauvelin przysiagl towarzyszom z Paryza, iz wysledzi tego Anglika, wciagnie go podstepnie w granice Francji, a wtedy!… wzdychal z luboscia na sama mysl o egzekucji i widzial juz w marzeniu te dumna glowe spadajaca pod nozem gilotyny. Nagle zamilkly rozmowy, a glos odzwiernego zawolal donosnie: – Jego krolewska wysokosc ksiaze Walii i jego dwor, sir Percy Blakeney, lady Blakeney! Lord Grenville zblizyl sie spiesznie do drzwi na przyjecie znakomitego goscia. Ksiaze Walii, ubrany we wspanialy galowy stroj, z aksamitu "saumon", bogato haftowany zlotem, wszedl na sale, prowadzac pod ramie Malgorzate Blakeney. Po lewej stronie ksiecia szedl sir Percy w kremowym mieniacym sie atlasie, skrojonym wedlug "incroyable" z bezcennymi koronkami przy szyi i rekawach. Jego jasne, faliste wlosy nie byly zapudrowane, a pod pacha niosl cylinder. Po zwyklym etykietalnym powitaniu lord Grenville zwrocil sie do krolewskiego goscia. – Czy pozwoli wasza krolewska wysokosc, ze mu przedstawie pana Chauvelina, posla rzadu francuskiego? Gdy ksiaze wszedl do salonu, Chauvelin prosil o przedstawienie siebie. Sklonil sie bardzo nisko, a ksiaze podziekowal mu lekkim skinieniem glowy. – Monsieur – rzekl jego krolewska wysokosc bardzo chlodno – sprobujemy zapomniec, jaki rzad cie tu przysyla, uwazajac cie jedynie za naszego goscia, zwyklego poddanego francuskiego, i jako takiego witam cie panie. – Wasza wysokosc – odrzekl Chauvelin z nowym uklonem. – Madame – dodal, zwracajac sie do Malgorzaty. – Ach, moj drogi Chauvelin! -zawolala wesolo, podajac mu reke. – Wasza krolewska wysokosc, pan Chauvelin i ja jestesmy para przyjaciol. – W takim razie, panie Chauvelin – rzekl ksiaze uprzejmie – jestes tu tym lepiej widziany. – Jeszcze jedna osoba pragnie dostapic zaszczytu i zostac przedstawiona waszej krolewskiej wysokosci – przerwal lord Grenville. – A ktoz to? – zapytal ksiaze. – Hrabina de Tournay de Basserive i jej rodzina, wszyscy przybyli z Francji dopiero przed kilkoma dniami. – Ci maja szczescie – zauwazyl ksiaze. Lord Grenville poszedl po hrabine. Siedziala w samym koncu salonu, ale gdy ksiaze Walii ujrzal z daleka nadchodzaca sztywna postac starej damy, szepnal do Malgorzaty. – Az bije od niej cnota i melancholia! – Prosze waszej krolewskiej wysokosci – odparla piekna Francuzka – cnota jest jak cenne pachnidlo, gdy sie je rozetrze, wydaje won tym silniejsza. – Niestety, cnota – westchnal ksiaze – nie dodaje uroku waszej czarujacej plci. – Hrabina de Tournay de Basserive – przedstawil lord Grenville. – Poznanie pani jest dla mnie zaszczytem. Moj ojciec, krol angielski, jest rad, ze moze przyjac twoich rodakow, pani, na naszej ziemi. – Wasza krolewska wysokosc jest pelen dobroci – odrzekla hrabina z wyszukana godnoscia. -Moja corka Zuzanna – dodala, wskazujac corke, ktora niesmialo stala obok matki. – Urocza, urocza! – zawolal ksiaze. – A teraz pozwol hrabino, ze ci przedstawie Lady Blakeney, zaszczycajaca nas swa przyjaznia. Zareczam, ze panie beda mialy duzo tematow do rozmowy. Kazdy rodak lady Blakeney jest tu podwojnie dobrze widziany. Przyjaciele jej sa naszymi przyjaciolmi, a wrogowie wrogami Anglii! Niebieskie oczy Malgorzaty zajasnialy radoscia pod wplywem uprzejmych slow krolewskiego przyjaciela. Hrabina de Tournay, ktora przed kilkoma dniami zniewazyla ja w tak okropny sposob, otrzymala publiczna nauczke, co bylo dla Malgorzaty rodzajem zadoscuczynienia. Dla hrabiny zas uleglosc wobec monarchii byla rodzajem religii; znala az nadto etykiete dworska, aby okazac chocby najlzejsze nieukontentowanie i obie panie oddaly sobie wzajemnie zadany uklon. – Krol jest zawsze uprzejmy – rzekla figlarnie Malgorzata -ale zbyteczne tu byly jego pochlebne wyrazy. Zapamietam na zawsze z wdziecznoscia, jak milo przywitalas mnie pani, gdy mialam szczescie spotkac cie po raz pierwszy. – My, biedni wygnancy, okazujemy nasza wdziecznosc dla Anglii ulegloscia wzgledem waszej krolewskiej wysokosci -odrzekla hrabina. – Madame – uklonila sie znow Malgorzata. – Madame – podziekowala jej z rowna grzecznoscia hrabina. Tymczasem ksiaze Walii zamienil kilka slow z mlodym wicehrabia. – Ciesze sie, ze mialem przyjemnosc poznac pana. Znalem dobrze twego ojca, gdy byl ambasadorem w Londynie. – Ach, wasza wysokosc, bylem wowczas dzieckiem, a teraz zawdzieczam to spotkanie naszemu opiekunowi, ktoremu na imie "Szkarlatny Kwiat". – Cicho – szepnal zywo ksiaze, wskazujac Chauvelina, ktory przez caly czas stal na uboczu, przypatrujac sie z ironicznym usmiechem hrabinie i Malgorzacie. – Nie, wasza wysokosc -zaprzeczyl dyplomata, jakby w odpowiedzi na znak ksiecia – nie wstrzymuj objawow wdziecznosci tego mlodzienca! Nazwa owego zajmujacego "Czerwonego Kwiatu" jest dobrze znana i mnie i calej Francji! Ksiaze spojrzal na niego badawczo. – Ha, moj panie, zdaje mi sie, ze wiesz wiecej, niz my o naszym narodowym bohaterze. Moze powiesz nam zatem, kim on jest? Spojrzyj – dodal, zwracajac sie do rozmawiajacego towarzystwa – wszystkie panie z ciekawoscia spogladaja na ciebie. Staniesz sie nieslychanie popularnym wsrod nich, jezeli zdradzisz te wielka tajemnice! – Wasza wysokosc – rzekl dobitnie Chauvelin – wszyscy twierdza we Francji, ze wasza wysokosc moglby, gdyby zechcial, dac nam najscislejsze informacje o tym zagadkowym, drobnym kwiatku… Mowiac te slowa, rzucil spojrzenie na Malgorzate, ktora nie zdradzila najmniejszego wzruszenia i najspokojniej wytrzymala wzrok chytrego dyplomaty. – Nic panu nie moge odpowiedziec – odparl ksiaze. -Czlonkowie ligi zazdrosnie przechowuja tajemnice swego wodza, a piekne czcicielki nieznanego bohatera musza sie zadowalac uwielbieniem jego cienia. Tu w Anglii – dodal wyniosle i z imponujacym urokiem – wystarcza nam wymienic imie "Szkarlatnego Kwiatu", a juz kazda swieza twarzyczka oblewa sie rumiencem zapalu. Nikt go nie zna, procz wiernej garstki jego podwladnych. Nie wiemy, czy jest wysoki, czy drobnego wzrostu, czy ma jasne wlosy, czy ciemne, czy jest piekny, lub zle zbudowany, ale wiemy, ze jest najszlachetniejszym dzentelmenem na calym swiecie. Jestesmy dumni wszyscy, jak jeden maz, ze "Szkarlatny Kwiat" jest Anglikiem! – Panie Chauvelin – zawolala Malgorzata, patrzac podejrzliwie na spokojna twarz francuskiego sfinksa. – Jego krolewska wysokosc nie dodal, ze my, damy, czcimy go jak bohatera zamierzchlych wiekow. Uwielbiamy go, nosimy jego barwy, drzymy o niego w chwilach niebezpieczenstwa, a radujemy sie z nim, gdy zwycieza. Chauvelin nie odrzeklszy slowa, sklonil sie w milczeniu przed ksieciem i Malgorzata. Wyczuwal u nich gleboka pogarde dla siebie, ale i on pogardzal tym ksieciem, rozmilowanym w zabawach, a co do pieknej damy, ktora w zlotych wlosach nosila galazke szkarlatnych kwiatkow z diamentow i rubinow, czyz nie mial jej calej w swych rekach? Mogl zatem pozwolic sobie na milczenie i czekac na rozwoj dalszych wypadkow. Wesoly wybuch smiechu przerwal dziwny nastroj, ktory zapanowal wsrod rozmawiajacych. – A my, biedni mezowie – rzekl wspanialy sir Percy powolnym glosem – stoimy zupelnie na uboczu, gdy one… kochaja sie w cieniu… Odpowiedzial mu wybuch choralanego smiechu, a ksiaze smial sie najglosniej. Zart ten rozchmurzyl czola i po chwili rozmawiano znow wesolo, rozchodzac sie grupami po wszystkich salach. Rozdzial XII. Skrawek papieru Malgorzata przezywala straszliwe meczarnie. Smiala sie, rozmawiala, otaczano ja, dogadzano jej bardziej niz innym kobietom, a mimo to miala wrazenie, ze jak skazaniec czeka na ostatnia godzine. Bolesne napiecie nerwow spotegowalo sie jeszcze podczas kilku chwil, spedzonych w towarzystwie meza po powrocie z opery. Slaby promien nadziei, ze znajdzie w dobrodusznym, leniwym mezu swiatlego doradce i przyjaciela, zgasl rownie predko, jak rozblysnal. Miala dla tego czlowieka uczucie zyczliwego lekcewazenia, jak dla oddanego slugi lub wiernego zwierzecia. I dlatego wlasnie odwrocila sie z poblazliwym usmiechem od meza, ktory powinien byl stac sie w ciezkiej rozterce jej moralna podpora, gdy jej honor wazyl sie miedzy miloscia do zagrozonego brata a obrzydzeniem dla nikczemnej przyslugi, majacej okupic zycie Armanda. Ach! ta moralna podpora, ten swiatly doradca! W gronie mlokosow o plaskim mozgu powtarzal z uciecha biegnaca z ust do ust bezmyslna strofke, ktora wlasnie im zadeklamowal. Ze wszystkich stron dochodzil do niej ten bezdennie glupi wiersz. Nawet sam ksiaze zapytal ze smiechem, czy ocenila ostatni utwor poetycki meza. – Ulozylem go podczas zawiazywania krawatu -oswiadczyl swym wielbicielom sir Percy. "Szukam go tu, szukam go tam,@ Francuz mowi – juz go mam…@ Nie ma go w niebie, w piekle go szukam,@ "Szkarlatny Kwiat" znow umknal nam!"@ Ta fraszka sir Percy'ego obiegla wszystkie salony. Uradowany ksiaze oswiadczyl, ze zycie bez Blakeneya byloby beznadziejna pustynia. Po pewym czasie, ujawszy go pod ramie, zaprowadzil do sali gry i zasiadl z nim przy jednym stole. Sir Percy, ktory podczas zebran towarzyskich stale przesiadywal przy stolikach z kartami, pozwalal zonie flirtowac, tanczyc, bawic sie lub nudzic do woli. I tego wieczoru, zdobywszy sie na ten dowcipny wierszyk, pozostawil Malgorzate, otoczona tlumem wielbicieli, ktorzy dokladali wszelkich staran, aby zapomniala jak najpredzej o mezu, dosc naiwnym, aby ludzic sie niegdys, ze "najmadrzejsza kobieta w Europie" zadowoli sie zimna forma angielskiego malzenstwa. Podniecenie nerwow i niepokoj dodawaly jej jeszcze uroku. Otoczona zbita masa mezczyzn roznych narodowosci, budzila ogolny zachwyt i podziw. Nie chciala juz o niczym myslec. Jej wychowanie, troche poniekad cyganskie, uczynilo ja fatalistka. Tlumaczyla sobie, ze wypadki musza pojsc swoja koleja, a kierunek ich nie zalezal od niej. Wiedziala, ze od Chauvelina nie mogla spodziewac sie litosci. Naznaczyl cene za glowe Armanda i pozostawil jej rozstrzygniecie. Poznym wieczorem zauwazyla przybycie sir Andrewa Ffoulkesa i lorda Antony'ego Dewhursta. Sir Andrew zwrocil sie natychmiast do Zuzanny de Tournay i oboje stanawszy we framudze okna, rozpoczeli dluga i zajmujaca rozmowe. Obaj mlodziency wygladali na nieco zaklopotanych i niespokojnych; poza tym ani z ich stroju, ani zachowania nie mozna bylo odgadnac strasznej przygody, jaka przezyli, ktora zagrazala ponadto bezpieczenstwu ich wodza. Malgorzata wywnioskowala ze slow Zuzanny, ze liga "Szkarlatnego Kwiatu" nie miala zamiaru zaniechac uwolnienia i porwania hrabiego de Tournay. Mloda Francuzka i jej matka wierzyly niezachwianie, ze ojciec przyjedzie do Anglii za kilka dni. Rozgladajac sie po wytwornym towarzystwie, zgromadzonym w rzesiscie oswietlonych salonach, Malgorzata zapytywala sie w duchu, ktory z tych dumnych panow byl zagadkowym "Szkarlatnym Kwiatem", trzymajacym w silnych dloniach nici tak zawilych spiskow i los tylu drogich istot? Ogarnela ja palaca ciekawosc, aby koniecznie go dzisiaj poznac. Pragnela wiedziec, kim on jest, zupelnie bezinteresownie, nie z powodu Armanda i nie dla Chauvelina, ale dla swojej wlasnej satysfakcji, dla zaspokojenia namietnej czci, jaka odczuwala dla niego za jego walecznosc, zrecznosc i odwage. Byl na pewno na balu, skoro lord Antony i sir Andrew znajdowali sie tu takze, czekajac na spotkanie z wodzem, aby odebrac nowy rozkaz. Malgorzata sledzila kazdego mezczyzne, spogladala na arystokratyczne normandzkie twarze, na jasnowlosych barczystych Sasow, na delikatniejszych i wesolych Celtow, i pragnela wyczytac z ich rysow, ktory z nich zdradzal sile, potege, energie i dostateczna zrecznosc, aby wybic sie na stanowisko wodza tych wysoko urodzonych angielskich dzentelmenow, do ktorych nalezal, jak twierdzono, jego krolewska wysokosc. Moze sir Andrew Ffoulkes? -zapytywala, watpiac, gdyz jego niebieskie oczy byly zanadto lagodne, gdy odprowadzaly czulym wejrzeniem urocza Zuzanne, odwolana przez surowa matke ze slodkiego sam na sam. Z drugiego konca salonu Malgorzata widziala, jak westchnawszy ciezko, stal przez chwile samotny i bezradny, patrzac jak zgrabna postac znikla w tlumie przechadzajacych sie gosci. Potem skierowal sie ku drzwiom, prowadzacym do malego bocznego saloniku, i oparl sie o nie plecami, spogladajac niespokojnie dokola. Malgorzata, wymknawszy sie zgrabnie towarzyszacemu jej kawalerowi i przecisnawszy sie przez tanczace pary, przystanela przy drzwiach, o ktore oparl sie sir Andrew. Czemu zapragnela zblizyc sie do niego? Nie odpowiedzialaby z pewnoscia na to pytanie. Moze kierowalo nia wszechwladne fatum, ktore tak czesto zdaje sie rzadzic losami ludzkimi? Nagle zatrzymala sie. Serce jej na chwile przestalo bic. Palajacymi oczyma blysnela w strone drzwi i natychmiast zwrocila wzrok w inna strone. Sir Andrew stal ciagle nieruchomo, ale Malgorzata dojrzala wyraznie, jak lord Hastings, mlody elegant, przyjaciel jej meza i ksiecia Walii, wsunal mu cos skrycie do reki, przechodzac kolo niego. Opanowala sie w mgnieniu oka. Z doskonale udana obojetnoscia przeszla sie pare razy po sali, a potem zwrocila sie nagle ku drzwiom saloniku, w ktorych zniknal mlodzieniec. Wszystko to trwalo najdluzej minute i oto w tej chwili przestala istniec lady Blakeney. Zostala tylko Malgorzata St. Just, ktora dziecinstwo i wczesna mlodosc spedzila pod opiekunczymi skrzydlami brata Armanda. Zapomniala o wszystkim innym, o swym stanowisku, godnosci, o uwielbieniu dla mestwa… wszystko poszlo w niepamiec, procz jednej mysli, ze Armand jest w niebezpieczenstwie, a tam, o dwadziescia krokow od niej, w malym pustym gabinecie, w rekach sir Andrewa Ffoulkesa znajdowal sie moze talizman, mogacy uratowac brata… Nie zwlekajac weszla do saloniku. Sir Andrew, obrocony plecami, stal blisko stolu, na ktorym lsnil swiatlem ciezki srebrny swiecznik. Trzymal w reku skrawek papieru i czytal go z uwaga. Malgorzata, wstrzymujac oddech, zblizala sie cicho. Jej miekka suknia nie zaszelescila nawet na ciezkim dywanie i… gdy lady Blakeney byla juz blisko, sir Andrew odwrocil sie nagle i zobaczyl ja. Wydala slaby okrzyk, podobny do jeku, podniosla reke do czola i szepnela cicho: – To gorace powietrze w salonach jest nie do zniesienia… czuje sie tak zle… Zachwiala sie, jakby miala upasc. Sir Andrew, ochlonawszy ze zdumienia, zgniotl w rece przeczytany bilecik i rzucil sie na jej ratunek. – Jestes chora, lady Blakeney? – zapytal z niepokojem. – Nie, nie – przerwala szybko. – Krzeslo! Podaj mi pan krzeslo! Upadla na krzeslo blisko stolu i wsparlszy glowe o porecz, zamknela oczy. – Juz omdlenie przechodzi – szepnela bardzo slabo. – Nie troszcz sie pan o mnie, zapewniam cie, ze czuje sie o wiele lepiej. W takich chwilach, jak zapewniaja nas psychologowie, dziala szosty zmysl, nie majacy nic wspolnego z piecioma innymi. Nie widzimy, nie slyszymy, nie dotykamy, a jednak odnosimy wrazenie, ze czynimy to wszystko jednoczesnie. Malgorzata siedziala z przymknietymi oczami, sir Andrew tuz za nia, a po prawej rece stal piecioramienny swiecznik. W owym polsnie widziala tylko twarz Armanda, tego Armanda, ktorego zycie bylo tak bardzo zagrozone. Zdawalo sie, ze patrzyl na nia z kipiacego tlumu Paryza, z tla nagich scian trybunalu bezpieczenstwa publicznego; a sedzia Fouquier Tinville w imie ludu francuskiego domagal sie jego glowy… Posepna gilotyna o zakrwawionym nozu czekala na nowa ofiare… Armand! W saloniku zapadlo glebokie, smiertelne milczenie. Ze wspanialej sali balowej dochodzily slodkie dzwieki gawota, szelest bogatych sukien, rozmowy i smiechy wesolych gosci; jaki dziwny kontrast miedzy uczuciami Malgorzaty a swiatem zewnetrznym. Andrew milczal. I nagle ow szosty zmysl objawil sie u Malgorzaty. Nie mogla widziec, gdy oczy miala zamkniete, nie mogla slyszec, gdy halas sali balowej zagluszal szelest papieru, a mimo to wiedziala, jakby widziala i slyszala, ze sir Andrew podniosl bilecik do plomienia swiecznika. W chwili, gdy zaczal plonac, Malgorzata otworzyla oczy, wyciagnela reke i delikatnymi palcami wyrwala papier z rak mlodzienca. Zdmuchawszy plomien, spokojnie przylozyla go do nozdrzy. – Jakze ci jestem wdzieczna, panie – rzekla wesolo. – Na pewno twoja babka zdradzila ci sekret, ze won palacego sie papieru jest znakomitym srodkiem przeciw omdleniu… Westchnela z ulga, trzymajac mocno w swych palcach, okrytych bogactwem pierscieni, ow cenny talizman. Sir Andrew patrzyl na nia z oslupieniem, nie pojmujac zupelnie, co sie wlasciwie stalo. Nie wiedzial, ze od tego skrawka papieru, ktory trzymala w swych delikatnych dloniach, zalezalo moze zycie jednego z jego towarzyszy. Malgorzata parsknela wesolym smiechem. – Czemu tak patrzysz na mnie? – zapytala rozbawiona. -Zareczam ci, ze czuje sie zupelnie dobrze. Twoj srodek jest niezrownany. Taki mily chlod panuje w tym pokoju -dodala z rownym spokojem – a dzwieki gawota, dochodzace z balowej sali, dzialaja na mnie kojaco. Szczebiotala wesolo, gdy tymczasem sir Andrew w paroksyzmie strachu lamal sobie glowe, w jaki sposob wyrwac dokument z rak tej kobiety. Bezladne mysli rozsadzaly mu czaszke. Zbyt dobrze pamietal, ze Malgorzata jest Francuzka i dreczyla go mysl o okropnej historii margrabiego St. Cyr, w ktora w Anglii nie chciano wierzyc ze wzgledu na sir Percy'ego i na jego zone. – A wiec? Czemu mi sie tak przygladasz? – zapytala, usmiechajac sie wesolo. – Jestes bardzo niegrzeczny i widze, ze moja obecnosc bardziej cie przeraza niz cieszy. Przychodzi mi na mysl, ze chciales spalic ten papier nie z powodu mego zdrowia. Glowe daje, ze to bezlitosny bilecik od pani twego serca, ktory usilowales zniszczyc. Przyznaj sie – dodala figlarnie, podnoszac wysoko dokument. – Czy zawiera on ostateczne zerwanie, czy blagalna prosbe o zgode? – Czymkolwiek jest, lady Blakeney – rzekl sir Andrew, wracajac powoli do panowania nad soba – bilecik ten bezsprzecznie nalezy do mnie i… – nie zastanawiajac sie, czy jego postepowanie nie bedzie grubianstwem wobec kobiety, siegnal odwaznie po papier; ale ruchy pieknej Francuzki pod wplywem podniecenia okazaly sie zwinniejsze i pewniejsze. Byla wysoka i silna, cofnela sie nagle w tyl, tracajac maly marmurowy stolik, przeciazony masywnym, srebrnym swiecznikiem, ktory runal z halasem na posadzke. Krzyknela ze strachu. – Swiece! Sir Andrew, predko! Nie stalo sie nic wielkiego. Jednak dwie swiece zgasly, padajac na podloge, i moze nieco splamily woskiem cenny dywan, a jedna zapalila papierowy abazur swiecznika. Sir Andrew zgasil zgrabnie plomien i postawil na powrot kandelabr na stole, ale czynnosc ta pochlonela kilka sekund. Malgorzata skorzystala z nich, aby rzucic wzrokiem na papier i zapamietac kilka slow, nakreslonych znana jej reka, zamiast podpisu zakonczonych tym samym czerwonym kwiatkiem w formie gwiazdki. Gdy sir Andrew spojrzal na Malgorzate, nie wyczytal z jej twarzy nic innego, jak zmieszanie z powodu wypadku, a tak cenny dla niego papier lezal spokojnie na dywanie. Mlody czlowiek podniosl go spiesznie i rysy jego wypogodzily sie nagle. – Wstydz sie, panie – rzekla zartobliwie, potrzasajac glowa. – Robisz spustoszenia w sercu pewnej romantycznej ksieznej w chwili, gdy zdobywasz milosc uroczej Zuzanny. Recze, ze sam Kupido byl twym sprzymierzencem i zagrozil pozarem calemu ministerstwu spraw zagranicznych, aby wydrzec z mej reki ten milosny list, nim spoczna na nim niedyskretne oczy! Jeszcze chwileczka, a bylabym sie dowiedziala o tajemnicy tej nieznanej ksieznej. – Pozwolisz, lady Blakeney -rzek spokojnie sir Andrew – abym dokonczyl zajecia, ktore mi przerwalas. – Alez naturalnie, jakze moglabym ponownie sprzeciwiac sie bostwu milosci, ktore moze zeslaloby na mnie straszliwa kare za moja ciekawosc. Spal twoj bilecik, prosze cie! Sir Andrew zwinal papier i przylozyl go do jedynej palacej sie jeszcze swiecy. Tak byl zajety swym dzielem zniszczenia, ze nie zauwazyl na twarzy Malgorzaty dziwnego usmiechu. Moze wyraz ulgi zniklby z jego rysow, gdyby podniosl oczy. Fatalny skrawek papieru kurczyl sie i skrecal w ogniu. Ostatni strzep upadl na posadzke i sir Andrew przydeptal obcasem dymiacy popiol. – A teraz, moj panie – rzekla Malgorzata z wlasciwa sobie prostota i czarujacym usmiechem – czy odwazysz sie na wywolanie zazdrosci u swej pieknej przyjaciolki, zapraszajac mnie do tanca? Oto rozpoczynaja menueta… Rozdzial XIII. Ten albo tamten Kilka slow, ktore Malgorzata zdazyla przeczytac na polspalonym papierze, byly istotnie slowami przeznaczenia: "Jutro wyjade sam", przeczytala wyraznie. Wielka plama, spowodowana dymem swiecy, zatarla nastepne litery, ale na samym brzegu kartki skreslono inne zdanie, ktore rysowalo sie przed jej oczami tak wyraznie, jak gdyby bylo napisane ognistymi zgloskami: "Jezeli chcesz ze mna pomowic jeszcze raz, bede w sali jadalnej punktualnie o pierwszej". Zamiast podpisu w rogu kartki plonal jak zwykle napredce narysowany maly czerwony kwiatek. Punkt o pierwszej! a teraz byla blisko jedenasta. Tanczono ostatniego menueta i sir Andrew z piekna lady Blakeney prowadzili pary w kunsztownym wirze wytwornych i stylowych figur. Z jaka zawrotna szybkoscia posuwaja sie wskazowki na pieknym zegarze Ludwika XV, umieszczonym na konsoli ze zloconego brazu. Za dwie godziny rozstrzygna sie losy Malgorzaty i Armanda. Za dwie godziny musi ona zdecydowac sie, czy zachowac dla siebie tajemnice tak podstepnie wykradziona i zostawic brata swojemu losowi, czy tez dobrowolnie, z cala swiadomoscia, zdradzic czlowieka heroicznego, poswiecajacego zycie dla bliznich, czlowieka, ktory nie przeczuwal zdrady? Byl to czyn haniebny, ale przeciez wchodzilo tu w gre zycie Armanda! Armand takze byl odwazny i szlachetny, takze nie spodziewal sie zdrady… Armand kochal ja i powierzylby jej z calym zaufaniem swoje zycie. I oto w chwili, gdy mogla go ratowac, wahala sie… Jakze potworne bylo to wahanie! Oczy Armanda, dobre i czule, tak pelne milosci dla niej, zdawaly sie patrzec z wyrzutem. "Moglas mnie ratowac, Margaret! – mowily do niej – a wybralas obcego czlowieka, ktorego nie znasz, ktorego nigdy nie widzialas, by mnie wyslac pod gilotyne!" Te sprzeczne mysli dreczyly biedna Malgorzate, gdy z usmiechem na ustach skladala wdzieczne uklony w zawilych figurach menueta. Zauwazyla ze zwykla bystroscia, ze potrafila uspokoic wszystkie obawy sir Andrewa. Jej panowanie nad soba bylo zdumiewajace. Lepiej grala swa role dzisiaj, tanczac menueta, niz dawniej na deskach Komedii Francuskiej, ale wowczas zycie brata nie zalezalo od jej aktorskich zdolnosci. Byla zbyt sprytna, by zepsuc role przesada i dlatego nie robila juz najmniejszej wzmianki o milosym bileciku, ktory sprawil Andrewowi tyle przykrosci. Pod wplywem srebrzystego smiechu Malgorzaty niepokoj jej tancerza powoli ustepowal. Nie wiedzial, w jakim stanie zdenerwowania znajdowala sie i ile ja kosztowal ten pozorny lekki ton i banalna rozmowa. Gdy ucichly dzwieki menueta, lady Blakeney poprosila sir Andrewa, aby ja zaprowadzil do sasiedniego salonu. – Obiecalam jego krolewskiej wysokosci, ze pojde z nim na kolacje. Ale zanim sie rozstaniemy, powiedz mi, czy mi przebaczyles? – Czy przebaczylem? – Tak. Przyznaj sie, ze przestraszylam cie przed chwila, ale zapominasz, ze nie jestem Angielka i nie uwazam za zbrodnie wymiany milosnych bilecikow. Obiecuje, ze nie zdradze cie przed Zuzanna. A teraz, czy moge liczyc, ze przybedziesz na majowke, ktora urzadzam w srode? – Nie moge sie zobowiazac, lady Blakeney – odrzekl wymijajaco. – Bede moze zmuszony opuscic jutro Londyn. – Nie zrobilabym tego, gdybym byla na twoim miejscu – rzekla powaznie, ale widzac nowy przestrach w jego oczach dodala wesolo: – Nikt nie umie lepiej od ciebie rzucac pilki i bardzo brakowaloby ciebie podczas zabawy. Zaprowadzil ja do drugiego salonu, gdzie jego krolewska wysokosc czekal juz na piekna lady Blakeney. – Madame, nasza kolacja juz gotowa – rzekl ksiaze, podajac Malgorzacie ramie. – Jestem pelen otuchy: bogini Fortuna obeszla sie ze mna tak srogo podczas gry, ze z ufnoscia stawiam czolo boskim usmiechom pieknosci. – Wasza krolewska wysokosc nie mial szczescia przy kartach? -zapytala, przyjmujac ramie ksiecia. – Ach, tak, wcale mi sie nie wiodlo. Nie wystarcza temu Blakeney'owi fakt, ze jest najbogatszym poddanym mego ojca, ale jeszcze ma wprost czarodziejskie szczescie i co za niezrownany umysl… Zapewniam cie, pani, ze zycie byloby posepna pustynia bez twoich usmiechow i jego dowcipu. Rozdzial XIV. Punkt pierwsza Przy kolacji panowala nadzwyczajna wesolosc. Wszyscy oswiadczyli zgodnie, ze nigdy lady Blakeney nie byla piekniejsza, a ten idiota sir Percy zabawniejszy. Jego krolewska wysokosc smial sie do lez z glupich, ale niemniej pociesznych dowcipow Blakeney'a. Spiewano jego czterowiersz "Szukam go tu, szukam go tam", na melodie "Ho! Merry Britons" przy akompaniamencie brzeku szklanek. Dodac trzeba, ze lord Grenville mial pierwszorzednego kucharza. Ogolnie twierdzono, ze byl to potomek starej szlacheckiej rodziny francuskiej, ktory straciwszy majatek, chcial sie znow dorobic w kuchniach ministerstwa spraw zagranicznych. Malgorzata Blakeney byla w najlepszym humorze i oczywiscie nikt nie domyslal sie nawet, jak straszna walka wrzala w jej duszy. Wskazowki zegara posuwaly sie wciaz ze straszliwa bezwzglednoscia. Juz bylo dawno po dwunastej i ksiaze Walii wstal od stolu. Za pol godziny mialo wypelnic sie przeznaczenie dwoch szlachetnych ludzi – ukochanego brata i nieznanego bohatera. Lady Blakeney unikala spotkania z Chauvelinem. Byla pewna, ze gdy spojrzy na nia lisimi oczyma, przechyli od razu szale na strone Armanda. Nie widzac go, miala zawsze jeszcze nadzieje, ze stanie sie cos wielkiego, wstrzasajacego, co zrzuci z jej ramion to straszne brzemie odpowiedzialnosci. Ale minuty mijaly szybko z owa bezlitosna monotonnoscia, ktora w chwilach ciezkich prob szarpie jeszcze bezwzgledniej naszymi zbolalymi nerwami. Po kolacji zaczeto znow tanczyc. Ksiaze Walii opuscil juz bal, a starsi goscie zaczeli sie tez rozchodzic za jego przykladem. Niezmordowana mlodziez tanczyla nowego gawota, ale Malgorzata nie czula sie juz na silach, by znow wmieszac sie w tlum balowy i z coraz wieksza trudnoscia panowala nad ogarniajaca ja trwoga. W towarzystwie ministra gabinetu udala sie znow do owego zacisznego saloniku, domyslajac, ze Chauvelin szuka sposobnosci, aby sie z nim spotkac. Podczas menueta, poprzedzajacego kolacje, wyczytala w chytrych oczach dyplomaty, iz zgadl, ze dzielo jego jest spelnione. Widocznie taka byla wola przeznaczenia… Malgorzata, szarpana najstraszliwsza rozterka, jaka kiedykolwiek przezywalo serce kobiety, poddala sie w koncu jego wyrokom. Wszak Armanda musi wyratowac za wszelka cene, bo byl jej bratem, matka i przyjacielem od czasu, gdy jako male dziecko stracila rodzicow. Nie mogla dopuscic aby Armand zginal jak zdrajca pod gilotyna. Nigdy, nigdy stac sie to nie moze… a jaki bedzie los nieznanego bohatera – niech rozstrzygnie przeznaczenie. Malgorzata musi wydrzec Armanda ze szponow wroga, nie troszczac sie o dalsze koleje nieustraszonego wodza. Wierzyla wreszcie w glebi duszy, ze ten smialy spiskowiec, ktory przez tyle juz miesiecy stawial czolo calym zastepom szpiegow i tym razem potrafi wymknac sie Chauvelinowi. Zaglebiona w myslach, siedziala obok ministra gabinetu, ktory byl przekonany, ze piekna dama slucha z uwaga jego madrych uwag, gdy wtem za kotara drzwi saloniku ukazala sie dluga twarz Chauvelina. – Lordzie Fancourt – rzekla do ministra – czy moge prosic o mala przysluge? – Jestem na twoje rozkazy, pani – odparl z kurtuazja. – Czy zechcialbys zajrzec do sali gry? Chcialabym wiedziec, czy jest tam jeszcze moj maz. Jezeli tak, prosze cie panie, powiedz mu, ze czuje sie bardzo zmeczona i pragnelabym wrocic juz do domu. Prosby pieknych kobiet sa zawsze rozkazami, nawet dla ministrow gabinetu. Lord Fancourt wstal natychmiast. – Nie chcialbym zostawic cie samej, pani. – Nie obawiaj sie, lordzie, nic mi sie nie stanie i nikt nie bedzie mi przeszkadzal. Jestem naprawde bardzo zmeczona. Jak wiesz, jedziemy powozem az do Richmond. To bardzo daleka droga i jezeli sie nie pospieszymy, to przed switem nie zajedziemy do domu. Po odejsciu lorda Fancourta do pokoju wsunal sie Chauvelin. – Czy masz jakie wiadomosci dla mnie, obywatelko? – zapytal. Lodowaty dreszcz wstrzasnal calym cialem Malgorzaty, choc twarz jej palala ogniem.- Ach Armandzie, czy ocenisz kiedykolwiek, jak wielka ofiare z dumy i kobiecej godnosci poniosla dla ciebie twoja siostra? – pomyslala z bolesnym drzeniem. – Nic waznego – odrzekla, patrzac przed siebie tepym wzrokiem – ale zdaje sie, ze moge naprowadzic cie na slad. Podpatrzylam – mniejsza o to jakim sposobem – sir Andrewa palacego przy swiecy pewien skrawek papieru w tym pokoju. Udalo mi sie wydrzec z jego rak ow bilecik i rzucic nan pobieznie wzrokiem. – Czy mialas dosc czasu, by go przeczytac? Kiwnela potakujaco glowa i ciagnela dalej bezdzwiecznym glosem: – W rogu papieru byl zwykly znak – maly czerwony kwiatek. -Nad tym znakiem przeczytalam dwa wiersze, bo reszta byla zniszczona przez plomien. – Jak brzmialy te dwa wiersze? Glos jej odmowil posluszenstwa i czula, ze nie jest w stanie wypowiedziec slow, ktore wysla na smierc wielkiego bohatera. tych – Co za szczescie dla ciebie, ze caly papier nie splonal -odezwal sie oschle Chauvelin -inaczej byloby zle z Armandem St. Just… Prosze o tresc dwoch wierszy – powtorzyl. – Tresc?… "Wyjade jutro sam." Drugi wiersz brzmial nastepujaco: "Jezeli chcesz jeszcze raz ze mna pomowic, bede w sali jadalnej punkt o pierwszej." Chauvelin spojrzal na zegar nad kominkiem. – W takim razie mam dosc czasu – rzekl z flegma. – Co chcesz zrobic? – spytala gwaltownie. Byla trupioblada. Rece miala lodowate, a serce bilo jej gwaltownie w okropnym naprezeniu nerwow. – Jakie to straszne… jakie straszne… czym sobie zasluzylam na taka ciezka kare? Uczynila juz wybor i nie wiedziala, czy postapila szlachetnie czy nikczemnie? Tylko aniol, zapisujacy zlotymi zgloskami czyny ludzkie, mogl jej na to odpowiedziec. – Co chcesz zrobic? -powtorzyla bezdzwiecznie. – Ach, na razie nic, a potem… to zalezy. – Od czego? – Od tego, kogo zobacze w sali jadalnej punktualnie o pierwszej. – Zobaczysz, ze tam bedzie "Szkarlatny Kwiat", ale nie znasz go i… – Nie znam go, ale niebawem poznam. – Sir Andrew na pewno go przestrzegl. – Zdaje mi sie, ze nie. Gdy rozstaliscie sie po menuecie, stal i patrzyl na ciebie przez chwile tak dziwnym wzrokiem iz domyslilem sie, ze zaszlo cos miedzy wami. Staralem sie odgadnac to "cos" i rozpoczalem ozywiona rozmowe z twoim uprzejmym tancerzem. Mowilismy o Glucku, o jego powodzeniu w Anglii, poki pewna lady nie przyszla prosic go o ramie do kolacji. – A potem? – Nie spuszczalem go z oka podczas kolacji. Gdy wrocilismy do salonu, lady Portarles zaczela go wypytywac o Zuzanne de Tournay. Wiedzialem, ze nie bedzie mogl odejsc, poki ta dama nie wyczerpie tematu, co potrwa przynajmniej kwadrans, a teraz dochodzi godzina pierwsza. Chauvelin zwrocil sie ku drzwiom i gdy odsunal na bok kotare, wskazal Malgorzacie postac sir Andrewa w ozywionej rozmowie z lady Portarles. – Zdaje mi sie, piekna pani -rzekl z triumfujacym usmiechem -ze moge bezpiecznie czekac w sali jadalnej na osobe, o ktora mi chodzi. – A jezeli tam jest wiecej osob? – Oczywiscie, ale kazdy kto bedzie sie znajdowac punktualnie o pierwszej w sali jadalnej, pozostanie pod scisla obserwacja. Jeden z nich albo dwoch, moze nawet trzech wyjedzie jutro do Francji. Pomiedzy nimi bedzie i "Szkarlatny Kwiat". – Tak. A co potem? – Ja tez wyjade jutro za nimi do Francji. Papiery, znalezione w Dover przy osobie sir Andrewa Ffoulkesa, wspominaja o pewnej miejscowosci, lezacej niedaleko Calais, o zajezdzie dobrze mi znanym "Pod Burym Kotem" i o "Chacie ojca Blancharda", ktora musze odnalezc. Wszystkie te miejscowosci sa oznaczone przez Anglika jako punkty zborne dla zdrajcy de Tournay i innych, gdzie spotkac sie maja z czlonkami ligi. Ale widocznie ow "Czerwony Kwiat" rozmyslil sie i nie posle pomocnikow, tylko pojedzie jutro sam. Jedna z osob, ktora zobacze za chwile w sali jadalnej, pojedzie do Calais; bede ja sledzil krok za krokiem, az ja przytrzymam w tym miejscu, gdzie czekaja na niego ukryci arystokraci. Ta osoba zas – piekna pani – bedzie czlowiekiem, ktorego szukam od roku, ktorego energia przewyzszyla moja, ktorego pomyslowosc wszedzie mi uragala, a zuchwalstwo wprawialo mnie w zdumienie. Tym czlowiekiem, wreszcie bedzie ow tajemniczy i nieuchwytny "Szkarlatny Kwiat". – A Armand? – zapytala z prosba w glosie. – Czy nie dotrzymalem kiedykolwiek slowa? Obiecalem ci, ze z chwila gdy "Szkarlatny Kwiat" i ja wyjedziemy do Francji, przysle ci przez umyslnego poslanca list nieostroznego Armanda. I co wiecej, przysiegam ci w imie Francji, ze gdy schwytam tego angielskiego intryganta, St. Just znajdzie sie w Anglii w objeciach uroczej siostry. I spojrzawszy znow na zegar, Chauvelin opuscil pokoj, zlozywszy poprzednio gleboki, ceremonialny uklon. Zdawalo sie Malgorzacie, ze wsrod zgielku muzyki, tancow i smiechow odroznia jego kocie kroki, przeslizgujace sie przez salony i slyszy, jak Chauvelin schodzi z szerokich schodow i otwiera drzwi do sali jadalnej. Tak chcialo przeznaczenie. Musiala przemowic, musiala zdobyc sie na haniebny czyn dla ukochanego brata. Siedziala w fotelu bez ruchu, obojetna na wszystko, majac wciaz przed oczami twarz zacietego wroga. Chauvelin wszedl do jadalni zupelnie pustej w tej chwili. Tchnela opuszczeniem, przypominajacym balowa suknie nazajutrz po zabawie. Na stolach staly do polowy napelnione szklanki, bielaly porozrzucane serwety, a tu i tam porozstawiane w nieladzie krzesla potegowaly jeszcze wrazenie upiornej pustki. Para krzesel postawiona blisko siebie, swiadczyla o dopiero co wyszeptanych flirtach wsrod zimnych przekasek i lodowatego szampana. Cokolwiek dalej rzad ustawionych stolkow byl jakby krytyka towarzystwa, przez kwasne i sztywne matrony, a inne krzesla przewrocone na dywanie opowiadaly cale tomy o znakomitych piwnicach lorda Grenville'a. Byla to jakby parodia swietnego towarzystwa, bawiacego obecnie na gornym pietrze, jakby obraz nakreslony biala kreda na szarym kartonie, obraz nikly i bezbarwny, od czasu, gdy jasne jedwabne suknie i wspaniale haftowane ubrania nie urozmaicaly pierwszego planu, a dogasajacy plomien swiec chwial sie w ciezkich kandelabrach. Chauvelin usmiechnal sie i zatarl szczuple rece. Rozejrzal sie po opustoszalej sali, pograzonej w milczeniu i w polmroku; z dala dochodzily przytlumione dzwieki gawota, odglos dalekich rozmow i smiechow i turkot przejezdzajacych ulica powozow. Sala tchnela takim niezmaconym spokojem, ze wydawalo sie wprost nieprawdopodobienstwem, iz wlasnie tu czyha pulapka na najbardziej przebieglego i zuchwalego spiskowca, jakiego kiedykolwiek widzialy owe niespokojne czasy. Chauvelin staral sie odgadnac, co nastapi i kim bedzie ten czlowiek, ktoremu poprzysiagl zgube. Wszystko, co otaczalo owego spiskowca, osloniete bylo tajemnica; jego tak zrecznie ukryte nazwisko, wladza, ktora sprawowal nad 19 angielskimi dzentelmenami, wykonujacymi jego rozkazy ze slepym entuzjazmem, namietna milosc i uleglosc, ktora wzbudzal w swej lidze, a przede wszystkim ta nadzwyczajna odwaga, niepojeta smialosc, dzieki ktorej w murach Paryza drwil z nieprzyjaciol. Latwy do zrozumienia byl fakt, ze imie tego Anglika wywolywalo wsrod ludu francuskiego zabobonny strach. Sam Chauvelin, spogladajac na pusta sale, w ktorej lada chwila mial sie ukazac ow bohater, odczuwal dziwny lek. Ale plany jego byly dobrze obmyslane. Mial pewnosc, ze "Szkarlatny Kwiat" nie zostal ostrzezony i ze Malgorzata mowila prawde. A jezeli osmielila sie oszukac Chauvelina… Okrutny blysk, ktory przejalby dreszczem Malgorzate, zaplonal w jego bladych oczach. Jezeli go oszukala, Armand St. Just odpokutuje smiercia… Na szczescie sala jadalna byla pusta. Okolicznosc ta miala ulatwic zadanie Chauvelina w momencie zjawienia sie zagadkowego spiskowca. Nagle chytry posel rzadu francuskiego uslyszal spokojne chrapanie jednego z gosci lorda Grenville'a, zazywajacego po dobrej kolacji blogiego snu, z dala od halasu i tancow. Chauvelin raz jeszcze spojrzal dookola i ujrzal w rogu kanapy w ciemnym kacie pokoju uspionego meza "najmadrzejszej kobiety w Europie". Chauvelin przez chwilke patrzyl na lorda Blakeney'a. Ten spal, oddychajac spokojnie, jak czlowiek w zgodzie z calym swiatem i samym soba, drzemiacy po wybornej kolacji. Usmiech politowania zlagodzil rysy Chauvelina i zlosliwy blysk jego oczu. Nie watpil, ze ten niewinny spioch, gleboko pograzony w slodkich marzeniach, nie przeszkodzi mu w wykonaniu jego planu. I znow zatarl rece i za przykladem sir Percy'ego wyciagnal sie w rogu drugiej kanapy, zamknal oczy, otworzyl usta, wydal ciche chrapanie i… czekal. Rozdzial XV. Niepewnosc Malgorzata Blakeney scigala wzrokiem mala, czarna postac Chauvelina w chwili, gdy przeciskal sie przez sale balowa. Potem nastapilo dlugie oczekiwanie, szarpiace wszystkimi jej nerwami. Siedziala samotnie w pustym saloniku, patrzac przez odchylona kotare na tanczace pary. Patrzyla, ale nie widziala nic; nie slyszala nawet muzyki, pograzona w udreczeniu tego strasznego oczekiwania. W mozgu jej wirowaly bezladnie obrazy: prawie pusta sala, Chauvelin na strazy, wejscie "Szkarlatneg Kwiatu", tego tajemniczego wodza, ktory byl dotad dla Malgorzaty czyms nieuchwytnym i jakby bezcielesnym. Czemuz nie poszla do sali jadalnej w tym rozstrzygajacym momencie? Wiedziona intuicja kobieca, wyczytalaby z twarzy nieznajomego te potezna indywidualnosc, znamionujaca bohaterskich wodzow, owego wspanialego orla o smialym locie, ktorego skrzydla zostana spetane sidlami na wroble. Myslala o nim z glebokim smutkiem. Ironia losu wydawala sie tak potworna. Musiala dopuscic, by lew zginal od ukaszen szczura. Ach, czemuz wchodzi w gre zycie Armanda!… – Prawdopodobnie uwazasz mnie, pani za czlowieka, na ktorego nie moza liczyc – zabrzmial glos lorda Fancourta. – Trudno mi bylo spelnic twoje polecenie, gdyz nigdzie nie moglem znalezc Blakeneya. Malgorzata zapomniala zupelnie o mezu i o poleceniu, jakie dala lordowi. Mysli jej przeniosly sie w owe czasy, gdy mieszkala na ul. Richelieu z Armandem, ktory otaczal ja opieka i bronil w potrzebie. – Wreszcie odnalazlem go -ciagnal dalej lord Fancourt – i powtorzylem mu twe slowa. Zapewnil mnie, ze wyda natychmiast rozkazy, aby konie jak najpredzej zajechaly. – Ach tak – rzekla nieprzytomnie – wiec odnalazles go, panie? – Znalazlem go w sali jadalnej, pograzonego we snie. Spal tak twardo, ze nie moglem go obudzic. – Dziekuje ci bardzo -odparla, usilujac zebrac mysli. – Czy moge prosic cie pani o kontredansa, zanim nadjedzie twoj powoz? – Nie, dziekuje ci, panie. Mam nadzieje, ze nie wezmiesz za zle tej odmowy, ale jestem naprawde zmeczona i w sali balowej jest duszno. – W oranzerii panuje mily chlod, moze wiec tam przejdziemy? Czy nie napilabys sie czegos orzezwiajacego. Wygladasz pani, jakbys byla chora? – Jestem tylko bardzo zmeczona – powtorzyla smutno, idac do oranzerii, gdzie plonely przycmione swiatla i zielona roslinnosc nasycala powietrze chlodna swiezoscia. Lord Fancourt przysunal jej krzeslo. Byla tak smiertelnie znuzona dlugim oczekiwaniem… czemu Chauvelin nie przychodzi, by opowiedziec o wyniku szpiegostwa? – pomyslala z udreczeniem. Lord Fancourt staral sie ja rozbawic rozmowa, ale nie sluchala nawet jego slow. Nagle zwrocila sie zywo w jego strone. – Lordzie Fancourt – czy zauwazyles, kto byl w sali jadalnej procz sir Percy'ego Blakeney'a? – Tylko agent rzadu francuskiego Chauvelin, ktory takze spal w drugim kacie pokoju. A czemu o to pytasz, pani? – Doprawdy nie wiem… czy pamietasz, ktora byla godzina? – Musialo byc 5 lub 10 minut po pierwszej. Zastanawiam sie, o czym myslisz lady? – dodal, widzac wyrazne roztargnienie pieknej towarzyszki. Ale mysli jej nie byly daleko: o jedno pietro nizej, w tym samym domu, w sali jadalnej, gdzie Chauvelin siedzial cicho na czatach. Czy mu sie nie powiodlo? Przez chwile serce Malgorzaty napelnilo sie nadzieja. Nadzieja, ze "Szkarlatny Kwiat" zostal ostrzezony przez sir Andrewa i ze rajski ptak nie dal sie schwytac w sidla; ale blyskawicznie nadzieja ta zamienila sie w smiertelna trwoge. Jezeli Chauvelinowi nie powiodlo sie, co stanie sie z Armandem? Lord Fancourt przestal rozmawiac od chwili, gdy spostrzegl, ze Malgorzata go nie slucha. Czekal tylko na sposobnosc, aby sie wymknac, gdyz towarzystwo damy, chocby najpiekniejszej, ktora nie zwraca najmniejszej uwagi na to, co sie do niej mowi, nie nalezy do przyjemnosci, nawet dla ministra gabinetu. – Pojde zobaczyc, czy twoj powoz stoi – rzekl po chwili. – Ach! Jezeli jestes tak uprzejmy panie – nie czuje sie dzis w nastroju do rozmowy i moze lepiej bedzie, jezeli zostane sama. Istotnie, pragnela pozbyc sie lorda Fancourta w nadziei, ze Chauvelin czyha w poblizu jak lis, aby rozmowic sie z nia w cztery oczy. Jednakze gdy lord Fancourt odszedl, Chauvelin nie nadchodzil. Co sie moglo stac? Czula, ze los Armanda jest zagrozony, ogarnela ja smiertelna trwoga na mysl, ze Chauvelin nie dopial swego celu, a "Szkarlatny Kwiat" jeszcze raz zwyciezyl. Jezeli tak sie stalo, wiedziala, ze nie bylo dla niej ani litosci, ani ratunku. Chauvelin postawil nieublagany warunek "ten, albo tamten" i nic nie moglo zachwiac jego postanowienia. Byl bardzo zawziety, gdyby zas nie pojmal orla, msciwe jego serce zadowoliloby sie mniej cenna zdobycza, czyli Armandem. Odegra nikczemna komedie, iz Malgorzata umyslnie go wprowadzila w blad, mimo ze uczynila wszystko, co mogla. Nie byla w stanie czekac spokojnie, pragnac uslyszec wyrok, lecz Chauvelin nie nadchodzil, chocby po to tylko, by wylac zlosc i pastwic sie nad nia… Nagle lord Grenville oznajmil jej, ze powoz zajechal, a sir Percy czeka z lejcami w reku. Malgorzata chciala pozegnac ministra, ale uprzejmy gospodarz odprowadzil ja az na schody. Mijajac salony, zamieniala z tlumem znajomych ostatnie usmiechy i uprzejme slowka. Czekal na nia caly zastep eleganckich dzentelmenow, pragnacych pozegnac krolowa pieknosci i mody. Pod masywnym portykiem wspaniale kasztany sir Percy'ego niecierpliwie parskaly i bily kopytami. W chwili gdy Malgorzata zegnala lorda Grenville'a, zobaczyla nagle na schodach Chauvelina. Szedl na gore wolno, lekko, zacierajac rece, a wyrazista jego twarz miala wyraz szczegolny, nieco rozbawiony i troche zdziwiony. Gdy przenikliwe jego oczy spostrzegly Malgorzate, usmiechnal sie ironicznie. – Monsieur Chauvelin – odrzekla, gdy stanal przed nia klaniajac sie gleboko. – Moj powoz czeka na mnie. Czy moge prosic o twoje ramie? Uprzejmy jak zawsze sprowadzil ja ze schodow. – Chauvelin – rzekla z rozpacza – musze wiedziec, co sie stalo. – Co sie stalo – kochana lady? – spytal z udanym zdziwieniem. -Gdzie, kiedy? – Dreczysz mnie, panie. Pomoglam ci dzisiejszej nocy i mam prawo wiedziec. Co sie stalo w sali jadalnej o pierwszej? -Mowila zupelnie cicho, aby w ogolnym zgielku tylko dyplomata mogl uslyszec jej slowa. – Spokoj i cisza panowaly w sali, piekna pani. O pierwszej godzinie spalem gleboko w jednym rogu sofy, a sir Percy w drugim. – Czy nikt nie wszedl do sali? – Nikt. – W takim razie nie udalo sie nam – nieprawdaz? – Tak, nie udalo sie… moze. – Ale… Armand…? – Losy Armanda zawisly na wlosku. Pros Boga, by ten wlos nie zerwal sie. – Chauvelin, pamietaj, ze pracowalam dla ciebie szczerze i zyczliwie… – Pamietam o swojej obietnicy – odrzekl – w dniu, w ktorym "Szkarlatny Kwiat" i ja spotkamy sie na ziemi francuskiej, St. Just bedzie w objeciach uroczej siostry. – To znaczy, ze krew szlachetnego czlowieka musi splamic moje rece – odparla ze wstretem. – Krew jego albo krew twego brata. Na pewno pragniesz razem ze mna, aby "Szkarlatny Kwiat" wyjechal dzisiaj do Calais. – Pragne tylko jednej rzeczy, obywatelu. – A ta rzecza jest? – Zeby twoj mistrz szatan zawezwal ciebie gdzie indziej, nim slonce wzejdzie. – Pochlebiasz mi, obywatelko. Zatrzymala go na stopniach, usilujac wyczytac uczucia, ukryte pod nieprzenikniona lisia maska, ale twarz Chauvelina miala wciaz wyraz tajemniczy i ironiczny. Ani jeden muskul nie zadrzal i nie zdradzil nieszczesliwej, przerazonej kobiecie, czy powinna tylko obawiac sie, czy tez moze osmielic sie ufac. Na dole otoczyl ja gwarny tlum. Lady Blakeney opuszczala zawsze liczniejsze zebrania eskortowana chmara ludzkich motyli, wirujacych dookola oslepiajacego blasku jej pieknosci. Nim rozstala sie z dyplomata, wyciagnela do niego drobna raczke wdziecznym ruchem dzieciecej prosby. – Daj mi promyk nadziei, moj maly Chauvelin – prosila. Z wyszukana galanteria pochylil sie nad ta mala dlonia, ktora jasniala bialoscia w przezroczystej koronkowej rekawiczce i calujac konce jej rozowych palcow, powtorzyl z zagadkowym usmiechem: – Pros Boga, aby wlos sie nie zerwal. Odszedl, ustepujac miejsca wirujacym motylom, aby mogly zblizyc sie do plomienia. Wytworny tlum zlotej mlodziezy zaslonil przed oczami lady Blakeney dluga, lisia twarz Francuza. Rozdzial XVI. Richmond W kilka minut pozniej Malgorzata siedziala kolo sir Percy'ego Blakeney'a na kozle pieknego powozu, otulona miekkim futrem, a cztery wspaniale kasztany grzmialy kopytami po uspionych ulicach Londynu. Noc byla ciepla, mimo lekkiego powiewu, ktory chlodzil rozpalone policzki Malgorzaty. Wkrotce domy londynskie pozostaly w tyle, zadudnil stary most Hammersmith i sir Percy skierowal rozpedzone rumaki w kierunku Richmond. Rzeka wila sie w delikatnych skretach, podobna do srebrnego weza w promieniach ksiezyca, a galezie starych drzew rzucaly na droge dlugie, smukle cienie. Konie pedzily jak wiatr, kierowane silna i wprawna reka. Te nocne przejazdzki po balach i kolacjach byly zrodlem rozkoszy dla Malgorzaty; cenila wysoko fantazje meza, ktory wolal co noc odwozic ja do wspanialej rezydencji nad rzeka, niz mieszkac w dusznym palacu londynskim. Lubil powozic madrymi konmi przy swietle ksiezyca po opustoszalych drogach, a te nocne romantyczne wycieczki byly jego najmilszym sportem. Malgorzata zas upajala sie cala dusza szybka jazda na lagodnym powietrzu poznego angielskiego lata i z rozkosza poddawala sie nocnemu powiewowi, ktory odswiezal plonaca twarz po dusznej atmosferze balu lub kolacji. Jazda nie trwala dlugo, najwyzej godzine, a czasem i mniej, gdy kasztany byly wypoczete, a sir Percy puszczal im wodze. Tej nocy powoz lecial jak na skrzydlach wzdluz drogi nad rzeka. Blakeney nie odzywal sie do zony jak zwykle, a wzrok mial utkwiony przed siebie, trzymajac luzno cugle w mocnych i sprawnych rekach. Malgorzata spogladala na niego kilkakrotnie. Mogla widziec jego rasowy, klasyczny profil, na pol otwarte oko z prostym lukiem brwi i spuszczona powieka. W swietle ksiezyca twarz jego wydawala sie dziwnie powazna i przypomniala zbolalemu sercu Malgorzaty owe szczesliwe czasy, gdy staral sie o jej reke, gdy byl taki inny, zanim zamienil sie w owa malowana lale, w tego znudzonego salonowca, ktory zycie spedzal jedynie przy kartach i kolacjach. Ale mimo blasku ksiezyca nie mogla uchwycic wyrazu jego niebieskich sennych oczu. Widziala tylko silny rysunek szczeki i ust i linie szlachetnego poteznego czola. Natura hojnie obdarzyla barona Blakeneya. Jego wady mozna bylo usprawiedliwic choroba biednej nieprzytomnej matki i apatia zbolalego ojca. Rodzice nie byli w stanie poswiecic sie rozwojowi tego mlodego charakteru, ktory zmarnowal sie wskutek zaniedbania. Malgorzata uczula nagle gleboka sympatie do meza. Moralny przelom, ktory przed chwila przezyla, uczynil ja poblazliwa dla bledow i wad bliznich. Poznala brutalna przemoc slepego przeznaczenia. Gdyby przed tygodniem ktos byl jej przepowiedzial, ze stanie sie szpiegiem wsrod wlasnych przyjaciol i wyda szlachetnego i bezbronnego czlowieka w rece zacietego wroga, rozesmialaby sie z pogarda. Oto popelnila te podlosc. Wkrotce smierc tego czlowieka zaciazy na jej sumieniu, jak dwa lata temu smierc margrabiego de St. Cyra, ktory zginal wskutek jej nierozwaznych slow. Ale w tym wypadku byla moralnie niewinna. Nie miala zamiaru nikogo zgubic, a samo przeznaczenie pokierowalo wypadkami. Teraz zas popelnila czyn nikczemny z cala swiadomoscia z pobudek, ktorych moralisci nie mogliby nawet usprawiedliwic. Czujac u boku silne ramie meza, pomyslala, o ile straszliwsza bylaby jeszcze jego pogarda dla niej, gdyby wiedzial 0 jej ostatnim czynie. Iluz to ludzi pogardza soba wzajemnie na podstawie powierzchownych sadow. 1 ona potepiala meza za jego lekkomyslnosc, plytkosc; czyz sir Percy nie potepialby jej stokroc surowiej za brak sily i hartu, aby nie zboczyc z prawej drogi i poswiecic brata nakazowi sumienia? Malgorzata tak byla pograzona w myslach, ze przejazdzka wsrod nocnego chlodu wydawala sie jej znacznie krotsza niz zwykle. Doznala uczucia prawdziwego zawodu, gdy kasztany skrecily w masywna brame angielskiej wspanialej rezydencji. Palac sir Percy'ego nad Tamiza ma wartosc historyczna. Wzniesiony za czasow Tudorow stoi wsrod pieknie polozonych ogrodow, z malowniczym tarasem i frontem zwroconym ku rzece. Stare czerwone cegly muru wygladaja wprost romantycznie na tle otaczajacej je zieleni, a antyczny zegar sloneczny na wzorowo utrzymanym gazonie dodaje calosci harmonijnej nuty. Wiekowe drzewa rzucaja na trawniki chlodny cien, a tej cieplej nocy jesiennej, gdy rdzawe i zlote liscie srebrzyly sie w swietle ksiezyca, stary ogrod tchnal dziwna poezja i spokojem. Przed samym frontem stylowego hallu z czasow Elzbiety, sir Percy osadzil czworke kasztanow. Mimo poznej godziny, na turkot powozu cala armia sluzby i groomow wyrosla jakby spod ziemi; staneli z uszanowaniem gotowi do uslug. Sir Percy wyskoczyl zgrabnie, aby pomoc Malgorzacie przy wysiadaniu. Wydal sluzbie kilka krotkich rozkazow, a tymczasem mloda lady obszedlszy dom, udala sie ku ogrodowi, wpatrzona w srebrny krajobraz. Cala natura pograzona byla w niezmaconej niczym ciszy, co tworzylo ostry kontrast ze stanem duszy Malgorzaty, tak gleboko wzburzonej przezytymi walkami. W bolesnym zamysleniu nie slyszala ani szumu rzeki, ani lekkiego szmeru spadajacych tu i owdzie suchych lisci z drzew. Dookola panowalo milczenie. Ucichl tupot koni odprowadzonych do odleglych stajen, zmieszany z przyspieszonymi krokami licznej sluzby, udajacej sie na spoczynek – palac pograzyl sie we snie. W dwoch oddzielnych apartamentach nad wspanialymi salami przyjec plonely swiatla. Byly to pokoje sir Percy'ego i lady Blakeney, oddzielone cala dlugoscia domu, tak oddalone od siebie, jak oddalone bylo ich zycie. Malgorzata mimo woli westchnela, sama nie wiedzac dlaczego. Cierpiala niewymownie i czula sie samotna i opuszczona. Tak bardzo potrzebowala wspolczucia, otuchy i podniesienia na duchu… Z nowym westchnieniem zwrocila sie ku domowi, zadajac sobie pytanie, czy po takiej burzliwej nocy bedzie mogla zasnac i odpoczac. Nagle nim doszla do tarasu, uslyszala na zwirze czyjes kroki: w mroku zarysowala sie postac meza. Okrazyl dom i przechadzal sie wzdluz trawnikow, kierujac sie ku rzece. Mial jeszcze na sobie ciezki plaszcz podrozny z licznymi wylogami i pelerynami, ktore wprowadzil w mode. Chodzil, wsunawszy wedle zwyczaju rece w glebokie kieszenie atlasowych spodni, a bogate biale ubranie i bezcenny koronkowy zabot nadawaly mu w ciemnosci wyglad ducha. Nie zauwazyl widocznie zony, gdyz zatrzymawszy sie chwilke, zwrocil sie w strone tarasu ku domowi. – Sir Percy… – rozleglo sie ciche wolanie. Mial juz jedna noge na stopniach tarasu, ale na jej glos przystanal, szukajac wzrokiem wsrod mroku jej sylwetki. Zblizyla sie ku niemu szybko, skapana w blasku ksiezyca, a gdy ja zobaczyl, rzekl z wyszukana galanteria, z ktora zawsze do niej przemawial: – Jestem do twych uslug, madame. Lecz trzymal wciaz noge na stopniu i cale jego zachowanie wskazywalo jasno, ze pragnal odejsc i nie mial ochoty do nocnej pogawedki. – Powietrze jest tak mile – rzekla – swiatlo ksiezyca mnie czaruje, a ogrod neci. Czy chcesz ze mna pozostac przez krotka chwile? Wszak nie jest jeszcze tak pozno, czy moje towarzystwo sprawia ci tyle przykrosci, ze pragniesz jak najpredzej uwolnic sie od niego? – Zapewniam cie, madame, ze jest przeciwnie – odparl spokojnie. – Jednak jestem pewien, ze czar nocy wyda ci sie bardziej poetyczny bez mego towarzystwa, od ktorego uwolnie cie, pani. I znow zwrocil sie ku palacowi, aby odejsc. – Mylisz sie, sir Percy -zaprzeczyla zywo, zblizajac sie do niego. – Nieporozumienie, ktore niestety powstalo miedzy nami, nie bylo wynikiem mojej winy, przypomnij sobie… – W takim razie musisz mi przebaczyc, madame – odparl zimno. – Mialem zawsze bardzo krotka pamiec. Spojrzal jej prosto w oczy z tym sennym wyrazem, ktory trwal juz stale w jego wzroku. Przetrzymala to spojrzenie i oczy jej zlagodnialy. Stanela juz przy mezu u stop tarasu. – Tak krotka jest twoja pamiec, sir Percy? W takim razie zaszla w niej olbrzymia zmiana! Przed trzema lub czterema laty widziales mnie w Paryzu przez godzine w drodze na Wschod. Gdy powrociles dwa lata pozniej, nie zapomniales mnie. Byla bosko piekna w swietle ksiezyca, otulona futrzanym plaszczem spadajacym z jej ramion. Zloty haft sukni lsnil tysiacem blaskow, a dziecinne niebieskie oczy patrzyly wymownie w twarz meza. Stal milczacy, niewzruszony, tylko reka jego oparta o kamienna balustrade tarasu lekko drzala. – Pragnelas mojej obecnosci, madame – ciagnal dalej po chwili – nie po to zapewne, aby budzic czule wspomnienia. Glos jego byl surowy i nieprzejednany. Postawa sztywna i nieugieta. Kobieca taktyka dyktowala Malgorzacie za obojetnosc odplacic obojetnoscia i przejsc kolo meza bez slowa, lub skinac glowa, ale zatrzymal ja ten subtelny instynkt pieknej kobiety, swiadomej swej potegi, ktora pragnie za wszelka cene widziec u swych stop jedynego czlowieka odmawiajacego jej zadanych holdow. Wyciagnela ku niemu reke. – Chocby i tak, sir Percy? Terazniejszosc nie jest tak powabna, abym nie chciala mysla powracac do przeszlosci. Pochylil sie i ujawszy konce palcow zony, zlozyl na nich ceremonialny pocalunek. – W takim razie, madame – odparl – wybacz, jezeli moj ograniczony umysl nie bedzie mogl ci towarzyszyc. Jeszcze raz usilowal odejsc i znow slodki, dziecinny, niemal kochajacy glos odwolal go. – Sir Percy! – Jestem na twoje rozkazy, madame. – Czyz mozliwa jest rzecza, aby milosc zgasla? – zawolala namietnie. – Myslalam, ze milosc, ktora zywiles dla mnie przez pewien czas, trwac bedzie cale zycie. Czyz nic juz nie zostalo z tego przywiazania… czyz nie moglbys zapomniec o smutnym nieporozumieniu, ktore powstalo miedzy nami? Gdy mowila, potezna jego postac zdawala sie prezyc i sztywniec. Zacisnal usta i wyraz nieugietego uporu blysnal w jego niebieskich, zwykle tak ladnych oczach. – A to w jakim celu, madame? -zapytal zimno. – Nie rozumiem ciebie. – A jednak to bardzo proste -rzekl z nagla gorycza, ktora rosla stopniowo, mimo widocznych wysilkow, aby ja stlumic. – Pokornie pytam o to, gdyz tepy moj mozg nie jest w stanie zrozumiec tak predko naglej zmiany twego usposobienia, pani. Masz moze ochote rozpoczac na nowo szatanski sport, ktory uprawialas z takim powodzeniem w ubieglym roku? Czy chcialabys moze widziec mnie znowu u twych stop w roli rozmilowanego kochanka, aby kopnac mnie potem noga jak natarczywego psa? Wiec jednak wyprowadzila go z rownowagi… znow spojrzala mu prosto w oczy, gdyz takim pamietala go przed rokiem. – Percy, blagam cie – szepnela – czy nie mozemy pogrzebac przeszlosci? – Przepraszam cie najmocniej, madame, ale zrozumialem, ze wlasnie chcesz do niej powrocic. – Nie! Nie o tej przeszlosci wspomnialam! – zawolala, a glos jej stawal sie coraz miekszy. -Myslalam o czasie, gdy mnie jeszcze kochales… a ja… bylam lekkomyslna i prozna, twoje zas stanowisko i majatek pociagaly mnie. Zostalam twoja zona w nadziei, ze twoje wielkie przywiazanie rozpali milosc we mnie, ale niestety! Ksiezyc skryl sie za chmurami. Na wschodzie szary brzask zaczal rozpraszac ciezka zaslone nocy. Blakeney mogl tylko rozroznic wdzieczna sylwetke Malgorzaty, jej mala krolewska glowke, okolona bogatymi zlotawymi puklami i lsniace kamienie drobnych czerwonych kwiatkow w formie gwiazdki, ktorymi zdobila wlosy. – W 24 godziny po naszym slubie, madame, margrabia de St. Cyr i cala jego rodzina zgineli pod gilotyna. Ogolnie twierdzono, ze dopomogla w tej zbrodni zona sir Percy'ego Blakeney'a. – Opowiedzialam ci sama, ile bylo prawdy w tej wstretnej plotce… – Ale przedtem dowiedzialem sie od obcych o wszystkich okropnych szczegolach… – I uwierzyles im! – rzekla z gorycza – bez dowodow, bez zapytania uwierzyles, ze ja, ktorej przysiagles bezgraniczna milosc, ktora uwielbiales, ze ja moglam ponizyc sie do podobnego czynu! Myslales, ze chce cie oklamywac, ze obowiazkiem moim bylo przemowic, nim zlaczyl nas slub! Ach, gdybys mnie byl wysluchal, bylabym ci powiedziala, ze az do stracenia margrabiego de St. Cyr wytezylam wszystkie sily, uzywalam wszystkich wplywow, aby go wyratowac. Ale zamknela mi usta duma, gdy milosc twoja zamarla jakby pod nozem tej samej gilotyny. A jednak moglam ci wytlumaczyc, jak bardzo mnie oszukano! Mnie, ktora nazywaja "najwieksza inteligencja we Francji"! Potrafili wyzyskac moja milosc do jedynego brata i moje pragnienie zemsty, wiedzieli, jak sie do tego zabrac… Czyz wszystko to nie jest dosc jasne? Glos jej zadrzal lkaniem. Umilkla, aby sie uspokoic. Oczy jej zwracaly sie blagalnie ku mezowi i patrzyly jakby na nieprzejednanego sedziego. Pozwolil jej mowic do konca, nie przerywal tego namietnego wyznania, ale nie obdarzyl ani jednym slowem pociechy lub pojednania. Gdy umilkla, usilujac stlumic gorace lzy, naplywajace wciaz do oczu, czekal z niewzruszonym spokojem. Szary blask switu wyolbrzymial jego wyniosla postac i nadawal mu wyraz dziwnie surowy. Ta twarz zazwyczaj taka dobroduszna, jakby senna, byla dziwnie przeobrazona. Malgorzata zauwazyla, mimo wewnetrznego wzburzenia, ze jego oczy blyszczaly niezwyklym ogniem spod przymknietych powiek, a kurczowo zacisniete usta jakby powstrzymywaly wzbierajaca namietnosc. Malgorzata Blakeney byla przede wszystkim kobieta. Zrozumiala w jednej chwili, ze przez piec ostatnich miesiecy zostala wprowadzona w blad i ze ten czlowiek, pozornie zimny jak posag, kochal ja tak jak przed rokiem i ze ta milosc ukrytqa czy uspiona, stawala sie rownie silna, potezna i porywajaca na dzwiek jej melodyjnego glosu, jak wowczas, gdy po raz pierwszy usta ich polaczyly sie w dlugim upajajacym pocalunku. Duma trzymala go z dala od niej. Malgorzata zapragnela goraco zdobyc na nowo to serce, ktore do niej nalezalo. Nagle odczula, ze jedynym szczesciem, ktore zycie dac jej jeszcze moglo, byl uscisk tego czlowieka. – Wysluchaj mnie, sir Percy, do konca… – rzekla slodkim glosem, drzacym z milosci -Armand byl dla mnie wszystkim. Nie mielismy rodzicow i wychowalismy sie wzajemnie. On byl moim ojcem, a ja jego mateczka. Kochalismy sie tak bardzo! Pewnego dnia… – czy sluchasz mnie jeszcze Percy? -Margrabia de St. Cyr kazal obic mego brata przez swoich lokai. Obic Armanda, ktorego kochalam ponad wszystko! A czym zawinil? Oto on, plebejusz, smial kochac corke arystokraty i za to schwytano go podstepnie i zbito, zbito jak psa, prawie na smierc. Przezylam tortury upokorzenia; a gdy nadarzyla sie sposobnosc, zemscilam sie… ale chcialam tylko upokorzyc dumnego margrabiego. Spiskowal z Austria przeciw wlasnej ojczyznie, o czym dowiedzialam sie przypadkiem i powtorzylam uslyszane wiesci. Nie wiedzialam… bo jakze wiedziec moglam, co stanie sie pozniej… oszukano mnie, a gdy zrozumialam, bylo juz za pozno… – Trudno jest, madame, cofnac sie w tak daleka przestrzen -rzekl sir Percy po chwili milczenia. – Mowilem ci niejednokrotnie, ze pamiec moja jest bardzo krotka ale o ile sie nie myle, przypominam sobie, ze prosilem cie o wyjasnienie tych bezecnych plotek. Jezeli ta sama pamiec mnie znow nie zawodzi, to zdaje mi sie, ze odmowilas mi wszelkiego wyjasnienia, zadajac od mej milosci upokarzajacej uleglosci, ktorej nie mialem zadnego zamiaru ci okazac. – Chcialam wystawic na probe twoja milosc, ale ona proby nie wytrzymala. Zapewniales mnie zawsze, ze zyles tylko dla mnie i z milosci ku mnie. – I aby wyprobowac te milosc, zadalas ode mnie, bym wyrzekl sie wlasnego honoru – odparl, tracac coraz bardziej panowanie nad soba. – Chcialas, abym pochwalil bez szemrania, bez zapytania, jak niemy i najposluszniejszy z niewolnikow kazdy czyn mej wszechwladnej pani? Calym sercem, przepelnionym przywiazaniem, prosilem cie o wyjasnienie; czekalem, nie zwatpilem w ciebie, lecz ufalem… Gdybys byla choc slowko powiedziala, przyjalbym kazde wytlumaczenie, bo pragnalem uwierzyc. Ale pozostawilas mnie bez slowa wyjasnienia, procz suchego wyznania wstretnego faktu. Powrocilas dumnie do domu swego brata i pozostawilas mnie samego… calymi tygodniami, gdy ja sam nie wiedzialem, komu wierzyc, odkad jedyna swietosc, zawierajaca moje wszystkie zludzenia, rozprysla sie u moich stop. Nie mogla sie juz skarzyc, ze byl zimny i obojetny. Glos jego drzal ze wzruszenia, a opanowywal sie nadludzkim wysilkiem. – Ach, duma moja, ta duma szalona! – westchnela smutno. – Ledwie wyjechalam, juz zalowalam swego postepowania. Ale gdy wrocilam, byles tak zmieniony! Nosiles na twarzy te maske sennej obojetnosci, ktorej juz nigdy nie zdjales… i dopiero teraz widze… – Stala tak blisko meza, ze miekkie jej wlosy muskaly jego twarz. Oczy blyszczace od lez, zwrocone ku niemu, doprowadzaly go do szalenstwa, melodia tego glosu rozpalala mu ogniem krew. Ale nie chcial poddac sie magicznemu urokowi tej kobiety, tak goraco niegdys kochanej, kobiety, dla ktorej tyle wycierpial. Zamknal oczy, aby odsunac czarujaca wizje jej twarzyczki, snieznobialej szyi i uroczej postaci, ktora lekkie swiatlo jutrzenki zaczynalo otaczac rozowa aureola. – Nie, madame, to nie maska – rzekl lodowato. – Przysiaglem ci niegdys, ze moje zycie nalezy do ciebie, a poniewaz przez szereg miesiecy bylo twoja igraszka, wypelnilo juz swoje zadanie. W tej chwili Malgorzata zdawala sobie jasno sprawe, ze ta zewnetrzna obojetnosc byla tylko maska. Juz bez goryczy przypominala sobie troski i niepokoje, przezyte podczas ubieglej nocy, gdyz miala wrazenie, ze czlowiek, ktory ja kochal, pomoze w dzwiganiu jej ciezaru. – Sir Percy! – rzekla z uniesieniem. – Bog jeden wie, jak utrudniasz mi zadanie, ktore wzielam na siebie. Przed chwila wspomniales o swym zmiennym usposobieniu. Jezeli chcesz, mozemy je tak nazwac. Ale pragne pomowic z toba, bo… jestem w wielkiej rozterce i szukalam u ciebie pociechy… – Jestem na twoje rozkazy, madame. – Ach, jakis ty zimny -westchnela – naprawde, trudno mi uwierzyc, ze przed kilkoma miesiacami jedna lza w moim oku przyprawilaby cie o szalenstwo! A teraz przychodze do ciebie ze zlamanym sercem i… – Prosze cie, madame -przerwal, a glos jego drzal nie mniej jak slowa Malgorzaty – w czym moge ci sluzyc? – Percy! Armand jest w smiertelnym niebezpieczenstwie. List… nierozwazny i porywczy, jak wszystkie jego czyny, napisany przez niego do sir Andrewa Ffoulkesa, wpadl w rece fanatyka. Armand jest beznadziejnie skompromitowany. Jutro moze go zaaresztuja… a potem gilotyna, jezeli… jezeli… ach, to okropne! -krzyknela z nagla rozpacza, gdy wszystkie wypadki tej nocy stanely przed jej oczami. -Okropne! A ty mnie nie rozumiesz, nie mozesz mnie zrozumiec… a przeciez nie mam nikogo, do kogo moglabym sie zwrocic po ratunek, nawet po wspolczucie… W oczach jej zalsnily lzy. Zlamaly ja wszystkie te walki i niepokoje i okropna niepewnosc o los Armanda. Zachwiala sie i oparlszy dlon o kamienna balustrade, wybuchnela gorzkim placzem. Gdy sir Percy uslyszal imie Armanda i dowiedzial sie niebezpieczenstwie, ktore mu grozilo, twarz jego lekko pobladla, a wyraz niezlomnego uporu i zelaznej woli blysnal jeszcze posepniej w jego wzroku. Nie wyrzekl ani slowa, tylko patrzyl na delikatna postac zony, wstrzasana lkaniem. Powoli twarz jego lagodniala i cos jakby lza zablyslo w jego oczach. – A wiec tak… – rzekl wreszcie z gorzka ironia – krwiozerczy pies rewolucji zwraca sie przeciwko rekom, ktore go karmily… Prosze cie, madame – dodal z wielka dobrocia, gdy Malgorzata nie przestawala spazmatycznie szlochac – osusz swoje lzy. Nigdy nie znosilem widoku placzacej kobiety. Instynktownie, na widok jej bezradnosci i rozpaczy, uniesiony nieprzezwyciezonym szalem, wyciagnal do niej rece i bylby porwal ja w swe ramiona, przytulil do siebie i bronil ode zlego za cene zycia i krwi serdecznej… ale duma i tym razem zwyciezyla w walce z miloscia. Pohamowal sie ze zdumiewajaca sila woli i zapytal zimno, choc lagodnie: – Czy nie zechcesz zwrocic sie do mnie, madame, i powiedziec mi, w jaki sposob moge miec zaszczyt okazania ci pomocy? Usilowala opanowac sie, zwrociwszy ku niemu twarz oblana lzami, wyciagnela jeszcze raz reke, ktora ucalowal z ta sama galanteria. Ale tam razem palce Malgorzaty pozostaly w rece sir Percy'ego dluzej, niz wymagal konwenans. Odczula, ze reka meza drzala lekko i plonela jak ogien, gdy usta byly chlodniejsze od marmuru. – Czy mozesz uczynic cos dla Armanda? – zapytala z wielka slodycza. – Masz na dworze tak wielkie wplywy i tylu przyjaciol… – Czy nie lepiej byloby, bys sie zwrocila w tej kwestii do swego przyjaciela, tego Francuza Chauvelina? Jego wplywy, jezeli pamiec moja mnie nie zawodzi, siegaja az do rzadu republikanskiej Francji? – Nie moge go o to prosic, Percy… ach, gdybym smiala ci powiedziec! ale on nalozyl cene na glowe mego brata… cene ktora… Bylaby dala najwieksze skarby swiata, aby miec odwage wyznac mu wszystko, co zrobila tej nocy, ile wycierpiala i pod jakim przymusem dzialala, ale nie smiala ulec tej pokusie, w chwili gdy zaczynala wierzyc, ze Percy ja jeszcze kocha, w chwili gdy miala nadzieje zdobyc go na nowo. Nie smiala wyznac swego czynu, wiedzac, ze nie zrozumialby, jak silna byla pokusa, jak ciezka jej walka. Drzemiaca wciaz jeszcze milosc zamarlaby z pewnoscia snem smierci. Moze Blakeney odgadl, co dzialo sie w jej duszy? Cala jego postawa ujawniala pragnienie, a nawet prosbe o wyznanie, ktore powstrzymywala nierozsadna milosc wlasna. Gdy wciaz milczala, westchnal i rzekl z wyrafinowana oschloscia: – Moj Boze, madame, jezeli ci to sprawia tyle przykrosci, nie mowmy juz o tym. Prosze cie, badz spokojna o Armanda. Daje ci slowo, ze nic mu sie zlego nie stanie. A teraz, czy pozwolisz mi odejsc, jest juz bardzo pozno i… – Czy zechcesz przyjac wyrazy mojej wdziecznosci? – zapytala ze slodycza zblizajac sie do niego. Juz mial objac ja ramionami i ucalowac jej oczy, wciaz jeszcze zalane lzami, ale powstrzymal sie. Juz raz zwiodla go w ten sam sposob, a potem odrzucila od siebie jak zuzyta rekawiczke. Pomyslal, ze moze pasc ofiara chwilowego kaprysu, a byl zbyt dumny, aby narazac sie na ponowne upokorzenie. – Za wczesnie, madame – odparl spokojnie – wszak nic dotad jeszcze nie zrobilem. Musisz byc bardzo zmeczona, panny sluzebne czekaja na ciebie. Usunal sie na bok, aby dac jej przejscie. Westchnela gleboko, dotknieta bolesnie. Duma i pieknosc stanely do walki ze soba i duma zwyciezyla. Zreszta, moze pomylila sie. Moze blysk, ktory brala za ogien milosci w jego oczach, byl tylko nieokielznana pycha lub nienawiscia, a nie miloscia? Spojrzala na niego badawczo. Stal niewzruszony, zimny jak posag. Najwidoczniej nie dbal juz o nia. Szary swit ustepowal stopniowo przed rozanym blaskiem wschodzacego slonca. Ptaki zaczely swiergotac, natura budzila sie, usmiechem witajac cieply i radosny poranek pazdziernikowy. Tylko miedzy tymi dwoma sercami lezala nieprzebyta zapora, wzniesiona przez dume, a zadne z nich nie chcialo pierwsze jej usunac. Z nowym westchnieniem zaczela wstepowac na stopnie tarasu. Sir Percy sklonil sie przed nia nisko i ceremonialnie. Szla, opierajac sie o kamienna balustrade, dlugi tren, zlotem haftowanej sukni, zmiatal po drodze, z cichym dzwiecznym szmerem, zwiedle liscie. Rozowa poswiata zlocila jej wlosy i zapalala ogniem rubiny na czole i rekach. Doszla do wielkich szklanych drzwi, prowadzacych do pokoju. Zanim przestapila prog, przystanela, by jeszcze raz spojrzec na meza, ludzac sie szalona nadzieja, ze zobaczy jego ramiona wyciagniete do uscisku i uslyszy przywolujacy ja glos. Lecz on stal bez ruchu. Jego wysmukla postac byla uosobieniem nieugietego uporu. Do oczu Malgorzaty naplynely znow gorace lzy. Chcac je ukryc, odwrocila sie spiesznie i wbiegla do swych apartamentow. Gdyby jeszcze raz spojrzala w zarozowieny jutrzenka ogrod splyneloby na nia radosne ukojenie. Zobaczylaby bowiem czlowieka zlamanego rozpacza milosci, ktora zwyciezyla dume, upor i zelazna wole. Ujrzalaby czlowieka szalenie, slepo i namietnie kochajacego. Gdy lekkie kroki Malgorzaty ucichly w korytarzach, sir Percy uklakl na stopniach tarasu i w szale swej milosci ucalowal slady drobnych stop i kamienna balustrade, na ktorej wsparla sie jej malenka reka. Rozdzial XVII. Pozegnanie Gdy Malgorzata weszla do pokoju, zastala sluzebna panne ogromnie zaniepokojona. – Bedziesz pani bardzo zmeczona – rzekla Luiza, ktorej oczy walczyly ze snem. – Juz piata wybila. – Ach tak, Luizo, jestem pewna, ze bede bardzo zmeczona -rzekla uprzejmie – ale widze, ze i ty jestes zupelnie wyczerpana. Idz do siebie i poloz sie. Rozbiore sie sama. – Alez pani… – Nie sprzeczaj sie ze mna, tylko idz do lozka. Podaj mi szlafrok i zostaw mnie sama. Uszczesliwiona Luiza postanowila skorzystac z pozwolenia. Zdjela z pani bogata suknie balowa i owinela ja miekkim szlafroczkiem. – Czy potrzebujesz jeszcze czegos, pani? – zapytala. – Nie, Luizo. Zgas swiatla odchodzac. – Dobrze, zatem dobranoc. Gdy sluzaca odeszla, Malgorzata odsunela firanki i otworzyla szeroko okna. Ogrod i rzeka jasnialy rozowym swiatlem zorzy. W oddali promienie wschodzacego slonca zamienialy rozane barwy nieba w roztopione zloto. Malgorzata spojrzala z gory na pusty taras, gdzie przed chwila usilowala obudzic milosc mezczyzny, te milosc, ktora niedawno jeszcze byla niepodzielna jej wlasnoscia. Mimo ciezkich przejsc i niepokoju o Armanda, odczuwala obecnie tylko gleboka tesknote za tym czlowiekiem, ktory nia wzgardzil, pozostal gluchy na jej prosby i oparl sie namietnym porywom. Jakze to wszystko bylo dziwne! Widocznie Malgorzata kochala go zawsze. Gdy wrocila mysla ku minionym miesiacom, tak samotnym i obfitym w nieporozumienia, przyszla do przekonania, ze zawsze kochala meza i ze ani na chwile nie przestala go kochac. W najskrytszych tajnikach jej serca powstalo juz dawno podejrzenie, ze jego bezmyslne dowcipy, irytujacy smiech i senne lenistwo byly tylko maska, ukrywajaca prawdziwego, silnego, namietnego, o zelaznej woli czlowieka, ktorego kochala i ktorego niezwykla indywidualnosc przyciagala ja i podbila. Czula, ze za ta poza i maska znajdowalo sie "cos", co pragnal zataic przed swiatem, a szczegolnie przed nia. Wiedziala na pewno, ze pragnie zdobyc to oporne serce na powrot, ze je zdobedzie, by juz go nigdy nie utracic, by zachowac jego milosc, na ktora sobie zasluzyl, i czula, ze nie bylo juz dla niej szczescia poza miloscia tego czlowieka… Najsprzeczniejsze mysli krzyzowaly sie w zawrotnym pedzie w jej mozgu. Nie zdawala sobie sprawy, ze czas mijal i ze wyczerpana dlugim czuwaniem zamknela oczy i zapadla w meczacy i niespokojny polsen, ktory byl jakby odbiciem jej dreczacych mysli. Teraz przebudzil ja odglos krokow na korytarzu. Zerwala sie z poslania i sluchala. Dom zalegla cisza, w ktorej doslyszala wyraznie oddalajace sie kroki. Przez otwarte okno radosne promienie rannego slonca zalewaly swiatlem pokoj. Malgorzata spojrzala na zegarek. Bylo pol do siodmej. Zapytala sie z niepokojem, czyje kroki zbudzily ja ze snu. Cichutko, na lalcach przeszla przez pokoj i otworzyla drzwi, nie slyszala jednak nic w ciszy wczesnego poranku. Nagle spostrzegla u swych stop na progu drzwi cos bialego, zapewne list. Podniosla go z trwoga; zdziwiona i oszolomiona zobaczyla na kopercie swoj adres, skreslony duzym, pospiesznym pismem meza. Rozdarla koperte i przeczytala: "Nieprzewidziane okolicznoIsci zmuszaja mnie do natychmiastowego wyjazdu na polnoc. Prosze cie Pani o przebaczenie, ze nie przychodze pozegnac sie z toba. Moje sprawy zatrzymaja mnie niemal przez tydzien i niestety, nie bede mial zaszczytu uczestniczyc w majowce, ktora naznaczylas na srode. Pozostaje Pani twoim pokornym i powolnym sluga. Percy Blakeney" Widocznie Malgorzata zostala nagle dotknieta, jak jej maz, jakims chwilowym zacmieniem umyslu, gdyz musiala odczytywac kilkakrotnie te proste slowa, zanim je zrozumiala. Stala bezmyslnie w drzwiach, obracajac w palcach krotki i zagadkowy list, dreczona dziwnym niepokojem i zlowrogim przeczuciem. Sir Percy rzeczywiscie posiadal w Anglii polnocnej rozlegle dobra, do ktorych czesto jezdzil na tydzien lub dluzej, ale dzisiaj wydawalo jej sie rzecza nieprawdopodobna, aby pomiedzy piata a szosta godzina rano nadeszla wiadomosc, powolujaca go z takim pospiechem. Daremnie starala sie opanowac niepokoj. Drzala na calym ciele. Ogarnelo ja niepohamowane pragnienie, aby zobaczyc sie jeszcze raz z mezem, o ile nie wyjechal. Nie zwazajac juz na zbyt lekki stroj i rozpuszczone na ramionach wlosy, zbiegla spiesznie ze schodow ku drzwiom wejsciowym. O tak wczesnej godzinie byly zamkniete na klucze i zasuwki, ale uslyszala odglos rozmow i tupot koni na brukowym dziedzincu palacowym. Drzacymi palcami zaczela przekrecac ciezkie klucze i odsuwac zelazne sztaby, kaleczac sobie rece i lamiac paznokcie, smagana trwoga, iz mogla przyjsc za pozno, ze Percy mogl wyjechac, zanim go zobaczy, zanim zawola: szczesliwej drogi! Nareszcie przekrecila ostatni klucz i szarpnela drzwiami. Nie pomylila sie. O kilka krokow od niej stal chlopak stajenny, trzymajac za cugle dwa konie, z ktorych jeden Sultan, ulubiony wierzchowiec sir Percy'ego, byl osiodlany i gotowy do drogi. Po chwili ukazal sie sir Percy i zblizyl sie spiesznie do koni. Nie mial juz na sobie bogatego balowego stroju, ale jak zwykle byl ubrany wytwornie i bez zarzutu w piekny plaszcz z zabotem i mankietami z koronek i w skorzane spodnie wsuniete w wysokie buty. Malgorzata zblizyla sie do niego. Podniosl oczy i ujrzawszy ja, lekko zmarszczyl brwi. – Wyjezdzasz? – zapytala szybko i niespokojnie. – Dokad wyjezdzasz, Percy? – Mialem juz zaszczyt wytlumaczyc ci listownie, pani, ze nieprzewidziane i wazne sprawy powoluja mnie dzis rano na polnoc – odrzekl powoli i zimno. – Ale przeciez – twoi goscie -jutro… – Prosilem cie, pani, abys przeprosila za mnie jego krolewska wysokosc. Jestes tak znakomita pania domu, ze goscie nie odczuja nawet mej nieobecnosci. – Jestem pewna, ze moglbys odlozyc swoj wyjazd na pozniej… po naszej majowce -mowila wciaz nerwowo. – Recze, ze sprawa nie jest tak pilna… przeciez nie mowiles mi nic do tej chwili. – Moje sprawy, jak mialem zaszczyt zaznaczyc przed chwila, sa rownie wazne jak nieprzewidziane… wobec tego czy moge cie prosic o pozwolenie odjazdu? Zatrzymam sie w powrotnej drodze w Londynie, czy masz jakie sprawunki, polecenia? – Nie, nie, dziekuje… czy predko wrocisz? – Bardzo predko. – Przed koncem tygodnia? – Tego powiedziec nie moge. Widocznie spieszyl sie, a ona wytezala wszystkie sily, aby go zatrzymac jak najdluzej. – Percy! – zawolala. – Czemu nie chcesz mi powiedziec, dokad jedziesz? Jestem twoja zona i mam prawo wiedziec. Jestem pewna, ze nikt nie wzywal cie na polnoc. Nie bylo zadnych listow, ani poslancow, gdy wyjezdzalismy wieczorem do opery i na balu i nikt na ciebie nie czekal, gdy wrocilismy do domu. Nie jedziesz na polnoc… tu jest jakas tajemnica. – Nie ma zadnej tajemnicy, madame – przerwal zywo z lekkim zniecierpliwieniem w glosie. -Moj wyjazd ma na celu sprawe Armanda – oto wszystko. A teraz czy pozwalasz mi jechac? – W sprawie Armanda! Ale nie bedziesz sie narazal? – Ja narazac sie! Nie pani. Ale twoja troskliwosc wzrusza mnie. Jak to sama powiedzialas, mam duzo stosunkow i pragne je wyzyskac, nim bedzie za pozno. – Czy pozwolisz, bym ci nareszcie podziekowala? – Nie, madame – odpowiedzial oschle – nie ma powodu do podziekowan. Moje zycie jest na twoje uslugi i jestem az nadto wynagrodzony. – A moje zycie bedzie rowniez na twoje uslugi, jezeli tylko je przyjmiesz w zamian za to, co czynisz dla Armanda – zawolala z uniesieniem, wyciagajac ku niemu obie rece. – A teraz juz nie zatrzymuje cie, mysli moje ci towarzysza – szczesliwej drogi… Tak slicznie wygladala w porannym sloncu z rozpuszczonymi, ognistymi wlosami, ktore splywaly jej na ramiona! Sklonil sie jej nisko i ucalowal reke. Odczula, jak goracy byl pocalunek, i serce jej zadrzalo radoscia i nadzieja. – Powrocisz? – szepnela slodko. – Bardzo niedlugo – odrzekl, obejmujac ja przeciaglym, glebokim spojrzeniem. – I – nie zapomnisz? -zapytala, a oczy jej w odpowiedzi na jego wejrzenie zalsnily milosna obietnica. – Nie zapomne nigdy, madame, ze zaszczycilas mnie prosba o usluge. – Slowa byly zimne i ceremonialne, ale tym razem jej nie dotknely. Kobiece serce wyczulo, co dzialo sie w duszy meza pod maska, z ktorej duma nie chciala zrezygnowac. Sklonil sie ponownie i pozegnal ja. Usunela sie na bok, aby mogl dosiasc konia, a gdy Sultan w galopie wyjezdzal przez brame, skinela reka na pozegnanie. Na zakrecie drogi znikl jej z oczu. Zaufany groom mial wielkie trudnosci, aby dotrzymac mu kroku, gdyz Sultan pedzil jak wicher, podzielajac podniecenie swego pana. Malgorzata westchnela z ulga i powrocila do apartamentow, czujac sie zmeczona i spiaca jak male dziecko. W jej sercu nagle zapanowal spokoj i choc nieokreslona tesknota dreczyla ja jeszcze, jakas nadzieja niby balsam koila jej dusze. Nie bala sie juz o Armanda. Ufala niezachwianie w energie i moc czlowieka, ktory wyjechal, aby go ratowac. Nie mogla pojac, jak mogla kiedykolwiek uwazac go za glupca. Oczywiscie nosil maske, sluzaca do ukrycia bolesnej rany, zadanej jego milosci i dumie. Jego uwielbienie dla niej bylo tak potezne, ze nie chcial dac poznac po sobie, jak bardzo byla mu droga i jak gleboko cierpial. Ale teraz wszystko bedzie dobrze. Malgorzata skruszy swoja wlasna dume, upokorzy sie przed mezem, wyzna i zwierzy mu sie z wszystkiego i powroca szczesliwe dni, gdy przechadzali sie razem po lasach Fontainebleau – on jak zwykle malomowny, a ona tak szczesliwa, ze przy jego meznym sercu znajdzie zawsze spokoj i ukojenie. Im glebiej zastanawiala sie nad wypadkami ubieglej nocy, tym mniej lekala sie Chauvelina i jego planow. Byla pewna, ze nie udalo mu sie wysledzic identycznosci "Szkarlatnego Kwiatu". Lord Fancourt i Chauvelin zapewnili, ze sala jadalna punkt o pierwszej byla pusta i procz Francuza i Percy'ego, nikt wiecej nie przestapil jej progu. Jaka szkoda, ze zapomniala zapytac Percy'ego, czy nie widzial w sali nikogo procz Francuza… W kazdym razie niebezpieczenstwo minelo dla nieznanego szlachetnego bohatera, ktory nie wpadl w sidla Chauvelina. Jego smierc nie bedzie ciazyc na jej sumieniu. Wprawdzie nad Armandem wisialo jeszcze niebezpieczenstwo, ale Percy dal slowo, ze nic zlego mu sie nie stanie, i gdy ujrzala odjezdzajacego meza, nie watpila ani przez chwile o skutecznosci jego przedsiewziecia. Gdy Armand stanie bezpiecznie na angielskiej ziemi, Malgorzata nie pozwoli mu juz powrocic do Francji… Czula sie prawie szczesliwa i zasunawszy szczelnie firanki przed promieniami slonca, polozyla sie, wsparla glowe o poduszki i jak zmeczone dziecko zapadla w spokojny, cichy sen. Rozdzial XVIII. Tajemnicze godlo Slonce stalo juz wysoko, gdy Malgorzata obudzila sie odswiezona dlugim snem. Luiza przyniosla jej swieze mleko i koszyczek owocow, a mloda lady z ochota spozyla ten lekki posilek. Mysli jej wciaz scigaly lotem ptaka wysoka postac meza, wyjezdzajacego przez brame przed pieciu godzinami. W odpowiedzi na jej niespokojne pytania, Luina zawiadomila pania, ze groom juz powrocil z Sultanem, pozostawiwszy sir Percy'ego w Londynie. Groom przypuszczal, ze jego pan wsiadzie na poklad swego jachtu, ktory stal na kotwicy niedaleko London Bridge. Sir Percy udal sie tam konno, spotkal sie z Briggs'em, kapitanem "Day Dreamu", i odeslal grooma z Sultanem do Richmond. Te wiadomosci wprawily Malgorzate w zdumienie. Dokad mogl maz udac sie teraz na "Day Dream"? Powiedzial, ze jedzie na pomoc Armandowi, a istotnie sir Percy mial wplywowych przyjaciol. Moze wiec jechal do Greenwich? Malgorzata zaprzestala snucia dalszych domyslow w nadziei, ze wszystko niebawem sie wyjasni. Wszak przyrzekl jej, ze powroci i ze bedzie o niej pamietal. Miala jeszcze przed soba dlugie godziny oczekiwania na przyjaciolke Zuzie de Tournay. Jak psotne dziecko poprosila zeszlej nocy hrabine de Tournay w obecnosci ksiecia Walii o przyslanie jej Zuzanny. Jego krolewska wysokosc przyklasnal glosno temu projektowi, oswiadczajac, ze pozwoli sobie na przyjemnosc odwiedzenia mlodych dam w ciagu dnia, a hrabina nie majac odwagi odmowic, byla zmuszona ulec. Zuzanna miala zatem w perspektywie dlugie i wesole popoludnie w Richmond, a Malgorzata oczekiwala jej z niecierpliwoscia. Pragnela z nia pomowic o przezytych latach szkolnych i doprawdy wolala dzis towarzystwo Zuzanny niz wszelkie inne wizyty. Ale Zuzanna jeszcze nie przyjechala i Malgorzata, juz ubrana, gotowala sie, aby zejsc na dol. Wygladala jak mloda panienka w skromnej, muslinowej sukni, z szeroka, niebieska szarfa, obejmujaca jej smukla kibic, z wytwornym szalem skrzyzowanym na piersiach i pekiem poznych czerwonych roz, przypietych do stanika. Minela przedpokoj wiodacy do jej apartamentow, i stanela na pieknych, debowych schodach, prowadzacych na dol. Po lewej stronie znajdowaly sie pokoje jej meza: caly szereg sal, do ktorych nie wchodzila nigdy. Skladaly sie z sypialni, gotowalni i salonu, a na samym koncu korytarza znajdowal sie gabinet, zawsze zamkniety na klucz, gdy sir Percy w nim nie pracowal. Jedynie jego osobisty kamerdyner, zaufany Frank, mial dostep do tego pokoju. Nikomu nie wolno bylo tam wejsc. Malgorzata nie dopominala sie nigdy o ten przywilej, a sluzba oczywiscie nie smiala przekroczyc surowego zakazu. Malgorzata czesto ze zwyklym lekcewazeniem meza sprzeciwiala mu sie, szydzac z tajemnicy, ktora otaczal swoj prywatny gabinet. Twierdzila z usmiechem, ze odsuwal tak starannie wszystkie ciekawe oczy od swego sanctuarium z obawy, aby sie nie przekonano, jak malo tam pracowal. Z pewnoscia wygodny fotel, sluzacy do drzemki, stanowil cale umeblowanie tego pokoju! Malgorzata przypomniala sobie te drwiny, gdy teraz w ten jasny pazdziernikowy dzien rozgladala sie po korytarzu. Frank zajety byl z pewnoscia w apartamentach jej meza, gdyz wszystkie drzwi byly otwarte, nawet te od gabinetu. Ogarnela ja dziecinna i palaca ciekawosc, by rzucic okiem na te pracownie. Zakaz oczywiscie nie stosowal sie do niej i Frank nie osmielilby wzbronic jej wstepu. Miala wreszcie nadzieje, ze kamerdyner, zajety w innych pokojach, po prostu nie zauwazy jej obecnosci i nie sciagnie na siebie gniewu meza. Cichutko na palcach przeszla przez korytarz i jak zona Sinobrodego, drzac z ciekawosci i strachu, stanela na progu gabinetu, dziwnie zmieszana. Drzwi byly przymkniete, Malgorzata nie mogla nic zobaczyc. Pchnela je niesmialo i nie slyszac zadnego szmeru weszla bez wahania. Gabinet byl pusty. Uderzyl ja surowy wyglad pokoju. Ciemne i ciezkie kotary, masywne debowe meble, dwie mapy na scianach nie ujawnialy w niczym upodoban owego amatora wyscigow, modnego salonowca i prozniaka, slowem czlowieka takiego, jakim byl w oczach swiata baron Percy Blakeney. Nic tu nie swiadczylo o pospiesznym wyjezdzie. Wszystkie przedmioty byly na swoim miejscu, na posadzce nie lezal ani jeden kawalek papieru, ani jedna szuflada lub szafa nie byla otwarta. Przez odsuniete firanki wchodzilo ranne, swieze powietrze. Pod oknem stalo ciezkie, masywne biurko, ktore widocznie czesto i wiele bylo uzywane. Po lewej stronie biurka, siegajac niemal od podlogi do sufitu, wisial na scianie wspanialy portret kobiety, naturalnej wielkosci, oprawny w bogate ramy i podpisany nazwiskiem Bouchera. Byla to matka sir Percy'ego Blakeney'a. Malgorzata wiedziala o niej bardzo malo. Slyszala tylko, ze umarla na kontynencie, chora na ciele i umysle, gdy Percy byl jeszcze dzieckiem. Musiala byc cudownie piekna, gdy Boucher ja malowal, i kiedy Malgorzata wpatrzyla sie uwaznie w portret, uderzylo ja nadzwyczajne podobienstwo miedzy matka a synem. To samo niskie czolo, okolone gestym jasnym wlosem, miekkim jak jedwab, te same glebokie niebieskie oczy, pod ciemnymi prostymi brwiami, a w oczach, mimo pozornej sennosci, ta sama sila, ten sam ognisty temperament, ktory palal w spojrzeniu syna w dawno minionych dniach… Zeszlej nocy o swicie znow spostrzegla ow wyraz, gdy zblizyla sie do niego i gdy serdeczniejsza nuta zabrzmiala w jej glosie… Malgorzata wpatrywala sie w portret z ogromnym zainteresowaniem, a pozniej wzrok jej padl na ciezkie biurko, zarzucone stosem papierow zwiazanych, poukladanych jak urzedowe akta, co nadawalo im wyglad faktur i rachunkow, ulozonych we wzorowym porzadku. Malgorzata nie zastanawiala sie nigdy -niestety, nie przyszlo jej to dotad na mysl – jakim sposobem sir Percy, ktoremu caly swiat odmawial inteligencji, zarzadzal olbrzymia fortuna, pozostawiona mu przez ojca. Od chwili przekroczenia progu tego pokoju, tak systematycznie uporzadkowanego, tyle miala przeroznych niespodzianek, ze oczywisty dowod niezwyklych zdolnosci administracyjnych jej meza nie zdziwil jej, tylko potwierdzil w przekonaniu, ze poza na zewnetrzna plytkosc, bezsensowne dowcipy i plaskie rozmowy byla maska nie tylko jego uczuc. Cale jego zewnetrzne zachowanie krylo bardzo umiejetnie glebsze powody wyuczonej komedii. Malgorzata zastanowila sie, dlaczego maz jej postepowal w ten wlasnie sposob; po co robil to wszystko, dlaczego on, ktory byl najwidoczniej niezwykle powaznym i rozumnym czlowiekiem, chcial uchodzic w oczach rodakow za bezmyslnego glupca? Czy dla ukrycia milosci dla kobiety, ktora go lekcewazyla? Przeciez mogl znalezc inny sposob, bez tylu ofiar i wysilkow, jakie pociagala za soba nieustajaca komedia, nie licujaca z jego usposobieniem. Spojrzala dokola, szukajac odpowiedzi. Niewytlumaczony lek ogarnal ja przed ta niezbadana tajemnica, wstrzasnal nia dreszcz, poczula sie nieswojo w tym surowym, zimnym pokoju. Spostrzegla, ze na scianach nie bylo zadnego obrazu, procz portretu Bouchera, a tylko wisialy mapy Francji, jedna przedstawiajaca polnocne wybrzeza, a druga okolice Paryza. Po co byly mu potrzebne te mapy? Poczula gwaltowny bol glowy i postanowila opuscic ten dziwny pokoj Sinobrodego, nie rozwiazawszy jego zagadki. Obawiala sie wreszcie, by Frank jej tu nie zastal i rzuciwszy ostatnie spojrzenie, podeszla ku drzwiom; ale w tej wlasnie chwili potracila stopa maly przedmiot, lezacy na dywanie tuz kolo biurka, ktory potoczyl sie na srodek pokoju. Schylila sie, aby go podniesc. Byl to gruby, zloty pierscien, o plaskim kamieniu, na ktorym lsnilo wyryte godlo. Malgorzata uwaznie przypatrzyla sie rysunkowi, ktory przedstawial maly, czerwony kwiatek w ksztalcie gwiazdki. Widziala go juz dokladnie dwa razy: w operze i na balu u lorda Grenville'a. Rozdzial XIX. "Szkarlatny Kwiat" Malgorzata nie byla w stanie okreslic, kiedy wlasciwie zaczela odgadywac prawde. Z mocno zacisnietym w palcach pierscieniem wybiegla do ogrodu, aby w samotnosci moc przyjrzec sie uwazniej sygnetowi i jego godlu. Siedziala bez ruchu w cieniu zwieszajacych sie galezi klonu, z oczyma utkwionymi bezmyslnie w plaski kamien i w kwiatek na nim wyryty. Przesuwaly sie blyskawicznie przez jej mozg niedorzeczne przypuszczenia i szalone podejrzenia. Widziala wszedzie jakies tajemnicze znaki, jakies dziwaczne symbole w najprostszych zdarzeniach. Czyz w Londynie nie uzywali wszyscy i nie nosili owego godla zagadkowego bohatera? Czyz ona sama nie kazala wyhaftowac go na swych sukniach i nie stroila wlosow rubinami, nasladujacymi jego ksztalt? Czyz jest w tym cos dziwnego, ze sir Percy wybral czerwony kwiatek na pieczatke? Wszystko to mozna bylo przeciez tak latwo wytlumaczyc… tak bardzo latwo, i wreszcie coz mogl miec wspolnego wytworny salonowiec, strojny wygodnis ze smialym spiskowcem, ktory ratowal ofiary krwiozerczej rewolucji? Mysli jej plataly sie chaotycznie i nie wiedziala, gdzie sie znajduje, ani co sie dokola niej dzieje. Ocknela sie dopiero na dzwiek mlodego glosu, ktory wolal ja po imieniu. – Malgorzato, gdzie jestes? Zuzanna, swieza jak paczek rozy, z oczyma rozesmianymi i rozwianymi od ranego powiewu ciemnymi lokami, ukazala sie na zakrecie alei. – Powiedziano mi, ze jestes w ogrodzie – szczebiotala wesolo, rzucajac sie jak dziecko w ramiona kolezanki. – Pobieglam sama po ciebie, aby zrobic ci niespodzianke; nie spodziewalas sie mnie tak wczesnie, droga moja Margot, nieprawdaz? Malgorzata ukryla spiesznie pierscien w faldach szala i starala sie odpowiedziec mlodej dziewczynie z rowna wesoloscia i swoboda. – Tak, kochanie moje -odrzekla z usmiechem – jakze sie ciesze, ze spedzimy razem dzisiejszy dzien. Bede cie miala wylacznie dla siebie i mam nadzieje, ze nie bedziesz sie ze mna nudzic. – Nudzic sie! Ach, Margot, jak mozesz byc tak niedobra. Wszak jeszcze w naszym drogim starym klasztorze czulysmy sie zawsze najszczesliwsze, gdy nam pozwolono z soba rozmawiac sam na sam. – I mowic sobie tajemnice. Dwie mlode kobiety, ujawszy sie za rece, zaczely przechadzac sie po ogrodzie i wspanialym zwierzyncu. – Ach, jak cudny jest ten twoj dom, Margot ukochana – zawolala Zuzanna z zachwytem – i jak musisz w nim byc szczesliwa! – O, tak… powinnam czuc sie szczesliwa – odparla Malgorzata ze smutnym westchnieniem. – Czemu to mowisz z takim smutkiem? Ale przypuszczam, ze teraz jako mezatka nie bedziesz chciala mi sie zwierzac jak dawniej… czy pamietasz, jak duzo mialysmy wspolnych tajemnic? Niektorych nie chcialysmy zdradzic siostrze Teresie od sw. Aniolow, choc byla taka dobra. – A czy teraz masz takze wazna tajemnice? – zapytala wesolo Malgorzata. – Mam nadzieje, ze opowiesz mi wszystko, i ze nie bedziesz sie wstydzila, kochanie – dodala, widzac, ze twarzyczka Zuzanny powlokla sie ciemnym rumiencem. – Naprawde, nie ma sie czego wstydzic. Jest to szlachetny i prawy czlowiek, z ktorego moze byc dumna narzeczona i zona. – Nie wstydze sie – odparla cicho Zuzanna – i jestem bardzo szczesliwa, ze tak pochlebnie sie o nim wyrazasz. Mam nadzieje, ze mama pozwoli -dodala w zamysleniu – i bylabym tak szczesliwa! Ale naturalnie nie moge marzyc o malzenstwie, poki papa znajduje sie w niebezpieczenstwie. Malgorzata drgnela. Ojciec Zuzanny, hrabia de Tournay, jeden z tych, ktorych zycie bedzie w najwyzszym stopniu zagrozone, jezeli Chauvelin dowie sie, kim jest "Szkarlatny Kwiat"! Zrozumiala z kilku slow hrabiny i czlonkow ligi, ze tajemniczy wodz przyrzekl uroczyscie uratowanie hrabiego de Tournay. I kiedy Zuzanna, nieswiadoma swiezych wypadkow, a zajeta jedynie wlasnym sekretem, szczebiotala w dalszym ciagu, mysli Malgorzaty wrocily do wydarzen zeszlej nocy: niebezpieczenstwo, w jakim znajdowal sie Armand, grozby Chauvelina i jego okrutne ultimatum "ten, albo tamten", ktore przyjela. A potem jej wlasny udzial w tej sprawie i ow moment w sali jadalnej lorda Grenville'a, gdy agent francuskiego rzadu mial odkryc, kim jest ten smialek, uragajacy tak dlugo calym zastepom szpiegow i zuchwale ratujacy nieprzyjaciol Francji… Od tej chwili nie slyszala juz nic o Chauvelinie, z czego wnioskowala, ze mu sie jego akcja nie powiodla; nie obawiala sie jednak o Armanda: czyz Percy nie obiecal jej, ze nic zlego mu sie nie stanie? I oto nagle, wsrod wesolego opowiadania Zuzanny, odczula straszny lek, jakie beda skutki jej uczynku. Wprawdzie Chauvelin nic jej nie powiedzial, ale przypomniala sobie ironiczny, diabelski wyraz jego twarzy, gdy zegnala sie z nim po balu. Czy domyslal sie czegos? Czy mial jakis konkretny plan pojmania zuchwalego spiskowca i wyslania go na szafot bez najmniejszych skrupulow i zwloki? Serce jej zamarlo z trwogi i reka kurczowo scisnela pierscien, ukryty w faldach sukni. – Nie sluchasz mnie, droga Malgorzato! – rzekla z wyrzutem Zuzanna, przerywajac zwierzenia. – Alez tak, kochanie, zareczam ci, ze slucham – zaprzeczyla, silac sie na usmiech. – Lubie sluchac twych opowiadan i szczescie twoje sprawia mi tak wielka radosc… nie lekaj sie, postaramy sie o pozwolenie twej mamy. Sir Andrew Ffoulkes jest angielskim gentlemanem, ma majatek i wysokie stanowisko, wiec hrabina nie odmowi pozwolenia. Ale teraz powiedz, jakie sa najswiezsze wiadomosci o twoim ojcu? – Najlepsze, jakie moga byc -odparla Zuzanna z uniesieniem -lord Hastings przyszedl do mamy dzis rano bardzo wczesnie; doniosl nam, ze sprawa ojca rozwija sie pomyslnie i ze mozemy oczekiwac go tu w Anglii za cztery dni. – Naprawde? – zapytala Malgorzata, ktorej blyszczace oczy byly utkwione w Zuzanne. – Nie obawiamy sie juz teraz niczego – ciagnela dalej wesolo Zuzanna. – Czy wiesz, ze sam "Szkarlatny Kwiat" pojechal, aby pape ratowac? On naprawde pojechal – dodala z uniesieniem. – Dzis rano byl w Londynie, a w Calais zjawi sie moze jutro – i tam ma sie spotkac z papa, a potem… Cios byl zadany. Czekala nan juz dlugo, choc przez ostatnie pol godziny oszukiwala sama siebie, starajac sie stlumic zwiekszajacy sie wciaz lek. Pojechal do Calais, byl w Londynie dzis rano… on… "Szkarlatny Kwiat"… Percy Blakeney… jej maz, ktorego wydala zeszlej nocy jak Judasz w rece Chauvelina… Percy, Percy, jej maz. Ach, jak mogla byc tak slepa! Zrozumiala teraz wszystko: role, jaka gral… maske, ktora nosil, aby zmylic czujnosc wszystkich… I czynil to wszystko widocznie dla sportu, z jakiegos junackiego upodobania do niebezpieczenstwa, ratowal od smierci mezczyzn, kobiety i dzieci, jak inni ludzie zabijaja z rozkosza zwierzeta na polowaniu. Ten bogaty, wyniosly magnat chcial miec cel w zyciu, tchnal go w serce mlodych zapalencow, ktorych skupial pod swym sztandarem, by od szeregu miesiecy narazac wlasne zycie w zamian za ratowanie bliznich z rak katow!… A moze sir Percy mial poczatkowo zamiar wtajemniczyc w swe czyny zone, ale gdy doszly go wiesci o smierci margrabiego St. Cyra, odsunal sie od niej, obawiajac sie, ze pewnego dnia zdradzi go wraz z jego towarzyszami, ktorzy przysiegli mu wiernosc w dobrej i zlej doli. I dlatego to gral przed nia i przed swiatem te wzniosla komedie, gdy setki ludzi zawdzieczaly mu zycie i szczescie rodzinne. Maska byla przepyszna, komedia znakomicie odegrana. Nic dziwnego, ze szpiegom Chauvelina nie przyszlo na mysl szukac w tym lekkomyslnym polglowku smialego meza, ktory genialna pomyslowoscia wprowadzal w blad najbieglejszych szpiegow na ziemi francuskiej i angielskiej. Nawet zeszlej nocy, gdy Chauvelin wszedl do sali jadalnej lorda Grenville'a, w poszukiwaniu "Szkarlatnego Kwiatu", zastal tylko ograniczonego sir Percy'ego Blakeney'a, pograzonego w glebokim snie w rogu kanapy. Czy chytry jego umysl odgadl tajemnice? W tym lezala cala okropna, przerazajaca zagadka. Zdradzajac nieznanego, bezimiennego czlowieka, celem wyratowania brata, Malgorzata Blakeney wyslala na smierc wlasnego meza. – Nie, nie, po tysiac razy nie! – starala sie uspokoic wewnetrzna meke. Czyz przeznaczenie moglo byc tak okrutne? Sama natura zaprotestowalaby przeciw takiej nikczemnosci i ta reka, trzymajaca zeszlej nocy ow skrawek papieru, przyczyne zlego, bylaby raczej uschla, niz dopuscila do takiej zbrodni! – Co ci jest, droga? -zapytala Zuzanna z niepokojem, zauwazywszy smiertelna bladosc przyjaciolki. – Czy jestes chora? – Nic, nic, dziecko – szepnela jakby w polsnie. – Czekaj… niech sie zastanowie. Mowilas, ze "Szkarlatny Kwiat" dzisiaj wyjechal? – Malgorzato najmilsza, przestraszasz mnie! – Mowie ci, ze nic mi nie jest, tylko musze pozostac przez chwile sama i bede zmuszona skrocic dzisiejsza pogawedke. Musze wyjechac. Niebawem zrozumiesz wszystko… – Czuje, ze cos sie stalo, ze pragniesz byc sama i nie chce ci przeszkadzac. Moja panna sluzaca odwiezie mnie do domu, wiec nie troszcz sie o mnie, droga Margot. Zarzucila ramiona na szyje kolezanki, odczuwajac gleboki bol przyjaciolki; ale nie smiala zadawac zadnych pytan, zrozumiawszy z wrodzona sobie delikatnoscia, ze lepiej bedzie zostawic ja sama. Zuzanna pozegnala serdecznie Malgorzate i oddalila sie z glebokim smutkiem. Lady Blakeney pozostala na miejscu bez ruchu, rozmyslajac o tym, co dalej nalezy czynic. W chwili gdy Zuzanna wstepowala na schody tarasu, spostrzegla biegnacego ku swej pani grooma, ktory niosl zapieczetowany list. Zuzana instynktownie wrocila, obawiajac sie nowych niepomyslnych wiadomosci dla przyjaciolki. Jej biedna Margot byla juz tak przybita, ze nie znioslaby z pewnoscia nowego ciosu! Groom stanal z uszanowaniem przed swoja pania i wreczyl jej zapieczetowana koperte. – Co to jest? – zapytala Malgorzata. – Poslaniec przyniosl w tej chwili ten list, pani. Malgorzata wziela list drzaca reka i zapytala: – Kto przyslal poslanca? – Tego nie mowil – odrzekl groom – powiedzial mi tylko, ze mial rozkaz oddania listu i ze domyslisz sie juz sama, pani, kto go przysyla. Malgorzata rozdarla koperte. Z gory przeczula jej zawartosc. Byl to list Armanda St. Justa do sir Andrewa Ffoulkes'a, ow dokument skradziony przez szpiegow Chauvelina w "Odpoczynku Rybaka", ktory, w rekach francuskiego agenta sluzyl za bicz, zmuszajacy ja do posluszenstwa. Chauvelin dotrzymal slowa i odsylal kompromitujacy list Armanda, gdyz byl na sladach "Szkarlatnego Kwiatu". W oczach Malgorzaty pociemnialo, zachwiala sie i pewnie by upadla, ale podtrzymala ja troskliwa Zuzanna. Z nadludzkim wysilkiem opanowala sie, wiedzac, ze ma przed soba wazne zadanie. – Przyprowadz mi tu poslanca -rzekla spokojnie do sluzacego. -Wszak jeszcze nie odszedl? – Nie, pani. Groom oddalil sie, a Malgorzata zwrocila sie do Zuzanny. – A ty, dziecko, idz do domu i powiedz swej sluzacej, aby byla gotowa do drogi. Obawiam sie, ze bede zmuszona cie odeslac. Kaz mojej sluzebnej przygotowac dla mnie suknie podrozna i plaszcz. Zuzanna nic nie odpowiedziala. Ucalowala serdecznie Malgorzate i oddalila sie bez slowa, gleboko przygnebiona strasznym, bezbrzeznym cierpieniem, wyrytym na twarzy przyjaciolki. Po chwili groom powrocil z poslancem. – Kto wreczyl ci ten list? -zapytala Malgorzata. – Pewien gentleman, pani -odrzekl poslaniec – w zajezdzie "Roza i Oset", naprzeciw Charing Cross. Mowil mi, ze bedziesz juz wiedziala o co chodzi. – W zajezdzie "Roza i Oset"? Co tam robil? – Czeka, pani, na powoz, ktory zamowil. – Na powoz? – Tak, pani, zamowil powoz specjalnie dla siebie. Jego sluzacy powiedzial mi, ze jedzie prosto do Dover. – Dobrze. Mozesz odejsc. Zwrocila sie do grooma. – Niech zajedzie w tej chwili moj powoz, zaprzezony w cztery najszybsze konie, jakie sa w stajni. Groom i poslaniec oddalili sie pospiesznie, aby wypelnic rozkazy. Malgorzata pozostala w ogrodzie sama, nieruchoma, jakby skamieniala. Patrzyla przed siebie z rekami kurczowo zacisnietymi na piersiach, a usta jej poruszaly sie wciaz w tragicznym, bezradnym szepcie: – Co mam zrobic? Co mam zrobic? Gdzie go szukac?… O Boze, oswiec mnie! Ale nie bylo czasu na wyrzuty sumienia i rozpacz. Popelnila bezwiednie czyn okropny, najwieksza zbrodnie, jakiej kobieta kiedykolwiek sie dopuscila. Wiedziala o tym dobrze, a sam fakt, ze nie domyslila sie tajemnicy meza, byl grzechem nie do przebaczenia. Powinna byla wiedziec. Jak mogla przypuszczac, aby czlowiek, ktory potrafil kochac tak, jak Percy Blakeney ja niegdys kochal, stal sie owym lekkomyslnym glupcem, za ktorego chcial uchodzic. Powinna byla odczuc, ze nosil maske, a przekonawszy sie o tym, zmusil go do szczerosci. Ale jej milosc do meza tlumila pycha i lekcewazenie i oba te uczucia nie pozwolily jej zrozumiec wielkosci sir Percy'ego. Lecz po coz w tej tragicznej chwili powracac do przeszlosci? Zawinila przez wlasne zaslepienie i musiala za nie odpokutowac nie proznymi skargami, lecz energicznym pozytecznym czynem. Blakeney wyjechal do Calais, nie domyslajac sie, ze najzacieklejszy wrog go sciga. Wsiadl wczesnym rankiem na okret w London Bridge, a jezeli mial pomyslny wiatr, to mogl bez watpienia dobic do brzegow Francji w przeciagu dwudziestu czterech godzin. Sadzila, ze Chauvelin siadzie na pocztowe konie do Dover, najmie statek i prawdopodobnie przybedzie do Calais rownoczesnie z Percym. Tutaj Percy spotka sie ze zbiegami z Francji, ktorzy z niecierpliwoscia czekali na dzielnego i szlachetnego zbawce. Oczy Chauvelina sledzic beda kazdy jego ruch, i oto Percy narazi nie tylko wlasne zycie, ale i zycie ojca Zuzanny i innych uchodzcow, pokladajacych w nim cala nadzieje. W gre wchodzilo takze zycie Armanda, ktory bez najmniejszej obawy pojechal na spotkanie hrabiego de Tournay, wiedzac, ze "Szkarlatny Kwiat" nad nim czuwa. W rekach Malgorzaty spoczywalo zycie jej meza i wszystkich tych ludzi, wiec musiala ich ratowac za wszelka cene, jezeli jej odwaga i pomyslowosc stana na wysokosci zadania. Czula jednak, ze sama nie mogla wykonac tego planu. Dojechawszy do Calais, nie wiedzialaby, gdzie szukac meza, gdy tymczasem Chauvelin, z pomoca skradzionych papierow w Dover, trzymal w reku wszystkie nici akcji. Przede wszystkim nalezalo przestrzec Percy'ego. Wiedziala, ze nie opusci on nigdy tych, ktorzy mu zaufali, i ze nie odstraszy go zadne niebezpieczenstwo i ze nie wyda hrabiego de Tournay w rece krwawych katow. Ale trzeba go przestrzec, aby mial czas stworzyc nowy plan i uzbroic sie w ostroznosc i przezornosc. Nie spodziewajac sie niczego zlego, wpadlby w zrecznie zastawione sidla, lecz gdyby go ostrzezono, moglby jeszcze dopiac celu. A jezeli nie powiedzie mu sie, jezeli przeznaczenie i Chauvelin ze srodkami, jakimi rozporzadzal, okaza sie silniejsze od smialego spiskowca, wtedy przynajmniej stanie przy jego boku, aby go pokrzepic na duchu, kochac i oslodzic ostatnie chwile. Zgina razem, swiadomi, ze milosc rodzi milosc i ze jej potega zwalcza wszystko. Powziela wielkie, niezlomne postanowienie, wyprostowala sie i skupila w sobie. Wiedziala teraz, co nalezalo czynic, jezeli Bog doda jej sil i pomocy. Oczy jej stracily bledny wyraz i palaly wewnetrznym ogniem w nadziei rychlego spotkania wsrod smiertelnych niebezpieczenstw. Blyszczaly radoscia na mysl dzielenia tych niebezpieczenstw z Percym, niesienia mu pomocy i pozostania przy nim az do konca, jezeli smierc okaze sie koniecznoscia. Dziecinna twarzyczka Malgorzaty spowazniala. Zaciela usta na kurczowo zacisnietych zebach; gleboka zmarszczka na czole, swiadczaca o niezlomnej woli i niezachwianym postanowieniu, pojawila sie miedzy lukami prostych brwi -juz miala gotowy plan. Postanowila udac sie do sir Andrewa Ffoulkes'a, ktory byl najlepszym przyjacielem jej meza. Malgorzata przypomniala sobie z rozrzewnieniem, z jakim slepym entuzjazmem mlody czlowiek wyrazal sie zawsze o swym tajemniczym wodzu. Byla pewna jego pomocy. Ujrzala nadjezdzajacy powoz. Nie spieszac sie zbytecznie, ale bez cienia wahania, weszla spokojnie do domu, by sie przebrac, usciskac Zuzanne i wyjechac. Rozdzial XX. Przyjaciel W pol godziny pozniej Malgorzata, zatopiona w myslach, siedziala w powozie, dazacym do Londynu. Pozegnala Zuzanne i odeslala ja ze sluzaca do miasta swymi wlasnymi konmi. Wyslala jednego poslanca z listem pelnym uszanowania do jego krolewskiej wysokosci, proszac ksiecia Walii, aby odlozyl na inny dzien laskawa wizyte, gdyz nie mogla go przyjac z powodu nieprzewidzianych wypadkow. Drugi lokaj udal sie na jej rozkaz do Faversham, celem przygotowania przeprzegu. Nastepnie zmienila muslinowa suknie na ciemny podrozny stroj i plaszcz, zaopatrzyla sie w pieniadze, ktorymi maz hojnie ja zawsze obdarzal i udala sie w podroz. Nie ludzila sie proznymi nadziejami. Zycie Armanda zalezalo od mozliwosci schwytania "Szkarlatnego Kwiatu" i wobec tego faktu Chavelin odeslal jej kompromitujacy list brata; nie miala najmniejszej watpliwosci, iz odgadl kim jest sir Percy. Ta straszna rzeczywistosc nie pozwolila na zadne zludzenia. Percy, jej maz, ktorego dzis tak kochala, uwielbiala za jego mestwo i bohaterstwo, znajdowal sie z jej powodu w smiertelnym niebezpieczenstwie. Wydala go w rece nieprzyjaciol prawie bezwiednie, ale jezeli szczescie bedzie sprzyjac Chauvelinowi, na jej sumieniu zaciazy smierc meza. Jego smierc! Czula sie gotowa oddac w jego obronie ostatnia krople krwi!… Kazala sie zawiezc do zajazdu "Pod Korona". Stanawszy na miejscu, polecila woznicy nakarmic konie, a sama zamowiwszy lektyke udala sie do Pall Mall, gdzie mieszkal sir Andrew Ffoulkes. Wsrod przyjaciol, ktorych Percy zgromadzil pod swoim sztandarem, miala najwieksze zaufanie do sir Andrewa. Uwazala go zawsze za swego przyjaciela, a milosc mlodego Anglika do Zuzanny zblizala ja jeszcze bardziej do niego. W razie jego nieobecnosci lub wyjazdu zwrocilaby sie do lorda Hastingsa albo lorda Tony, gdyz bez pomocy jednego z nich nie mogla zadna miara uratowac meza. Sir Andrew byl w domu. Sluzacy wprowadzil ja do pieknego kawalerskiego mieszkania i pozostawil w komfortowej sali jadalnej. Malgorzata czekala na sir Andrew zaledwie dwie, trzy minuty. Jej niespodziewana obecnosc mocno zadziwila mlodzienca. Patrzyl na Malgorzate z niepokojem i pewnym niedowierzaniem, skladajac przed nia wykwintny uklon, jakiego wymagala surowa owczesna etykieta. Malgorzata nie ujawnila najmniejszego zdenerwowania. Byla zupelnie spokojna i odkloniwszy sie rownie ceremonialnie rzekla: – Sir Andrew! nie mam zamiaru tracic czasu na dlugie tlumaczenia. Musisz mi uwierzyc, ze wasz wodz i towarzysz "Szkarlatny Kwiat" a moj maz Percy Blakeney, jest w smiertelnym niebezpieczenstwie. Wszelkie watpliwosci, ktore jeszcze moglam miec co do prawdziwosci domyslow, rozwialy sie w tej wlasnie chwili. Sir Andrew zaskoczony ta nieoczekiwana wiescia, zbladl smiertelnie i nie byl w stanie znalezc zadnej odpowiedzi. – Nie chodzi o to, skad sie o wszystkim dowiedzialam -ciagnela dalej – moze Bog pozwoli, ze uda sie nam jeszcze uratowac Percy'ego, jednak nie moge tego sama dokonac i przyszlam po ratunek do ciebie. – Lady Blakeney – wyszeptal mlody czlowiek, usilujac zebrac mysli – ja… – Czy chcesz mnie wysluchac? -przerwala. – Oto moje wyjasnienia: gdy agent rzadu francuskiego zrabowal wasze papiery w Dover, znalazl pomiedzy nimi pewne plany uratowania zycia hrabiemu de Tournay. "Szkarlatny Kwiat" -Percy, moj maz, wyjechal dzis rano, aby ten plan wykonac. Chauvelin wie, ze "Szkarlatny Kwiat" i Percy Blakeney sa ta sama osoba. Pojedzie za nim do Calais i tam go schwyci. Wiesz rownie dobrze, jaki los mu zgotuje rzad rewolucyjny we Francji. Nie pomoze zadne wstawiennictwo Anglii, ani nawet krola Jerzego. Robespierre i jego pomocnicy postaraja sie juz o to, aby wstawiennictwo przyszlo za pozno. Ale nie dosc na tym: wodz, ktoremu wszyscy zaufali, zdradzi nieswiadomie kryjowke hrabiego de Tournay i jego towarzyszy niedoli. Mowila spokojnie, ale w glosie jej drgalo niezlomne postanowienie. Pragnela za wszelka cene przekonac mlodzienca o prawdziwosci tych slow, aby zdobyc jego pomoc, gdyz bez niego nic uczynic nie mogla. – Nie rozumiem – powtarzal, starajac sie zyskac na czasie, gdyz nie wiedzial, co mu nalezalo czynic. – Zdaje mi sie, przeciwnie, ze rozumiesz. Przeciez musi pan odczuwac, ze mowie prawde. Rozwaz spokojnie okolicznosci, ktore ci przedstawiam: Percy wyjechal do Calais, aby dotrzec stamtad do pewnej odleglej miejscowosci nad brzegiem morza, a Chauvelin go sciga. Wyjechal juz poczta do Dover i prawdopodobnie przeplynie kanal dzis w nocy. Jak sadzisz, co sie stanie? Mlodzieniec milczal. – Percy dojdzie do umowionego miejsca, nie wiedzac o tym, ze go scigaja. Polaczy sie z Tournay'em i innymi zbiegami, miedzy ktorymi znajduje sie moj brat Armand, a tymczasem przenikliwe oczy szpiegow sledzic beda wszystkie jego ruchy. Zdradziwszy w ten sposob zupelnie bezwiednie tych nieszczesliwych, bedzie usilowal przedostac sie z nimi do Anglii. Ale wtedy drzwi pulapki zamkna sie za nimi i "Szkarlatny Kwiat" zakonczy bohaterskie zycie na gilotynie. Sir Andrew wciaz milczal. – Nie wierzysz mi! – zawolala z rozpacza. – Moj Boze, czyz nie slyszysz dzwieku szczerego w mych slowach? Przyjacielu! -dodala, chwytajac za ramiona mlodzienca i zmuszajac go, aby spojrzal jej prosto w oczy. -Powiedz! czy wygladam na najwstretniejszego potwora na swiecie, na kobiete, ktora chce zdradzic wlasnego meza? – Bron Boze, lady Blakeney, abym przypisywal tobie tak niskie zamiary, ale… – Ale co? Powiedz mi czlowieku, kazda chwila jest bezcenna! – Czy zechcesz mi wyjasnic -rzekl powaznie, patrzac badawczo w jej niebieskie oczy – czyja reka pomogla Chauvelinowi do zdobycia tych wiadomosci? – Moja! – odrzekla smialo. -Przyznaje sie do tego i nie chce klamac przed toba, abys slepo mi wierzyl. Ale przeciez nie wiedzialam o niczym. Jakzez moglam przeczuc, kim jest "Szkarlatny Kwiat". Mialam okupic tym wyznaniem zycie brata… – Pomagajac Chauvelinowi w odkryciu "Szkarlatnego Kwiatu"? Skinela glowa potwierdzajaco. – Uwazam za zbyteczne opowiadac, w jaki sposob Chauvelin mnie do tego zmusil. Armand jest wiecej dla mnie niz bratem i czyz moglam odgadnac? Ale tracimy czas! Kazda sekunda stracona moze zawazyc na szali. Na milosc Boska, moj maz jest w niebezpieczenstwie! Twoj wodz, twoj przyjaciel, twoj towarzysz! Pomoz mi go ratowac! Sir Andrew znalazl sie w bardzo trudnym polozeniu. Przysiagl swemu wodzowi posluszenstwo i dotrzymanie tajemnicy, a teraz ta kobieta, ktora z pewnoscia mowila prawde, twierdzila, ze zycie jego przyjaciela, jego wodza bylo zagrozone. – Lady Blakeney – rzekl w koncu – jestem w ciezkim polozeniu i nie wiem jak postapic. Powiedz mi co nalezy czynic, jest nas dziewietnastu gotowych wylac krew do ostatniej kropli, jezeli "Szkarlatny Kwiat" znajduje sie w niebezpieczenstwie. – Nie chodzi na razie o wasze zycie, moj drogi – rzekla sucho. – Cztery szybkie konie i moja glowa wystarcza, ale musze wiedziec, gdzie go znalezc -dodala ze lzami. – Upokorzylam sie przed toba, przyznalam sie do winy i czyz mam jeszcze wyjawic swoja slabosc? Moj maz i ja bylismy sobie obcy, gdyz on mi nie ufal, a ja bylam zaslepiona i nie rozumialam go. Musisz przyznac, ze przez ciezka zaslone, ktora rzucil mi na oczy, nielatwo bylo dojrzec prawde. Nic wiec dziwnego, ze popelnilam omylke. Ale zeszlej nocy, gdy wtracilam go mimo woli w tak smiertelna pulapke, zaslona zsunela sie nagle z mych oczu. Jezeli odmowisz mi pomocy, sprobuje mimo to uratowac meza; uzyje wszystkich sposobow, jakimi jestem w stanie rozporzadzac, a gdy okaze sie bezsilna, gdy przyjde za pozno, nic ci nie pozostanie, procz wiecznych wyrzutow sumienia. – Alez, lady Blakeney – rzekl mlody czlowiek, wzruszony szczeroscia tej pieknej kobiety – czy wiesz, ze twoj zamiar jest szalenstwem? Nie mozesz zadna miara sama odbyc podrozy do Calais, gdyz narazilabys sie na najwieksze niebezpieczenstwo, a odnalezienie twego meza wydaje mi sie niemal nieprawdopodobne, pomimo najscislejeszych wskazowek z mej strony. – Ach, mam nadzieje, ze sie naraze! – szepnela namietnie -to bedzie moja pokuta… lecz zdaje mi sie, ze sie mylisz; oczy Chauvelina sledza tylko was i nawet mnie nie zauwaza. A wiec spiesz sie, sir Andrew! Powoz czeka i nie ma chwili do stracenia… musze jechac do niego, musze… – powtarzala z zacietym uporem – musze go przestrzec. Czy nie rozumiesz, ze musze go odnalezc, nawet jezeli juz bedzie za pozno, przynajmniej bede przy nim do konca… – Rozkazuj mi, madame. Moi towarzysze i ja poswiecimy z ochota zycie za twego meza. Jezeli chcesz koniecznie osobiscie… – Alez, przyjacielu, czy nie widzisz, ze oszalalabym, gdybys pojechal beze mnie? – Wyciagnela do niego rece. – Czy mi ufasz teraz? – Czekam na twoje rozkazy -odparl spokojnie. – W takim razie – sluchaj: Powoz czeka, aby zawiezc mnie do Dover. Pojedziesz za mna co kon wyskoczy. Spotkamy sie o zmierzchu w "Odpoczynku Rybaka", ktorego Chauvelin bedzie unikal, gdyz go tam znaja. Zdaje mi sie, ze w tej gospodzie bedziemy bezpieczniejsi. Bylabym ci niezmiernie wdzieczna, gdybys mi towarzyszyl do Calais, gdyz, jak sam twierdzisz, moglabym minac sie z sir Percy'm pomimo najscislejszych wskazowek. Wynajmiemy statek w Dover i w nocy przeplyniemy kanal. W przebraniu za mego lokaja, jezeli sie na to zgodzisz, unikniesz prawdopodobnie niebezpieczenstwa i nikt cie nie pozna. – Jestem na twoje uslugi, madame – odparl mlodzieniec z zapalem – i prosze Boga, abys ujrzala "Day Dream", nim dojedziemy do Calais, gdyz obecnie kazdy krok "Szkarlatnego Kwiatu" na ziemi francuskiej naraza go na niebezpieczenstwo ze strony Chauvelina. – Oby Bog cie wysluchal, sir Andrew! A teraz do widzenia. Spotkamy sie wieczorem w Dover, a w nocy rozpocznie sie ciezka walka miedzy mna a Chauvelinem, ktorej nagroda bedzie zycie "Szkarlatnego Kwiatu". Sir Ffoulkes ucalowal jej reke i odprowadzil do lektyki. W kwadrans pozniej Malgorzata byla juz z powrotem w zajezdzie "Pod Korona", gdzie powoz i konie czekaly gotowe do drogi. Za chwile grzmialy kopytami po ulicach londynskich, biegnac ku Dover w szalonym pedzie. Malgorzata nie miala czasu oddawac sie rozpaczy. Trzeba bylo dzialac szybko i energicznie. Mysl, ze sir Andrew byl jej sprzymierzencem i towarzyszem, dodawala jej otuchy. Ufala, ze Bog okaze sie milosiernym, ze nie pozwoli, aby dokonala sie taka ohydna zbrodnia jak smierc sprawiedliwego czlowieka, zadana reka uwielbiajacej go kobiety. Mysli jej pobiegly znow ku temu tajemniczemu bohaterowi, ktorego zawsze bezwiednie kochala, nawet gdy prawdziwe oblicze zaslanial maska przed jej oczyma. Niegdys, w minionych dniach szczescia nazywala go wymarzonym krolem swego serca, a teraz przekonala sie, ze ten tajemniczy wodz, ktorego ona uwielbiala, i ten czlowiek, ktory ja ubostwial, stanowili te sama osobe. Coz wiec dziwnego, ze w jej wyobrazni znow zrodzily sie sny o szczesciu; w ciagu ostatnich godzin tyle przezyla niepokoju, ze poddala sie z rozkosza slodkim marzeniom o szczesciu i nadziei. Monotonny turkot powozu podzialal kojaco na jej rozdraznione nerwy. Oczy, zmeczone wylanymi lzami, zamknely sie bezwiednie i Malgorzata zapadla w niespokojny sen. Rozdzial XXI. Nieoczekiwana przeszkoda Lady Blakeney pozna noca dotarla do gospody, zwanej "Odpoczynkiem Rybaka". Jechala niespelna osiem godzin, dzieki czestym zmianom koni w rozlicznych przydroznych zajazdach, za ktore placila hojnie. Miala zawsze do dyspozycji najlepsze i najsilniejsze konie. Woznica takze byl niestrudzony. Obietnica wysokiej nagrody dopomogla niewatpliwie do podtrzymania jego zapalu, gdyz podczas calej drogi powoz mknal jak wicher. Przyjazd lady Blakeney w nocy wywolal wielki ruch w "Odpoczynku Rybaka". Sally wyskoczyla spiesznie z lozka, a Jellyband wytezyl wszystkie sily, aby godnie przyjac tak wysokiego goscia. Ci poczciwi ludzie dobrze wiedzieli, jak powinni zachowac sie wlasciciele zajazdow w pewnych okolicznosciach i nie okazali najmniejszego zdziwienia na widok damy, przyjezdzajacej bez zadnej opieki o tak niezwyklej godzinie. Bez watpienia zastanawiali sie nad tym faktem i komentowali go, ale Malgorzata zbyt byla przejeta doniosloscia swej podrozy, aby zwazac na takie drobnostki. Wielka sala zajazdu, widownia napadu na dwoch angielskich gentlemanow, byla calkiem pusta. Jellyband spiesznie zapalil lampe, podlozyl ogien na kominku i przysunal do niego wygodny fotel, na ktory Malgorzata opadla zmeczona. – Czy spedzisz tu noc, pani? -zapytala ladniutka Sally, zajeta rozkladaniem snieznobialego obrusu na stole, na wypadek, gdyby Malgorzata zamowila skromna kolacje. – Nie zostane tu przez cala noc – odparla Malgorzata – ten pokoj mi wystarcza, jezeli w nim moge pozostac pare godzin. – Ten pokoj jest na twoje rozkazy, pani – odparl uprzejmie Jellyband, odwracajac ostroznie rumiane oblicze w obawie, by dama nie zauwazyla jego potegujacego sie zdumienia. – Z chwila przyplywu wsiade na pierwszy lepszy okret, lecz moj woznica i sluzba tu pozostana przez kilka dni. Mam nadzieje, ze zajmiesz sie nimi, panie Jellyband. – Tak, pani, niczego im nie bedzie brakowac. Czy Sally moze przyniesc ci jaki posilek? – Owszem, prosze, postaw na stole troche zimnego miesa, a gdy zjawi sie sir Andrew Ffoulkes, popros go tutaj. – Dobrze, pani. Mimo wysilkow twarz zacnego Jellybanda zdradzala najwyzsze oslupienie. Mial wielkie uszanowanie dla sir Percy'ego Blakeney'a i mysl, ze jego zona ucieka z mlodym sir Andrew, przejmowala go zgroza. Co prawda nie mial prawa mieszac sie do tych spraw i nie lubil plotek. Zreszta lady nalezala do owych cudzoziemcow, ktorymi tak pogardzal, coz wiec dziwnego, ze byla rownie niemoralna jak oni wszyscy? – Udaj sie na spoczynek, zacny Jellybandzie – rzekla uprzejmie Malgorzata – i nie czuwajcie ani ty, ani twoja corka. Sir Andrew przyjedzie moze bardzo pozno. Jellyband byl az nadto szczesliwy, iz moze odeslac Sally. Ta cala wyprawa zaczela mu sie stanowczo nie podobac. Mial jednak nadzieje, ze lady Blakeney zaplaci mu hojnie za nocna goscine, a poza tym nic go nie obchodzilo. Sally przygotowala skromna kolacje, zlozona z zimnego miesa, wina i owocow, i ukloniwszy sie nisko, wyszla zadajac sobie pytanie, dlaczego lady ma tak stroskana twarz, skoro zamierza uciec z kochankiem. Malgorzata z lekiem pomyslala o dlugich chwilach oczekiwania, ktore musi spedzic bezczynnie i w udrece niepewnosci. Wiedziala, ze sir Andrew, ktory musial sie zaopatrzyc w liberie lokaja, nie mogl przybyc do Dover wczesniej niz za dwie godziny. Byl znakomitym jezdzcem i te 50 mil pomiedzy Londynem a Dover stanowily dla niego igraszke. Pedzil na pewno co kon wyskoczy, ale nie wszedzie znajdzie dobre konie i nie zdazy wyjechac z Londynu wczesniej jak w godzine po Malgorzacie. W drodze nie mogla zasiegnac zadnych wiesci o Chauvelinie. Woznica nie widzial nikogo, przypominajacego chocby w przyblizeniu zwiedla twarz malego Francuza. Widocznie Chauvelin ja wyprzedzil, ale nie miala odwagi pytac o niego ludzi napotkanych w zajazdach, w ktorych zatrzymywala sie dla zmiany koni, w obawie, ze Chauvelin obsadzil cala droge szpiegami. Uslyszawszy jej pytania, mogliby przestrzec nieprzyjaciela o jej podrozy i cala sprawa bylaby stracona. Ach! gdyby mogla wiedziec, do jakiej gospody zajechal Chauvelin, czy nie wsiadl juz na okret i nie odplynal do Francji? Ta mysl sciskala jej serce jakby zelaznymi kleszczami. Samotnosc i glucha cisza dreczyly ja i przygniataly. Nie dochodzil do niej zaden odglos i szmer, procz tykania starego zegara, ktorego wskazowki posuwaly sie tak bardzo powoli. Malgorzata uzyc musiala calej energii i wysilku woli, aby nie stracic odwagi podczas tej bolesnej nocy oczekiwania. Procz niej caly dom pograzony byl we snie. Slyszala, jak Sally udala sie na spoczynek. Jellyband poszedl sie przekonac, czy woznica i sluzba lady dostali wygodne pomieszczenie, a po chwili wrocil i zatrzymal sie w tych samych drzwiach, w ktorych przed tygodniem Malgorzata po raz pierwszy spotkala sie z Chauvelinem. Widocznie zamierzal czekac na sir Andrew Ffoulkesa, ale sen go zmorzyl i Malgorzata slyszala wyraznie monotonny i spokojny oddech gospodarza. Piekny i cieply dzien pazdziernikowy, tak szczesliwie rozpoczety, zmienial sie powoli w noc chlodna i wietrzna. Zadrzala z zimna i zblizyla sie do wesolego ognia, trzaskajacego na kominku. Z kazda chwila wiatr wzmagal sie i szum fal, rozbijajacych sie o groble portowa w Admiralty Pier, dochodzil do niej jak przytlumiony grzmot. Wiatr dal z wsciekloscia. Szarpal drzwiami w ogrodzie i hulal w obszernym kominie, az szyby dzwieczaly, a drzwi starego domu skrzypialy jekliwie. Malgorzata zadala sobie pytanie, czy ten wiatr korzystnie wplynie na jej podroz? Nie bala sie burzy i nie opoznilaby wyjazdu, chocby o godzine. Glosny tupot w podworzu ocknal ja z tych rozmyslan. Widocznie byl to sir Andrew, gdyz uslyszala tetent kopyt konskich i wesoly, choc zaspany glos Jellybanda, witajacego goscia. Przez chwile pomyslala, ze jej sytuacja jest istotnie niezwykla i ze to nocne spotkanie z sir Ffoulkesem ma wszystkie pozory tajemnej schadzki, tym bardziej, ze mlody kawaler zjawil sie w przebraniu. Coz za przepyszny material do plotek! Ta mysl uderzyla ja szczegolnie z komicznej strony. Takie bylo przeciwienstwo miedzy powaga chwili a pozorami, ktore z pewnoscia cnotliwy Jellyband falszywie sobie bedzie tlumaczyc, ze pierwszy od wielu godzin usmiech zaigral na jej dziecinnych ustach. Gdy sir Andrew, zgola niepodobny do siebie w lokajskiej liberii, wszedl do sali zajazdu, przyjela go niemal z wesolym smiechem. – Ach, moj panie lokaju, jakze jestem uradowana z twego wygladu! Jellyband, ktory wszedl za mlodym czlowiekiem, byl zmieszany w najwyzszym stopniu. Przebranie mlodego eleganta potwierdzilo calkowicie jego podejrzenia. Niechetnie otworzyl butelke wina, przystawil krzeslo do stolu i czekal. – Dziekuje ci, zacny przyjacielu – rzekla Malgorzata, usmiechajac sie wciaz na mysl o tym, co sadzi gospodarz o tej nocnej przygodzie. – Niczego juz nie potrzebujemy; oto zaplata za twoje trudy. Podala kilka sztuk zlota Jellybandowi, ktory przyjal je z naleznym uszanowaniem i wdziecznoscia. – Lady Blakeney – zawolal sir Andrew, gdy gospodarz chcial sie oddalic – obawiam sie, ze bedziemy musieli niestety korzystac dluzej z goscinnosci mego przyjaciela Jellybanda. Z przykroscia musze ci oznajmic, ze nie mozemy wsiasc na okret tej nocy. – Nie mozemy wsiasc na okret tej nocy! – powtorzyla ze zdumieniem. – Alez musimy, musimy koniecznie! Tu nie moga wchodzic w gre ani przeszkody, ani koszta. Musimy miec okret jeszcze dzisiaj! Jednakowoz mlodzieniec potrzasnal ze smutkiem glowa. – Nie chodzi tu o koszta. Straszna burza dmie od strony Francji, mamy wiatr przeciwny, nie ma zadnej mozliwosci wyjazdu, poki wiatr sie nie zmieni. Malgorzata zbladla. Tej wlasnie przeszkody nie przewidziala. Sama natura sprzysiegla sie przeciw niej. Percy byl w niebezpieczenstwie, a ona nie mogla spieszyc mu z pomoca, bo wiatr dal od strony Francji! – Przeciez musimy jechac, musimy… – powtarzala z rozpaczliwym uporem – ty wiesz, ze musimy. Czy nie mozesz znalezc jakiegos sposobu? – Bylem juz na wybrzezu i rozmawialem z marynarzami, ktorzy mnie zapewnili, ze dzisiejszej nocy nie mozna w zaden sposob podniesc kotwicy, zaden okret dzis nie odplynie, a zatem nikt – dodal, patrzac znaczaco na Malgorzate – nikt nie wyjechal z Dover wieczorem. Malgorzata zrozumiala o kim mowil. Nikt, to znaczy ani Chauvelin, ani ona. Skinela uprzejmie na Jellybanda. – Wobec tego musimy pogodzic sie z losem – rzekla do niego. -Czy masz dla mnie wolny pokoj? – Alez naturalnie, pani, ladny, jasny pokoj, i drugi dla sir Andrewa. Sa juz przygotowane. – To dobrze, moj zacny Jelly -odparl wesolo sir Andrew, klepiac gospodarza po ramieniu. – Otworz te dwa pokoje i zostaw lichtarze na kredensie. Jestem pewien, ze umierasz ze zmeczenia, a lady, zanim sie polozy, musi jeszcze cos zjesc. Nie boj sie, przyjacielu, i nie miej tak pogrzebowej miny; przybycie lady o tak niezwyklej godzinie jest wielkim zaszczytem dla ciebie i sir Percy wynagrodzi cie podwojnie, jezeli starac sie bedziesz, aby jej na niczym nie zbywalo. Sir Andrew odgadl widocznie niepokoje i obawy, ktore dreczyly zacnego gospodarza, a ze byl grzecznym dzentelmenem, staral sie ta uwaga rozproszyc jego podejrzenia. Z zadowoleniem zauwazyl, ze po czesci dopial celu, gdyz na wzmianke o sir Percy'm rumiana twarz gospodarza rozjasnila sie nieco. – W tej chwili zajme sie wszystkim – odrzekl troche udobruchany. – Czy nie zyczysz sobie czego wiecej na kolacje, pani? – Mam wszystkiego pod dostatkiem, zacny przyjacielu. Jestem bardzo glodna i upadam ze zmeczenia, wiec idz, prosze, i otworz pokoje. – A teraz powiedz mi – rzekla, zwracajac sie do towarzysza, gdy Jellyband wyszedl z pokoju – co wiesz nowego? – Nie mam nic nowego do oznajmienia – odrzekl mlodzieniec. – Burza uniemozliwia kazdemu okretowi odplyniecie z Dover. Ale co ci sie poczatkowo wydawalo okropna kleska, jest w rzeczy samej wielkim szczesciem. Jezeli my nie mozemy tej nocy przeprawic sie do Francji, Chauvelin jest przeciez w tym samym polozeniu. – Mogl odplynac przed burza. – Oby tak bylo – zawolal wesolo sir Andrew – gdyz w takim razie burza go wpedzila na inne wybrzeza, lub kto wie? moze juz lezy na dnie morza. Szaleje straszliwa wichura i biada malym okretom, ktore znajduja sie z dala od portu. Ale obawiam sie, ze nie powinnismy pokladac nadziei w zatonieciu tego szatana wraz z jego morderczymi planami. Marynarze zapewniali mnie, ze ani jeden statek nie podniosl kotwicy od kilkunastu godzin, poza tym twierdzili, ze pewien nieznajomy przyjechal powozem po poludniu i chcial przeprawic sie do Francji. – W takim razie Chauvelin jest jeszcze w Dover? – Bez watpienia. Czy mam wyprowadzic go gdzies podstepnie i przebic go moja szabla? Byloby to najlepsze i najszybsze zalatwienie sprawy. – Nie zartuj, sir Andrew. NIestety, juz parokrotnie mialam pokuse zyczyc smierci temu nedznikowi, ale to, co proponujesz, jest niemozliwe. Prawa tego kraju nie pozwalaja mordowac. Jedynie w naszej pieknej Francji wolno urzadzac masowe rzezie w imie wolnosci i braterstwa. Sir Andrew namowil Malgorzate, aby zjadla cokolwiek i napila sie troche wina. Ten przymusowy odpoczynek, ktory mogl trwac az do nastepnego przyplywu, czyli co najmniej 12 godzin, byl dla Malgorzaty zrodlem nowych udreczen, wobec niepokoju, jaki nia miotal. Bedac posluszna w malych rzeczach jak dziecko, zmusila sie do jedzenia i wychylenia kieliszka wina. Sir Ffoulkes z glebokim wspolczuciem i wrodzona delikatnoscia zaczal opowiadac o jej mezu, opisujac niektore smiale wyprawy, ktorych byl bohaterem, akty szalenczej odwagi, z jaka ratowal nieszczesliwych tulaczy francuskich, wygnanych z wlasnej ojczyzny przez krwawa i nieublagana rewolucje. Gdy wspominal o jego odwadze, pomyslowosci i sprycie, oczy lady Blakeney lsnily zapalem i uwielbieniem. Kilkakrotnie nawet zasmiala sie wesolo, gdy opisywal przerozne nieslychanie pomyslowe przebrania, dzieki ktorym sir Percy wprowadzal w blad straze, broniace wstepu do Paryza. Ostatnia wycieczka hrabiny Tournay i jej dzieci byla wprost mistrzowskim dzielem sprytu. Blakeney przebrany za ohydna przekupke, w brudnym czepcu, z ktorego wysuwaly sie siwe kosmyki wlosow, mogl rozsmieszyc samych bogow Olimpu. Gdy sir Andrew zaczal opisywac swego wodza, ktorego wysoki wzrost sprawial mu we Francji najwiekszy klopot, Malgorzata smiala sie z calego serca. Na tej rozmowie minela godzina, ale jakze dlugo trzeba bylo czekac w meczacej bezczynnosci! Malgorzata wstala od stolu i westchnela. Myslala z przerazeniem o nocy, ktora ja czekala w samotnym pokoju, nocy pelnej trwogi, huczacej odglosami szalejacej burzy. Starala sie odgadnac, gdzie obecnie znajduje sie Percy. "Day Dream" byl mocnym, dobrze zbudowanym statkiem, a sir Andrew twiedzil, ze Percy bez watpienia przeprawil sie na drugi brzeg przed zerwaniem sie wiatru, albo nie wyplynal jeszcze wcale na pelne morze, czekajac spokojnie w Gravesend. Brigges byl kapitanem bardzo doswiadczonym, a poniewaz sir Percy znal sie na zegludze jak najwprawniejszy sternik, nic im nie grozilo ze strony morza. Juz polnoc minela, gdy Malgorzata udala sie na spoczynek. Obawy jej sprawdzily sie, gdyz nie zasnela ani na chwile. Najczarniejsze przeczucia dreczyly ja podczas tych dlugich strasznych godzin wsrod szalejacej burzy, ktora nie pozwalala jej polaczyc sie z Percym. Grzmot dalekich fal przejmowal smutkiem serce biednej kobiety i wzmagal jej bolesny niepokoj. Tylko w chwilach szczescia mozemy wpatrywac sie z przyjemnoscia w bezbrzezna otchlan morska, ktora faluje z przygnebiajaca jednostajnoscia, jakby w takt naszych mysli smutnych lub radosnych; gdy sa wesole, fale szumia radosnie, ale gdy bol nas trapi, kazdy balwan rozbijajac sie o brzeg, przyczynia nam smutku, przywodzac na mysl znikomosc i glebie naszych zludzen. Rozdzial XXII. Calais Najprzykrzejsze noce i najdluzsze dni na szczescie nie trwaja wiecznie. Po bezsennej nocy Malgorzata wstala wczesnie, bardziej podniecona niz kiedykolwiek, niecierpliwie czekajac na chwile odjazdu i lekajac sie smiertelnie nowych przeszkod. Ubrala sie i przygotowala do podrozy, choc wszyscy mieszkancy zajazdu byli pograzeni we snie. Gdy zeszla na dol, zastala w kawiarni sir Andrewa. Przed pol godzina byl w Admiralty Pier, aby zasiegnac wiadomosci, ale ani okret z poczta francuska, ani zaden prywatny statek nie opuscil dotad portu w Dover. Burza nadal szalala i rozpoczynal sie odplyw. Jezeli wiatr nie uspokoi sie, lub przynajmniej nie zmieni kierunku, zmuszeni beda czekac jeszcze 12 godzin, az do nastepnego przyplywu. Tymczasem burza nie ucichla, wiatr nie zmienial kierunku i odplyw postepowal szybko. Rozpacz ogarnela Malgorzate, gdy uslyszala te smutne wiesci, ale opanowala sie sila woli. Jej cierpienia zwiekszaly jeszcze rosnacy z kazda chwila niepokoj mlodzienca. Usilowal zataic przed nia swoje rozdraznienie, lecz Malgorzata jasno zdawala sobie sprawe, ze sir Andrew z rowna niecierpliwoscia i trwoga oczekuje na chwile spotkania z towarzyszem i przyjacielem. Ta przymusowa bezczynnosc byla dla obojga straszna proba. Malgorzata nigdy nie potrafila sobie przypomniec, jak spedzili ten dzien oczekiwania w Dover. Nie wychodzila nigdzie ze strachu przed szpiegami Chauvelina i nie pokazywala sie nikomu. Siedziala calymi godzinami z sir Andrewem w prywatnym saloniku, spozywajac od czasu do czasu lekki posilek, ktory przynosila im Sally. Burza ucichla zbyt pozno i morze okazalo sie za plytkie, aby okret mogl podniesc kotwice. Wiatr przybral inny kierunek, zamieniajac sie w lekki powiew polnocno_zachodni, ktory byl prawdziwym blogoslawienstwem dla udajacych sie w droge do Francji. A tymczasem dwoje naszych podroznych musialo wciaz czekac, zapytujac sie w duchu, czy nadejdzie wreszcie godzina wyzwolenia. Raz tylko, w ciagu tego meczacego dnia doznali chwili radosci, gdy sir Andrew powrocil z portu, oznajmiajac, ze wynajal statek, ktorego kapitan gotow byl wyruszyc w droge, gdy tylko nastapi przyplyw. Od tego czasu godziny wydawaly sie im znosniejsze i czekanie mniej beznadziejne. Wreszcie o piatej po poludniu lady Blakeney w gestym woalu na twarzy udala sie do portu. Za nia szedl jej towarzysz w liberii lokaja, niosac liczne pakunki. Swieze i ostre powietrze morskie orzezwilo ja, gdy stanela na pokladzie. W chwile potem lagodny wiatr wzdal zagle "Foam Crest" i jacht wyplynal na pelne morze. Zachod slonca po burzy byl wspanialy i Malgorzata, wpatrujac sie w biale skaly Dover, znikajace stopniowo w oddali, uczula sie spokojniejsza i pelna otuchy. Sir Andrew, zawsze gotow do uslug, nie opuszczal jej na chwile, a ona byla mu gleboko wdzieczna za jego obecnosc w tych ciezkich przejsciach. Niebawem sine wybrzeza Francji zaczely wylaniac sie z wieczornej mgly; kilka swiatelek mignelo w oddali i wysmukle wieze kosciolow zarysowaly sie na widnokregu. W pol godziny pozniej podrozni staneli na ziemi, gdzie ludzie tysiacami mordowali bliznich i wysylali pod noz najniewinniejsze glowy. Sam wyglad kraju i jego mieszkancow ujawnial juz te kipiaca rewolucje, ktora zmieniala piekny Paryz we wstretna jaskinie zbrodni. Wszyscy mezczyzni nosili czerwone czapki bardzo watpliwej czystosci, ale zawsze z przypieta po lewej stronie trojkolorowa kokarda. Malgorzata zauwazyla, ze zamiast wesolosci, cechujacej zwykle jej rodakow, twarze przechodniow mialy wyraz nieufny i ponury. Kazdy przechodzien byl teraz szpiegiem w oczach swych wspolbraci; najniewinniejsze slowo wymowione zartem, moglo byc powtorzone jako dowod arystokratycznych lub monarchistycznych aspiracji czy tez zdrady knowanej przeciw ludowi. Nawet kobiety mialy dziwny wyraz leku i nienawisci w ciemnych oczach i patrzac na Malgorzate, wysiadajaca z okretu w towarzystwie sir Andrewa, szeptaly przez zeby: "przekleci arystokraci" albo "przekleci Anglicy". Poza tym obecnosc podroznych nie wywolala zadnych komentarzy. Miasto Calais, nawet w tych dniach niepokoju, nie przerywalo stosunkow handlowych z Anglia i angielscy kupcy wciaz przebywali na tym wybrzezu. Z powodu wysokiego cla, nalozonego przez rzad brytyjski, przemycano po kryjomu z Francji olbrzymia ilosc wina i wodek, co sprawialo francuskim mieszczanom wielka radosc. Cieszyli sie niezmiernie, ze tym sposobem oszukiwano znienawidzony rzad angielski, a przede wszystkim krola, i przemytnik byl zawsze dobrze widzianym gosciem w nedznych szynkach Calais i Boulogne. Znaczna czesc ludnosci widzac sir Andrew prowadzacego Malgorzate przez krete ulice Calais, brala ich za kupcow na artykuly oblozone clem, a choc obsypywano ich przezwiskami, nikt ich nie zatrzymywal w drodze. Malgorzata nie mogla zrozumiec, jak jej maz, olbrzym, mogl przejsc przez Calais niespostrzezony, chocby w najstaranniejszym przebraniu. Sir Andrew przeprowadzil ja przez miasto i udal sie w strone przyladka Gris Nez. W drodze przewaznie milczeli. Ulice byly waskie, krete, przesycone zapachem zgnilych ryb i wilgotnych piwnic. Skutkiem gwaltownego deszczu, ktory spadl ostatniej nocy, lady Blakeney zapadala po kostki w blocie, bladzac w ciemnosci nie oswietlonych wcale ulic. Niekiedy tylko slaby promyk swiatla padal przez szyby domow i ulatwial nieco droge. Ale nie zwazala na te drobne niewygody. – Spotkamy sie moze z Blakeneyem pod "Burym Kotem" -powiedzial jej sir Andrew, gdy wysiedli z okretu; szla wiec jakby po rozanym dywanie, sadzac, ze niebawem ujrzy meza. Nareszcie dotarli do miejsca przeznaczenia. Widoczne bylo, ze jej przewodnik znal okolice, gdyz ani razu nie zapytal o droge, choc noc byla ciemna. Malgorzata z powodu ciemnosci nie mogla przyjrzec sie zewnetrznemu wygladowi domu. Ow zajazd pod "Burym Kotem" – jak go sir Andrew nazywal – musial byc mala karczma przydrozna, lezaca niedaleko od Calais, przy goscincu prowadzacym do przyladka Gris Nez. Znajdowal sie w poblizu morza, gdyz slyszala wyraznie szum fal. Sir Andrew koncem laski zapukal do drzwi. Odpowiedziano mu gniewnym mruknieciem i calym stekiem przeklenstw. Mlodzieniec zapukal po raz drugi z wieksza sila. Za drzwiami rozlegly sie nowe przeklenstwa, a potem ciezkie kroki zblizyly sie do drzwi, ktore otwarto z halasem. Malgorzata stanela na progu najbrudniejszej i najbardziej zaniedbanej izby, jaka kiedykolwiek w zyciu widziala. Z murow zwieszaly sie strzepy tapet, a krzesla mialy zlamane oparcia lub dziurawe siedzenia. Jeden rog stolu opieral sie na stosie chrustu z braku czwartej nogi. W kacie izby wznosil sie wielki piec kuchenny, nad ktorym wisial garnek z gotujaca sie zupa o niezbyt odrazajacym zapachu, w drugim zas rogu chwiejace schody prowadzily na strych, zasloniety podarta niebieskobiala firanka. Na golych, obdartych i zabrudzonych scianach widnialy kreda nakreslone slowa: "Wolnosc, rownosc, braterstwo". Te okropna nore oswietlala cuchnaca lampa oliwna, zwieszajaca sie z na pol sprochnialej powaly. Wszystko tchnelo takim brudem i nedza, ze Malgorzata nie mogla zdobyc sie na przekroczenie progu tej ohydnej izby. Sir Andrew wszedl bez wahania. – Jestesmy podroznymi z Anglii, obywatelu – rzekl smialo po francusku. Czlowiek, ktory otworzyl dzrzwi, okazal sie wlascicielem tej wstretnej chalupy. Byl to mezczyzna sredniego wieku, tegi, ubrany w brudna niebieska bluze i ciezkie chodaki, z ktorych wygladaly dlugie zdzbla slomy. Nosil oczywiscie nieodstepna czerwona czapke, z trojkolorowa kokarda, odpowiadajaca jego obecnym pogladom politycznym, a w reku trzymal krotka drewniana fajke, cuchnaca tytoniem. Spojrzal podejrzliwie i z widoczna pogarda na podroznych, mruknal "przekleci Anglicy" i splunal na ziemie, aby okazac swa niezaleznosc moralna. Jednak usunal sie nieco, aby dac im miejsce, w przypuszczeniu, ze ci intruzi maja pelna sakiewke. – O Boze! – szepnela Malgorzata, wchodzac do pokoju z chustka przy nosie – co to za okropna dziura. Czy wiesz na pewno, ze to wlasnie ta gospoda? – Alez na pewno – odrzekl jej towarzysz, odkurzajac krzeslo chusteczka ozdobiona koronkami -choc przyznaje, ze nigdy nie widzialem brudniejszej nory. – Istotnie, lokal ten nie jest zbyt pociagajacy – westchnela Malgorzata, rozgladajac sie z ciekawoscia i obrzydzeniem po odrapanych murach, zlamanych krzeslach i kulawym stole. Wlasciciel zajazdu pod "Burym Kotem", zwany Brogard, nie zwracal juz teraz zadnej uwagi na gosci. Sadzil, ze zamowia kolacje, a wolny obywatel nie mial najmniejszego obowiazku okazywania grzecznosci lub uszanowania komukolwiek, nawet ludziom najlepiej ubranym. Przy piecu siedzialo jakies stworzenie, okryte lachmanami i gdyby nie czepiec – niegdys bialy – i szmata nasladujaca spodnice, nikt nie domyslilby sie w nim kobiety. Mruczala pod nosem i od czasu do czasu mieszala cos w garnku. – Hej przyjacielu – zawolal w koncu sir Andrew – zjedlibysmy chetnie kolacje. Ta obywatelka – rzekl, wskazujac palcem stos lachmanow skulony przy ogniu – gotuje jak widze jakas znakomita zupe, a moja pani nie miala nic w ustach od kilku godzin. Brogard milczal. Nie przystoi bowiem wolnemu obywatelowi odpowiadac zbyt grzecznie na zyczenia gosci. – Przeklety arystokrata – zamruczal i znow splunal na ziemie. Nastepnie zblizyl sie powoli do kredensu, stojacego w kacie pokoju, wyjal z niego stara cynowa waze i podal ja polowicy, ktora rowniez milczaco zaczela ja napelniac dymiaca zupa. Malgorzata przypatrywala sie temu z wzrastajacym obrzydzeniem. Gdyby nie donioslosc jej planow, dawno by uciekla z tej cuchnacej nory. – Nasz gospodarz i gospodyni nie sa zbyt mili – zauwazyl sir Andrew, widzac wyraz niesmaku na twarzy towarzyszki. – Wolalbym podac pani wytworniejszy i smaczniejszy posilek, lecz sadze, ze zupa nie okaze sie zbyt odrazajaca, a wino bedzie nie najgorsze. Ci ludzie gnija w brudzie, ale jedza dobrze. – Sir Andrewie -zaprotestowala – nie troszcz sie o mnie, doprawdy, nie mysle w tej chwili o jedzeniu. Brogard milczac przygotowywal kolacje. Polozyl na stole dwie lyzki i ustawil 2 szklanki, ktore sir Andrew wytarl starannie, a nastepnie przyniosl butelke wina i bochenek chleba. Malgorzata niechetnie siadla do stolu i zmusila sie do jedzenia. Sir Andrew, grajac role lokaja, stanal za jej krzeslem. – Zaklinam cie, madame – szepnal, widzac, ze Malgorzata nie mogla prawie nic przelknac – zaklinam cie, badz rozsadna i jedz. Pamietaj, ze potrzeba ci jeszcze duzo sil. Zupa nie byla zla, zapach i smak miala znosny, ale otoczenie budzilo wstret i odejmowalo chec do jedzenia. Malgorzata ukroila kawalek chleba i wypila troche wina. – Tak mi przykro, sir Andrewie, ze stoisz, zamiast jesc razem ze mna. Potrzebujemy przeciez sil oboje. Ten czlowiek po prostu pomysli, ze jestem ekscentryczna Angielka, ktora ucieka ze swym lokajem. Usiadz przy mnie i spozyj te licha zupe. Obsluzywszy swych gosci, Brogard nie zajmowal sie potem nimi wcale, a matka Brogard wyszla cicho z pokoju, czlapiac pantoflami, gospodarz zas chodzil po pokoju, palac smierdzaca fajke, puszczajac niekiedy dym w twarz Malgorzaty, jak przystalo wolnemu obywatelowi, dla ktorego nie istnieja roznice klas. – Przeklete bydle – zawolal sir Andrew porywczo, gdy Brogard nachylil sie nad stolem i wypuszczajac kleby dymu, przygladal sie ze wzgarda swym gosciom. – Zlituj sie – upomniala go zywo Malgorzata, widzac, ze mlodzieniec z angielska popedliwoscia zaciskal grozne piesci. – Nie zapominaj, ze jestesmy we Francji i ze trzeba tu wszystko znosic spokojnie. – Mialbym ochote leb mu skrecic – syknal z pasja sir Andrew. Usluchal Malgorzaty, siadl przy niej, aby zmusic sie do przelkniecia zupy i wina. – Prosze cie, nie draznij tego gbura, gdyz inaczej nie zechce odpowiadac na nasze pytania. – Robie co moge, jak widzisz, ale daje slowo, ze wolalbym go zakluc, niz zadawac mu pytania. – Hej przyjacielu – rzekl wesolo, zwracajac sie do Brogarda i klepiac go lekko po ramieniu. – Czy widujesz tu niekiedy ludzi z naszych stron, czyli angielskich podroznych? Gospodarz spojrzal spode lba, znow wypuscil klab dymu z fajki, aby pokazac, ze mu nie pilno z odpowiedzia, a potem mruknal: – Tak, niekiedy. – Naturalnie – odparl sir Andrew niedbale – angielscy podrozni wiedza dobrze, gdzie szukac dobrego wina. A teraz sluchaj: moja pani chcialaby wiedziec, czy nie widziales przypadkiem jednego z jej znajomych, angielskiego dzentelmena, ktory czesto dla interesow przyjezdza do Calais. Jest bardzo wysoki i dopiero co wyjechal do Paryza. Moja pani miala nadzieje, ze spotka sie z nim w Calais. Malgorzata starala sie nie patrzec na Brogarda ze strachu, by nie zdradzic przed nim trwogi, z jaka czekala na jego odpowiedz. Ale wolny francuski obywatel nie spieszyl sie i dopiero po chwili rzekl powoli. – Wysoki Anglik? Dzis? Tak, widzialem go. – Widziales go? – zapytal sir Andrew. – Tak, dzisiaj – mruknal kwasno Brogard. Nastepnie wzial spokojnie kapelusz sir Andrewa lezacy na krzesle, wsadzil go na glowe, strzepnal brudna bluze i probowal objasnic rozmaitymi ruchami, ze ten pan, o ktorym byla mowa, mial na sobie piekne ubranie. – Przeklety arystokrata -mruknal znowu – ten wysoki Anglik! Malgorzata ledwo powstrzymala okrzyk zgrozy. – To z pewnoscia sir Percy! I nawet sie nie przebral! Usmiechnela sie przez lzy na mysl o tym szczegolnym zamilowaniu meza do elegancji, z ktorej nie chcial nawet rezygnowac w obliczu smierci i narazal sie na szalone i niedorzeczne niebezpieczenstwa, zwracajac na siebie uwage modnym ubraniem, snieznymi zabotami i koronkami. – Ach! co za lekkomyslnosc! -westchnela. – Sir Andrewie, zapytaj tego czlowieka, kiedy Percy wyszedl. – Tak przyjacielu – rzekl sir Andrew, zwracajac sie znow do Brogarda, rownie niedbale – ten lord ubiera sie zawsze bardzo elegancko i jest przyjacielem tej pani. Mowiles, ze wyszedl? – Tak, wyszedl… ale powroci… zamowil kolacje. Sir Andrew naglym ruchem polozyl reke na ramieniu Malgorzaty. To ostrzezenie nie bylo przedwczesne, gdyz szalona radosc o malo jej nie zdradzila. Byl zdrow, nic zlego go dotad nie spotkalo, przyjdzie tu za chwile, zobaczy go moze juz za pare minut… Ach, ten bezmiar szczescia po prostu ja zabijal! – Tutaj? – zawolala patrzac na Brogarda, ktory zmienil sie nagle w jej oczach w jakiegos niebianskiego zwiastuna. – Tutaj? Mowisz, ze angielski dzentelmen powroci tutaj? Niebianski zwiastun splunal, aby okazac pogarde dla tych wszystkich wstretnych arystokratow, ktorzy upodobali sobie zajazd pod "Burym Kotem". – Jezeli zamowil kolacje, to wroci – mruknal. – Przeklety Anglik – dodal niecierpliwie na mysl, ze tyle mial klopotu z powodu jednego marnego Anglika. – Ale czy wiesz, gdzie jest teraz? – zapytala zywo, kladac delikatna biala raczke na brudnym rekawie jego granatowej bluzy. – Poszedl zamowic konia i wozek – rzekl Brogard lakonicznie, odrzucajac naglym ruchem ze swego ramienia ladna raczke, ktora z duma calowali ksiazeta krwi. – O ktorej godzinie wyszedl? – zapytala z bijacym sercem. Ale Brogard mial juz dosc tych wszystkich pytan. Uwazal, ze nie przystoi wyznawcy rownosci stanow byc zbyt uprzejmym dla tych przekletych arystokratow, nawet jezeli to byli bogaci Anglicy. Wreszcie jego godnosc nakazywala mu raczej jak najglebsze lekcewazenie, niz grzeczne odpowiadanie, ktore mogloby oznaczac sluzalcza unizonosc. – Nie wiem – mruknal gburowato. – Zdaje mi sie, ze dosyc powiedzialem. Przyszedl dzisiaj, zamowil kolacje, wyszedl, powroci niedlugo. Dajcie mi spokoj, do diabla. Zaznaczywszy raz jeszcze w ten sposob prawa obywatela i wolnego czlowieka, Brogard wyszedl z pokoju i trzasnal drzwiami na znak, ze zachowuje sie wlasnie tak, jak mu sie podoba. Rozdzial XXIII. Nadzieja – Zapewniam cie, madame -rzekl sir Andrew, widzac, ze Malgorzata mialaby ochote wypytywac w dalszym ciagu swarliwego gospodarza – ze lepiej zostawic go w spokoju. Nie wydobedziemy juz nic wiecej z niego, a takze latwo mozemy w nim obudzic podejrzenia! Tym bardziej, ze nie wiadomo, czy te przeklete zajazdy nie sa otoczone szpiegami. – Co mnie to obchodzi -odparla wesolo – jezeli wiem, ze moj maz jest zdrow i ze ujrze go za chwile? – Cicho – przerwal trwoznie, gdy w uniesieniu radosci mowila glosno – we Francji dzisiaj nawet sciany maja uszy. Wstal od stolu, obszedl wkolo pusty, brudny pokoj i podsluchal uwaznie pod drzwiami, za ktorymi znikl Brogard. Ale nie uslyszal nic podejrzanego procz zwyklych przeklenstw i czlapania chodakami. Wdrapal sie tez po sprochnialych schodach na strych, aby upewnic sie, czy nie czaja sie tam szpiedzy Chauvelina. – Czy jestesmy sami, panie lokaju? – zapytala z usmiechem Malgorzata, gdy mlodzieniec usiadl kolo niej. – Czy mozemy spokojnie rozmawiac? – Tak, ale ostroznie – blagal. – Czemus taki smutny jak skazaniec? Ja mam ochote tanczyc z radosci. Nie mamy juz zadnego powodu do strachu. Nasz jacht "Foam Crest" zajduje sie w poblizu o dwie mile morskie i moj maz nadejdzie tu moze za pol godziny, coz zatem nas moze niepokoic? Chauvelin i jego sfora nie przyszli dotad. – O tym nie wiemy, madame. – Co chcesz przez to powiedziec? – Byl w Dover razem z nami. – Zatrzymala go ta sama burza, ktora i nam stanela na przeszkodzie. – Oczywiscie, ale nie powiedzialem ci tego dotychczas, aby cie nie przestraszyc, widzialem go na wybrzezu na piec minut przed naszym odjazdem z Dover. Przynajmniej bylbym przysiagl, ze to on. Przebral sie za ksiedza tak zrecznie, ze sam szatan, jego mistrz, by go nie poznal. Zamawial wlasnie statek do Calais i wyjechal najpozniej w pol godziny po nas. Twarz mlodej kobiety posmutniala. Zrozumiala grozne polozenie, w jakim znajdowal sie Percy, wyladowawszy na ziemi francuskiej. Chauvelin go scigal i tu, w Calais, ten chytry dyplomata byl wszechmocny. Jedno slowo, a Percy zostanie zdemaskowany i pojmany… Krew sciela sie w jej zylach. W najciezszych chwilach w Anglii nie rozumiala tak wyraznie jak teraz grozy sytuacji. Chauvelin poprzysiagl Percy'emu zgube, a ona wlasnymi rekoma zdarla maske ze smialego spiskowca, choc ta maska stanowila jedyna jego obrone. Gdy w "Odpoczynku Rybaka" Chauvelin schwycil w zasadzke dwoch mlodziencow, wpadly mu w rece wszystkie plany przyszlej wyprawy. Armand St. Just, hrabia de Tournay i inni monarchisci mieli sie spotkac ze "Szkarlatnym Kwiatem" drugiego pazdziernika, w miejscu widocznie dobrze lidze znanym, a oznaczonym jako chata "Ojca Blanchard". Armand, ktorego stosunki ze "Szkarlatnym Kwiatem" i rozbrat z rzadem terroru nie byly znane jego wspolrodakom, opuscil Anglie przed tygodniem, wiozac ze soba niezbedne wskazowki, umozliwiajace spotkanie ze zbiegami i przeprowadzenie ich w bezpieczne miejsce. Malgorzata wiedziala o tym wszystkim, i sir Andrew utwierdzil ja w tych domyslach. Wiedziala takze, ze gdy Blakeney'a uwiadomiono o zrabowaniu jego planow i wskazowek, bylo juz za pozno, by moc skomunikowac sie z Armandem, lub wyslac inne rozkazy. Sila rzeczy zatem zbiegowie musieli dojsc na miejsce w oznaczonym czasie, nie wiedzac o niebezpieczenstwie, na jakie narazal sie ich bohaterski zbawca. Blakeney, ktory zawsze sam planowal i organizowal ucieczki, nie chcial pozwolic, aby jeden z jego mlodszych towarzyszy narazil sie na pewna zgube. Dlatego to nakreslil na balu lorda Grenville'a krotka notatke: "Wyjezdzam jutro sam". A teraz, gdy jego identycznosc zostala odkryta najzacieklejszemu wrogowi, wiedzial na pewno, ze kazdy jego krok bedzie sledzony. Scigany przez emisariuszy Chauvelina az do nieznanej chaty, w ktorej oczekiwac go beda zbiegli Francuzi, zostanie tam osaczony i schwytany. Mieli godzine czasu, gdy wyjechali z Dover mniej wiecej o godzine wczesniej od Chauvelina, by ostrzec Percy'ego i przekonac go o szalenstwie tej wyprawy, ktorej epilogiem mogla byc jedynie jego smierc. Ale na to mieli tylko godzine czasu. – Chauvelin trafi do zajazdu pod "Burym Kotem" dzieki skradzionym papierom – rzekl sir Andrew – i zaraz po wyladowaniu tu przyjdzie. – Ale jeszcze nie wyladowal -odparla. – Mamy zatem nieco czasu, a Percy zjawi sie tu lada chwila. Nim sie Chauvelin spostrzeze, bedziemy juz dawno w drodze do Anglii. Mowila z ozywieniem, pragnac wzbudzic w mlodym przyjacielu choc iskre nadziei, ktorej wciaz rozpaczliwie sie chwytala; ale on smutnie potrzasnal glowa. – Czemu nic nie mowisz -zapytala z rozdraznieniem – i czemu potrzasasz glowa z taka grobowa mina? – Dlatego madame, ze snujac rozowe plany, zapominasz o najwazniejszym czynniku. – Co mowisz? o niczym nie zapominam… co za czynnik? -dodala z rosnacym zniecierpliwieniem. – Ma szesc stop wysokosci i nazywa sie Percy Blakeney -odparl powaznie sir Andrew. – Nic nie rozumiem – szepnela. – Czy myslisz na serio, pani, ze twoj maz opusci Calais, nie wypelniwszy swego zadania? – To znaczy, ze…? – Przeciez chodzi o hrabiego de Tournay. – O hrabiego… – I o Armanda St. Justa i o wielu innych jeszcze… – Mojego brata! – zawolala z okrzykiem zgrozy. – Boze, przebacz mi, ale zapomnialam o nim… – Ci zbiegowie wyczekuja z niezachwiana wiara zjawienia sie "Szkarlatnego Kwiatu", ktory pod slowem honoru przyrzekl im pomoc. Tak, ona zapomniala o tym. W szlachetnym egoizmie kobiety, kochajacej calym sercem, zapomniala w ubieglych godzinach o wszystkich, z wyjatkiem meza. Jego cenne zycie, groza polozenia, slowem on jeden pochlanial wszystkie jej mysli. – Moj brat – szepnela i duze lzy zaczely znow splywac z jej oczu na wspomnienie o Armandzie, tym towarzyszu i umilowanym opiekunie jej dziecinstwa, dla ktorego popelnila ciezki grzech, prowadzacy jej meza do zguby. – Sir Percy Blakeney nie bylby uwielbianym wodzem garstki dzentelmenow – rzekl dumnie sir Andrew – gdyby opuszczal tych, ktorzy okazali mu ufnosc. Sama mysl, by mogl zlamac slowo, jest niedopuszczalna. Zapadlo milczenie. Malgorzata zaslonila twarz rekoma, a przez drzace jej palce spadaly ciezkie, duze lzy. Mlodzieniec nie staral sie jej pocieszac, choc cierpial na widok jej bolu. Zrozumial caly bezmiar nieszczescia, w jakie wtracila wszystkich lekkomyslnosc tej kobiety. Znal tak dokladnie swego przyjaciela i wodza, jego szalona wprost odwage, bezprzykladne zuchwalstwo i kult danego slowa. Sir Andrew wiedzial, ze Blakeney stawi czolo kazdemu niebezpieczenstwu, narazi sie na niechybna zgube, niz zlamie przysiege. Z Chauvelinem podejmie ostatnia rozpaczliwa walke, bezowocna moze, aby tylko wypelnic obietnice. – Tak, sir Andrew – rzekla wreszcie Malgorzata, usilujac osuszyc lzy – masz racje. Okrylabym sie hanba przeszkadzajac mu w wypelnieniu obowiazku. Zreszta, jak sam mowisz, prosby moje bylyby daremne. Oby Bog go wspomagal i wybawil z rak nieprzyjaciol. Percy ci moze nie odmowi, abys mu towarzyszyl i dzielil z nim wzniosle zadanie. We dwoch znajdziecie wiecej sposobow; tak wiele macie odwagi i sprytu! tylko czasu tracic nie trzeba. Jestem przekonana, ze ocalenie jego zalezy od ostrzezenia go, ze Chauvelin go sciga. – Bez watpienia, gdyz ma pomysly wprost zdumiewajace, a przestrzezony bedzie jeszcze ostrozniejszy. – W takim razie przejdz sie po tej miescinie dla zbadania sytuacji, a ja tu bede czekac na przybycie Percy'ego. Moze wpadniesz na jego slad i oszczedzisz tym sposobem duzo cennego czasu. Jezeli odnajdziesz meza, pros go, aby mial sie na bacznosci. – Czy czekalabys pani w tak wstretnej norze? – Coz mi to szkodzi? popros tylko naszego mrukliwego gospodarza o inny pokoj, abym nie byla wciaz narazona na towarzystwo tych wchodzacych i wychodzacych robotnikow. Ofiaruj mu takze hojny napiwek, aby mnie ostrzegl, gdy wroci wysoki Anglik. Mowila z wielkim spokojem, prawie wesolo, choc byla przygotowana na najgorsze. Postanowila nie okazac najmniejszej slabosci i stac sie godna tego, ktory ofiarowywal zycie za bliznich. Sir Andrew nie opieral sie, chetnie poddajac sie energicznym rozkazom Malgorzaty. Zapukal lekko do drzwi, za ktorymi przed chwila znikl Brogard z zona, i oczywiscie uslyszal siarczyste przeklenstwo. – Hej przyjacielu Brogard! – rzekl mlodzieniec rozkazujaco – pani chcialaby nieco odpoczac. Czy moglbys odstapic jej osobny pokoj, gdyz pragnelaby pozostac sama? Wyciagnal z kieszeni pieniadze i zadzwonil nimi znaczaco. Brogard otworzyl drzwi i wysluchal niechetnie zadania goscia. Na widok zlota wyprostowal sie nieco, wyjal fajke z ust i wszedl do izby. Wskazal przez ramie strych i ryknal: – Moze tam poczekac, zupelnie jej to wystarczy; zreszta nie mam innego pokoju. – Alez naturalnie – rzekla lady Blakeney po angielsku, zrozumiawszy jaka korzysc wyciagnie z tej kryjowki. – Daj mu pieniadze, sir Andrew. Jestem zupelnie zadowolona z tej propozycji, gdyz zobacze wszystko, a sama pozostane w ukryciu. Skinela na Brogarda, ktory wszedl po schodach na strych i odgarnal slome lezaca na podlodze. – Blagam cie, madame – rzekl sir Andrew, gdy Malgorzata podeszla ku chwiejacym sie schodom – postepuj z rozwaga! Pamietaj, ze ten dom przepelniony jest szpiegami i nie pokazuj sie sir Percy'emu, dopoki nie upewnisz sie, ze jestes z nim sam na sam. Ale zrozumial, jak dalece ta przestroga byla zbyteczna. Mloda kobieta tchnela spokojem i rownowaga jak mezczyzna. Nie potrzebowal sie obawiac lekkomyslnosci z jej strony. – Badz spokojny – odpowiedziala, silac sie na wesolosc. – Moge uroczyscie obiecac, ze nie naraze na niebezpieczenstwo zycia meza ani jego planow. Nie boj sie, zaczekam na sposobnosc, ktora uznam za najkorzystniejsza. Brogard zszedl ze strychu i Malgorzata udala sie do bezpiecznej kryjowki. – Nie smiem pocalowac cie w reke, madame – rzekl sir Andrew – od chwili, gdy jestem twoim lokajem, ale prosze cie, badz dobrej mysli. Jezeli nie spotkam sie z Blakeney'em w przeciagu pol godziny, powroce w nadziei, iz zastane go tutaj. – Tak, to bedzie najlepiej. Mozemy bezpiecznie poczekac pol godziny, gdyz Chauvelin rychlej sie nie zjawi. Ufajmy Bogu, ze jedno z nas zobaczy sie z Percy'ym, zanim Chauvelin nadejdzie. Zycze ci szczescia przyjacielu i nie obawiaj sie o mnie. Wspiela sie lekko po ostatnich stopniach sprochnialych schodow prowadzacych na strych. Brogard nie zwracal juz na nia najmniejszej uwagi, mogla zatem postepowac zupelnie spokojnie. Sir Andrew pozostal w izbie, poki nie znikla w glebi kryjowki i nie usadowila sie na slomie. Gdy zasunela podarta firanke, mlodzieniec mogl zdac sobie sprawe, jak dobrze byla ukryta, by wszystko widziec i slyszec, nie bedac widoczna dla nikogo. Gburowaty Brogard otrzymal zaplate tak hojna, ze nie mial najmniejszego interesu, aby ja zdradzic. Sir Andrew podszedl ku drzwiom i jeszcze raz obrocil sie, by spojrzec na strych. Dostrzegl przez dziury firanki slodka twarzyczke Malgorzaty i stwierdzil z radoscia, ze byla spokojna, a nawet usmiechnieta. Skinal przyjaznie glowa na pozegnanie i znikl w nocnej ciemnosci. Rozdzial XXIV. Zasadzka Nastepny kwadrans minal spokojnie i cicho. W dolnej izbie Brogard posprzatal ze stolu i nakryl dla nowych gosci. Malgorzata z takim zajeciem sledzila te przygotowania, ze oczekiwanie wydalo jej sie mniej meczace. Byla pewna, ze przyrzadzano wieczerze dla Percy'ego i Brogard musial odczuwac dla wysokiego Anglika pewne uszanowanie, gdyz zadawal sobie trudu, aby nakrycie przybralo wyglad mniej odrazajacy. Wyjal ze starego kredensu cos, co na pierwsze wejrzenie podobne bylo do obrusa, ale gdy nakryl stol tym czyms i zobaczyl mnogie dziury i plamy, pokiwal bezradnie glowa, starajac sie ukryc je, o ile moznosci, pod talerzami. Potem z szuflady wyciagnal serwete rownie stara i podarta, ale troche czystsza i zaczal wycierac nia starannie szklanki, lyzki i talerze, stojace na stole. Malgorzata nie mogla wstrzymac sie od smiechu na widok tych przygotowan, ktore Brogard uskutecznial przy wtorze przeroznych przeklenstw. Widocznie olbrzymi wzrost, bary Anglika, a moze sila jego piesci zaimponowaly wolnemu obywatelowi francuskiemu, gdyz inaczej nie bylby zadawal sobie tyle pracy dla takiego "przekletego arystokraty". Gdy stol i nakrycie bylo gotowe, gospodarz objal owoc swego trudu wzrokiem zupelnie zadowolonym. Wytarl kurz z krzesla rabkiem bluzy, zamieszal w rondlu, dorzucil troche suchych galezi do ognia i wyszedl z izby. Lady Blakeney pozostala sama ze swymi myslami. Rozciagnela na slomie plaszcz podrozny i usiadla dosc wygodnie, gdyz sloma byla swieza i zaduch z dolu nie dochodzil do strychu. I nagle poczula sie niemal szczesliwa, gdyz przez podarta firanke mogla spogladac na kulawe krzeslo, poplamiony obrus, szklanke, talerz i lyzke, ktore czekaly na Percy'ego. Byla szczesliwa, ze niedlugo, bardzo niedlugo, maz jej nadejdzie i ze beda juz razem. To przeswiadczenie tak bylo slodkie, ze zamknela oczy w upojeniu na mysl, ze za pare minut zbiegnie ze schodow, stanie przed nim i powie mu, ze z radoscia umarlaby za niego lub z nim, a on porwie ja w swe potezne ramiona i przytuli do serca. Co stanie sie potem, nie byla w stanie tego przewidziec. Wiedziala, ze sir Andrew mial racje twierdzac, ze Percy wypelni wszystko, co postanowil, lecz ona mogla blagac go o ostroznosc i przestrzec, ze Chauvelin go sciga i tropi. Wiedziala takze, ze czeka ja nowe rozstanie, gdy Percy wyruszy na niebezpieczna wyprawe i postanowila poslusznie wypelnic rozkazy, chocby nawet wymagal, by oddalila sie i czekala na dalsze wypadki w nadludzkiej mece i niepewnosci. Ale i ta ostatecznosc wydawala jej sie znosniejsza niz mysl, ze Percy nie dowie sie nigdy, jak bardzo go kochala. Nagle czujny jej sluch uchwycil odglos dalekich krokow. Serce jej wezbralo nadzieja. Czy to nareszcie Percy? Nie, krok ten nie byl tak pewny jak jego chod… wreszcie zorientowala sie, ze to dwaj ludzie zblizaja sie jednoczesnie… Ale nie miala czasu na dalsze domysly, gdyz w tej wlasnie chwili rozlegl sie ostry, rozkazujacy glos i pchniete gwaltownie drzwi otworzyly sie szeroko. – Hej obywatelu Brogard! hola! Malgorzata nie mogla zobaczyc wchodzacych, gdyz przez dziure firanki tylko jedna czesc pokoju byla widoczna. Slyszala wlokacy sie krok Brogarda, wychodzacego z sasiedniej izby i jego zwykle przeklenstwa, ale gospodarz, gdy zobaczyl nieznajomych, zatrzymal sie, obrzucil ich pogardliwym spojrzeniem, pogardliwszym nawet od tego, ktorym obrzucal poprzednich gosci, i syknal: -Przekleta sutanna! Malgorzata uczula, ze serce jej zamiera z trwogi. Rozszerzone przerazeniem oczy utkwila w jednym z przybylych, ktory wlasnie zblizal sie do Brogarda. Ubrany byl w sutanne. Mial na glowie kapelusz o szerokich brzegach i trzewiki z klamerkami, zwykly stroj francuskich ksiezy. Lecz gdy stanal przed gospodarzem, rozpial sutanne i odkryl na piersiach oficjalna trojkolorowa szarfe, pogardliwa postawa Brogarda zamienila sie w jednej chwili na sluzalcza unizonosc. Przybycie francuskiego "ksiedza" scielo krew w zylach Malgorzaty. Nie mogla dostrzec jego twarzy oslonietej wielkim kapeluszem, ale poznala cienkie kosciste rece, lekko zgarbiona postac, slowem cala jego sylwetke. Byl to Chauvelin. Groza polozenia uderzyla w nia jak piorun. Straszne rozczarowanie, trwoga przed tym, co sie za chwile stanie, zmacily jej mysli. Czynila nadludzkie wysilki, aby nie pasc w omdlenie pod tym okropnym ciosem. – Talerz zupy i butelke wina! – rozkazal Chauvelin Brogardowi – a potem umykaj stad, gdyz chce byc sam, rozumiesz? Brogard milczac wypelnil rozkaz, nie protestujac tym razem zadnym pomrukiem. Chauvelin siadl do stolu na miejscu przygotowanym dla wysokiego Anglika, a gospodarz zakrzatnal sie kolo kolacji, nalewajac zupe i wino. Towarzysz Chauvelina, ktorego Malgorzata nie mogla widziec, czekal, stojac przy drzwiach. Brogard na znak dyplomaty wyszedl spiesznie z pokoju, a Chauvelin skinal reka na owego drugiego mezczyzne. Lady Blakeney poznala w nim Desgasa, przybocznego sekretarza Chauvelina, jego zaufanego powiernika, ktorego niegdys czesto widywala w Paryzu. Desgas przeszedl przez pokoj i przylozyl ucho do drzwi, za ktorymi znikl Brogard. – Nie podsluchuje? – zapytal krotko Chauvelin. – Nie, obywatelu. Malgorzata byla przekonana, ze Chauvelin rozkaze Desgasowi przeszukac mieszkanie. Nie smiala nawet pomyslec, co sie stanie, gdy ja odkryja. Na szczescie dyplomata z taka niecierpliwoscia oczekiwal rozmowy z Desgasem, ze obawa przed szpiegami grala tu role podrzedna. Skinal na sekretarza, aby sie zblizyl. – Angielski jacht? – zapytal. – Stracilismy go z oczu o zachodzie slonca, obywatelu -odrzekl Desgas. – Jacht plynal wowczas na wschod ku przyladkowi Gris Nez. – To dobrze. A co powiedzial kapitan Jutley? – Zapewnil mnie, ze wszystkie rozkazy, ktore nadeslales zeszlego tygodnia, zostaly wypelnione. Drogi sledzone sa dniem i noca przez patrole, plaza i skaly nadbrzezne obszukane starannie i rowniez scisle strzezone. – Czy wie, gdzie znajduje sie chata ojca Blancharda? – Nie, obywatelu. Nikt nie moze dac zadnych informacji o tej chacie. Jest tu mnostwo chat rybackich wzdluz wybrzeza, ale… – Dobrze, juz dobrze. A co przedsiewzial na dzisiejsza noc? – przerwal niecierpliwie Chauvelin. – Drogi i plaza beda nadal pilnowane przez patrole, obywatelu, i kapitan Jutley czeka na dalsze rozkazy. – W takim razie idz do niego zaraz. Powiedz mu, ze ma wzmocnic patrole, a przede wszystkim te, ktore czuwaja na wybrzezu. Zrozumiales? Chauvelin mowil predko i zwiezle. Kazde slowo brzmialo w sercu Malgorzaty jak dzwon pogrzebowy jej najdrozszych nadziei. – Ludzie – ciagnal dalej -musza zwracac baczna uwage na kazdego nieznajomego, przebywajacego droge pieszo, konno lub wozem, albo przekradajacego sie wzdluz wybrzeza. Szczegolnie nie przepuscic pewnego osobnika wysokiego wzrostu, ktorego wygladu nie ma celu opisywac, bo bedzie z pewnoscia w przebraniu; nie moze jednak ukryc swej niezwyklej postaci. Czy rozumiesz? – Rozumiem doskonale, obywatelu – odrzekl Desgas. – Gdy tylko jeden z ludzi spostrzeze nieznajomego, dwoch innych nie spusci go juz z oka. Czlowiek, ktory straci go z oczu, zaplaci zyciem za swa lekkomyslnosc. Jeden z zolnierzy musi w tej chwili i co predzej dac mi znac, gdy go spostrzeze. Zrozumiales? – Wszystko jak najdokladniej obywatelu. – Dobrze. Idz i rozmow sie z Jutleyem. Postaraj sie, aby posilki zaraz wyruszyly w droge; popros kapitana o 6 ludzi i przyprowadz ich tutaj. Mozesz byc z powrotem za 10 minut. Ruszaj. Desgas zasalutowal i zwrocil sie ku drzwiom. Przed oczyma strwozonej Malgorzaty, sluchajacej rozkazow Chauvelina, stanal jasno caly plan pojmania "Szkarlatnego Kwiatu". Chauvelin chcial, aby uchodzcy pozostali w zludnym bezpieczenstwie, czekajac w kryjowce na przybycie Percy'ego. Wtedy miano schwycic na goracym uczynku odwaznego spiskowca, gdy ratowal monarchistow i zdrajcow republiki. Dzieki temu, chocby nawet jego pojmanie zaniepokoilo obce panstwa, rzad angielski nie moglby legalnie protestowac. Poniewaz pojmany spiskowal z nieprzyjaciolmi rzadu francuskiego, zatem Francja miala prawo skazac go na smierc. Ucieczka byla niemozliwoscia. Drogi obsadzono patrolami, sidla zastawiono umiejetnie i na wielka odleglosc, a powoli zaciesniano je, aby schwycic w nie Blakeney'a, ktorego teraz nie zdola juz wyratowac nawet jego zdumiewajaca pomyslowosc. Desgas juz odchodzil, gdy Chauvelin odwolal go raz jeszcze. Malgorzata zastanawiala sie, jaki nowy szatanski plan powstal teraz w jego glowie, zeby zgubic szlachetnego obronce, tak samotnego wobec calej bandy opryszkow. Spojrzala na swego nieprzyjaciela, gdy zwrocil sie w strone Desgasa. Blada jego twarz rysowala sie wyraznie spod ksiezego szerokiego kapelusza i bylo w niej tyle smiertelnej nienawisci i szatanskiego okrucienstwa, ze ostatnia nadzieja zgasla w sercu Malgorzaty. Zrozumiala, ze od tego czlowieka nie mogla spodziewac sie litosci. – Zapomnialem dodac – rzekl Chauvelin z ohydnym chichotem, zacierajac kosciste rece podobne do szponow drapieznego ptaka -ze wysoki osobnik bedzie sie z pewnoscia bronil, lecz pod zadnym warunkiem nie wolno do niego strzelic, chyba w ostatecznosci. Pamietaj o tym. Chce go pojmac zywego, o ile sie da. – Zasmial sie smiechem szatanow, na widok mak potepiencow, ktore opisal Dante. Malgorzata miala wrazenie, ze przechodzi wszystkie tortury, jakie ludzkie serce zniesc bylo w stanie, i gdy Desgas opuscil gospode, a ona zostala sama w tej pustej wstretnej izbie, w towarzystwie zacietego wroga, poprzednie jej meki wydaly sie teraz igraszka. A Chauvelin chichotal i zacieral wciaz rece, cieszac sie z gory swym triumfem. Uplanowal wszystko tak genialnie, ze nie bylo najmniejszej obawy zawodu, ani mozliwosci ucieczki dla najzuchwalszego, najbardziej pomyslowego czlowieka. Kazda droga zostala obsadzona straza, kazdy kat przeszukany, a tam w odleglej, opuszczonej nadbrzeznej chacie mala garstka skazancow czekala niecierpliwie na zbawce, ktory smiercia przyplaci swe bohaterstwo. Smiercia? Stokroc wiecej niz smiercia! Ow wrog w szatach swiatobliwego meza, szatan w ludzkim ciele, nie pozwoli nieustraszonemu bohaterowi umrzec nagla predka smiercia zolnierza na posterunku. Przede wszystkim Chauvelin pragnal dostac w swe rece nieprzyjaciela, ktory od dawna juz mu uragal, chcial go widziec bezbronnego, ponizonego, chcial nacieszyc sie jego upadkiem i zadac mu wszystkie moralne meki, jakie wymyslic moze najdziksza nienawisc. Malgorzata goraco zapragnela zginac u boku meza i wierzyla, ze znajdzie sie chwila, chocby najkrotsza, w ktorej zdola mu wyznac, ze jej milosc prawdziwa i goraca nalezy jedynie do niego. Chauvelin usiadl przy stole, zdjal kapelusz i Malgorzata ujrzala jego cienki profil o spiczastej brodzie, pochylony nad marna strawa. Tchnal zadowoleniem i czekal na dalsze wypadki z wielkim spokojem, spozywajac ze smakiem kolacje, podana mu przez Brogarda. Nagle uslyszala dzwiek, ktory przeszyl jej serce bezgranicznym lekiem. Byl to wesoly, mlody glos, spiewajacy z uniesieniem angielski hymn narodowy. Rozdzial XXV. Orzel i lis Przez chwile Malgorzata stracila swiadomosc tego, co sie dzieje. Slyszala jedynie ow zlowrozbny spiew. Poznala glos meza. Chauvelin uslyszal go rowniez, gdyz rzucil okiem na drzwi, a potem nasunal spiesznie kapelusz na oczy. Glos stawal sie coraz wyrazniejszy, a Malgorzata musiala stoczyc ze soba okropna walke, aby nie podbiec do nadchodzacego i nie ostrzec go, nim bedzie za pozno. Opanowala sie w ostatniej chwili, wiedzac, ze Chauvelin zatrzymalby ja na pewno, nim zdolalaby dosiegnac drzwi. Byla takze niemal pewna, ze dom otaczali zolnierze, gotowi na kazde zawolanie. Ten czyn szalony moglby tylko przyspieszyc smierc czlowieka, ktorego za cene wlasnego zycia chciala uratowac. "Niech dlugo nam panuje krol@ i Bog go ma w opiece"@ spiewal coraz radosniej. Wtem otworzyly sie drzwi i zapanowalo gluche milczenie. Malgorzata, nie mogac dojrzec drzwi wejsciowych, wstrzymywala oddech i czekala. Percy Blakeney spostrzegl oczywiscie ksiedza siedzacego przy stole. Zawahal sie przez kilka sekund, a potem wszedl do pokoju i zawolal donosnym, swobodnym glosem: – Hejze tam! Czy nie ma nikogo? Gdzie podzial sie ten glupi Brogard? Mial na sobie wspanialy plaszcz i owo ubranie do jazdy konnej, ktore nosil na sobie, gdy wyjezdzal z Richmond. Jak zwykle stroj jego lezal bez zarzutu. Piekne brabanckie koronki przy szyi i rekach odznaczaly sie niepokalana swiezoscia, dlonie mial biale, jasne wlosy starannie przyczesane, a w oku jego lsnil monokl, nadajac mu ton jak zawsze nieco afektowany. Sir Percy Blakeney wygladal raczej w tej chwili na zaproszonego goscia, bedacego w drodze na "garden party" u ksiecia Walii, niz na szalenca, wpadajacego w zasadzke z zimna krwia i z cala swiadomoscia grozy sytuacji. Stanal na srodku izby. Malgorzata sparalizowana trwoga byla pewna, iz lada chwila Chauvelin krzyknie i caly zajazd zapelni sie w oka mgnieniu zolnierzami, a wowczas ona rzuci sie na pomoc mezowi i oboje drogo okupia smierc. Ale czas mijal i nic nie zaklocalo ciszy panujacej w izbie. Malgorzata walczyla w duchu zaciekle, aby nie krzyknac, widzac jak Percy malo swiadomy jest grozacego mu niebezpieczenstwa. "Uchodz Percy, wszak to twoj najzacietszy wrog! uciekaj nim bedzie za pozno!" Ale nie zdazyla krzyknac, gdyz w tej wlasnie chwili Blakeney, spokojnie zblizyl sie do stolu i dobrodusznie klepiac ksiedza po plecach, rzekl zwyklym afektowanym i leniwym glosem: – Slowo daje, ze to dziwny traf, panie Chauvelin. Nigdy bym nie przypuszczal, ze cie tu spotkam. Chauvelin, ktory wlasnie podnosil do ust lyzke zupy, zachlysnal sie gwaltownie. Jego drobna zmieta twarz zaczerwienila sie jak burak, pod wplywem naglego kaszlu, co pomoglo chytremu przedstawicielowi rzadu francuskiego ukryc nieco zdumienie, graniczace z oslupieniem. Najwidoczniej nie spodziewal sie takiej bezczelnosci ze strony przeciwnika i stracil mowe wobec podobnego zuchwalstwa. Przerazenie dyplomaty zdradzal fakt, ze nie pomyslal o otoczeniu gospody zolnierzami, czego Blakeney domyslil sie i bez watpienia jego szybko orientujacy sie umysl tworzyl juz plany wyzyskania tego nieprzewidzianego spotkania. Malgorzata nawet nie drgnela w kryjowce. Przyrzekla sir Andrewowi, ze nie przemowi do meza wobec swiadkow i miala dosc panowania nad soba, aby nie przeszkadzac sir Percy'emu w wykonywaniu planow. Czula jednak, jak okropna meka byla ta przymusowa bezczynnosc w obliczu tych dwoch ludzi. Slyszala rozkazy Chauvelina, aby strzezono drogi, i wiedziala doskonale, ze gdyby jej maz opuscil teraz gospode pod "Burym Kotem", nie doszedlby daleko. Bylby w tej chwili schwytany przez jednego z patrolujacych ludzi kapitana Jutley'a gdyby zas pozostal w oberzy, to po nadejsciu Desgasa z zolnierzami czekalby go taki sam los. Pulapka miala lada chwila zatrzasnac sie, a ona nie mogla czynic nic innego, jak gubic sie w domyslach i czekac. Ci widziani z gory dwaj ludzie tworzyli dziwny kontrast, lecz z nich dwoch tylko Chauvelin zdradzal pewien niepokoj. Malgorzata znala go dostatecznie, aby zgadnac, co sie dzialo w jego duszy. Nie lekal sie o swe zycie, choc znajdowal sie sam w odleglej gospodzie, z czlowiekiem olbrzymiej sily, ktorego zuchwalstwo i odwaga przewyzszaly wszelkie pojecie. Byl gotow stawic czolo niebezpieczenstwu dla sprawy tak bardzo mu drogiej, ale mogl obawiac sie, by zuchwaly Anglik zabijajac go, nie ulatwil sobie ucieczki. Jego podwladni nie potrafiliby moze pojmac tak latwo "Szkarlatnego Kwiatu", w razie gdyby zabraklo im kierownictwa przywodcy, ktory czerpal podniete w smiertelnej nienawisci. Wedlug wszelkiego prawdopodobienstwa przedstawiciel francuskiego rzadu nie potrzebowal na razie niczego sie obawiac, gdyz Blakeney smiejac sie dobrodusznie jak zwykle, poklepal go znow po plecach z najwiekszym spokojem. – Jestem w prawdziwej rozpaczy – mowil wesolo – naprawde w prawdziwej rozpaczy, gdyz zdaje mi sie, ze ci przeszkodzilem w spozywaniu zupy. Ach, to podla strawa ta zupa! Wyobraz sobie, ze pewien moj przyjaciel umarl nagle zaduszony lyzka zupy. Mowiac to, usmiechal sie uprzejmie i niesmialo, patrzac z gory na Chauvelina. – Slowo daje – ciagnal dalej, gdy ten przyszedl cokolwiek do siebie – czy nie uwazasz, ze ta gospoda to straszna nora? Czy pozwolisz? – dodal siadajac na krzesle tuz kolo stolu i przyblizajac sobie waze zupy. – Ten glupi Brogard pewnie spi, lub cos w tym rodzaju. Na stole lezal drugi talerz i sir Percy spokojnie napelnil go zupa i nalal wina do szklanki. Malgorzata plonela ciekawoscia, jak postapi Chauvelin. Przebranie tak go zmienialo, ze moze mial zamiar udawac nadal, ze jest ksiedzem, ale dyplomata byl zbyt przebiegly, by rozpoczac gre tak niepewna. Wyciagnal reke i rzekl uprzejmie: – Sir Percy, jestem zaszczycony tym spotkaniem. Musisz mi wybaczyc, ale sadzilem, ze przebywasz po drugiej stronie kanalu… ta niespodzianka mnie zaskoczyla… – Alez oczywiscie – rzekl sir Percy z niezmaconym spokojem -oczywiscie… monsieur… jak? Chaubertin? czy tak? – Przepraszam bardzo -Chauvelin. – Ach wybacz! stokrotnie cie przepraszam! Naturalnie, Chauvelin… nigdy nie moge spamietac obcych nazwisk… Jadl wolno zupe, smiejac sie od czasu do czasu wesolo, zupelnie jak gdyby przyjechal do Calais jedynie po to, by spozywac kolacje w tej wstretnej gospodzie w towarzystwie zacietego wroga. Malgorzata nie mogla zrozumiec, czemu Percy nie skreca karku Francuzikowi. Z pewnoscia podobna mysl musiala zrodzic sie w jego glowie, gdyz niekiedy jego senne oczy blyszczaly zlowrogim blaskiem, posepnie spogladajac na drobna postac Chauvelina. Tymczasem Francuzik odzyskal zimna krew i jadl spokojnie zupe. Lecz przebiegly spiskowiec, ktory wprowadzal w czyn tyle smialych wypraw, patrzal zbyt trzezwo na sytuacje, aby narazic sie na niepotrzebne niebezpieczenstwa. Gospoda mogla byc przepelniona szpiegami, a Brogard przekupiony przez Chauvelina. Jedno zawolanie dyplomaty wystarczalo, aby sprowadzic 20 zolnierzy, ktorzy rzuca sie na Blakeney'a i skrepuja go, zanim uratuje lub przynajmniej przestrzeze uchodzcow. Tego nie mogl ryzykowac. Musial dostac sie do zbiegow francuskich, gdyz dal im na to slowo dzentelmena. Jedzac i zartujac rownoczesnie, rozmyslal i organizowal nowy plan, gdy tymczasem biedna i niespokojna Malgorzata dreczyla sie pytaniem w ciasnej kryjowce, co powinna byla uczynic. Przezywala najciezsze walki. – Nie wiedzialem – odezwal sie znow spokojnie Blakeney – ze… ze wstapiles do stanu duchownego. – Ja? Hm – jakal sie Chauvelin. Dobroduszne zuchwalstwo Blakeneya wyprowadzilo go znow z rownowagi. – Bylbym cie jednak poznal wszedzie – ciagnal spokojnie sir Percy, nalewajac sobie druga szklanke wina – choc szerokie rondo kapelusza nieco cie zmienilo. – Istotnie? – Naturalnie, monsieur Chauvelin. Mam jednak nadzieje, ze nie urazilem cie ta uwaga. Czy nie masz do mnie pretensji? – Alez nie, bynajmniej. Mam nadzieje, ze lady Blakeney czuje sie dobrze – dodal zywo Chauvelin, zmieniajac tok rozmowy. Percy zjadl zupe, wypil szklanke wina i Malgorzata miala wrazenie, ze obrzucil izbe przelotnym spojrzeniem. – Dobrze, dziekuje – odrzekl w koncu bardzo zimno. Zapadlo milczenie. Teraz Malgorzata swobodnie mogla obserwowac tych dwoch wrogow, mierzacych badawczo swe sily. Widziala meza niemal wyraznie, gdyz siedzial przy stole najdalej o 10 krokow od miejsca, w ktorym byla ukryta, kulac sie w kryjowce. Opanowala juz szalona chec, by pokazac sie mezowi. Czlowiek, ktory tak przepysznie umial odgrywac swa role, jak to czynil Percy w tej wlasnie chwili, nie potrzebowal pomocy kobiety. Malgorzata ze wzruszeniem wlasciwym kochajacej kobiecie, wpatrywala sie przez podarta firanke w przystojna twarz meza i odgadywala w jego niebieskich, pozornie sennych oczach i w dobrodusznym usmiechu te niepospolita sile, energie i pomyslowosc, ktore uczynily go bohaterem i otoczyly tak wielka czcia i bezgranicznym zaufaniem towarzyszy. "19 nas jest gotowych kazdej chwili oddac zycie za twego meza lady Blakeney" powiedzial jej sir Andrew. Patrzac na to niskie czolo, na te intensywnie niebieskie oczy i cala jego postac, zdradzajaca nieugieta i zelazna energie, pomimo mistrzowsko granej komedii, jego nadludzka sile woli i genialna inicjatywe, zrozumiala czar, jaki wywieral na towarzyszy. Czar ten podbil przeciez ja sama, zapanowal niepodzielnie nad jej sercem i wyobraznia… Chauvelin starajac sie ukryc zniecierpliwienie, pod pozorami zwyklej grzecznosci, spojrzal ukradkiem na zegarek w nadziei, ze Desgas nadejdzie kazdej chwili i zuchwaly Anglik znajdzie sie pod straza zaufanych zolnierzy kapitana Jutley'a. – Czy jestes w drodze do Paryza, sir Percy? – zapytal niedbale. – Bynajmniej – odrzekl smiejac sie Blakeney. – Nie jade dalej jak do Lille. Paryz na razie jest nieprzyjemnym miastem. Czyz nie mam racji, monsieur Chaubertin? Przepraszam, Chauvelin. – Moze Paryz jest niemily, ale nie dla angielskiego dzentelmena, jakim jestes ty, sir Percy – odparl sarkastycznie dyplomata – dla dzentelmena, ktory nie miesza sie zupelnie do walk, ktore sie tam rozgrywaja. – A wiec widzisz sam, ze nie mam tam nic do czynienia, a nasz przeklety rzad stanal calkowicie po waszej stronie. Ale widze, ze ci pilno sir – dodal, widzac, ze Chauvelin wyjal znow zegarek. – Masz moze jaka schadzke? nie krepuj sie mna. Mam jeszcze duzo czasu. Wstal od stolu i przysunal krzeslo do kominka i znow Malgorzata zawahala sie, czy go nie przestrzec, gdyz czas mijal i Desgas mogl niebawem nadejsc, o czym Percy nie wiedzial. – Nie spiesze sie nigdzie -ciagnal Percy wesolo – lecz nie usmiecha mi sie pozostanie w tej przekletej norze. Zareczam ci, sir – zasmial sie, gdy Chauvelin po raz trzeci spojrzal na godzine – ze twoj zegarek nie bedzie szedl predzej, dlatego, ze ciagle na niego spogladasz. Czekasz prawdopodobnie na przyjaciela? – Tak, na przyjaciela. – Mam nadzieje, ze nie na dame, drogi ksieze – rzekl Blakeney – gdyz Kosciol na pewno na takie schadzki nie pozwala. Zbliz sie do ognia, panie Chauvelin, czy nie czujesz zimna? Obcasem kopnal rozpalone klody, ktore rozprysly sie tysiacem iskier. Rzeczywiscie nie spieszyl sie wcale i nie przewidywal grozacego mu niebezpieczenstwa. Przysunal drugie krzeslo do pieca i Chauvelin, ktorego niepokoj ogarnial coraz widoczniej, usiadl kolo ognia w ten sposob, aby widziec drzwi wejsciowe. Desgas wyszedl przed kwadransem. Malgorzata nie watpila, ze gdy tylko powroci, Chauvelin zaniecha wszelkich dalszych planow, dotyczacych pojmania uchodzcow, i uwiezi natychmiast jej meza. – Hej, monsieur Chauvelin! – odezwal sie znow Blakeney – czy twoja przyjaciolka jest ladna? Te Francuzeczki bywaja niekiedy diabelnie ladne. Ale pytanie moje zbyteczne – dodal, oparlszy sie niedbale o stol – gdyz w tych kwestiach Kosciol nie powinien miec zdania. Nieprawdaz? Ale Chauvelin go nie sluchal. Cala uwage skupil na drzwiach, w ktorych Desgas mial sie ukazac lada chwila. Malgorzata rowniez nie spuszczala wzroku z drzwi, gdyz uslyszala nagle wsrod nocnej ciszy odglos licznych i miarowych krokow. Byl to Desgas i jego ludzie. Za trzy minuty tu beda. Za trzy minuty stanie sie rzecz okropna: szlachetny orzel wpadnie w sidla na wroble! Chciala krzyczec i biec do Percy'ego, ale nie miala odwagi. Patrzyla tylko na meza i sledzila kazde jego poruszenie, gdy kroki zolnierzy stawaly sie coraz wyrazniejsze. Stal ciagle przy stole, odwrocony plecami do Chauvelina i mowil dalej spokojnym glosem. Dostrzegla jednak, ze wyjal z kieszeni tabakierke i zwinnym ruchem wsypal do niej zawartosc stojacej na stole miseczki z pieprzem. Nastepnie zwrocil sie znow do Chauvelina i zapytal z niewinnym usmiechem: – O czym to mowiles, sir? Chauvelin, zbyt pilnie wsluchany w zblizajace sie kroki, nie zauwazyl, co robi jego przebiegly przeciwnik i z wysilkiem staral sie ukryc radosc ze spodziewanego triumfu. – O niczym – odrzekl przytomnie. – Nie mowilem nic. A ty, sir Percy, co chciales powiedziec? – Mowilem – rzekl Blakeney, zblizajac sie do Chauvelina – ze Zyd w Piccadilly sprzedal mi najlepsza tabake, jaka kiedykolwiek widzialem. Czy zrobisz mi ten zaszczyt, aby sprobowac, moj ksiezulku? Stal tuz kolo Chauvelina z dobrodusznym usmiechem, podajac mu tabakierke. Francuz zas, wsluchujac sie w szybko zblizajace sie kroki i spogladajac wciaz ku drzwiom, nie podejrzewal zadnej zasadzki ze strony przebieglego Anglika. Niewinny wyglad przeciwnika uspil wszystkie jego podejrzenia i z zaufaniem przyjal szczypte tabaki. Tylko ten, ktoremu przypadkiem zdarzylo sie zazyc dawke pieprzu, moze miec pojecie o okropnych skutkach takiej fatalnej pomylki. Chauvelinowi zdawalo sie, iz pieprz rozsadzi mu glowe. Kichal ustawicznie, nie mogac zlapac tchu. Przez chwile byl slepy, gluchy, nieprzytomny, a tymczasem Blakeney spokojnie, bez najmniejszego pospiechu wlozyl kapelusz, wyciagnal z kieszeni pieniadze, zostawil je na stole i swobodnie wyszedl z gospody. Rozdzial XXVI. Zyd Malgorzata ochlonawszy ze zdumienia, starala sie uporzadkowac rozpierzchle mysli. Ten ostatni, nieoczekiwany epizod, nie trwal dluzej niz pare minut, a Desgas z zolnierzami znajdowal sie juz o kilka krokow od gospody pod "Burym Kotem". Gdy zrozumiala nareszcie, co zaszlo, ogarnelo ja gwaltowne uczucie radosci i podziwu. Wszystko bylo tak proste, a takie genialne. Chauvelin znajdowal sie wciaz w tym samym oplakanym stanie, stokroc gorszym, niz po najsilniejszym nawet uderzeniu piescia, gdyz nie byl w stanie ani widziec, ani slyszec, ani przemowic, a tymczasem "Szkarlatny Kwiat" wymykal sie z jego sidel. Blakeney uszedl, na pewno z intencja polaczenia sie ze zbiegami, ukrywajacymi sie w chacie ojca Blancharda. Co prawda na razie Chauvelin byl obezwladniony i "Szkarlatny Kwiat" wyslizgnal sie z rak Desgasa, ale przeciez cale wybrzeze bylo strzezone, kazdy kat obszukany i kazdy nieznajomy sledzony. Dokad mogl sie udac Percy, ubrany w tak bogate szaty i jak mogl nadal uniknac schwytania? Wyrzucala sobie teraz gorzko, ze nie zeszla ze schodow i nie dala mu dowodu swej trwogi o niego i goracej milosci, nie przestrzegajac go o czyhajacym na niego niebezpieczenstwie. Smiertelnym lekiem przejela ja mysl, ze Percy nie wiedzial o rozkazach wydanych przez Chauvelina, tyczacych sie jego pojmania. Ale zanim te okropne przypuszczenia skrystalizowaly sie w jej umysle, uslyszala tuz kolo drzwi szczek broni i silny glos Desgasa, ktory rozkazywal zolnierzom: "Stoj!" Chauvelin powracal z wolna do przytomnosci. Nie kichal juz tak gwaltownie i chwiejac sie powstal z krzesla. Staral sie dojsc do drzwi, gdy Desgas zapukal. Chauvelin otworzyl mu spiesznie i zanim sekretarz zdolal wymowic slowo, zapytal miedzy dwoma kichnieciami: – Wysokiego wzrostu nieznajomy… Odpowiadaj predko, czy ktory z was go widzial? – Gdzie obywatelu? – odrzekl zdziwiony Desgas. – Tu czlowieku! Wyszedl przez te drzwi, najwyzej przed piecioma minutami. – Nikogo nie widzielismy, obywatelu. Ksiezyc jeszcze nie ukazal sie i… – A ty spozniles sie o piec minut? – przerwal dyplomata z ukryta wsciekloscia. – Obywatelu, ja… – Spelniles moj rozkaz, wiem o tym – przerwal zniecierpliwiony Chauvelin – ale bardzo dlugo musialem na ciebie czekac. Mam nadzieje, ze wszystko jeszcze da sie naprawic, inaczej zle bedzie z toba, obywatelu Desgas… Desgas zbladl. Tyle bylo nienawisci i zlosci w obliczu przelozonego… – Wysokiego wzrostu nieznajomy, obywatelu? -wyjakal. – Byl w tym pokoju przed piecioma minutami i jadl tu kolacje. Bezczelnosc przechodzaca wszelkie granice!… oczywiscie sam nie moglem go schwytac. Brogard jest za glupi, a ten przeklety Anglik ma zdaje sie sile byka. Uciekl ci przed samym nosem… – Przeciez nie moze isc daleko, wszedzie go zobacza!… – Oby tak bylo. – Kapitan Jutley poslal 40 ludzi na pomoc patrolom, z ktorych 20 zeszlo na plaze. Zapewnil mnie, ze caly dzien pelnia sluzbe pilnie i sumiennie i zaden nieznajomy nie jest w stanie dojsc do wybrzeza i wsiasc na okret. – To dobrze. Czy zolnierze dostali scisle instrukcje? – Otrzymali bardzo jasne rozkazy, obywatelu, i sam z nimi mowilem. Maja isc krok w krok, o ile moznosci niewidziani, za kazdym nieznajomym, ktorego spostrzegliby, szczegolnie gdyby odznaczal sie wysokim wzrostem. – Pod zadnym warunkiem nie mozna takiego osobnika aresztowac – rzekl zywo Chauvelin. – Ten bezwstydny "Szkarlatny Kwiat" umknalby w chwili uwiezienia go. Musimy pozwolic mu dosiegnac chaty Blancharda, a wtedy dopiero otoczyc go i pojmac. – Zolnierze doskonale zrozumieli ten rozkaz, obywatelu. Gdy tylko spostrzega wysokiego nieznajomego, jeden ze strazy musi w tej chwili przybiec do ciebie, by ci o tym oznajmic. – Dobrze, bardzo dobrze -rzekl Chauvelin, zacierajac rece z zadowoleniem. – Mam jeszcze jedna wiadomosc dla ciebie, obywatelu. – Mow. – Pewien wysoki Anglik mial dluga rozmowe, trwajaca moze trzy kwadranse z Zydem, zwanym Ruben, ktory mieszka tuz kolo gospody. – Tak? I co dalej? – zapytal niecierpliwie Chauvelin. – Chodzilo o konia i bryczke, ktore Anglik chcial wynajac na godzine jedenasta. – Juz jest po jedenastej. A gdzie mieszka ten Ruben? – O pare krokow stad. – Poslij zolnierza, aby zapytal, czy nieznajomy wyjechal wozkiem Rubena. – Dobrze, obywatelu. Desgas wyszedl, aby wydac zolnierzowi rozkazy. Ani jedno slowo z rozmowy nie uszlo uwagi Malgorzaty, miotanej zlowrogim przeczuciem. Rozpoczela podroz z taka plomienna nadzieja i niezachwiana wola, by pomoc mezowi, a dotad nie uczynila nic, zmuszona patrzec bezradnie, jak zaciesniaja sie sidla, w ktore musi wpasc bohaterski "Szkarlatny Kwiat". Wszedzie scigaly go zdradzieckie oczy szpiegow, a jej wlasna bezradnosc przygniatala ja. Zrozumiala, ze nie bylo najmniejszego prawdopodobienstwa, aby mogla mu w czymkolwiek przyjsc z pomoca i jedyna jej nadzieja stala sie mysl, by moc podzielic jego los, chocby najgorszy. Na razie nie osmielala sie nawet ufac, ze ujrzy jeszcze czlowieka, ktorego tak kochala, ale pragnela za wszelka cene wiedziec, co czyni Chauvelin, liczac, iz poki nie straci szpiega z oczu, los Percy'ego nie bedzie jeszcze calkowicie rozstrzygniety. Desgas pozostawil zwierzchnika w zajezdzie, a sam czekal przed gospoda na powrot poslanca, ktorego wyslal po Rubena. Uplynelo kilka minut. Chauvelin chodzil niecierpliwie po izbie, dreczony niepokojem. W tej chwili nie ufal juz nikomu. Nowy figiel splatany przez zuchwalego Anglika zachwial jego przeswiadczeniem o pewnym zwyciestwie, o ile sam nie dopilnuje osobiscie wyprawy. Po 5 minutach wrocil Desgas, prowadzac za soba starszego Zyda, ubranego w brudny i zniszczony chalat, z poplamionymi tluszczem rekawami. Jego rude wlosy zaczesane na sposob polskich Zydow, przyproszone juz byly siwizna i zwieszaly sie w dlugich pejsach wzdluz twarzy, okrytej warstwa brudu, nadajac mu wyglad wprost odrazajacy. Szedl zgiety wpol, z ta pozorna pokora jego rodakow, zdobyta w ciagu stuleci, przed zwyciestwem rownosci i wolnosci wyznan, i wlokl za soba nogi, jak to czynia zwykle na kontynencie Europy kupcy zydowscy. Chauvelin, ktory jak kazdy Francuz dzielil uprzedzenie rasowe do tej pogardzonej narodowosci, skinal na Zyda, by sie zbytecznie nie zblizal. Trzej mezczyzni stali pod sama lampa oliwna, zwieszajaca sie od powaly, tak ze Malgorzata mogla widziec wyraznie kazdego z nich. – Czy to ten czlowiek, o ktorym byla mowa? – zapytal Chauvelin. – Nie, obywatelu – rzekl Desgas. – Nie moglismy znalezc Rubena, musial z pewnoscia wyjechac z Anglikiem, ale ten czlowiek moze podobno dac pewne wskazowki, ktorych gotow nam udzielic za wynagrodzeniem. – Ach, tak – odrzekl Chauvelin, odwracajac sie z obrzydzeniem od wstretnego okazu ludzkiego, stojacego przed nim. Zyd stal na boku z pokorna cierpliwoscia, oparty na sekatym kiju i czekal, az jego ekscelencja raczy mu zadac pytanie. Zatluszczony kapelusz rzucal gleboki cien na jego twarz. – Ow obywatel twierdzi, ze mozesz udzielic mu pewnych wiadomosci o moim przyjacielu, Angliku, z ktorym pragne sie spotkac – rzekl Chauvelin rozkazujaco – do licha! Nie zblizaj sie czlowieku! – dodal spiesznie, gdy Zyd uczynil krok ku niemu. – Tak, wasza ekscelencjo -odrzekl Zyd z ta dziwna wymowa, ujawniajaca wschodnie pochodzenie. – Ja i Ruben Goldstein spotkalismy dzis wieczor wysokiego Anglika na drodze niedaleko stad. – Czy z nim mowiles? – Zwrocil sie do nas, wasza ekscelencjo, gdyz chcial najac konia i bryczke, aby pojechac szosa Saint Martin do pewnej miejscowosci jeszcze tej nocy. – Cozes odpowiedzial? – Nic nie odpowiedzialem -rzekl Zyd nienawistnie – Ruben Goldstein – ten podly zdrajca, ten syn Belzebuba… – Nic mnie te szczegoly nie interesuja – przerwal szorstko dyplomata – do rzeczy! – Wyprzedzil mnie, wasza ekscelencjo, i w chwili gdy mialem ofiarowac bogatemu Anglikowi swego konia i bryczke, aby zawiezc go gdzie chcial, Ruben juz wynajal mu swa zaglodzona szkape i rozbity wozek. – I co zrobil Anglik? – Usluchal Rubena Goldsteina, wasza ekscelencjo! Wsunal reke do kieszeni i wyciagnal cala garsc zlota, ktora pokazal temu potomkowi Belzebuba, mowiac mu, iz to wszystko bedzie nalezec do niego, jezeli stawi sie z koniem i bryczka na godzine jedenasta. – I naturalnie kon i wozek byly na czas gotowe? – Tak, byly gotowe, jezeli to tak mozna nazwac. Szkapa Rubena kulala jak zawsze i nie chciala z poczatku ruszyc z miejsca. Dopiero pod gradem razow puscila sie w droge – dodal Zyd, smiejac sie szyderczo. – A wiec wyjechali? – Tak, wyjechali przed paru minutami. Glupota tego cudzoziemca wzbudzila we mnie litosc. Taki Anglik nie spostrzegl, ze szkapa byla niezdatna do jazdy! – Alez on nie mial wyboru? – Nie mial wyboru? Wasza ekscelencjo! – zaprotestowal Zyd ochryplym glosem. – Czyz nie powtarzalem mu kilkakrotnie, ze moj kon i wozek zawioza go o wiele pewniej i predzej, niz zaglodzona szkapa Rubena? Nie chcial sluchac. Ruben jest takim klamca, ze umie przekonac kazdego i oszukal nieznajomego. Jezeli Anglik sie spieszyl, bylby duzo lepiej wyszedl, biorac moj wozek. – To i ty masz konia i bryczke? – zapytal Chauvelin. – Naturalnie, ze mam, wasza ekscelencjo, i jezeli wasza ekscelencja chce pojechac… – Czy wiesz przypadkiem, jaka droga pojechal moj przyjaciel wozkiem Rubena Goldsteina? Zyd w zadumie drapal brudny podbrodek. Serce Malgorzaty bilo tak gwaltownie, jak gdyby lada chwila mialo peknac. Uslyszala pytanie i patrzala z lekiem na Zyda, choc nie mogla dojrzec jego twarzy spod szerokiego kapelusza. Czula jednak instynktownie, ze Zyd trzyma los jej meza w swoich chudych, brudnych rekach. Zapadlo przykre milczenie. Dyplomata patrzyl groznie na zgieta postac stojaca przed nim i wreszcie Zyd polozyl reke na piersi i z wolna wyciagnal z przepastnej kieszeni cala garsc srebrnych monet. Popatrzyl wahajaco na pieniadze, a potem rzekl spokojnie: – Oto, co mi dal wysoki Anglik, gdy wyjezdzal z Rubenem, abym trzymal jezyk za zebami. Chauvelin wzruszyl niecierpliwie ramionami. – Ile masz tych pieniedzy? – Dwadziescia frankow, wasza ekscelencjo. Bylem cale zycie uczciwym czlowiekiem. Chauvelin bez dalszych komentarzy wyjal z sakiewki pare sztuk zlota i polozywszy je na dloni, zadzwonil nimi znaczaco w strone Zyda. – Ile tu jest sztuk zlota? – zapytal. Widocznie nie mial zamiaru terroryzowac Zyda, lecz przekupic go dla swych wlasnych planow, gdyz glos jego byl spokojny i lagodny. Grozac gilotyna lub poslugujac sie innymi sposobami tego rodzaju, bylby moze zbyt przerazil tego starca i sadzil, ze korzystniej bedzie pozyskac go pieniedzmi, niz straszyc karami. Oczy Zyda rzucily krotkie, chciwe wejrzenie na zloto, spoczywajace w rece dyplomaty. – Przynajmniej piec sztuk zlota, jezeli sie nie myle, wasza ekscelencjo – odrzekl cicho. – Czy to wystarczy, aby rozwiazac twoj uczciwy jezyk? – A co wasza ekscelencja pragnie wiedziec? – Czy kon twoj i wozek moga zawiezc mnie tam, gdzie pojechal moj przyjaciel wysoki cudzoziemiec. – Moj kon i wozek zabrac cie moga, gdzie chcesz wasza wysokosc. – Do miejscowosci zwanej "Chata Blancharda". – Zgadla wasza wysokosc! -zawolal zdumiony Zyd. – Czy znasz to miejsce? – Znam wasza wysokosc. – Ktoredy sie tam jedzie? – Szosa Saint Martin, wasza wysokosc, a potem sciezka ku nadbrzeznym skalom. – Czy znasz dobrze droge? – Kazdy kamien, kazda trawke wasza wysokosc – odparl spokojnie Zyd. Chauvelin umilkl i rzucil Zydowi 5 sztuk zlota. Ten uklakl i zaczal je zbierac na czworakach. Jedna moneta potoczyla sie daleko i z trudnoscia ja odnalazl, gdyz zatrzymala sie dopiero pod kredensem. Dyplomata czekal spokojnie, az stary Zyd odnajdzie wszystkie pieniadze. Gdy starzec skonczyl poszukiwania, Chauvelin zapytal: – Kiedy kon i bryczka moga wyc gotowe do drogi? – Juz sa gotowe. – Gdzie? – Stad o par krokow. Czy wasza ekscelencja raczy spojrzec? – To zbyteczne. Jak daleko mozesz mnie zawiezc? – Az do chaty Blancharda, wasza wysokosc, i dalej niz szkapa Rubena dowlokla twego przyjaciela. Jestem pewien, ze po niespelna dwoch milach spotkamy tego przekletego Rubena, jego szkape, wozek i wysokiego cudzoziemca. – W jakiej odleglosci znajduje sie pierwsza wies, przez ktora przejedziemy? – Miquelon jest najblizsza wsia polozona stad o dwie mile. – Mogl przeciez znalezc tam przeprzag, jezeli chcial dalej jechac? – Oczywiscie ze mogl, jezeli w ogole dojechal tak daleko. – A wiec? – Czy raczy wasza ekscelencja pojechac? – zapytal Zyd. – Tak. Mam zamiar pojechac -odparl spokojnie Chauvelin. -Ale pamietaj, ze jezeli mnie oszukujesz, kaze dwom zolnierzom sprawic ci takie lanie, ze az dusza wyjdzie z twego wstretnego cielska na zawsze. Jezeli jednak odnajde swego przyjaciela, tego wysokiego Anglika albo na drodze, albo w chacie Blancharda, to dostaniesz jeszcze dziesiec sztuk zlota. Czy przyjmujesz te warunki? Zyd zastanowil sie chwilke i podrapal sie znow w podbrodek. Spojrzal na pieniadze, na surowego dyplomate i Desgasa stojacego w milczeniu za nim, a wreszcie rzekl swobodnie: – Hm, przyjmuje. – W takim razie idz sobie i czekaj przed domem – rzekl Chauvelin. – Pamietaj, abys dotrzymal slowa, bo recze ci, ze rzetelnie spelnie obietnice. Zyd sklonil sie nisko, pokornie i skulony wyszedl z pokoju. Chauvelin wydawal sie bardzo zadowolony z tej rozmowy, gdyz zacieral rece, jak to zwykle czynil w chwilach szczegolnie radosnych. – Podac mi plaszcz i buty! – rzekl w koncu do Desgasa. Desgas zwrocil sie do drzwi i wydal potrzebne rozkazy. Prawie rownoczesnie wszedl zolnierz, niosac plaszcz, buty i kapelusz. Chauvelin zdjal sutanne, pod ktora mial obcisle spodnie i kamizelke, i zaczal sie przebierac. – A ty obywatelu – zwrocil sie do Desgasa – idz natychmiast do kapitana Jutley'a i powiedz mu, aby ci dodal dwunastu nowych zolnierzy. Udaj sie na szose Saint Martin, na ktorej mnie wkrotce dopedzisz. Bedziecie mieli niemala robote w chacie Blancharda. Rozegra sie tam cala walka, gdyz ow zapalwniec, zwany "Szkarlatnym Kwiatem" w swej glupocie czy tez zuchwalstwie, nie wiem jak to nazwac, pozostal przy dawnym planie. Poszedl polaczyc sie z Tournay'em, St. Justem i innymi zdrajcami, o czym przez chwile zwatpilem. Gdy dojdziemy na miejsce, spotkamy sie z garstka ludzi, gotowych na wszystko. Beda sie bronili do upadlego i sadze, ze padnie kilku naszych. Ci monarchisci dobrze wladaja szabla, a Anglik jest mocny, zwinny i przy tym chytry jak szatan, ale mimo wszystko bedziemy mieli przynajmniej pieciu zolnierzy na jednego zdrajce. Idz z zolnierzami za moim wozkiem i kieruj sie szosa Saint Martin przez Miquelon. Anglik wyprzedzil nas i nie sadze, aby zawrocil z drogi. Wydajac powyzsze jasne i zwiezle rozkazy, zmienial ubranie; zrzucil sutanne i przyoblekl sie w zwykle czarne odzienie. – Wydam w twoje rece niezwyklego jenca – ciagnal dalej Chauvelin smiejac sie zlosliwie i wziawszy Desgasa pod ramie, podszedl z nim ku drzwiom. – Nie zamordujemy go zaraz, nieprawdaz moj stary Desgasie? Chata Blancharda znajduje sie w odleglym miejscu wybrzeza i nasi ludzie beda mogli uzyc nieco zabawy z rannym lisem. Wybierz miedzy nami przyjacielu Desgasie takich, ktorzy lubuja sie w tego rodzaju sportach… Musimy nacieszyc sie widokiem zwyciezonego "Szkarlatnego Kwiatu". Niech skomli troche, niech drzy… zanim w koncu… – tu uczynil ruch bardzo wymowny i zasmial sie dziko, a echo tego smiechu napelnilo dusze Malgorzaty niewypowiedziana zgroza. – Wybierz dobrze ludzi, obywatelu Desgas – powtorzyl raz jeszcze, wychodzac z gospody z sekretarzem. Rozdzial XXVII. Na tropie Lady Blakeney nie namyslala sie dlugo. Uslyszala Desgasa wydajacego rozkazy swym ludziom i kierujacego sie ku portowi, celem otrzymania posilkow, gdyz szesciu ludzi nie wystarczalo na schwytanie pomyslowego Anglika, ktorego geniusz byl jeszcze niebezpieczniejszy od jego odwagi i sily. Kroki oddalily sie i ucichly. W kilka minut potem doszedl do niej ochryply glos Zyda, klnacego na swa szkape, potem turkot kol podskakujacych na nierownym bruku. W zajezdzie wszystko pograzylo sie w glebokiej ciszy. Brogard i jego zona, przerazeni widokiem Chauvelina, nie dawali znaku zycia w nadziei, ze nie naraza sie nikomu. Malgorzata poczekala jeszcze chwile, a potem spiesznie zbiegla z chwiejacych sie schodow, otulila sie ciemnym plaszczem i opuscila gospode. Noc byla bezgwiezdna, dzieki czemu mloda kobieta mogla niespostrzezenie podazyc za turkotem oddalajacej sie bryczki. Miala nadzieje, ze jezeli bedzie szla wzdluz przydroznych rowow, nie zwroci uwagi zolnierzy Desgasa i patroli czatujacych we wszystkich kierunkach. Puscila sie zatem w droge, samotna, zgubiona, w ciemnosciach nocy. Miala przed soba do przebycia pieszo 2 mile do Miquelon, a potem jeszcze droge, wiodaca wsrod kamieni i wybojow az do chaty ojca Blancharda. Zydowska szkapa nie mogla isc szybko i choc Malgorzata czula sie wycienczona wskutek przebytych wstrzasnien, miala jednak nadzieje, ze nie pozostanie w tyle. Droga byla gorzysta, a ze biedne konisko ledwie zylo, wozek bedzie z pewnoscia czesto zatrzymywac sie w drodze, co ulatwi Malgorzacie podazanie za nim. Szosa, ciagnaca sie w pewnym oddaleniu od morza, obsadzona byla krzakami i watlymi drzewami, okrytymi nedzna zielenia. Drzewa szarpane wiecznie polnocnymi wichrami, staly nachylone w ciemnosci, jak zastygle upiory. Szczesliwym trafem ksiezyc nie wynurzyl sie zza ciezkich chmur i Malgorzata, trzymajac sie blisko niskich zarosli, na samym brzegu drogi, prawie wcale nie byla widoczna. Gleboka cisza panowala dokola, tylko z daleka dochodzil szum oceanu, jak cicha, bolesna skarga. Powietrze bylo ostre, przesycone wonia morza. W innych warunkach biedna kobieta wdychalaby balsamiczny, lagodny zapach jesiennej nocy i wsluchiwala sie w daleki szum fal, rozkoszujac sie spokojem tego odludnego krajobrazu i nocna cisza, przerywana smutnym krzykiem mewy lub turkotem dalekiego wozu. Lecz w tej chwili dreczyly ja zlowrogie przeczucia i rozdzierajaca tesknota za czlowiekiem, ktory byl jej jedynym szczesciem. Potykala sie na sliskiej trawie rowu, nie chcac dla ostroznosci isc srodkiem drogi, i z trudem przyspieszala kroku po blotnistej pochylosci. Nie spotkala na drodze nikogo. Ostatnie swiatla Calais dawno juz pozostaly w tyle, a dokola nie bylo ani sladu ludzkiej osady, chaty rybackiej czy szalasu drwala. W oddali, po prawej stronie bielaly nadbrzezne skaly, a nizej rysowal sie skalisty brzeg morza, o ktory nadchodzacy przyplyw rozbijal sie bezustannym, przytlumionym grzmotem. Malgorzata probowala odgadnac, gdzie teraz na tym odludnym wybrzezu znajduje sie Percy. Z pewnoscia nie byl daleko, gdyz wyjechal na kwadrans przed Chauvelinem. Czy wiedzial, ze w tym zimnym, wietrznym zakatku Francji czyha na jego zycie tylu szpiegow? Tymczasem najpiekniejsze nadzieje kolysaly Chauvelina trzesacego sie na nierownej drodze w zydowskiej bryczce. Zacieral rece z ukontentowaniem na mysl o gestej sieci tak zrecznie zarzuconej, z ktorej Anglik nie mogl juz zadna miara sie wyslizgnac. Podczas powolnej jazdy wsrod ciemnej nocy, czekal niecierpliwie na triumfalne zakonczenie tych wspanialych lowow, ktorych zdobycza byl tajemniczy "Szkarlatny Kwiat". Pojmanie wielkiego spiskowca bedzie najpiekniejszym lisciem w jego wiencu chwaly, a Anglik schwytany na goracym uczynku, w chwili, gdy pomaga i otacza opieka zdrajcow republiki francuskiej, nie mogl zadac pomocy od wlasnej ojczyzny. W kazdym razie Chauvelin postara sie, aby wszelka interwencja przyszla za pozno. Ani przez chwile nawet nie pomyslal o okropnym polozeniu nieszczesliwej kobiety, ktora nieswiadomie zdradzila wlasnego meza. Zapomnial o niej. Byla potrzebna zabawka w jego rekach, a poza tym niczym. Zydowska chuda szkapa szla prawie ciagle stepa, a gdy zwalniala kroku, woznica przyspieszal jej bieg razami. – Czy daleko jeszcze do Miquelon? – pytal od czasu do czasu Chauvelin. – Nie bardzo daleko, wasza wysokosc – brzmiala wciaz ta sama odpowiedz. – Nie spotkalismy jeszcze dotad twego i mego przyjaciela, stojacych bezradnie na srodku drogi! – wtracal ironicznie Chauvelin. – Cierpliwosci szlachetna ekscelencjo – dodawal syn Mojzesza – jada na pewno przed nami. Widze slady kol bryczki tego zdrajcy, tego syna Amalekitow… – Czy na pewno znasz droge? – Znam ja tak dobrze, jak owe 10 sztuk zlota w kieszeni waszej szlachetnej ekscelencji, ktore beda niebawem moje. – Gdy tylko przywitam swego przyjaciela, owego wysokiego cudzoziemca, beda na pewno twoje. – Posluchaj… co to jest? -zapytal nagle Zyda. Wsrod milczenia i ciszy uslyszeli wyraznie tupot kopyt konskich na blotnistej drodze. – To sa zolnierze – szepnal trwoznie Zyd. – Zatrzymaj sie na chwile. Chce posluchac – rzekl Chauvelin. Malgorzata uslyszala rowniez tetent galopujacych koni, zblizajacych sie w kierunku wozka. Z poczatku myslala, ze to Desgas i jego ludzie, ale teraz zdawala sobie wyraznie sprawe, ze jezdzcy nadjezdzali z przeciwnej strony, moze z Miquelon. Otaczala ja ciemnosc i nie potrzebowala obawiac sie, ze ja zobacza. Gdy wozek zatrzymal sie z najwieksza ostroznoscia przyczolgala sie blizej po rozmoklej drodze. Serce jej bilo jak mlotem, drzala calym cialem. Juz odgadla, jakie wiesci przynosili jezdzcy: "Kazdego nieznajomego na drodze lub na wybrzezu nalezy sledzic, szczegolnie gdyby byl wysokiego wzrostu. Gdy ktos spostrzeze podobnego osobnika, zolnierz na koniu musi w tej chwili mi o tym doniesc." Takie byly rozkazy Chauvelina. Czy odnaleziono juz cudzoziemca? Czy byl to ow konny poslaniec, przynoszacy wazna nowine, ze scigana zwierzyna wpadla nareszcie w zasadzke? Malgorzata, chcac uslyszec slowa poslanca, przysunela sie blizej wsrod ciemnosci i do jej uszu doszlo spiesznie rzucone haslo: Wolnosc, rownosc, braterstwo! – a potem pytanie Chauvelina. – Jakie wiadomosci? Dwaj jezdzcy osadzili konie przy samym wozku. Malgorzata rozrozniala wyraznie ich sylwetki, rysujace sie na tle nieba. Slyszala glosy i parskanie koni, a za nia w pewnej odleglosci dzwieczaly regularne i miarowe kroki zblizajacego sie oddzialu Desgasa. Nastala dluzsze pauza, podczas ktorej dyplomata prawdopodobnie dawal zolnierzom papiery do przejrzenia, gdyz po chwili dopiero nastapily pytania i odpowiedzi. – Widzieliscie cudzoziemca? -zapytal zywo Chauvelin. – Nie obywatelu, nie widzielismy zadnego wysokiego cudzoziemca. Szlismy brzegiem nadbrzeznych skal… – I co? – O cwierc mili od Miquelon napotkalismy rozpadajaca sie drewniana chate, ktora wygladala na szalas rybacki, sluzacy do przechowywania sieci i narzedzi. Z poczatku chata wydawala nam sie pusta, ale po chwili zobaczylismy lekki slup dymu, wydobywajacy sie z boku. Zeskoczylem z konia i przyczolgalem sie tuz do chaty. Nic nie bylo w niej podejrzanego tylko w jednym kacie palily sie wegle drzewne, a przy ognisku staly dwa krzesla. Naradzilem sie z towarzyszami, co dalej czynic. Oni schowali sie z konmi w poblizu, a ja pozostalem na czatach. – Dobrze. I widziales kogos? – Po polgodzinie uslyszalem glosy i rownoczesnie dwoch ludzi wylonilo sie spoza skaly. Zdaje sie, ze przychodzili od strony Lille. Jeden byl mlody, drugi stary. Rozmawiali po cichu i nie moglem uslyszec co mowili. Jeden byl mlody, drugi stary!… Serce Malgorzaty scisnelo sie bolesnie na te slowa. Czy ten mlody byl Armandem, jej bratem, a stary to de Tournay? Ci dwaj uchodzcy nieswiadomie sluzyli za przynete do schwycenia ich nieustraszonego i szlachetnego zbawcy. – Ci dwaj mezczyzni weszli do chaty – ciagnal dalej zolnierz -a ja przylozylem ucho do sciany szalasu. Chata byla tak licho sklecona, ze moglem uchwycic pare slow z ich rozmowy. – Tak? Mow predko, co uslyszales? – Starzec zapytal mlodego, czy wie na pewno, ze sa w umowionym miejscu. "Alez tak – odrzekl tamten – to tu z pewnoscia" i przy blasku ogniska pokazal towarzyszowi jakis papier. "Tu jest plan – rzekl – ktory mi dal, nim opuscilem Londyn. Mielismy trzymac sie scisle tych wskazowek, o ile bysmy nie odebrali innych rozkazow. Oto droga, ktora tu przyszlismy. Patrz – w tym miejscu drogi sie rozchodza… tutaj przecielismy szose Saint Martin, a oto sciezka, ktora doprowadzila nas do brzegu skaly." Musialem nieostroznie wywolac lekki szelest, gdyz mlodzieniec zblizyl sie do drzwi chaty i spojrzal niespokojnie wkolo. Gdy podszedl znow do towarzysza, szeptali tak cicho, ze nie slyszalem juz ani slowa. – Dobrze. A potem? – zapytal niecierpliwie Chauvelin. – Bylo nas razem szesciu, z tych co patrolowali wybrzeze. Zadecydowalismy, aby czterech pozostalo przy chacie i pilnowalo jej, a my ruszylismy co predzej, by zdac ci sprawe z tego, co widzielismy. – Nie macie zadnych wiesci o wysokim cudzoziemcu? – Zadnych, obywatelu. – Co uczynia w razie, gdyby twoi towarzysze go spostrzegli? – Nie straca go z oczu ani przez chwile, a gdyby zamierzal uciekac lub szedl w kierunku zblizajacego sie okretu lub lodzi, otocza go i w razie potrzeby strzela, aby przywolac na pomoc reszte patroli. Pod zadnym warunkiem nie dadza mu uciec. – Ale pamietaj, aby go nie zranic – szepnal z dzika nienawiscia Chauvelin. -Dobrzescie sie sprawili chlopcy. Oby tylko przeznaczenie pozwolilo, abym nie przyjechal za pozno. – Spotkalismy przed chwila 6 ludzi, ktorzy patrolowali na drodze przez kilka godzin. – I co? – I oni rowniez nie spotkali wysokiego Anglika. – A jednak jest przed nami, jedzie wozem… Nie ma ani chwili do stracenia. Jak daleko jest stad ta chata? – Jeszcze ze dwie mile drogi, obywatelu. – Czy mozesz odnalezc ja zaraz, w tej chwili, bez wahania? – Nie mam najmniejszej watpliwosci, obywatelu. – Odnajdziesz sciezke na brzegu skaly nawet wsrod ciemnosci? – Noc nie jest tak ciemna, wreszcie znam droge – powtarzal z naciskiem zolnierz. – W takim razie siadaj w tyle, a twoj towarzysz niech odprowadzi konie z powrotem do Calais. Powiedz Zydowi, aby jechal prosto, a potem zatrzymaj go o cwierc mili przed sciezka. Staraj sie, aby jechal najkrotsza droga. Podczas tej rozmowy Desgas i jego zolnierze zblizali sie spiesznie i Malgorzata slyszala tetent kopyt konskich najwyzej o sto krokow za soba. Zrozumiala, ze szalenstwem bylo dalsze narazanie sie, szczegolnie teraz, gdy dowiedziala sie o wszystkich planach. Pod wplywem bezustannej trwogi jej serce, nerwy i umysl doszly do stanu zupelnego zobojetnienia, a apatia zabila nawet dreczace ja dotychczas cierpienia. Nie miala najmniejszej nadziei uratowania meza. Tak niedaleko od tego miejsca francuscy uchodzcy czekali na swego zbawce, a on zblizal sie do nich po opustoszalej drodze, aby lada chwila wpasc w rece 24 ludzi, prowadzonych przez czlowieka, ktorego nienawisc byla rownie okrutna, jak chytrosc jego byla piekielna. I oto wszyscy zostana schwytani. Wedlug danego slowa, Chauvelin odda Armanda mlodej kobiecie, ale jej maz Percy wpadnie w sidla zacietego wroga, nie znajacego litosci dla szlachetnego serca, ani podziwu dla bohaterstwa. Uslyszala jeszcze, jak zolnierz wydawal kilka krotkich wskazowek Zydowi, a potem cofnela sie zywo na brzeg rowu i ukryla sie za niskimi krzewami. Tymczasem nadjechal oddzial Desgasa. Staneli w milczeniu za wozem i po chwili wszyscy ruszyli w dalsza droge. Malgorzata poczekala chwilke i dopiero, gdy sie upewnila, ze nikt nie slyszy jej krokow, pobrnela dalej wsrod zwiekszajacych sie wciaz ciemnosci. Rozdzial XXVIII. Chata ojca Blancharda Malgorzata szla wciaz naprzod jakby w polsnie. Jedynym jej pragnieniem bylo zobaczyc jeszcze raz meza, wyznac mu swa wine, powiedziec mu, ile wycierpiala, jak bardzo go lekcewazyla i jak malo starala sie go zrozumiec. To bylo jedynym jej celem. Z rozpacza rozgladala sie wsrod mroku, zapytujac siebie, z ktorej strony nadejdzie Percy, aby wpasc w zasadzke. Daleki szum balwanow przejmowal ja dreszczem. Smutny jek sowy, rozlegajacy sie od czasu do czasu, lub krzyk mewy przepelnial ja niewypowiedziana trwoga. Myslala o drapieznych bestiach ukrytych w ludzkim ciele, czyhajacych na swe ofiary i rozdzierajacych je bez litosci jak zglodniale wilki, w wylacznym celu zadoscuczynienia zadzy zemsty. Nie bala sie ciemnosci, lekala sie jedynie tego czlowieka jadacego przed nia na prostym wozku, ktory zywil pragnienia zemsty tak okrutne i tak szatanskie. Czula bol w nogach, a kolana uginaly sie pod nia z wysilku. Od kilku dni zyla w okropnej rozterce, spedzila trzy ostatnie noce bez snu i szla juz od dwoch godzin po sliskiej drodze, podtrzymywana nadzieja, ze zobaczy meza po raz ostatni i jezeli uzyska od niego przebaczenie popelnionej zbrodni, bedzie miala przynajmniej prawo umrzec przy jego boku. Na wpol przytomna, szla bezmyslnie po blotnistej drodze, gdy nagle jej uszy, czule na kazdy szmer, uslyszaly, ze bryczka stanela, a zolnierze osadzili konie. Doszli do miejsca przeznaczenia. Bez watpienia na prawo znajdowala sie sciezka prowadzaca do skal morskich i do chaty Blancharda. Obojetna na niebezpieczenstwo, przyczolgala sie do miejsca w ktorym znajdowal sie Chauvelin z eskorta. Zsiadl z wozka i wydawal rozkazy zolnierzom. Miejsce, w ktorym zatrzymala sie ekspedycja, znajdowalo sie w odleglosci mniej wiecej 800 metrow od wybrzeza. Slaby odglos fal dochodzil jakby z wielkiej oddali. Chauvelin i Desgas skrecili nagle na prawo, prawdopodobnie na sciezke, wiodaca ku morzu, a Zyd pozostal na szosie ze szkapa i wozkiem. Malgorzata bardzo ostroznie, pelzajac na rekach i kolanach, wrocila w te strone. Musiala przedostac sie przez cierniste, niskie krzaki, unikajac najlzejszego szelestu i rozdzierajac sobie twarz i rece o suche galezie. Ale za wszelka cene chciala widziec i slyszec wszystko, a nie byc dostrzezona. Na szczescie, jak to bywa w tych okolicach Francji, sciezka obsadzna byla niskim, zwartym plotem, za ktorym ciagnal sie wyschniety row, obrosniety wysokimi trawami. Malgorzacie udalo sie wiec znalezc schronienie w tych sitowiach. Ukryta w nich calkowicie, zblizyla sie o trzy metry od miejsca, gdzie Chauvelin wydawal rozkazy swym zolnierzom. – A teraz powiedzcie mi -mowil tonem rozkazujacym – gdzie jest chata ojca Blancharda? – Chata znajduje sie w odleglosci 800 metrow stad -odrzekl zolnierz, prowadzacy cala ekspedycje. – Doskonale! Wiec poprowadzisz nas. Nim zaczniemy schodzic ze skal, podejdziesz pod sama chate, jak najostrozniej i przekonasz sie, czy zdrajcy monarchisci jeszcze sie tam znajduja. Rozumiesz? – Rozumiem, obywatelu. – Sluchajcie wszyscy uwaznie -ciagnal dalej Chauvelin, zwracajac sie do zolnierzy -gdyz moze nie bedziemy mogli potem wymienic ani slowa. Zapamietajcie zatem kazdy rozkaz, jak gdyby zycie wasze zalezalo od waszej pamieci. Wreszcie kto wie, czy tak nie bedzie? – dodal oschle. – Sluchamy, obywatelu -odrzekl Desgas. – Zolnierz republikanski nigdy nie zapomni rozkazu. – Ty przyczolgasz sie az do chaty i sprobujesz do niej zajrzec. Jezeli Anglik juz tam sie znajduje, zagwizdaj krotko i glosno. Bedzie to haslem dla twoich towarzyszy i wowczas wy wszyscy – dodal zwracajac sie znow do zolnierzy – otoczycie spiesznie chate i wejdziecie do niej. Niech kazdy z was schwyci jednego z tych zdrajcow, ale tak szybko, aby nie zdolali wyciagnac szabli lub strzelic z pistoletu. Jezeli ktory z nich sie bedzie bronil, to postrzelcie go w noge lub w reke, ale pod zadnym warunkiem nie wolno zabic wysokiego cudzoziemca. Czy rozumiecie? – Rozumiemy, obywatelu. – Ten czlowiek, ktory wyroznia sie szczegolnie wysokim wzrostem, okaze z pewnoscia silny opor. Trzeba uzyc z pieciu ludzi, aby go obezwladnic. Zapanowalo krotkie milczenie, po czym Chauvelin ciagnal dalej. – Jezeli monarchisci beda jeszcze sami, co jest bardzo prawdopodobne, musisz przestrzec towarzyszy, czekajacych w poblizu. Wszyscy razem schronicie sie za skalami, otaczajacymi chate i czekajcie w grobowym milczeniu, poki nie nadejdzie wysoki Anglik. Wtedy dopiero wpadniecie do chaty, lecz nie pierwej niz cudzoziemiec przekroczy prog. Pamietajcie, ze musicie byc ostrozni jak wilk w nocy, gdy krazy dokola kurnika. Chodzi o to, aby monarchisci nie domyslili sie niczego. Strzal z pistoletu, krzyk, zawolanie z ich strony wystarczyloby moze, aby ostrzec Anglika, by nie zblizal sie do chaty. A przeciez zadaniem waszym jest ujecie go w ciagu dzisiejszej nocy – dodal z naciskiem. – Dokladnie wykonamy twoje rozkazy, obywatelu. – Ruszajcie zatem z najwieksza ostroznoscia, a ja pojde za wami. – A co stanie sie z Zydem, obywatelu? – zapytal Desgas, podczas gdy zolnierze jak ciemne cienie zaczeli schodzic po waskiej i urwistej sciezce wzdluz skaly. – Ach, prawda, zapomnialem na smierc o Zydzie! – rzekl Chauvelin i zwrociwszy sie w jego strone, zawolal groznie: -Chodz tu, ty, jak sie tam nazywasz, Aronie, Mojzeszu czy Abrahamie – rzekl do starca, ktory stal spokojnie przy swojej szkapie jak najdalej od zolnierzy. – Beniamin Rosenbaum, za pozwoleniem waszej wysokosci -odrzekl pokornie. – Cicho badz i sluchaj moich rozkazow. A radze ci, abys je wypelnil. – Slucham, wasza wysokosc. – Trzymaj za zebami przeklety jezyk, mowie ci. Pozostaniesz tutaj, slyszysz? Pozostaniesz z koniem i wozkiem az do naszego powrotu. Nie wolno ci wydac najmniejszego dzwieku, a nawet glosniej oddychac. Nie wolno ci opuszczac tego stanowiska pod zadnym pozorem, poki nie dam ci innego polecenia. – Alez, wasza wysokosc… – zaprotestowal Zyd z rozpacza. – Nie ma tu zadnego ale -przerwal Chauvelin tonem, ktory dreszczem przerazenia wstrzasnal bojazliwym starcem – jezeli po moim powrocie nie znajde ciebie tutaj, to zapewniam cie uroczyscie, ze gdziekolwiek sprobujesz sie skryc, wynajde cie i spotka cie kara natychmiastowa i straszna. Czy slyszysz? – Alez, wasza ekscelencjo… – Czy slyszales, co powiedzialem? Zolnierze znikli juz w ciemnosci; trzej mezczyzni stali na opustoszalej drodze, a Malgorzata za plotem sluchala rozkazow Chauvelina, jak gdyby to byl jej wlasny dekret smierci. – Zrozumialem, wasza wysokosc – zaprotestowal znow Zyd, probujac zblizyc sie do dyplomaty – i przysiegam na Abrahama, Izaaka i Jakuba, ze wypelnie co do joty rozkazy waszej wysokosci i ze nie rusze z tego miejsca, poki wasza wysokosc nie raczy rzucic na swego powolnego sluge jasnosci swego spojrzenia, ale pamietaj, ze jestem biednym, juz bardzo starym czlowiekiem. Moje nerwy nie sa tak silne, jak nerwy mlodego zolnierza i jezeli nadejda nocni zboje, szukajacy zdobyczy na tej opustoszalej drodze, krzykne moze lub uciekne ze strachu… czyz i wowczas zostane pozbawiony zycia lub okropna kara spadnie na moja biedna stara glowe za tak mimowolne przestepstwo? Zyd istotnie zdradzal straszne przerazenie. Trzasl sie od stop do glow. Trudno bylo tego czlowieka pozostawic samego na odludnym miejscu. Biedak mial racje. Nie panujac nad przerazeniem, mogl krzyknac, co byloby dostateczna przestroga dla chytrego "Szkarlatnego Kwiatu". Chauvelin zamyslil sie. – Czy sadzisz, ze twoj kon i wozek moga tu pozostac bez ciebie? – zapytal twardo. – Zdaje mi sie, obywatelu -wtracil Desgas – ze byloby to najrozsadniejsze i ze lepiej pozostawic wozek bez tego brudnego, tchorzliwego starca. Nie ma najmniejszej watpliwosci, ze przy pierwszej sposobnosci ucieknie jak zajac lub zacznie krzyczec wnieboglosy. – Dobrze, ale co zrobic z ta pokraka? – Odeslac go na powrot do Calais. – Nie mozemy tego uczynic, gdyz potrzebny nam bedzie za chwile do przewozenia rannych -rzekl chmurnie Chauvelin. Zapadlo znow milczenie. Desgas czekal na postanowienie swego przelozonego, a stary Zyd wzdychal ciezko kolo szkapy. – A wiec, leniwy, stary tchorzu – odezwal sie wreszcie Chauvelin – nic nam nie pozostaje innego do uczynienia, jak zabrac cie z nami. Obywatelu Desgas, wpakuj te oto chustke do ust tego obywatela. Chauvelin podal chustke Desgasowi, ktory natychmiast wykonal rozkaz. Beniamin Rosenbaum dal sobie zakneblowac usta bez oporu. Widocznie wolal oddac sie tej przykrosci, niz tkwic samotnie w ciemnosci na szosie Saint Martin. Nastepnie trzej mezczyzni ruszyli w droge jeden za drugim po waskiej sciezce. – Predzej – rzekl niecierpliwie Chauvelin. – Stracilismy juz i tak za duzo drogiego czasu. Po chwili sprezyste kroki Chauvelina i Desgasa i odglos ciezkich butow starego Zyda umilkly w oddali. Malgorzata nie stracila ani jednego slowa z rozkazow dyplomaty. Wytezyla wszystkie mysli, aby w calej pelni objac polozenie, ktore bylo istotnie rozpaczliwe. Garstka ludzi czekala na swego zbawce, nieswiadomego, jakie sidla zastawiono na niego w te ciemna noc na opustoszalym wybrzezu, by zgubic bezbronnych ludzi, nie przeczuwajacych zasadzki. Wsrod tych skazancow jeden byl jej mezem, ktorego ubostwiala, a drugi bratem, ktorego kochala. Zapytywala w duchu, jaki bedzie los tamtych, czekajacych rowniez spokojnie na wyzwolenie, gdy smierc czyhala na nich ze wszystkich rozpadlin skalnych, otaczajacych samotna chate. Na razie nie mogla uczynic nic innego, jak isc za zolnierzami i Chauvelinem. Gdyby nie lek, ze zgubi droge, pobieglaby naprzod, znalazla ten drewniany szalas, przestrzegla na czas zbiegow i walecznego bohatera. Wahala sie, czy nie nalezy przerazliwie krzyknac, by ostrzec meza oraz jego przyjaciol, ktorzy mogliby jeszcze uciec, zanim bedzie za pozno; lecz nie wiedziala, w jakiej odleglosci znajduje sie od chaty i czy jej glos dojdzie do uszu skazancow. Zadrzala na mysl, czy zolnierze nie zaknebluja jej ust jak Zydowi i czy nie stanie sie bezbronnym jencem w rekach katow? Bez szelestu przemykala wzdluz plotu. Zrzucila obuwie, a ponczochy jej rozpadly sie w strzepy. Nie odczuwala ani bolu, ani zmeczenia. Chciala za wszelka cene polaczyc sie z mezem i ta zelazna wola zabijala w niej kazde cierpienie fizyczne, zaostrzajac jej postanowienie. Slyszala tylko miarowe i ciche kroki wrogow i z przerazliwa dokladnoscia widziala w mysli drewniana, samotna chate i Percy'ego, idacego prosto na smierc. Wtem przystanela i przywarla do ziemi przy samym plocie. Ksiezyc, ktory dotad byl jej sprzymierzencem i ukrywal sie wsrod chmur, wyplynal nagle na niebo w calym blasku wczesnej, jesiennej nocy i w jednej chwili zalal swiatlem ciemny i opustoszaly krajobraz. W odleglosci 10 metrow znajdowal sie brzeg urwiska, a ponizej srebrzac sie az do wolnej i szczesliwej Anglii, kolysaly sie spokojnie morskie fale. Oczy Malgorzaty spoczely na lsniacej powierzchni. Serce jej rozdarte bolem wezbralo rozpacza, a oczy napelnily sie goracymi lzami: o niespelna 3 mile morskie z bialymi, rozpietymi zaglami czekal piekny jacht, gotowy do drogi. Malgorzata raczej go odgadla, niz poznala. Byl to "Day Dream", ulubiony statek meza, ze starym Briggesem, ksieciem pilotow, na czele calego zastepu angielskich marynarzy. Jego biale zagle blyszczaly w swietle ksiezyca i zdawaly sie przysylac obietnice radosnej nadziei. Czekal tam na szerokim morzu, czekal na swego pana jak wspanialy bialy ptak, gotowy do lotu, a ten pan nigdy nie zobaczy juz jego pokladu ani bialych skal Anglii, ojczyzny wolnosci i nadziei… Widok jachtu napelnil biedna, znekana kobiete nadludzka sila rozpaczy. Juz doszli do brzegu skaly, za ktora smierc czyhala na najdrozszego na swiecie czlowieka. Swiatlo ksiezyca wskazywalo jej droge, wiec mogla pobiec do szalasu, obudzic spiacych, aby mogli sprzedac drogo swe zycie, jezeli musieli zginac. Potknela sie w gestej trawie rowu, lecz zerwala sie spiesznie i wyprzedziwszy Chauvelina i Desgasa, znalazla sie na brzegu skaly. Slyszala kroki zolnierzy poza soba, ale ksiezyc oswietlil ja nagle tak jasno, ze postac mlodej kobiety zarysowala sie wyraznie na srebrzystym tle morza. Na pol martwa ze zgrozy przywarla znow do ziemi, jak tropione zwierze. Z gory spojrzala na sciezke. Zejscie z niej nie przedstawialo zbyt wielkich trudnosci, gdyz skaly, pelne rozpadlin, mialy spadek dosc lagodny. Malgorzata rozgladnela sie dokola i nagle dojrzala w pewnej odleglosci prosty, drewniany szalas, przez ktorego sciany przeswiecalo czerwone swiatelko jak oddalona latarnia morska. Nie byla w stanie obliczyc, jak daleko znajdowala sie ta chata, ale bez wahania zaczela pelzac ku niej po kamienistej sciezce, czolgajac sie z jednej skaly na druga i nie zwazajac juz na zolnierzy, ukrytych w poblizu. I tak biegla naprzod, zapominajac o smiertelnym wrogu, potykajac sie i upadajac, kaleczac sobie nogi, bez tchu, bez pamieci. Wtem potknela sie na kamieniu, czy tez na sliskim odlamie skalnym i ciezko upadla. Podniosla sie jednak i znow biegla naprzod, aby ostrzec nieszczesne ofiary Chauvelina o smiertelnej zasadzce. Ale doslyszala ze zgroza czyjes przyspieszone kroki, zblizajace sie ku niej. Czyjas reka chwycila ja za suknie i rzucila o ziemie i w usta wtloczono jej chustke. Przerazona i oszalala na mysl o swej porazce, rozejrzala sie bezradnie dokola. Jakas postac pochylila sie nad nia i jak przez gesta mgle ujrzala pare chytrych oczu swiecacych dziwnym, zielonkawym blaskiem. Lezala w cieniu wielkiego odlamu skalnego; Chauvelin, nie mogac rozpoznac jej rysow, cienkimi, bialymi palcami wodzil po jej twarzy. – Kobieta – szepnal przez zeby. – Do wszystkich diablow! Nie mozemy jej tu zostawic pod zadnym pozorem – mruknal groznie. – Dziwie sie tylko… Zatrzymal sie. Po kilku sekundach smiertelnej ciszy Malgorzata poczula znow na twarzy jego cienkie palce. Wzdrygnela sie z obrzydzeniem, a Chauvelin zasmial sie cichym, okropnym chichotem i szepnal: – Moj Boze, coz za niespodzianka! Jak mi milo! – i Chauvelin podniosl do ust jej bezwladna reke. Sytuacja bylaby naprawde groteskowa, gdyby nie miala pietna straszliwej tragedii. Znekana kobieta, zlamana i na pol oszalala z rozpaczy, przyjmujaca banalne galanterie swego najzacietszego wroga! Opuszczala ja przytomnosc, dusil knebel w ustach i nie miala juz sil na najmniejszy ruch lub krzyk o pomoc. Sztuczna, nadludzka energia, ktora dotad podtrzymywala jej watle cialo, zalamala sie nagle i lady Blakeney zapadla w odretwienie. Chauvelin musial wydac pewne rozkazy, ktorych w omdleniu nie doslyszala, gdyz podniesiono ja z ziemi, mocniej wtloczono w usta chustke i czyjes silne ramiona zaniosly ja ku temu czerwonemu swiatlu, ktore spostrzegla, podobnemu do dalekiej latarni morskiej, a zarazem do ostatniego plomyka nadziei. XXIX. Schwytani XXIX. Schwytani Malgorzata nie zdawala sobie sprawy, jak dlugo ja niesiono. Zatracila wszelka swiadomosc czasu i miejsca, byla zupelnie nieprzytomna. Gdy odzyskala zmysly, lezala wygodnie na meskim plaszczu, oparta o skale. Ksiezyc ukryl sie w chmurach i dokola znow zapanowaly ciemnosci. O 200 stop ponizej szumialo morze. Rozgladajac sie uwaznie, nie mogla juz dostrzec czerwonego swiatelka chaty, slyszala wyraznie szept w poblizu. – W chacie zobaczylem czterech ludzi, obywatelu. Siedza kolo ogniska i czekaja spokojnie. – Ktora godzina? – Kolo drugiej po polnocy. – W jakim stanie jest przyplyw? – Wznosi sie szybko. – Co to za jacht? – Jest to statek angielski. Stoi o 3 kilometry od wybrzeza, ale nie widzimy lodzi. – Czy zolnierze sa dobrze ukryci? – Tak, obywatelu. – Czy nie popelnia jakiej niezrecznosci? – Nie rusza z miejsca, poki nie przyjdzie wysoki Anglik. Gdy nadejdzie, otocza go i pochwyca wszystkich razem. – Dobrze. A dama? – Zdaje mi sie, ze nie odzyskala jeszcze przytomnosci. Jest tuz przy tobie, obywatelu. – A Zyd? – Obezwladniony i nogi ma zwiazane. Nie moze sie ani ruszyc, ani krzyknac. – Znakomicie. A teraz miejcie w pogotowiu strzelby, w razie gdyby byly potrzebne. Idzcie pod sama chate, a ja zajme sie dama. Desgas poszedl wypelnic rozkaz, gdyz Malgorzata uslyszala jego przyciszone kroki wzdluz sciany skalnej. I znow uczula, jak cieple, chude rece, podobne do ptasich szponow, obejmowaly jej dlonie zelaznym usciskiem. – Nim wyjme chustke z twych pieknych ust, urocza pani – szepnal jej do ucha Chauvelin – uwazam za stosowne udzielic ci paru slow przestrogi. Czemu przypisac mam ten zaszczyt, iz przebylem kanal z tak mila towarzyszka podrozy, tego zgadnac na razie nie moge, ale jezeli sie nie myle, nie ja bylem powodem tych laskawych wzgledow. Sadze takze, ze pierwszy okrzyk, ktory wydalyby twoje koralowe usta po usunieciu przykrego knebla, mialby na celu ostrzezenie chytrego lisa, sciganego z takim trudem. Umilkl, ale zelazne jego szpony zaciskaly sie coraz silniej dokola rak nieszczesnej kobiety. Po chwili ciagnal dalej, szepczac spiesznie: – W tej chacie twoj brat Armand czeka ze zdrajca de Tournay i dwoma towarzyszami na przybycie "Szkarlatnego Kwiatu", ktorego identycznosc tak dlugo byla nieznana komitetowi bezpieczenstwa publicznego. Nie ma watpliwosci, ze gdy tylko krzykniesz, lub gdy tam zawrze walka i padna strzaly, te same dlugie nogi, ktore tu przyniosa to tajemnicze indywiduum, dopomoga mu do ucieczki w jakies bezpieczne miejsce, a wtedy cel mojej uciazliwej eskapady bedzie chybiony. Z drugiej strony od ciebie tylko zalezy, aby twoj brat Armand byl wolny i powrocil z toba do Anglii jeszcze dzis, jezeli zechcesz. Malgorzata nie mogla wymowic slowa, gdyz knebel tamowal jej glos, ale Chauvelin mimo ciemnosci patrzyl na nia badawczo i dojrzal, jak reka mlodej kobiety uczynila na te ostatnia wzmianke jakby ruch blagalny, gdyz ciagnal dalej: – Jezeli chcesz zapewnic bezpieczenstwo Armandowi, musisz uczynic rzecz bardzo prosta, droga lady. W oczach Malgorzaty widac bylo pytanie: "Co mam uczynic?" – Abys zostala tu na miejscu, nie odwazyla sie na najmniejszy okrzyk ani slowo, zanim dam ci na to pozwolenie. Ale mysle, ze usluchasz mnie – dodal z tym dziwnym chichotem, ktory wzbudzal w Malgorzacie tak okropne obrzydzenie – gdyz inaczej, jezeli bedziesz usilowala uciec lub krzyczec, moi ludzie, a jest ich trzydziestu – schwyca St. Justa, de Tournay'a oraz ich przyjaciol i rozstrzelaja tu na moj rozkaz w twoich oczach. Malgorzata, choc zdretwiala ze znuzenia, miala jednak dosyc przytomnosci umyslu, aby uswiadomic sobie cala potworna groze polozenia. I oto musiala milczec i pozwolic, aby ubostwiany Percy nieswiadomie poszedl na smierc, albo ostrzec go krzykiem i skazac na zgube wlasnego brata i trzech innych bezbronnych ludzi… Nie mogla rozpoznac rysow Chauvelina, ale czula na sobie jego blade, przebiegle oczy z wyrazem szyderstwa i ironii, slyszala tuz nad uchem jego szept, i zgasl ostatni blysk nadziei w jej sercu. – Nie mysl, piekna pani -dodal z udana galanteria – o nikim innym tylko o bracie. Jedyna rzecz, ktora mozesz dla niego uczynic, to pozostac tu gdzie jestes i milczec. Zolnierze maja bardzo dokladne rozkazy, aby go oszczedzac; w kazdym wypadku co ci zalezec moze na slawnym "Szkarlatnym Kwiecie"? Czymze on jest dla ciebie? Wierz mi, ze zadne ostrzezenie z twojej strony nie moze go juz wyratowac. A teraz pozwol, piekna pani, abym cie uwolnil od niewygodnego knebla, ktory rani twoje czarowne usta. Widzisz, ze pragne, abys byla wolna i sama rozstrzygnela, co ci nalezy uczynic. Z myslami w blednej rozterce, z krwia pulsujaca w skroniach, z nerwami sparalizowanymi trwoga i sercem scisnietym bolem i rozpacza lady Blakeney siedziala bezradnie w ciemnosciach otaczajacych ja nieprzenikniona zaslona. Nie widziala morza, ale nieustanny szum przyplywu dochodzil do jej uszu, szepczac o zmarlych nadziejach, utraconej milosci, o mezu, ktorego zdradzila i wydala katom wlasnymi rekoma… Chauvelin wyjal jej z ust knebel, ale nie miala nawet sily krzyknac. Byla tak slaba, tak smiertelnie znuzona, ze nie mogla ustac na nogach, ani zebrac mysli. Ach, gdyby mogla zastanowic sie nad tym, co nalezalo czynic! Nie czula slodkiego zapachu jesiennego powietrza, polaczonego z orzezwiajaca wonia morza, nie slyszala lagodnego szumu fal, miala wrazenie, ze oszalala. Wydawalo jej sie niemozliwoscia, by ona, lady Malgorzata Blakeney, krolowa londynskiego towarzystwa, siedziala tutaj na brzegu urwiska wsrod nocnych ciemnosci obok zacietego wroga, wiedzac, ze ten, ktorego lekcewazyla i nie doceniala, a ktory byl jej teraz drozszy ponad wszystko w swiecie, idzie prosto ku pewnej zgubie, a ona nie moze uczynic nic, aby go uratowac… Czemu nie posle ostrzezenia przerazliwym krzykiem, ktory by tysiacznym echem odbil sie na tym opustoszalym wybrzezu? Chciala krzyknac, a czula juz ten krzyk wznoszacy sie w jej piersi, ale paralizowala ja mysl o okropnych skutkach… brat i jej towarzysze rozstrzelani w jej oczach jakby z jej rozkazu… ona w roli ich zabojczyni… Jakze dobrze znal kobieca dusze ten szatan wcielony w Chauvelina! Zagral na strunach niewiesciej duszy, jak znakomity wirtuoz gra na instrumencie muzycznym. Przeniknal do glebi jej mysli i uczynil ja niewolnica swej woli. Byla zbyt slaba kobieta, aby krzykiem ostrzec meza i z cala swiadomoscia skazac jednoczesnie na rozstrzelanie Armanda i splamic dlonie ukochana krwia… widziec moze jak umiera z przeklenstwem na ustach! Bylaby takze swiadkiem konania starego ojca Zuzanny i tylu innych, ktorzy uciekli z Francji przed gilotyna… a wiec musiala czekac, wciaz czekac, a noc juz bladla, szarzal wczesny swit, choc jutrzenka nie zablysla jeszcze. Moze szumialo cicho, jesienny powiew lagodnie muskal twarz, a puste wybrzeze milczalo wciaz jak grob. Nagle nie wiadomo skad, lecz blisko, wesoly i silny glos zaspiewal: "Boze, ochraniaj krola". XXX. Jacht Rozdzial XXX. Jacht Krew zastygla w zylach Malgorzaty. Odgadla raczej niz uslyszala, ze straz gotowala sie do walki. Czula, ze kazdy zolnierz z szabla w reku czeka przyczajony na skok. Glos zblizal sie coraz bardziej. Wsrod ogromu pustych skal i monotonnego szumu morza, u stop kamiennych urwisk nie mozna bylo okreslic, z jak daleka i skad nadchodzil ow beztroski spiewak, wznoszacy piesn do Boga za swoim krolem i jakby nieswiadomy, ze byl u progu smierci. Slaby z poczatku glos brzmial coraz potezniej i niekiedy kamyk tracony widocznie noga spiewaka, toczyl sie po skalistej przepasci i spadal na piaszczyste wybrzeze. Malgorzata czula, ze zycie i sily ja opuszczaja. Spiew zblizal sie powoli, Percy dochodzil do miejsca zasadzki. Wyraznie slyszala szczek broni Desgasa tuz przy sobie. – Nie, nie! Boze moj! -jeknela glucho. – Niech raczej krew Armanda spadnie na jej glowe! Niech raczej ona bedzie jego zabojczynia, niech raczej Armand pogardzi nia i znienawidzi, ale Boze, Boze! wyratuj go za wszelka cene! Zerwala sie z dzikim krzykiem i pobiegla wzdluz skaly, ktora sluzyla jej za oparcie. Spostrzegla czerwone swiatelko poprzez szpary desek chaty, rzucila sie ku niej i padla u stop drewnianej sciany szalasu, bijac w nia piesciami i krzyczac z dzika namietnoscia: – Armandzie! Armandzie! Strzelaj, na milosc boska! Twoj wodz sie zbliza! Zdradzono go! Czy slyszysz, Armandzie? Strzelaj, w imie boskie! Ktos ja pochwycil i rzucil na ziemie. Lezala teraz na trawie, placzac i krzyczac konwulsyjnie wsrod lez: – Percy, uchodz, blagam cie! Armandzie! czemu nie strzelasz? – Niech jeden z was uciszy wrzaski tej kobiety – zawyl Chauvelin, hamujac sie, aby jej nie uderzyc. Zarzucono jakas plachte na jej twarz. Nie mogla oddychac i znow zapanowalo gluche milczenie. Odwazny spiewak umilkl rowniez, przestraszony widocznie oszalalym krzykiem Malgorzaty. Zolnierze wypelzli z ukrycia, gdyz wszelka ostroznosc stala sie zbyteczna. W powietrzu jeszcze drzalo echo rozdzierajacego jeku mlodej kobiety. Ze strasznym przeklenstwem, nie obiecujacym nic dobrego dla tej, ktora smiala obrocic wniwecz jego genialne plany, Chauvelin krzyknal slowa komendy: – Wejsc do chaty, chlopcy, i nie wypuscic stamtad nikogo zywego! Ksiezyc wychylil sie znow spoza chmur. Ciemnosc oslaniajaca wybrzeze rozproszyla sie i srebrzyste promienie oblaly okoliczne skaly. Kilku zolnierzy rzucilo sie ku drzwiom, a dwoch zostalo przy Malgorzacie. Drzwi byly na pol otwarte. Jeden z ludzi pchnal je, lecz wewnatrz panowala ciemnosc i tylko ognisko rozpalone w kacie chaty rzucalo slaby blask. Zolnierze staneli na progu, czekajac na dalsze rozkazy. Chauvelin, ktory spodziewal sie gwaltownego ataku i smialego oporu ze strony zbiegow pod oslona ciemnosci, oniemial ze zdumienia, widzac swych ludzi, stojacych na progu; z wnetrza chaty nie dochodzil najmniejszy szelest. Przejety zlowrogim przeczuciem, Chauvelin zblizyl sie do drzwi i przeszukawszy spojrzeniem wnetrze szalasu, zapytal spiesznie: – Co to ma znaczyc?… – Mysle, obywatelu, ze tu nie ma nikogo – odezwal sie flegmatycznie zolnierz. – Spodziewam sie, ze nie daliscie uciec czterem lotrom! -zabrzmial glos dyplomaty. -Rozkazalem wam, aby zywa dusza stad nie uszla! Niech wszyscy predko biegna za nimi! Spieszcie sie i szukajcie ich na wszystkie strony! Zolnierze, posluszni jak automaty, zbiegli ze skalistego urwiska ku wybrzezu, jedni na prawo, drudzy na lewo. – Ty i twoi ludzie zaplaca zyciem za twa pomylke, obywatelu sierzancie – rzekl Chauvelin popedliwie do sierzanta, stojacego na czele oddzialu. – I ty rowniez – dodal, zwracajac sie ze zloscia do Desgasa – za to, ze nie sluchales moich rozkazow. – Kazales nam czekac, obywatelu, poki nie nadejdzie wysoki Anglik i nie polaczy sie z czterema uchodzcami w chacie; a przeciez nikt nie przyszedl -rzekl sierzant z naciskiem. – Ale dalem wam rozkaz przed chwila, gdy kobieta krzyknela, aby wpasc do chaty i nie wypuscic nikogo. – Tak, obywatelu, ale przypuszczam, ze ludzie ktorzy byli w tej chacie, musieli juz wyjsc przedtem. – Przypuszczasz? Ty! -krzyknal Chauvelin, trzesac sie ze zlosci – pozwoliles im uciec! – Kazales nam czekac -zaprotestowal sierzant – i sluchac slepo pod kara smierci, a wiec czekalismy. – Slyszalem, jak uciekali z chaty, jeszcze zanim skrylismy sie i zanim kobieta krzyknela -dodal, podczas gdy Chauvelin milczal, dlawiony wsciekloscia. – Sluchajcie… – krzyknal nagle Desgas. W oddali odglos strzalu rozdarl powietrze. Chauvelin usilowal przeniknac wzrokiem ciemnosci, ale na nieszczescie psotny ksiezyc skryl sie znow w chmurach i nie mozna bylo nic dojrzec. – Niech jeden z was wejdzie do chaty i rozpali ogien – zasyczal w koncu. Sierzant usluchal rozkazu. Podszedl do rozzarzonych wegli i zapalil mala latarnie, ktora wisiala u jego pasa; chata byla istotnie zupelnie pusta. – Ktoredy poszli? – zapytal Chauvelin. – Tego nie moge ci powiedziec, obywatelu – rzekl sierzant -wiem tylko, ze zeszli w dol ze skaly i zaraz znikneli za pierwszym zakretem. – Cicho. Sluchajcie. Co to jest? Trzej mezczyzni natezyli sluch. W oddali, bardzo daleko, uslyszano jakby plusk kilkunastu wiosel. Chauvelin wyjal chustke i zaczal wycierac sobie czolo. – Lodz jachtu – wykrztusil z trudnoscia. Widocznie Armandowi St. Just i jego towarzyszom udalo sie umknac wzdluz skal, gdy tymczasem zolnierze, jako godni wojacy karnej armii republikanskiej, ze slepym posluszenstwem i w strachu o swe zycie, wykonali co do joty rozkaz Chauvelina, ktory brzmial: "Czekac na wysokiego Anglika". Dobiegli bez watpienia do jednego z przyladkow, wysuwajacych sie w morze w bliskich odstepach, za ktorym czekala lodz "Day Dream'u", a teraz doplywali juz do angielskiego jachtu. Jakby na potwierdzenie tego przypuszczenia uslyszano daleki wystrzal armatni. – Jacht – rzekl Desgas spokojnie – podnosi widocznie kotwice. Chauvelin wysilil cala wole, aby nie wybuchnac szalonym gniewem, rownie bezcelowym jak i niestosownym. Nie bylo zadnej watpliwosci, ze przeklety Anglik wywiodl go znow w pole. Jak mu sie udalo dosiegnac szalasu, nie bedac widzianym przez zadnego z trzydziestu zolnierzy, tego nie mogl zrozumiec. Jasne bylo, ze uczynil to, zanim trzydziestu zolnierzy doszlo do wybrzeza, ale w jaki sposob dojechal tutaj w wozku Rubena Goldsteina i jak przedarl sie z Calais, nie zauwazony przez patrole krazace po calej okolicy? Istotnie, chyba jakies potezne bostwo czuwalo nad tym zuchwalym "Szkarlatnym Kwiatem" – pomyslal z zimnym dreszczem Francuz, rozgladajac sie po olbrzymich skalach i opustoszalym wybrzezu. Ale przeciez w roku 1792 nie chodzily juz po swiecie ani boginie, ani zlosliwe fauny. Chauvelin i jego trzydziestu ludzi slyszeli wszyscy ten glos, spiewajacy angielski hymn w dwadziescia minut po otoczeniu chaty. W tym samym mniej wiecej czasie czterej wygnancy musieli dopasc lodzi, a najblizszy przyladek byl odlegly od chaty o mile. Gdzie znikl ten odwazny spiewak? Chyba sam szatan uzyczyl mu skrzydel, gdyz inaczej nie mogl w przeciagu dwoch minut przebyc mili po tych skalistych urwiskach, a dwie minuty zaledwie minely miedzy jego spiewem a pluskiem wiosel, slyszanym daleko na morzu. Pozostal zatem gdzies w tyle i ukrywal sie na wybrzezu. Chauvelin pomyslal z radoscia, ze patrole wciaz jeszcze czuwaja, i wierzyl, ze spostrzega go na pewno i pochwyca. Otucha wstapila wen na nowo. Dwaj zolnierze, ktorzy puscili sie w poscig za uchodzcami, powracali z wolna po uciazliwej, skalistej drodze. Jeden z nich zblizyl sie do Chauvelina w chwili, gdy nadzieja znow zawitala w sercu dyplomaty. – Przyszlismy za pozno, obywatelu – rzekl zolnierz. -Dotarlismy do wybrzeza, zanim ksiezyc skryl sie w chmurach. Lodz musiala czekac za pierwszym przyladkiem, o mile stad, ale gdy doszlismy na miejsce, juz odplynela, i widzielismy ja na morzu, w pewnej odleglosci od brzegu. Strzelilismy, ma sie rozumiec, ale bez skutku. Podplynela prosto do jachtu, ktory wyraznie rysowal sie w swietle ksiezyca. – A wiec – rzekl Chauvelin, zadny szczegolow – mowisz, ze lodz odplynela przed chwila, a najblizszy przyladek znajduje sie stad o mile? – Tak, obywatelu. Bieglem przez cala droge prosto do morza i sadze, ze lodz musiala czekac blisko nadbrzeznych skal, gdyz przyplyw dochodzi tam najwczesniej. Bez watpienia lodz odplynela, zanim kobieta krzyknela. Zanim kobieta krzyknela? W takim razie nadzieje Chauvelina byly uzasadnione. "Szkarlatny Kwiat" przyczynil sie do odeslania naprzod wygnancow, a on sam nie zdazyl juz wsiasc na czolno i znajdowal sie wciaz jeszcze na ladzie. Nie bylo nic straconego, skoro bezwstydny Brytyjczyk nie opuscil jeszcze francuskiej ziemi. – Przynies tu swiatlo! – rozkazal zywo, wchodzac znowu do chaty. Sierzant przyniosl latarnie i dwaj mezczyzni zaczeli przeszukiwac izbe. W mgnieniu oka Chauvelin obejrzal ja dokladnie. Zobaczyl duzy baniak, umieszczony w zaglebieniu muru, pod ktorym zarzyly sie jeszcze dogasajace wegle drzewne, dwa krzesla przewrocone widocznie w pospiechu ucieczki, a w kacie przyrzady i sieci rybackie oraz lezacy na podlodze maly skrawek papieru. – Podnies to – rzekl Chauvelin do sierzanta, wskazujac papier – i podaj mi. Byl to zmiety skrawek papieru, widocznie zapomniany przez uchodzcow w czasie ucieczki. Sierzant, przerazony zloscia i tlumiona wsciekloscia Chauvelina, podniosl go zywo i podal dyplomacie z uszanowaniem. – Czytaj, sierzancie – rzekl krotko Chauvelin. – Pismo jest nieczytelne, obywatelu… takie gryzmoly… – Rozkazuje ci czytac -powtorzyl Chauvelin popedliwie. Przy swietle latarni sierzant zaczal odczytywac w pospiechu nakreslone slowa: "Nie moge dotrzec do was bez narazenia waszego zycia. Gdy otrzymacie to pismo, zaczekajcie dwie minuty, a potem wyjdzcie z chaty jeden po drugim, skreccie od razu na lewo i spusccie sie ostroznie bez halasu wzdluz skal. Trzymajcie sie ciagle lewej strony, az do chwili, gdy dojdziecie do pierwszej skaly, wrzynajacej sie w morze. Za nia znajduje sie lodz, ktora sie do was zblizy, gdy zagwizdacie. Wsiadzcie do niej, a moi ludzie zawioza was do jachtu, a potem do Anglii i wolnosci. Gdy bedziecie na pokladzie "Day Dream'u", odeslijcie lodz z powrotem do mnie i powiedzcie moim ludziom, ze bede na nich czekal w zatoce, znajdujacej sie naprzeciwko "Burego Kota" kolo Calais. Znaja to miejsce i tam sie spotkamy. Musza czekac na mnie daleko na morzu, nim uslysza zwykly sygnal. Spieszcie sie i wypelnijcie moje rozkazy co do slowa." – Pod tymi rozkazami jest podpis, obywatelu – dodal sierzant, podajac papier dyplomacie. Lecz Chauvelin nie czekal juz dluzej. Jedno tylko zdanie z tego waznego dokumentu dzwieczalo mu w uszach: "Bede czekal w zatoce naprzeciw "Burego Kota" kolo Calais". Te slowa mogly mu jeszcze przyniesc zwyciestwo. – Ktory z was zna dokladnie wybrzeze? – krzyknal do zolnierzy, ktorzy powrocili z bezcelowego poscigu i stali znow kolo chaty. – Ja, obywatelu – rzekl jeden z nich – urodzilem sie w Calais i znam dokladnie kazdy kamien wybrzeza. – Jest tu podobno mala przystan naprzeciwko "Burego Kota"? – Tak, obywatelu, znam ja dobrze. – Anglik zamierza tam dotrzec i nie zna z pewnoscia kazdego kamienia wybrzeza. Moze nie obierze najkrotszej drogi. W kazdym razie bedzie szedl bardzo ostroznie z obawy przed patrolami. Tysiac frankow dla tego, kto dotrze do przystani, zanim zjawi sie tam dlugonogi Anglik. – Znam sciezke, prowadzaca wprost jak strzelil do zatoki – rzekl zolnierz z radoscia i skoczyl naprzod, otoczony towarzyszami. Po kilku minutach kroki ich umilkly w oddali. Chauvelin nadsluchiwal przez chwile. Byl pewien, ze obietnica tak hojnej nagrody wzmoze zapal zolnierzy republikanskich. I znow wyraz nienawisci i triumfu zablysnal w jego oczach. U jego boku stal wyprostowany Desgas, czekajac na dalsze polecenia, a dwaj zolnierze kleczeli kolo lezacej Malgorzaty. Chauvelin rzucil sekretarzowi zlowrogie spojrzenie. Jego wspaniale obmyslone plany zawiodly i wynik calej akcji byl problematyczny. Prawdopodobnie "Szkarlatny Kwiat" wymknie sie znowu, a Chauvelin z wsciekloscia szukal kogos, na kim moglby wywrzec zemste. Zolnierze trzymali mocno zwiazana Malgorzate, choc biedaczka nie stawiala najlzejszego oporu. Opuscily ja resztki sil i opadla zemdlona na ziemie. Jej oczy, otoczone sinymi kregami, swiadczyly o dlugich, bezsennych nocach. Na skroniach miala zlepione wlosy a bolesnie skrzywione usta zdradzaly dotkliwy bol fizyczny. Wytworna i modna lady Blakeney, podbijajaca Londyn uroda, dowcipem i zbytkiem, przedstawiala tragiczny obraz cierpiacej istoty i zapewne wzbudzilaby litosc w kazdym przechodniu, lecz nie w sercu przeciwnika, zawiedzionego w zemscie. – Nie ma sensu pilnowac dluzej tej na pol zywej kobiety – odezwal sie z pogarda do zolnierzy. – Pozwoliliscie uciec pieciu ludziom zywym i zdrowym. Zolnierze poslusznie podniesli sie z ziemi. – A teraz odszukajcie sciezke, ktora przyszlismy tutaj, i pozostawiony na drodze wozek. Nagle przyszla mu do glowy radosna mysl. – Gdzie jest Zyd? – Niedaleko, obywatelu – rzekl Desgas. – Wedlug twego rozkazu zwiazalem go i zakneblowalem mu usta. Jakby na potwierdzenie tego oswiadczenia Chauvelin uslyszal w poblizu cichy jek. Podazyl za sekretarzem i zobaczyl lezacego ze zwiazanymi nogami i zakneblowanymi ustami nieszczesliwego potomka Izraela. Twarz jego w srebrnym blasku ksiezyca wydawala sie zastygla z przerazenia. Oczy mial szkliste, szeroko rozwarte, trzasl sie na calym ciele jak w febrze, a z jego zsinialych ust wydobywal sie rozdzierajacy jek. Sznur, ktorym go spetano, obsunal sie z jego ramion i rak, ale Zyd widocznie nie zauwazyl tego, gdyz nie uczynil najmniejszego wysilku, aby uciec z miejsca, gdzie go Desgas zwiazal i zostawil. – Przyprowadz mi tu te tchorzliwa bestie – rozkazal Chauvelin. Dyszal wsciekloscia i nie mogac jej wyladowac na zolnierzach, ktorzy zawinili jedynie zbytnia gorliwoscia, uznal, ze syn tej przekletej rasy ma odpokutowac za wszelkie porazki i nieporozumienia. Z wlasciwa Francuzom pogarda dla Zyda, pogarda, ktora przetrwala wieki az do obecnej doby, nie chcial sie zblizyc do niego, odczuwajac wstret i obrzydzenie. I gdy zolnierze przyprowadzili mu starca i postawili go przed nim w swietle ksiezyca, Chauvelin rzekl z gorzka ironia: – Spodziewam sie, ze jako Zyd masz dobra pamiec i nie zapomniales o naszej umowie. – Odpowiadaj! – krzyknal, gdy Rosenbaum ze strachu nie mogl wykrztusic slowa. – Tak, wasza wysokosc -wyjakal biedak trwoznie. – Pamietasz zatem o ugodzie, ktora zawarlismy w Calais, gdy podjales sie wyprzedzic Rubena Goldsteina, jego szkape i mego przyjaciela Anglika. – Ale, wasza wysokosc… – Nie ma tu zadnego ale. Zapytuje, czy pamietasz? – Taaak… wasza milosc… – Jaki byl uklad? Zapanowalo grobowe milczenie. Nieszczesliwy Zyd rozgladal sie dokola, patrzyl na skaly zalane ksiezycowym swiatlem, na rubaszne twarze zolnierzy i na biedna, omdlala postac kobieca, lezaca tak niedaleko, ale nie odrzekl ani slowa. – Czy odpowiesz wreszcie? Usilowal przemowic, ale nie mogl, wiedzac czego nalezy sie spodziewac od owego bezlitosnego czlowieka. – Wasza wysokosc… – szepnal blagalnie. – Wobec tego, ze trwoga sparalizowala ci jezyk – rzekl sarkastycznie Chauvelin – musze ci teraz odswiezyc pamiec. Ulozylismy sie, ze jezeli dopedzisz mego przyjaciela, dostaniesz 10 sztuk zlota. Cichy jek wydobyl sie z drzacych ust starca. – Zaznaczylem – dodal Chauvelin z naciskiem – ze jezeli mnie zawiedziesz, otrzymasz porzadne kije, ktore oducza cie klamstwa raz na zawsze. – Nie sklamalem, wasza wysokosc, przysiegam na Abrahama… – I na wszystkich patriarchow, nieprawdaz? Niestety, wedlug waszych wierzen znajduja sie oni jeszcze w otchlaniach, skad w obecnej sytuacji nie moga ci pomoc. Slowem, nie dotrzymales swoich zobowiazan, ale ja jestem gotow dotrzymac swoich. – Hej, ludzie! – zawolal, zwracajac sie do zolnierzy – wygarbujcie pasami grzbiet tego przekletego Zyda! Zolnierze poslusznie zaczeli zdejmowac ciezkie, skorzane pasy, a Rosenbaum krzyczal tak przerazliwie, ze glos ten mogl z pewnoscia wywolac z otchlani wszystkich patriarchow, aby bronili potomka Izraela przed okrucienstwem wladz francuskich. – Sadze, ze moge sie spuscic na was, obywatele zolnierze? -zasmial sie szyderczo Chauvelin – ze wymierzycie temu staremu klamcy najstraszliwsza kare, jaka kiedykolwiek otrzymal. Ale nie zabijcie go – dodal sucho. – Sluchamy – odpowiedzieli zolnierze jak zwykle niewzruszeni i posluszni. Chauvelin wiedzial, ze mogl liczyc na swoich ludzi, ktorzy rozdraznieni jego wymowkami i gniewem szukali sposobnosci wywarcia na kims swej zemsty. – Gdy ten tchorz otrzyma chloste – rzekl do Desgasa – zolnierze zaprowadza nas do wozka i jeden z nich zawiezie nas z powrotem do Calais. Zyd i ta kobieta moga sie wzajemnie pocieszac – dodal twardo – poki nie przyslemy kogos po nich w ciagu dnia. Nie moga uciec zbyt daleko w stanie, w jakim sie obecnie znajduja. Chauvelin nie dal za wygrana. Wiedzial, ze zolnierze nie zaniedbaja niczego wobec przyrzeczonej nagrody. Ten zagadkowy "Szkarlatny Kwiat", otoczony trzydziestoma ludzmi, nie mogl przeciez umknac po raz drugi. Ale mimo wszystko Chauvelin stracil pewnosc siebie. Zuchwalstwo Anglika pobilo go, a glupota zolnierzy i rozpaczliwe krzyki kobiety pokrzyzowaly jego plany. Wszak bylby dopial celu, gdyby Malgorzata nie weszla mu w droge i gdyby straz okazala odrobine sprytu… Chauvelin zasepil sie gleboko, przeklinajac zolnierzy, Anglika i szalona lady Blakeney. Cicha noc, pogodna i milczaca, przesycona wonia morza, oblana jasnym blaskiem ksiezyca, mimo szumu srebrzystych fal, tchnela spokojem i urokiem, a Chauvelin przeklinal ja jako noc swej kleski, ktora mu zadal dlugonogi angielski intrygant. Ryki bitego Zyda krzepily jego serce. Usmiechnal sie i rzucil ostatnie spojrzenie na puste wybrzeze i na drewniana chate, oblana ksiezycowym swiatlem, na owa chate, w ktorej doznal najdotkliwszej porazki, jaka kiedykolwiek spotkala czlonka komitetu bezpieczenstwa publicznego. Na skale, jakby na lozu z kamieni, lezala zemdlona Malgorzata Blakeney, a o pare krokow od niej wil sie z bolu nieszczesliwy Zyd pod razami republikanskich zolnierzy. Krzyki Beniamina Rosenbauma byly tak przerazliwe, ze musialy w kazdym razie obudzic wszystkie mewy i zniewolic je do przygladania sie ze zdumieniem czynom krolow stworzenia. – Wystarczy… – rozkazal Chauvelin, gdy jeki Zyda zaczely slabnac i zdawalo sie, ze biedak zemdlal. – Nie mieliscie przeciez go zabijac. Zolnierze poslusznie wlozyli znow pasy, a jeden z nich kopnal jeszcze Zyda z pogarda w bok na pozegnanie. – Zostawcie go tu – rzekl dyplomata – i wskazcie mi droge do wozka. Ide z wami. Zblizyl sie do lezacej Malgorzaty i spojrzal jej w twarz. Wracala powoli do przytomnosci i usilowala sie podniesc. Jej duze niebieskie oczy objely trwoznym spojrzeniem krajobraz, oblany swiatlem ksiezyca, i spoczely z wyrazem zgrozy i litosci na Zydzie, ktorego dzikie ryki uslyszala, wracajac do przytomnosci. Po chwili spostrzegla Chauvelina. Usmiechal sie ironicznie, a blade oczy spogladaly na nia z wyrazem niewypowiedzianej zlosliwosci. Z udana galanteria schylil sie i podniosl do ust jej lodowata reke. Malgorzata wzdrygnela sie ze wstretem. – Zaluje niezmiernie piekna pani, ze okolicznosci zmuszaja mnie do pozostawienia cie w tym pustkowiu. Ale odchodze w tym przekonaniu, ze nie pozostawiam cie bez opieki. Nie watpie, ze nasz przyjaciel – tu obecny Beniamin – aczkolwiek troche zmaltretowany, okaze sie z pewnoscia rycerskim obronca twojej czarujacej osoby. O swicie przysle po ciebie ludzi i az do tego czasu Beniamin bedzie na twoje uslugi. Malgorzata miala dosc sily, aby odwrocic glowe. Od chwili powrotu do przytomnosci dreczyla ja jedna mysl: co sie stalo z Percym? Co sie dzialo z Armandem? Nie pamietala, co zaszlo, gdy w nocnej ciszy rozlegl sie wesoly spiew, ktory byl sygnalem smierci. – Musze cie pani opuscic, niestety – ciagnal dalej Chauvelin – do widzenia, lady Blakeney, zobaczymy sie niebawem w Londynie, mam nadzieje. Czy bede mial przyjemnosc spotkac cie na przyjeciu u ksiecia Walii? Nie? A wiec do widzenia i prosze o najserdeczniejsze pozdrowienie w moim imieniu dla sir Percy'ego. I skloniwszy sie jeszcze raz, zniknal na skrecie sciezki, poprzedzony przez oddzial zolnierzy. Rozdzial XXXI. Ucieczka Na pol przytomna Malgorzata wsluchiwala sie w oddalajace sie kroki. Po chwili dobiegl do niej turkot starego wozka i drobny truchcik kulawej szkapy. Z ulga pomyslala, ze jej smiertelny wrog juz sie oddalil. Nie wiedziala, jak dlugo lezala na twardych glazach. Spojrzala na niebo jasniejace promieniami ksiezyca i czula, jak orzezwiajace powietrze morskie chlodzilo jej palajaca twarz. Dokola trwala cisza i sennie falowalo na pol uspione morze. Tylko mysl Malgorzaty czuwala, dreczona meka niepewnosci. Nie wiedziala! Nie wiedziala, czy w tej chwili Percy nie znajdowal sie w rekach wladz republikanskich i nie znosil jak ona katuszy, naigrawan i szyderstwa wrogow. Nie wiedziala, czy skrwawione cialo Armanda nie lezy gdzies w poblizu i czy Percy nie dowiedzial sie, ze jego zona pomogla katom w zamordowaniu brata i jego przyjaciol. Znuzenie jej bylo tak straszliwe, ze pragnela zostac na zawsze tutaj, pod tym jasnym niebem, kolysana szumem fal i tym balsamicznym jesiennym powiewem, przesyconym taka bezgraniczna melancholia. W gluchej ciszy nie bylo slychac zadnego odglosu. Umilklo nawet slabe echo turkotu oddalajacego sie wozka. Nagle… rozlegl sie szmer, jakby dzwiek, tak nieoczekiwany, tak dziwny, ze Malgorzata na pol martwa ze znuzenia pomyslala, ze dobroczynny, ostatni sen zblizajacej sie smierci, przynosi jej kojace widziadla. Byl to poczciwy, potezny, prawdziwie angielski wykrzyknik: do diabla! Mewy obudzily sie w gniazdach i rozejrzaly ze zdziwieniem. W oddali huknela sowa, a majestatyczne zlomy skalne niechetnie i wyniosle powtorzyly echo tego bluznierczego przeklenstwa. Malgorzata nie wierzyla uszom. Dzwignela sie na rekach, wytezyla wszystkie zmysly, aby widziec, slyszec i rozumiec, co sie stalo. Lecz dzwiek umilkl i znow wybrzeze morskie zatonelo w milczeniu i ciemnosci. Malgorzata, ktora kilka chwil przezyla jakby w ekstazie, myslac ze sni w tej nocy gwiazdzistej i fantastycznie pieknej, uslyszala znowu ow dzwiek. Serce przestalo jej bic. Spojrzala dokola rozszerzonymi oczami, nie chcac jeszcze wierzyc w rzeczywistosc, w przekonaniu, ze wciaz jeszcze marzy. – A do diabla, wolalbym, zeby te przeklete katy nie trzepaly tak mocno! Nie bylo watpliwosci; tylko jedne na swiecie usta na wskros brytyjskie mogly wymowic te slowa takim powolnym, afektowanym tonem. – Do diabla – powtorzyly te same brytyjskie usta. – Jak Boga kocham – jestem slaby jak szczur! Malgorzata zerwala sie blyskawicznie. Czy snila, czy te wielkie kamienne skaly sa bramami niebios? Czy wonny powiew wiatru stal sie falowaniem anielskich skrzydel, przynoszacych bezmiar radosci po przebytych cierpieniach? Albo moze po prostu majaczy w goraczce, slyszac ow glos tak dobrze znany. I znow doszly do niej te same dzwieki na wskros ziemskie, dzwieki kochanej mowy angielskiej, niepodobne w niczym do niebianskich spiewow, ani trzepotu anielskich skrzydel. Objela spojrzeniem olbrzymie skaly, pusta chate i ogrom piaszczystego wybrzeza. Tam nad nia lub pod nia, za urwista sciana lub w jakiejs rozpadlinie musial znajdowac sie wlasciciel tego glosu, niewidoczny dla jej rozgoraczkowanych oczu. Ten, ktory dawniej draznil ja i niecierpliwil, a ktory obecnie uczynilby ja najszczesliwsza kobieta w Europie, gdyby tylko mogla odgadnac, gdzie sie znajdowal… – Percy! – krzyknela z namietna czuloscia, dreczona strachem i nadzieja. – Jestem tu! Przyjdz do mnie, gdzie jestes Percy? – Jak to ladnie z twojej strony, ze mnie wzywasz! -odpowiedzial ten sam powolny glos – ale Bog mi swiadkiem, ze nie moge przyjsc do ciebie. Ci przekleci zjadacze zab zwiazali mnie jak ges na roznie; jestem slaby jak mysz i nie moge sie ruszyc. Malgorzata jeszcze nie rozumiala i nie mogla sie zorientowac, z ktorej strony dochodzil glos, ten drogi, powolny glos, tak slaby i tak bolesny. Nikogo nie widziala, procz sylwetki opartego o sciane… wielki Boze! Zyd!… czy sni sie jej, czy juz oszalala? Na pol lezac, usilowal powstac, wspierajac sie na silnie skrepowanych rekach. Malgorzata zerwala sie, pobiegla ku niemu, wziela w obie rece jego glowe i spojrzala prosto w pare niebieskich oczu, tak dobrych, tak lagodnych, lsniacych wesoloscia, w doskonale ucharakteryzowanej twarzy Zyda. – Percy, mezu moj! – szepnela drzac z nadmiaru szczescia. -Boze dzieki ci, dzieki! – Tak moja droga – odrzekl wesolo – za chwile podziekujemy Bogu oboje, jezeli potrafisz uwolnic mnie z tych sznurow i zmienic moja malo elegancka pozycje. Nie miala noza, palce jej byly slabe i zesztywniale, ale poslugiwala sie zebami, a duze, ciezkie lzy splywaly z jej oczu na biedne, skrepowane rece. – Nareszcie – zawolal, gdy po nadludzkich wysilkach zony sznury sie rozluznily. – Ciekawym, czy zdarzyl sie juz kiedykolwiek taki fakt, aby angielski dzentelmen dal sie zbic byle jakim obcokrajowcom, nie usilujac nawet zrewanzowac sie im w nalezyty sposob? Widocznie bardzo byl wyczerpany, bo kiedy sznury opadly, zachwial sie i ciezko upadl na skale. Malgorzata spojrzala dokola bezradnie. – Ach! Gdybym znalazla choc krople wody na tym okropnym pustkowiu! – zawolala z rozpacza, obawiajac sie, aby Percy nie zapadl znow w omdlenie. – Nie kochanie – szepnal ze swobodnym usmiechem. – Wolalbym stanowczo krople dobrego francuskiego koniaku! Jezeli zechcesz wlozyc reke do kieszeni tego olbrzymiego chalatu, to znajdziesz moja manierke. Niech mnie diabli wezma, jezeli moge sie ruszyc! Napil sie nieco koniaku i zmusil Malgorzate, aby uczynila to samo. – Czujemy sie lepiej, czy nie? – rzekl westchnawszy z ulga. -Ale daje slowo, ze baronet Percy Blakeney znajduje sie w obecnosci damy swego serca w stroju oryginalnym… to nie ulega watpliwosci. Nie golilem sie nawet od przeszlo 20 godzin – dodal przesunawszy reka po brodzie. – Musze wygladac wstretnie. No, a te pejsy!… Smiejac sie, zdjal szpecaca go peruke, wyciagnal obolale czlonki, skurczone w ciagu tylu godzin, i spojrzal przeciagle i badawczo w niebieskie oczy zony. – Percy – szepnela, oblewajac sie goracym rumiencem – gdybys wiedzial… – Wiem kochanie, wiem o wszystkim – rzekl z niewyslowiona slodycza. – Czy bedziesz mogl mi kiedy przebaczyc? – Nie mam ci nic do przebaczenia, kochanie. Twoj heroizm, twoje przywiazanie, na ktore tak malo niestety zasluzylem, okupily az nadto nieszczesny epizod na balu. – Wiedziales? – szepnela z trwoga. – Tak – odrzekl lagodnie. -Wiedzialem, ale gdybym przypuszczal, jak szlachetne masz serce, moja Margot, bylbym ci zaufal, jak na to zaslugiwalas, zamiast narazac cie na straszne cierpienia ostatnich godzin. Siedzieli obok siebie wsparci o skale. Percy zlozyl zbolala glowe na ramieniu Malgorzaty, ktora czula obecnie, ze jest najszczesliwsza kobieta w Europie. – Sprawdza sie bajka o slepym i paralityku, kochanie – rzekl z dawnym poczciwym usmiechem. – Do licha, nie wiem, co wiecej boli, czy moje plecy, czy twoje stopy. Schylil sie, aby je ucalowac, gdyz wygladaly z podartych ponczoch jak smutne swiadectwo jej wytrwalosci i przywiazania. – A jaki jest los Armanda? -zapytala z naglym lekiem i wyrzutem sumienia. Wsrod niewypowiedzianego szczescia obraz umilowanego brata, dla ktorego popelnila tak wielka zbrodnie, stanal jej przed oczami. – Nie obawiaj sie o Armanda najdrozsza – odparl z czuloscia sir Percy. – Czy nie dalem ci slowa, ze nic mu sie zlego nie stanie? Armand wraz z Tournay'em znajduje sie obecnie na pokladzie "Day Dreamu". – Jakim sposobem? Nic nie rozumiem… – Ach, to bardzo proste -rzekl z niesmialym usmiechem. -Posluchaj wiec: gdy przekonalem sie, ze ten nedznik Chauvelin zamierza przyczepic sie do mnie jak pijawka, pomyslalem, ze skoro nie moge sie go pozbyc, najlepiej bedzie zabrac go ze soba. Musialem za wszelka cene dojsc do Armanda i jego towarzyszy, a wszystkie drogi byly strzezone i wszyscy dokola szukali twego pokornego slugi. Wiedzialem, ze gdy wysliznalem sie ze szponow Chauvelina pod "Burym Kotem", bedzie na mnie czekal tutaj. Chodzilo o to, aby nie stracic go z oczu i wiedziec co zrobi; w rezultacie angielska pomyslowosc nie powstydzila sie francuskiego dowcipu i wykazala wiecej przebieglosci. Serce Malgorzaty wezbralo radoscia i podziwem, gdy chciwie sluchala opowiadania o smialym uskutecznieniu ucieczki zbiegow. – Przebrany za starego Zyda -opowiadal wesolo Percy – ufalem, ze nikt mnie nie pozna. Spotkalem Rubena Goldsteina w Calais wczesnym wieczorem. Za pare sztuk zlota pozyczyl mi tego chalatu i obiecal ukryc sie przez pare godzin i wynajac mi wozek i szkape. – I nie lekales sie, ze Chauvelin cie pozna mimo przebrania? – W takim razie bylbym przegral partie – odrzekl spokojnie. – Zaczynam dokladnie zdawac sobie sprawe z ludzkiej natury – dodal z cieniem smutku w mlodym, wesolym glosie – i znam Francuzow na wylot. Oni tak nienawidza Zydow, ze trzymaja ich zawsze o pare krokow od siebie, a zdaje mi sie, ze uczynilem wszystko, co moglem, aby wzbudzic wstret do mojej osoby. – Tak, a potem? – pytala. – Pozniej przeprowadzilem plan. Z poczatku zamierzalem wszystko pozostawic losowi, ale gdy uslyszalem rozkazy Chauvelina, powiedzialem sobie, ze musze koniecznie przyjsc z pomoca przeznaczeniu. Budowalem swe plany na slepym posluszenstwie zolnierzy. Chauvelin rozkazal im, aby pod kara smierci nie ruszyli z miejsca, zanim przyjdzie, a Desgas zlozyl mnie jak worek tuz kolo chaty. Straz nie zwracala najmniejszej uwagi na Zyda, ktory przywiozl Chauvelina. Po dlugich wysilkach udalo mi sie uwolnic rece z wiezow, ktorymi ten zboj mnie skrepowal. Nosze zawsze przy sobie olowek i papier; nakreslilem wiec spiesznie pare waznych wskazowek na skrawku papieru, a potem rozejrzalem sie wkolo. Przyczolgalem sie do szalasu pod sam nos zolnierzy, ale ani nie drgneli, jak im Chauvelin polecil; moglem wiec wrzucic do chaty ow skrawek papieru przez szpare w scianie. Nastepnie czekalem. W tej notatce rozkazalem wygnancom, aby wyszli cicho z chaty, spuscili sie ze skaly na wybrzeze, trzymajac sie lewej strony, poki nie dojda do pierwszego przyladku. Nastepnie mieli dac umowiony sygnal, aby zabrala ich lodz "Day Dreamu", stojaca w pogotowiu. Usluchali mnie slepo na szczescie ich i moje. Zolnierze usluchali takze slepo Chauvelina. Poczekalem z pol godziny i gdy przekonalem sie, ze moi przyjaciele sa uratowani, dalem spiewem sygnal, ktory wywolal ow poploch. Oto cala historia. Malgorzata byla olsniona genialna pomyslowoscia smialego spisku i nieslychana odwaga meza, dzieki czemu jego genialny plan zostal uwienczony pomyslnym skutkiem. – Ci nedznicy pobili cie! -szepnela z niepokojem, przypominajac sobie nikczemne postepowanie zolnierzy. – Tak, lecz na to nie bylo juz rady – rzekl z czuloscia. -Musialem przeciez pozostac przy swojej drogiej Margot, ktorej los byl tak niepewny! ale mniejsza o to – dodal wesolo -nie lekaj sie! Przysiegam ci, ze gdy tylko Chauvelin powroci do Anglii, zaplaci mi za te kije z procentem. Malgorzata zasmiala sie. Tak jej bylo dobrze u jego boku, wsluchanej w ten radosny glos, wpatrzonej w filuterny blask niebieskich oczu… Nagle drgnela. Rumieniec szczescia zbladl na jej twarzy i blysk radosci zgasl w jej oczach. Uslyszala ostrozne kroki i odglos kamienia, staczajacego sie ze szczytu skaly prosto na wybrzeze. – Co to jest? – szepnela w smiertelnej trwodze. – Alez nic, kochanie – odparl ze smiechem. – To tylko mala bagatelka, o ktorej zapomnialas… moj przyjaciel Ffoulkes! – Sir Andrew! W istocie zapomniala zupelnie o wiernym przyjacielu i towarzyszu, ktory zaufal jej i stal przy jej boku podczas tych strasznych godzin niepewnosci i udreczenia. Przypomniala go sobie teraz i odczula wyrzut sumienia. – Wszak prawda, ze zapomnialas o nim? – rzekl sir Percy zartobliwie. – Na szczescie spotkalem go niedaleko gospody pod "Burym Kotem" przed owa zajmujaca kolacja z moim przyjacielem Chauvelinem… Ale mam rozmaite porachunki – i z tym mlodym nicponiem! Tymczasem wskazalem mu pewna dluga i okrezna droge, ktorej ludzie Chauvelina nigdy nie odkryja i ktora miala doprowadzic go tutaj, gdy nie bedzie nam juz przeszkadzal. – I usluchal? – zapytala Malgorzata ze zdziwieniem. – Bez slowa protestu. Patrz -oto nadchodzi. Bez watpienia sir Andrew bedzie dla mlodej Zuzanny najidealniejszym i najbardziej przywiazanym mezem. Tymczasem sir Andrew Ffoulkes posuwal sie ostroznie wsrod skal; przystawal kilka razy, aby posluchac cichych szeptow, ktore mu wskazywaly miejsce, gdzie ukrywal sie Blakeney. – Blakeney! – szepnal ostroznie – Blakeney! Czy to ty? W tej samej chwili okrazyl skale, ukrywajaca sir Percy'ego z Malgorzata, i widzac ohydna postac Zyda w dlugim chalacie, zatrzymal sie oslupialy. Ale juz Blakeney zerwal sie na rowne nogi i zawolal smiejac sie: – To ja przyjacielu, to ja -zywy i caly, choc wygladam jak straszydlo w tych wstretnych szmatach. – Na Boga – krzyknal sir Andrew zdumiony, poznajac wodza – do stu… Mlodzieniec spostrzegl Malgorzate i przerwal dosadne slowa przeklenstwa, cisnace mu sie na usta, na widok wytwornego Blakeneya w tym okropnym przebraniu. – Tak – rzekl Blakeney – do stu… hm, przyjacielu, nie mialem czasu dotad zapytac sie, co robisz we Francji, gdy kazalem ci pozostac w Londynie? Niesubordynacja? Co? Poczekaj, az mi sie plecy zgoja, a zobaczysz, jak oberwiesz. – Zniose kare z przyjemnoscia, chocby dlatego, zes caly i zyw -odrzekl sir Andrew z rozrzewnieniem – czy mialem pozwolic, aby lady Blakeney odbyla podroz sama? Ale, czlowiecze, w imie boskie, skad wziales to nadzwyczajne ubranie? – Ono jest rzeczywiscie niezwykle – zasmial sie wesolo sir Percy. – Ale teraz Ffoulkes – dodal z nagla powaga – nie mamy czasu do stracenia. Ten nedznik Chauvelin moze w kazdej chwili po nas przyslac zolnierzy. Malgorzata czula sie tak szczesliwa, ze bylaby tu pozostala na zawsze, wsluchujac sie w glos meza i zadajac mu tysiace pytan. Ale na wzmianke o Chauvelinie zadrzala o drogie zycie. – Jak my sie stad wydostaniemy? – jeknela. -Wszystkie drogi sa strzezone az do Calais. – Nie pojdziemy do Calais, najdrozsza – rzekl sir Percy -ale na druga strone przyladka Gris Nez, najdalej pol mili stad. Lodz "Day Dreamu" czeka tam na nas. – Lodz "Day Dreamu"? – Tak – zasmial sie wesolo -to znow mala sztuczka wymyslona przeze mnie. Zapomnialem ci powiedziec, ze gdy wrzucilem owa notatke do chaty, dodalem druga dla Armanda, ktora kazalem mu w chacie zostawic, celem wyslania Chauvelina i jego ludzi w pogoni za mna z powrotem do gospody pod "Burym Kotem". Ale tylko pierwszy skrawek papieru zawieral prawdziwe rozkazy dla Armanda i starego Briggesa. Polecilem mu wyplynac na pelne morze i kierowac sie na zachod. Gdy bedzie juz niewidoczny z Calais, wysle lodz do malej przystani dobrze nam znanej za przyladkiem Gris Nez. Moi ludzie czekaja tam na nas. Mamy umowiony sygnal i znajdziemy sie niedlugo zywi i zdrowi na pokladzie "Day Dreamu", gdy tymczasem Chauvelin i jego zolnierze beda pilnowali malej zatoki naprzeciw gospody pod "Burym Kotem". – Po drugiej stronie Gris Nez? Ach, ja nie moge ujsc ani kroku Percy – jeknela bezradnie, czujac, ze mimo wysilkow nie byla w stanie utrzymac sie na zbolalych nogach. – Zaniose cie kochanie – rzekl czule. – Wiesz przeciez, ze jak w bajce slepy musi niesc paralityka! Sir Andrew pospieszyl z pomoca, ale Percy nie chcial powierzyc innym rekom ukochanego brzemienia. – Gdy bedziemy bezpieczni na pokladzie jachtu – rzekl do mlodego towarzysza – a oczy panny Zuzanny nie przyjma mnie w Anglii z wyrazem pelnym wyrzutu, dopiero wowczas odpoczne za wszystkie czasy. I mimo zmeczenia i ran objal poteznymi ramionami znekana, biedna Malgorzate i podniosl ja w gore jak piorko. Sir Andrew oddalil sie dyskretnie, by nie slyszec szeptow pelnych czulosci tych dwojga ludzi, ktorzy wreszcie odnalezli swe szczescie. Blakeney zapomnial o zmeczeniu i choc ramiona musialy mu bolesnie dolegac, miesnie jego byly ze spizu, a wytrzymalosc wprost niewyczerpana. Nielatwa byla ta polmilowa przeprawa po kamienistych zboczach, ale ani przez chwile nie opuscily go sily i ani razu nie zachwial sie pod drogim ciezarem. Szedl naprzod pewnym krokiem, silnymi ramionami obejmujac zone, na pol przytomna z radosci, wpatrzona przy blasku wschodzacej jutrzenki w pogodna twarz meza o przymknietych oczach, jasniejacych usmiechem. Usta jej szeptaly slowa, ktore skracaly uciazliwa droge i koily jak balsam zbolale czlonki. Zlocista jutrzenka plonela na wschodzie, gdy dotarli do zatoki, polozonej z drugiej strony Gris Nez. Na umowione haslo zblizyla sie lodz i dwaj silni marynarze brytyjscy przeniesli Malgorzate do czolna. W pol godziny pozniej wszyscy troje stali na pokladzie "Day Dreamu". Zaloga, ktora oczywiscie musiala byc wtajemniczona w sprawy pana i ktora oddana mu byla dusza i cialem, nie zdziwila sie bynajmniej, widzac go w tak dziwnym przebraniu. Armand St. Just i inni zbiegowie francuscy czekali niecierpliwie na przybycie zbawcy, ale Percy nie chcial przyjac od nich wyrazow wdziecznosci. Zszedl spiesznie do prywatnej kajuty, zostawiajac Malgorzate w objeciach brata. Jacht "Day Dream" byl urzadzony z wytwornym smakiem, tak drogim sercu sir Percy'ego i zanim doplynal do portu w Dover, Blakeney przebral sie w ulubione bogate szaty, ktore zawsze wozil ze soba na okrecie. Trudniejsze okazalo sie zaopatrzenie Malgorzaty w obuwie – maly chlopiec okretowy ucieszyl sie niemalo, gdy lady orzekla, ze wysiadzie na brzegach Anglii w jego odswietnych trzewikach. Na wspanialym slubie baroneta Andrewa Ffoulkesa i panny Zuzanny de Tournay, na ktorym byli obecni jego krolewska wysokosc ksiaze Walii i elita towarzystwa, najpiekniejsza kobieta byla niezaprzeczalnie lady Blakeney, a wspanialy stroj sir Percy'ego stanowil przez dlugi czas jedyny temat rozmow w kolach zlotej mlodziezy londynskiej. Oczywiscie, mr Chauvelin, zaufany agent republikanskiego rzadu francuskiego, nie byl obecny na tej uroczystosci i juz nigdy, od czasu owego slawnego balu u lorda Grenville'a, nie widziano go w salonach. *** [Szkarlatny Kwiat - pic_2.jpg] Читайте больше книг на сайте онлайн-библиотеки mir-knigi.org